Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Evans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Evans. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2026

Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans play Comprehensive!


Zebrać na Brooklynie trzech wyśmienitych instrumentalistów i stworzyć z nich impro supergrupę nie jest aż tak trudne, biorąc pod uwagę populację miasta, tym bardziej liczbę muzyków, która na powyższe miano zasługuje.

Zatem lądujemy w jednym z tamtejszych studiów nagraniowych i zasłuchujemy się w godzinnej porcji soczystych improwizacji, dla których bazą jest open jazz, ale które wszelkie notyfikacje gatunkowe mają za nic, jak to zwykle bywa w przypadku muzyki naznaczonej piętnem wysokiej jakości.

Panie i Panowie, Joe Morris na kontrabasie, Tyshawn Sorey na perkusji i Peter Evans na trąbce!

  


Pierwsza improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut. Od startu płynie w pełni kolektywnym strumieniem open jazzu – twardy drive basu, rozhuśtane frazy trąbki i ogarniający całość aktywny drumming. Muzycy frazują całkiem intensywnie, bardzo swobodnie, ale wydają się mieć wszystko pod pełną kontrolą. Prawdziwy bukiet wspaniałości rozpościerają przed nami w bardziej kameralnych interludiach. Bazując na smyczku kreują intrygujące, niekiedy gęste interakcje. Szczególnie udane wydaje się zakończenie utworu, gdy po upływie kwadransa muzycy znów zasadzają się na kameralnie brzmiącym smyczku i wkraczają do krainy mroku,  szyjąc długie, posuwiste frazy.

Kolejne trzy improwizacje trwają po kilkanaście minut, każdorazowo wyposażone w spokojne, wystudzone introdukcje. Najpierw klecą balladę, która łapie rytm i efektownie, na etapie rozwinięcia, popada w galop. Trębaczowi nie brakuje tu melodyki, a kontrabasiście narracyjnej różnorodności. Ale mistrzem polowania jest perkusista, który w drugiej fazie utworu gna na załamanie karku, frazując niemal punkowym 2stetem!

Trzecią improwizację otwierają szczoteczkowe frazy, rytm basu i dęta melodia. Tu narracja zdaje się być ulotnym walczykiem, który z czasem nabiera mocy i znów bardzo konkretnej dynamiki. Artyści śmiało osiągają free jazzowy poziom intensywności, a potem, na tylko trochę studzącym emocje smyczku, ślą nam kolejne porcje brzmieniowych wspaniałości. Brawura towarzyszy im do ostatniego dźwięku.

Finałowa improwizacja, to z kolei ocean preparowanych fonii, zwłaszcza w jej początkowej fazie. Coś rezonuje na werblu, dygocze pod trębackimi wentylami, na gryfie kontrabasu skrzypi i jęczy. Muzycy po raz kolejny odnajdują jednak melodię i rytm, a swój spektakl kończą w definitywnie post-jazzowym nastroju.


Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans Comprehensive (FSR Records, CD 2025). Joe Morris – kontrabas, Tyshawn Sorey – perkusja oraz Peter Evans – trąbka, także w wersji piccolo. Nagrane w The Bunker Studio, Brooklyn, New York, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 58 minut.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

 

piątek, 9 stycznia 2026

The Relative Pitch’ last of 2025: A Reflection Distorts Over Water! A Window, Basically! HobbyHouse!


Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.

Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie zapowiadające się kąski.

 


Camila Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over Water

Nevessa Studio, Woodstock, Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.

Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C! Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller! Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki, zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie, choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej) lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle, czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.  

  


Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically

aFarming Studio, Goshen, Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7) oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem utworów, 51 minut.

Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych krótszych, lepiej unerwionych narracjach.

Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista, gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji, co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne, na poły oniryczne pożegnanie.

 


Mia Dyberg & Axel Filip HobbyHouse

Czas i miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip – perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.

Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec, czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.

Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą, a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku. Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć coś bardziej intrygującego.



piątek, 16 grudnia 2022

The Relative Pitch’ fresh stuff: Pulverize the Sound! Voutchkova & Reid! BeingFive! Mattrey & Fluke-Mogul! Mines!


Nowojorski label Relative Pitch Records śmiało staje w szranki rywalizacji o miano najpłodniejszego wydawcy post-pandemicznego roku 2022! Trybuna Muzyki Spontanicznej stara się w tym zacnym wyścigu uczestniczyć na bieżąco, ale tak się jakoś dzieje, że na ogół pozostaje w delikatnym niedoczasie. Dziś zapraszamy na odczyt i odsłuch czterech nowości listopadowych i jednej październikowej, a na bandcampie labelu czekają już trzy nowości grudniowe. Ale po kolei …

W poniższym zbiorze recenzji odnajdujemy wyłącznie w pełni improwizowane nagrania! Na początek bardzo znany trębacz w trio, któremu bez ryzyka popełnienia błędu możemy dokleić etykietę working band, potem dwie równie rozpoznawalne mistrzynie strunowych improwizacji, pewien bardzo atrakcyjny personalnie kwintet, a na koniec już same szalone improwizatorki – duet strunowy i śpiewająca, samotna kontrabasistka. Jak zawsze w przypadku RPR emocje i rozstrzał estetyczny gwarantowane! Welcome!



Pulverize the Sound  Black

Czas i miejsce akcji nieznane: Peter Evans – trąbka, Tim Dahl – bas elektryczny i mikrofon oraz Mike Pride – perkusja, glockenspiel i dodatkowe instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 47 minut.

Zgodnie z informacją zawartą na bandcampie, dość regularnie współpracujące ze sobą trio o nazwie własnej po raz pierwszy serwuje nam w pełni improwizowany materiał. Efekt jest bardziej niż udany, choć bas elektryczny, trąbka na pogłosie i nieskomplikowana perkusja mogłyby sugerować prosty skok w otchłań fussion jazzu. Tak się jednak nie dzieje, albowiem muzycy w każdym momencie albumu postępują wbrew jakimkolwiek schematom. Nie gnają do przodu, nie szukają prostych, jazz-rockowych zagrywek. Nieustannie plączą się w zeznaniach, bystrze improwizują (zwłaszcza bas), ciągle szukają drugiego dna (trąbka) i kompletnie w nosie mają budowanie linearnych, dynamicznych ekspozycji (perkusja). Bez wątpienia Black, to jedna z najlepszych płyt w tegorocznym katalogu Relative Pitch, a może i także w kategorii open.

Już na starcie wiemy, iż będzie to bardzo gęsta, solidnie naoliwiona narracja. Basowe pętle i przełomy, frazy szyte tuż nad powierzchnią, ale także na wysokości, trąbka na intensywnym pogłosie, która szuka idealnej tekstury i perkusja, która permanentnie sprawdza brzmienie wszystkich elementów zestawu. Budowaniu emocji sprzyja tu siarczyste brzmienie, a najciekawiej w utworze otwarcia dzieje się wtedy, gdy muzycy tłumią pokrętną dynamikę i na stojaka szukają psychodelii niemal w każdym dźwięku. W drugiej części dość szybko znajdują coś na kształt rytmu, ale zdaje się on być dalece połamany. Bas skrzy się tu mocą silnego rocka, perkusja skłania ku punkowym pętlom, a rozśpiewana trąbka jako pierwsza rozsiewa kwaśny odczyn. Trzecia improwizacja trwa ponad trzynaście minut i muzycy znajdują tu czas na każde rozwiązanie. Balladowy, akordowy wstęp, kłęby brudnych fraz i perkusjonalne zdobienia zamiast ataku furii. Potem bas i trąbka idą swobodnie w tango, ale przy wsparciu jedynie stopy na bębnie basowym. Wreszcie dostajemy się w wir urokliwych strzępów dubowego brzmienia i garści rockowych repetycji. Czwarta część śmiało zasługuje na miano dirty dancing i bodaj jako jedyna charakteryzuje się stałym, dynamicznym drive’em perkusji. W trakcie piątej odsłony artyści znów przebywają drogę od wolnego, leniwego wstępu do efektownych, wręcz hałaśliwych didaskaliów, śląc nam porcję rockowych emocji, perkusyjne solo i trębackie okrzyki. W szóstej części muzycy w skupieniu sprawdzają akustykę pomieszczenia, pięknie pracują z echem i kreują narrację dysonansem poszczególnych jej elementów. Wreszcie finałowa rozgrywka, ponad dziesięciominutowa. Start nietypowy, bardzo minimalistyczny, szyty drobnym frazami. Do frontalnego ataku muzycy przystępują dopiero w połowie nagrania, niosąc dalece rockowy sztandar zwycięstwa. Zupełnie niespodziewanie ostatni numer na płycie okazuje się być najbardziej dynamicznym i hałaśliwym. W drugiej części kapitalne frazy szyje basista, która brzmi niczym Jaco Pastorius po ostatecznym przedawkowaniu. Muzycy utrzymają tu tempo i wielkie emocje do samego końca.



 

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III (DL)

Werkhalle Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Tomeka Reid – wiolonczela oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Trzy improwizacje, 28 minut.

Kolejny epizod projektu Biliany DUOS2022 przynosi spotkanie z artystką amerykańską, która nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Zatem dwie mistrzynie strunowego i preparowanego free improv, bardzo zwarta zabudowa dźwiękowa i kongenialne interakcje. Oczywiście z miejsca padamy na kolana, w ostatniej dosłownie chwili zadając pytanie – dlaczego ich berlińska improwizacja nie trwa nawet dwóch kwadransów!?

Artystki zaczynają swoją opowieść w głębokiej krypcie. Smyczki posadowione na gryfach wiolonczeli i skrzypiec wydają pierwsze, półprzytomne dźwięki, pełne martwego post-baroku. Suspens wisi nad nimi jak ołowiane sklepienie. Struny, niczym szorstkie ślizgawki, niosą oba smyczka wysoko ku górze. Jeden z nich pracuje w trybie minimalistycznym, ten drugi w … post-minimalistycznym. Aż piszczą z zachwytu, a może bardziej ze strachu. Ich frazy zdają się być na poły melodyjne, ale rozhuśtane niewidocznym wiatrem, pełne trwogi i boleści. Owa elokwentna post-chamber story w początkowanej fazie kilkunastominutowej improwizacji boi się nabrać wigoru, obie Panie wolą bowiem tonąć w bezmiarze zmysłowych preparacji i czekać na nadejście niemożliwego. W końcowej części utworu na obu gryfach pojawia się jednak pewnego rodzaju dynamika, frazy nabierają czystości, a cała narracja delikatnej zadziorności. Początek drugiej opowieści lepi się z samych drobiazgów. Nerwowe, preparowane dźwięki, zarówno te brudne, jak i czyste, konfrontujące bystre pizzicato i leniwe arco. Panie nieśmiało decydują się na swobodny taniec, budują uroczy, dość już gęsty flow, niepozbawiony akcentów percussion. Na starcie trzeciej części znów stają w delikatnej opozycji – jedna uderza w struny, druga wydaje post-barokowe westchnienia. Mrok zaszyty tu jest w każdym zakamarku strumienia dźwiękowego. Artystki ledwie dotykają strun, jak płynęły po tafli fonii niczym pozbawione ciężaru właściwego owady. Owa nieznośna lekkość improwizacji buduje niebywałą jakość. Tymczasem obie schodzą bardzo nisko na kolanach, a ich struny dygoczą filigranowymi emocjami. W fazie końcowej improwizacji Biliana dodaje kilka dźwięków wprost z gardła, z jednej strony kreując dodatkowy suspens, z drugiej biorąc w nawias ironii wyjątkową mroczność tej części albumu. Temperament obu Pan stawia teraz czoło ich minimalistycznej metodzie twórczej. Ostatnie frazy lepią się w nostalgiczny dron, nasycony gasnącymi emocjami.



 

Dimitriadis, Dörner, Freedman, Parkins & Williams  BeingFive

Czas i miejsce akcji nieznane: Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne, elektronika, Axel Dörner – trąbka, elektronika, Lori Freedman – klarnet, klarnet basowy, Andrea Parkins – akordeon, amplifikowane obiekty, elektronika oraz Christopher Williams – kontrabas. Pięć improwizacji, 50 minut.

Jeśli w muzyce improwizowanej lubimy zjawiska predefiniowane, tudzież odrobinę konceptualizmu, ta płyta zdaje się być dla nas stworzona. Kwintet w dalece frapującym składzie personalnym (prawdziwa mieszanka rutyny z młodością!) serwuje nam cztery pomysły na improwizacje. W pierwszej części zdaje się łączyć wodę z ogniem, skacze z kwiatka na kwiatek, snuje coś na kształt elektroakustycznej narracji o poziomie zmienności godnym najlepszych, ponadgatunkowych pomysłów Johna Zorna. Potem ucieka w świat swobodnej kameralistyki i dalece tłumionych emocji, dzieląc ów wątek na dwie części (drugą i czwartą na krążku). W dalszej kolejności proponuje nam wielominutowy ciąg miniatur porozdzielanych porcjami ciszy, wreszcie na koniec zabiera w jeszcze dłuższą, dronową opowieść, która przy okazji staje się bardzo efektownym podsumowaniem płyty. Cały album budzić może nieco ambiwalencji (choćby z uwagi na matowe, subdoskonałe brzmienie), zdecydowanie intryguje jednak na każdym etapie swojego rozwoju.

Pierwszą improwizację, która trwa ponad dwanaście minut kreuje dysonans. Z jednej strony kameralne pląsy kontrabasu i klarnetu, z drugiej elektroakustyczny tumult budowany zapewne siłą całego kwintetu. Narracja płynie od drobnych subtelności po zbiorową histerię o industrialnym posmaku. Podobają nam się szczególnie mgliste pasma akordeonu, krzyki klarnetu basowego i smyczkowe piłowanie strun. Drugą opowieść budują wyłącznie drobne frazy, lepione w całość na silnie zaciągniętym ręcznym. Jeśli ktoś tu stawia na większą porcję ekspresji, jest nim perkusjonalista. Po stronie atutów odnajdujemy kilka bardziej żwawych fraz preparowanej trąbki i rozśpiewanego klarnetu.  Środkowa część albumu to anonsowane wcześniej miniatury. Kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe fragmenty wyjęte prawdopodobnie z długiej improwizacji, często realizowane w podgrupach. Bezdźwięczne interwały pomiędzy nimi budzą spore wątpliwości, co do idei takiego rozwiązania dramaturgicznego. W czwartej odsłonie powracamy do wątku kameralnego, zapoczątkowanego w części drugiej. Na froncie walki o tłumione emocje klarnet basowy i trąbka. Całość szyta jest nerwowym ściegiem, ale zdaje się być także dość minimalistyczna w zakresie użytych środków wyrazu. Wiele rekompensuje tu finałowa, ponad czternastominutowa ekspozycja dronowa. Zaczyna się w głębokiej ciszy, tamże też się kończy, ale w międzyczasie dostarcza nam moc wrażeń i jakości. Początkowo wydaje się być budowana głównie z dźwięków akustycznych, z czasem nabiera siarczystości i elektryczności, aż po granice post-industrialu. Ma swoje fazy intensywności, a końcowe odliczanie zaczyna się dziewięćdziesiąt sekund przed końcem. Po wydaniu ostatniego tchnienia dysk serwuje nam jeszcze prawie dwadzieścia sekund ciszy.



Joanna Mattrey & Gabby Fluke-Mogul  Oracle

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Joanna Mattrey – altówka, stroh violin oraz Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Osiem improwizacji, 41 minut.

Dwie młode, anarchizujące i radykalne muzycznie improwizatorki (cytuję za bandcampem, ale i potwierdzam poprzednimi doświadczeniami odsłuchowymi!) zapraszają na kompulsywny meeting instrumentów strunowych, deprawowanych wyjątkowej jakości kreacją, w której odnajdujemy mnóstwo tropów stylistycznych, kilka niebanalnych technik wydobywania dźwięków i cały ocean artystycznej bezczelności, eksplodującego temperamentu i niezaprzeczalnego wdzięku!

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i stawia poprzeczkę jakości na niebotycznym poziomie! Najpierw mała eksplozja z post-rockowym posmakiem, potem minimalistyczne gry z delikatnym, folkowym zaśpiewem, potem kilka kroków po udeptanej post-klasyce. Z jednej strony narracja przypomina drobne resume doświadczeń artystycznych Kronos Quartet, z drugiej pokazuje … post-punkowy pazur. Trochę tu żałobnych śpiewów i kilka post-tanecznych podrygów w ramach pikantnej przyprawy. Trzy kolejne improwizacje są dalece enigmatyczne, ale zdają się oddziaływać niczym prosty sierpowy. Najpierw punkowe piłowanie strun, generujące strzępy acoustic noise, potem duża porcja starczego pojękiwania, wreszcie epizod, który z jednej strony stawia basowe stemple, z drugiej bliski jest emocji muzyki dawnej, która niechętnie staje z grobu, by ostatecznie popaść w kompulsywny półgalop. Szósta improwizacja znów trwa ponad dziesięć minut. Zaczyna się w oparach bardzo emocjonalnych preparacji. Artystki pracują tu z głuchym echem studia nagraniowego i budują efektowny suspens. Ciągnie je ku bardziej ekspresyjnym i dynamicznym akcjom, ale ostatecznie nie decydują się na puszczenie hamulców i umierają w wyjątkowo pięknej ciszy. Siódma odsłona kreowana jest początkowo szumiącymi dronami. W dalszej części artystki stawiają na dysonans – z jednego strony czyste frazy pizzicato, z drugiej gęsta struga zabrudzonego brzmienia. Powrót do dronów jest też okazją do pohałasowania. Końcowa improwizacja koncertuje się na preparowanych pomrukach, akcentach percussion i ekspresyjnych, smyczkowych ślizgach po gryfach.



 

Kelsey Mines  Look Like

Czas i miejsce akcji nieznane: Kelsey Mines – kontrabas, głos. Sześć improwizacji, 50 minut.

Dwie pierwsze płyty w dzisiejszym zestawie postawiły nas na baczność, po czym kazały upaść na kolana. Dwie kolejne intrygowały nieprzerwanie w trakcie odsłuchu. Ostatnia z analizowanych dziś nowości napotkać winna jednak na kilka krytycznych uwag recenzenta. Kontrabas solo i śpiew, tudzież mantryczna wokaliza, to całkiem dobry pomysł na niedługi album, ale Amerykanka sprawia wrażenie, jakby posiadała zasoby kreatywności na nie więcej niż kilkanaście minut improwizowanej narracji.

W pierwszej piosence artystka kreuje unisono głosu i kontrabasowego smyczka, jakby podawała temat przewodni spirytualnego evergreena. Brzmi post-barokowo, a tonacja jej narracji wydaje się w takim samym stopniu molowa, jak i durowa. Potem sięga po pizzicato i estetykę minimalistyczną. Z czasem zaczyna nucić melodię, jakby odbywała właśnie poranną toaletę. Emocje rosną tu wprost proporcjonalnie do zbytniej pewności siebie młodej kontrabasistki i wokalistki. Kolejne opowieści zbudowane są na podobnym schemacie. Artystka improwizuje, ale jej głos zdaje się głównie podążać za dźwiękami kontrabasu lub wtórować jego narracji. Ta ostatnia z jednej strony wydaje się być swobodną improwizacją, ale z drugiej przypomina nutki zapamiętane w gotującej się od emocji głowie. Gdy artystka pracuje smyczkiem i nie skąpi nam dynamiki, opowieść zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jednak waha się i dywaguje nad każdą frazą, cierpliwość słuchacza wystawiona zostaje na dużą próbę. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się ostatnia odsłona albumu. Kelsey śpiewa nad smyczkiem, kreuje chropowaty, dość wysoko podwieszony flow, syci go dużą porcją emocji i ekspresji, a cała ekspozycja sprawia wrażenie swobodnie improwizowanej. Pod koniec serwuje nam jeszcze kilka tanecznych podrygów, po czym urokliwie przygasa.



poniedziałek, 4 lutego 2019

Free Radicals in improDOM! Fernández! Guy! Evans!


Energia muzykowania i abstrakcyjne myślenie. I bardzo szybkie, wzajemne reakcje, dzięki bliskiemu, dokładnemu słuchaniu się. Czasami jestem zaskoczony tym, jak jesteśmy do siebie nastawieni i jak szybko, my trzej podejmujemy wspólne decyzje, przez ułamek sekundy zmieniamy kierunek i formę muzyki. Niesamowita muzyka!

Powyższe słowa Agustí Fernándeza – wyartykułowane w trakcie wywiadu, który za moment będzie dostępny na łamach portalu Jazzarium.pl – z pewnością wystarczą za całą recenzję krążka Free Radicals at DOM.

Kolejne niebywałe spotkanie dwóch muzycznych braci, rzeczonego pianisty i Barry Guya, tu poczynione także przy udziale Petera Evansa, który świetnie czuje się w towarzystwie obu starszych kolegów. Świetnie pamiętamy trio EFG (tym trzecim był oczywiście Mats Gustafsson), a także choćby smakowity duet z Barry’m na ubiegłorocznej płycie Syllogistic Moments. Nie zapominamy, rzecz jasna, o udziale całej trójki w większych składach prowadzonych na ogół pod przywództwem brytyjskiego kontrabasisty.




Teraz wszak przenosimy się do moskiewskiego Centrum Kultury DOM. Jest początek listopada 2017 roku. Peter Evans na trąbce, Agusti Fernandez na fortepianie i Barry Guy na kontrabasie. Koncert zawarty na CD Free Radicals At DOM (Fundacja Słuchaj!, 2018) składa się z dwóch setów i bisu, tu na płycie, podzielonych na siedem separatywnych części. Potrwa 68 minut i 22 sekundy.

One. Koncert rodzi się w głębi preparowanego fortepianu, przy balladowym pizzicato kontrabasu i małej trąbce, póki co, głęboko ukrytej pod czarnym płaszczem. Muzycy rozpoczynają powolny marsz w kierunku krainy szczęśliwości słuchaczy, w tym także recenzenta. Rozgrzewka, która po krótkiej chwili przechodzi w stan biegłej narracji. Od startu muzycy świetnie się ze sobą komunikują, na scenie nie dostrzegamy jakichkolwiek podmiotów domyślnych. Trio, niczym zespół reakcji jednoczesnych - erupcje, salwy i grzmoty. Paralelne imitacje, skrupulatne riposty. Mistrzowskie schodzenie w ciszę i równie imponujące skoki w przestrzeń kosmiczną, wszystko dzięki sygnalizacji niewidzialnego. Do tego bajeczna technika instrumentalna i kompulsywna wyobraźnia. Uporządkowana dramaturgicznie swoboda improwizacji, tu poddawana permanentnej zmianie. Wolty energii i pasaże balladyzującego post-jazzu.

Two. Śpiewające preparacje fortepianu i klasyczne dla Guya szarpanie się z glazurą mocnych strun - taki duet na początek. Trębacz wchodzi po 90 sekundach, małymi krokami, stojąc na placach. Cała trójka rysuje wyjątkowe zgrabne bazgroły. Taniec egzotycznej klawiatury, ludyczny smyczek i płaszcz szumu w wentylach. Kolejne imitacje, kolegialne repetycje, kwiaty we włosach. Przy okazji, dynamika całej narracji godna klasyków free jazzu. W 9 minucie Evans milknie ponownie, bierze oddech, wypuszcza partnerów na wybieg, po czym wraca, zmysłowo wgryzając się pomiędzy struny kontrabasu. Po kolejnych dwóch minutach nowa bajka: trąbka rytmicznie prycha, kontrabas preparuje z samego dna baroku, w tle ciche klawisze – nowa, piękna i wyjątkowo spokojna sytuacja na scenie. Po chwili muzycy zmysłowo uwalniają się z kokonu łagodności i bez zbędnej zwłoki powracają do głównego, wciąż porywistego nurtu koncertu. Na wybrzmieniu moc wyzwolonej kameralistyki.

Three. Piano i trąbka w poszukiwaniu kompletnej jedności czasu i przestrzeni. Kontrabas wchodzi grzmotem. Trochę gry ciszą i dramaturgicznym zawieszeniem. Małe harmonie i strzępy melodii na gryfie, spod wentyla, na ciepłych klawiszach. Po chwili galopu, muzycy znów wchodzą w stan swobodnej kameralistyki i z saperską dokładnością szukają ostatniego dźwięku.

Four. Zdaje się, że tu jeden dźwięk starczy, by znaleźć zrozumienie u partnera. Po dwóch dźwiękach rodzi się już telepatyczna więź, a po trzech stają się jednym muzycznym ciałem. Przykład kompulsywnego tańca nad przepaścią. Lepka, cudna opowieść nie do okiełznania. Emocje tryskają z każdej strony sceny, prawdziwi furiaci! I jakie stopowanie!??

Five. Agusti preparuje piano, jednocześnie ćwicząc gardło przed spodziewanym atakiem konwulsyjnego kaszlu. Prychy i szarpnięcia tuż obok. Evans syczy przez wentyle i ciągnie kolegów na psychodeliczne manowce. Ale tu każdy ma garść swoich pomysłów – akcja, reakcja, kasacja! Rozmowy na rozpalonym słońcem pogorzelisku. Potem dialog trąbki i kontrabasu, znów ze szczyptą melodii. Ale też preparacje i bystra sonorystyka, i wybuchy wulkanów, i wodospady potu i krwi! A finał odcinka znów w zadumie, ciemnej plamie kameralistyki.

Six. Kontrabasowa introdukcja! Pojedyncze strzały spod klapy fortepianu, bulgotanie wentyli. Dygot pałeczek perkusyjnych, wepchniętych pomiędzy struny. Guy’s masterpiece! Moc tajemniczych dźwięków z każdej strony sceny, choć to niemal solo kontrabasu. Melodyjny komentarz trąbki, głębokie preparacje piana. Najbardziej nietypowy fragment koncertu – repetycje, imitacje, ale i bezczelne pyskówki. Z tego pięknego, kreatywnego chaosu wychodzą wspólnie, skutecznie poszukując utraconej harmonii i kęsów melodyjności. Opus magnum na finał zasadniczej części koncertu.

Encore. Skoki na linie, frywolne konwulsje, popisowe amplitudy trąbki. Tanecznym krokiem po zasłużone złote runo i najwyższą ocenę recenzenta! Garść małych, zabawnych pasusów Evansa, smyczek i piano w powykręcanym rytmie. Imitacje i fajerwerki w galopie. No i wielosekundowa owacja!



wtorek, 6 listopada 2018

Paul Lovens & Anemone! A Wing Dissolved In Light!


Paul Lovens, wybitny niemiecki perkusista i perkusjonalista, przybywa do Polski na kilka koncertów! Wraz ze szwajcarskim gitarzystą Florianem Stoffnerem i swym rodakiem, klarnecistą Rudi Mahallem, zagra od 7 do 10 listopada w Warszawie, Poznaniu, Łodzi i Bydgoszczy.

Lovens, to obok dumnych synów Albionu, Paul Lyttona i Rogera Turnera, z pewnością najważniejsza postać swobodnie improwizujących perkusjonalii w historii gatunku. Dodajmy, iż Paul Lytton gościł w Polsce w ubiegłym miesiącu (z Orkiestrą Barry Guya), a Roger Turner zawita do naszego pięknego kraju także w najbliższych dniach. W duecie z pianistą Witoldem Oleszakiem zagra w Bydgoszczy, Poznaniu i Łodzi (odpowiednio 9, 10 i 11 listopada).

Nim obu tych wspaniałych muzyków zobaczymy na koncertach, pochylmy ucho i oko nad jedną z ostatnich płyt z udziałem Paula Lovensa, poczynioną zresztą w prawdziwie – nawet jak na kanony free improve – gwiazdorskim towarzystwie.




Wydarzenie koncertowe miało miejsce niemal dokładnie 5 lat temu, na Festiwalu Tampere Jazz Happening. Płyta dokumentująca to nagranie zwie się A Wing Dissolved In Ligh (LP, NoBusiness Records, 2017), a składa z dwuczęściowego nagrania… Une Aile Dissoute Dans La Lumiere. Przed nami kwintet, który przyjął nazwę Anemone: Peter Evans – trąbka piccolo, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Frédéric Blondy – fortepian, Clayton Thomas – kontrabas oraz Paul Lovens – jak to ma w zwyczaju: selected and unselected drums and cymbals. 50 minut swobodnej improwizacji, zapewne ze względów komercyjnych, określonej jako music composed by.

W ramach introdukcji drony z saksofonu, smyczek zawieszony na strunach, drżenie perkusjonalii, rodzaj narracji free improve granej… unisono. Zaraz potem głębokie piano, mała trąbka i przykład pierwszej, dalece sonorystycznej ekspozycji. Bogata faktura dźwięków kwintetu gwiazd, które lśnią od pierwszego rozdania. Improwizacja zdaje się być mocno osadzona w estetyce free jazzowej, ale raz za razem szuka fundamentalnego wyswobodzenia. W 5 minucie napotykamy na świetny dialog obu dęciaków, czyniony na tle zadziornej sekcji, a w niej skromny, ale błyskotliwy, skrupulatny i dynamiczny Lovens! Solowa ekspozycja Evansa zaraz potem, płynie po samych szczytach i pięknie wytłumia cały kwintet. Tuż obok, a może w samym środku wydarzenia, ornamenty na talerzach Lovensa, cuda w ustniku Butchera, no i smak wykwintnych preparacji Blondy’ego. Nowe rozdanie buduje się uroczymi dronami (w doskonałej komunikacja!). W 13 minucie trąbka i kontrabas snują jazzowy wątek. W sukurs idą im piano i sopran, kreśląc także swoją historię. Znów gęsto od dźwięków o bogatej fakturze. Kolejne wybrzmiewanie spotyka nas w 20 minucie. Pachnie dobrym jazzem na kilometr, ma klimat ecm-wski, ale to nie czyni tej sytuacji dyskomfortową dla recenzenta. Po chwili parada dźwięków lepi się do siebie, niczym w barwnej symfonii, pod bystre dyktando dęciaków. Pulsujący finał pierwszej strony czarnego krążka, tuż obok robótki ręczne Lovensa. 

Druga strona winyla, rzecz jasna, kontynuuje narrację, wszak jesteśmy na tym samym koncercie. Sonore z trąbki, pojedyncze akordy, szumy i mikrofazy, przykład uroczego minimal free improve! Od 5 minuty muzycy zwinnie rozpoczynają procesy eskalacji, tak indywidualne, jak i po czasie, zbiorowe. Butcher dmie w sopran, Lovens intensywnie korzysta z werbla. Zaraz potem Evans, Blondy i znów Lovens - fantastyczna parada mikroliderów. 10 minuta – brzęczący tenor i wspaniały mikro drumming, obok nich niemniej upalona trąbka - kolejna faza festiwalu small groups w ramach bazowego kwintetu. 14 minuta – początek etapu wybrzmiewania: preparacje w pudle fortepianu, szumy, drżenie i kołysanie w głębinach dźwięków. Nowa narracji rodzi się w bólu, pulsuje, pełna jest skupienia i małych dronów, powykręcanych meta rytmów Lovensa, czynionych do pary z sopranem. W tej opowieści nie ma pustych przebiegów, każdy muzyk chce być przy głosie, nie chce zmarnować choćby chwili, dać z siebie wszystko. W ramach podchodzenia do lądowania, zwinne expo piana, ale wprost z klawiszy. Tuż po nim rodzajowe call & response (przewodnik Evans!) wieńczy tę doskonałą płytę!


piątek, 3 marca 2017

Evans! Fernandez! Gustafsson! – trio trzech kolejnych liter alfabetu powraca z przytupem


Sięgając po nowe wydawnictwo płytowe, firmowane trzema ekscytującymi nazwiskami na scenie muzyki improwizowanej – Petera Evansa, Agusti Fernandeza i Matsa Gustafssona - aż kusi mnie, by jego recenzowanie rozpocząć od drobnej choćby refleksji na temat długości procesu edytorskiego w tym gatunku muzyki.

Zacznijmy wszakże od rysu historycznego. Pierwsze spotkanie w wymiarze artystycznym amerykańskiego trębacza, katalońskiego pianisty i szwedzkiego saksofonisty miało miejsce w roku 2009. Koncert w poznańskim Dragonie w grudniu tegoż roku, był tym pierwszym, albo jednym z pierwszych (nie będę przeciążał netu, by ustalić ten fakt, gdyż w dzisiejszej opowieści nie ma to większego znaczenia). Spotkanie było ekscytujące (byłem, pamiętam!). Szczęśliwie mniej więcej rok później, pocztówka dźwiękowa z koncertu byłą już dostępna całemu światu (Kopros Lithos, Multikulti Project, 2011), a jej premiera zbiegła się z … kolejnym genialnym koncertem tego tria, także w poznańskim Dragonie (byłem, pamiętam!).

Trio (które zapewne z gramatycznych pobudek przyjęło nazwę EFG) w następnych interwałach czasowych nie wykazywało nadmiernej aktywności. Elektroniczne bootlegi z nieczęstych koncertów krążyły po sieci, ale kolejne udokumentowane spotkanie tria miało miejsce dopiero w roku 2013, znów w Polsce, tym razem przy okazji kilkudniowej rezydencji Nu Ensemble Matsa Gustafssona w krakowskiej Alchemii. Zapewne świetnie pamiętamy wielopłytowy box wydany przez Not Two Records (2014) pod tytułem Hidros6, który zawiera na dysku czwartym, blisko 33-minutowe ujawnienie koncertowe EFG Trio. 




Ukazanie się zatem na początku lutego, płyty tria z absolutnie premierowym materiałem (po raz pierwszy studyjnym!) trudno nie uznać za najważniejsze wydarzenie pierwszych dwóch miesięcy roku. Ale inny szczegół jest tu niezwykle ciekawy i to on zainspirował mnie do tego nieco przydługiego wstępu. Muzyka zawarta na krążku A Quietness Of Water (Not Two Records, 2017) zarejestrowana została we wrześniu… 2012 roku, czyli czekała na światowe ujawnienie pięćdziesiąt trzy miesiące! Na okładce płyty nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak długo musieliśmy czekać na muzykę. Gdybyśmy mówili o zwykłej płycie, te rozważania byłyby nieistotne, ale w sytuacji, gdy przed oczyma staje nam konkretnie doskonała muzyka, takie pytanie paść winno. Cztery i pół roku – prawdziwy półkownik! Z drugiej jednak strony, jak świetnie wiemy nie tylko z tej opowieści, wino długo leżakowane smakuje najlepiej! Dość zatem tych igraszek słownych. Czas udowodnić tezę postawioną dwa zdania temu!!!!

Once In A Rented Room. Muzycy, zgodnym chórem od pierwszego dźwięku, mają ochotę bardzo konkretnie zawładnąć naszymi receptorami przyjemności: Evans – skupiona dmuchawka, Fernandez – zwinna taylorowska palcówka, Gustafsson – pokrzykiwania rannego jelenia. Po krwistym intro, czas na pierwszy seans doniosłych preparacji. Prym wiedzie rzecz jasna Agusti, nie mniej pomysłowy jest także Mats (złośliwy recenzent pragnąłby dodać, że nawet on, ale korektor przypomina, że nagranie powstało jednak kilka lat temu!). Evans, ten prawdziwie barokowy instrumentalista, oczywiście jedzie po bandzie od samego początku, ale robi to wyjątkowo urokliwie. Pełnia sonorystycznego nieba – mała fabryka przemysłu zbrojeniowego. Coś szeleści, coś szura, coś dmie, coś dopala…Główny nurt narracji przechodzi z rąk do rąk (dodatkowo pianista zmienia technikę gry raz na trzy sekundy!), sytuacja jest zatem niezwykle dynamiczna, choć tempo swobodnej improwizacji jest dalece nieśpieszne. Muzycy chętnie łączą się w konwulsyjny, trwający wielodźwięk, jakby zupełnie przy okazji pokazując, że artystycznie znają się jak łyse konie.

Persistent Hope. Tarcia godowe małych słoni (by dobrą metaforą skomentować ów fragment) – cichość (quietness!), która rwie trzewia i gubi język w przełyku, biczując nieobecną publiczność stosowną porcją niepokoju. Wielodźwięk zdaje się być podstawowym narzędziem rażenia tej rejestracji. Skowyt, mentalny pomruk. Empatia, synergia, jednodźwięczność. Choć każdy z muzyków i instrumentów, tak bardzo się różni od siebie. Powściągliwość akustyczna kreuje tu wyjątkową jakość.

I Speak To Hear. Stosunkowo subtelna introdukcja Fernandeza, nawołująca do skromnego call & response. Evans i Gustafsson dają się wciągnąć, bez ponawiania zaproszenia. Budzą się w nich demony – szorstkie, kanciaste, agresywne, wulgarne. Mówię, by być słyszalnym! Stuprocentowa skuteczność! Mikroszumy i trzaski na granicy ciszy. Ekscytujące! Prawdziwy tupot mew o pusty pokład.

Thoughts. Myśli. Powolna, postępująca z kroku na krok, sonorystyczna narracja. Piano brzmi dziwnie klasycznie, trąbka niezobowiązująco szuka zaczepki, a saksofon… myśli. Wchodzi jednak, po dość długich przemyśleniach, łamiąc ołowiany statyw. Feeria czystych, niemutowanych dźwięków trzech akustycznych instrumentów. Finał zdaje się być ogromnym krokiem w przepaść … uwolnionej improwizacji, z masą niewydumanych zadziorów. Piękne!



A Quietness Of Water. W poszukiwaniu zagubionej harmonii, muzycy przekomarzają się na zasadzie search & reflect. Sprawiają wrażenie, jakby to było ich pierwsze spotkanie. Ironia siłą free improv? Chwila zadumy, zawieszenia dramaturgicznego. Najpierw kontakt łapią trębacz i saksofonista. Dmą i dyszą wzajemnie. Potem nagle schodzą piętro niżej i przedmuchują pyłki kurzu na niedomytej podłodze. Recenzent szuka punktu zaczepienia dla oczekiwanej porcji ekscytacji, która tym razem podąża ku niemu wąskotorówką z niedoborem paliwa. Odpowiedź muzyków? Hałas! Agusti i Mats przypominają sobie dźwięki ze swych najlepszych płyt duetowych (a kilka ich było!). Tuż potem znów cisza, która budzi demony, uśpione do trzeciego pokolenia wstecz. Z tych karkołomnych ambiwalencji wydobywa się finałowa rozgrywka, która ekspresyjnie depcze wątpliwości recenzenta (małej wiary?) w kałuży ciepłej krwi. Ostatnie dźwięki, to już tylko udeptywanie rozkopanej ziemi.

Pierwszy powód, dla którego warto będzie zapamiętać rok 2017 jest już naszym udziałem.


17 września 2012r. Garnison Studio, Wiedeń. Peter Evans - trąbka, Agusti Fernandez – fortepian, Mats Gustafsson – saksofon. Pięć fragmentów improwizowanej muzyki, stworzonej przez muzyków, o łącznej długości 56 minut. A Quietness Of Water, Not Two Records, Luty 2017.





wtorek, 27 grudnia 2016

Nate Wooley – Chorał polifoniczny


Jakżeby inaczej zwieńczyć pierwszy rok egzystencji Trybuny w sieci globalnej i setną już opowieść tu zamieszczaną, jeśli nie kolejną doskonałą płytą w dorobku Nate’a Wooleya, wyjątkowego trębacza, a także istotnego innowatora w zakresie podejścia do generowania dźwięku z prostego instrumentu dętego, blaszanego.

Doskonale się zatem składa, bo najnowsza płyta nowojorczyka świetnie wpisuje się w ów wątek innowatorski. Płyta zawiera muzykę na dwie akustyczne trąbki, nagrane w wersji live, czyli ewidentnie na żywo. Jednakże muzyków w procesie tworzenia przestrzeni akustycznej koncertu, wspiera specjalna, ośmiokanałowa instalacja. Stworzona ona została przez Wooleya na potrzeby Knockdown Center’s Auditorium Series. Czymkolwiek nie byłaby, zarówno ta inicjatywa, jak i owa zmyślna instalacja, z punktu widzenia słuchacza, zanurzającego się w dźwięki zawarte na płycie, nie ma to większego znaczenia. Dodajmy, iż drugim trębaczem jest tu Peter Evans, a całość nagrał, a potem zmiksował Jake Nussbaum. Trudno nam z perspektywy domowego zacisza ocenić poziom ingerencji w/w osobnika w materiał muzyczny na etapie postprodukcji. Ten wątek też proponuję dziś pominąć. Nie jesteśmy wszak w filharmonii, nie jesteśmy tym bardziej znudzonymi odbiorcami, pozbawionej wszelkich emocji muzyki współczesnej, byśmy musieli wspaniałą muzykę obudowywać tomem wyjaśnień, inspiracji kompozytorskich, czy opisu procesu wykonawczego. Przed nami Polychoral, niespełna 46-minutowa opowieść, podana w jednym traku i wydana przez belgijską oficynę MNOAD na srebrnym krążku, w limitowanym nakładzie.




Polifoniczny chorał rozpoczyna czysty, akustyczny dron, generowany przez dwie (?) trąbki. Brzmienie jest krystalicznie szkliste, a w głowie przemyka całkowicie zbędna myśl, by zapytać o szczegóły procesu wykonawczego. Puśćmy wodze fantazji. Ta podniebna akustyka wiedzie nas ku nieokreślonemu, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Słyszymy chór składający się z niezliczonej ilości głosów, który ma całkowicie nieludzki wymiar, docierają do nas dźwięki muzyki organowej, która ewidentnie nie ma cielesnej powłoki.

Jeśli chcielibyśmy w tym właśnie momencie otworzyć kajet recenzenta i odnieść Polychoral do innej, podobnej produkcji Wooleya (wtedy na trąbkę solo) The Almond, to ta muzyka, zwłaszcza na wstępnym etapie płyty, jest zdecydowanie bardziej delikatna, wręcz ulotna. Jeśli szukamy porównania do innej płyty duetu Wooley/ Evans (choćby High Society), to nie uświadczymy tu elektroniki, ani specjalnych amplifikacji. Żywa muzyczna struktura wiedzie nas za nos, budując swą narrację przez antynomie cicho-głośno, czy pojedynczy dźwięk-wielogłos. Muzyka jest monotonna, ale to przykład braku zwrotów dramaturgicznych, którego efektem jest rosnący poziom koncentracji po obu stronach sceny. Jeśli tylko starczy nam dziecięcej wyobraźni, poczuć się możemy częścią soundtracku do niepowstałej jeszcze części Gwiezdnych Wojen.

Gdy towarzyszący nam od pierwszej sekundy dron, ostatecznie wybrzmi, dostajemy się w wir skromnej wojny na trębackie przedechy (doświadczamy tego mniej więcej w 17 minucie). Po krótkiej chwili dron wraca, ale ma bardziej … anielską charakterystykę. Przekora doskonałych muzyków karze w tym miejscu postawić stempel przesteru. I tak się dzieje w istocie, dzięki czemu popadamy w delikatny dysonans poznawczy. To jest wszak żywa muzyka i ta oczywista konstatacja skutecznie buduje podwaliny pod nasz końcowy entuzjazm. Atmosfera koncertu z każdą chwilą robi się mniej anielska i ciekawie gęstnieje. W zaułkach dostrzegamy uśpione demony, które tylko czekają na moment swojego zaistnienia. Brzmienie instrumentów systematycznie się brudzi, a akustyczne, czyste dźwięki obu trąbek przesuwają się jakby na drugi plan, za kotarę pogłosu, atakując nasze receptory słuchu z oddali (30 minuta). Dźwięk się multiplikuje i mamy wrażenie, że trąbki zostały sklonowane (osiem kanałów robi swoje!). Znów dopada nas myśl, by dowiedzieć się, jak powstają takie akustyczne historie, ale boimy się postawić znak zapytania. Wielka orkiestra symfoniczna nieistniejącego radia publicznego gra multifoniczny, diabelski chorał, niczym nieuzasadniona nadzieja na przetrwanie dla tych, którzy genetycznie są jej pozbawieni. Tajemnicze głosy z offu, niczym stukot upadłych aniołów, bezskutecznie szukających swojej golgoty, drapią nas po karku. Na drodze stają nam kolejne akustyczne cuda – pokrętny bit (?), coś pulsującego, co próbując niszczyć membrany naszych uszu wysoką amplitudą drgań, po chwili przepoczwarza się w dron, który ma za zadanie stłamsić równomierny dotąd oddech słuchacza. Jakbyśmy zaczynali nową opowieść. Postaci niby takie same, ale narrator próbuje zaproponować nowy wymiar dla tej podróży. Spokój, jaki nas dopada jest jednak pozorny, to raczej defekt poznawczy, budujący lęk przed nieznanym. Czas uzmysłowić sobie jednak, dość oczywisty w sumie fakt, że wystawieni jesteśmy na pastwę … jedynie dwóch trąbek i pewnej tajemniczej, ośmiogłowej instalacji. Wooley i Evans, niczym krwiożerczy demiurgowie, prowadzą nas na skraj akustycznej nieoczywistości. Pulsacje, zmiany narracji intensyfikują nasze doznania. Finał koncertu zostawia nas zupełnie samych, z długą kolejką znaków zapytania, które pozwalają na obranie jedynie słusznego kierunku… Play It Again!!!!


****

Nate Wooley każdą swoją nową płytą podkreśla oczywistość tezy, iż jest jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków improwizujących. Niewątpliwie zaś w kategorii twórcze eksploracje możliwości sonorystycznych trąbki dzierży berło króla i nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta w najbliższych latach mogła ulec zmianie.

Nie mniejszą radość niż obcowanie z nowościami Wooleya, sprawia także Panu Redaktorowi śledzenie starszych płyt, do których dotąd nie udało się dotrzeć. Dziś z niekłamaną radością chciałbym zarekomendować formację Blue Collar. Dekadę temu z okładem, w trakcie dwóch edytorskich ujawnień, tworzyła ją trójka muzyków. Doskonały nowojorski puzonista Steve Swell, japoński perkusjonalista Tatsuya Nakatani, no i nasz bohater na trąbce. Pierwszy krążek nosi tytuł Is An Apparition, a wydał go włoski label Rossbin, drugi zaś to Lovely Hazel, który dociera do nas dzięki kanadyjskiemu Public Eyesore (też stykacie z nazwami tych wytwórni po raz pierwszy?).




To drugie wydawnictwo przynosi dziewięć zwartych opowieści w czystej estetyce free improv, zatytułowanych wyłącznie przy użyciu cyfr. Niewiele wiadomo o samym nagraniu, co najwyżej domyślamy się, że powstało w warunkach studyjnych (w każdym razie bez oklasków). Swell i Wooley dokonują tu sonorystycznych cudów, iskrzy między nimi, nie brakuje konwulsyjnych przepięć energetycznych (dodajmy – całkowicie akustycznych). Japończyk drepta trochę z boku i raczej trzyma się swojego terytorium, udanie komentując szaleństwa dęciaków. Gdy w niektórych fragmentach stara się istotniej sygnalizować swoją obecność, a nawet próbować przejmować inicjatywę (rytm?), atmosfera całości spada o kilka kondygnacji, ale i tak trzyma się zdecydowanie nad ziemią i cieszy ucho od pierwszej do ostatniej minuty. Jeśli jakimś cudem znajdziecie się w pobliżu tego krążka, kupcie koniecznie i zróbcie kopię wszystkim znajomym!

Kończąc dzisiejszą opowieść, trzeba koniecznie zasygnalizować kolejną nową płytę Nate’a Wooleya. Tym razem będzie to trio z udziałem Chrisa Corsano (perkusja) i Sylvie Courvoisier (fortepian). Ukazała się ona dzięki Relative Pitch Records, a nosi tytuł Salt Task. Zapewne tuż po nowym roku, płyta ta do mnie dotrze i wtedy trochę o niej porozmawiamy.


Podziękowania dla Krzysztofa za umożliwienie odsłuchu omówionych dziś płyt. Liczymy na krótki komentarz w kwestii tajemniczej, 8-kanałowej instalacji, która wsparła w  istotny sposób finalny efekt Chorału Polifonicznego.



wtorek, 29 listopada 2016

Peter Evans – eksplozja barokowego przepychu w wersji elektronicznej


Nowojorski tytan, ba! gladiator jazzowej trąbki, Peter Evans raczy nas swoją muzyką już od ponad dekady. Nie brakowało w niej krwistych, solowych ekspozycji, kompetentnych, swobodnych improwizacji w gronie bliższych lub dalszych przyjaciół, czy formacji dewastujących sztafaż kompozycyjny muzyka, w ramach kwartetów, czy też kwintetów firmowanych jego personaliami. O ile dwie pierwsze kategorie na ogół skutecznie przyciągały moją uwagę i sprawiały, że uczucie przyjemności bywało niezbywalne, o tyle trzecia kategoria nie zawsze budziła entuzjazm i kazała sięgać po jeszcze.

Dziś jest okazja, by pochylić się nad dwoma całkiem nowymi krążkami Evansa, jednym z kategorii trąbka solo, drugim – kwintet własny. Oba wydawnictwa mają jedną cechę bezwzględnie wspólną – nie są dostępne na typowym, fizycznym nośniku. Pierwsza trafia do nas m.in. na … karcie pamięci, druga zaś jest jedynie dostępna w plikach mp3 (jak na razie, przynajmniej). Oba albumy (czy to właściwe określenie, w kontekście w/w nośników?) przynoszą licznym fanom muzyka dużo radości, z razu jednak zastrzegam, że kreśląc niżej wrażenia z ich odsłuchu ani przez moment nie będę pozostawał w pozycji na kolanach.



Zacznijmy od kwintetu i wydawnictwa Genesis (More Is More Records, 2016; pliki mp3). Firmuje je kwintet Petera Evansa w składzie: Rob Stabinsky (piano, także w wersji elektrycznej), Tom Blancharte (kontrabas), Sam Pluta (live processing), Jim Black (perkusja, live processing) i lider na trąbce. Formacja w wersji akustycznej istnieje już co najmniej dekadę, zaś w wersji rozbudowanej o elektroniczną dekonstrukcję akustycznych dźwięków, prowadzoną na żywym organizmie, Genesis jest trzecią jej płytą (Ghosts, 2011; Destination: Void, 2014 - obie More Is More Records).

Dostępny materiał muzyczny trwa blisko 97 minut i jest podzielony na dwanaście traków. Jej zasadniczą część stanowią dwie rozbudowane kompozycje Evansa – tytułowa Genesis/Schismogenesis, zaprezentowana w czterech częściach i 3 For Alice (Coltrane) – w pięciu częściach. Uzupełnieniem powyższych stanowi dwuczęściowa introdukcja Fanfares, najpierw solowa, potem kwintetowa oraz kompozycja Patient Zero - długie, blisko 15-minutowe interludium, dramaturgicznie oddzielające od siebie kompozycje główne wydawnictwa.

Evans zaczyna tę niemal stuminutową epopeję szalonym intro na trąbkę solo. Stawia wysoko poprzeczkę, obiecuje nie iść na skróty i zabiera nas na karkołomną przejażdżkę po jazzowych obrzeżach swojej muzycznej wyobraźni. W drugim numerze ostro i w dynamicznym tempie rozgrzewa się już cały kwintet. Czterech akustyków trąbi, szarpie, puka i uderza, zaś magik od kabli robi z tego ekspresyjny bigos, dewastując rzeczywistość nagrania szmerami, szumami, zgrzytami, pasażami ostrych smagnięć bata, czy konwulsyjnym skwierczeniem jego gotujących się procesorów. Od początku tytułowej opowieści nasze receptory słuchu atakowane są gigantyczną ilością dźwięków, błyskotliwych, muzycznych wrażeń. Efektowne fajerwerki, stylowe i dynamiczne popisy indywidualne, balansujące na granicy ... efekciarstwa. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oka, czy zająć myśl czymkolwiek, niezwiązanym z samym nagraniem. Peter Evans, egocentryk, delikatnie naznaczony piętnem megalomanii, kreowanej wybitną techniką własnej gry, która sama z siebie stymuluje chęć popisywania się, musi pozostawać centralną postacią tej muzycznej tekstury.  Dużo znaczy w tej zabawie także Sam Pluta. Zmyślnie plami dźwięki kwartetu instrumentów akustycznych, piętrzącymi się dekonstrukcjami, w nie zawsze jednak w momentach dramaturgicznie uzasadnionych. Dzieje się w trakcie Genesis/Schismogenesis naprawdę wiele, gadulstwo muzyków zdaje się nie mieć granic. Każdy z nich ma w danej nanosekundzie po trzy pomysły na tak zwany ciąg dalszy. Ten iście barokowy przepych puentuje moc samplowanych oklasków, które pozwalają Genesis/Schismogenesis osiągnąć swój kres. Tuż po niej, mniej więcej w połowie całej płyty, dopada nas chwila konstruktywnego uspokojenia w trakcie pieśni Patient Zero (tytuł, być może proroczy dla percepcji całości). Owo wystudzenie emocji jest konieczne przed kolejną nawałnicą muzycznego pomyślunku. Odpalamy 3 For Alice (Coltrane) i już do końca nagrania pozostajemy w pozycji wyprostowanej. Uwaga! śmiało można tupać nogą, gdyż kompozycja dedykowana żonie wielkiego Johna, po intro w klimatach krainy łagodności (ECM z pewnością wisi na telefonie, by dostać zgodę na wydanie tej płyty na CD!), ochoczo i żwawo swinguje. Sam Pluta chyba się lekko gubi w tej ferii jazzowych oczywistości, gdyż do naszych uszu dociera jakby mniej dźwięków z kabla. Pięcioczęściowa pieśń dla Alicji sprawia zresztą wrażenie doklejki do tytułowej kompozycji, dodajmy - w sumie bardziej niż udanej. Nic tu już nie wywraca nas do góry nogami, a jazzowe, rytualne i rytmiczne pląsanie prowadzi ten fragment nagrania po granicach estetycznej tolerancji. Na samej jej koniec, emocje ulegają krytycznemu zdynamizowaniu, co w uszach wyczulonego fana, może zakrawać na próbę ratowania tej części płyty. Na łączach aż iskrzy! Puentą będzie jednak kolejny swingujący pasus, a także dyktowane regułami gatunku, stosowne wyciszenie. Wszystko to śmiało prowadzi do konstatacji, iż wydawnictwo Genesis winno zakończyć się po smakowitym i niegłupim interludium Patient Zero. Po jego wybrzmieniu … cierpliwość Waszego recenzenta przyjmuje już wartości ujemne (Less than Zero!). Kolejnym na to dowodem, ostatnie chorusy tej stanowczo za długiej płyty, które skojarzyły mi się z topornym fussion jazzem Elektric Bandu Chicka Correi.




Po ogromie pracy, związanej ze skupionym odsłuchem pełnego wymiaru Genesis, czas na dokonanie bliźniaczej czynności, związanej z najnowszą solową płytą Evansa, zatytułowaną Lifeblood (More Is More Records, 2016; usb drive: pliki waves). Nagrania koncertowe z lat 2015 i 2016 dostępne są m.in. na karcie pamięci (wiem, że muzyk sprzedawał ją osobiście na koncertach w USA; nie wiem, czy jest dostępna w naszej części świata), a trwają łącznie 110 minut. Do naszych uszu trafia trzynaście fragmentów z dwóch incydentów koncertowych. Dwa z nich są rozbudowanymi improwizacjami – pierwsza, tytułowa, trwa 27 minut i jest zapisem tegorocznego, kwietniowego koncertu w Cleveland, zaś finałowa - Prophets (w trzech częściach, ale stanowiących jeden, nieprzerwany ciąg dźwięków, trwająca prawie 40 minut) -  to zapis zeszłorocznego koncertu w Roulette. Pozostałe fragmenty opatrzone tytułami, są nieco krótszymi interwałami czasowymi, a pochodzą z obu tych okoliczności koncertowych

Wszelkie epitety, jakimi obdarzona została osoba amerykańskiego trębacza w recenzji poprzedniej płyty, zachowują na Lifeblood rację bytu. Jest nasz ulubiony barokowy przepych, jest popisowa, bardzo zaawansowana technicznie gra na skromnym instrumencie dętym, blaszanym. Wykaz rozszerzonych technik artykulacyjnych, stosowanych przez Evansa, wypełniłby po brzegi serwery tego bloga. Nie brakuje konwulsyjnej energii, iskrzących się emocji, a także ciężkiej, tytanicznej pracy na scenie. Evans gra akustycznie, ale dźwięk jego instrumentu bywa delikatnie wzmacniany, dodatkowo dociera do nas na pogłosie, który interesująco podkreśla ekspresyjność muzycznego przekazu. Muzyk doprawdy wyczynia cuda – raz brzmi jak złowrogi beatboxer na swoim najlepszym mixtape’ie (okazuje się, że trąbka to jednak instrument perkusyjny!). Innym razem przypomina stado wygłodniałych i nadętych do granic wytrzymałości słoni, które nie mogą trafić na żerowisko. Narracja toczy się w szybkich tempach, muzyk zdaje się gonić na ostatni pociąg do domu, ale tryskająca pomysłami wyobraźnia nie pozwala na dopowiedzenie ostatniego akordu. Ów dźwiękowy przepych łechta nasze uczy przez blisko dwie godziny i w sumie…. próżno wskazać moment, w którym moglibyśmy poczuć znużenie. Ciekaw jestem jedynie, przy takiej intensywności gry, jak długo muzyk jest w stanie podołać fizycznie pracy scenicznej. Lifeblood jest ewidentnie muzycznym fajerwerkiem, lunaparkiem pełnym nieoczywistych zdarzeń i postaci, ale można temu nagraniu, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Genesis, postawić zarzut dźwiękowego nadmiaru i artystycznego nieumiarkowania. Wkrojony z Lifeblood godzinny fragment byłby majstersztykiem.




Oba wydawnictwa są do kupienia na peterevans.bandcamp.com. Możliwość odsłuchu w streamingu, dostępna jedynie dla wybranych utworów.

Podziękowania dla Krzysztofa za umożliwienie dostępu do tych nagrań.


wtorek, 28 czerwca 2016

Pedro Sousa! Hernani Faustino! Gabriel Ferrandini! Rodrigo Pinheiro! Luis Vicente! Susana Santos Silva! Rodrigo Amado! – O Portugal contra-ataca !


Niebywała atencja, jaką darzę Portugalię, ten niewielki kraj na krańcu europejskiego padołu westchnień i rozczarowań geopolitycznych, niechybnie przekłada się na ewidentny wzrost zainteresowania muzyką improwizowaną z pięknej Lizbony i innych ośrodków kultury wszelakiej.

Gdy staniesz na Cabo de S.Vicente i z trzech stron zostaniesz zaatakowany przez oceaniczny wicher, poczujesz, że osobiście znaczysz w tym wszystkim naprawdę niewiele. To ważna życiowa perspektywa, która ułatwia także … obcowanie z zaawansowaną muzyką improwizowaną. Budzi szacunek dla świata i drugiego człowieka. Empatia bardzo pomaga w uprawianiu wolnej improwizacji. Ciekawie też stymuluje jej odbiór.




Uważni obserwatorzy Trybuny (a znam takich trzech na pewno!) zauważyli być może te kilka rozbudowanych zdań, jakie poświęciłem dotychczas muzyce z Portugalii. Padły już na tych łamach nazwiska Pedro Sousy, Luisa Vicente, czy też lizbońskiego rezydenta, choć z krwi katalońskiej, Alberta Cirery. Oczywiście nie zabrakło kilku słów o Carlosie Zingaro. Czas zatem najwyższy na drobny przegląd płyt, jakie przemknęły ostatnio przez moje liczne odtwarzacze i pozostawiły niejedno ciepłe wspomnienie, a pochodzą właśnie z tamtego rejonu świata.


Pedro Sousa/ Hernani Faustino  Falaise (Dromos Records, 2012)

Zacznijmy od płyty w tym zestawie najstarszej, zarejestrowanej fonicznie epokę temu, czyli … pod koniec 2010 roku. Nazwisko saksofonisty Pedro Sousy poznaliśmy przy okazji doskonałej, ubiegłorocznej produkcji Casa Futuro, która z siłą wodospadu wdarła się na trybunowe, roczne podsumowanie (przypomnę, że młodemu Portugalczykowi towarzyszyli wtedy Johan Berthling i Garbiel Ferrandini). Szorstka i gęsta gra na saksofonie tenorowym Sousy przykuła wówczas niezwykle silnie moją uwagę, przeto ochoczo przystąpiłem do poszukiwań innych jego nagrań. A tych, niestety, nie ma zbyt wiele, a jeśli już się trafią, to na ogół w postaci niskonakładowych cd-rów. Tak jest i w przypadku duetu z doskonale nam znanym kontrabasistą Hernanim Faustino (RED Trio), który Panowie popełnili pod tytułem wykonawczym Falaise, stanowiącym przy okazji tytuł samej płyty.




Sousa wywodzi się, wedle moich dociekań internetowych, bardziej ze sceny noise, czy poszukującej elektroniki i raczej rzadko uczęszczał na lekcje do szkół jazzowych. To ewidentnie słychać w jego grze. Lubi hałas, lubi akustyczne dysonanse i co najważniejsze, lubi jak coś się dzieje w trakcie rejestracji nagrania (my też!!!). W nagraniu Falaise podobny stosunek do dźwięków reprezentuje Faustino, dzięki czemu całe nagranie jest głośne, drapieżne i budzące respekt każdego słuchacza. Kontrabas bywa tu mocno amplifikowany, zatem chwilami brzmi wręcz heavymetalowo, tworząc niesamowitą całość z muskularnym tenorem Sousy. Odtwarzając płytę w aucie musiałem radykalnie zredukować niskie częstotliwości, bo cała tapicerka drżała, niczym przydomowy młot pnematyczny! Falaise to doprawdy niebywały pokaz wolnej improwizacji na dwa wypuszczone z klatki drapieżniki. Uwaga! Mogą kąsać! Niespełna pięćdziesiąt minut szaleństwa w czterech odcinkach, poczynione studyjnie w Lizbonie. Edycja cd-r w nakładzie 100 egzemplarzy, z piękną grafiką niejakiego Antonio Duarte. Pewnie nie da się tego kupić (status out of print na stronie wydawnictwa), zatem szukajcie w sieci lub w trakcie niskobudżetowych koncertów muzyki improwizowanej.


Luis Vicente/ Rodrigo Pinheiro/ Hernani Faustino/ Marco Franco  Clocks and Clouds (FMR Records, 2014)

I znów Hernani Faustino, choć tym razem jego instrument częściej przypomina sobie o swych akustycznych charakterystykach. Demokratyczny kwartet domykają tu, jego kolega z RED Trio, pianista Rodrigo Pinheiro, perkusista Marco Franco i … kolejny ulubieniec Trybuny, trębacz Luis Vicente. Panowie w trakcie studyjnej rejestracji (Lizbona!) funkcjonują jako Clocks and Clouds




Siedem odcinków wolnej improwizacji, kształtowanej z dużym pietyzmem i odpowiedzialnością za każdy dźwięk. Nie brakuje rzecz jasna dynamicznych i hałaśliwych pasaży (kluczowy, 18-minutowy fragment Compressio Test), ale pozostają one w zdecydowanej nierównowadze w stosunku do fragmentów nieśpiesznych i z lekka zadumanych. Vicente – jak to ma w zwyczaju – lubi improwizować czystym tonem swego blaszaka, do czego po trochu inspiruje także współpartnerów. Pinheiro częściej płynie po klawiaturze niż bawi się w preparacje, Faustino jest stanowczy, ale nie pyskuje, a Franco robi swoje, pozostawiając Kolegom pole na swobodnie dyskusje. Gdyby taki ECM chciał jeszcze wydawać muzykę kreatywną, Clocks and Clouds udanie wpasowałby się w ich dawny idiom. Piękna i wyrafinowana płyta!


Susana Santos Silva/ Tom Chant/ Vasco Trilla  The Paradox of Hedonism  (Discordian Records, 2015)

O młodej Pannie z Porto, wysoce wykwalifikowanej trębaczce o pięknych personaliach – Susanie Santos Silvie - chciałem już na tej stronie pisać wiele razy, ale jakoś się nie składało. A to okładka nie taka, jakbym chciał (choć na niektórych fotkach wychodzi Susana przepięknie!), a to muzyka nie zawsze rwała mi trzewia. Panna SSS, po prawdzie, jest jeszcze dość młoda, ale na tyle doświadczona, że głupich płyt już nie popełnia. Ja wszakże ciągle chciałbym więcej i póki co, daję jej zadebiutować na Trybunie bynajmniej nie formacją LAMA, nie kwintetem autorskim, czy duetem z Kają Draksler, albo płytą uczynioną ze swym partnerem życiowym Torbjoernem Zetterbergiem, lecz… skromnym Paradoksem Hedonizmu.




Ów intrygujący tytuł firmuje trzyosobowe free improvisation, w którym Susanie towarzyszą - wytrawny saksofonista, pochodzący z Anglii, jednakże rezydent Barcelony, Tom Chant i ciekawy, młody perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla. Trębaczka z Portugalii świetnie odnajduje się w formule improwizacji, proponowanej przez Chanta, który lubi balansować na pograniczu ciszy i przy znaczącym redukowaniu artystycznych środków wyrazu. Ten konstruktywny minimalizm Toma wymaga od współpracowników ogromnego skupienia i dużej determinacji w żmudnym procesie empatycznego odczytywania jego intencji. Tak Susana, jak i Vasco nie mają z tym najmniejszego problemu. Dziewięć tytułów, nie rozstrzygających dylematu zawartego w tytule, trwa ponad 50 minut (długa płyta, jak na Discordian!). Do kupienia na Bandcamp.com w formie dobrej jakości plików audio za skromne siedem euro, czyli nawet przy szaleństwa kursu walutowego po Brexicie, dacie radę.


RED Trio + John Butcher  Summer Skyshift  (Clean Feed, 2016)

Nazwa RED Trio padła już w dzisiejszej opowieści dwukrotnie, zatem czas najwyższy pochylić się nad ich … najnowszą płytą. Mówiliśmy o Hernanim Faustino, wspominaliśmy o Rodrigo Pinheiro, padło też nazwisko Gabriela Ferrandiniego. Czyli RT w komplecie! Choć jako trio grają ledwie 6-7 lat, Summer Skyshift to już ich .. ósma płyta (w tym trzy winyle i jedna… monofoniczna kaseta). Trzy spotkania odbyły się w składzie trzyosobowym, w przypadku pozostałych obowiązywała zasada dopraszania gości. Wśród nich - Nate Wooley, Mattias Stahl, wspólnie Lebik i Damasiewicz (zatem +2), a także John Butcher.




Najnowsza zaś płyta, wyżej przywołana Letnia Podniebna Zmiana, to powrót do grania z tym ostatnim i koncert zarejestrowany na ubiegłorocznym, lizbońskim Jazz Em Agosto. Nagranie oscyluje wokół 50 minut i skład się z czterech swobodnie improwizowanych fragmentów. Gra Butchera zawsze wywołuje u Waszego Recenzenta mrowienie w kręgosłupie, przeto koncert nie może nie natrafić tu na kilka słów entuzjazmu. Na tle ich poprzedniego spotkania, osobiście dostrzegam rosnącą dojrzałość w prowadzeniu gry po stronie Portugalczyków. Nie ma galopady, nie ma drastycznych przepięć energetycznych, tak charakterystycznych dla ich poprzednich płyt, jest natomiast wzajemne słuchanie, skupienie i udane podążanie za myślami wybitnego saksofonisty. No i cała czwórka zdążyła już się dobrze poznać, zatem wybitne dźwięki powoli możemy w tym gronie traktować jako oczywistość. Wydał Clean Feed, zatem kupicie na każdym rogu, a już na pewno w sieci, nawet tej krajowej, w zdecydowanie kompaktowej wersji.


Rodrigo Amado Motion Trio & Peter Evans  Live in Lisbon & The Freedom Principle (NoBusiness Records, 2014)

Na koniec portugalskiej sagi pozostał nam muzyk najstarszy ze wszystkich dziś przywołanych, facet o nazwisku identycznym, jak najpiękniejsza plaża na zachodnim Algarve, czyli Rodrigo Amado.

Korpulentny saksofonista, delikatnie po pięćdziesiątych urodzinach, na europejskiej scenie muzyki improwizowanej jest postacią dobrze znaną. Estetycznie atakuje scenę free zdecydowanie z jazzowej strony. Ma w dorobku kilka płyt z muzykami amerykańskimi (Kent Kessler, Joe McPhee, Jeb Bishop), wszakże osobiście bardziej cenię nagrania…. jego portugalskich formacji. A taką jest jego regularnie nagrywające dobre krążki Motion Trio. Obok saksofonów lidera mamy tu … Gabriela Ferrandiniego (Portugalia to naprawdę mały kraj!) i wiolonczelistę Miguela Mirę. To właśnie ten ostatni instrument (w miejsce typowego dla tria z saksofonem kontrabasu) powoduje, iż muzyka zespołu bywa uroczo niebanalna i mimo swojego freejazzowego sztafażu, bardzo lekka, nieco ulotna. Innymi słowy - swoiste motion bez dwóch zdań.



Formacja ma w dorobku pięć krążków – przy czym tylko pierwszy zrealizowała bez gości. Na drugiej i trzeciej Portugalczyków wspierał na puzonie Jeb Bishop (raz było to koncert, raz okoliczność studyjna – ta ostatnia na płycie Not Two The Flame Alphabet), zaś na czwartej i piątej – amerykański trębacz Peter Evans (też studio i koncert). Oba te krążki możecie śmiało kupić za pośrednictwem litewskiego NoBusiness Records lub ich krajowych dystrybutorów, przy czym wersja koncertowa dostępna jest tylko na winylu.

Peter Evans jest tak dalece zaawansowanym technicznie trębaczem, że oczywistym zdaje się fakt, iż odnajdzie się on w każdych okolicznościach muzycznych. Tak jest także w przypadku spotkania z Motion Trio. O ile koncert jest stosunkowo dynamiczny i akustycznie rozwichrzony (miał miejsce dwa dni wcześniej niż praca studyjna), o tyle rejestracja bez oklasków pełna jest improwizacyjnych niuansów i uroczych dźwiękowych przekomarzań całej czwórki muzyków. Polecam oba krążki bez słowa wątpliwości.


A jeśli mamy chwilę czasu i chcemy dowiedzieć się, jak radzi sobie sekcja RED Trio (Faustino/Ferrandini) u boku Amado, wsparta gitarą Manuela Moty, sięgnijmy śmiało i bez ryzyka katastrofy, po krążek Clean Feed – Rodrigo Amado Wire Quartet.


Czas na wakacje w Portugalii! Już za miesiąc z okładem!

A we czwartek mecz. Jeszcze nie wiem, komu będę kibicował.




piątek, 10 czerwca 2016

Barry Guy – Grupa Błękitnego Całunu w formule rozwichrzonej


Barry Guy, wyśmienity brytyjski kontrabasista, kompozytor i improwizator, niewątpliwie zamieszkał już w Polsce na stałe. Przynajmniej w wymiarze artystycznym.

Od roku 2010 gości z różnymi swoimi aktywnościami muzycznymi w kraju nad Wisłą niemal nieprzerwanie. O dwóch pobytach z New Orchestra (2010, 2012) pisałem już na tych łamach, piejąc z zachwytu nad ich dokumentacją fonograficzną (Mad Dogs, Mad Dogs On The Loose). Rok 2013 przyniósł wizytę London Jazz Composers Orchestra, a rok kolejny także tria Aurora (oba na warszawskim Ad Libitum).




W tymże samym, 2014 roku, miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie. Na kilkudniową rezydencję do Krakowa trafił 14-osobowy Blue Shroud Band, powołany specjalnie na okoliczność realizacji kompozycji Barry’ego The Blue Shroud, inspirowanej Guernicą Pablo Picasso, a także drastycznymi wydarzeniami historycznymi, jakie unieśmiertelnia ten wybitny obraz. Na czterodniowy pobyt w Krakowie złożyły się występy Małych Formacji, stworzonych z muzyków BSB, a także finałowe wykonanie kompozycji zasadniczej (a zatem idea bliźniacza do spotkań z New Orchestra kilka lat wcześnie). Dziś trafia do nas czteropak, który dokumentuje trzydniowe wzmagania Small Formations – Tensegrity (Not Two Records, 2016).

Nie minął rok, a na kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, ponownie pojawiła się rzeczona Grupa i wykonała kompozycję, tym razem nie tylko dla radości publiczności zgromadzonej na koncercie, ale także na potrzeby fonograficzne. A te ostatnie dokonały się za pośrednictwem szwajcarskiej wytwórni Intakt Records – The Blue Shroud (2016).




Dodajmy, że w/w pobyty Guya w Polsce to nie jedyne jego wizyty. Niech przykładem będzie udany duet z Kenem Vandermarkiem na Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2014 roku.

Osobiście nie uczestniczyłem w czterodniowej rezydencji Blue Shroud Band w roku 2014, szczęśliwie jednak miałem właśnie okazję odsłuchać wspomniany czteropak i za chwilę podzielę się z Wami wrażeniami. Zupełnie odwrotnie ma się rzecz z pobytem BSB w Warszawie, w roku ubiegłym. Byłem, widziałem, słyszałem, natomiast nie posiadam jeszcze płyty wydanej przez Intakt.

Zapewne wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną wiedzą, że komponowanie i improwizowanie w idiomie jazzowym, czy na polu free improvisation, to nie jedyne zainteresowania Barry’ego Guya. Niebywale aktywny muzycznie, blisko już 70 letni Brytyjczyk, od lat gra także muzykę barokową, wraz ze swoją żoną, wspaniałą skrzypaczką Mayą Homburger. Guy przy okazji wyznał kiedyś, że ta sfera jego życia artystycznego stanowi przy okazji główne źródło jego dochodów, przez co pozwala także realizować inne pasje. Jak się bowiem domyślamy, zabawa w improwizowanie nie rokuje specjalnych szans na godziwe życie w aspekcie materialnym.




Barry Guy egzystuje zatem muzycznie na dwóch jakże odległych od siebie światach. Od pewnego już czasu stara się jednak … łączyć te z pozoru niestykające się ze sobą pola. Stąd choćby zaproszenie Mayi Homburger do New Orchestra (począwszy od pierwszego spotkania w Krakowie), czy też integrowanie muzyki improwizowanej z barokowymi incydentami, czynione nawet na krążkach z repertuarem Jana Sebastiana Bacha. Sama kompozycja The Blue Shroud jest w mojej ocenie kolejną próbą tego rodzaju działań artystycznych. Już uważna lektura składu BSB potwierdza tę tezę. Grupa łączy w sobie bowiem muzyków obu sfer życia muzycznego. Ze świata muzyki klasycznej mamy tu – poza oczywiście Mayą Homburger – także wiolinistkę Fanny Paccoud, czy gitarzystę Benjamina Dwyera. Są muzycy funkcjonujący nie tylko w świecie muzyki improwizowanej, tacy jak Michael Nieseman (alt sax i obój), Julius Gabriel (saksofony), Torben Snekkestad (sax, trąbka), czy Per ‘Texas’ Johansson (tenor sax, klarnet). Nie brakuje wreszcie jazzowych, czy free jazzowych wyjadaczy – Petera Evansa (trąbka), Lucasa Niggli i Ramona Lopeza (perkusja), Agusti Fernandeza (piano), czy Michela Godarda (tuba). Skład uzupełnia śpiewaczka Savina Yannatou, doświadczona na wielu polach współczesnej muzyki (zarówno pięknie śpiewa, jak i zadziornie improwizuje w stylu kilku brytyjskich free improwizatorek). W ramach BSB powstał zatem niebywały tygiel muzycznych osobowości, który pod śmiałym przewodnictwem Guya uroczyście eksploduje na czterech dyskach, dokumentujących trzy dni zabawy w Małe Formacje – od 18 do 20 listopada 2014r. w Alchemii. Od razu zaznaczmy, iż muzyka na wydawnictwie Not Two nie jest prezentowana chronologicznie, a zatem Guy, nie dość, że zaaranżował te koncerty w ujęciu personalnym, to także skomponował ich ostateczny układ na płytach.




Tensegrity zawiera łącznie 26 utworów, z czego dwa są skomponowane, reszta zaś w pełni improwizowana. Fragmenty z nutkami to kompozycja Guya Rondo For Nine Birds i  … sonata J.S. Bacha. W obu słyszymy cudownie brzmiące barokowe skrzypce Homburger. W pierwszym wspomaga ją sekcja Guy-Niggli, w drugim występuje solo.

Dysk pierwszy zaczyna ostrą preparacją piana Fernandez, a po chwili dołącza do niego Evans. Prawdziwe trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Bardzo smakowicie improwizuje na gitarze, klasyczny z wykształcenia i doświadczenia, Dwyer. Równie zadziorna, jak pięknie brzmiąca, jest jego koleżanka z filharmonii, wiolinistka Paccoud. Szaleją saksofoniści (uwaga na Gabriela - ale petarda!), pięknie frazuje na trąbkach z drewnianymi ustnikami Snekkestad (w czym pomaga mu Evans, już na tradycyjnej ich odmianie). Yannatou improwizuje w wysokich rejestrach, mając świetną bazę w … niskich akordach basu Guya, co czyni ich ponad 20 minutowy występ jedną z absolutnych perełek trzech wieczorów w Alchemii. Rewelacyjnie poczyna sobie trio z tubą i wiolą (Godard i Paccoud), wsparte bębnieniem Niggliego. Niebywale głośno robi się w Alchemii, gdy duet Evans-Fernandez zderza się ze ścianą dwóch zestawów perkusyjnych.  Bardzo odkrywcze w wymiarze sonorystycznym jest spotkanie chropowatej improwizacji Yannatou z tubą Godarda. Nie pozwala oderwać uszu od głośnika kolejny duet Guya, tym razem z altem i obojem Niesemanna. A na koniec najpierw popisy w septecie, mające swój początek w duecie dwóch Panów G. (Godard i Guy), kreujące ujmujący zestaw dźwięków zdominowanych brzmieniem smyczkowym (choć grają głównie dęciaki – ale jak pięknie!). Potem chwila oddechu na duet perkusyjny, by na wielki finał usłyszeć trio Aurora (Fernadez-Guy-Lopez), dogrzewane szaleństwami głosowym Yannatou i trąbką Evansa. Uff, czyste szaleństwo! A nie jest to bynajmniej pełna lista wrażeń z odsłuchu czterech dysków – to tylko te najdobitniejsze.




Tensegrity to prawie 5 godzin niesamowitej uczty dla naszych uszu. Nowy wymiar muzyki trzeciego nurtu? Zły trop. To prawdziwa eksplozja wolnej improwizacji, ozdobiona perłami barokowego chowu. Wspaniała płyta! Rolę gigantów swobodnej improwizacji przyjmują tu nie tylko zaprawieni w bojach jazzmani, ale także – i nie mniej dobitnie – muzycy specjalizujący się w muzyce klasycznej. Niebywała historia – jak inspirujące dla tych ostatnich może być takie spotkanie, oczywiście pod niebywałą kuratelą wyjątkowej postaci, lidera i głównego kreatora BSB, Barry’ego Guya. Dodajmy, że czteropak Not Two jest bardzo zgrabnie wydany, a zamieszczona na nim muzyka cudownie brzmi w wymiarze akustycznym, co w przypadku Barry’ego Guya jest akurat normą.




Szczegóły personalne wszystkich mini koncertów prześledzicie na dołączonych do tekstu fotografiach. A po ich lekturze migiem do sklepów – takiej pozycji nie możecie nie posiadać!
Pisząc ponad trzy lat temu na potrzeby Jazzarium.pl o pierwszym wydawnictwie New Orchestra - Small Formations Mad Dogs, skonstatowałem, iż ... oto już w marcu ogłaszam bezczelnie wybór płyty roku. Teraz mogę śmiało powtórzyć ten zabieg: 10 czerwca – płyta roku 2016 właśnie się ukazała!

Koncert kompozycji głównej The Blue Shroud – poczyniony, jak już wcześniej wspominałem, jedenaście miesięcy później - to już oczywiście inny wymiar muzycznej doskonałości. Półtorej godziny precyzyjnie zaaranżowanej muzyki, ale zagranej z dużą swobodą, w nieprzerwanym ciągu dźwięków, wbiły mnie w fotel Studia im. Witolda Lutosławskiego z siłą niespotykaną w tej szerokości geograficznej. Polecam krążek Intaktu, mimo, iż jeszcze go nie posiadam, bo wciąż pamiętam ów październikowy koncert. Wrażenia trwałe i niezbywalne!