Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Berne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Berne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2025

The Relative Pitch’ March and April outfit: Vents! Cyclism! Poiēsis! Réimsí Géara!


Z pakietu soczystych nowości nowojorskiego The Relative Pitch Records, przypadających na marzec i kwiecień bieżącego roku, wybieramy cztery pozycje, świetnie pamiętając, iż jeden album z tego okresu został już wnikliwie (i z dużym entuzjazmem) omówiony*.

Pośród analizowanych poniżej albumów panoszyć się będą głównie instrumenty dęte, choć pewien australijski incydent wymagać będzie szerszego opisu zastosowanego instrumentarium. Po trzech zdominowanych wydychanym powietrzem płytach czeka nas jeszcze dwugitarowa dogrywka. W gronie wykonawców kilka znamienitych postaci muzyki kreatywnej, ale też zaciąg zacnych debiutantek i debiutantów. W ujęciu gatunkowym – swobodna improwizacja, kameralna zaduma i gitarowe kompozycje. Dla każdego coś miłego.

Welcome!



 

Jim Denley, Dale Gorfinkel & Peter Farrar Vents

Temple Jets, Gadigal Country, Sydney, styczeń i wrzesień 2023: Jim Denley – flety, Peter Farrar – płyty grzewcze, orbeez, ceramika, kamienie, hydrofony oraz Dale Gorfinkel – bębny powietrzne. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Bogate instrumentarium tego niezwykłego spektaklu, to preparowany flet, perkusja obleczona tworzywem sztucznym (gumą balonową?), wreszcie zestaw tajemniczych przedmiotów, raczej nieinstrumentalnych, zdolnych wydawać każdy dźwięk – zwłaszcza syczący, szemrany, piszczący. Większość fraz zaliczyć moglibyśmy do rodziny dętych fonii i … bardzo chcielibyśmy zobaczyć muzyków w akcji.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w centrum wielkiego mrowiska. Fauna i flora filigranowego, żywego dźwięku, który w wyniku tajemniczych i nie do końca rozpoznanych procesów zaczyna nabierać wymiaru post-akustycznego. Szmery, drobne zgrzyty, basowe pulsacje, rodzaj medytacji na flet, baloniki i innego obiekty świata żywej natury. Ale w sumie całość brzmi zdecydowanie … elektroakustycznie, choć zapewne elektryka nagrania jest tu związana wyłącznie z oświetleniem miejsca pracy artystów. Słyszymy powietrze, które tańczy, śpiewa i medytuje. Niektórym foniom śmiało moglibyśmy nadać miano hydraulicznych. Pierwsza improwizacja, linearna i zgrabnie udramatyzowana, ma w okolicach dwudziestej minuty drobne spiętrzenie, a potem chowa się do głębokiej krypty. Druga opowieść jest szyta dłuższymi fazami, czasami wzbogacona o ambientowe tło. W którymś momencie bije tajemniczy dzwon, dociera też do nas mnóstwo ukradkowych, konających w bezmiarze meta akustyki fraz. Z każdą chwilą tego nagrania – niezależnie od stopnia intensywności przekazu – muzycy zdają się popadać w stan coraz głębszej medytacji. Ostatnie dwie minuty, to jedynie mroczne echo i strzępy skwierczących, rezonujących fonii. Piękna to podróż, jakkolwiek.



 

Bloomers Cyclism

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Anne Efternøler – trąbka, Maria Dybbroe – klarnet, saksofon altowy oraz Carolyn Goodwin – klarnet, klarnet basowy. Piętnaście utworów, 37 minut.

Piętnaście dobrze sformatowanych (trwających od niespełna minuty, do niecałych sześciu), improwizowanych opowieści, których tytuły przypominają ważne wydarzenia w dziejach światowego feminizmu. Trzy instrumenty dęte kreują tu zrównoważone emocjonalnie narracje, które zdają się odkrywać niepoliczalne piękno brzmienia saksofonu, trąbki i klarnetów. Ta ekspedycja, na poły relaksacyjna, podszyta jest wszakże nieoczywistą dramaturgią. 

Artystki frazują na ogół delikatnie, chętnie sięgają po czyste dźwięki i sprawiają wrażenie, jakby na wszystko miały czas. Raz po raz sięgają także po dźwięki preparowane (choćby w trzeciej, szóstej, dziewiątej, czy jedenastej części), każdorazowo czynią to jednak z należytym umiarem, mając wszystko pod doskonałą kontrolą. Lubią melodie, dramaturgiczny ład (na ogół jedna z nich wiedzie prym w zakresie prowadzenia narracji, dwie pozostałe budują zgrabny akompaniament), rzadziej wchodzą w zwarcia i bardziej dosadne interakcje. Szczególnie podobać się może druga odsłona, przy okazji najdłuższa, gdy artystki pokonują intrygującą drogę od krzyku do niemal milczącej medytacji. Równie smakowita wydaje się dziesiąta opowieść, którą prowadzi rozśpiewana trąbka, a saksofon i klarnet dygoczą z zimna pod osłoną nocy. Ostatnie dwie historie stawiają na czystość brzmienia. Nawiązują po części do pierwszego utworu i zgrabnie, pełnymi strumieniami melodii, reasumują cały album.



 

Masayo Koketsu, Nava Dunkelman & Tim Berne Poiēsis

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy, Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne oraz Tim Berne – saksofon altowy. Siedem improwizacji, 38 minut.

Japońska adeptka i amerykański mistrz – spotkanie dwóch saksofonów altowych, wsparte aktywnym, niebanalnym drummingiem (a nie tylko percussion, jak sugeruje albumowe credits). Nikt z tej walki nie wychodzi zwycięski, bo nie oto chodzi w swobodnej improwizacji, zwłaszcza tej, realizowanej w danym układzie personalnym po raz pierwszy. Krótko, na temat, z dobrą dramaturgią – intrygujące otwarcia, na ogół ekspresyjne rozwinięcia i każdorazowo stylowe zakończenia.

Wszystkie utwory mają tu zbliżoną formę - na ogół trwają po cztery, pięć minut, a te najdłuższe po siedem z okładem. W pierwszej części saksofony altowe szukają zbliżenia, w kolejnych raczej dysonansu. Praca perkusji jest tu bardziej spójna dramaturgicznie i ciekawie podsyca saksofony do wzmożonej aktywności. Koketsu i Berne chętnie sięgają po farzy preparowane, na ogół czyniąc to naprzemiennie. Szczególnie intrygują w trzeciej opowieści, gdy z drobnych strzępów fonii budują rozbudowaną i melodyjną opowieść, a także w części czwartej, najdłuższej, którą kreują kontrastami, zarówno w zakresie frazowania, jak i brzmienia. W tej ostatniej najpierw sięgają ekspresyjnego szczytu, potem gasną smutnym, mrocznym tembrem. Molową atonację zdają się kontynuować w piątej, niemal modlitewnej opowieści. Ostatnie dwie części są chyba najbardziej dynamiczne. Jedna nerwowa, najeżona zadziornymi interakcjami, kolejna, znów dość imitacyjna, z rozchwianą dynamiką i gęstą melodią.



 

Scott Fields & Elliott Sharp Réimsí Géara

Studio zOaR, Nowy Jork, sierpień 2023: Elliott Sharp, Scott Fields – gitary elektryczne, kompozycje. Osiem utworów, 55 minut.

Nowojorscy gitarzyści przygotowali dla nas osiem kompozycji własnych (ten pierwszy odpowiada za parzyste numery, ten drugi za nieparzyste). Każda z nich, nasycona wielogatunkowymi skojarzeniami, wiedzie drogą kontrolowanej ekspresji i umiejętnie budowanej dramaturgii. Jedynie na samym końcu muzykom zabrakło chyba odrobiny zmysłu krytycznego. Album spokojnie mógłby zakończyć swój żywot po siódmym utworze, po jakże adekwatnych trzech kwadransach.

Rzeczone siedem kompozycji trwa od niespełna pięciu minut do siedmiu z drobnym okładem. Pierwsze dwie stawiają na rytm i post-melodyjną dynamikę z rockowym pazurem. W procesie frazowania artyści chętniej szukają podobieństw niż wchodzą w dysonujący dyskurs. W trzeciej części zdejmują nogę z gazu i sycą opowieść porcją chroboczącego ambientu. Potem sięgają po garść krzykliwych sprzężeń, a na etapie finalizacji do nasączone silnym prądem brzmieniowe detale. W kolejnych dwóch utworach budują post-balladowy flow z krótkich, urywanych fraz i plejady flażoletów. Ich narracja z jednej strony pachnie bluesem, z drugiej – szczęśliwie – nie szczędzi nam preparacji, realizowanych nie tylko mocą gitarowych przetworników, a także post-rockowej ekspresji. W szóstej części powraca rytm i kolejne porcje zdrowych interakcji. Nie brakuje imitacji na etapie frazowania, ale opowieść klei się nade wszystko ze wzajemnych kontr. W siódmej odsłonie szczególnie udany jest mroczny początek, potem muzycy nie szczędzą nam wielu dodatkowych tropów gatunkowych. W ósmej, prawie trzynastominutowej narracji, odpływają w bezmiar wystudzonej, niemal martwej post-ballady, która wydaje się nie mieć końca.

 

*) mowa o Song, solowym albumie Sophie Agnel



wtorek, 25 czerwca 2019

Desprez & Rasmussen! Lopes & Guillotine! Nuno! Azul! Stapp & Morris! Torn! KaMaSz! Strętwa! The Real Guitar City as june summary!


Krajowy czerwiec tym razem w aurze tropikalnych upałów, tudzież braków w zakresie wody pitnej i … tradycyjny ból głowy redakcji z nadmiaru bardzo dobrej improwizowanej muzyki! Czas na czerwcową zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych!

Dziś w roli głównej gitara we wszelkich jej wymiarach. Będzie głośno, będzie też spokojnie, raczej mniej rocka, więcej swobody i zdrowego pomyślunku. Zaczynamy od zeszłotygodniowej premiery płytowej, potem jeszcze siedem innych, niemal tak samo pachnących, wydawnictw (ledwie jedna datowana na roku ubiegły). Najpierw miting francusko-duński, potem blok płyt z Portugalii, a następnie po dwa wątki amerykańskie i polskie.




Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch (Dark Tree, CD/LP 2019) ‎

Na początek naszej dzisiejszej opowieści niezwykle świeży duet – Desprez (gitara elektryczna) i Rasmussen (saksofon altowy) – postaci bardzo już medialnych, jak na reguły europejskiej muzyki improwizowanej i prawdziwie energetyczna porcja dźwięków, której nadali zgrabny tytuł Właz. Przy okazji odnotujmy powrót do działalności edytorskiej francuskiego Dark Tree Records (Happy to see you again, Bertrand!). Siedem bardzo swobodnych historii o istocie dźwięku, których odsłuch zajmie nam dokładnie trzy kwadranse bez dwóch sekund (koncert z września 2016 roku - Music Unit, Montreuil, Francja).

Roztańczony, free jazzowy alt i gitara z dużym prądem, która z lisią zręcznością pląsa wokół i zwinnie improwizuje – oto aktorzy, z którymi skaczemy w ogień żarliwego free improv, granego z dużą klasą, wyczuciem formy, budowanego w atmosferze bardzo dobrej komunikacji wewnętrznej. Sowity duet, mocny przekaz, brak dramaturgicznych wątpliwości – już po minucie muzycy bez trudu wchodzą w pierwsze mikroeskalacje, kreują dźwięk, który ma brzmienie, siłę wewnętrzną i nieodparty urok osobisty. Po kolejnej minucie pierwsze garście hałasu i rytm, który podaje Julien. Mette tańczy wokół niego, zalotnie spogląda w stronę gitarzysty i zdaje się być po brzegi ust naładowana emocjami. Po chwili przerwy już niemal gada do niego przez ustnik, a alt, niczym taśma przesyłowa, ubarwia narrację dętym … notokiem. Gitarzysta nie pozostawia tego bez reakcji – tryska różnorodną fonią, aż iskrzy na scenie. Liczy ołowiane struny, kreuje nowe plamy hałasu, wchodzi w krótkotrwałe imitacje, a na finał buduje zmysłowy dron. Trzecia historia zdaje się być sucha na wiór – alt mimowolnie prycha, gitara grzmi i mruczy. Kierunek działania – preparacje. Dość szybko narracja osiąga niemal industrialną gęstość. Od ciszy po hałas, pasmo jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. W 6 minucie symfonia wysokich dronów, potem odrobina zalotnych spojrzeń – szorstka, męska zabawa obojga płci.

Czwartą opowieść buduje czysty, ekspresyjny alt. Gitara podaje rytm i brzmi niczym czereda groźnych basów. Oto początek ballady dla złych. Z każdą sekundą sieć dźwięków gęstnieje, nabiera brudu i smoły w brzmieniu. Alt ciągnie ku górze coraz intensywniej, niemal spirytualnie. Na gryfie kawalkada wydarzeń, mrok fonii, która rozbłyska ogieniem. Corowy numer płyty kończy się krzykiem, poprzedzonym paradą hałasu i eksplozją temperamentów obu muzyków. Chwila odpoczynku tuż potem – dialog krótkich fraz, gitara niczym maszyna wysokoprężna (tu nie ma dźwięku, którego nie można by zagrać), alt raczej dba o niuanse brzmieniowe, ale w ramach kropki nad „i” daje do wiwatu! Szósta historia znów stawia pióro recenzenta do pionu – dynamiczny potok suchych westchnień wprost z rozgrzanych dysz altu zostaje świetnie komentowany przez filigranowe, metaliczne dźwięki z gryfu. Mette ciągnie flow pod sklepienie niebieskie, potem Julien łamie go zmyślnym meta rytmem. Tańce, swawole i obopólne drony na wytłumieniu. Wreszcie sam finał tej ekscytującej podróży – parada szumów z tuby i milczącego amplifikatora. Efektowne intro, z którego wyłania się post-industrialna kawalkada coraz bardziej wilgotnych fonii. Po krótkim stoppingu, zabawa w sonorystykę użytkową, tuż nad gęstym strumieniem modulowanego basu. Last minute – szorstki tembr altu ginie w siarczystym dronie, budowanym przez zakrzywione fale radiowe, wprost z umęczonej gitary, odciętej od zasilania.




Guillotine  Guillotine  (Clean Feed, CD 2019)

Przed nami melanż portugalsko-francusko-norweski, wydany, co widać powyżej, w kraju tej pierwszej nacjonalizacji. Pod jakże ostrym tytułem własnym spotykamy trzech muzyków: Luís Lopes – gitara elektryczna, Valentin Ceccaldi – wiolonczela (uwaga! podłączona pod prąd wielkiej mocy!) oraz Andreas Wildhagen – perkusja. Nagranie z czerwca ubiegłego roku, Golden Poney Studios w Lizbonie. Cztery improwizacje, 42 minuty i 4 sekundy.

Choć spodziewamy się po Gilotynie sporej dawki zdrowego hałasu (co w istocie rzeczy stanie się naszym udziałem), pierwsze trzy minuty upływają nam w potoku ambientowej niemal ciszy, budowanej na talerzach zestawu perkusyjnego. Gitara i cello na finał tej zaskakującej rozbiegówki uderzają w dzwon narracji niezwykle silnie i pieśń otwarcia toczyć się może właściwym torem. Pierwsze wrażenia są nie dość, że rockowe, to wręcz kraut-rockowe. Wiolonczela brzmiąca niczym metalowa basówka, rozchełstana gitara, skora do wszelkich figli, masywna perkusja. Na przeciwległych flankach oba strunowce toczą małą wojnę, kto głośniej. W 9 minucie, to gitara milknie jako pierwsza. Po dwóch minutach powraca, a siła rażenia tego powered power trio zdaje się być jeszcze większa. Wybrzmiewanie też z nutą zaskoczenia – najpierw harsh-ambient, potem klimat z Woodstock, tego właściwego, sprzed 50 lat. Druga część nie może nie zacząć się łagodnie. Cello prycha pizzicato, leniwe talerze komentują. Znów muzycy potrzebują niemal trzech minut, by wejść na wyższy poziom obrotów. Pierwsza w taniec idzie - oczywiście - wiolonczela! Kardynalny rytm ze smyka nie pozostawia wątpliwości. Gitara kłębi się i swawoli, perkusja trzyma sztamę z cello. Piękna, zdrowa, rockowa kipiel w strumieniu swobodnej improwizacji! Emocje i ponadgatunkowa przepychanka trwa parę chwil, a pojednanie smakuje wyrafinowanym noise!

Trzecia historia rodzi się z ciszy i szumu wystudzonych amplifikatorów. Obcierki i polerki, czekanie na sygnał do wzmożenia aktywności. Proces zdaje się być cokolwiek przewlekły. Gitara szuka inspiracji na południu Iberia, talerze tyczą szlak donikąd. Rodzaj meta ballady, granej the day after. Bogata ekspozycja cello na tle leniwego szczoteczkowania. Sygnał do ataku zostaje dany dopiero w 8 minucie. I znów leje się rockowa krew – rytm ze smyka, psycho-guitar, drive drumming i finał w hałasie. Czas na zmyślnego rozchodniaczka, mniej niż pięć minut, które rozpoczyna cello frazując na jazzowo. Narracja toczy się na delikatnie złamanym rytmem, z drobną synkopą. Dobre momenty perkusisty, śpiewająca gitara i czas na gaszenie płomienia, swobodnie rozbujanego na ostatniej prostej Orgasmic Dance.




Jorge Nuno/ Rômulo Alexis/ Victor Vieira-Branco/ Rafael Cab  Connection (Creative Sources/ Big Papa Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek portugalski. Gitarzystę Jorge Nuno poznaliśmy niedawno przy okazji jego ogniście rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dziś zapraszamy na spotkanie z całkiem wyswobodzoną improwizacją. Przenosimy się do brazylijskiego Sao Paulo, gdzie muzyk bardzo skutecznie poszukiwał interesujących Koneksji artystycznych. W ramach kwartetu towarzyszyli mu w tym zacnym dziele: Rômulo Alexis – trąbka i elektronika, Victor Vieira-Branco – wibrafon oraz Rafael Cab – perkusja. Nagrania studyjne (data nieznana), pięć utworów, 42 minuty i 9 sekund.

W ramach introdukcji wytłumiona gitara i rezonujący wibrafon prowadzą niebanalny dialog. Po minucie brudna trąbka, wsparta perkusyjnymi zgrzytami, burzy ład i sieje dobry ferment. Rodzaj fussion grane bez pięciolinii, z ambicjami w zakresie dalece swobodnej improwizacji. Oryginalna, post-psychodeliczna gitara w towarzystwie dalece kompetentnych instrumentalistów. Bez pośpiechu, na dużym luzie, no i trąbka, która już na starcie brzmi niczym upalony klarnet basowy (muzyk będzie siał podobny dysonans poznawczy niemal przez całą płytę). Drugi numer skaluje dynamikę, a muzycy ochoczo ruszają na podbój świata. Aktywny drumming, szybki wibrafon, riffująca gitara, która zaczyna już poszukiwać dubowej przestrzeni. Na finał tej trzyminutówki ostra kipiel na gryfie. Trzeci numer zaczyna trębacz. Jego instrument brzmi tym razem, jak baby toy, gumowa kaczka. Ponownie bystry perkusista i swawolny gitarzysta budują dobry flow. Wokół moc tajemniczych, post-akustycznych dźwięków. Nuno zdaje się stać nieco z boku, raczej stymuluje młodszych kolegów do improwizacyjnych bojów. Na finał tej części gra jazzowe duo z wibrafonem.

Część czwartą, choćby z racji długości trwania, uznać można za kluczową Koneksję. Na wejściu trąbka brzmi jak trąbka! Dwa słowa ze strony wibrafonu i przyczajona gitara, która grzeje piec. Po niemal trzech minutach Nuno daje sygnał do gęstego galopu. Garść psychodelii, trąbka, która już zdążyła zamienić się w saksofon sopranowy, wreszcie czupurna meta sekcja wibrafonu i perkusji. Free rock like fired fussion! W okolicach 7 minuty małe wytłumienie i bardzo udane poszukiwanie nowej formy. Szczypta ambientu z gitary i bukiet bardzo swobodnych improwizacji pozostałych instrumentów. W 10 minucie na gryfie strzeliste wichry wojny – prawdziwy popis Nuno, który stanowi introdukcję to kolejnego galopu. Na finał odcinka improwizacyjne rozlewisko wyłącznie udanych dźwięków. Ktoś podśpiewuje, ktoś bawi się przetwornikami gitarowymi. Brawo! Wreszcie pieśń zamknięcia, również rozbudowana czasoprzestrzennie. Trąbka, gitara na dużym pogłosie, oddech wszechświata. Dla przeciwwagi aktywny drumming i zmysłowe tło wibrafonu, który brzmi niczym marimba. Zmiana goni zmianę. Ogień i woda, krzyk i dub. Po 6 minucie plamy psychodelii, a finałowe wytracanie mocy pod światłym przewodnictwem, doskonałego na całej płycie, trębacza! Ostatnie dźwięki należą do gitary, swobodnie płynącej na nostalgicznym pogłosie.




Carlos Bica & Azul  ‎Azul In Ljubljana (Clean Feed, 2018)

Po trzech porcjach sporych emocji, definitywnie zasłużyliśmy na kilka chwil jazzowego relaksu. Przed nam trio Azul, któremu szefuje od dawien dawna portugalski kontrabasista Carlos Bica. W dziele budowania dobrych melodii i zwinnych, niezobowiązujących improwizacji, wspomagają go - niemiecki gitarzysta Frank Möbus i amerykański drummer Jim Black (onegdaj ikona improwizowanej perkusji). Koncert ze słoweńskiej Ljubljany z roku 2015, dziesięć kompozycji (!), 54 i pół minuty.

Piłkę do gry wprowadza ciepło brzmiący gitarzysta, który nie jedno piwo wypił w towarzystwie Billa Frisella. Wtóruje mu kontrabas, prowadzony bardzo silną ręką i dość prosty, para rockowy drumming. Muzycy z godnym podkreślenia ładem i spokojem, grają coś na kształt bluesa, któremu nigdzie się nie śpieszy. All that jazz z gitarą, która w fazie improwizacji potrafi pokazać lwi pazur. Drugi utwór brzmi niemal pop-rockowo, można podśpiewywać i tupać nogą, ale dramaturgii wydarzeniu znów dodaje iskrzącą na zakrętach gitara. Trzecią historię można skwitować określeniem dobry jazz użytkowy. Na czwartą, najdłuższą, zdecydowanie warto jednak nadstawić ucha – bas zwinnie repetuje temat, gitara płynie szczeliną transu, z posmakiem zadumy i kiściami saudade pomiędzy strunami. Prosta, wyjątkowo urokliwa i niezwykle melodyjna ekspozycja. W piątej piosence warto podkreślić pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu. Po chwili wstępu trio idzie w półgalop, zwinnie kreowany przez mocny flow basu i delikatnie psychodelizującą gitarę. W improwizacjach muzycy osiągają nawet stan pełnego galopu. W kolejnym utworze jest dokładnie odwrotnie - temat budzi nas do życia, improwizacje zaś usypiają.

O ile siódmą kompozycję znów możemy zapisać po stronie nudy, o tyle sam finał płyty, jego trzy ostatnie akordy, to bez wątpienia perły w tej nieco ciernistej koronie. Ósma kompozycja, to dwuminutowa galopada, niemal speedowa gitara, full drumming i kontrabas, który ma jeszcze czas, by parę razy ciekawie zapętlić narrację. W kolejnej pieśni intrygująca jest linia melodyczna kontrabasu, a gitara, która znów przypomina Frisella, na ostatniej prostej delikatnie eksploduje. Wreszcie sam finał – znów bardzo dynamicznie, z progresywnym drummingiem i doskonałą linią melodyczną gitary, która lekko zmutowała swoje brzmienie. Ekspresyjne, rockowe solo dla podkreślenia ładunku emocji, jakie niesie zakończenie płyty.




Ben Stapp/ Joe Morris Feat. Stephen Haynes  ‎Mind Creature Sound Dasein (Fundacja Słuchaj! ‎CD, 2019)

Duży krok przez Wielką Wodę i jesteśmy w studyjnej części słynnego amerykańskiego Klubu Firehouse 12. Młody adept sztuki improwizacji (poniekąd uzurpujący sobie prawo do tytułowania go twórcą muzyki zawartej na płycie), tubista Ben Stapp (także euphonium i inne przedmioty akustyczne), jego starszy kolega, co ważne dla przebiegu dzisiejszej opowieści - gitarzysta, Joe Morris i wspierający obu Panów w czterech utworach, kornecista Stephen Haynes. W listopadzie 2017 roku muzycy zarejestrowali 11 fragmentów, których odsłuch zajmie nam 63 minuty i 6 sekund.

Tuba bywa zaskakującym akustycznie zwierzem instrumentalnym, tu zamiennie stosowna z jej odrobinę tylko mniej masywnym wydaniem, czyli euphonium, zatem moc wrażeń fonicznych będzie z nami od pierwszej do ostatniej minuty płyty. Zaczynamy bawolim porykiwaniem na skraju puszczy i szczyptą wciągania nosem dość chłodnego jeszcze powietrza. Na przeciwległej flance (tu, lewej), spokojna gitara o delikatnie zabrudzonym brzmieniu. Dęty dron i klasycyzująca gitara – pieśń otwarcia za nami. Drugi utwór trzyma klimat wstępu, pachnie nawet lekko wygłodniałym jazzem. Swobodna wymiana poglądów i myśli. Trzecia część zaprasza nas w głąb gęstego lasu – szczypta sonore z tuby, która po chwili brzmi jak saksofon, obok Morris, który liczy struny na gryfie i rysuje meta pętle. Duża zmienność akcji, technik artykulacji i sposobów prowadzenia dialogu. Kreatywność Stappa na krzywej wznoszącej – pod koniec odcinka sprawia wrażenie, jakby grał przynajmniej na trzech instrumentach.

W czwartym odcinku do gry wchodzi kornet (uczyni to jeszcze trzykrotnie i dodajmy od razu – każdorazowo podnosząc jakość improwizacji, który choć jest – wedle słów wydawcy – zaplanowana, to jednak w praktyce sprawia wrażenie dalece swobodnej). Pierwsza piosenka w trio jest dość dynamiczna – tuba stawia na innowacje, gitara na tradycję, kornet zaś ochoczo podśpiewuje. W kolejnym – więcej spokoju, artystycznego lenistwa i niebanalnego niechlujstwa. Stapp dmie w euphonium, Haynes całuje zimne powietrze, Morris ślizga się po strunach i szuka psychodelii. W szóstym epizodzie powracamy do formuły duetu – strumienie niskich pasm dźwięków, trochę zabawy i dużo luzu. W siódmym znów do gry wchodzi kornet – ze strony wszystkich muzyków więcej agresji, wysokich, zadziornych fonii, odrobina preparacji. Na flankach ciężka praca, po środku (kornet!) dzikie igraszki. Morris zdobi opowieść wąskim pasem transu.

Kolejne trzy opowieści, to znów duet. Ósmy razi spokojem ducha i stylowością narracji, dziewiąty wprowadza nowy akcent – Morris sięga po smyczek i brzmi jak stylowe, barokowe skrzypce. Gdy ten ostatni wpada w taniec, jego partner zdaje się rozdzierać szaty i zmysłowo prosić o łyk wody. Moc ekspresji jest udziałem obu artystów. W dziesiątym euphonium złorzeczy, gitara (jak bałałajka) śle wyłącznie pozytywny przekaz. Wreszcie rozbudowany finał tej chwilami doskonałej płyty – kilkanaście minut emocji, na powrót w trio! Garść filigranowych ekspozycji - gitara atakuje z zaskoczenia, kornet czyści wentyle, dęciak snuje epicką opowieść bez tytułu. Zdaje się, iż mistrz Bill Dixon stoi na kurtyną i bije gromkie brawa. W 6 minucie gitara nabiera siarczystości, dęciak popada w trans, a kornet snuje piękne, dixonowskie zakończenie. Liczenie strun gitary w ramach dźwięków ostatnich.  




David Torn/ Tim Berne/ Ches Smith  Sun Of Goldfinger (ECM Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek amerykański. Jeden z naszych historycznie ulubionych saksofonistów, Tim Berne, w towarzystwie swoich niemalże stałych partnerów, z których gitarzysta - David Torn (także elektronika i live-looping) - zdaje się tu być postacią najważniejszą. Formułę tria uzupełnia perkusista Ches Smith (także elektronika i tanbou). Panowie grają w trio dwa dość swobodnie improwizowane utwory (choć zapewne nie bez scenariusza), które na płycie przedzielone zostały inną, rozbudowaną kompozycją Torna. W tej części wzięli także udział: Craig Taborn na fortepianie (również elektronika), dwóch gitarzystów – Mike Baggetta i Ryan Ferreira oraz smyczkowy Scorchio Quartet. Nagrania pochodzą z lat 2015 i 2018 – łączny czas, to 69 minut bez trzech sekund.

Bogata w dźwięki i rozwiązania dramaturgiczne narracja toczy się na triowych utworach na wielu płaszczyznach, kreowana przez bardzo zmienne parametry aranżacyjne. Gitara obrośnięta elektroniką, syntetyczno-akustyczny drumming z niebanalnymi elementami percussion, wreszcie saksofon altowy, jedyny w swoim rodzaju, natychmiast rozpoznawalny, choć w warstwie dźwiękowej niczym niezaskakujący dla obeznanych w temacie. Jeśli pamiętamy flirty Berne’a z elektroniką w ramach takiej choćby formacji, jak Science Friction, nic na tej płycie nie powinno być dla nas nadmiernie obce. Muzyka toczy się bardzo plastycznie, decyzje podejmowane są kolektywnie, a cała trójka czuje się doskonale w formule improwizacji. Tu, począwszy od 5 minuty, flow opowieści gęstnieje z sekundy na sekundę, głównie z inicjatywy alcisty. Każdy z muzyków, sukcesywnie, dokłada do tej wspólnej historii własne, ciekawe wątki. Po 13 minucie masywność dźwięków każe nazwać całość niemalże free jazzowym industrialem. Warta podkreślenia jest także harsh-rockowa ekspozycja Torna (17-18 minuta).
  
Introdukcja drugiej części, tej skomponowanej, jest czyniona z niezwykłym, niemal filharmonicznym rozmachem. Instrumenty smyczkowe grają temat, reszta komentuje i sieje stylistyczny ferment. Z narracją zasadniczą mamy do czynienia po upływie 5 minuty. Jeśli trio grało na bogato, to w rozbudowanej formule mamy już prawdziwie barokowy przepych, a całej opowieści (ponad 22 minuty), z pewnością dobrze zrobiłyby nożyce cenzorskie. Szczęśliwie w drugiej części utworu, trio zasadnicze przejmuje stery i ucho bardziej wymagającego odbiorcy ma się czym nacieszyć. Świetne zmiany daje Berne, ciekawie i wysoko eksponuje się gitara, a Smith sięga po etniczny instrument perkusyjny tanbou i dolewa oliwy do ognia. Warto też skupić uwagę nad onirycznymi, półambientowymi przebieżkami gitary (16-18 minuta), a także docenić, iż każdorazowe użycie elektroniki (uwaga dotyczy całej płyty) znamionuje rozwaga i artystyczna wyrazistość.

Na finał płyty (znów ponad 20 minut) powraca formuła tria. Znacząca część tej opowieści toczy się leniwie, nieco ślamazarnie, ale niepozbawiona jest momentów godnych uwagi. Alt zaczyna brudnym brzemieniem, nie brakuje ambientu i dobrze stosowanego pogłosu. Oczywiście wciąż pomysł goni tu pomysł, czasami warto by było powściągnąć kreację, ale nagrania słucha się bardzo dobrze. Muzycy zagęszczają flow dopiero po 11 minucie. Po kolejnych kilku minutach delikatnie stopują i rozpoczynają budować nową opowieść, która sukcesywnie gęstnieje aż do osiągnięcia stanu ciekłego ołowiu, dodatkowo podszyta połamanym rytmem syntetyki. Na finał scenę opanowuje ogień emocji, a dźwięki pachną dobrym noise. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach altu – Berne, jak zawsze, jesteś tu mistrzem!




KaMaSz - Kądziela/ Mazurkiewicz/ Szmańda  Eight rocks from grandma's box (Multikulti Project, CD 2019)

Finiszujemy w ramach dzisiejszej zbiorówki świeżynek, czas zatem na akcenty krajowe! Marek Kądziela – gitara i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas i elektronika oraz Krzysztof Szmańda – perkusja i instrumenty perkusyjne, czyli trio KaMaSz i Osiem skał odnalezionych w skrzynce babci (dodajmy, po czteroletnim leżakowaniu). Muzycy donoszą, iż all music composed by, my zaś niezwłocznie uzupełniamy – in fully improvised way. Odsłuch całości zajmie nam 42 minuty i 14 sekund.

Pierwsza skała składa się z iskierek gitary, mocnego tembru kontrabasu i talerzowych zdobień, dozowanych z dużą swobodą i sporą dawką powietrza. Flow trzyma w rękach kontrabas, gitara udanie szuka psychodelii, a całość stanowi zaczyn do fussion jazzowej przebieżki. Narracja budowana ze smakiem, bardzo kolektywnie. Druga skała, a także – uprzedźmy przebieg wypadków – siódma skała odwołuje się do jazzowego idiomu, pachnie swingiem i śmiało nadaje się do tańca i tupania nogą. To dźwięki, które słyszeliśmy już na wielu płytach, mniej lub bardziej utytułowanych kolegów naszych muzyków. Zatem z radością przechodzimy do omówienia tych mniej przewidywalnych odcinków kamaszowych fonii. Trzecia skała zdaje się ginąć w elektroakustyce gitary i kontrabasu. Smakuje analogiem, mgławym ambientem, dobrym pomysłem gitarzysty, nie do końca podchwyconym przez partnerów.

Prawdziwe dobro na tej płycie zaczyna się od skały czwartej - gitarowe plamy zanurzone w elektronice, pojedyncze grzmoty basu, zwinne perkusjonalia.  Kądziela cudownie rozpływa się w psychodelii, a sekcja rytmiczna, niczym klasycy brytyjskiego drum’n’bass, zabiera nas w podróż bez wytyczonego punktu docelowego. Piąta skała daje wytchnienie, budowane ambientem, biciem półrytmu i kontrabasem, traktowanym smyczkiem. Mantra snuje się wokół pokrętnych myśli i dobrych intencji. Mazurkiewicz zdaje się grać na upalonym syntezatorze, co stanowi niebanalny podkład pod rockowe pasmo Kądzieli. Szósta skała wynurza się z ciszy - rezonujące misy, talerze i inne tajemnicze przedmioty. Szmańda ma swoje pięć minut i nie zmarnuje choćby sekundy.

Siódma skała została już skomentowana, czas zatem na finał płyty, który niespodziewanie jest dynamicznym, psycho-rockowym rozchodniaczkiem. Kontrabas proponuje nawet funkowe pochody, na które świetnie reaguje zadziorna i skora do rozróby gitara. Ognisty finał bardzo dobrej płyty, która wyższy status osiągnęłaby niechybnie po kasacji drugiej i siódmej skały. Wybrzmiewanie ciepłą elektroniką i suchą elektryką też zapisujemy po stronie kamaszowych aktywów.




Strętwa Dno (Plaża Zachodnia, Kaseta 2019)

Jeśli na dwóch ostatnio omówionych płytach elektronika była dodatkiem, to na tej płycie będzie ona już sercem i mózgiem narracji, nie bez wszakże kreatywnego udziału gitary, która jest przecież dzisiejszym bohaterem głównym. Strętwa sięga Dna (bynajmniej nie w wymiarze artystycznym!) w składzie: Maciej Maciągowski - syntezator modularny, Paweł Doskocz - preparowana gitara oraz Patryk Daszkiewicz - samplery i czarne myśli (!). Nagrano podczas improwizowanych sesji pewnych ciepłych dni w 2017 roku, w poznańskim Dragonie. Cztery odcinki, 28 minut z sekundami.

Pieśń otwarcia buduje robotyka gitary z prądem, tworzącej dron w towarzystwie masywnej syntetyki. O ile gitara zdaje się śpiewać, o tyle syntetyka trwa, niczym niezniszczalne od ponad 50 lat dźwięki formacji AMM. Myśli i sample, niezależnie od odcienia chwili, siedzą zaś w samym środku opowieści i dygoczą nieśpiesznie. Modular not full string trio w czerstwej powłoce Dna – gęstwiny, zarośla, ślimaki. Drugi odcinek toczy się pod dyktando małej, drobnej, meta melodycznej gitary. Subtelna narracja, okraszana perkusjonalną syntetyką w fazie skromnych preparacji. Jakby dwie dekady temu laptopowy Christian Fennesz miksowany był przez post-technoidalnego Jana Jelinka. Wieczne pętle, choć grane chyba na żywo, sprośna uroda repetycji, zgrzyty post-elektroniki. Pod koniec nagrania modularna ekspozycja delikatnie spycha gitarę na boczny tor, ale tylko delikatnie.

Syntetyka w trakcie trzeciej historii trzyma się mocno. Puste echo trwania dźwięków. Gitara rodzi się z samego wnętrza metafizycznego już Dna. Rysowanie strun za progiem, oniryzm narracji lepiącej się w kwaśny dron. Tuż obok wysokie pasma syntetyki – leksykalnie kategoria noise in progress! Wreszcie czwarta opowieść – u jej progu grzmoty syntetyki, mruczenie gitary traktowanej perkusjonalnie. Z kolejnej płaszczyzny Dna jakby rodziło się nowe pasmo post-gitarowego drona. Pokrętny beat post-post-techno w ramach komentarza. Na ostatniej prostej już tylko syntetyka, z bijącym sercem na zgliszczach żywych dźwięków. 


czwartek, 18 sierpnia 2016

Jazz Em Agosto … Lisboa 2016!


Jak już dni parę temu doniosłem, Trybuna miała okazję uczestniczyć w dwóch wydarzeniach tegorocznego festiwalu jazzowego w Lizbonie. Jazz w Sierpniu to impreza o wieloletniej tradycji (bodaj 36 edycja!), która ciekawie wpisuje się w koloryt niezwykłego miejsca, jakim jest stolica Portugalii.

Organizacja festiwalu w okresie wakacji ma oczywiście powód wyłącznie merkantylny (Lizbona pęka w szwach od turystów). Jak mawiają miejscowi muzycy, w trakcie roku szkolnego miasto obfituje w interesujące koncerty, także free improv, ale jakoś … nikt na nie nie przychodzi.




Festiwal zlokalizowany jest z dala od urokliwej, starej części miasta. Nieopodal Placu Hiszpańskiego (pięć stacji metra od centralnego Praca de Commercia) mieści się siedziba Fundacji i Muzeum Calouste Gulbenkiana. Ów Ormianin w pierwszej połowie XX wieku dorobił się fortuny na handlu turecko-portugalskim i był łaskaw założyć fundację, która do dziś wspiera wiele inicjatyw kulturalnych Lizbony, w tym szczególnie interesujący nas festiwal.

Koncerty festiwalowe odbywają się zarówno w sali koncertowej wewnątrz budynku głównego Fundacji/Muzeum (te popołudniowe), jak i w malowniczym Amfiteatrze (te wieczorne), położnym w pobliskim parku, gęsto zadrzewionym i zaopatrzonym w oczko wodne. Okoliczności przyrody zatem smakowite, a jedyny dyskomfort stanowi bliskość lotniska, na którym w trakcie weekendu samolot ląduje co pięć minut i siłą rzeczy hałas skutecznie komponuje się z improwizacjami muzyków.

Impreza tegoroczna trwała dziesięć dni (na ogół dwa koncerty dziennie), obok koncertów nie brakowało pokazów filmowych (m.in. jazzowe dokumenty znane nam z katalogu Rouge Art Records), a także… pogadanek o muzyce improwizowanej w wykonaniu Davida Toopa i … Evana Parkera (szkoda, że program festiwalu nie przewidywał ich koncertowego ekscesu).

Na koncertach, poza dużą reprezentacją muzyków francuskich, portugalskich i włoskich, których personalia na razie nie mówią nam zbyt wiele, nie zabrakło świetne znanych nam muzyków sceny free jazz/ free improv – Tima Berne’a, Marca Ribota, Paala Nilssena-Love, Petera Evansa czy Franka Gratkowskiego.

Szczęśliwie miałem okazję uczestniczyć w dwóch wieczornych koncertach. Na początek Snakeoil Tima Berne’a, podstawowa obecnie aktywność muzyczna doskonałego alcisty z Nowego Yorku.




Pisząc na początku lipca o Snakeoil, przy okazji ich ostatniej limitowanej płyty koncertowej Anguis Oleum, nie spocząłem w pozycji na kolanach i delikatnie utyskiwałem nad pewnymi niedoskonałościami tej formacji (głównie w zakresie ekspresji przekazu muzycznego). Na lizbońskim koncercie miałem doskonałą okazję, by te drobne ambiwalencje odszczekać. Co zresztą czynię obecnie z dużą przyjemnością. Koncert był bowiem doskonały, o czym decydował każdy z muzyków, a także fakt, iż w stosunku do w/w płyty koncertowej Snakeiol ponownie zaprezentował się w składzie pięcioosobowym (takimż był na ostatniej studyjnej płycie You’ve Been Watching Me). A zatem, obok lidera, twórcy materiału muzycznego, Tima Berne’a na alcie, zagrali – Oscar Noriega na klarnecie i klarnecie basowym, Matt Mitchell na fortepianie, Ches Smith na perkusji i wibrafonie oraz ten piąty – Ryan Ferreira na gitarze elektrycznej. Kwintet zagrał cztery rozbudowane kompozycje, typowe zresztą dla wszystkich formacji Berne’a, czyli zawierające sporo nutek na pulpitach, nawet długie pasaże grane unisono, wszakże pozwalające każdemu z muzyków na tak dużą swobodę w doborze sił i środków, iż całość w trakcie utworu przeistaczała się we wrzący tygiel bardzo dynamicznych i absolutnie wolnych improwizacji. Gitara Ferreiry wprowadziła do tej muzyki, jako jedyny element nieakustyczny, bardzo ciekawy dysonans brzmieniowy. Muzyk nie grał akordami, nie improwizował w sposób jazzowy, a jedynie generował plamy dźwiękowe, niekiedy o bardzo … psychodelicznym posmaku. Akustyczny kwartet bez instrumentu basowego zyskał dzięki temu fantastyczny background.




Pozostali Panowie też odciskali na muzyce tego zdecydowanie demokratycznego tworu swoje silnie piętno. Noriega zaczął lekko speszony, ale z każdą minutą nabierał wigoru i szczególnie na zwykłym klarnecie pięknie dopowiadał frazy Berne’a i ekwilibrystycznie improwizował. Pianista Mitchell miał pomysł na każdy fragment występu, a także doskonale improwizował w duecie z perkusistą i wibrafonistą Smithem. A tenże ostatni był chyba królem polowania. Fantastyczny muzyk! W wielu momentach to on, a nie alcista napędzał całą machinę, a w momentach dramaturgicznie uzasadnionych trzymał w ryzach kolegów. No i Berne, zawsze taki sam, precyzyjny, skupiony, dający pograć kolegom, niczym czuły demiurg czuwający na prawidłowym przebiegiem wydarzenia. Wyśmienity koncert zakończony skromnym bisem w nieco spokojniejszej tonacji.

Cztery dni później dotarłem na koncert kwartetu francuskiego skrzypka Theo Ceccaldiego Petite Moutarde (znamy tego muzyka choćby ze wspólnych płyt z portugalskim trębaczem Luisem Vicente – patrz: roczne podsumowanie 2015 na Trybunie). Grającego także na altówce i odpowiedzialnego za kompozycję Theo, w kwartecie wspierali – Alexandra Grimal na saksofononie tenorowym, sopranowym i sopranino, także udzielająca się wokalnie, Ivan Gelugne na kontrabasie i Florian Satche na perkusji. Dodatkowo dwóch kolegów obsługiwało stronę wizualną koncertu, poprzez prezentację fragmentów surrealistycznych filmów z lat 20. ubiegłego stulecia, autorstwa Rene Claira, Marcela Duchampa i Mana Raya.

Sama muzyka – od razu zaznaczę – nie porwała mnie. Oczywiście Ceccaldi grał wyśmienicie, pięknie improwizował, a jego instrumenty brzmiały czysto i zaborczo jednocześnie, natomiast nie ekscytowała sama koncepcja tego kwartetu. Sekcja grała bardzo jazzowo, czasami prostym groove’m, co w kontekście jednak delikatnych instrumentów smyczkowych nie koniecznie udanie konweniowało. A saksofonistka, swoim niezbyt rozbudowanym arsenałem artystycznych środków wyrazu, niestety niewiele mogła wnieść do obrazu całości. Zdecydowanie ciekawiej było, gdy Alexandra używała głosu, ciekawie improwizując i wplatając w to .. dźwięki saksofonu.




Oczywiście, gdy do tej chwilami interesującej muzyki dodamy wyśmienity pokaz czarnobiałej groteski francuskiego kina sprzed stu lat, cały projekt dość dobrze się bronił, ale dla mnie za wiele w nim było wyrachowania i … ilustracyjności, co niechybnie zarzucał obraz, dynamicznie zmieniający się za plecami czworga muzyków. W każdym razie płyty z materiałem Petite Moutarde nie kupiłem (w przeciwieństwie do kilku innych, dostępnych krążków, głównie doskonale nam znanej portugalskiej stajni Clean Feed – w bardzo zresztą promocyjnych cenach, nawet biorąc pod uwagę zwariowany kurs EURO, który po części zrujnował mnie finansowo w aspekcie całego dwutygodniowego pobytu w Lizbonie i jej uroczych, plażowych okolicach).

Koncert po godzinie dotarł do swego końca i w kontekście umiarkowanej euforii wśród publiczności zgromadzonej w Amfiteatrze, nie doczekał się bisu.

Na koniec drobna refleksja Alberta Cirery, który był na koncercie formacji Pulverize The Sound, gdzie trębacza Petera Evansa wspomagali – Tim Dahl na elektrycznym basie i Mike Pride na bębnach. Koncert w ocenie Alberta był doskonały i dalece odkrywczy. Koniecznie mamy sięgnąć na płytę, jak ta się ukaże. Zapisane w kajecie!


Ps. Dołączam do relacji zdjęcia zrobione moim telefonem – wyszły beznadziejnie, ale uznajmy, że są na tyle ekspresyjne, że … warto je tu załączyć. Nadto są jedynym namacalnym dowodem na to, że byłem wtedy w Lizbonie J.




poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.