Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hernani Faustino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hernani Faustino. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2025

The January’ Round-up: Spinifex! Dos Reis! Acqua Pesante! Costa! Gold Mother! Cume! Sã Bernardo! Talagbusao! Orquesta Inorgánica! Conflations! H.u.M.o! Suter & Chmiel!


Zapraszamy na pierwszą w nowym roku zbiorówkę świeżutkich recenzji, czyli na odczyt, tudzież odsłuch całego mnóstwa pachnących nowością albumów, wydanych – co oczywiste – jeszcze w starym, zapleśniałym roku 2024.

W ujęciu stylistycznym będziemy jak zwykle balansować na linie – jazz-rockowy downtown funk, post-melodyjna, gitarowa podróż w nieznane, sonorystyczne, dronowe i elektroakustyczne eksperymenty, loftowy free jazz, gitarowe post-fussion-psycho, ponadgatunkowa orkiestra, filmowy soundtrack i radiowe słuchowisko, wreszcie klasyka kreatywnego jazzu podana w nowoczesnej oprawie. Artyści znani i lubiani, ale też sporo nowych nazwisk do zapamiętania.

Zaczniemy od międzynarodowej i niepowtarzalnej formacji Spinifex, napotkanej tym razem w Brukseli. Potem wiele godzin spędzimy w Portugalii, albowiem aż siedem albumów będzie z tą piękną krainą związanych (nie bez akcentów włoskich i holenderskich). Nasz trip kontynuować będziemy w dalekiej Argentynie, skąd pochodzą kolejne trzy wydawnictwa (nie bez akcentów szwajcarsko-niemieckich). Zbiorówkę domkniemy zaś elektroakustycznym ujawnieniem krajowym, poczynionym w międzynarodowym towarzystwie.

Zabawa będzie przednia! Bądźcie tego pewni! Welcome to heaven & hell of improvised music!



 

Spinifex Undrilling the Hole (Tone Records, CD 2024)

Werkplaats Walter, Bruksela, luty 2024: Tobias Klein – saksofon altowy, kompozycje, Bart Maris – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders – gitara, Gonçalo Almeida – bas elektryczny, Philipp Moser – perkusja. Siedem utworów, 55 minut.

Do już dziewiąty album, związanej z Holandią, międzynarodowej załogi Spinifex! Tym razem materiał kompozytorski dostarcza wyłącznie niemiecki alcista, a nagranie skrzy się od emocji, zadziornych, jazz-rockowych fraz, funkowego drive’u i mnóstwa skojarzeń z najlepszymi dokonaniami nowojorskiego Downtown z zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Nade wszystko zaś sekstet niesie nam jakość – to po prostu doskonałe granie!

Nasączone rockiem, energetyczne otwarcie stawia nas do pionu! Dęty wykop soczystej melodii i intrygujący passus gitary wplątany w rozbudowaną ekspozycję tematu. Faza improwizacji jest gęsta, realizowana kolektywnym strumieniem. Druga opowieść, chyba jako jedyna na płycie, zasługuje na miano spokojniejszej wycieczki. Mroczne otwarcie, smutne melodie, ciekawe akcje w podgrupach. Trzecia odsłona trwa ponad dwanaście minut i nieodwołalnie pachnie jazz-rockowym, nowojorskim graniem. Rodzaj obsesyjnego tańca, który na etapie ledwie odczuwalnego spowolnienia staje się niemal heavy metalową ekspozycją. Kolejne dwa epizody przynoszą dodatkowe atrakcje – gitarowe preparacje, masywny riff basu, który podrywa sekstet do efektownego lotu, wreszcie rozhuśtane, funkowe spiętrzenie. Szósta opowieść nie stroni od taneczności, ale realizowanej ze szczególną swobodą. Muzycy świetnie się bawią, puszczają do nas oko i zachęcają do tego samego. Finałowa kompozycja rodzi się w tumulcie pick-up’owych zgrzytów, dętych pokrzykiwań i masywnych stempli sekcji rytmu. Znów stawia na rockowe emocje, nie dając chwili wytchnienia. Funk is not dead! Tańczmy do utraty tchu!



 

Marcelo dos Reis Life...Repeat!!! (Miria Records, CD 2024)

Academia de Música CNM, maj 2024: Marcelo Dos Reis – gitara, gitara preparowana, głos. Cztery utwory, 47 minut.

Trzeci solowy album naszego ulubionego portugalskiego gitarzysty zdaje się być kolejnym ważnym krokiem na jego artystycznej drodze. Ten wątek w twórczości Marcelo ma od początku bardzo osobisty charakter. Debiut był rodzajem uporządkowanej improwizacji, drugi album koncentrował się na formie i kompozycji, ten trzeci wydaje się łączyć oba wątki i pokazywać to, co najlepsze w samotnej podróży Portugalczyka. Długa, ponad 25-minutowa pieśń otwarcia decyduje tu o wszystkim, ale trzy kolejne, znacznie krótsze historie, także budują wartość całego przedsięwzięcia.

Dos Reis od startu prezentuje nam dwie warstwy narracji. Jedną z nich jest puls rytmu, pozostający w tle, ale obecny w trakcie całego utworu. Na jego bazie artysta buduje wątek główny, który inicjuje spokojnym, delikatnym fazowaniem. Ta opowieść ma wielowątkową intrygę i bogatą dramaturgię z kilkoma punktami zwrotnymi. Po siódmej minucie w grze pojawia się smyczek, który nadaje historii post-barokowy sznyt. Towarzyszy mu ekspozycja wokalna, niesiona wysokim tembrem, nasycona melancholijną melodyką. W dalszej części muzyk dokłada akcenty jazzu, post-klasyki, a nawet rockowe ornamenty. Samo zaś zakończenie przepełnione jest smutkiem, niepozbawione wszakże na poły radosnych refleksji. Druga opowieść znów pełna jest melodii, która sączy się na ambientowym tle. Wątki pętlą się, pudło rezonansowe gitary trzeszczy, uroda chwili zdaje się eksplodować. Kolejna historia sięga po nisko posadowione frazy, które budują nowy puls opowieści, osadzony w mrocznej poświacie. Górą snuje się zaś melodia, którą intrygująco dewastuje pojawienie się nerwowego smyczka. Końcowy utwór na starcie jest strugą minimalistycznych flażoletów. Wydaje się tęskną balladą, we wnętrzu której tli się bardziej energiczne życie, ale nie jest nam dane tego doświadczyć.



 

Acqua Pesante Shaping the Time (Phonogram Unit, DL 2024)

Waveahead Studio, Monopoli, Włochy, styczeń 2024: Carlo Mascolo – puzon no-input, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Giacomo Mongelli – perkusja. Siedem utworów, 45 minut.

Spotkanie z nowościami portugalskiego Phonogram Unit zaczynamy od tria z udziałem dwóch muzyków włoskich. To wyjątkowe nagranie – nietypowo brzmiący, zdekonstruowany puzon, silnie zrytmizowana dramaturgia, wreszcie inspiracja malarstwem na etapie komponowania/ predefiniowania improwizacji. To ostatnie, to tzw. spacjalizm, czyli poszukiwanie dodatkowego wymiaru. Koncepcja w kontekście całości tego wyśmienitego nagrania, zdecydowanie w punkt.

Kształtowanie Czasu zaskakuje na każdym etapie podróży! Nagranie ma post-jazzowy sznyt, lubi powtarzające się frazy, ale nade wszystko hołubi rytm, który nie zawsze sytuowany jest w głównym nurcie narracji. Króluje puzon, który brzmi tu na tysiące sposobów. Czasami przypomina zepsuty silnik elektryczny, innym razem piszczy jak przepalony amplifikator – charczy, rzęzi, dusi się własnym oddechem. Czysto frazuje w zasadzie dopiero pod koniec albumu, jakby brał w nawias wszelkie dotychczasowe szaleństwa. Jego brzmienie determinuje często dramaturgię całej improwizacji, ale wraz z minimalistycznie usposobioną perkusją bywa też rytmicznym tłem dla kontrabasu. Ten ostatni frazuje w najszerszym możliwym spektrum, od jazzowego pizzicato do barokowego arco, raz za razem zdobiąc opowieść doskonałymi ekspozycjami. Trudno w tak udanie skonstruowanym i zbilansowanym albumie wskazywać momenty szczególnie zasługujące na wyróżnienie. Utwór czwarty sprawia wrażenie akcji free chamber, ale rosnąca gramatura rytmu karze ten trop gatunkowy porzucić. W części szóstej wszystko pachnie czerstwym bluesem, a dodatkową atrakcją jest głos. Z kolei w ostatnim odcinku pojawia się brzmienie fletu, ale autorem tych dźwięków nie jest puzonista. So, suprice by suprice.



 

Hugo Costa/ Aaron Lumley/ Aleksandar Škorić Inne Graasj (Phonogram Unit, CD 2024)

Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, grudzień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Aaron Lumley – kontrabas oraz Aleksandar Škorić – perkusja. Cztery utwory, 48 minut.

Tym razem wątek jest zdecydowanie holenderski, choć kraje pochodzenia artystów, to niemalże cały świat. Spotkanie o definitywnie free jazzowym zabarwieniu, tkane wszakże z gracją, niemasywne, jakby zatopione w starej, dobrej estetyce nowojorskiego, loftowego jazzu lat 70. ubiegłego stulecia. Nie ma specjalnych zaskoczeń, po prostu dobrze się tego słucha – czasami to wystarcza.

Otwarcie koncertu, który jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, jest spokojne, osadzone na kontrabasowym smyczku. Naturalny, żywiołowy drumming i melodyjny, lubiący pętle powtórzeń saksofon altowy zgrabnie uzupełniają trzyosobową narrację. Wspomniany smyczek często decyduje tu o dramaturgii, a jego barwne, niekiedy post-barokowe interludia stanowią choćby o … zmianie traku na dysku. Improwizacja prowadzona jest na dużej swobodzie, ale muzycy trzymają ekspresję pod pełną kontrolą. Szczególnie urokliwy zdaje się być start trzeciego epizodu – najpierw szyty wyjątkowo zmysłowym smyczkiem, potem doprawiony dęciakiem, który brzmi niczym rosyjska bałałajka. Po udanej introdukcji artyści brną w dobrze zbilansowany taniec, w akcjach dynamicznych czują się bowiem najlepiej. Ostatni fragment koncertu otwiera nieco przesłodzony alt, ale opowieść na etapie rozwinięcia znów nabiera loftowego posmaku, uczepiona matowej melodyki, zatopiona w tumanach post-jazzowego kurzu.



 

Gold Mother Pecado (Phonogram Unit, DL 2024)

Alfarim, Portugalia, czas nieznany: Margarida Azevedo – głos, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, Jorge Nuno – gitara, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Flak – perkusja. Cztery utwory, 29 minut.

Ostatnia z nowości Phonogram Unit sprawia wrażenie soundtracku do nienakręconego filmu. Na jego obraz składa się melorecytacja, równy, rockowy rytm kontrabasu i perkusji, wreszcie roztańczone na pogłosie, nie bez elementów psychodelii, gitara i trąbka. Kolejne odcinki tej opowieści rosną w czasie. Ta pierwsza jest ledwie zajawką, ta ostatnia trwa ponad dwanaście minut. Dramaturgia budowana jest bardzo powoli. Gdy w końcu dopada nas wartka akcja, a film naprawdę nabiera rumieńców, album kończy się zgrabnym ruchem edytorskiego skalpela.

Po krótkim gemie otwarcia, w trakcie drugiej odsłony zdaje się, że odbywamy spacer mrocznym nadbrzeżem. Historia jest zdecydowanie niewesoła, pachnie miejskim bluesem zdobionym gitarą i trąbką. W części trzeciej pojawiają się pierwsze, intrygujące komplikacje. Swawoli kontrabasowy smyczek, gitara nabiera sfuzzowanego brzmienia i łyka spore porcje kwasu, perkusja zagęszcza ścieg, trąbka płynie coraz masywniejszym pogłosem, a głos uderza w bardziej dramatyczne tony. W ostatniej części muzycy upraszczają fakturę rytmu, ale łamią go bezustannie, gitara preparuje, a zatubowana trąbka sączy cool-jazzowe melodie. Głos na chwile milknie. Mglista atmosfera poranka po kolejnej trudnej nocy daje się wszystkim we znaki, ale tempo i poziom kwasowości ekspozycji niespodziewanie rosną. Finał, jako się rzekło, sprawia wrażenie nagłej śmierci.



 

João Clemente, Jorge Nuno & Nuno Santos Dias Cume (Profound Whatever, DL 2024)

Profound Whatever Studio, październik 2024: João Clemente – gitara elektryczna (kanał prawy), instrumenty perkusyjne i elektronika, Jorge Nuno – gitara elektryczna (kanał lewy) oraz Nuno Santos Dias – instrumenty klawiszowe. Dziesięć utworów, 41 minut.

Czas na opowieść z cyklu Muzyka improwizowana z Portugalii nie jedno ma imię! Zapraszamy do świata elektrycznych gitar i instrumentów klawiszowych, których narracja daleka jest od jazz-rockowego fussion – lubi hałas, zabawy na gitarowych przetwornikach, a także oniryczną ciszę dogorywających wzmacniaczy. Od razu zaznaczmy, iż nagranie nie w każdej sekundzie powala nas na kolana, ale te chwile, gdy muzycy dają się ponieść noise’owemu temperamentowi, zdecydowanie dają się lubić. Z pewnością mogłoby być ich zdecydowanie więcej.

Owe chwile hałaśliwego uniesienia muzycy serwują nade wszystko w utworach drugim i siódmym. Najpierw jest nim potok silnie sfuzzowanych, gitarowych riffów, nasączonych nutą psychodelii, która zapewne niesie się z klawiatury instrumentu o nazwie własnej waldorf. W drugim przypadku brzmienie jest podobne, a całość intrygująco pulsuje, podsycana elektroniką i przewrotną melodyką. Pozostałe utwory na płycie płyną dość leniwym strumieniem, tylko incydentalnie zdobionym mikro zgrzytami, czy pick-up’owymi niespodziankami. W ich trakcie słyszymy bicie zegara, albo frazy akustycznego piana. Muzycy dobrze czują się w onirycznej post-psychodelii, ale bywa, że złoża ich improwizatorskiej kreatywności wyczerpują się, jak choćby w pożegnalnej, dziesiątej odsłonie.



 

Sã Bernardo Variações Poses Petros (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Violeta Azevedo – flet, Yaw Tembe – trąbka, Nuno Torres – saksofon altowy, Mestre André – no-input mixer oraz Bá Alvares – kontrabas. Sześć utworów, 42 minuty.

Sytuacja dramaturgiczna tego albumu zasługuje na szczególną uwagę. Z jednej strony akustyczny strumień dętych, minimalistycznych powiewów fletu, trąbki i saksofonu altowego, z drugiej narzędzia akustycznego feedbacku – mikser, który nic nie ma na wejściu i kontrabas, a może bardziej jego pudło rezonansowe. Nagranie składa się z sześciu odcinków, które są do siebie na tyle podobne, iż po prawdzie nie wiemy, czy nie są przypadkiem sześcioma feedbackowymi wariacjami na temat akustycznego materiału bazowego. Efekt jest więcej niż intrygujący, lokowany raczej w eksperymentalnej muzyce współczesnej niż improwizowanej, ale to tylko wzmacnia naszą ciekawość.

To opowieść budowana z niebywałą powściągliwością i pieczołowitością. Separatywnie płynące strumienie dętych dźwięków lepią się po fazie introdukcji w jednorodny dron, który zdaje się być budowany stevensowską metodą improwizacji w dużej grupie zwaną sustained piece. Ów dron żyje, coś się w nim nieustannie rodzi, ale też permanentnie umiera. Wokół niego formuje się warstwa feedbacku – na początku, to delikatna mgiełka, pod koniec syntetyczna powłoka nieprzepuszczająca powietrza, sprawiająca, iż akustyczna baza zostaje zbita w jeden matowo brzmiący, dęty wyziew nieokreślonego pochodzenia. W kolejnych częściach/ mutacjach mamy wrażenie, iż strona akustyczna zaczyna przeważać, odzyskiwać wigor, ale zaraz potem to samo myślimy o warstwie feedbacku. Niekiedy miota nami uczucie klaustrofobii, choć w tym samym momencie dopada nostalgia chwili. Z czasem faktura feedbackowa zaczyna basowo pulsować niczym dogorywający syntezator. Ostatnia minuta, to już tylko umierające echo dźwięków, które od dawna nie istnieją. Definitywnie dysonans poznawczy jest tu naszym stałym partnerem, podobnie jak ogromna przyjemność z faktu obcowania z tak oryginalną produkcją. 




Talagbusao Talagbusao (Robalo Music, CD 2024)

Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023: João Carreiro – gitara, João Gato – saksofon altowy, Margaux Oswald – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Pięć utworów, 34 minuty.

Przed nami nie pierwszy dziś projekt portugalski ze znaczącym akcentem międzynarodowym – w tym wypadku bardzo lubianą przez nas pianistką związaną ze sceną kopenhaską. Bazą dla tego swobodnie improwizującego kwartetu jest z pewnością post-jazz, ale nie brakuje tu śladów wytrwanej kameralistyki. Każdy z artystów wnosi wiele do obrazu całości, każdy potrafi zaskoczyć zarówno pomysłem dramaturgicznym, jak i brzmieniem instrumentu. Zdaje się, że dla wszystkich uczestników kwartetu, to ważny album w dotychczasowym dorobku artystycznym.

Inicjacja albumu jest definitywnie kolektywna i tak będzie się działo w trakcie całego, niezbyt długiego nagrania. Pianistka frazuje marszowym krokiem, gitarzysta i saksofonista pozostają w ciągłym dialogu, a ramy improwizacji, wyznaczane przez precyzyjnie punktującego drummera, stymulują kreatywność w każdym obszarze. Artyści dbają o emocje, a ich droga ku wyzwolonemu free jazzowi wydaje się na tym etapie otwarta. Dla przeciwwagi druga improwizacja usłana jest kameralnymi zdobieniami. Z jednej strony post-klasyczna zaduma pianistki, z drugiej intrygujące zgrzytanie gitary. Trzecia opowieść nie trwa nawet trzech minut, ale jakości w niej mnóstwo, zwłaszcza w obszarze inside piano. Czwarta odsłona jest tą najbardziej agresywną, dynamiczną, doposażoną świetnymi interakcjami. Ale i tu nie brakuje zaskoczeń – choćby piękna faza spowolnienia z intrygującą ekspozycją deep piano with cymbals. Finałowa improwizacja, to mroczne, wystudzone otwarcie, wyśmienite post-jazzowe small games na etapie rozwinięcia, wreszcie barwne zakłócenia gitary i mnóstwo kreatywności ze strony perkusisty na etapie zakończenia.



 

Orquesta Inorgánica Viaje hacia lo inesperado (Neue Numeral, DL 2024)

Studio Haciendo Discos, Tandil, Argentyna, lipiec 2024: Maria Eugenia Irianni - flety, Ana Vocaturo – klarnet, Sandra Chariatti – saksofon altowy, klarnet, Fabian Bullotti – flet, saksofon sopranowy i tenorowy, Juan Pantusa – puzon, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, kompozycje, dyrygentura, Anibal Tobos – saksofon tenorowy, Karina Altamiranda – głos, Ezequiel Lavayen – fortepian, elektronika, Juanita Flores Arce – głos, Mario Alba – kontrabas, Daiana Grierson – perkusja oraz gościnnie śpiewająca Guillermina Moroder. Sześć kompozycji, 70 minut.

Wątek argentyński naszej zbiorówki rozpoczynamy z wysokiego C! Ten duży skład, wiedziony kreatywnością i zwinnymi kompozycjami Jorge Torrecillasa, znamy już z płyty debiutanckiej, a samego lidera z albumów dla Discordian Records, a także koncertów w naszym pięknym kraju. Nowa edycja Organicznej Załogi przynosi prawdziwie epicką opowieść, która zaczyna się w oparach swingującego jazzu, przechodzi przez wszystkie stadia kreatywnej kameralistyki, by dotrzeć nawet do wariacji operowych. Nagranie niezwykłe, absolutnie warte każdej z siedemdziesięciu minut, które trwa.

W ujęciu instrumentalnym OI, to osiem pełnokrwistych dęciaków, trzy powabne, wielojęzyczne głosy kobiece i rozbudowana sekcja rytmu z fortepianem, kontrabasem i perkusją. Słowo się rzekło, album rozpoczyna się w swingujących klimatach swobodnego post-jazzu, który nasycony jest ekspresyjnymi, na ogół kolektywnymi akcjami. Druga opowieść przenosi nas do świata braxtonowskich łamańców rytmicznych. Po imponującej introdukcji zmysł dramaturgiczny Torrecillasa zaprasza do krainy kreatywnej kameralistyki, pełnej urokliwych drobiazgów wytrawnej orkiestracji. W trzeciej odsłonie na froncie opowieści sytuują się wokalistki – od mruczenia i wzdychania po arie niemal operowe. Narracja sięga tu po wszystko, co najlepsze – jest orkiestrowy rozmach, kameralne interludia i post-jazzowe puenty. Dużo ciekawego dzieje się w podgrupach, szczególnie wokół głosów i kontrabasu, nie brakuje nawet post-klasycznej ekspozycji piana. Czwarty utwór zdaje się kontynuować rozmach poprzedniczki - dodatkowo doposażony zostaje w rytmiczne, bardzo ekspresyjne rozwinięcie i puentę wypowiedzianą w języku francuskim. W ostatnich dwóch kompozycjach powraca w większym wymiarze post-jazz. Znów trochę rytmicznej gimnastyki, kameralne zdobienia, wreszcie udane akcje fletu i wokalistek, barwione mnóstwem dętych komentarzy. W finałowej części piękna klamra dramaturgiczna - powraca swingując flow, bystre synkopy i jakże smakowite, jazzowe solówki.



 

Morelli/ Moser/ Neumann/ Zimmerlin Conflations (Neue Numeral, DL 2024)

Jazzcampus, Bazylea, marzec 2023: Luciana Morelli – głos i pomysł (inspirowany poezją Robina Myersa), Christian Moser - oud i głos, Andrea Neumann - inside piano i głos oraz Alfred Zimmerlin – wiolonczela i głos. Dziewięć utworów, 35 minut.

Oglądaliśmy już dziś film, może teraz czas na słuchowisko radiowe? Album Conflations jest zdominowany przez recytowaną poezję, oprawioną w misterną plecionkę akustycznych dźwięków strun, zatem żartobliwy ton poprzedniego zdania wcale nie jest bezzasadny. Tym razem argentyński jest tylko wydawca i artystka, która odpowiada za dramaturgiczny zamysł albumu.

Nagranie otwierają szmery, szepty, słowa wypowiadane półsłówkami i drobne, post-kameralne zdobienia instrumentalne. Całość charakteryzuje się pewną teatralnością i z góry zadekretowaną nerwowością. Można odnieść wrażenie, że znajdujemy się w stogu siana, a dźwięk przelatującego owada znamionuje burzę z piorunami. Dominująca w nagraniu akustyka od czasu do czasu zdobiona jest plamami brzmienia na poły syntetycznego. W czwartej odsłonie doświadczamy czegoś na kształt kulminacji - opowieść napina mięśnie i zrywa minimalistyczną powłokę. W części piątej muzycy szyją narrację bardziej linearnym ściegiem, dzięki czeku zyskuje ona na atrakcyjności. Kolejny odcinek także niesie garść emocji, a zaraz po nim słyszymy dźwięki amplifikowanych strun, co ciekawie dysonansuje przestrzeń dramaturgiczną dzieła. Album wieńczy trzydziestosekundowa ekspozycja, która zdaje się być najbardziej ekspresyjnym momentem zdarzenia. Być może powinniśmy wsłuchać się w słowa, ale to wymagałoby lepszej znajomości języka i większego skupienia.



 

Formica/ Albarracín/ Macchioli/ Maggiori/ Bustamante/ Mingrino H​.​u​.​M​.​o (dForma, DL 2024)

Mirífico Estudio, Buenos Aires (?), Czerwiec 2024: Lucas Albarracín – rożek, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, Lisandro Maggiori – gitara, Ramiro Bustamante – kontrabas oraz Lucas Mingrino – perkusja. Cztery kompozycje (dwie własne, Lacy, Hemphill), 35 minut.

Przed nami argentyński sekstet w przestrzeni wysokogatunkowego jazzu. Precyzyjnie zadekretowane kompozycje, soczyste improwizacje i dużo dobrej zabawy. Na tapecie dwa utwory własne i dwie kompozycje jazzowych legend. Świetnie słucha się tego nagrania, zwłaszcza, że wzorem niemal każdej propozycji z tamtej części świata, szczególnie z udziałem Matíasa Formici, opowieść jest wstrzemięźliwa w formie i nieprzegadana choćby przez sekundę.

Pierwszy temat doskonale konsumuje cechy albumu, jakie nakreśliliśmy powyżej – roztańczona, melodyjna kompozycja podana gęstym tembrem trzech dęciaków i mięsistej sekcji rytmu. Tonacja delikatnie molowa, rytm intrygująco pokomplikowany i mnóstwo jakości na etapie improwizacji (szczególne brawa dla barytonisty!), prowadzonych zarówno kolektywnie, jak i w podgrupach. Nie bez znaczenia jest także drobny, rockowy dysonans gitarzysty. Druga opowieść silniej trzyma się swingującej historii gatunku, zdobiona urokliwymi interludiami realizowanymi na wydechu. W trzeciej odsłonie króluje Steve Lacy, a kameralna narracja prowadzona jest pod dyktando klarnetu basowego. Wreszcie efektowny finał płyty, czyli blues Juliusa Hemphilla. Marszowe tempo, rozśpiewane dęciaki, dużo gitary i nieskrępowanej zabawy. Prowadzoną na ogół kolektywnie akcję intrygująco wzbogacają dęte dialogi. Ostatnia prosta, pełna dynamiki, doskonale reasumuje cały album.




Sheldon Suter & Jacek Chmiel Zooréalism (Synergetic Sonance, DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Sheldon Suter – instrumenty perkusyjne, cytra, gramofon oraz Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls. Sześć utworów, 46 minut.

Czas na kolejną na tych łamach elektroakustyczną przygodę Jacka Chmiela. Tym razem poczyniona ona została w towarzystwie artysty skoncentrowanego na instrumentach perkusyjnych, zatem Polak, zapewne bez słowa sprzeciwu, objął tu nade wszystko rolę konstruktywnego elektronika, który wspiera się nagraniami z miasta i garścią śpiewających miseczek. Cała mikstura smakuje nam od pierwszej do ostatniej minuty, a w ważnych dla dramaturgii momentach potrafi nabierać zaskakującej intensywności. Wtedy, niejako przy okazji, zdaje się nawiązywać estetycznie do wczesnych, post-industrialnych eksploracji brytyjskiego AMM.

Pierwsza z sześciu opowieści ma dość perkusjonalny anturaż, wzmagany biciem metronomu, a bogacony elektrycznymi zgrzytami, które śmiało mogłyby pochodzić z table guitar. Mroczny, oniryczny dron zdaje się tu być idealnym puentą. Dwie kolejne ekspozycje tkane są z fraz najmniejszych z możliwych. Pomiędzy plamami szumów i szelestów snują się zagubione post-melodie, niekiedy brzmiące niczym zdezelowane pozytywki. Słyszymy także odgłosy stołu bilardowego i bijące dzwony. W czwartej części porcja nagrań terenowych wydaje się wyjątkowo masywna, przytłacza opowieść ciężarem miejskiej, zgrzebnej rzeczywistości. Klimat post-industrialny rodzi się tu niejako samoczynnie, przepoczwarzając najlepszy fragment albumu w mantrę zła, grozę opresji bez wyjścia. Ratunkiem okazują się … zabawne sample. W piątej historii powraca perkusjonalna faktura, jaką poznaliśmy w pierwszej odsłonie. Tu sytuacja sceniczna robi się dalece dynamiczna, a jej podsumowaniem okazuje się strumień fonii przypominający warkot silnika elektrycznego. Finałowa ekspozycja drga i pulsuje, syci się akustyką, którą zakłócają elektroniczne usterki na łączach. Definitywnie głośna narracja na zakończenie zwija się w mroczny, posępny kokon elektrokaustyki.




piątek, 8 listopada 2024

Portugal' in jazz we trust: Riffs! Understanding Life! Illusions and Lamentations! Come Down Here! Free Baile! The Invisible! Pulsar! Loop Beat!


Współczesna portugalska muzyka improwizowana ma się świetnie - tego na tych łamach nie trzeba specjalnie uzasadniać. W przeciwieństwie jednak do równie uwielbianej przez nas muzyki improwizowanej z Katalonii nie pretenduje do miana ponadgatunkowej wolty, raczej skupia się na otwartej formule jazzu i wszelkich jego swobodnie improwizowanych odmianach.

Wiemy o tym doskonale nie od dziś, a prezentowane poniżej nowości płytowe z udziałem muzyków z południowo-zachodniego krańca Europy aż w sześciu (siedmiu?) przypadkach stanowią koronny dowód w sprawie. Niektóre albumy powstały w Lizbonie, kilka z nich poza Portugalią, niektóre z udziałem muzyków z innych części świata – ale tu, w odmętach trybunowych impresji - świetnie znanych i cenionych.

W zestawie trzy nowości Phonogram Unit, labela prowadzonego przez samych muzyków, dwie petardy z flagowego dla Portugalii Clean Feed Records, kolejne od wydawców z Niemiec i Litwy, wreszcie ostatnia w formule self-released. So, welcome to jazz we trust!



 

José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Andrew Lisle Riffs (The Phonogram Unit, DL 2024)

Cossoul, Lizbona, maj, 2023: José Lencastre – saksofon tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 36 minut.

Klasycznie free jazzowe trio grające riffy! Spotkanie kwiatów portugalskiego wolnego jazzu z angielską, swingującą petardą młodości i kreatywności nie mogło nie zakończyć się czymś definitywnie wartościowym. A zatem bez zaskoczeń, wszakże z dużą porcją radości płynącej z odsłuchu, trwającej dłużej niż albumowe trzydzieści sześć minut.

Nagranie składa się z odsłony głównej (ponad 26-minutowej) i kilkuminutowej dogrywki. Start jest spokojny, szyty blaskiem talerzy, delikatnym szarpaniem za struny i dętymi westchnieniami. Trio dość szybko nabiera wiatru w żagle niesione perkusyjnymi łamańcami, post-synkopami, a na etapie rozwinięcia zdecydowanie swingującym flow. Szczęśliwie jednym dyskomfortem dla odbiorcy jest tu dość płaskie, zbite brzmienie całości. Po kilkuminutowej przebieżce trio zastyga w kameralnej pozie, zdobionej frazami smyczka, akcentami percussion, post-bluesowym drive’em kontrabasu, a także plejadą flażoletów. Kolejna kulminacja ma nieco inny smak, jest lepiej skomunikowana, dodatkowo upstrzona efektownym solem perkusisty, a na etapie finalizacji staje się definitywnie ognista. Dogrywka stawia na bardzo zbilansowaną dynamikę, na starcie przypomina swobodną kołysankę opartą na smyczku. Z kolei szyk rozwinięcia wydaje się nad wyraz taneczny, znów naznaczony stemplem angielskiej jakości.



 

José Lencastre/ Margaux Oswald/ João Carreiro Understanding Life (The Phonogram Unit, DL 2024)

Namouche Studio, Lizbona, lipiec 2024: Margaux Oswald – fortepian, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz João Carreiro – gitara. Osiem utworów, 31 minut.

Kolejne trio z udziałem lizbońskiego saksofonisty sytuuje się w klimatach bardziej kameralnych, wydaje się być na poły konceptualnym przedsięwzięciem (z silną, literacką inspiracją), ale na etapie rozwoju poszczególnych opowieści nie szczędzi nam post-jazzowych fraz, za które odpowiedzialny jest nade wszystko Lencastre.

Początek pierwszej z ośmiu krótkich opowieści rysowany jest kolektywną kreską, z jednej strony sycony post-klasyczną pianistyką, z drugiej pikanterią dętej ekspozycji. W dalszych odsłonach albumu muzycy dorzucają kolejne powabne elementy tej literacko-muzycznej układanki – zwinne, świetnie skonstruowane akcje inside piano, niezliczone garście jazzowych melodii, wreszcie ekspozycje gitary, zarówno preparowane, jak i te z akcentami czystszego frazowania. Album nabiera szczególnej urody w części środkowej, gdy muzycy szukają mroku, pochylają się na każdą frazą, stawiają na kreatywny minimalizm i świetnie dawkują emocje. Nie unikają ekspresji, ale być może wiedzeni literackimi inspiracjami podejmują szereg zaskakujących decyzji dramaturgicznych, które budują jakość całej opowieści. Finał albumu skrzy się dużą kreatywnością, szczególnie pianistki, być może nasączony jest jednak zbyt dużą dawką jazzowej melodyki ze strony saksofonisty.



 

Dávila/ Almeida/ Furtado Illusions and Lamentations (The Phonogram Unit, CD 2024)

Night Sky Studio, Ahaus, Niemcy, czerwiec 20924: Pacho Dávila – saksofon tenorowy i sopranowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Siedem utworów, 64 minuty.

Kolejny przykład swobodnego jazzu, niemal modelowy z punktu widzenia dzisiejszej, portugalskiej zbiorówki. Nazwisko saksofonisty wydaje nam się dość obce, po prawdzie i po odsłuchu mówi niezbyt wiele. Co innego kontrabasista i perkusista – jeden jest najpiękniejszym kameleonem współczesnej muzyki improwizowanej, drugi krwistym kawałkiem free jazzowego mięsa, mistrzem post-synkopowanego groove. Album jest odrobinę przegadany, ale dobrze unerwiony, doposażony wieloma porcjami stylowych improwizacji.

Pierwsza odsłona albumu, to free jazzowy blues szyty twardą sekcją rytmu i ulotnym saksofonem tenorowym. Słychać, że muzycy dobrze czują się w sytuacji dynamicznej i swobodnie melodyjnej. Kolejne trzy części startują z pozycji smukłej post-ballady upstrzonej preparacjami, dobrze nabierają tempa na etapie rozwinięcia i bywają puentowane wysmakowanymi akcjami kontrabasu, także z użyciem smyczka. Piąta opowieść bazuje na prostej melodii, przypominającej dziecięcą rymowankę. Szczęśliwie jest finał kipi od ognia dalece dojrzalszej proweniencji. Najlepsze momenty płyty, to dwie ostatnie improwizacje. Pierwsza z nich nie szczędzi nam dźwięków preparowanych (szczególnie w zabrudzonej tubie), druga po części sięga po estetykę free chamber. I znów dużo miejsca pozostaje tu dla kontrabasisty i perkusisty, których ekspozycje zarówno solowe, jak i duetowe są solą tej improwizacji. Nie sposób nie dostrzec także jakości w finałowej akcji saksofonu sopranowego, bazującej na efektownej dynamice.



 

Luís Vicente Trio Come Down Here (Clean Feed Records, CD 2024)

Soundinnovation Studios, październik 2023: Luís Vicente - trąbka, dzwonki, gwizdek, mbira, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Pedro Melo Alves – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Sześć kompozycji, 40 minut.

Luisa Vicente znamy jako wyśmienitego improwizatora, zapewne nieco mniej jako kompozytora piszącego efektowne, po portugalsku smutnie melodyjne tematy, które w krzyżowym ogniu interaktywnych improwizacji jawią się niczym perły na firmamencie światowej sceny jazzowej. Jego trio (w jakże fantastycznym składzie!) właśnie dostarcza nam swe drugie fonograficzne dziecię. Radości, jak za pierwszym razem, całe mnóstwo, nawet wtedy, gdy zmysł kreacji Luisa, Gonçalo i Pedro transponuje na język współczesności taneczną, brazylijską capoierę!

Pierwszy temat podany jest na sporej dynamice – muzycy brną ku nam z melodią we włosach, ciepłym tembrem trąbki i zgrabnym rytmem szytym zwinnym, swingującym pizzicato i delikatną, acz ruchliwą perkusją. Drugi temat oparty jest na soczyście brzmiącym smyczku, a faza improwizacji zdaje się być skoncentrowana na ogrywaniu na tysiące sposobów zadanej melodyki. Trzeci utwór, to anonsowana już capoeira. Intro, a także koda utworu bazują na perkusjonalnych błyskotkach, gwizdku i mbirze, z kolei faza zasadnicza na tanecznym groove kontrabasu i rozśpiewanej trąbce. Ostatnie słowo należy jednak do barokowego smyczka. Utwór czwarty swinguje aż miło – muzycy gnają do przodu w szalonym tempie albo równie wspaniale zwalniają i sięgają po brzmieniowe detale. W piątej części dominują frazy preparowane, tempo jest leniwe, a melodia molowa. Sam temat pojawia się dopiero na ostatniej prostej. Końcowa kompozycja trwa tu jedenaście minut i jest pięknym podsumowaniem całego albumu. Początek zdaje się być szyty ściegiem, który znamy z piątej odsłony. Po niedługiej fazie marszowej cały środek utworu oddany zostaje do wyłącznej jurysdykcji trębacza, który kleci wyłącznie wspaniałe dźwięki. Potem, po kilku głębszych wydechach, opowieść kona w klimatach lizbońskiego saudade, w ciszy zapomnienia, krokami stawianymi na palcach.



 

MOVE Free Baile - Live in Shenzhen (Clean Feed Records, CD 2024)

Shenzhen, Chiny, październik 2023: Yedo Gibson – saksofony, Felipe Zenicola – bas elektryczny oraz João Valinho – perkusja. Sześć utworów, 34 minuty.

Free jazzowy, spazmatyczny krzyk saksofonu, sfuzzowana, permanentnie łamiąca rytm punkowa gitara basowa i perkusja, która ogarnie i spuentuje każdy fragment tego rozgrzanego tygla emocji - to trio znamy doskonale zarówno z debiutanckiej płyty studyjnej, jak i koncertów w naszej części świata. Tym razem brazylijsko-portugalskie combo wyruszyło do Chin i zagrało tam ekstatyczny koncert w dalece rockowych okolicznościach przyrody. Wrzask rozentuzjazmowanego tłumu, kilka prób zaspokojenia potrzeb mniej wymagającego odbiorcy i cała masa improwizowanej jakości. And that’s all!

Muzyka MOVE od startu nie pozwala zapomnieć o mocy rażenia, jaką w sobie nosi! Ich improwizacja, to narracja łamana kołem zębatym, to krzyk kosmicznej energii, ale nie desperacji, raczej radości współtworzenia muzycznego piekła. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą saksofonowe preparacje pełne wywrotowych melodii i puenta basisty w formie dalekowschodniej mantry. W części drugiej intryguje ogniste intro Gibsona, które przepoczwarza się w dziki taniec całej trójki. W trzeciej dominuje melodia, która płynie niesiona strugą energii pracującego na wydechu basisty. Szczególnie efektowny moment szyje tu saksofonista. W części czwartej nie brakuje bystrych preparacji z każdej strony, a także saksofonowej puenty nasyconej tajemniczą melancholią. Piątka kona pod jarzmem rytmu, tu generowanego wszystkimi dostępnymi środkami artystycznego wyrazu. Ostatnią odsłonę uruchamia rozdygotany bas. Końcowy taniec zionie ogniem, doprowadza publiczność na skraj śmiertelnej ekstazy!



Dirk Serries/ Rodrigo Amado/ Andrew Lisle The Invisible (Klanggalerie, CD 2024)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, listopad 2021. Dirk Serries - archtop guitar, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 57 minut.

Portugalsko-belgijska kooperacja w zakresie muzyki improwizowanej o silnie jazzowej proweniencji pozostaje w stanie permanentnego rozkwitu. Amado jest jednym z dwóch saksofonistów znad Tagu, szczególnie aktywnych w dziedzinie muzykowania z Serriesem. Trio uzupełnia kolejny stały współpracownik belgijskiej sceny, angielski drummer Lisle. W gronie zatem samych dobrych znajomych uciekamy w swobodny jazz na prawie pełną godzinę zegarową. Bo warto!

Każda z trzech rozbudowanych, wielominutowych improwizacji ma swoją dramaturgię, ale też wiele elementów wspólnych – kolektywny, żwawy początek, fazę długoterminowego spowolnienia, udane incydenty w podgrupach i ekspresyjną, niekiedy ognistą finalizację. Saksofon zanurzony jest na ogół we free jazzie, bywa, że płynie bardzo gęstą melodią, gitara, choć typowa dla akustycznej estetyki Serriesa, potrafi zaskakiwać, choćby użyciem smyczka, wreszcie jak zwykle niebywale kompetentny drumming, w tym trio pozbawiony wszakże swingujących synkop, raczej skoncentrowany na budowaniu nieoczywistej dramaturgii i rytmicznym podkreślaniu kolejnych etapów podróży. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą smyczkowe preparacje gitarzysty, w drugiej uwagę przykuwa rozbudowana faza dronowa ubogacona melodią saksofonu, dalekowschodnią mantrą gitary i rezonującymi talerzami. Z kolei w części trzeciej nie sposób nie nadstawić ucha nad ekscesami solowymi, szczególnie perkusisty. Swoje kilka samotnych, równie fascynujących chwil ma także saksofonista. Album zostaje urokliwie podsumowany strumieniem wspólnie wydychanej fonii, lepionym wystudiowaną melodyką.



 

William Parker/ Hugo Costa/ Philipp Ernsting Pulsar (NoBusiness Records, CD 2024)

Codarts, Rotterdam, październik 2023: William Parker – kontrabas, Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Trzy utwory, 50 minut.

Costa i Ernsting muzykują razem od lat, ale okazjonalne spotkanie z legendą free jazzowego kontrabasu zza Wielkiej Wody z pewnością była dla nich czymś szczególnym. Nie mogła z tego nagrania nie powstać dokumentacja fonograficzna, która trafia teraz do nas mocą litewskiego wydawcy. Trzy rozbudowane improwizacje osnute tu są na ogół wokół kontrabasowego groove Parkera, ale zdaje się, że najbardziej ekscytujący moment tej sesji ma miejsce wtedy, gdy ster dowodzenia przejmuje perkusista i perfekcyjnie stymulując dynamikę wynosi całe trio na wyżyny kreatywności.

Nagranie otwiera spokojna ekspozycja kontrabasu, która z miejsca nabiera typowej dla Parkera melodyjnej dynamiki. Perkusja i saksofon wchodzą do gry cedząc w skupieniu każdą frazę, ale dość szybko osiągają na poły taneczną konfigurację. W kolejnych fazach najdłuższej, ponad dwudziestominutowej improwizacji mamy solo kontrabasu, intrygujący passus kameralnej improwizacji w trio osadzonej na ciepłym brzmieniu smyczka, a także post-balladową puentę. Druga odsłona, która trwa odrobinę ponad kwadrans jawi się tu jako ta najciekawsza. Otwarcie spoczywa na barkach basu i perkusji. W grze dość szybko pojawia się smyczek, który pracuje w bardzo zróżnicowanych tempach i ekspresji, a anonsowany w preambule tekstu crème de la crème albumu dzieje się już na etapie rozwinięcia. Ernsting podkręca tempo, płynie coraz szerszym, niemalże polirytmicznym strumieniem. Emocjom sprzyja tu zarówno pęczniejący groove kontrabasu, jak i free jazz altowej tuby. Końcowa improwizacja trwa dziesięć minut i ma nieco folkowy wymiar. Oparta jest na dynamice perkusji, ekspresji saksofonu i … rozśpiewanym, drobnym instrumencie dętym, na którym frazuje Parker. Trio w takiej formule bazuje na rozkołysanym rytmie, który chętnie gmatwa w niemal colemanowskim stylu, niczym sławetne Dancing in Your Head.



 

Hocus Loop Beat (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Genewa/ Zurych, kwiecień 2024: João Almeida – amplifikowana trąbka kieszonkowa, elektronika. Dwie improwizacje, 54 minuty.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy portugalskiego, jazzowego resume nie spuentowali czymś definitywnie niejazzowym, hałaśliwym i bezczelnie ponadgatunkowym! João Almeida w towarzystwie grywa swobodne impro, free jazz czy free chamber, ale gdy zostaje sam na sam z trąbką, przepoczwarza się w brutalnego dekonstruktora dętych fraz, artystę, który kocha noise i uwielbia maltretować nasze narządy słuchu. Tu dostajemy go w dużej, koncertowej porcji. Kto nie da rady, jego strata, kto podejmie trud wysłuchania całości, nagroda może być wielka! A sam tytuł albumu mówi naprawdę wiele o formule tej … improwizacji.

Dwa szwajcarskie koncerty, to kwintesencja hocusowej, zmutowanej trąbki, silnie amplifikowanej, zaplątanej w niekończące się kable czerstwej elektroniki. Wszechobecny noise tworzą tu zgrzyty, pulsacje, rozdygotane stemple sfuzzowanego brzmienia, wdechy i wydechy, kulminacje i małe zgony. Wszystko uformowane jest w pętle, których intensywność sama z siebie kreuje pokraczny, post-elektroniczny rytm. Schemat gry jest stabilny, muzyk wszakże permanentnie modyfikuje brzmienie. Całość przypomina chwilami krwisty drum’n’bass, ale tworzony bez basu i perkusji. Początek drugiego koncertu, to wyziewy trąbki-sygnałówki, która kona w wiecznej pętli bólu i rozpaczy. Sama narracja wydaje się odrobinę bardziej subtelna, wyczulona na pojedyncze akcje hałasu. Strumień fonii jest martwym tańcem, którego ewentualny koniec niczego nie rozwiąże. Muzyk wprowadza tu brzmienia przypominające zarówno silnie sfuzzowaną gitarę, jak i niemal klasycznie elektroniczny white-noise.  Na finał jego trąbka kieszonkowa piszczy wniebogłosy, podczas gdy dołem sunie rzeka wyjątkowo paskudnych rzygowin. Tak, Merzbow byłby z João niepomiernie dumny!

 

 

 

wtorek, 30 kwietnia 2024

A New Wave of Jazz’ fresh cakes: Lemadi Trio! Defiant Illusion! Garuda+!


Label belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa A New Wave Of Jazz dostarcza trzy nowe smakowitości. I to niemal w całości w wykonaniu … portugalskim. Kochamy ten szalony świat muzyki improwizowanej!

Na dobry początek saksofonista José Lencastre w kompulsywnym trio z szefem labelu i jego żoną. Ta druga improwizuje tu na tajemniczo, ale jakże efektownie brzmiącym instrumencie klawiszowym. Tuż potem kwartet kameralny, stuprocentowo portugalski (z Lencastre’em ma saksofonie!), który udanie posiłkuje się elektroniką. Na finał garść swobodnie improwizowanego jazzu z zachodnich rubieży Półwyspu Iberyjskiego, czyli trio Garuda z gościnnym udziałem pianisty Rodrigo Pinheiro. Nic, tylko słuchać, słuchać i słuchać!

So, welcome to belgian Portuguese!



 

Lemadi Trio Tryptophan Suite (NWOJ Axis series, CD 2024). José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara oraz Martina Verhoeven - crumar piano. Nagranie koncertowe, Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, maj 2023. Dwie improwizacje, 51 minut.

Verhoeven i Serries często improwizują w trio z saksofonem. W takich wypadkach ich najczęstszym partnerem jest Collin Webster. Tym razem los koncertowy zetknął ich z Portugalczykiem José Lencastre’em, który jest muzykiem równie wyśmienitym, ale dalece innym niż Brytyjczyk, zarówno pod względem temperamentu scenicznego, jak i stosownych technik artykulacyjnych. Mamy zatem całkiem nową sytuację dramaturgiczną dla pianistki i gitarzysty, dodatkowo potęgowaną faktem, iż Martina muzykuje tu na elektrycznym instrumencie klawiszowym, który brzmi niczym stępione ostrze organów Hammonda. Efekt jest dalece intrygujący, tak, jak i cały album - emocje pną się tu od wzdychającej kameralistyki po ogień free jazzu.

Każdy z setów trwa tu grubo powyżej dwudziestu minut i daje artystom szanse na spokojne i przemyślane budowanie dramaturgii. Po kilku poszukiwawczych pętlach odnajdują oni drogę do zgrabnej, linearnej opowieści. Raczej konstruują ją na tym etapie z drobnych fraz, dbają o szczegóły brzmieniowe (piano potrafi tu smakować niczym mała gitara elektryczna), nie eskalują tempa, ani intensywności, choć chętnie wchodzą w krótkotrwałe, ekspresyjne zwarcia. Pierwsze spiętrzenie sytuuje się tu w okolicach 10 minuty i jest gęste od potu. Jeszcze bardziej hałaśliwe zdaje się być wzgórze, na jakie wspinają się artyści w okolicach 15 minuty. Każdorazowa droga na szczyt jest tu dość długa, z kolei momenty hamowania krótkie, ale zdaje się, że jeszcze bardziej efektowne. Finał seta spoczywa na gitarzyście, który najpierw koi nasze zmysły ekspozycją solową, potem do more relaxing sounds zachęca także swoich partnerów.

Gitarzysta otwiera także drugi set. Tu już definitywnie wszystko bazuje na filigranowych dźwiękach. Pracują dysze saksofonu, jęczą struny i trzeszczą klawisze. Spokojna, kolektywna narracja trwa do momentu, gdy z tuby dęciaka wyzwoli się odpowiednia porcja mocy, by zabrać trio na pierwsze wzniesienie drugiego seta. W tak zwany międzyczasie mamy jeszcze epizod solowy Verhoeven. W obrębie 10 minuty muzycy serwują nam porcję ognistego tańca, z kolei faza tłumienia odnajduje efektowny ambient, budowany nie tylko przez gitarzystę. Narracja szczerzy zęby, by raz za razem popadać jednak w nastrój relaksacyjny. W okolicach 17 minuty artyści napotykają ciszę, ale postanawiają jeszcze kilka minut pomuzykować. Piano i gitara dbają o mroczny, rezonujący sound, saksofon szuka ostatnich promieni zachodzącego słońca. Samo zakończenie przypomina delikatnie kwaśną, zmysłową post-balladę.



Carla Santana/ José Lencastre/ Maria do Mar/ Gonçalo Almeida Defiant Illusion (NWOJ, CD 2024). Carla Santana – elektronika, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Maria do Mar – skrzypce oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w Toolate Studio, Abóboda, Portugalia. Osiem improwizacji, 54 minuty.

Tym razem zastajemy Lencastre’a w towarzystwie jeszcze bardziej kameralnym – kontrabasu, skrzypiec i tylko pozornie nieadekwatnej w tej sytuacji scenicznej elektroniki. Ten kolejny doskonały album NWOJ dowodzi dwóch rzeczy. Zdaje się, że subtelność narracyjna i umiar w generowaniu dźwięków, to cechy wpisane w DNA muzyków portugalskich, co skutkuje nagraniami świetnie zbilansowanymi pod niemal każdym względem. Z drugiej zaś strony sam Lencastre, to muzyk, który doskonale radzi sobie w każdej estetce. Jeszcze kilka chwil temu, na poprzednim albumie, bywał free jazzowym, dzikim zwierzem, tu zdaje się być wytrawnym kolorystą i prawdziwym demiurgiem dramaturgii wyważonej, choć niewystudzonej improwizacji.

Zlękniona kameralistyka w leniwych, na poły tajemniczych dronach, to charakterystyka pieśni otwarcia. Drobne, akustyczne frazy są tu efektownie doprawiane delikatnie pulsującą elektroniką. Z jednej strony nerwowość saksofonu, z drugiej post-barok skrzypiec. W drugiej odsłonie na czele pochodu odnajdujemy drgające struny kontrabasu, wokół których panoszą się elektroakustyczne drobiazgi. Dęciak pojawia się tu lekko spóźniony, sieje intrygujący ferment, z kolei skrzypce toną w melodii. W trzeciej części na starcie dominują dźwięki preparowane, a w fazie finalizacji nie pierwszy już dialog saksofonu i skrzypiec. Kolejną opowieść też zdaje się budować pewien dysonans – najpierw toniemy w drobnej chmurze jazzu kontrabasu i saksofonu, by po niedługiej chwili sycić uszy skrzypcowymi frazami opatulonymi subtelną elektroniką. Piąte nagranie jest najdłuższe, a zaczyna się na poziomie ciszy. Narracja na wdechu, na zaciągniętym ręcznym pięknie się tu rozwija niesiona elektroniką, w fazie końcowej doposażoną w ulotną rytmikę i intrygującą ekspozycję dronową. W szóstej części, z jednej strony rozdygotane chamber, z drugiej efektowne, niemal free jazzowe zagęszczenie saksofonu, a zaraz potem kilka ciepłych oddechów z tuby i tanecznych fraz strunowych. Końcowa improwizacja stanowi tu niemal resume całego albumu. Mrok elektroniki niepozbawionej rytmu, strunowe poślizgi i saksofonowe westchnienia, drobny zadzior jazzu z kontrabasowego pizzicato, śpiew skrzypiec i zagadkowe frazy syntetyki na ostatniej prostej - można tego słuchać bez końca!



 

Garuda Trio + Rodrigo Pinheiro Tongues Of Flames (NWOJ, CD 2024). Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, lipiec 2022. Trzy improwizacje, 39 minut.

Hugo Costa od lat związany jest ze sceną holenderską (ponadgatunkowy Anticlan, czy noise’owe Albatre), ale nieustannie szuka swoich jazzowych korzeni w rodzimej Portugalii. Jego najlepszym orężem w tym artystycznym trudzie jest trio Garuda, które w trakcie swej drugiej podróży napotyka znamienitego gościa, pianistę Rodrigo Pinheiro. We czwórkę szyją nam tu rasowy, swobodnie improwizowany jazz, który potrafi w mgnieniu oka zamienić się w prawdziwie free jazzowe monstrum.

Pierwsza improwizacja zajmuje niemal połowę płyty i świetnie pokazuje moc kwartowej edycji Garudy. Opowieść inicjuje solowa, minimalistyczna akcja kontrabasu. Pozostali uczestnicy spektaklu wchodzą do gry stopniowo, z dużą dozą wstrzemięźliwości. Narracja przybiera formę slow motion of open jazz, ale potrzebuje ledwie kilku pętli, by nabrać mocy i energii znamionującej freejazzowe wyniesienie. Muzycy świetnie na siebie reagują, a wszystkie decyzje dramaturgiczne podejmują wspólnie. Środkowa faza utworu, już po wybrzmieniu wulkanu ekspresji, toczy się bez udziału dęciaka. Ten ostatni wraca w momencie, gdy trio zdaje się delikatnie unosić w powietrzu. Kilka dętych podmuchów buduje dodatkową jakość, wspartą na ulotnej ekspozycji pianisty. Druga improwizacja jest tu najkrótsza, oparta na ciekawej, nieco zrelaksowanej dynamice. Saksofon płynie wysokim i ekspresyjnym wzniesieniem, twarda sekcja stawia piękne, jazzowe zasieki. Gdy dęciak milknie, kilka błyskotliwych chwil staje się udziałem drummera. W trzeciej, znów kilkunastominutowej opowieści, dzieje się jeszcze więcej. Otwarcie jest kolektywne i szybko umieszcza artystów w zagęszczonym tyglu post-jazzu, dobrze kontrolowanym, ale już całkiem ekspresyjnym. Nim kwartet wejdzie na ścieżkę eskalacji świetne solo prezentuje pianista, a po nim kontrabasista. Po szybkim wystudzeniu improwizacja przechodzi w rozbudowaną fazę free chamber. Pojawia się smyczek, mroczne klawisze i rezonująca tuba saksofonu. Opowieść formuje się w balladę, ale nie kończy w zadanej estetyce. Spora porcja mocy uwidacznia się bowiem w zgrabnych ruchach perkusisty. Finalizacja jest intensywna, choć nadal wsparta na kontrabasowym smyczku. 

 

 

piątek, 15 marca 2024

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Chymeia! Two! Labirinto! Break It Down!


Jeśli północno-wschodnia rubież naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego zdaje się specjalizować w ponadgatunkowych eksperymentach, które sprawiają, iż muzyka improwizowana skrzy się nieskończoną paletą na ogół mrocznych barw, o tyle zachodnia flanka tej części świata gustuje nade wszystko w eksploracji swobodnego jazzu.

Taki przynajmniej można wysnuć wniosek analizując tegoroczne nowości, jakie docierają do nas z Katalonii i Portugalii. O tych pierwszych pisaliśmy kilkanaście dni temu, teraz sięgnijmy zatem po czerwone róże z Lizbony. Phonogram Unit, inicjatywa edytorska będąca skutkiem działań grupy muzyków improwizujących, u progu nowego roku przynosi nam cztery nowe albumy. Dwa są aktami typowo open jazzowymi, jeden post-bluesowym, wreszcie ten czwarty funkowo-dubową eksploracją. Wszystkie wszakże sycą się energią i estetyką jazzu, zatem udowodnienie tezy z pierwszego akapitu nie powinno stanowić większego problemu. Zatem czytajmy, słuchajmy i cieszmy się nową muzyką improwizowaną z Portugalii.



 

José Lencastre/ Zbigniew Kozera/ Vasco Trilla Chymeia (DL)

Alchemia, Kraków, październik 2022: José Lencastre – saksofon altowy, Zbigniew Kozera – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja. Pięć improwizacji, 34 minuty.

W zamyśle artystów miał to być portugalsko-polski kwartet. Ostatecznie skończyło się na duecie, który w trakcie krótkiej trasy po Polsce dobierał sobie na trzeciego różnych partnerów. Szczęśliwie w tym samym czasie na południu naszego kraju przebywał Vasco Trilla i na bodaj dwa koncerty dołączył do portugalskiego saksofonisty i wrocławskiego kontrabasisty. Ich koncert z Alchemii definitywnie winien ucieszyć każdego fana free jazzu i muzyki swobodnie improwizowanej osadzonej na bystrym groove, bez wątpienia godnym reguł gatunku. Chociaż trio słuchamy bodaj na pierwszym wspólnym koncercie, można odnieść wrażenie, że José, Zbyszek i Vasco muzykują ze sobą od zarania dziejów.

Łagodny start zawdzięczamy tu melodyce saksofonu i kontrabasowego smyczka. Opowieść nabiera rumieńców w momencie, gdy Trilla wrzuca doposażony w odpowiednią dynamikę drumming. Tempo rośnie, choć melodia nie przestaje się być stałym elementem programu. Cała improwizacja osadzona jest na świetnym wyczuciu dramaturgii Kozery, który płynie smyczkiem od rzewnych post-melodii do gęstych, ekspresyjnych pulsacji. Druga opowieść przynosi garść całkiem dynamicznych zabaw w podgrupach. Zaczyna kontrabas i perkusja, po ekspozycji tria dostajemy się w wir umiarkowanie filigranowej akcji perkusyjnej, a opowieść wieńczy rozmowa saksofonisty i kontrabasisty. Kolejna improwizacja jest prowadzona od początku do końca kolektywnie. Saksofon i perkusja pną się systematycznie ku górze, z kolei kontrabas rozpycha kolanami w dolnej warstwie narracji. Ten ostatni pięknie finalizuje epizod nieodłącznym smyczkiem. Czwartą część inicjują błyszczące perkusjonalia. Opowieść leje się przez ręce, ale z woli drummera nabiera odpowiedniej gęstości. Gdy tempo ciekawie eskaluje, Kozera sięga po smyczek i kreuje intrygujący dysonans. Pieśń pożegnalna budowana jest z należytym pietyzmem. Szczególnie efektowne stemple jakości stawia tu zatrwożony Lencastre. Opowieść gęstnieje na wyjątkowo wolnym ogniu, trzymając w ryzach wszelkie emocje. Zagubione w miksie gromkie oklaski zdają się być wyjątkowo zasadne.



 

Bruno Parrinha & João Gato Two (CD)

Bartolinsky Studio, Oeiras, Portugalia, od kwietnia do lipca 2023: Bruno Parrinha – saksofon altowy (kanał prawy) oraz João Gato – saksofon altowy (kanał lewy). Jedenaście improwizacji, 55 minut.

Dwa swobodnie improwizujące saksofony altowe budują tu intrygujące dialogi, często wchodzą w antagonistyczne dyskusje, rzadziej kreują akcje imitacyjne. Ich wielominutowa (być może odrobinę zbyt długa) opowieść jest wszakże spójna i na ogół pozbawiona dramaturgicznych mielizn. Artyści rzadko sięgają po frazy preparowane, chętnie płyną czystymi strumieniami dźwiękowymi, ale paleta ich barw brzmieniowych i stosowanych technik artykulacyjnych jest wyjątkowo szeroka. Matką tej narracji jest kreatywny jazz, który skutecznie rozpala improwizatorską wyobraźnię. 

Gem otwarcia zdaje się potwierdzać wszelkie walory albumu, zidentyfikowane w poprzednim akapicie. Toczy się od szumu i prychania po zadziorne, bystre interakcje wyposażone w duże porcje soczystych, altowych fraz. Drobne kłótnie, efektownie pojednania, kilka całkiem dynamicznych przebieżek. Kolejne utwory dodają do tak uformowanego wizerunku improwizacji nowe elementy i smaczki. Druga opowieść smakuje wytrawną kameralistyką, incydentalnie łapiącą niemal free jazzową ekspresję, trzecia dodaje smutek i rzewne melodie, czwarta kolejne porcje zadumy, z kolei piąta stawia sprawę na ostrzu noża i bazuje na dysonansach ekspresji. Szósta odsłona jest dynamiczna, ale wyjątkowo filigranowa, siódma piszczy i chrobocze, ósma płynie matowymi dronami, a dziewiątą kąsa agresją, sięgając od samej ziemi do rozgwieżdżonego nieba. Dziesiąta improwizacja trwa dziesięć minut i przynosi dużo interesujących zdarzeń. Od subtelnych preparacji, rezonujących, mrocznych fraz, poprzez cedzone przez zęby melodie, aż po kontrolowany wrzask. Końcowa opowieść zdaje się koić nerwy i budować silną nić porozumienia. Imitacyjne westchnienia, szczypta nostalgii i całkiem energetyczne, wysoko posadowione dźwięki na ostatniej prostej.



 

Jorge Nuno Labirinto (CD)

Namouche Studios, Lizbona, listopad 2023: Jorge Nuno – gitara akustyczna. Osiem improwizacji, 45 minut.

Tego gitarzystę znamy nade wszystko z elektrycznych, pełnych rockowej psychodelii eksploracji, ale miewa on także przygody akustyczne, którymi udanie wgryza się w historię muzyki swobodnie improwizowanej. I to właśnie w tej drugiej estetyce Nuno nagrał bodaj swoją pierwszą solową płytę. Postawił w niej na emocje z rzadka kojące zszargane nerwy, a całość nasączył estetyką post-bluesową. Ten improwizowany spektakl na solową gitarę akustyczną umiejscowiony został całkiem niespodziewanie w samym środku dzikiej, amerykańskiej prerii. Oczywiście soczystego oddechu lizbońskiego saudade artysta nie był w stanie skutecznie zagubić. I bardzo dobrze!

Muzyk rozpoczyna swoją traperską podróż z przytupem. Rysuje gęste pętle i syci je post-rockową ornamentyką. Jego żwawe ruchy skrzą się czerstwym, dynamicznym bluesem. Zaraz potem odpoczywa przy gitarowych flażoletach, liczy struny, zdaje się schylać po każdy dźwięk i dumać nad losem. Trzecia opowieść ma umiarkowane tempo, lepi się z ochrypłych fraz i post-rockowych faktur, a kończy w galopie. Po niej znów ma miejsce czas na odpoczynek, niczym pierwsza szklanka whisky po całym dniu pracy. Opowieść pachnie krowimi odchodami, ciekawie się zapętla i niespodziewanie łapie tempo. W piątej odsłonie muzyk sięga do korzeni szorstkich, martwych fraz, z kolei w szóstej jego gitara zdaje się trzeszczeć ze starości. Nuno rozkłada ją na części i szpera na dnie pudła rezonansowego. Liczy struny, wpada w niekończącą się, zadumaną repetycję. W części przedostatniej na moment oddaje się smukłej, delikatnej balladzie, zbierając siły na efektowny finał. W jego trakcie emocje wybuchają z całą mocą rocka i bluesa, po czym lgną ku pobliskich, gęstym zaroślom. Im bliżej końca, tym muzyka i jej autor zdają się płynąć coraz szerszym korytem, w dół zapomnianej rzeki.



 

Flak/ Jorge Nuno/ José Lencastre/ Hernâni Faustino Break It Down (DL)

Alfarim, Portugalia, grudzień 2022: Flak – analogowa maszyna perkusyjna, Jorge Nuno – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon tenorowy oraz Hernâni Faustino – bas elektryczny. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Czas na ostatnią z phonogramowych nowości: Nuno przesiada się na gitarę elektryczną, Lencastre na saksofon tenorowy, Faustino, na ogół kontrabasista, sięga po elektryczną basówkę, a wszystkich spaja analogowa maszyna perkusyjna, za sterami której zasiada Flak. Główny strumień narracji bazuje tu na nieco histerycznej, syntetycznej perkusji i funkowym, mięsistym basie, z kolei improwizacja najczęściej odbywa się w obszarze działania psychodelicznego gitarzysty i post-jazzowego saksofonisty. Całość obleczona jest cienką warstwą dubu i budzi dalece mieszane uczucia. W pierwszych czterech, dość zwartych dramaturgicznie, niedługich opowieściach konwencja się broni, gorzej, gdy muzycy ruszają w ostatnią, prawie 20-minutowa podróż. Tu pomysłów, by zaintrygować słuchacza jest już definitywnie mniej.

Syntetyczny rytm, dubowy step basu, śpiewny saksofon na pogłosie i permanentnie fermentująca, kwaśna gitara, to elementy składowe tej układanki. Narracja jest dość stabilna pod względem dynamiki - niekiedy przyspiesza, jak w części trzeciej, innym razem zwalnia, bywa, że sięga po niemal 2-stepowy beat, jak w części czwartej. Dużo ciekawego dzieje się na tzw. drugim planie, szczególnie w momentach, gdy saksofon i gitara wchodzą w fazę nieco gorętszych improwizacji (choćby noise rockowy epizod w części trzeciej, czy też duża porcja psychodelii w czwartej). Jakkolwiek często zdarza się, że gitara nie jest w stanie przebić się przez zasieki maszyny perkusyjnej i basu. W długiej, finałowej ekspozycji dzieje się sporo, ale narracja zdominowana jest przez akcje perkusyjne, które nie dość, że brzmią dość archaicznie, to jeszcze wprowadzają spory chaos dramaturgiczny, szczególnie w momentach, gdy opowieść przejawia tendencje, by popadać w post-psychodeliczną mantrę. Z kolei, gdy perkusja i bas zostają na moment sami (w drugiej części finału) klimat robi się interesujący, ale nie jest ciekawie spuentowany.



wtorek, 5 września 2023

Phonogram Unit’ fresh outfit: Spirit in Spirit & Rhizome!


Phonogram Unit, to portugalski label założony przez samych artystów, który dostarcza nam regularnie błyskotliwych dźwięków i ciekawych dramaturgicznie sytuacji sceniczno-studyjnych. Czytelnicy tych łamów wiedzą to doskonale!

Dziś czas na eksplorację dwóch letnich nowości wydawnictwa z Lizbony. Tym razem tylko w digitalu, ale i na tym nośniku muzyka broni się każdym swoim fonicznym przejawem. Dwa tria, same znane nazwiska, nic tylko czytać, słuchać i zamawiać!



Spirit in Spirit

Na dobry początek free/open jazzowe, portugalsko-holenderskie trio na saksofon altowy, kontrabas i perkusję, czyli José Lencastre, Raoul Van der Weide i Onno Govaert. To drugie ujawnienie tego składu personalnego, równie jak pierwsze udane, choć odrobinę krótkie w wymiarze czasowym. Za to same konkrety!

Pierwsza i czwarta improwizacja są tu efektownie rozbudowane i stanowią o dramaturgii całości. Druga opowieść, to post-balladowa miniatura, z kolei część trzecia i piąta z jednej strony wydają się być fragmentem większej całości, z drugiej silnie korelują ze sobą estetycznie, zatem możemy chyba uznać je za części tej samej historii. Otwarcie śmiało możemy określić mianem open jazzu, który trzyma marszowy szyk, nie skąpi nam altowej melodyki, by w fazie końcowej efektownie puścić się w galop z dużą porcją saksofonowej ekspresji. W samym środku opowiadania odnotowujemy zmysłowe solo smyczka kontrabasowego, jak zwykle w przypadku Van Der Weide, barwione wyjątkowo indywidualnym brzmieniem.

Po awizowanej, miniaturowej balladzie muzycy zabierają nas na intrygujący trip, budowany aktywnym drummingiem, kontrabasowymi preparacjami i lekko zawieszonym flow saksofonu. Narracja zyskuje z czasem na ekspresji, bazuje na nieco połamanym rytmie, nie skąpi nam także perkusjonalnych obiektów, które wchodzą w interakcje ze strunami i budują ciekawy background. A na czele pochodu znów saksofonista! Część czwarta, ta rozbudowana, bazuje na cierpliwym budowaniu klimatu improwizacji. Wolne, post-bluesowe tempo, brzmieniowe niuanse, rezonujące frazy w poszukiwaniu nerwu narracji. Wszystko gęstnieje tu dzięki repetytywnemu kontrabasowi i rozhuśtanemu drummingowi. Muzycy snują się po scenie i raz za razem ślą nam dźwiękowe perełki. Ostatnia improwizacja, ta, która zdaje się być ciągiem dalszym trzeciej części, kreowana jest drobnymi, szeleszczącymi akcjami. Obiekty Raoula śpiewają jak pozytywki, perkusja bije post-rytm, a saksofon cedzi spokojne frazy niosąc post-jazzową melodię na kres albumu.



 

Rhizome

Kolejne trio także w składzie międzynarodowym – flagowe okręty portugalskiej improwizacji, kontrabasista Hernâni Faustino i pianista Rodrigo Pinheiro, spotykają w lizbońskim studiu nagraniowym amerykańskiego wiolonczelistę Daniela Levina. Tym razem czeka nas przygoda z definitywnie kameralną muzyką, której bliżej do post-klasycznej smugi cienia niż lwiego pazura post-jazzu. Niemal godzinna podróż potrafi tu zarówno ukoić nerwy dnia codziennego, jak i zainspirować intelektualną łamigłówką.

Pierwsza improwizacja pokazuje szerokie spektrum zainteresowań stylistycznych muzyków. Otwarcie należy do minimalistycznie repetującego fortepianu. Smyczki pojawiają się w grze z dużą atencją i wyczuleniem na niuanse dramaturgiczne. Kameralne wystudiowanie raz za razem syci się tu post-jazzowymi wtrętami, głównie ze strony kontrabasu. Swoboda, pewność każdego ruchu, zaduma i cisza powolności. Druga historia toczy się w dość nerwowej aurze, czemu sprzyja mroczny klimat wielu fraz. Dwa smyczki, delikatnie preparowane brzmienie piana, trochę dynamiki, dużo wystudiowanego lewitowania. Trzecia opowieść stawia na minimalizm i delikatność godną miana kameralnej post-ballady. Arco do pary z pizzicato, ale i spora przewidywalność tego, co może wydarzyć się za moment.

W czwartym opowiadaniu na czoło pochodu kameralistów wystawia się nerwowy wiolonczelista. Szarpie za struny, głęboko oddycha, buduje mroczne melodie. Dla kontrastu kontrabasista i pianista cedzą dźwięki i tłumią emocje. W dalszej części narracji pojawiają się drobne akcenty jazzowe. Finałowa opowieść jest tu najdłuższa, i zdaje się najciekawsza. Na starcie zgrzyty i miarowe stukania. Znów z dużą dawką minimalizmu, z naciskiem na wyjątkowo urokliwe gry na małe pola. Gdy kontrabasista zaczyna szarpać za struny opowieść natychmiast nabiera leniwej dynamiki. Emocje rosną, choć chwilami opowieść toczy się wedle dźwiękowej smugi pozostawianej przez dwa smyczki. Tempo raz rośnie, raz spada. O dodatkową dawkę hałasu dba wiolonczelista, który zmyślnymi preparacjami odnajduje w końcu ciszę. Pod koniec nagrania emocje znów rosną – smyczkowe preparacje i post-perkusjonalne igraszki sycą opowieść dużą ilością drobnych zdarzeń. Ostatnie słowo należy do rozśpiewanej wiolonczeli.

 

Spirit in Spirit: José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert Cinematico (DL, 2023). José Lencastre – saksofon altowy, Raoul Van der Weide – kontrabas, obiekty perkusjonalne oraz Onno Govaert – perkusja. Nagrane w Atelier 5, Amsterdam, październik 2022. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Daniel Levin/ Rodrigo Pinheiro/ Hernâni Faustino Rhizome (DL, 2023). Daniel Levin – wiolonczela, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Hernâni Faustino – kontrabas. Nagrane w Timbuktu Studio, Lizbona, październik 2022. Pięć improwizacji, 59 minut.