Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pol Padrós. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pol Padrós. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 grudnia 2025

The Barcelona’ fresh four: Jiuweihu! Mammalian Interactive Digressions! Orangina! Smells Funny!


Muzyka improwizowana z Barcelony zawsze posiada stempel wysokiej jakości. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale przynajmniej od dekady, bo tyle lat stuknie Trybunie już w kolejnym miesiącu.

Zatem bez zbędnej introdukcji przystępujemy do szczegółowej analizy czterech nowości wydawniczych ze stolicy Katalonii. Nie zabraknie okrętu flagowego, czyli Discordian Records, będą też nagrania muzyków świetnie nam znanych, tu akurat edytujących pod innymi sztandarami.

Jak to często bywa w przypadku muzyki z tamtej części świata, czeka nas spory rozstrzał stylistyczny. Zaczniemy kameralnie, ale bardzo dronowo, na dwa niezbyt konwencjonalne smyczki, potem czeka na nas czerstwa, gęsta i hałaśliwa narracja na saksofon, syntezator modularny i rzężącą wysokim prądem gitarę, zaraz po niej pokaźna porcja soczystego jazzu z kompozycjami, a na zakończenie coś na poły skomponowanego, na poły improwizowanego - znane utwory przełożone na pięć dęciaków, perkusję i osnowę elektroniki. Będzie się działo!

 


Vasco Trilla & Àlex Reviriego Jiuweihu (Bandcamp’ self-released, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Vasco Trilla – werbel i talerze oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Trzy utwory, 44 minuty.

Tych Panów znamy z miliona płyt, to prawdziwe ikony sceny Barcelony. Być może nie wszyscy pamiętają, iż czasami muzykują także w duecie. To ich drugie ujawnienie, znów nastawione na niezmierzone w czasie i przestrzeni techniki rozszerzone, ponownie bazujące na pewnym koncepcie, innymi słowy improwizacji definitywnie predefiniowanej. Każdy z artystów operuje tu smyczkiem, choć nominalnie jeden pracuje na skromnym zestawie percussion, drugi dzierży w dłoniach wielki kontrabas.

Opowieść na starcie przypomina delikatny powiew porannej bryzy. Powierzchnie płaskie targane smyczkami piszczą, nucąc zapomniane melodie. To medytacja ukonstytuowana cierpliwością i konsekwencją. Ma swoje niemal post-industrialne spiętrzenie, ma krótki moment, gdy kontrabasista minimalistycznie frazuje techniką pizzicato. Rozkołysana opowieść przypomina zagubiony okręt, które niesie w nieznane coraz silniejszy wiatr. W drugiej odsłonie instrumenty silniej rezonują - jeden strumień fonii ryje bruzdy w ziemi, drugi wznosi się ku niebu. Z czasem z mulistego dna wyłania się pokancerowana melodyka i płynie z tajemniczym posmakiem post-baroku. Na starcie trzeciej części smyczek kontrabasu wyje wprost z głębokiej krypty, z kolei talerze rezonują na jeszcze większej wysokości. Dźwięki zdają się teraz kołysać nad wielką przepaścią. Znów ratunkiem wydaje się pokrętna melodia, który nie przypomina jednak śpiewu, to wciąż wielkie cierpienie, ostatecznie skwitowane minimalistycznymi frazami kontrabasisty.

 


Luis Erades/ Andrea Bazzicalupo/ El Pricto Mammalian Interactive Digressions (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, Andrea Bazzicalupo – gitara elektryczna oraz El Pricto – syntezator modularny. Trzy improwizacje, 53 minuty.

W przeciwieństwie do duetu powyżej, medytacja, to ostatni epitet, jakim moglibyśmy podsumować nagranie tego tria. Słuchaczy dbających o stan swoich narządów słuchu uspokajamy jednak, iż anonsowana w preambule tekstu intensywna, niekiedy noise’owa improwizacja miewa tu intrygujące chwile ukojenia, wystudzenia, potrafi osiągnąć stadium zaskakującej filigranowości.

W trakcie pierwszej odsłony muzycy stawiają nas pod ścianą i mierzą z broni gładkolufowej – pozatykana tuba saksofonu groźnie rzęzi, gitara zgrzyta zębami i zionie ogniem, a syntezator wbija szpile nie tylko w kręgosłup. Soczyste plastry hałasu poprzedzielane są tu ochłapami ciszy, delikatnie nasączonymi post-psychodelicznymi dywagacjami. Druga improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut i zdaje się mieć więcej niż tysiąc twarzy. Subtelna elektronika i post-akustyczne strumienie ambientu otwierają pieczarę, z której wyłania się post-industrialne monstrum. Na etapie rozwinięcia muzycy okazują się jednak intrygująco roztargnieni, skorzy do akcji minimalistycznych, niekiedy brzmią wręcz onirycznie, a ich oddechy pełne są szumiącej elektroniki. Do konsekwentnej walki ze złem powracają w drugiej połowie utworu, a najgroźniejszym zwierzem tego stada okazuje się ostatecznie saksofonista. Trzecia improwizacja zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Mała wojna światów uformowana zostaje w elektroniczny i elektryczny free jazz. Zaraz potem następuje faza dronowa i kilka dźwięków z gitary, które przypominają ... gitarę. Jeszcze tylko faza lewitacji i rozkołysania, a po niej wielki finał z fajerwerkami z dna piekła aż do kopuły topornego nieba. Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku wydaje się dość groźna.

 


Albert Cirera & Tres Tambors Orangina (Underpool Records, CD 2025)

Underpool Studio, Barcelona, czerwiec 2025 (?): Albert Cirera – saksofon tenorowy, sopranowy, kompozycje, Marco Mezquida – fortepian, Rhodes, Marko Lohikari – kontrabas oraz Oscar Domènech – perkusja. Dwanaście kompozycja, 54 minuty.

Losy tego artysty śledzimy od kołyski. Znamy wszystkie jego brudne, kompulsywne, free impro eskapady na preparowanym saksofonie tenorowym i sopranowym. Ale pamiętamy także, iż to muzyk zakochany w jazzie, a jego flagowy okręt na tym oceanie zwie się Tres Tambors. Przed nami jego trzecie ujawnienie. Zgrabne, melodyjne, ale ciekawie zmetryzowane tematy, tysiące narracyjnych zdobień i kilka soczystych improwizacji, na ogół w wymiarze kolektywnym. Dla fanów wysokogatunkowego jazzu lektura obowiązkowa!

Po krótkim, dynamicznym otwarciu kwartet zaprasza do krainy jazzowej post-ballady, tkanej na czystym brzmieniu saksofonu sopranowego, równie wyrazistym piano i sekcji rytmu, która szyje łamane metra i sieje intrygę niezależnie od poziomu łagodności zadanego tematu. W piątej odsłonie króluje free jazz (nawet w formule sax & drums), ale puenta jest wystudzona, bardzo kameralna. W siódmej części słyszymy piano Fendera i rozhuśtany saksofon frazujący w dobrym tempie. W kolejnym piękny, improwizowany rozgardiasz, który zostaje skontrapunktowany melodyjnym tematem, ale na koniec utworu tryumfalnie powraca. Z kolei w dziewiątej odsłonie tańczymy w rytmie samby! Po drodze do szczęśliwego finału mamy kilka akcentów kameralnych ze smyczkiem, a także nieśmiałe próby akcji inside piano. Samo zakończenie jest bardzo dynamiczne, bazujące na basowym groove, usiane wyłącznie udanymi interakcjami.

 


Fail Again Ensemble Smells Funny (Discordian Records, DL 2025)

Whole Tone Studio, Barcelona, czerwiec 2025: Mireia Tejero – saksofon altowy, Sergi Rovira – saksofon tenorowy, Lluís Vallès – saksofon barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Vicent Pérez – puzon, Jordi Pallarès – perkusja oraz David García – soundpainting. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Na koniec krótkiego przeglądu katalońskich nowości dość nietypowy ansambl pod jakże becketowską nazwą. Pięć instrumentów dętych, perkusja, smuga elektroniki, a w repertuarze jazzowe kompozycje, w tym nieśmiertelna Lonely Woman Colemana, klasyk Pink Floyd i utwór Franka Zappy. Muzycy improwizują na etapie zwanym preludium, a potem bawią się samym tematem. Brakuje tu może odrobiny szaleństwa i narracyjnej fantazji, ale sama idea wydaje się godna kontynuacji.

Floydowskie otwarcie obiecuje tu naprawdę wiele – to zmyślnie sprofilowany, dęty wielogłos z dużą dawką nerwowości, podrasowany perkusją, zmiennym tempem i tą szczyptą brawury, jakiej czasami brakuje w dalszej części albumu. Artyści balansują na pograniczu wielu stylistyk, z których jazz, czy nawet free jazz jest tylko jedną z tysięcy możliwości. Nagranie ma swoją artystyczną kulminację na etapie klasyka Colemana. Preludium pełne jest gwałtowności, ciekawych, dętych interakcji, z kolei sama ekspozycja tematu, to niemal pogrzebowa ballada, którą niespodziewanie podrywa do lotu galopująca perkusja. W kolejnym utworze muzycy stepują w punkowym rytmie, a na końcu dzielnie rozprawiają się z tematem Zappy. Wstęp, to dęte dyskusje, najpierw rwanymi frazami, potem głębszymi wydechami. Prezentacja tematu przypomina podlewany dużą ilością szampana 2-stepowy wodewil z masą rzewnych melodii.




czwartek, 23 kwietnia 2020

El Pricto and The Discordian Unreal Diary!


Barcelońska eksplozja kreatywności trwa w najlepsze! Po niedawnej prezentacji trzech duetów Vasco Trilli, czas na pogłębioną analizę nowości wydawniczych Discordian Records i jej sublabelu Discordian Bootlegs.

W roli głównej, nie kto inny, jak the one and only El Pricto! Siła sprawcza niemal wszystkiego, co wartościowe w muzyce kreatywnej stolicy Katalonii. Wenezuelski multi-artysta (przypominamy, iż muzyk udzielił wywiadu rzeki Panu Redaktorowi, który jest dostępny zarówno na tych łamach, jak i na portalu Jazzarium.pl) dziś zaprezentuje się w kilku rolach. Będzie kompozytorem, dyrygentem, muzykiem improwizującym, wreszcie realizatorem nagrania, a nade wszystko – w każdym przypadku – wydawcą!

Zaczniemy od okrętu flagowego DR, czyli formacji Discordian Community Ensemble. W dalszej kolejności klasyczny kwartet saksofonowy, ale po ... katalońsku i diskordiańsku jednocześnie. Zaraz potem czeka nas wycieczka w czasy pierwszego pięciolecia istnienia wydawnictwa i odczyt/odsłuch całego mnóstwa skomponowanych improwizacji El Pricto, bazujących na cudownym brzmieniu instrumentów dętych, nagrań upublicznianych dziś wszakże po raz pierwszy. Wreszcie na finał tej opowieści duże składy pod wodzą Francesca Llomparta, zarówno zarejestrowane w ostatnich latach, jak i nieco starsze.

Zapraszamy na jakże widowiskową eksplozję wyjątkowej muzyki! Niech żyje Discordia!




Discordian Community Ensemble  Songs From The Unreal Book (Discordian Records, DL 2020)

Najnowsza produkcja Discordian Community Ensemble, to Piosenki bez słów dla świata pozbawionego znaczenia, z dedykacją dla wszystkich doświadczających pandemii, albowiem życie samo w sobie ma już znaczenie.

Grudzień 2018 roku, nagranie koncertowe z Klubu Sinestesia, na scenie DCE w składzie: Ilona Schneider – głos sopran, Pol Padrós – trąbka, Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Francesc Llompart – skrzypce, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Oriol Roca – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura. Ten ostatni jest także autorem sześciu kompozycji zawartych na płycie, które wyjątkowo, jak na zwyczaje tego twórcy, przybrały postać notacji graficznych. Jedna z nich zdobi zresztą okładkę wydawnictwa, która trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Ostrze rockowej gitary zostaje nam wbite proso w serce, szczęśliwie jednak kobiecy głos i delikatne skrzypce, przyłożone do krwawiącej ranny, dają nam - trwające ułamek sekundy - ukojenie. Dzieło El Pricto, czyli klasycznie ponad epokowy i równie ponadgatunkowy konglomerat szalonych pomysłów, z których żaden nie okazuje się być złym wyborem. W tej początkowej bitwie męskości i kobiecości, rola mediatorów przypada dęciakom i pozostałym strunowcom. Basówka i perkusja grzmią, huczą i drżą całą swoją masą. Narracja budowana na dysonansie kąsa urodą i dramaturgiczną dosadnością. Gitara Caicedo potrafi brzmieć, jakby muzyk przesypywał kamienie, nie stroni od flażoletów, ale i stempli betonowej mocy. Od ciszy wyczekiwania, do ekspresyjnych kipieli – gigantyczna amplituda emocji i natężenia dźwięków. Contemporary free rock & chamber! Wszystko zdaje się tu dziać wedle wskazań kompozytora i dyrygenta, ale poziom emocji nie stygnie choćby na moment. Druga opowieść też toczy się od ściany do ściany – do środka i na zewnątrz, od dołu do samej góry. Kolektywna erupcja emocji, tu z drobną ekspozycją trąbki. Gitara i reszta załogi stawia zasieki i hałasuje, mając jednak - mimo wybuchów gorącego powietrza- wszystko pod kontrolą! Narracja smakuje czerstwym rockiem, jest połamana, powykręcana, faluje jak wielki okręt na wzburzonym oceanie. Pięknie uporządkowany chaos!

Trzecią opowieść zaczyna coś na kształt basowego walkingu. Kobiecy głos, dęte zawody i rzężąca gitara. Rock vs. chamber in great fury! Stopień skomplikowania, ale i frywolności całej narracji przywodzi skojarzenia z metodami pracy Franka Zappy. Kolejna część kontynuuje wątek wspólnych pokrzykiwań – masywny rock grzmi dętymi posadami, obok skrzypce i głos eskalują wątek kameralistyczny. Ekspresja wszakże ponad wszystko! Piąta opowieść na moment hamuje ów dramaturgiczny walec drogowy. Szumy, szmery, świsty – każdy z uczestników tego szaleństwa zaczyna preparować dźwięk swojego instrumentu. Gitara zgrzyta tępym ostrzem, tenor dorzuca do ognia, emocje rosną, ciągle bystrze jednak kontrolowane przez Pricto. Szósta kompozycja, to strzał hałasu na otwarcie. Dźwiękowe brzytwy, stylistyczne dysonanse. Free jazz vs. post-chamber! John Zorn podrzuca wygniecione pięciolinie! Góra – dół, do środka i na zewnątrz! W tej niebywale gęstej narracji każdy z muzyków znajduje kilka sekund na indywidualne popisy, ale wszystko dzieje się jakby w tej samej sekundzie naszego życia. Od ciszy do hałasu i z powrotem! Emocje po wybrzmieniu giną w głuchej ciszy oklasków.




Malaclypse Sax Quartet  时鸟唱歌是因为有答案  (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Marzec ubiegłego roku, koncert w miejscu zwanym Tepekalesound, przedmieścia Barcelony - L'Hospitalet. Formację Malaclypse Sax Quartet znają wszyscy, którzy wraz z redakcją od lat zagłębiają się w historii dyskordianizmu i labelu, który stworzył Pricto na chwałę owej fikcyjnej religii. Na saksofonie sopranowym zagra Agustí Martínez, na altowym - El Pricto, na tenorowym - Liba Villavecchia, zaś na basowym - Ferran Besalduch. Dęta epopeja (z chińskiego: Sometimes Birds Sing Because They Have Answers), stworzona przez wszystkich jej uczestników (all music by the musicians, bez jakichkolwiek informacji, jakoby któryś z muzyków pełnił rolę dyrygenta), składa się z trzech części (dwóch zasadniczych i dwuminutowego encore), trwa zaś 37 minut i 32 sekundy.

Głosy otwarcia saksofonowej ceremonii są następujące – dwa wysokie dęciaki śpiewają, jeden repetuje, a ten czwarty, najniższy buduje basową bazę dla improwizacji. Wszystkie dźwięki są czyste, barwne i na swój sposób ulotne. Po paru minutach sytuacja ulega drobnym modyfikacjom – lewa flanka płynie szerokim strumieniem, prawa śpiewa skromną kołysankę, a pozostałe dwa instrumenty milczą, bądź sprawiają wrażenie, że … milczą. Napięcie jednak narasta, coś z pewnością musi się za chwilę wydarzyć - drobne preparacje, prychanie z samego środka narracji, tygrysie pomruki i kocie lamenty. Rodzaj ptasiego radia, zdobionego niedźwiedzimi pomrukami saksofonu basowego. Po 10 minucie następuje krótkie zejście w obszar ciszy, ozdobione garścią sonorystycznych niuansów. Na sam finał pierwszego utworu muzycy realizują kilka bardziej dynamicznych depnięć na pedał  gazu, po czym przechodzą do fazy gaszenia płomienia, który przypada w udziale duetowi lżejszych dęciaków.

Druga, zasadnicza i najdłuższą opowieść początkowo budowana jest płynnymi, skupionymi frazami. Jakby zło budziło się do życia po latach cierpienia. Każdy z muzyków coś dokłada od siebie, kreuje mikro eskalacje, szuka zaczepki. Bas dmie złowieszczo, reszta tańczy i swawoli. W okolicach 4 minuty wszyscy wchodzą w przepiękną fazę szeptów. Nostalgia pełna zimnej nerwowości. Kilka neoklasycznych parsknięć, jakby stawianie znaków zapytania. Wzrost emocji następuje z inicjatywy basu – reszta nie zgłasza zdania odrębnego i rozśpiewany kwartet rusza w drobną przebieżkę. Mocni, stanowczy, niemal dostojni instrumentaliści w drodze na szczyt hałasu, który osiągają w okolicach 13 minuty. Potem raptowny stopping – lewa flanka krzyczy samotnie, z małymi preparacjami. Towarzyszą jej dalece wystudzone komentarze współpartnerów. Dialogi, trialogi, czerstwy głos wszystkich, to kolejne fazy rozbudzania narracji. Specyficzne call & responce – jakby śmiech przez łzy! Skowyt i drwina w tym samym momencie - prawdziwie ludzkie oblicze czterech saksofonów. Po 17 minucie bas zaczyna porządkować opowieść, pozostali śpiewają i nie do końca wykazują należytą posłuszność. Po 19 minucie bas milknie, cóż ma bowiem uczynić… Reszta dyskutuje w najlepsze. Na ostatniej prostej bas jednak powraca i zabiera wszystkich na krótki, jakże ognisty finał opowieści.

Pozostaje nam jedynie odsłuchać ledwie dwuminutowy bis, rodzaj dramaturgicznej repryzy właśnie, co skończonej improwizacji. Alt smakuje czupurnym Zornem, reszta kwili i grymasi. Gdy bas rozpocznie finałowy taniec, reszta towarzyszy może jedynie – z krzykiem na ustach – dołączyć do niego i dobrnąć do jakże zasłużonych oklasków.




El Pricto  Tangential Views (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Trzy kompozycje El Pricto na małe składy improwizujące, stworzone i wykonane w pierwszej połowie dekady lat 10. bieżącego stulecia. Całość trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Tangential Views (The Hodge Podge, Barcelona, maj 2011); El Pricto – saksofon altowy, Don Malfon - saksofon barytonowy, Luiz Rocha – klarnet basowy oraz Miguel Serna – kontrabas.

The King In Yellow (The Golden Apple, Barcelona, styczeń 2015); El Pricto – saksofon altowy, Paulina Owczarek – saksofon barytonowy, Alex Reviriego – kontrabas oraz Marko Jelača – perkusja.

Double Spiral Dynamo (The Hodge Podge, Barcelona, kwiecień 2011); Agustí Martínez – saksofon altowy, Tom Chant – saksofon tenorowy, Xavier Díaz Herrera – saksofon barytonowy, Miguel Serna – kontrabas, Javier Carmona – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura (ta powinność dotyczy także poprzednich utworów).  

Pierwszy kwartet sprawia wrażenie, jakby był … sekstetem. Zarówno kontrabas, jak i klarnet basowy mają zmultiplikowane brzmienie, dzięki czemu, zwłaszcza na początku utworu, dźwięki płyną do nas nieprawdopodobnie gęstym, nisko zawieszonym strumieniem. Oba saksofony w tym czasie śpiewają wysokim tembrem i czekają na przebieg wypadków. Po niedługiej chwili kwartet (sekstet?) zaczyna brzmieć, niczym stado rozjuszonych rumaków w posuwistym, nerwowym galopie. Jeszcze przed upływem 2 minuty muzycy płynnie przechodzą w dęte unisono z pięciolinii, po czym rozlewają się szerokim korytem, skwierczą i chrząkają, by po kilkudziesięciu sekundach przygasnąć. Baryton i alt skrzeczą na przeciwległych flankach, a znów podwojona moc niskich pasm czyni spustoszenie. Po 6 minucie ostry wrzask na raz i znów krok ku spowolnieniu. Krótki marsz na wiwat i obumierający kontrabas, który gasi światło, wyczerpują program pierwszego utworu.

Drugi kwartet początkowo kontynuuje ów wiwatujący marsz. Stawia jednak na dramaturgiczną wyrazistość i adekwatny poziom natężenia dźwięku – truly free jazz quartet! Saksofony złowieszczo śpiewają, kontrabas rwie struny, a perkusja niczym dobosz, zwołuje wszystkich na rytuał improwizacji. Użycie smyczka wzmaga napięcie, nie studzi emocji. W połowie 5 minuty krótka przygoda z ciszą – suchy smyczek, drżące talerze i saksofonowe drony. Po niedługiej chwili pizzicato kontrabasu zarządza nową, masywną eskalację, która ma miejsce niemal dokładnie w 10 minucie utworu. Bas pulsuje, drummer liczy krawędzie. Saksofony nie pozostają bierne i cały kwartet płynie marsowym bluesem, czerstwym, ale jakże smakowitym. Sporo dzieje się w tym momencie wedle prictowego scenariusza, ale emocje nie gasną choćby na ułamek sekundy. W połowie 15 minuty, czas na skromne preparacje, garść prychów spod wilgotnych dysz i tajemniczych szelestów. Piękną aurę chwili tworzy szczególnie smyczek na kontrabasie Alexa, choć jego partnerzy także nie ustają w wysiłkach, by pióro recenzenta gotowało się z emocji. W 18 minucie temu ostatniemu nie pozostaje nic innego, jak ogłosić, nie pierwszy tego dnia, stan free jazzowej kipieli! W połowie 20 minuty, jakby za sprawą różdżki czarodzieja, kwartet płynnie powraca do frazowania, które znamy z początku utworu. Wiwatujący marsz ku chwale złego i chaotycznego! Piękna pętla dramaturgiczna gaśnie szybko, w niecałe 15 sekund.

Czas na finałowy kwintet, z El Pricto wyłącznie w roli dyrygenta, niespełna pięciominutowy. Delikatne otwarcie, pełne kameralistycznej nieśpieszności, śpiewy dętych, pizzicato kontrabasu, małe perkusjonalia. Zaduma w sierści niepokoju, saksofonowy rozmach - rozkołysany, piękny, choć niepozbawiony wewnętrznego hałasu, marsz ku ostatniemu dźwiękowi. Wiwat!




Francesc Llompart  Insect Politics (Discordian Records, DL 2020)

Czas na skomponowaną improwizację w rozbudowanym wydaniu personalnym, którą dostarcza nam muzyk, z którym zetknęliśmy się już w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt – Francesc Llompart. Poza faktem bycia autorem muzyki i dyrygowania trzema orkiestrami, muzyk w pierwszej i trzeciej części będzie też odpowiadał za post-elektroniczną degenerację dźwięków! Najpierw znajdziemy się w znanym już nam miejscu The Hodge Podge (październik 2012), potem przeniesiemy się do również dziś wizytowanej Sinestesii (czerwiec 2018), by tę krótką podróż po Barcelonie zakończyć w miejscu zwanym Centre Cívic Albareda (luty, 2017). Poza LLompartem zagrają dla nas: Pablo Selnik - flet (utwór 1), Luiz Rocha - klarnet basowy (1,2,3), Tom Chant - saksofon sopranowy (1), Liba Villavecchia – saksofon sopranowy (1), Isidre Palmada - puzon (1), Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (1,3), Eduard Altaba - kontrabas (1,3), Diego Caicedo – gitara elektryczna (2,3), Sebastián Vidal – gitara klasyczna (2), Fernando Brox – flet (2), Marco Mezquida - fortepian (2), Aldo Aranda - perkusja (2), Míriam Fèlix - wiolonczela (2), Ángel Faraldo – elektronika (2), Naná Rovira – klarnet basowy (3), El Pricto – saksofon altowy (3), Agustí Martínez – saksofon altowy (3), Pope - trąbka (3), Ilona Schneider – głos sopran (3) oraz Carlos Ródenas - kontrabas (3). Całość nagrania, to 55 minut i 32 sekundy.

Insect Politics, część tytułowa, najbardziej rozbudowa, blisko trzydziestominutowa, zaczyna się świstem dęciaków, małą perkusją i plamami akustyki bez wskazania źródła pochodzenia. Dźwięki długie i krótkie, masywny kontrabas traktowany smyczkiem – kameralne poczęcie, pełne skupienia i dramaturgicznej precyzji. Siedmiu żywych i post-elektronika budują zmysłowe flow, z dużą ilością przestrzeni, plastrami ciszy, w tempie slow motion, z drobnymi fermentacjami ze strony percussion. Po 5 minucie - pierwszy grad dętych mini ekspresji, podawanych raz głośniej, raz spokojniej. Dużo dzieje się tu wg scenariusza autora. W połowie 10 minuty intrygujące akcenty rytmu i bystre plamy syntetycznych dźwięków, niepozbawione nawet industrialnych wtrętów. Po kolejnych dwóch minutach przybywa zjawisk fonicznych, kolejnych trybów narracji i jakże zwyczajnych emocji – noise-post-electronics chamber in fury! Gra dla nas oktet, a mamy wrażenie, jakby panowała nad nami wielka orkiestra symfoniczna na sterydach. Po upływie 18 minuty Llompart włącza tryb ciszy i preparacji – dużo daje z siebie syntetyczna praca w konwencji live proccesing (tak przynajmniej słyszy recenzent). Sekcja dęta w tle zwinnie komentuje i trzyma post-elektroniczne degeneracje w ryzach dramaturgicznych. Po 22 minucie ma miejsce piękny pasus kontrabasu, nie bez udziału elektronicznego wsparcia – wszystko nabiera posmaku chamber, a towarzysząca temu zjawisku sekcja rytmu zaczyna swobodnie improwizować. Finał utworu muzycy osiągają długimi pasażami, kontrapunktowanymi drobnymi frazami fletu.

Druga kompozycja (Hronir) proponuje zdecydowanie inny klimat. Elektryczna gitara zwiastuje to nam już pierwszym dźwiękiem. Moc post-rocka, dobrego bębnienia, z elektroniką na pełnych prawach instrumentu, free jazzowy fortepian i masa buńczucznych strunowców. Głośno, gęsto i na temat! Świetne, krótkie ekspozycje klarnetu basowego i fletu, silne percussion! Narracja pełna swobodny, mniej zaplanowana, bardziej żywiołowa. Kolektyw, demokracja, śmierć pięciolinii! Po 8 minucie drobne spowolnienie jest okazją dla zarysowania klimatu delikatnie kameralistycznego. Elektronika bystrze współgra z barokową wiolonczelą, a całość przybiera na ostatniej prostej piękny kształt prawdziwie katalońskiego post-chaosu!

Zipf!, to tytuł ostatniej kompozycji, podobnie jak poprzedniej, trwającej kilkanaście minut. Zaczyna ją dęte unisono z kartki. W tle burczy klarnet basowy, a kobiecy, namiętny głos (patrz: pierwsza dziś recenzowana płyta!) śpiewa tylko piękne frazy. Rozbudowana, ponad dziesięcioosobowa brygada dźwiękowych wichrzycieli buduje artystyczny tygiel samych wspaniałości! Kontrabas wciąż flirtuje z głosem, domniemany live proccesing dorzuca swoje trzy gorsze – chamber not full free, but very open! – notuje łamaną angielszczyzną upocony recenzent. Po 6 minucie mamy wrażenie, jakby na scenie było kilka zastępów filharmonicznych, gotowych na każde rozwiązanie dramaturgiczne. Muzycy i dyrygent szukają ognia, ale temperament wciąż trzymają na wodzy. Kobiecy sopran sięga niemal nieba, dęciaki snują zwinne pasaże post-jazzu, smyczek rzeźbi na gryfie kontrabasu, a dzwonki percussion (Trilla jest z nami!) i zdegenerowana elektronika tworzą konglomerat dźwiękowych cudów. Po 10 minucie narracja delikatnie przygasa, nabiera niemal teatralnej powolności, a dźwięki zdają się wydawać tylko smyczek i głos kobiecy. Pulsuje drobne tło post-elektroniki. Ilona wypowiada ostatnie słowa: Important End!



wtorek, 16 lipca 2019

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble! Subirana, Padrós & Pich! Like Contemporary Discordian Loves Improvisation!



Wenezuelski saksofonista El Pricto, szef barcelońskiego Discordian Records, to prawdziwy człowiek renesansu. Komponuje, improwizuje, kreuje niezliczone, jakże interesujące wydarzenia muzyczne. Jednym z najbardziej charakterystycznych wątków w jego przebogatej działalności wydaje się być wyjątkowa umiejętność wtłaczania muzyki współczesnej, czy awangardowej w ramy czasami bardzo swobodnej improwizacji. Jeśli chcielibyście sobie przypomnieć przykłady takich działań, warto sięgnąć choćby po wszystkie nagrania firmowane szyldem Discordian Community Ensemble (w tym także ostatnie Live at Tepekalesound, którym zachwycaliśmy się na tych łamach kilka tygodni temu).

Dziś przed nami dwa kolejne przykłady na to, jak Pricto, niczym Król Midas, wszystko czego się tknie zamienia w złoto. Najpierw jego pomysł na ansambl strunowy, gdzie Wenezuelczyk wciela się także w rolę dyrygenta, potem zaś swobodnie improwizowane trio, które siedzi jednak po kostki w muzyce współczesnej, a udział Pricto sprowadza się w tym wypadku do wyprodukowania i opublikowania nagrania.

A zatem – dwie najnowsze pozycje w katalogu Discordian Records i moc jak zawsze wyjątkowej muzyki! Przypominamy, iż płyty tego labelu dostępne są, poza skończoną liczbą przypadków, jedynie w formie plików elektronicznych.




Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble Incerto For Doublebass And Strings

Klub Magia Roja w Barcelonie, połowa grudnia ubiegłego roku, a na scenie prawie sami nasi dobrzy znajomi: Àlex Reviriego na kontrabasie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej oraz piątka skrzypków - Jaime Del Blanco, Dani Pucha, Eva Monroy, Xesc Llompart oraz Pablo Albarrán. Trzy utwory autorstwa wszystkich muzyków, które ustrukturyzował i których wykonanie poprowadził El Pricto. Całość trwa 52 minuty i 17 sekund.

Incerto to klasyczna, włoska forma uprawiania muzyki, którą moglibyśmy określić jako niepewną (w dosłownym tłumaczeniu). Rolą dyrygenta jest utrzymywanie dramaturgii utworu w pewnych wcześniej nakreślonych ramach, podczas gdy każdy z muzyków dostaje dużą swobodę, co do sposobu jego wykonania, przy czym solista ma tu pełną dowolność (w naszym przypadku kontrabasista), pozostali zaś muzycy są delikatnie prowadzeni przez dyrygenta. Wszystko toczy się bardzo spontaniczne, a efekt końcowy jest miksturą improwizowanej, grupowej kompozycji, dyrygentury i całkiem wolnego grania. Oczywiście fundamentem sukcesu jest tu kreatywna komunikacja pomiędzy solistą, dyrygentem, a całą grupą.

Ruch Pierwszy. Banda rozjuszonych smyczków weryfikuje porowatość powierzchni strun – małe frazy, śmiertelnie pozbawione znamion melodii, sieją niepokój i budują grozę nieznanego. Na sygnał Maestro Pricto czereda strunowców rozpoczyna symfonię skowytu. W tle pętli się gitara z prądem, burczy kontrabas, na przedzie zaś śpiewają skrzypce, a ich pozorny klasycyzm zdaje się być brutalnie przypalony. Gęsty, wielowymiarowy flow, rodzaj zabrudzonej polirytmii, Święto Wiosny tuż po ataku nuklearnym, w połowie czwartej minuty całkiem już intensywny i nasycony emocjami. Sporo preparacji na strunach, które wchodzą we wzajemne interakcje. Po 6 minucie ciekawe pizzicato skrzypiec, które udanie konweniuje z gitarą – uśpionym, rockowym potworem. W toku rozwoju narracji kontrabas sunie bardzo niskim strumieniem, a skrzypce tańczą wokół niego z zaostrzonymi pazurami. Tuż przed końcem 8 minuty kolejne spiętrzenie – gitarowe przetworniki szumią i zgrzytają, skrzypce skaczą od podłogi po sam sufit, niczym stado lekkich bawołów, u boku kontrabasu, Króla Lwa. Gdy gitara przypomina zepsuty odbiornik radiowy, skrzypce stawiają na estetykę percussion. Gdy te drugie płyną upaloną melodyką, ta pierwsza milczy z wrażenia. Chocholi taniec śmierci! Filharmonia na sterydach! Muzycy cudownie łapią wiatr w szprychy. Gitara powraca w repetycji, zdziera skórę z małych strunowców, a całość w kipieli osiąga ostatni dźwięk.

Ruch Drugi. Grzmoty kontrabasu i akcenty percussion - wszyscy na scenie zdają się szukać wewnętrznego rytmu techniką pizzicato. Gitara okazuje się w tym dziele niezwykle pomocna. Akustyczna post-elektroakustyka żarzy się i skwierczy. W 5 minucie ansambl schodzi w oniryczną meta ciszę. Jedynie słuszne wysokie dźwięki budują piękną opowieść, która kwieciście narasta. Chór ptaków pozbawionych dziobów, skowyt egzystencjalnej pustki, strach przed lotem pozbawionym punktu docelowego. Brawo! Wejście w nową opowieść odbywa się na mosiężnych barkach kontrabasu. Preparacje zalewają całą podłogę, tuż nad nią stado strunowców epicko komentuje rzeczywistość zastaną. W 11 minucie krótka kipiel, która nie zmienia nic w zachowaniu kontrabasu – masywne drony ciężkiego powietrza wchodzą w rezonans z każdym napotkanym przedmiotem. Po kolejnej chwili niektóre skrzypce budują rytm, inne zwinnie preparują dźwięk, imitując kontrabas. Kontrapunkty, które zdają się nabierać energii kinetycznej. Finał Drugiego osiągany jest metodą brutalnego, ale jakże efektownego stoppingu.

Ruch Trzeci. Skrzypce in extenso, repetytywny taniec na zaciągniętym ręcznym. Symfonia kreatywnego minimalizmu. Kołyszący taniec dla złych chłopców. Po 120 sekundach do gry, u samego dołu fonii, wchodzi kontrabas, a całość narracji zaczyna przypominać zdeformowane Different Trains Steve’a Reicha. Flow ciągnie się masywnie ku górze. W 7 minucie jazzowa gitara staje mu w poprzek i pyta o zdanie. Kontrabas płynie pizzicato, skrzypce stroszą pióra, wystawiają na wiatr żylaste pazury. Po kilkudziesięciu sekundach gitara wchodzi w fazę preparacji, a na pozostałych strunach pojawia się garść akcentów perkusjonalnych. Opowieść gęstnieje, pomysłów przybywa w tempie geometrycznym. Nie brakuje hałaśliwych fonii, preparacji, a wszystkie one wydają się być posadowione na masywnym dronie smyczka kontrabasu. Skrzypce bez chwili zawahania osiągają artystyczny orgazm. Po 14 minucie piękne kontrapunkty gitary, sterowane zmysłem dramaturgicznym Pricto. Moc ładunków elektromagnetycznych osiada na głowach wszystkich uczestników koncertu. A potem już czas na zmysłowe tłumienie narracji – gitara i kontrabas biorą ten wątek na swój warsztat i doprowadzają ansambl tuż pod ścianę burzy oklasków!




Anna Subirana/ Pol Padrós/ Joan Antoni Pich  Brull's Bet

Pozostajemy w Barcelonie, ale przenosimy się do miejsca zwanego Sinestesia. Połowa stycznia ubiegłego roku i trójka muzyków: Anna Subirana – głos, Pol Padrós – trąbka i Joan Antoni Pich – wiolonczela. Cztery improwizowane utwory (być może z elementami predefinicji), 33 minuty i 11 sekund.

Hypnoidal. Opowieść rozpoczyna gadający, kobiecy głos - dźwięki dobywane techniką, którą moglibyśmy nazwać jako avant-scat. Wiolonczela podaje zadziorny, jazzowy półrytm szarpaniem strun, ale zaraz potem także smyczkiem. Trąbka brzmi na wejściu dość czysto, jakby stanowiła ostatni na scenie bastion chamber music, ale pierwszy zadzior dopada ją w mgnieniu oka. Muzycy zdają się zagęszczać narrację, ale trąbka zwinnymi interludiami burzy dramaturgię wydarzeń. Głos dławi się u nasady gardła, po czym zwinnie wdaje się w dialogi z kolegami – jeśli użylibyśmy określenia call & responce, nie bylibyśmy dalecy od prawdy. Wrzący ponadgatunkowy tygiel pomysłów! Zaraz potem krok w ciszę i odrobina sonorystyki. W 5 minucie pierwsza imitacja głosu i trąbki. Gdyby muzycy nie byli posadowieni na przeciwległych flankach, mielibyśmy duży problem z rozpoznaniem źródła dźwięku! Para idzie wysoko, cello dołem kreśli bardziej tonalną ekspozycję. 

Cataleptic. Z dna ciszy docierają do nas smutne pojękiwania trąbki, gwizd smyczka i rechot z gardła. Po 90 sekundach wiolonczelinowe kontrapunkty stylizują narrację porcją nowej ekspresji. Ale sama opowieść jakby nie chciała opuścić strefy ciszy. Kolejna ekspozycja call & responce, tym razem staje się udziałem głosu i cello. Śpiewająca trąbka snuje komentarz. W 5 minucie smyczek szuka baroku blisko podłogi, obie zaś flanki wchodzą w fazę ożywionej dyskusji. Po chwili śpiew pojawia się na ustach wszystkich, rzewny, molowy wedle wskazań strunowca. Akcja zdaje się gonić akcję, a kres tego szaleństwa wyznacza cisza po ostatnim dźwięku.  

Somnambulistic. Zmutowana trąbka znów u podnóża ciszy. Suche fonie z gryfu i głos, który znów na moment staje się … trąbką. Smyk ślizga się po strunach i buduje nową historię. Znów smakuje zagubionym w szumie chamber, a każdy ruch sceniczny poprzedza chwila refleksji. Cichy taniec na palcach, by nie spłoszyć zwierzyny. Trąbka i głos – znów jednym ciałem. Doskonałe reakcje, kolektywna zabawa. Po 7 minucie rytmiczne szlifowanie strun wiolonczeli buduje nowy wątek. Trąbka wchodzi w dialog, głos milknie na dłuższą chwilę. Na finał tej części ten ostatni powraca i czyni już wyłącznie same cuda – krzyczy, recytuje, jęczy i śpiewa!

Return To Wakefulness. Trębackie solo na otwarcie finałowej części koncertu – palce wiolonczelisty krążą wokół gryfu, avant-scat powraca. Narracja nabiera tempa, niczym pierwsza improwizacja. Zadziorne frazy, energia, pulsacja, tańce i swawole, także w konwencji call & responce. Imitacje na flankach, kilka szarpnięć strunami – muzycy szukają zakończenia rozrzedzając flow narracji. Czynią to po mistrzowsku, zatem moc oklasków tuż po wybrzmieniu dalece uzasadniona.