Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Parrinha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Parrinha. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2024

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Chymeia! Two! Labirinto! Break It Down!


Jeśli północno-wschodnia rubież naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego zdaje się specjalizować w ponadgatunkowych eksperymentach, które sprawiają, iż muzyka improwizowana skrzy się nieskończoną paletą na ogół mrocznych barw, o tyle zachodnia flanka tej części świata gustuje nade wszystko w eksploracji swobodnego jazzu.

Taki przynajmniej można wysnuć wniosek analizując tegoroczne nowości, jakie docierają do nas z Katalonii i Portugalii. O tych pierwszych pisaliśmy kilkanaście dni temu, teraz sięgnijmy zatem po czerwone róże z Lizbony. Phonogram Unit, inicjatywa edytorska będąca skutkiem działań grupy muzyków improwizujących, u progu nowego roku przynosi nam cztery nowe albumy. Dwa są aktami typowo open jazzowymi, jeden post-bluesowym, wreszcie ten czwarty funkowo-dubową eksploracją. Wszystkie wszakże sycą się energią i estetyką jazzu, zatem udowodnienie tezy z pierwszego akapitu nie powinno stanowić większego problemu. Zatem czytajmy, słuchajmy i cieszmy się nową muzyką improwizowaną z Portugalii.



 

José Lencastre/ Zbigniew Kozera/ Vasco Trilla Chymeia (DL)

Alchemia, Kraków, październik 2022: José Lencastre – saksofon altowy, Zbigniew Kozera – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja. Pięć improwizacji, 34 minuty.

W zamyśle artystów miał to być portugalsko-polski kwartet. Ostatecznie skończyło się na duecie, który w trakcie krótkiej trasy po Polsce dobierał sobie na trzeciego różnych partnerów. Szczęśliwie w tym samym czasie na południu naszego kraju przebywał Vasco Trilla i na bodaj dwa koncerty dołączył do portugalskiego saksofonisty i wrocławskiego kontrabasisty. Ich koncert z Alchemii definitywnie winien ucieszyć każdego fana free jazzu i muzyki swobodnie improwizowanej osadzonej na bystrym groove, bez wątpienia godnym reguł gatunku. Chociaż trio słuchamy bodaj na pierwszym wspólnym koncercie, można odnieść wrażenie, że José, Zbyszek i Vasco muzykują ze sobą od zarania dziejów.

Łagodny start zawdzięczamy tu melodyce saksofonu i kontrabasowego smyczka. Opowieść nabiera rumieńców w momencie, gdy Trilla wrzuca doposażony w odpowiednią dynamikę drumming. Tempo rośnie, choć melodia nie przestaje się być stałym elementem programu. Cała improwizacja osadzona jest na świetnym wyczuciu dramaturgii Kozery, który płynie smyczkiem od rzewnych post-melodii do gęstych, ekspresyjnych pulsacji. Druga opowieść przynosi garść całkiem dynamicznych zabaw w podgrupach. Zaczyna kontrabas i perkusja, po ekspozycji tria dostajemy się w wir umiarkowanie filigranowej akcji perkusyjnej, a opowieść wieńczy rozmowa saksofonisty i kontrabasisty. Kolejna improwizacja jest prowadzona od początku do końca kolektywnie. Saksofon i perkusja pną się systematycznie ku górze, z kolei kontrabas rozpycha kolanami w dolnej warstwie narracji. Ten ostatni pięknie finalizuje epizod nieodłącznym smyczkiem. Czwartą część inicjują błyszczące perkusjonalia. Opowieść leje się przez ręce, ale z woli drummera nabiera odpowiedniej gęstości. Gdy tempo ciekawie eskaluje, Kozera sięga po smyczek i kreuje intrygujący dysonans. Pieśń pożegnalna budowana jest z należytym pietyzmem. Szczególnie efektowne stemple jakości stawia tu zatrwożony Lencastre. Opowieść gęstnieje na wyjątkowo wolnym ogniu, trzymając w ryzach wszelkie emocje. Zagubione w miksie gromkie oklaski zdają się być wyjątkowo zasadne.



 

Bruno Parrinha & João Gato Two (CD)

Bartolinsky Studio, Oeiras, Portugalia, od kwietnia do lipca 2023: Bruno Parrinha – saksofon altowy (kanał prawy) oraz João Gato – saksofon altowy (kanał lewy). Jedenaście improwizacji, 55 minut.

Dwa swobodnie improwizujące saksofony altowe budują tu intrygujące dialogi, często wchodzą w antagonistyczne dyskusje, rzadziej kreują akcje imitacyjne. Ich wielominutowa (być może odrobinę zbyt długa) opowieść jest wszakże spójna i na ogół pozbawiona dramaturgicznych mielizn. Artyści rzadko sięgają po frazy preparowane, chętnie płyną czystymi strumieniami dźwiękowymi, ale paleta ich barw brzmieniowych i stosowanych technik artykulacyjnych jest wyjątkowo szeroka. Matką tej narracji jest kreatywny jazz, który skutecznie rozpala improwizatorską wyobraźnię. 

Gem otwarcia zdaje się potwierdzać wszelkie walory albumu, zidentyfikowane w poprzednim akapicie. Toczy się od szumu i prychania po zadziorne, bystre interakcje wyposażone w duże porcje soczystych, altowych fraz. Drobne kłótnie, efektownie pojednania, kilka całkiem dynamicznych przebieżek. Kolejne utwory dodają do tak uformowanego wizerunku improwizacji nowe elementy i smaczki. Druga opowieść smakuje wytrawną kameralistyką, incydentalnie łapiącą niemal free jazzową ekspresję, trzecia dodaje smutek i rzewne melodie, czwarta kolejne porcje zadumy, z kolei piąta stawia sprawę na ostrzu noża i bazuje na dysonansach ekspresji. Szósta odsłona jest dynamiczna, ale wyjątkowo filigranowa, siódma piszczy i chrobocze, ósma płynie matowymi dronami, a dziewiątą kąsa agresją, sięgając od samej ziemi do rozgwieżdżonego nieba. Dziesiąta improwizacja trwa dziesięć minut i przynosi dużo interesujących zdarzeń. Od subtelnych preparacji, rezonujących, mrocznych fraz, poprzez cedzone przez zęby melodie, aż po kontrolowany wrzask. Końcowa opowieść zdaje się koić nerwy i budować silną nić porozumienia. Imitacyjne westchnienia, szczypta nostalgii i całkiem energetyczne, wysoko posadowione dźwięki na ostatniej prostej.



 

Jorge Nuno Labirinto (CD)

Namouche Studios, Lizbona, listopad 2023: Jorge Nuno – gitara akustyczna. Osiem improwizacji, 45 minut.

Tego gitarzystę znamy nade wszystko z elektrycznych, pełnych rockowej psychodelii eksploracji, ale miewa on także przygody akustyczne, którymi udanie wgryza się w historię muzyki swobodnie improwizowanej. I to właśnie w tej drugiej estetyce Nuno nagrał bodaj swoją pierwszą solową płytę. Postawił w niej na emocje z rzadka kojące zszargane nerwy, a całość nasączył estetyką post-bluesową. Ten improwizowany spektakl na solową gitarę akustyczną umiejscowiony został całkiem niespodziewanie w samym środku dzikiej, amerykańskiej prerii. Oczywiście soczystego oddechu lizbońskiego saudade artysta nie był w stanie skutecznie zagubić. I bardzo dobrze!

Muzyk rozpoczyna swoją traperską podróż z przytupem. Rysuje gęste pętle i syci je post-rockową ornamentyką. Jego żwawe ruchy skrzą się czerstwym, dynamicznym bluesem. Zaraz potem odpoczywa przy gitarowych flażoletach, liczy struny, zdaje się schylać po każdy dźwięk i dumać nad losem. Trzecia opowieść ma umiarkowane tempo, lepi się z ochrypłych fraz i post-rockowych faktur, a kończy w galopie. Po niej znów ma miejsce czas na odpoczynek, niczym pierwsza szklanka whisky po całym dniu pracy. Opowieść pachnie krowimi odchodami, ciekawie się zapętla i niespodziewanie łapie tempo. W piątej odsłonie muzyk sięga do korzeni szorstkich, martwych fraz, z kolei w szóstej jego gitara zdaje się trzeszczeć ze starości. Nuno rozkłada ją na części i szpera na dnie pudła rezonansowego. Liczy struny, wpada w niekończącą się, zadumaną repetycję. W części przedostatniej na moment oddaje się smukłej, delikatnej balladzie, zbierając siły na efektowny finał. W jego trakcie emocje wybuchają z całą mocą rocka i bluesa, po czym lgną ku pobliskich, gęstym zaroślom. Im bliżej końca, tym muzyka i jej autor zdają się płynąć coraz szerszym korytem, w dół zapomnianej rzeki.



 

Flak/ Jorge Nuno/ José Lencastre/ Hernâni Faustino Break It Down (DL)

Alfarim, Portugalia, grudzień 2022: Flak – analogowa maszyna perkusyjna, Jorge Nuno – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon tenorowy oraz Hernâni Faustino – bas elektryczny. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Czas na ostatnią z phonogramowych nowości: Nuno przesiada się na gitarę elektryczną, Lencastre na saksofon tenorowy, Faustino, na ogół kontrabasista, sięga po elektryczną basówkę, a wszystkich spaja analogowa maszyna perkusyjna, za sterami której zasiada Flak. Główny strumień narracji bazuje tu na nieco histerycznej, syntetycznej perkusji i funkowym, mięsistym basie, z kolei improwizacja najczęściej odbywa się w obszarze działania psychodelicznego gitarzysty i post-jazzowego saksofonisty. Całość obleczona jest cienką warstwą dubu i budzi dalece mieszane uczucia. W pierwszych czterech, dość zwartych dramaturgicznie, niedługich opowieściach konwencja się broni, gorzej, gdy muzycy ruszają w ostatnią, prawie 20-minutowa podróż. Tu pomysłów, by zaintrygować słuchacza jest już definitywnie mniej.

Syntetyczny rytm, dubowy step basu, śpiewny saksofon na pogłosie i permanentnie fermentująca, kwaśna gitara, to elementy składowe tej układanki. Narracja jest dość stabilna pod względem dynamiki - niekiedy przyspiesza, jak w części trzeciej, innym razem zwalnia, bywa, że sięga po niemal 2-stepowy beat, jak w części czwartej. Dużo ciekawego dzieje się na tzw. drugim planie, szczególnie w momentach, gdy saksofon i gitara wchodzą w fazę nieco gorętszych improwizacji (choćby noise rockowy epizod w części trzeciej, czy też duża porcja psychodelii w czwartej). Jakkolwiek często zdarza się, że gitara nie jest w stanie przebić się przez zasieki maszyny perkusyjnej i basu. W długiej, finałowej ekspozycji dzieje się sporo, ale narracja zdominowana jest przez akcje perkusyjne, które nie dość, że brzmią dość archaicznie, to jeszcze wprowadzają spory chaos dramaturgiczny, szczególnie w momentach, gdy opowieść przejawia tendencje, by popadać w post-psychodeliczną mantrę. Z kolei, gdy perkusja i bas zostają na moment sami (w drugiej części finału) klimat robi się interesujący, ale nie jest ciekawie spuentowany.



piątek, 19 sierpnia 2022

The Rodrigues Family and the fresh fruits: Hunter Underwater! The Sage Flower! Wild Elegy! Quelque chose prie la patience des nuages! Sans oublier les arbres!


Nagrania portugalskiej rodziny Rodrigues (ojca Ernesto, altowiolinisty i syna Guilherme, wiolonczelisty) staramy się na Trybunie śledzić na bieżąco. W czasach wszakże gigantycznej nadprodukcji dźwięków (także tych muzyków), nie możemy zapewnić, iż w tym dziele jesteśmy szczególnie skrupulatni. Bywa, że niektóre tytuły pozostają bez komentarza Pana Redaktora. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego!

Dziś sięgamy po pięć najnowszych pozycji, jakie dostępne są na bandcampie syna (poza jedną pozycją, wszystkie na poręcznych kompaktach, firmowanych oczywiście przez Creative Sources). Na dwóch pierwszych albumach usłyszymy tylko syna, w trzech kolejnych będzie obecny także ojciec. Dodajmy, iż jak na kanony gatunkowe rodziny (minimalistyczna, swobodna improwizacja na instrumenty strunowe z dodatkami) obecny zestaw nowości charakteryzuje się dużym rozstrzałem stylistycznym. Zaczniemy kwartetem … wiolonczeli, potem duet wiolonczeli z gitarą, kwartet z instrumentami blaszanymi, kwintet z klarnetem i fortepianem, wspartymi elektroniką, a na koniec trio z tymże samym klarnetem. Wśród współuczestników improwizowanych sesji m.in. nasi ulubieńcy – Dirk Serries i Matthias Müller!



 

Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn & Hui-Chun Lin  Hunter Underwater

Kühlspot Social Club, Berlin, 14 sierpnia 2021; Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn oraz Hui-Chun Lin – wszyscy wiolonczele. Jedna improwizacja, 34 minuty.

Na starcie spektaklu muzycy rozciągają struny, sprawdzają naciągi smyczków i łypią na siebie spode łba. Leniwie, acz nerwowo przebierając nogami, budują strzępy narracji, zarówno frazami czystymi, jak i zabrudzonymi. Płyną pod prąd niczym zagubieni kameraliści w leśnym gąszczu swobodnej improwizacji. Spory suspens kreowany jest tu przez rozległą plejadę short-cuts, w improwizacji nie brakuje jednak przeciągłych, dłuższych fraz. W tyglu zdarzeń odnajdujemy dźwięki preparowane, dźwięki pełne rzewnej melodyki, te płynące pod górę i te zsuwające się z niej, rozhuśtane i bolesne, zawsze jednak realizowane kolektywnie, na ogół w sposób ekspresyjny – so, what ever you want! Pierwsze zejście w pobliże ciszy ma miejsce już po siódmej minucie. Mroczny post-barok, szorowanie glazury pudeł rezonansowych i martwe oddechy wystudzonych strun. Ale i tu odnotowujemy dużą zmienność akcji, także wątki, które muzycy porzucają już po kilka sekwencjach.

Po raz kolejny mroczny nastrój dopada muzyków w okolicach czternastej minuty. Po niedługiej chwili zaczynają kreować nowy wątek przy samej podłodze, budują uroczą pajęczynę subtelnych, niemal filigranowych dźwięków. Emocje wszakże rosną – ciężki post-barok lepi się tu do akustycznych przesterów. Na scenie cztery wiolonczele, ale metod frazowania naliczylibyśmy tysiące! Wraz z wybiciem dwudziestej czwartej minuty muzycy tłumią się bardziej zdecydowanie, jakby niektórzy z nich zaczynali myśleć o przedwczesnej finalizacji. Beauty game of minimal near silence! Rozhuśtane, lekko upalone frazy serwowane są teraz w formie pytań i odpowiedzi. Z czasem na gryfach wiolonczel pojawia się więcej dźwięków preparowanych. Smyczki schodzą do samej ziemi i budują zmysłowe drony. Samo zakończenie kipi od emocji, jakby koniec spektaklu wcale nie musiał nastąpić wraz z końcem trzydziestej czwartej minuty.



 

Guilherme Rodrigues & Dirk Serries  The Sage Flower

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht/ Bruksela, 13 marca 2022; Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Dirk Serries – gitara (archtop). Jedenaście improwizacji, 44 i pół minuty.

Muzycy przygotowali tu dla nas jedenaście kompaktowych rozmiarów improwizacji. W każdej z nich decydują się na inne techniki wydobywania dźwięku, ale w obrębie tej samej odsłony starają się stosować podobne metody i generować narracje, którym niedaleko do zdarzeń imitacyjnych. W utworach pierwszym i ósmym artyści mają w dłoniach smyczki i budują płynną, na poły ambientową narrację dronową. Niedaleko jest im wtedy do ciszy, a jakość samej ekspozycji karze stawiać te dwie improwizacje na czele orszaku najbardziej udanych momentów nagrania. Z kolei druga, trzecia, piąta i dziewiąta opowieść mają w obie dużo progresywnej mechaniki – uderzania w struny, ich rozciągania, ugniatania i dewastowania, innymi słowy - sprawiania, by dźwięki instrumentów brzmiały nad wyraz boleśnie. Agresywne, kanciaste frazy tworzą tu urokliwy bałagan akustyczny, a nieustanne preparowanie dźwięków budzi niekiedy post-industrialne skojarzenia. Inaczej rzecz się ma w czwartej części – tu króluje minimalizm, cisza i pojedynczy dźwięk, który zawsze jej reakcją na dźwięk partnera.

W szóstej części muzyków rozpiera kameralny temperament. Najpierw głęboko barokowe cello, potem gitara, która efektownie szeleści. W siódmej części pachnie bluesem, który nie znajduje jednak drogi wyjścia. Z kolei w części dziesiątej struny obu instrumentów wydają się być wyjątkowo grube, tłuste, nasiąknięte smarem. Dźwięki nadymają się suchym powietrzem i zaczynają być agresywne. Emocje skaczą teraz ku górze, a pióro recenzenta wraz z nimi. Finałowa narracja winna gasić rozbudzone namiętności i tak dzieje się w rzeczy samej. Muzycy ślą sobie wzajemnie imitacyjne riffy, przedzielane warstwami ciszy. Cello zdaje się bezcześcić idee chamber, gitara bluzga rockowymi smugami cienia.

 


Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy (DL)

Berlin, 15 maja 2021; Ernesto Rodrigues – altówka, Brad Henkel – trąbka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Müller – puzon. Cztery improwizacje, 57 minut.

Blisko godzinny zapis dźwiękowy portugalsko-niemieckiego meetingu, który urokliwie sytuuje strunowe frazy w obliczu blaszanych podmuchów zimnego powietrza, to z pewnością crème de la crème dzisiejszego zestawu nowości. Muzycy w tej konfiguracji spotkają się ze sobą chyba po raz pierwszy, zatem faza inicjacji improwizacji jest dość rozbudowana, a koncentruje się na wnikliwej analizie potencjału i budowaniu narracji z drobnych strzępów fonii. Wspomniana faza nie trwa jednak zbyt długo, albowiem muzycy bardzo szybko znajdują wspólny język i brną do przodu head to head, popadając w całkiem intensywne interakcje. W trakcie rozbudowanej czasowo improwizacji otwarcia flow oczywiście faluje niczym wzburzone fale oceanu, sięga ciszy, by po niedługim czasie grzmieć nerwowymi frazami, ale w każdej z tych inkarnacji artyści plotą niemal wyłącznie doskonałe intrygi. Łączą się w drony, szepczą po kątach, strzygą uszami, ale nie stronią też od śpiewnych potoków dźwiękowych. Na sam finał serwują nam kilka sesji pytań i odpowiedzi, dzięki którym poziom emocji sięga tu realnego nieba.

Druga, najkrótsza odsłona, to garść jakże efektownych drobiazgów. Piękne, szeleszczące drony blaszanych i strunowe zdobienia. Całość narracji zdaje się tu przypominać wielkie crescendo czynione na wydechu i melodyjnie stłumione. Początek kolejnej improwizacji, to niemal wyłącznie bezdźwięczne szumy, kreowane zarówno pracą wentyli, jak i dociskaniem strun do gryfów. Znów sporo tu zabawy z ciszą i kreowania opowieści w najdrobniejszych szczegółach. Z jednej strony wentylowa mechanika, z drugiej small talks strun nie bez śpiewnych ornamentów. Kolektywne riffy i kameralne westchnienia, post-jazzowe nerwy i kilka smukłych dronów. Emocje płyną tu zarówno ze świetnej dramaturgii, jak i perfekcyjnego brzmienia nawet pojedynczych fraz. Czwarta, finałowa opowieść zdaje się kontynuować wspaniałości swych poprzedniczek. Free chamber upside down z incydentalnymi eksplozjami ekspresji. Frazy długie i krótkie, mozolne drony i zwiewne meta melodie. Rozbujana narracja, która mogłaby nie mieć końca. Falowanie i spadanie, trębackie śpiewy i strunowe repetycje.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Bruno Parrinha, Luisa Gonçalves & Carlos Santos  Quelque chose prie la patience des nuages

Beach House, Praia das Maçãs, Colares, 16 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Luisa Gonçalves – fortepian oraz Carlos Santos – elektronika. Dwie improwizacje, 43 i pół minuty.

Stuprocentowo portugalski kwintet zaprasza nas na wyjątkowo minimalistyczną podróż z grubymi plastrami ciszy na ramieniu każdego z artystów. Improwizacja od startu do mety zdaje się tu być lekka jak puch, ale jednocześnie mroczna i tajemnicza. Swoją hiperboliczną nieintensywnością przypomina duetowe medytacje brytyjskiego AMM. Dwa instrumenty strunowe sycą narrację zarówno intrygami, jak i delikatnymi ornamentami, klarnet basowy pozostaje na uboczu i przyjmuje najczęściej rolę komentatora wydarzeń, z kolei elektronika definitywnie koncentruje się na budowaniu tła tej suspended story, w każdym wszakże momencie dostarczając porcję dźwięków idealnie wpasowujących się w akustyczne frazy. Prawdziwą królową tej gry ogłosić trzeba jednak pianistkę, która w minimalistycznym środowisku rodziny Rodrigues czuje się jak ryba w wodzie. Frazuje na miliony sposobów, zawsze idealnie wpisując się w tryb danej fazy improwizacji.

Free chamber wprost z głuchej krypty toczy się tu wyjątkowo spokojnie, by nie rzec leniwie. Każdy dźwięk cedzony jest przez zęby, nic nie dzieje się bez odpowiednich przygotowań, wszystko czynione jest w należytym skupieniu. W połowie każdej z ponad dwudziestominutowych improwizacji muzycy sugerują nam, iż w niedalekiej przyszłości planowana jest intensyfikacja działań dźwiękowych. W pierwszej części na deklaracji się kończy, w drugiej artyści rzeczywiście przez kilka długich chwil zdają się generować swoje dźwięki nieco bardziej energicznie. To swoiste zagęszczenie ściegu idzie na wprost z aktywności Rodriguesów. Powrót do trybu minimalistycznego następuje jednak dość szybko, co stwarza nowe przestrzenie dla rosnącej kreatywności pianistki, która rządzi i dzieli w trakcie ostatnich minut nagrania. Przez moment można odnieść wrażenie, że samo zakończenie spektaklu mgły i ciszy przyniesie nam kilka bardziej ekspresyjnych fraz, ale okazuje się, że to jedynie wiatr hula za oknem.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Bruno Parrinha  Sans oublier les arbres

Porto Côvo, Portugalia, 15 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Bruno Parrinha – klarnet altowy, klarnet i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 37 minut.

Zaprezentowany chwilę wcześniej kwintet kroimy do rozmiarów tria i cofamy się w czasie o … jeden dzień. Dwa instrumenty strunowe i klarnet (w każdej improwizacji inny) prowadzą nas teraz z dala od kompulsywnego minimalizmu edycji kwintetowej, serwując więcej emocji i sprawiając, iż oniryczne wytłumienie mija jak zły sen. Sam początek nie zwiastuje jednak nadmiernych eskalacji, toczy się przy dźwiękach miasta i posuwistych long-cuts każdego z muzyków. Aura zdaje się być dalece mroczna, ale dźwiękowe przebiegi trudno nazwać minimalistycznymi. Kilka melodyjnych fraz, kilka mrugnięć okiem w kierunku ciszy, garść szumów, tudzież drobnych incydentów mechanicznych na gryfach. Narracja zmysłowo się kołysze, a jej pierwsza odsłona umiera przy uroczych, post-barokowych frazach wiolonczeli.

Z kolei druga improwizacja zaczyna się na poziomie ciszy i początkowo klei się z drobnych, niedopowiedzianych fraz. Tym, który stara się tu o należytą dawkę emocji jest zalotny klarnet. Mimowolnie śpiewa, zachęcając strunowce do bardziej melodyjnych wynurzeń. Poziom interakcji rośnie, a każde zadane pytanie może liczyć na wyczerpującą odpowiedź. Opowieść skrzy się brzmieniowymi detalami, a na jej końcu czeka nas jeszcze efektowne spiętrzenie. Ostatnia improwizacja zdaje się być budowana z pewnym zamysłem dramaturgicznym. Subtelne drony (także klarnetu basowego!) i tłuste plastry ciszy. Narracja z mozołem pnie się ku górze i konsumuje wszystkie dźwięki jednym strumieniem fonii. Nim dobije do stacji końcowej podeśle nam jeszcze garść szumów, podmuchów i mikro zdarzeń perkusjonalnych, a także plamy post-baroku i drobne preparacje.



poniedziałek, 7 września 2020

Diceros! Symbolic Boundary!


Szmer strun, świst smyczków, odgłos tajemniczego stukania, być może po pudle rezonansowym jednego z instrumentów, westchnienia i pomruki dęciaków – kameralny mikroświat akustycznych cudów buduje się niezwykle cierpliwie, z silnie jednak dostrzegalnym napięciem. Kolektywny, zmysłowy flow kreowany przez jest altówkę i wiolonczelę, klarnet basowy, dwa saksofony, trąbkę, instrumenty perkusyjne i elektronikę posadowioną w skromnym laptopie. Narracja od samego początku, dość gęsto doposażona w dźwięki, nie nosi znamion minimalizmu, choć frazy na ogół bywają tu tłumione i nastawione na wyczekiwanie. Klarnet basowy zdaje się przede wszystkim mruczeć, pozostałe instrumenty dęte preferują dłuższe, niemal dronowe frazy, a strunowce stawiają na bardziej śpiewne ekspozycje. Trąbka od czasu do czasu bystrze preparuje dźwięk, nadaje powietrzu wypuszczanemu z wentyli różne kolory. Elektronika niezwykle subtelna, schowana w tle, delikatnie sączy szmer, być może czasami ingeruje w brzmienie żywych instrumentów (informacja niepotwierdzona). Instrumenty perkusyjne głęboko ukryte za fakturą dęto-strunowych dźwięków, czasami ograniczają się jedynie do uderzania w talerze. W pierwszej części koncertu muzycy nie szukają okazji do eskalacji, częściej mają w zwyczaju chłodzenie narracji i poszukiwanie krótkotrwałego kontaktu z ciszą.



W okolicach 8 minuty improwizacja zdaje się przechodzić w fazę krótszych, bardziej rwanych fraz. Artyści prowadzą dialogi w podgrupach, głównie jednak w podsekcji instrumentów dętych. Część pasaży wydaje się być delikatnie sterowana z nieznanego ośrodka dowodzenia, ale to jedynie pozór – raczej efekt dramaturgicznej dyscypliny całego, ośmioosobowego składu. Po kolejnych czterech minutach opowieść wraca do trybu zagęszczania struktury narracji. Trąbka podaje kilka jazzowych fraz, przez moment stojąc na czele pochodu dźwięków. W 15 minucie narracja znów hamuje i przechodzi do fazy dronowej, realizowanej jak najbardziej kolektywnie, zdobionej szorowaniem strun cello i altówki. Znów krok ku górze i większym emocjom. Jeszcze przed upływem 20 minuty oktet serwuje nam pierwsze poważne spiętrzenie, w trakcie którego nawet laptop wydaje kilka nieco bardziej hałaśliwych dźwięków. Następuje czas dużej swobody, pewnego dramaturgicznego rozchełstania, faza jakże kreatywnego meta chaosu.

Po kilku chwilach ciepłe frazy klarnetu basowego i delikatnie zawodząca trąbka skutecznie uspokajają sytuację sceniczną. Dęciaki zdają się w tym momencie dominować nad sekcją strunową, która nie tylko liczebnie zalicza się teraz do mniejszości. W 24 minucie to jednak wiolonczela wychodzi przed szereg, buduje skromny rytm i nadaje całości dość zaskakującej dynamiki. Reszta instrumentów nie każe długo na siebie czekać. Zmysłowe deep chamber ze sporą dawką adrenaliny (także talerzy!). Narracja swoją bystrą repetytywnością przez moment przypomina Different Trains Steve’a Reicha. Finał zdaje się zatem być godny całego świetnego, choć krótkiego koncertu! Opowieść wygasa całkiem naturalnie, nie bez udziału pięknych, strunowych ornamentów, w poświacie nienachalnej elektroniki i tajemniczych dźwiękach otoczenia, jakby świat za oknem chciał przypominać o swoim nieuchronnym istnieniu.

 

Diceros Symbolic Boundary (Creative Souces, CD 2020) – Ernesto Rodrigues, altówka (oktawa), Helena Espvall, wiolonczela,  Nuno Torres, saksofon altowy, Juan Cato Calvi, klarnet basowy, João Silva, trąbka, Bruno Parrinha, saksofon C melody, Carlos Santos, elektronika oraz João Valinho, instrumenty perkusyjne. Nagrane w lutym 2019 roku, w trakcie Small Format Materials Festival, Lizbona, Galeria Monumental. Jeden utwór, 29:38.



wtorek, 23 października 2018

LFU: Lisbon Freedom Unit ‎and their Praise Of Our Folly!


Rozbudowane, europejskie składy improwizujące tej jesieni zdają się być w zdecydowanym natarciu! W połowie października, na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, debiutował nowy ansambl Barry’ego Guya For The End Yet Again (ach, co to był za debiut!). W ubiegłym tygodniu zachwycaliśmy się na tych łamach doskonałą płytą tentetu Alexa Warda, teraz zaś chwil kilka poświęcimy na omówienie równie ekscytującej propozycji, która zwie się Lisbon Freedom Unit!

Bez cienia wątpliwości, w dziewięcioosobowym składzie orkiestry LFU, odnajdujemy prawdziwy kwiat muzycznej Lizbony. Do pełnej reprezentacji portugalskiej sceny improwizowanej, tej bardziej osadzonej w estetyce free jazzowej, brakuje tu być może jedynie dwóch trąbek, pewnej wiolonczeli, jednego kontrabasu i tyluż gitar *).

Zatem bez zbędnych wstępów, przedstawmy aktorów widowiska. Na gitarze elektrycznej Luis Lopes - muzyk, którego z pewnością uznać należy za moc sprawczą całego przedsięwzięcia, na saksofonach tenorowych – Rodrigo Amado (lewa flanka) i Pedro Sousa (prawa), na saksofonie sopranowym i klarnecie basowym - Bruno Parrinha (środek sceny), na fortepianie i rhodes piano - Rodrigo Pinheiro, na wiolonczeli - Ricardo Jacinto, na kontrabasie - Hernâni Faustino, na perkusji - Gabriel Ferrandini i wreszcie, odpowiedzialny za elektronikę i turntables – Pedro Lopes.




W dniach 4-5 listopada 2015 roku, w lizbońskim Namouche Studio, wyżej wymienieni muzycy zarejestrowali blisko 4-godzinny, improwizowany materiał (uprzedzając pytanie – nic nie wiemy o jakichkolwiek scenariuszach, powstałych przed nagraniem, wszak zgodnie z opisem płyty all music by the musicians). Na krążku o pięknym tytule Praise Of Our Folly (Pochwała Naszego Szaleństwa) odnajdujemy cztery utwory oznaczone cyframi rzymskimi (łącznie 52 minuty i 1 sekunda). Wydawcą jest Clean Feed Records.

I. Brzęk piana, pojedynczej struny kontrabasu, trochę szumu w tubach. Drobiny sonorystyki, kilka strumieni dźwięków nieco bardziej ciągłych. Prychy, rechoty i stemple z klawisza. Filigranowa narracja, która małymi krokami zdobywa czasoprzestrzeń. W 6 minucie po raz pierwszy odzywają się talerze Ferrandiniego. Dla odmiany, partner od elektroniki pozostaje na bardzo dalekim planie, być może zwyczajnie milczy. Improwizacja wije się, jak wąż po podłodze, ale systematycznie narasta. Na flankach błyskotliwie pęcznieją oba saksofony tenorowe. Zwarty, demokratyczny twór przepełniony molekularną interakcją. Po 10 minucie dźwięki uroczo nawarstwiają się, mają coraz gęstszą strukturę. Tuż potem, zwinne wybrzmiewają.

II. Piano, gitara i kontrabas – urywane, cięte frazy, wet za wet, wszystko świetnie skomunikowane. Oto jak wolny jazz potrafi urokliwie kąsać. Doskonały pasaż fortepianu, wyraziste, zadziorne ekspozycje instrumentów strunowych (smyczek na kontrabasie i wiolonczeli). W 5 minucie zapada spontaniczna (?) decyzja o pójściu w półgalop. Dynamika fragmentu chytrze wspierana jest wysoko zestrojonym drummingiem. Na prawym skrzydle wyśmienicie eksponuje się Sousa. Jego saksofon jednocześnie śpiewa i kruszy mury twierdzy. Zresztą cała banda muzyków, jawi się niczym piękne konie w galopie! Struktura narracji jest już tak gęsta (wszyscy muzycy przy instrumentach), że aż trudno uwierzyć, że całość brzmi tak selektywnie i klarownie w wymiarze akustycznym. Wszystko zdaje się być, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo, świetnie ze sobą skorelowane. Na bogato! Ojciec i syn saksofonu tenorowego Portugalii dają tu prawdziwy popis! Tuż po nich krótka, jazzowa ekspozycja gitary tłumi tę wyjątkowo ekspresyjną opowieść.




III. W ramach introdukcji, grzmot gitary, garść syntetycznych dźwięków, amplifikacja na strunach wiolonczeli. Nonet nabiera innego, bardziej brudnego brzmienia. Włącza się piano rhodes, a przed nami prawdziwie pogmatwane fussion. Od startu gęste, narowiste, krwiste i istotnie głośne. Na flankach znów pyskato! Gitara Lopesa też ma dużo prądu! W 5 minucie robi się z tego prawdziwa ściana dźwięku, w której rozsądek dramaturgiczny muzyków zdaje się szukać punktu zaczepienia i po paru chwilach, znajduje go pomiędzy strunami gitary i równie prądobiorczej wiolonczeli. Następuje silnie tłumienie i wybrzmiewanie, które toczy się na barkach długotrwałych dźwięków elektroniki i armii talerzy Ferrandiniego. To naprawdę długi i efektowny proces. Psychodelia znajduje tu swoje miejsce na ziemi!

IV. Wstęp należy do Pedro Sousy. Pełen furii i sonorystyki, kolejny dowód na niebywale wysokie kompetencje tego wciąż młodego saksofonisty z samego krańca świata nowożytnego. Świetnie wchodzi w ten gąszcz dźwięków fortepian Pinheiro. Duet, który w mgnieniu oka staje się triem (Ferrandini!). Eksplozja free jazzu, krew na ścianach! Zaraz potem kontrabas i mamy kwartet! Fire music again! Pozostali muzycy step by step podłączają się równie podekscytowani, doskonały zaś tenor pcha cały ansambl wprost do nieba! Wrzący tygiel ekspresji (Amado jest równie rozpalony, jak Sousa!), głośny, dynamiczny, gwałtowny! No, a ciągiem dalszym tej historii może być jedynie równie efektowne stopowanie, tu osadzone na gitarze i jej wciąż gorejących strunach. Przestery wspierane są elektroniką. Jakże barwna, niemal metafizyczna eksplozja! Szukamy ciszy i refleksji dramaturgicznej. Wspaniałe małe piano Pinheiro. Sustained streams ze strony wszystkich dęciaków. Muzycy wypatrują psychodelii, ta wpada im prosto w ramiona. Wszystkim na scenie udziela się delikatny trans. Cudowny smyczek na kontrabasie! Ta mocno już spowolniona narracja niespodziewanie zaczyna pęcznieć. Lopes czuwa, ale i dokłada do ognia. Zdaje się tu być prawdziwym mistrzem planu w wymiarze konstruktorskim. Finał tej doskonałej płyty muzycy osiągają dość nagle, aż chce się krzyczeć o więcej. So, let’s press the repeat!



*) dla tego, który trafnie odgadnie, o kim mowa, w nagrodę elektroniczny uścisk dłoni Pana Redaktora!



poniedziałek, 27 sierpnia 2018

E.Rodrigues! G.Rodrigues! Parrinha! Lopes! Vasco Trilla! ‎Lithos! Like a Rolling Stone!


Czas i miejsce zdarzenia: 24 lutego 2017, Namouche Studio, Lizbona.

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Luis Lopes – gitara elektryczna, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: pięć części opowieści Lithos, wydane przez Creative Sources pod takim właśnie tytułem w roku bieżącym. Podmiotem wykonawczym są personalia muzyków, w kolejności jak wyżej. Łączny czas trwania nagrania - blisko 57 minut.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Lithos I. Szmer strun, klarnet basowy na wdechu, kojący szelest ciszy. Małe dźwięki, filigranowe ekspozycje, perkusjonalia, które zdają się być jedną wielką struną. Swobodna improwizacja w estetyce minimalistycznej – kategoria: klasyka gatunku. Trilla pieści krawędź werbla, wokół smuga wyciszonych dzwonków. Narracja delikatna jak puch.

Lithos II. Więcej ruchu powietrza, szumu, fragmentów dźwięków, które można zaliczyć do kategorii sustained, czy trwających. Zaniechanie, kreatywna nieśpieszność, strach przed gwałtownością, igraszki na progu ciszy. Klimat grozy i pokaźnej tajemniczości. Struny jęczą z zachwytu, klarnet dmie do wewnątrz, nie do końca rozpoznawalne atrybuty fonii ze strony percussion – dzwonki, mikro gongi. Gdy dronowe ekspozycje ustają, do gry wchodzą, raczej wczołgują się strunowce. Intrygująca akustyka chwili. Skrobanie i szarpanie strun, to etap kolejny. Zasada – lepiej mniej niż więcej – święci tryumfy. Po 10 minucie, na niedługi moment, nieco więcej aktywności ze strony każdego z muzyków, ale nie wbrew obowiązującej konwencji nagrania.

Lithos III. Drżenie instrumentarium Trilli, może i także jego samego. Szum w tubie, trochę małego prądu z gitary, suche struny. Kilka nowych dźwięków od Lopesa, skromne pizzicato na strunach wiolonczeli i altówki. Kilka garści dobrego rezonansu, zapewne wprost spod dłoni Trilli, jako efekt uboczny pracy na krawędzi werbla, także na jego dnie. Wiolonczela rusza z niskimi pasażami, altówka wtóruje jej w wysokim paśmie. Perfectly Acoustic!

Lithos IV. Kind of sustained, delikatnie zmutowane wielodźwięki, rodzące się na wystudzonych strunach. Klarnet bardziej w konwencji smooth. To jego fragment, jest aktywny i ciągnie ensemble za sobą. Cisza i skupienie skwierczą niemal bezdźwięcznie. Ciekawa palcówka na altówce. Metaliczność Lopesa, także odrobina ekspozycji w stylistyce call & response. Akcje, reakcje, ciepłe spoiwa ciszy.

Lithos V. Ciąg dalszy mikrodialogów. Być może przydałoby się więcej zdań współrzędnie złożonych. Dominacja strunowców, spokój klarnetu, kamienna powaga perkusjonalii. Ale są, czuć ich zapach. Samych dźwięków jednak niezbyt wiele. Kilka chwil dobrej fonii z gitary. Tuż potem zejście na sam próg ciszy i rozpoczynanie narracji do początku. Nowe szmery na strunach. Uroda pojedynczych dźwięków nie zastąpi jednak wartościowej dramaturgii. Nagranie zdaje się być zbyt długie. Recenzent wylicza, że to już piąta płyta Vasco Trilli z instrumentami strunowymi w ciągu ostatnich dwóch lat. Najdłuższa i najspokojniejsza. Minimalizm wyniesiony na ołtarze bez alternatywy dla toczących się wydarzeń. Ostatnia prosta – więcej dźwięków, szczypta bystrych interakcji, może trochę dla uspokojenia sumienia, wszak lepiej późno i wcale. Tuż potem najbardziej dla tej sesji charakterystyczny dźwięk - szum białej ciszy.



środa, 11 lipca 2018

Variable Geometry Orchestra! Ma'adim Vallis!


Czas i miejsce zdarzenia: pierwszy koncert – 25 listopada 2017 roku (O'Culto da Ajuda, Lizbona), drugi koncert – 5 stycznia 2018 roku (Damas, Lizbona).

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – dyrygent, valiha, rebec (instrumenty jedynie w koncercie 1), Armando Pereira – akordeon, Guillaume Gargaud – gitara akustyczna (1), Etienne Brunet (1), José Lencastre (1) i Nuno Torres – saksofon altowy, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Guilherme Rodrigues, Miguel Mira i Ricardo Jacinto (1) – wiolonczela, Luiz Rocha - klarnet (1), Miguel Almeida – gitara klasyczna (1), Adriano Orrù (1), Bernardo Álvares (2), Hernâni Faustino (1) i João Madeira – kontrabas, João Valinho (1), Pedro Santo i Vasco Trilla (1) – perkusja, Fernando Sousa (1), Paulo Duarte (1) i Abdul Moimême – gitary elektryczne, Carla Santana i Carlos Santos – elektronika, Paulo Chagas – flet, obój, Manuel Guimarães (1), Silvia Corda (1) i Tiago Varela – melodica, André Hencleeday (1) – megafon, Monsieur Trinité - obiekty, Karoline Leblanc (1) – fortepian, Miguel Cabral (1) – violaika, Eduardo Chagas (1) i Fernando Simões (1) – puzon, Anna Piosik (2) i Luis Guerreiro (1) – trąbka, Gianna de Toni (1) – ukulele, Maria do Mar (2) – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana swobodna improwizacja.

Efekt finalny: koncerty pomieszczone na dwóch dyskach, pod wspólnym tytułem Ma'adim Vallis, dostarcza Creative Sources (2018). Szóste wydawnictwo w dyskografii VGO trwa łącznie 78 minut bez pięciu sekund.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Conduction #47. Strunowa, filigranowa introdukcja, drobiny sonorystyki w tubach saksofonów. Dalece kameralny start, biorąc pod uwagę obecność niemal czterdziestu muzyków na scenie. Już w 3 minucie improwizacja, budowana wieloma dronami, narasta, grzmi i łomoce. Grozę sytuacji podkreśla praca perkusjonalistów i akordeonu. W tle podskórny nerw, chrobotanie syntetycznej materii dźwięku, zapewne dzieło sekcji elektronicznej. Tempo rośnie, fonia pęcznieje. W 7 minucie zwinna, saksofonowa ekspozycja w estetyce gorącego free, potem komentarz trąbki. Dęciaki, które zdają się być w mniejszości, dają sygnał, iż tego dnia skłonne są pohałasować. Opowieść płynie wartkim strumieniem, napotykając w każdym zakamarku stempel jazzu. Pierwsze hamowanie spotyka nas w 11 minucie – jakby powrót do klimatu strunowej introdukcji, ślady gitary akustycznej, a zaraz potem fortepianowe interludium z komentarzem klarnetu basowego. 14 minuta - nisko zawieszony dron rozpoczyna konstruowanie kolejnej, zapewne burzliwej ekspozycji. Elektronika wspierana smykami uczepionymi na samym dole gryfu kontrabasu? Tak, to jest możliwy scenariusz. Narracja gęstnieje, przybywa nietypowych, nieokreślonych dźwięków, szczypta plądrofonii. Bez akcentów jazzowych, mimo udziału saksofonów i puzonów, zdecydowanie w kierunku konstruktywnego hałasu. 23 minuta i stopping! Chmara strunowców czyni swoją powinność. Preparacje, jęki akordeonu, jakby spulchnianie gleby przed startem elektroakustycznej ekspozycji. Rodzi się prawdziwe królestwo rozchełstanego free improve z groźnymi pomrukami kontrabasu (ów?). Kameralistyka w stanie permanentnej multiplikacji. Szybki epizod, albowiem po 5 minutach znów zmiana kierunku po dość błyskotliwym hamowaniu. Klimat Warszawskiej Jesieni, koncert stroicieli, jakby narracja szyta z podartej partytury. Z tego kluczowego zaniechania tryska iście free jazzowa eksplozja. Kupą mości Panowie i Panie, cała historia gatunku trzyma za was kciuki! Jakże piękny moment! Tłumienie emocji toczy się w elektroakustycznym sosie, przy akompaniamencie głosu kobiecego i salwy filigranowych strunowców. 33 minuta - tym razem stado dęciaków snuje kilka separatywnych opowieści w klimatach niemal trzecionurtowych. Niektóre nutki nawet delikatnie swingują. Po 2-3 minutach nowy pomysł na rozwój improwizacji – suche, niskie pasaże, szmery, szumy, fonia z dna tuby, akcenty gitarowe. Narracja pęcznieje w tempie geometrycznym, zanosi się na burzę z piorunami. Szczypta spowolnienia w ramach zaskoczenia przeciwnika, potem znów krok do przodu. Na ostatniej prostej emocje biorą jednak górę. Zdaje się, że w tym momencie wszyscy muzycy dostali pozwolenie na grę.

Conduction #48. Noże i widelce, szmery i podmuchy, perkusjonalne intro. Mocny, jazzowy kontrabas organizuje porządek na scenie. Bardzo konkretny drive! Z drugiego rzędu, dęciaki w zwinnym komentarzu. Jakby przy okazji, rodzi się masywny background elektroniki. Ekspozycja trąbki, obok komentarze grane unisono, jakby z partytury. Wybrzmienie przychodzi dość szybko. Akordeon i elektronika robią stosowne echo. Narracja w błyskawiczny sposób pęcznieje, ale wisi w powietrzu, w oczekiwaniu na nowe wytyczne. Solo klarnetu basowego, przy wsparciu strunowców, które ostrzą sobie pazurki. Odrobina melodii pomiędzy strunami, punktowy flet. 11 minuta, to start nowej historii. Dużo strun w intensywnym tańcu. Zaraz potem pokrętne rytmicznie zabawy, które wieńczy free jazzowa eksplozja. Kobiece incydenty głosowe tuż po ostrym wyhamowaniu. I znowu ruszamy do przodu. Stan permanentnej zmiany, to zdaje się być element konstytuujący oba koncerty VGO. Intrygantem po raz kolejny zostaje sekcja strunowa, która w trakcie drugiego koncertu niepodzielnie panuje na scenie, czasami wręcz nie dopuszcza do głosu wygłodniałe dęciaki. W 17 minucie misternie budowana ekspozycja, pełna rubasznego rytmu, zostaje zgwałcona pokładami niskiej, bezkompromisowej elektroniki. Z mroku wyłania się kilka perkusyjnych incydentów, także parę dźwięków o nierozpoznanym źródle pochodzenia. Tygiel fonii w stanie wrzenia. Saksofony zdają się mieć moc, by pojawić się na samej górze. Tysiące pomysłów na sekundę. Improwizacja czasami wydaje się być nieco przeładowana inspiracjami. Bogate instrumentarium wciąż podpowiada nowe rozwiązania dramaturgiczne. Dyrygent musi mieć oczy dookoła głowy! 25 minuta, to wysoka ekspozycja trąbki, w dole zaś pasmo elektroakustyki, która po niedługiej chwili jest zdolna do przejęcia władzy. Ciekawy, niemal dark ambientowy fragment opowieści. Wejście sekcji dętej sieje zamęt! Jakby zbyt wielu muzyków chciało jednocześnie prowadzić narrację. 32 minuta i kilka saksofonów ma coś ważnego do powiedzenia. Mogą liczyć na niebanalny komentarz gitary i kontrabasu. Gęsto, chromatycznie, bez wyrwy akustycznej na cokolwiek więcej. W tle trębacze, którzy pragną iść po swoje. W 35 minucie ostatnie już dziś hamowanie – melodyjny saksofon i dynamiczne strunowce w ramach wsparcia. Niespodziewanie ekspozycja przybiera formę dość frywolnego walczyka, trochę w klimatach późnego Braxtona i jego Ghost Trance Music! Sam finał koncertu bardzo efektowny, intrygujący. Werbel wybija ostatnie dźwięki.



Poprzednio recenzowane płyty Variable Geometry Orchestra odnajdziesz dokładnie w tym miejscu

czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tui jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1.3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści