Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Jacquemyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Jacquemyn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2023

Peter Jacquemyn in duo with Quentin Stokart and other short stories!


Belgijski kontrabasista Peter Jacquemyn to muzyk definitywnie osobny. Podąża swoimi ścieżkami, czasami zaczepia się o produkcje free jazzowe, ale nade wszystko zdaje się być pierworodnym synem Petera Kowalda, który sam sobie sterem i okrętem. Nie wydaje tysiąca płyt rocznie, każde jego ujawnienie fonograficzne sprawia wrażenie głęboko przemyślanego. Muzyk czerpie inspiracje z pewnością z całego kosmosu, ale jak sam zeznaje na albumowych liner notes, jego filozofia artystycznego istnienia i sztuki improwizowania poszukuje energii do życia i muzycznej kreacji w obszarze Dalekiego Wschodu, choćby w mongolskich, czy koreańskich systemach wartości.

Na łamach Trybuny jego dane personalne pojawiają się dość regularnie, ale na ogół dotyczą projektów nie w pełni autorskich Petera. Szczęśliwie artysta koncertował na początku roku w poznańskim Dragonie, dzięki czemu redakcja weszła w posiadanie kilku jego autorskich albumów, które w swej bezwzględnej głupocie przegapiła w trakcie minionej dekady lat. Dziś trzem takim wydawnictwom przyjrzymy się dość skrupulatnie.

Na starcie jednak czeka nas całkiem świeże nagranie, edytowane w kilku formatach w roku 2022. Duet z belgijskim gitarzystą Quentinem Stokartem wydaje się być dobrym wprowadzaniem do eksploracji starszych dokonań kontrabasisty, odpowiednio z lat 2018, 2016 i 2013.



 

Jacquemyn & Stokart

Spotkanie kontrabasisty z gitarzystą, to swobodna, bogata w wydarzenia i niekiedy bardzo hałaśliwa improwizacja. Trwa niespełna dwa kwadranse i to z pewnością jedyna wada tego wspaniałego nagrania.

Emocje stanu początkowego kreuje tu ostry smyczek kontrabasowy, który pracuje zarówno w dolnych, jak i wysokich pasmach oraz gitarowe preparacje o dalece post-industrialnej proweniencji. Narracja dość szybko nabiera dynamiki, a także pewnej rytmicznej tekstury, tu kreowanej głównie akcentami percussion ze strony gitarzysty. Artyści zdają się rozdzierać szaty i klecić coraz bardziej bolesne frazy - zdeformowane, brudne post-riffy gitary i bardziej smukle, wystudzone odgłosy smyczka. Improwizacja ma tu kilka faz, raz syci się post-barokowym brzmieniem kontrabasu i tuli do elektroakustycznych plam gitary, innym razem intensywnie nabiera tempa, po czym kończy żywot w ogniu hałasującego smyczka i skowycie rozśpiewanej gitary.

Druga odsłona zaczyna się w ciszy kontrabasowych drobiazgów i perkusyjnych akcji gitarzysty. Muzycy bez zbędnej zwłoki łapią wiatr w żagle i przystępują do kompulsywnego ataku. Z jednej strony mechanika dewastowanego gryfu gitary, która syci się post-rockową ornamentyką, z drugiej post-barokowe emocje kontrabasowego smyczka, który tańczy, krzyczy i swawoli. Narracja faluje tu niczym wzburzony ocean, a jej ekspresyjne góry i doliny zastępują się w tempie karabinu maszynowego. Muzycy preparują dźwięki, ale cały czas doładowują baterie i gonią za śmiercią. Chwilami brzmienie kontrabasu, to jednocześnie pisk strun i trzeszczenie pudła rezonansowego, z kolei gitara przypomina płonącą trafostację. Dynamika hałasu, ale i precyzja każdego pociągnięcia pędzlem. Gdy Peter decyduje się na szorowanie strun, Quentin ucieka w post-jazzowe pląsy. Gdy przechodzi w tryb pizzicato i niemal swinguje, ten drugi szuka prądu w otchłani wzmacniacza. W drugiej połowie kilkunastominutowej improwizacji muzycy zdejmują nogę z gazu i sięgają po brzmieniowe drobiazgi, ale charczą przy tym, jak gruźlicy pozbawieni dawki penicyliny. Narracja robi się niemal akustyczna – wysoko zawieszone pizzicato i zakotwiczony na samym dole brud gitarowych wyziewów. Na zakończenie spektaklu Peter powraca do smyczka, a Quentin slajsuje niczym bluesman, po czym wypuszcza z gardła gitary ostatnią porcję hałasu.



Fundament

Pięć kontrabasów, trzy tuby (w tym jednak określona jako tubax, czyli połączenie tuby i saksofonu), dwa saksofony barytonowe, saksofon basowy i puzon tenorowy – już sam skład instrumentalny Fundamentu winien budzić grozę i zachwyt jednocześnie. Jacquemyn – poza grą na kontrabasie i używaniem głosu - odpowiada tu także za tzw. koncept, który należy zapewne rozumieć, jako scenariusz improwizacji, które realizować będzie on sam i jego jedenastu partnerów. Na całość albumu składają się dwie długie opowieści, skromne, niespełna dwuminutowe interludium pomiędzy nimi i zmysłowa, czterominutowa koda. Zapraszamy do królestwa niskich częstotliwości. Dodajmy, iż połowa muzyków ensemble używa także własnego głosu.

Pierwsze kroki artystów wydają się dalece minimalistyczne - na gryfach kontrabasów snują się smyczki, w tubach dętych kołyszą drobne porcje zimnego powietrza. Każda akcja obfituje tu w interakcję, zatem spirala narracji nakręca się z każdym kolejnym wydarzeniem. Z jednej strony zaplanowane spiętrzenia, z drugiej dronowe interludia. Siła rażenia tego combo wydaje się nie mieć granic, nawet w momentach, gdy niemal wszyscy frazują unisono. Całość przypomina chwilami soundtrack to mrocznego horroru, a grana tuti dronowa ekspozycja dźwięk nalotu dywanowego. W ramach stylowych ornamentów zdarzają się tu także dęte frazy grane w zdecydowaniem wyższych pasmach. Niedługo przed wybiciem dziewiętnastej minuty opowieść zmysłowo przygasa wprost w strumień kolektywnego śpiewu tybetańskich mnichów, którzy snują gardłowe mantry. Niespełna dwuminutowa część druga działa, jak silny kontrapunkt – galop zwinnych, lekkich pizzicato daje tu asumpt do free jazzowych, dętych okrzyków.

Trzecia opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie i cierpliwie. Smyczkowa mantra kontrabasów i szemrzące oddechy dęte, niczym z afrykańskiego buszu. Tuby huczą, a smyczki płyną długimi strumieniami, nabierając post-barokowej taneczności i niezbędnej dynamiki. W okolicach szóstej minuty narracja hamuje i przekształca się w plejadę short-cuts, granych niekiedy unisono. Po niedługim czasie strunowe frazy ponownie nabierają tempa i lepią się w coraz gęstszy strumień fonii. Ostatnie pięć minut tej części albumu formuje się z dronowych ekspozycji wytłumionych smyczków i budującego się w tle potoku zmysłowego wielogłosu. Narracja szuka cisza, a ostatnie dźwięki gra tu chyba sam Jacquemyn. Czwarta odsłona na tle całego albumu zdaje się być wyjątkowo lekka. Smyczki frazują bardzo wysoko, są jedynie podkładem do kolejnego strumienia gardłowego wielogłosu. Potok akustycznej metafizyki cudownie reasumuje to niezwykle fundamentalne przedsięwzięcie. 




Cloud Chamber

Kameralna Chmura, a może Pomieszczenie z Chmur, to wielominutowa i tyluż wątkowa opowieść o tym, jak akustyczny kontrabas w rękach Petera Jacquemyna potrafi fantastycznie funkcjonować w oparach bystrej, kreatywnej elektroniki Stefana Prinsa. Dodajmy, iż elektroniki na ogół uprawianej na żywo, a w końcowej fazie części koncertowej sycącej narrację także ciekawymi cytatami z muzyki klasycznej, dostarczanej za pomocą sampli. Dawka ponad dwóch godzin, co do zasady, improwizowanych interakcji nie powinna zniechęcać akustycznych purystów. To bowiem kolejne doskonale nagranie w portfolio Jacquemyna.

Cześć studyjna albumu składa się z siedmiu dobrze skonstruowanych opowieści. W każdej z nich mamy wartką akcję, dużą zmienność i strumienie dźwiękowe balansujące od wytłumionej filigranowości po połacie niczym nieskrępowanego hałasu. Kontrabas pracuje najczęściej w trybie arco, a incydenty pizzicato traktować możemy raczej jako próby zadzierzgnięcia nowej intrygi narracyjnej. Spektrum działania elektroniki zdaje się tu nie mieć granic. Od nieokrzesanych galopad, syntezatorowych pasm meta elektroniki, po usterkowe i zgrzytliwe strzępy dźwięków, zarówno delikatnych, jak i pełnych energii, niczym drum’n’basowe fantazje Squarepushera z dawnych lat. Bywa, że kontrabasowo-elektroniczna narracja nabiera tu niemal piosenkowego charakteru – piszczący smyczek płynie wraz ze strugą syntezatorowej narracji. W kolejnych odcinkach sagi studyjnej znajduje raz za razem narracyjne perełki. W drugiej podoba nam się, gdy kontrabas i elektroakustyka reszty niemal szorują po gołej, szorstkiej podłodze, z kolei w trzeciej, gdy galopady pizzicato połykają kilometry w oparach usterkowej post-elektroniki. W czwartym epizodzie kontrabas ryje bruzdy w ziemi, a elektronika dla kontrastu szuka melodii i śpiewnych fraz. W części kolejnej live electronics brzmią niczym analogowy aparat telefoniczny, zagubiony w zdezelowanej budce na rogu ulicy, podczas gdy zuchwały smyczek tańczy post-barokowe figury. W części szóstej mamy minimalistyczne wymiany drobnych uprzejmości, a w części ostatniej pojawiają się głosowe mantry kontrabasisty, delikatny smyczek i mroczne, nisko osadzone kłęby syntetycznych post-dźwięków.

Płyta koncertowa składa się z dwóch długich improwizacji, przy czym ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut. Opowieść zdaje się tu skupiać na ciężkiej, smyczkowej pracy kontrabasisty, który zmienia tempa i poziom intensywności, ale nie ustaje w procesie budowania interesującej narracji. Elektronika w pierwszej fazie skupia się na budowaniu tła i subtelnym kontrapunktowaniu wysiłków akustyka, chce nie stroni od wtrętów niemal post-industrialnej proweniencji. Artyści potrafią tu także sięgać po drobne, niemal filigranowe frazy, a każdy przejaw dźwiękowej agresji jest jedynie ich artystycznym wyborem, a nie narracyjną koniecznością. Improwizacja sięga noise’owych wyżyn, ale i pęknie broczy w mule mrocznych i charczących fraz. Na ostatnie prostej nie ma już jednak litości – opowieść przypomina prawdziwą burzę z piorunami! W części drugiej koncertu elektronika zdaje się wychodzić delikatnie przed szereg. Sypie jak z rogu obfitości syntetycznymi subtelnościami, śpiewa i buduje meta rytmiczne narracje. Tym razem improwizacja dociera do stadium hałasu za sprawą smyczka piszczącego na gryfie kontrabasu, którego pudło rezonansowe trzeszczy, jak stara kanapa. A na samo zakończenie anonsowana garść sampli, która koi emocje, ale i bierze w nawias artystyczne wysiłki ostatnich dwóch godzin z życia artystów.



Dig Deep

Na zakończenie dzisiejszej epistoły, eksplorującej niektóre dokonania belgijskiego kontrabasisty w minionej dekadzie, definitywnie czas na płytę solową - tylko kontrabas i glos. Wszystko, co dobrego powiedzieliśmy o muzyce Jacquemyna przy okazji poprzednich płyt, tu w trakcie samotnej improwizacji, zdaje się powracać w dwójnasób. Siedem opowieści – krótka uwertura, część zasadnicza, będąca jednym strumieniem dźwiękowym, ale podana w dwóch częściach, a potem jeszcze cztery bardziej zwarte czasowo, ale równie urokliwe epizody.

Anonsowana uwertura trwa siedemdziesiąt dziewięć sekund i pokazuje, jak bardzo kontrabasowy smyczek zdolny jest do zadawania śmiertelnych ciosów. Dwie kolejne improwizacje zwą się odpowiednio Low i Lower, a trwają razem ponad dwa kwadranse. Muzyk ma tu mnóstwo czasu, by nasycić nasze uszy ogromem emocji, jakie czają się w jego głowie. Na starcie nisko, niemal leniwie, ale już wtedy masywnie, głęboko w teksturę dźwięku. Smyczek zdaje się tu płynąć w gęstej mazi, kreśli wielkie pętle filozoficznej zadumy, czasami nabiera intensywności, czasami zwalnia i zadaje pytania pozbawione odpowiedzi, a czasami zamyśli się, niczym pielgrzym u progu kolejnego etapu podróży. W ósmej minucie muzyk sięga dna ciszy, a struny jego instrumentu bezdźwięcznie pulsują. Potem zdobi opowieść garścią filigranowych flażoletów i buduje dalekowschodnio brzmiąca mantrę delikatności. Na moment wpada w szarpany półgalop, ale dość szybko powraca do smyczkowych boleści i rozlewa wokół dźwięków instrumentu morze gardłowych pomruków. Głos muzyka i jego lekki jak pawie pióro smyczek zdają się teraz stanowić jedno dźwiękowe ciało. Czasami haczy ono o post-barok, innym razem szuka delikatnej dynamiki. Głos idzie tu za roztańczonym smykiem aż do kresu opowieści.

Czwarta improwizacja zwie się High, a smyczek każdą swą frazą udowadnia zasadność tytułu. Wysoko zawieszony dron ciekawie konweniuje tu z kolejną porcją głosowych pomruków. Old asian morning song, niczym mantra strudzonego piechura. W drugiej części tej ekspozycji muzyk dodaje siły swych mięśniom, improwizacja nabiera niemal post-industrialnego posmaku, ale nie traci swej wewnętrznej taneczności. W części piątej w centrum uwagi pozostają energiczne ruchy szarpania za struny i inne mniej lub bardziej wyszukane metody dewastowania materii. Z kolei w szóstej muzyk szoruje maltretowane uprzednio struny, zdaje się śpiewać i rytmicznie podrygiwać, czyniąc wszystko na imponującej dynamice. Finałowa opowieść, pełna melodii w głosie i delikatnych fraz pizzicato, jest dalece enigmatyczna i zdaje się parafrazować semickie obyś bogatym był.

 

Peter Jacquemyn & Quentin Stokart qter (qeerecords, CD-r/ kaseta/ DL 2022). Peter Jacquemyn – kontrabas oraz Quentin Stokart – gitara. Nagrane w Brukseli, 22 lutego 2022 roku. Dwie improwizacje, 27 minut z sekundami.

Fundament Fundament (El Negocito, CD 2018). Peter Jacquemyn – kontrabas, głos, koncepcja całości, Mathieu Lilin – saksofon barytonowy, Gregoire Tirtiaux - saksofon barytonowy, głos, Peter Verdonck – saksofon basowy, głos, Kristof Roseeuw, Lode Leire i Yannick Peeters – kontrabasy, Pieter Lenaerts – kontrabas, głos, Eric Sleichim – tubax, Matthias Muche – puzon tenorowy, Carl-Ludwich Hübsch i Jan Pillaert – tuby, głos. Zarejestrowane w miejscu zwanym Nona, Mechelen, Belgia, w roku 2017 (?). Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Peter Jacquemyn & Stefan Prins Cloud Chamber (ChampdAction, 2CD 2016). Peter Jacquemyn – kontrabas, głos oraz Stefan Prins - live electronics. Zarejestrowane w ChampdAction/Studio, deSingel, Antwerpia, Belgia, czerwiec 2016 (dysk pierwszy – prace studyjne; drugi dysk – koncert). Odpowiednio siedem i dwie improwizacje, łącznie 125 minut.

Peter Jacquemyn Dig Deep (ChampdAction, CD 2013). Peter Jacquemyn – kontrabas i głos. Zarejestrowane w ChampdAction/ Studio, deSingel Antwerpia, Belgia, lipiec- sierpień 2013. Siedem improwizacji, 52 minuty.

 


piątek, 8 lipca 2022

Udo Schindler! Three Of a Perfect Pair!


Niemiecki saksofonista, klarnecista, muzyk prawdziwie multiinstrumentalny, Udo Schindler kończy w tym roku 70 lat i zdaje się obchodzić tę zacną rocznicę w sposób niebywale huczny. Nowe nagrania sypią się jak z rogu obfitości, nie sposób ich wszystkich ogarnąć jedną parą receptorów słuchu, ani tym bardziej, opisać wszystkie zgrabną i pokrętna metaforyką Pana Redaktora. Ale ponieważ jubileusz, to rzecz ważna, redakcja zwarła szyki i przygotowała dla swych ukochanych Czytelników skromny wybór nowości artysty.

Zapraszamy na odczyt i odsłuch trzech duetów. Dwa z nich popełnione zostały w towarzystwie szczególnie na tych łamach hołubionych, swobodnie improwizujących kontrabasistów – Petera Jacquemyna i Meinrada Kneera, trzecia zaś powstała w wyniku kooperacji z pianistą Michelem Wintschem, muzykiem niezwykle intrygującym, który z pozycji wyciszonego kameralisty potrafi w ułamku sekundy przejść na pozycję dyktującego warunki gry. Na tle tych muzyków nasz jubilat wypada doprawdy imponująco. Sięga po cały arsenał instrumentów dętych, nie tylko drewnianych, ale także blaszanych i brnie w swobodne strumienie dźwiękowe z gracją godną nie jednego jubileuszu.

So, welcome to the world of Udo!



 

Fragile Eruptions with Peter Jacquemyn

Album zawiera dwa różne koncerty, a otwierające go sześć improwizacji tworzy pierwszy z nich. Na wejściu dostajemy się w mroczne opary prychającego, dużego klarnetu i zapętlonego smyczka kontrabasowego. Od pierwszej frazy akcje są zadziorne, dynamiczne, z pewną ulotną tanecznością. Od noise acoustic po upalone post-chamber! W kolejnej części intrygujący posmak industrialu - preparacje, krótsze lub dłuższe drony i pierwszy raz gardłowy śpiew kontrabasisty. Przy okazji mały dysonans - dęciak wydaje się być delikatny, kontrabas zaś skrzy się mocą i wielokolorową poświatą. W trzeciej odsłonie pojawia się instrument blaszany, nisko zawieszony, dość niedelikatny w brzmieniu – mruczy i syczy na wprost smyczka, która pracuje bardzo nisko na nogach. Dwa niedźwiedzie walczą tu o względy ukochanej, ale po chwili spoglądają ku niebu i postanawiają wybrać się na wspólną przebieżkę. Czwarta improwizacja budowana jest w trybie pizzicato i wyśpiewywana przez duży klarnet. Pachnie tu szybkim jazzem, a temperatura nagrania systematycznie rośnie, mimo dość czystego frazowania z obu stron. Finał ginie w uroczych drobiazgach. W piątej odsłonie muzycy prezentują nam dość fizjologiczne dźwięki. Czujemy nieprzyjemny zapach i śpiew cedzony przez zaciśnięte zęby. Dużo imitacji, wzajemnych przekomarzań, a także gardłowe jodłowanie. Ostatni antrakt pierwszego koncertu syci się mrocznym klimatem, nisko zawieszonymi frazami smyczka i dużego klarnetu. I tu narracja pnie się ku grze i dobrze eskaluje emocje, na zakończenie lepiąc się w jeden strumień dźwiękowy.

W trakcie drugiego koncertu muzycy zamieniają się stronami. Kontrabas schodzi na lewo, dęciaki okupują stronę przeciwną. Początek należy od intensywnie post-barokowego smyczka i saksofonu, który syczy zimnym powietrzem. Kontrabasista wpada tu w furię, saksofonista trzyma jednak dystans. Są i modlitwy, i pijackie zaśpiewy. Potem muzycy delikatnie tłumią emocje, ale nie przestają być niebezpieczni. W drugiej części dość długiej improwizacji bystry tryb pizzicato sprawia, iż całość zionie ogniem free jazzu. Peter zbiera tu same laury, gra całym ciałem i budzi realną trwogę! W kolejnej części Udo serwuje nam festiwal zaskakujących dźwięków. Nie wiemy, jakiego używa instrumentu, może nawet więcej niż jednego! Bas wpada w pętle, ciężko oddycha i szuka melodii. Z dętych znaków zapytania wyłania się w końcu śpiewny saksofon. Narracja łyka dużo jazzu w żagle, znów szczyptę jodłowania i drobnych preparacji. Dziewiąty trak na dysku, to ledwie miniatura - żale wielkopostne i dęte rezonanse. A tuż po nich opus magnum albumu! Nisko zawieszony smyczek, blaszane pomruki i zaśpiewy. Kontrabasista znów idzie w tango - śpiewa barok, dewastuje struny i buduje drony, pod które podczepia się zasapany blaszak. Wrzaski, jęki i kocie skomlenia, what a game! Ostatnia improwizacja musi leczyć rany. Post-barokowy, ale brudny smyczek i popiskujący saksofon w pozie lamentu. Pod sam koniec spod pach artystów dobywa się delikatny swąd free jazzu.



 

Mit.Gegen.Sprech with Meinrad Kneer

Kolejny duet z kontrabasistą stawia na bardziej kameralne frazy, nieco temperuje emocje, ale dzięki temu, w niektórych momentach, wydaje się być jeszcze smakowitszy. Początek niemal post-klasyczny – zrównoważony klarnet i wytłumiony smyczek budują cierpliwie spokojną, ale wewnętrznie emocjonalną opowieść. W drugim epizodzie pojawiają się drobne naleciałości jazzowe, wynikające zarówno z trybu pracy kontrabasu, jak i charakteru dętych podmuchów. Tymczasem klarnet basowy bierze sprawy w swoje ręce i daje nam mały koncert preparowanych dźwięków. Z kolei rozhuśtany kontrabas stawia na permanentne zmiany, dzięki czemu improwizacja mieni się wszelkimi kolorami tęczy, zwłaszcza, gdy w grze pojawia się smyczek. Post-barok, dronowe imitacje, drobne wzniesienie i finałowa, rozległa dolina. W trzeciej odsłonie do gry wkracza kornet, którego głębokie westchnienia zdobione są smyczkowymi preparacjami. Narracja pnie się ku górze z dużą swobodą, pełna urokliwego brzmienia. W kolejnej części powraca klarnet basowy i open jazzowe frazy kontrabasu, pojawiają się także akcenty percussion. I tu emocje rosną, a nastroje muzyków robią się całkiem taneczne. Krzyczą na siebie i swawolą.

Początek piątej improwizacji oddycha wraz z ciszą. Preparowane, delikatne frazy płyną ze strony obu muzyków. Smyczek ledwie muska struny, w tubie klarnetu świszcze zimne powietrze. Kontrabasista pociąga tu za sznurki, klarnecista woli smutne kwilenia na stronie. W drugiej części tej urokliwej ekspozycji pojawia się nieco humoru i taneczności, a w trybem pizzicato narracja pokonuje w niezłym tempie całkiem efektowne wzniesienie. Szósta improwizacja zaczyna się na samym dnie. Drobne, tajemnicze frazy - z jednej stronie końskie rżenie, z drugiej barokowe lamenty. Narracja z czasem pęcznieje, rogowacieje, leje się coraz szerszym korytem. W siódmej, dość krótkiej opowieści powraca kornet i jazzowy step kontrabasu. Niezłe tempo improwizacji sprawia, że dość szybko docieramy do ostatniej części, najdłuższej, definitywnie najbardziej efektownej. Zaczyna ją smyczek, który snuje się po podłodze. W tubie klarnetu basowego dygocze powietrze. Narracja kreuje niebywały suspens, a klimatem blisko jej do muzyki dawnej! Ocean drobiazgów eksploduje tu czystą urodą. Smyczek pnie się ku górze, dęciak płynie w poprzek głównego nurtu. Niektóre dźwięki przypominają tu gregoriańskie śpiewy, choć płyną niebywale głęboką doliną. Wszystko zaczyna narastać, lepić się w jeden dron. Muzycy wydają się całkowicie wyswobodzeni z jarzma jakichkolwiek konwencji. Piękne zakończenie albumu!



 

Le Démon De L'Analogie with Michel Wintsch

Trzeci z prezentowanych dziś duetów, to kolejny krok w kierunku wyważonej kameralistyki – otwartej, swobodnej, ale doskonale panującej nad naszymi emocjami. A także wspólna cecha z poprzednimi albumami – z każdym utworem jakość improwizacji rośnie i znów finał jest tym, co najlepsze, definitywnie intrygujące po ostatni dźwięk. Samo otwarcie koncertu (na płycie podanego jednym strumieniem fonii) wydaje się dość delikatne, smukłe, wyciszone – post-klasyczne piano i ciepłe podmuchy z tuby klarnetu, trochę wewnętrznej rytmiki i zatrwożonego śpiewu, pod koniec już saksofonowego. W kolejnej części kilka preparowanych fraz, jakby zajawka tego, co może zdarzyć się w przyszłości. Narracja przypomina tu morskie fale, kategorycznie stroni jednak od zbyt banalnych rozwiązań. Tuż potem trochę kameralistyki uprawianej w pobliżu ciszy, a po niej kolejna zmysłowa ekspozycja. Delikatne, filigranowe piano buduje tu szlak, po którym płynie zaniepokojony losem świata saksofon. Emocje falują, raz sycą się smutkiem, innym razem szukają efektownych wzniesień.

Piąta narracja dość krótka w formie, dalece wysublimowana w brzmieniu. Tylko rezonujące podmuchy z tuby klarnetu i akcenty percussion, ale radości z odsłuchu ogrom. Kolejna improwizacja schodzi w dół, pełna jest mroku i niedopowiedzeń, ale w drugiej fazie nabiera pewnej dynamiki i podprowadza nas pod dwie ostatnie części, zgodnie z anonsem, definitywnie najpiękniejsze na całym albumie. W siódmej części saksofon i głęboko zanurzone w mroku inside piano kreują suspens mając za plecami echa post-jazzowych fraz. Z jednej strony mikro eskalacje, z drugiej pełna gama kolorów fortepianowej klawiatury. Kierunek podroży wszakże wspólny dla obu artystów – kind of free jazz!  Wreszcie dwuminutowy finał, jakże nerwowy splot zdarzeń – rytm piana i klarnetowe plejady zadziornych westchnień. Improwizacja brzmi niczym klekot mew i gaśnie z wyjątkowym urokiem.

 

Udo Schindler & Peter Jacquemyn Fragile Eruptions [LowToneStudies#7] (FMR Records, CD 2022). Udo Schindler – klarnety, saksofony i instrumenty blaszane oraz Peter Jacquemyn – kontrabas i głos. Nagrania koncertowe – 98th Salon für Klang+Kunst oraz Galerie arToxin, Monachium, 28 i 29 listopada 2019 roku. Jedenaście improwizacji, 62 minuty.

Udo Schindler & Meinrad Kneer Mit.Gegen.Sprech (Self-released, DL 2022). Udo Schindler – klarnety i kornet oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Nagranie koncertowe - 94th Salon für Klang+Kunst, Monachium, 28 lipca 2019 roku. Osiem improwizacji, 48 minut.

Udo Schindler & Michel Wintsch Le Démon De L'Analogie (FMR, CD 2022). Udo Schindler – klarnety i saksofony oraz Michel Wintsch – fortepian. Nagranie koncertowe - 67th Salon für Klang#Kunst, Monachium, 30 września 2016 roku (lub 2015). Osiem improwizacji, 42 i pół minuty.

 

piątek, 12 listopada 2021

Serries in two fresh duos! Full-acoustic with Hadow and semi-electric with Jacquemyn!


Belgijski gitarzysta Dirk Serries, jeden z absolutnych faworytów redakcji, nie dostarcza w roku 2021 szczególnie dużo nagrań (przynajmniej jak na kanony free impro w czasach pandemii), zatem z tym większą radością uprzejmie donosimy, iż ostatnie tygodnie przyniosły aż dwie premiery płytowe z udziałem Belga. Oba to duety, oba w dobrym towarzystwie – pierwszy z pewnym brytyjskim perkusistą, wydany w Portugalii*), drugi zaś z rodakiem kontrabasistą, wydany – dla odmiany – w Anglii. Obie płyty oczywiście nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, wszak to klasa światowa!

Zapraszamy na dwa odczyty i odsłuchy - oba nagrania zostały zarejestrowane w okolicznościach koncertowych. Dziś, co prawda piątek, nie wtorek, ale definitywnie jesteśmy w … Belgii!

 


George Hadow & Dirk Serries  Chapel (Creative Sources, CD 2021)

Początek września roku bieżącego (cóż za ekspresowa produkcja!), belgijskie Bocholt, miejsce zwane Groels Kapel, a na scenie George Hadow – perkusja oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 49 minut i 43 minuty.

Panowie mają za sobą wiele wspólnych nagrań, zatem do koncertowego incydentu przystępują bez zbędnej zwłoki, pełni energii, wewnętrznego dynamizmu i determinacji, by nie zanudzić nas choćby jedną frazą! Oczywiście uda im się! Tego jesteśmy pewni jeszcze przed odpaleniem srebrnego krążka! Kanciasta, akustyczna po baileyowsku gitara, jak to często bywa w przypadku Serriesa, z delikatną nutą post-bluesa, a naprzeciw niej aktywny, niezasypujący gruszek w popiele drumming z dużą ilością talerzy, efektownie brzmiącego werbla i tomów. Tu gra cała maszyna i para nie idzie w gwizdek! Muzycy rysują nam wartki strumień dźwiękowy, brną do przodu, jakby ich ktoś podłączył pod małą trafostację!

W trakcie niemal 50-minutowej eskapady artyści będę brać raz na jakiś czas chwilę oddechu, ale ich kompaktowe stop and rest trwać będą na ogół ledwie kilka pętli dramaturgicznych. Pierwszy taki break ma miejsce już po upływie trzech minut. Dirk zaczyna piłować struny, w tle zaś rezonują perkusyjne talerze. Kilka fraz pachnących czerstwym bluesem, równie efektownych flażoletów i można śmiało powracać do wątku głównego. George nie pozwala tu zresztą na dłuższe chwile refleksji. Bije zamaszysty, ale intrygująco abstrakcyjny rytm, a machina improwizacji trwa w najlepsze. Po krótkiej kipieli, w okolicach 13 minuty muzycy nieco aktywniej zanurzają się w ciszy. Preparują dźwięki, ciągną za struny, sprawdzają gibkość perkusyjnych naciągów, oddychają szklistym rezonansem. Szybki powrót do zjawisk dynamicznych znów smakuje błękitnymi frazami rocka. Muzycy widzą przed sobą kolejny szczyt, ale wcale ku niemu nie zmierzają. Kluczą po zagajnikach, a kierunki ich kreatywności potrafią mieć przeciwstawne groty. Nawet, gdy emocje rosną tu do czerwoności, muzycy nie eskalują tempa, raczej puchną i nadymają się emocjami, niż pozwalają sobie na bardziej banalne eksplozje mocy.

Nim wybije 20 minuta koncertu, znów stopping! Ale znów, to ledwie kilka łyków chłodnej wody i muzycy ruszają w dalszą drogę! Ten odcinek znaczą jednak, raz za razem, druciane zasieki. Narracja ma swoje zakręty, zbocza i drobne wzniesienia. Znów widać szczyt wysokiej góry, ale i tym razem muzycy nie szukają dróg na skróty. Najpierw garść post-rockowych grepsów i zejście na nisko ugiętych kolanach niemal do pojedynczego dźwięku, potem głębokie oddechy, small drumming na krawędzi werbla, a nawet parę pętli bez udziału gitary. Wystarczą jednak dwa, trzy mocniejsze pociągnięcia za struny (a jednak działają!) i śmiało można kontynuować podróż. W okolicach 30 minuty muzycy stawiają na bardziej agresywne frazy, które śmiało przypominają dynamiczny początek koncertu. Po chwili jednak tłumią zszargane nerwy i budują ciekawe interludium – gitara zaczyna modulować swoje brzmienie, perkusja zaś kręci się wokół własnej osi i nasłuchuje, co w trawie piszczy.

Kolejny przystanek – poprzedzony bardzo efektownym peakiem - ma miejsce tuż przed upływem 40 minuty koncertu. Gitarzysta sięga tu po smyczek, a perkusista ugniata przedmioty na werblu, korzysta też z perkusyjnych szczoteczek. Kilka szybkich spojrzeń, dwa, trzy oddechy i z mocy drummera opowieść po raz setny tego wieczoru wraca na dynamiczny szlak. Do końca tego efektownego koncertu muzycy będą budować narracją z dwóch podstawowych elementów – dynamiki perkusisty i narracyjnych meandrów gitarzysty. Ten ostatni jakby się delikatnie krygował, rysuje bruzdy w ziemi, uśmiecha się szelmowsko pod nosem, śle garść flażoletów na niezłej dynamice. Artyści wieńczą wszakże swe dzieło nie przy armatnich salwach, raczej w cieniu pojedynczych fraz, odgłosie trzeszczącego werbla i smudze rezonujących talerzy.

 


Peter Jacquemyn & Dirk Serries  Live At Lokerse Jazzclub (Raw Tonk Records, CD-r 2021)

Na osi czasu cofamy się dokładnie o rok, pozostając oczywiście w Belgii. Tym razem, to Lokeren i tamtejszy the Lokerse Jazzclub. Na scenie: Peter Jacquemyn – kontrabas i incydentalnie głos (gardło) oraz Dirk Serries – gitara elektryczna. Na płycie mamy wytłoczony jeden trak, ale koncert składa się z seta zasadniczego i kilkuminutowego encore. Odsłuch całości zajmie nam 54 minuty i 20 sekund.

Kolejne spotkanie Serriesa znów naznaczone jest piętnem permanentnej zmiany w procesie budowania improwizacji. Muzycy kipią pomysłami, niekiedy porzucają wątki niemal w pól zdania, a dodatkowo – zdają się intrygująco balansować na granicy wielu gatunków. Bywają kameralnymi smutasami, rockowymi zwierzętami, ale i pełnymi abstrakcyjnych fraz wyznawcami wolnego jazzu. W przeciwieństwie do poprzedniego nagrania, muzycy zaczynają swój spektakl dość spokojnie. Smyczek kontrabasu wysyła kontrolne strumienie piękna, a gitara podłączona pod niewielki prąd szuka śladów zagubionych dźwięków. Spokój artystów jest jednak pozorny. W ich głowach i sercach rodzi się bowiem niepokój, troska o rozwój improwizacji. Pojawiają się pierwsze rockowe plamy gitary, post-jazzowe akcje kontrabasu, a także frazy godne preparowanego post-baroku. Muzycy potrzebują ułamka sekundy, by znaleźć się w okolicach ciszy, kolejne dwa jej ułamki, by zlepić się w bardzo efektowny dron, a zaraz potem wyjść na prostą z okrzykiem na ustach i piskiem rozpędzonych strun. Koniec pierwszego kwadransa koncertu, to przeciąganie liny, małe przepychanki na stronie, drgania, uderzenia, pulsacje, jakby muzycy dotarli na rockowy koncert, ale nie byli pewni, czy po drugiej stronie sceny czeka na nich właściwa publiczność.

Po kilku kolejnych minutach artyści najpierw wymownie milczą, by po chwili dwoma trybami pizzicato ruszać niemal w półgalop. Na scenę szybko jednak powraca estetyka arco i zaczynają się ceremonialne lamenty. Dirk zaczyna szukać płynnych, ambientowych struktur, Peter skacze po strunach i rechocze z zadowolenia. Z tego ogniska stylowej fermentacji na moment przenosimy się nawet na koncert rockabilly! Muzycy nie mają tu żadnych zahamowań estetycznych i to naprawdę nam się w nich podoba! W tej fazie koncertu kontrabas zmienia oblicze sto razy na minutę, gitara dla odmiany zdaje się być stróżem dramaturgicznego porządku. Pomysłów wszakże przybywa z każdą sekundą. W 36 minucie rozpędzony smyczek lepi się do slajsującej gitary, która tonie w kłębowisku kolejnych koncepcji na rozwój narracji. Zaraz potem czeka na nas efektowne zagęszczenie, zmyślnie skomentowane gardłotokiem kontrabasisty. Za kolejne dwie minuty - zejście w cisze, rezonans nieistniejących talerzy, abstrakcyjny smyczek i gitara, która zaczyna szukać dalekowschodnich inspiracji. Trochę przez zaskoczenie koncert dobiega do końca, ale rzęsiste oklaski nie pozwalają muzykom wrócić do garderoby.

Dogrywka budowana jest w dużym skupieniu. Dirk preparuje gitarę, skupia się na niuansach brzmieniowych. Peter ślizga się smyczkiem po wilgotnych strunach kontrabasu. Ciekawy moment, sklecony na opozycji dirty barock vs. dirty post-rock! Muzycy szukają tempa jakby bez przekonania. Ale, i tak docierają do krótkiej fazy wrzasków i pisków. To, co ich jednoczy u kresu podróży, wydaje się mieć rockowy posmak, a może jednak, to post-jazzowy sposób myślenia.


*) Wg wstępnych ustaleń duet Hadow & Serries zagra koncert w Poznaniu, 12 lutego 2022 roku. Klub Dragon i niniejsze łamy serdecznie zapraszają!



wtorek, 26 października 2021

Campbell, Dikeman, van der Weide, Jacquemyn & Kugel! When The Time Is Right!


W słynnym amsterdamskim klubie Bimhuis lądujemy na początku maja 2013 roku. Na małej scenie kwintet soczystych owoców z free jazzowego raju - Amerykanin z Holandii, rdzenny Holender, Belg, Niemiec i fascynujący gość z serca jazzowej Ameryki. Umawiają się na jeden długi trak. Czują, że będzie gorąco, postanawiają więc nie grać zbyt długo i nadmiernie wyczerpująco. To ostatnie nie do końca im wyjdzie w praktyce, albowiem ogniste frazy raz za razem wypadać im będą zza pazuchy. W tym szaleństwie prym wieść będą szczególnie wiolonczelista i kontrabasista. Chwilami nieco wytłumiony będzie tu jedynie introwertyczny trębacz, ale to przecież z jego powodu sięgamy po dziewięciu latach - po raz pierwszy! - po to niesamowite nagranie. Bo i Roy Campbell kilka miesięcy po tym koncertowym wydarzeniu nie będzie już żył.

 


Otwarcie idzie tu z mocy całego kwintetu! Swobodne, rozchełstane, dęte quasi unisono ciągnie flow ku górze, a silna, zdwojona sekcja rytmu sunie całą szerokością ulicy, jak po swoje! W tak zwanym międzyczasie szczególnie ciekawie frazuje kontrabas, który zdaje się iść tu delikatnie w poprzek głównego nurtu. Na czele zacnego orszaku wszakże dzikie zwierzę tenoru, a obok niego trąbka, zmysłowy lisek-chytrusek. Gdy narracja traci nieco na tempie swoje popisy rozpoczynają wygłodniałe strunowce. Pierwszy za smyczek sięga kontrabas i fermentuje kreatywnością na każdym zakręcie. Na tle delikatnie zapętlonej sekcji świetne solo płynie wprost z trębackich wentyli. Po smyczek sięga także wiolonczela i mamy oto pierwszą akcję w duecie (7-8 minuta), który z precyzją szwajcarskiego zegarka będzie tu kreślił zmysłowe interludia raz za razem. Na pierwsze z interludiów świetnie odpowiada trąbka. Powrót do pełnego kwintetu pachnie tu free jazzowa magmą, głównie dzięki kompulsywnego tenorowi. Znów trąbka bierze na siebie jarzmo studzenia emocji na scenie.

Kolejne smyczkowe interludium wieńczy pierwszy kwadrans koncertu. Dźwięki zdają się tu lepić w intrygujące, post-barokowe zaśpiewy. Komentarz trąbki? Oczywiście, tym razem niczym wybudzony do życia niedźwiedź. W tle toczy się już basowe pizzicato, a perkusja pierwszy raz daje do wiwatu i dynamizuje narrację, jak tylko się da. Tuż po spowolnieniu po raz kolejny do roli głównego demiurgia improwizacji kandyduje kontrabas. Szoruje brudnym brzmieniem i zaprasza do kolejnego tanga wiolonczelę. Najpierw pizzicato vs. arco, potem już podwójne arco! To interludium dzieje się po 23 minucie koncertu. Powrót do kwintetu następuje tym razem z prawdziwym piskiem opon! Ach, ten tenor! Kolejne pętle narracji płyną bardzo szybko.  Improwizacja charakteryzuje się dużą zmiennością akcji, kreowana jakże odmiennymi temperamentami wszystkich muzyków. Swoboda, gorącą krew, ale i wystudiowane emocje.

Nim upłynie drugi kwadrans koncertu znów na piedestał wystawiony zostaje kontrabas – zmysłowe preparacje, piski, tarcia i gardłotoki. Jeden flow, jedna magia! Znów podłącza się wiolonczela, znów oba strunowce skoczą do nieba i ciągną wóz improwizacji ku wiecznej wspaniałości. W ramach bystrego komentarza pojawia się dźwięk fletu. Frazuje spokojnym jazzem, jakby banalnie pytał o drogę. Gdy narracja przygasa po raz ostatni, słyszymy perkusjonalne dzwonki. Nowe, finałowe rozdanie idzie tym razem wprost z gryfu wiolonczeli, najpierw z kontrabasem na dwa smyczki, potem już more typical – dwa dynamiczne ściegi pizzicato, które niosą cały kwintet przez końcowe, jakże eksplozywne wzniesienie. Dęte śpiewają tu przy otwartej kurtynie, a opowieść kończy swój niezbyt długi żywot pięknym fallingiem i burzą rzęsistych braw.

 

Roy Campbell/ John Dikeman/ Raoul van der Weide/ Peter Jacquemyn/ Klaus Kugel When The Time Is Right (577 Records, CD 2021). Roy Campbell - trąbka, flugelhorn, flet, John Dikeman – saksofon tenorowy, Raoul van der Weide – wiolonczela i instrumenty perkusyjne, Peter Jacquemyn - kontrabas, głos, Klaus Kugel – perkusja. Bimhuis, Amsterdam, 3 maja 2013 roku, nagrane w trakcie dOeK Festival 2013. Jeden trak, 37 minut i 46 sekund.



środa, 5 czerwca 2019

Agustí Fernández! Locations and Sirulita' Tall Stories!


Najwybitniejszy kataloński muzyk improwizujący, pianista Agustí Fernández, nie wymaga na tych łamach jakichkolwiek rekomendacji. Śledzimy jego dokonania na bieżąco, nie kryjemy naszych niewyczerpalnych zasobów zachwytu nad dźwiękami, jakie tworzy muzyk.

Przeprowadzony niedawno przez redakcję (na potrzeby innej redakcji) wywiad z muzykiem, stanowiący niejako resume dokonań artysty w roku 2018, dowiódł dość ciekawej tezy, iż Katalończyk wydaje ostatnio swoją muzykę głównie … w Polsce! Wyliczyliśmy bowiem, iż w roku ubiegłym wydał w kraju nad Wisłą, Odrą i Wartą aż pięć płyt. Nowy rok nieco zmienił tę optykę. Póki co, muzyk dostarcza nam nowych wydawnictw, które ukazują się wyłącznie w Barcelonie, baa, większość w ramach własnego labelu Sirulita Records. Dziś wszystkie je skrupulatnie omówimy.




Evan Parker/ Agustí Fernández/ Ivo Sans  Locations (Vector Sounds, CD 2019)

Zaczynamy od krążka, który z pewnością wzbudza zainteresowanie w całej improwizującej Europie. Nie pierwsze już spotkanie pianisty z legendą gatunku, Evanem Parkerem (tu, saksofon tenorowy), także nie pierwsze z katalońskim perkusistą, przy okazji inicjatorem spotkania, Ivo Sansem. Studyjna rejestracja z Barcelony sprzed trzech lat, składa się z siedmiu improwizacji, a trwa 46 i pół minuty.

Płytę otwiera kolektywna introdukcja, pleciona przez bardzo aktywnego perkusistę, lekko wycofanego, nastawionego na minimalizm, pianistę i rozprowadzającego soczyste frazy tenorzystę, którego brzmienie i sposób artykulacji dźwięków nie sposób pomylić z czymkolwiek. Narracja z pozoru wydaje się dość spokojna, ale w samym jej wnętrzu aż gotuje się od emocji, jakie mogą mieć miejsce w dalszej części nagrania. Mocne, czarne akordy piana i twarda, delikatnie przesterowana stopa bębna basowego tworzą ciekawą bazę dla rozkręcającego się saksofonu. Druga improwizacja bardziej akcentuje preparowany fortepian, który wspierany jest aktywnym szczotkowaniem werbla. Evan płynie obok stosunkowo krótkimi frazami. Nic nowego – samo piękno! Flow ciągnie się ku górze, głównie wszakże dzięki kreatywności Agustiego. Muzycy, póki co, częściej szukają zadumy niż odnajdują pretekst do soczystej eskalacji. I jakże są w tym dobrzy! Trzecia opowieść skrzy się perkusjonalnymi ornamentami, za które odpowiada zarówno Ivo, jak i Agusti. Subtelny tenorzysta nie pozostaje bez reakcji. Po chwili wstępu – cała trójka rusza po swoje! Perkusja nieco separatywna, świetnie wszakże stymulująca dynamikę ekspozycji, zaś piano i tenor, jak kompulsywne, zrośnięte ze sobą, dwugłowe ciało.

Czwartą improwizację rozpoczyna duet tych właśnie głów! Sans wchodzi po czasie i nie stroni od … swingu! Piano z klawisza, moc jazzowych pomysłów, as kindly free jazz! Stadium galopu muzycy osiągają w mgnieniu oka i czynią ten epizod nie dość, że najdłuższym na płycie, to jeszcze najbardziej ognistym. W 8 minucie perełka – krótkie, ale zmysłowe, cyrkulacyjne solo Parkera. Po powrocie do formuły tria, wyważona narracja, nastawiona na gaszenie płomienia. Piąty fragment trzyma klimat finału części poprzedniej. Preparacje blisko podłogi, suche powietrze z tuby saksofonu i rezonujące talerze. Tuż potem, już w ramach części szóstej, sticky drumming, very deep piano and dancing tenor! Moc kolektywnych zadziorów, intensywność komunikatu dźwiękowego! Brawo! Wreszcie finał, zmysłowy rozchodniaczek. Cool jazzowa woń zakończenia. Styl, klasa, estetyczna wyrazistość – ciepły tembr tenoru, klasycyzujące piano i rezonujące, wyższe partie zestawu perkusyjnego.




Agustí Fernández/ Joe Morris/ Charmaine Lee  Magma (Sirulita, CD 2019)

Pozostajemy w formule tria, albowiem, jak twierdzi nasz dzisiejszy bohater, to optymalne zestawienie dla swobodnej improwizacji, wszak człowiek ma tylko …dwoje uszu do słuchania. Gitarzysta Joe Morris nie wymaga specjalnej introdukcji, co innego Charmaine Lee, pochodząca z Australii improwizatorka, która używa głosu w dalece nieszablonowy sposób. Jeśli chodzi o nią, pewni możemy być tylko jednego – nie śpiewa! Muzyka powstała w słynnym Firehose 12, latem ubiegłego roku. Pięć improwizacji trwa 40 minut i kilkadziesiąt sekund.

Na lewej flance fortepian w stanie permanentnej preparacji (jeśli Agusti w trakcie całego nagrania choć raz uderzył w klawiaturę, to z pewnością uczynił to przez przypadek), zwinna, szybka, sucha, zapętlona gitara na flance prawej, po środku zaś wyjątkowo elokwentne gardło, które zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń w zakresie kreowania fonii. Gęsta sieć narracji, kind of instant improvisation, like full acoustic live proccesing. Moc dźwięków trudnych do zdefiniowania i umiejscowienia w przestrzeni nagrania, choć jednego możemy być pewni – wiele z nich nie pochodzi od fortepianu i gitary. Pani Lee, raz niczym mały kotek na tylnych łapkach, innym razem groźna i zdolna do wszystkiego tygrysica. Dźwięki, które wydaje z siebie są nie mniej groźne niż preparacje jej starszych kolegów. Bywają także powabne i istotnie zalotne. Czasami brzmią niczym skowyt naprawdę złej czarownicy. Przypominają akustyczne obiekty, które tworzą fonię w samym środku przełyku . Pierwszy odcinek mija szybko w gęstwinie intensywnych dźwięków. Drugi rodzi się na samym dnie pudła rezonansowego piana. Struny gitary jęczą pod ciężarem masywnych dłoni muzyka. Spokojny, wyważony flow … szalonych preparacji. Lee poddaje swoje struny głosowe także temu zacnemu procesowi. Opowieść pięknie gęstnieje, dynamizuje się, inspirowana przyspieszonym oddechem tej ostatniej.

Trzecia bajka, i znów na wejściu Agusti preparuje piano od samego dołu. Szeleszczący oddech Charmaine, który brzmi niczym garść elektroakustycznego popiołu. Rezonująca gitara Joe z małym prądem, w strachu przed postępującą ciszą. Głos strapionej kobiety, drżący bez nadmiernej bojaźni. Woda bulgocząca w przełyku, blask pojedynczych strun i dron gitarowego mini przesteru. Narracja czyniona w gęstym mroku, z minuty na minutę, wyłania się na powierzchnię. Delicate sound of industrial – notuje obcojęzyczny recenzent - drone and blue ambient, kind of post electro-acoustic non-music. Epicka drama snuta ze szczegółów lepi się w Magmę.

Czwarty epizod budują jedynie Agusti i Charmaine – znów moc soczystych preparacji zdewastowanego piano, obok dźwięk przełykanej śliny, bukiet szeleszczących migdałków – żywa elektroakustyka tuż u nasady gardła. Jakże piękny dialog z wyjątkowo głębokim brzmieniem fortepianu. Te ostatnie grzmi i łomoce, głos tuż obok buduje misterną sieć fonicznych połączeń. W 5 minucie opowieść nabiera mocy i osiąga intensywność porównywalną z początkiem nagrania. Tłumienie zaś odbywa się na czystych strunach, które zdają się lepić w suchy ambient. Głos wchodzi w zwarcie – garść wzajemnych imitacji odnajduje ostatni dźwięk. Piąta, finałowa historia, rozpoczyna się kolektywnie, we troje, zdaje się być nieco zawieszona w czasie, rytualnie trwa. Szorowaniu strun obu instrumentów towarzyszy zmysłowe pogwizdywanie. Narracja dobrze się zazębia – akcje i reakcje. Skakanie po rozżarzonym palenisku – finałowa dawka dobrego hałasu! Uroda surowej akustyki. Na finał ostateczny Lee zalotnie podśpiewuje, a Fernandez i Morris głaskają struny z zadowoleniem.




Axel Dörner & Agustí Fernández  Palynology (Sirulita, CD 2019)

W dzisiejszej opowieści, poświęconej nowościom wydawniczych Fernandeza, porzucamy nagrania … nowe. Przed nami blok aż czterech płyt, które zawierają nagrania powstałe w ubiegłej dekadzie, baa, jedno nawet w ubiegłym wieku. Zaczynamy od duetu: Axel Dörner – trąbka i elektronika, Agustí Fernández – fortepian. Nagranie studyjne z Barcelony, z roku 2001. Trzy improwizacje, 49 minut i 33 sekundy.

Badania palinologiczne rozpoczyna dźwięk dotkliwie preparowanego fortepianu, powstającego przy wtórze trębackich dekonstrukcji czasu i przestrzeni. Już sam początek nagrania jest niezwykle intensywny i fonicznie dosadny. Trębacz nie dość, że preparuje dźwięk, to wręcz uprawia coś na kształt plądrofonii. W wymiarze akustycznym płyta staje się niemal natychmiast sporym wyzwaniem dla odbiorcy i jego narządów słuchu. Zgiełk, masywny hałas, rwane, rozszarpywane porcje zdeformowanej fonii. Brzmienie samej trąbki zdaje się ginąć w otchłani elektroakustycznych aktywności Niemca. Katalończyk, dla przeciwwagi, koncentruje się na swoim ulubionym deep prepare. On też jednak traktuje struny wielkiego instrumentu z atencją godną grubszej sprawy. Muzycy cierpliwe i konsekwentnie brną w coś, co moglibyśmy, posiłkując się językiem Szekspira, nazwać broken power post-acoustic music, zdobione masywnymi połaciami harshowego szumu analogowej elektroniki. W połowie pierwszej improwizacji, muzycy proponują drobny fragment ciszy, jakby zdawali sobie sprawę, jaki los nam zgotowali. Dźwięk trąbki powraca samym dnem wentyli, struny piana poddawane są delikatnej polerce - kind of music after. Na finał tej challange’owej podróży muzycy wchodzą w silniejsze interakcje, koncertują się na bardziej akustycznych preparacjach, czym sprawiają recenzentowi niekłamaną radość.

Część druga, to nie ostatnia na krążku Palynology wolta stylistyczna. Trąbka płynie spokojnym, ale bardzo niskim dźwiękiem, piano podobnie – bukiet post akustycznych fake sounds staje się naszym niemal wymarzonym udziałem. Szumiąca cisza suchego ambientu wypełnia kosmos studia nagraniowego. Pasma dronów, nadaktywne skupienie na niuansach brzmieniowych. Szum wilgotnych wentyli w opozycji do rytmicznego wygładzania glazury strun fortepianu. Elektroakustyka, tym razem bez prądu. Dziesięciominutowa improwizacja mija w ułamku sekundy.

Najdłuższa, trzecia opowieść, mocą masywnych pasm fonii, zlewa się na samym starcie w jeden jakże piękny strumień dźwiękowy. Początkowo budowany on jest szumem permanentnie eskalujących się dźwięków trąbki, w dalszej części bazujący głównie na niebywałym, od pierwszej do ostatniej minuty, dynamicznym pasażu piana wprost z klawiatury. Flow narracji już po paru chwilach lepi się w gęsty dron, który żyje, pulsuje i gna na złamanie karku. Mocna, epicka opowieść. W 6 minucie temperatura improwizacji przekracza już sto stopni, a jej gęstość przypomina ciekły ołów. Drobne tłumienie płomienia muzycy proponują nam w połowie niemal 20-minutowej improwizacji. Czynią to jedynie po to, by nabrać sił na kolejne spiętrzenie. Taniec wentyli, orgia wilgotnych od potu klawiszy fortepianu. Muzycy znów pędzą na skraj! Płyta, która od początku zdaje się być estetycznym i emocjonalnym rollecasterem, tu stawia nas w obliczu globalnego zachwytu, a chwile skromnej irytacji, jakie były naszym udziałem w trakcie pierwszej części, zdają się uciekać w kosmiczny niebyt. Full acoustic industrial! – notuje zapocony recenzent. Prawdziwy taniec śmierci – wydaje się, iż Kataloński pianista nigdy przedtem, ani nigdy potem, nie grał tak intensywnej ekspozycji. Po 15 minucie strumień klawiszowych dźwięków delikatnie rozlewa się, a trąbka brzmi niczym akumulatory wysokich mocy. Na finał fortepianowa furia jednak powraca! Samo gaszenie płomienia jest równie efektowne, jak jego wzniecanie i wielominutowe utrzymywanie przy życiu. Trębackie wichry towarzyszą nam na ostatniej prostej.




Trio Local  Trio Local (Sirulita, DL 2019)

Agustí Fernández – fortepian, Joan Saura - sampler oraz Liba Villavecchia – saksofon tenorowy i sopranowy, czyli Trio Local - zapewne jedna z ważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej, działających w Katalonii dwie dekady temu. Dzięki wydawnictwu pianisty, dziś możemy poznać aż trzy ich nagrania. Zaczynamy od tego pierwszego, z marca 1999 roku (osiem fragmentów, nagranych live w Barcelonie).

Dużo przestrzeni, mocne, rwane frazy piana z klawiatury, prychanie saksofonu, perkusjonalny sampling – zwinna, gęsta i swobodna improwizacja, budowana z oddechem stylowej elektroniki. Od startu dostarcza nam dużo emocji, napięcia wewnętrznego, ale i skupienia, dbałości o szczegóły. Bystry saksofonista, od pierwszego dźwięku przypominający najlepsze frazy Evana Parkera (!), mistrzowski pianista i magik okablowania, poza skończoną liczbą przypadków, rozsądnie dawkujący poziom syntetycznych dźwięków. Narracja wyrazista, celująca w punkt, ani przez moment nieprzegadana. Drugi odcinek lekko tłumi emocje – dużo fonii przypominających żywe perkusjonalia (element charakterystyczny dla Trio Local – wiele dźwięków preparowanego piano tak silnie zrasta się z samplingiem, iż precyzyjne wskazanie źródła konkretnego dźwięku bywa niezwykle kłopotliwe). Bukiet filigranowych abstrakcji, tylko dobre reakcje w grupie, świetna komunikacja. W trakcie ułamka sekundy muzycy są w stanie wejść na poziom intensywnej kipieli, by równie szybko przygasnąć w okolicach ciszy. Tu, w 5 minucie, pasaż zmysłowego sopranu – na tym instrumencie Liba zdaje się mniej przypominać mistrza gatunku z Bristolu. Trzecia opowieść pełna jest mroku powabnej ciszy – piękna introdukcja Agustiego, czyniona wewnątrz pudła rezonansowego fortepianu. Oniryczny komentarz sampli – blask niebanalnej elektroakustyki. Chwilę potem skrzeczące dysze saksofonu skutecznie zapraszają do skoku w ognistą galopadę. Po 10 minucie tej długiej ekspozycji, jakby nowy wątek, budowany falą krótkotrwałych fraz. Czwartą opowieść Fernández buduje na klawiaturze, a towarzyszą mu tańczący sampling i garść powietrza z tuby. Przejście do piątej historii, pełnej emocji, niezwykle zwinne - kolejny dowód na dramaturgiczną maestrię tria. Od ognia do ciszy, od ciszy po ogień. Odrobina posmaku chamber music, a po chwili, z inspiracji samplera, dynamiczne poszukiwanie zakończenia.

Szósta pieśń wyrasta z samego dna tuby i szumiących kabli. Krople rosy na klawiaturze, połysk strun i samplowane echo, które na finał parę razy uderzy w fanfary. Siódma część stawia na urodę pojedynczych dźwięków – ciepły tenor, garść elektrowstrząsów. Duża amplituda zmian nie pozwala na choćby chwilę nieuwagi – znów ogniste pasaże, niemal burza z piorunami. No i sam finał płyty, dwu i pół minutowe zwieńczenie – bukiet dźwięków wszelakich, zmysłowe preparacje saksofonu, pocałunki z ciszą.




Trio Local  Trio Local+ (Sirulita, DL 2019)

Z Lokalnym Triem spotykamy się ponownie po upływie dwóch lat (studio w Barcelonie, wrzesień 2001). Rejestracja, która po roku trafiła nawet na płytę (zatem teraz mamy reedycję), poczyniona została – zgodnie z tytułem – w rozbudowanym składzie. Trzem znanym już nam muzykom towarzyszą: perkusjonalista Lê Quan Ninh (pierwszy i ostatni fragment) oraz kontrabasiści Peter Jacquemyn (trzeci), John Edwards (piąty i szósty) i David Chiesa (ósmy). Łącznie aż dziesięć swobodnych improwizacji, 63 minuty i 56 sekund.

Rozszerzoną wersję tria poznajemy przy udziale perkusjonalisty. Wprowadzenie do opowieści jest dalece nieśpieszne – ciepły tenor, czarne klawisze, wichry z samplera, wreszcie skromne akcenty percussion. Krok ku dynamice odbywa się jednak w ułamku sekundy i stan post-noise-industrial staje się udziałem muzyków. Powrót do ciszy też dzieje się niemal natychmiastowo. Po chwili, znów kipiel emocji: masywne przepięcia mocy, gęsta ciecz udanych dźwięków, także błyskotliwe kilkadziesiąt sekund tenoru, który zdaje się brzmieć nieco mniej po parkerowsku. Druga pieśń, bez gości – głosy i perkusjonalia z kabli, rwane frazy saksofonu - kolektywna przejażdżka, głównie wedle wskazówek samplera. Po 120 sekundach - wrzący tygiel, po kolejnych kilkudziesięciu – mroczna cisza. Piano znów lepi się w preparacjach z syntetyką. Trzecia część ozdobiona jest kontrabasem, traktowanym dynamicznie smyczkiem. Piano tym razem z klawisza, dęte plamy i klimat swobodnie przypalonego chamber. Symbioza gościa z gospodarzami niemal modelowa – aż pięknie iskrzy. Dynamika nagrania na krzywej wznoszącej, zdobiona świetnymi interakcjami, a na finał bukiet drone & ambient. Brawo! Kolejna opowieść znów w wersji saute – rwane, drobne frazy, parkerowski tenor, nieco nachalny sampling i cisza w roli dramaturgicznego interludium. Pomysłów nie brakuje muzykom choćby przez moment - kind of impro contemporary! Znów huśtawka nastrojów, ale wszystko, jak zawsze dobrze się kończy. Na finał bystre preparacje pianisty i … mniej przyswajalne wolty z samplera. Tenorzysta jednocześnie gra i pokrzykuje, w ramach wisienki na torcie.

Piąta i szósta opowieść z dynamicznym i drapieżnym kontrabasem Edwardsa! Moce piekielne wstępują w muzyków, Agusti wręcz demoluje klawiaturę, by po kilku minutach przypomnieć sobie jednak o urokach wyważonej sonorystyki. Dobry moment prawdziwie tygrysiego sopranu (tu Liba znacząco oddala się od swego gatunkowego pierwowzoru). Na finał tych kilku minut z Brytyjczykiem kwiecista wymiana dźwięków w estetyce call & responce. Siódmy odcinek nie może nie być chwilą wytchnienia bez udziału czwartego muzyka – cisza podmuchów suchego powietrza, blue ambient i plamy z samplera. Masywny wielodźwięk, to zaś efekt finalny tych z pozoru spokojnych igraszek z foniczną materią. Czas na ósemkę – znów kontrabas w ramach międzynarodowego wsparcia – kolektywna, zadziorna, ostro frazowana improwizacja – strunowiec traktowany techniką pizzicato, z jednoczesną preparacją (brawo Chiesa!). Krzyk saksofonu, gorące kable, ale i dramaturgiczna lekkość. Dużo dźwięków, zwarta, głośna narracja – być może najlepszy fragment płyty! Noise & Fury! Dziewiąta część, to krótkoterminowy powrót call & responce, czyniony wszakże z dojmującą pikanterią. Muzycy wzajemnie przekrzykują się, ale nawet w tak dynamicznej sytuacji nic nie dzieje się przypadkowo. A potem tenor, który znów gada i drummingowa ekspozycja, zapewne przy udziale piana i samplera. Wreszcie ostatnia opowieść, tym razem z powracającym perkusjonalistą – duże garście rezonującego powietrza, rozkwitający sampler (znów na granicy tolerancji akustycznej). Choć żywe instrumenty zdają się przebywać w defensywnie, nie tracą rezonu, a saksofon sopranowy nawet pozwala sobie na skromną ekspozycję solową. Ostatni dźwięk przypada w udziale preparującemu fortepian Agustiemu.




Trio Local  Vitralls (Sirulita, DL 2019)

Trzecia przygoda z Lokalnym Triem, to koncertowe spotkanie po latach, czyli Sala de Cambra del Palau de la Música Catalana w Barcelonie i rok 2009. Jedna opowieść, która trwa niespełna 48 i pół minuty. Trio w składzie podstawowym.

Spektakl zaczyna się umiarkowanie spokojnie, płynie ciepłym tembrem saksofonu tenorowego, który dość szybko łapie jednak stylową zadziorność, fortepianem, które traktowany bywa dość mało subtelnie i brzmi niczym suwnice fabryczne, wreszcie samplerem, który na wstępie raczej koi emocje niż je wzbudza. Muzycy, jak to mają w swoim zwyczaju, dobrze na siebie reagują i toczą improwizację bez zbędnych zakrętów, ani znaków zapytania. Być może pazury niektórych z nich (zwłaszcza saksofonisty), zdają się po latach być nieco stępione, ale sam żar narracji nie budzi naszych zastrzeżeń. Nowym zjawiskiem możemy tu nazwać, incydentalnie występujące, próby kreowania rytmu przez Saurę, którym towarzyszą syntetyczne fajerwerki.

W 6 minucie muzycy proponują pierwszy poważniejszy stopping – szczypta onirycznego ambientu, z którego trio bardzo zgrabnie wychodzi na prostą na barkach saksofonu, niepozbawionego drobin melodii. W dłuższej perspektywie narrację prowadzi wszakże Fernandez i czyni to oczywiście z mistrzowską precyzją (choćby 12-14 minuta). Po odrobinie mgławej ciszy, muzycy po 19 minucie dobrze wchodzą w free jazzowy step, a tenor Liby znów pachnie na kilometr estetyką Evana Parkera. Komentarze samplingu, choć dosadne fonicznie, czynione są z dużą klasą i dramaturgiczną rozwagą.  W połowie koncertu muzyków dopada chwila wątpliwości i przez moment odrobinę przynudzają w ulubionej przez niektórych estetyce późnego ECM. Potem znów idą w ostrą kipiel, co czynią systematycznie, choć niezbyt często w drugiej części koncertu. Akustyka dużej sali koncertowej nie sprzyja jednak uzyskiwaniu przez każdy z instrumentów selektywnego brzmienia i całość dynamicznej narracji potrafi zlewać się w strumień mniej udanych dźwięków. Zdecydowanie zatem ciekawej jest w partiach granych spokojnie, w skupieniu, w niedalekiej odległości od ciszy. Duch Parkera powraca po 35 minucie - piano w zwinnej eskalacji świetnie wspiera saksofonistę, a burzliwy sampling dodaje smaczku całości. W 40 minucie Agustí prezentuje rozbudowaną ekspozycję wprost z klawiatury, po czym, pod pełną kontrolą, doprowadza koncert do mocno wytłumionego finału.


****

Najnowszą kolekcję wydawnictw Sirulita (uwaga! powracamy do nowych rejestracji!) uzupełnia niespełna siedmiominutowa płyta  - duet fortepianowy Agustí Fernández i Jordina Millà. Nagranie z hiszpańskiej Lleidy, ze stycznia br., nosi tytuł Sicoris (dostępna w pliku).




Krótkie, ale jakże intensywne spotkanie dwóch ostro preparujących, tygrysich pianistów! Stosują podobne techniki, mają równie krwiste temperamenty. Rzucają przedmiotami w struny, gniotą je, miażdżą i polerują. Grzmoty, kołowrotki, dźwiękowe dewocjonalia! Rezonans, także modulowany, krzyk przedmiotów i śpiew umęczonych ptaków, tupoczących o pusty pokład. W samym środku tej miniaturowej perełki fortepianowego free improv muzycy schodzą na poziom błyszczącej ciszy i snują mikroskopijne porcje fonii o niebywałej urodzie. Wreszcie piękne, ambientowe wybrzmiewanie – czy to sprawka naprawdę tylko dwóch w pełni akustycznych fortepianów? Dramatycznie gorąco prosimy o więcej!




poniedziałek, 19 września 2016

MÓZG-ownica pracuje! Impresje z uroczej delegacji


Trybuna nie po raz pierwszy w tym roku wyruszyła w muzyczną delegację. Tym razem pretekstem był 12 Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej i Sztuki Wizualnej Mózg, z ekscytującym podtytułem Make Art, Not War!

A zatem Bydgoszcz, zatem Brda i szczególne miejsce na krajowej mapie muzyki improwizowanej - Klub Mózg.

Wasz recenzent dotarł tam w sobotę, na ostatni dzień tej frapującej imprezy. We czwartek i w piątek na scenie Miejskiego Centrum Kultury i Klubu Mózg wystąpili m.in. LAM (Wacław Zimpel/ Hubert Zempler/ Krzysztof Dys), trio Piotr Mełech/ Jacek Mazurkiewicz/ Vasco Trilla (pozdrowienia dla Barcelony!!!!), Kevin Drumm i Kwintet Wojtka Mazolewskiego. Bez cienia wątpliwości było gorąco, podniecająco i niezwykle kreatywnie. Nie zabrakło też imprez wizyjnych, w tym filmów estetycznie antywojennych.


Dodaj napis


Na sobotę Sławek Janicki, Szef przedsięwzięcia, zaplanował pięć koncertów. Za skromne piętnaście złotych można było wejść w posiadanie kolorowej opaski na rękę, która skutecznie umożliwiała buszowanie po obiekcie i delektowanie się muzyką.

Na początek duet Backspace. Zbyszek Chojnacki z akordeonem i Łukasz Czekała ze skrzypcami elektrycznymi. Obaj muzycy opętali się kilometrami kabli i podłączeni do swoich ekskluzywnych laptopów, zaproponowali konstruktywny taniec pozbawiony rytmu. W płaskich brzuszkach tych sumiennych elektronicznych zabawek działo się naprawdę wiele i do uszu słuchaczy (podówczas jeszcze dość nielicznych) docierały plamy nieakustycznych dźwięków, które zwierały się ze sobą, krzyżowały i wchodziły w delikatne interakcje. Całość Backspace’owej koncepcji broniła się dla mnie mniej więcej przez 20-25 minut. Potem zwyczajnie zacząłem się nudzić, nie mogąc wyjść ze zdumienia, iż kilka całkiem udanych okazji na zakończenie koncertu nie zostało przez muzyków wykorzystanych. Co innego Wasz recenzent… Po upływie godziny lekcyjnej spokojnie umknął do dobrze skomunikowanego z salą koncertową baru klubowego.




Bardzo sprawnie, posiłkując się ulotną i kompetentną konferansjerką Sławka Janickiego, dobrnęliśmy do drugiej pozycji koncertowej. Na scenie Biliana Voutchkova, urocza i bardzo – jak się miało za chwilę okazać – kompetentna skrzypaczka. Berlińska rezydentka, pochodząca z Bułgarii, operuje artystycznie na wielu polach, tak muzyki współczesnej, jak i improwizowanej. Jak pokazał koncert, obie te sfery pięknie się w muzyce Biliany przenikają. Nie ukrywam, że ten koncert mnie bardzo indywidualnie zachwycił. Surowa, chwilami drapieżna improwizacja, piękne, lekko szorstkie brzmienie instrumentu, szczypta minimalistyki (w imponującym fragmencie finałowym chociażby), temperament i ten rodzaj artystycznej bezczelności, która nie pozostawiała nikogo po drugiej stronie sceny w pozycji obojętnej na wyczyny skrzypaczki. Zwarty, konsekwentny set o idealnych parametrach czasowych (tak w pozycji do pierwszego koncertu dnia). What a game!



Bar-toaleta, toaleta-bar i niechybnie czas na trzecią pozycję programu. Mikołaj Trzaska solo! Być może w tym właśnie momencie nie mogło nas spotkać nic lepszego. Publiczność dotarła, wszystkie krzesełka zajęte (sam usiadłem pod sceną na czterech literach), a na scenie nowonarodzony 50-latek. Historia tego miejsca, historia polskiej muzyki improwizowanej. Historia, dodajmy wciąż świeża, ekscytująca i nowoczesna. Czytelnicy Trybuny znają zapewne mój poziom atencji dla muzyki i osoby Mikołaja, zatem nikogo nie zdziwi stwierdzenie, iż był to doprawdy piękny koncert. Konsekwentna, poparta dużym arsenałem saksofonowych środków wyrazu, opowieść człowieka, który dobrze się czuje w swojej roli. Dynamiczna, acz nieśpieszna, surowa i złociście bogata. W Mikołaju drzemie tak ogromna artystyczna szczerość i uczciwość, że nie da się temperatury takiego koncertu zignorować. I nikt zapewne tego nie uczynił.

No i punkt główny całej zabawy, przynajmniej dla mnie powód prymalny, by dotargać się w ten wrześniowy wieczór do Mózgu. Evan Parker w towarzystwie elektronika Matta Wrighta, przy ekskluzywnym wsparciu kontrabasisty Petera Jacquemyna. Co za trio!

Wybitny angielski saksofonista ma w dorobku duet płytowy zarówno ze swym o ponad trzydzieści lat młodszym laptopowcem (onegdaj krążek Trance Map), jak i belgijskim kontrabasistą, muzykiem średniego pokolenia (całkiem niedawno, recenzowany entuzjastycznie Marsyas Suite). Na scenie Mózgu nastąpiło twórcze zderzenie tych dwóch duetów. Duży background elektroniki sprawił, że Parker operował przede wszystkim na saksofonie sopranowym (jak zwykł mawiać, w zderzeniu z kablami woli korzystać z tego instrumentu, a rzadziej sięga wtedy po saksofon tenorowy). Usadowiony na krześle, skupiony nad instrumentem snuł swoją niebywałą opowieść. Elektronika umieszczona po środku sceny, sprytna i nienachalna, stała się pasjonującym tłem dla popisów saksofonisty, a także kontrabasisty. Peter Jacquemyn, którego miałem okazję porównać kiedyś do swego imiennika Kowalda, tkał swój gobelin dźwięków, jak to ma zwyczaju, drastycznie, dynamicznie, pokrętnie i ewidentnie pięknie, często gnąc smyczek i wieszając się oburącz na gryfie swego wielkiego instrumentu.

Doskonały koncert i wyśmienity pomysł w mojej głowie, by takie trio popełniło kiedyś materiał płytowy. Koniecznie! Nie wszystkie muzyczne przygody Evana Parkera, w towarzystwie współczesnej elektroniki, frapują mnie i każą prosić o więcej, wszakże tę sobotnią, mózgową, kupuję w ciemno. Duża w tym zasługa doskonałego, belgijskiego specjalisty od niskich częstotliwości. Czapki z głów!

Na finał set dj-ski w wykonaniu Jacka Sienkiewicza, który zapewne ukoił wszystkich do snu, po ciężkim i wyczerpującym dniu wspaniałej muzyki. Ja sam, ukoiłem się już wcześniej, tuż po koncercie Parkera kierując swe członki na zasłużony, hotelowy odpoczynek.

Fantastyczna impreza, piękna muzyka!





*****

Tak zupełnie przy okazji, polecam zajrzeć na program warszawskiej edycji Klubu Mózg. Na długą i złotą jesień zaplanowano m.in. fascynujący cykl koncertów w formule solo + solo + duet, pod nazwą własną Super Sam +1. Na liście zaproszonych muzyków m.in. Evan Parker, Barry Guy, Sylvie Courvoisier, Kazuhisa Uchihashi czy Toshinori Kondo! Są oni konfrontowani z krajowymi muzykami improwizującymi. Po szczegóły odsyłam na stronę klubu mozg.pl.


Ps. Delegację ubarwiają – jak zwykle - moje kolejne nieudane zdjęcia z telefonu.


czwartek, 23 czerwca 2016

Evan Parker & Peter Jacquemyn – duet nieoczywisty


Każda nowa płyta z udziałem Evana Parkera, najważniejszego żyjącego saksofonisty po naszej stronie Atlantyku, jest wystarczającym powodem do zdecydowanego kliknięcia – na poziomie edytowania Trybuny Muzyki Spontanicznej - w pomarańczowy kafel Nowy Post.

Tym razem okazja nie jest wcale taka typowa, czy oczywista. Tak się bowiem składa, że 72-letni Brytyjczyk nie nazbyt często popada w duety z… kontrabasistami. W zasadzie – jeśli prześledzić nawet pobieżnie jego przebogatą dyskografię – akcje takie podejmował do tej pory jedynie z czynnym udziałem swego mentalnego brata, czyli Barry’ego Guya (dokładnym będąc, wydali w formie dostępnej całemu światu, ledwie cztery takie spotkania na przestrzeni blisko 50 lat współpracy).

Druga nieoczywistość płyty, o której za chwilę parę ciepłych słów poczynię, to fakt spotkania Parkera z improwizującą sceną belgijską i wydawnictwem z tamtejszego Gentu, czyli El Negocito Records, specjalizującym się głównie w eksplorowaniu rodzimej sceny muzycznej. Wreszcie osoba jego partnera w tymże duecie – Petera Jacquemyna, belgijskiego kontrabasisty średniego (średniostarszego) pokolenia, który nie często pojawia się na płytach bardziej rozpoznawalnych medialnie tuzów improwizacji. Spotkanie przed czterema laty na festiwalu Jazzowym w Brugii było bodaj ich pierwszym wspólnym występem (przynajmniej nie natrafiłem w dostępnych mi źródłach wiedzy na ich inne muzykowanie).

O Evanie wiemy chyba wszystko, a jeśli są wśród nas tacy, którzy tej wiedzy jeszcze nie posiedli, wnikliwa lektura kilkunastu już opowieści z jego udziałem na tej stronie, winna te elementarne i karygodne braki w wiedzy ogólnej, nadrobić w mgnieniu oka. Warto natomiast wspomnieć o Peterze. Osobiście zetknąłem się z nim dotąd jedynie przy okazji płyty – skąd inąd fantastycznej – na trzy rwące powierzchnię studyjną kontrabasy (duety Petera Kowalda z Williamem Parkerem i z nim właśnie, wydane na krążku Deep Music, Free Elephant 2004), a także niezwykle udanego koncertu w poznańskim Dragonie lat temu kilka, gdy Belg śmiało wbił się w muzyczne ekscesy Rogera Turnera i Witka Oleszaka (o tym wydarzeniu także już na Trybunie wspominałem). Trop kowaldowy jest zresztą w budowaniu wizerunku Petera właściwy ze wszechmiar. Po prawdzie możnaby Jacquemyna nazwać młodszym bratem słynnego niemieckiego kontrabasisty, tak ze względu na sposób gry (dużo smyczka) i zamiłowanie do krótkiej formy improwizacji, jak i z powodu … podobieństwa czysto fizycznego.




Ale dość tego przydługiego już wstępu. Odpalamy krążek Marsyas Suite (El Negocito, 2015), będący nieprzegadanym zapisem koncertu Evana Parkera i Petera Jacquemyna w Sint Janshospitaal, na festiwalu, którego parametry podałem już wcześniej. Wczesno październikowy wieczór roku 2012. Koncert podzielony na sześć fragmentów, odgrodzonych rzęsistymi oklaskami. Każdy z muzyków ma jeden fragment solowy, zaś pozostałe cztery to duety. Całość zamyka się w niepełnych trzech kwadransach.

Panowie muzycy startują z wysokiego C. Jest odpowiednia dynamika, jest konieczna w takim wypadku drapieżność, nie brakuje konwulsyjnych starć w półdystansie. Peter zdziera skórę ze strun kontrabasu, wulgarnie pieszcząc je ostro naoliwionym smyczkiem. Evan nie chce być dłużny i komentuje zabiegi kolegi tenorowymi przepięciami energetycznymi, aż iskry lecą, skutecznie niszcząc poświatę sali koncertowej. Po takiej, blisko 10 minutowej burzy z piorunami (opis płyty sugeruje ponad 17 minut, ale to – niestety – nie jest prawda), czas na odrobinę wytchnienia. Okazja wyśmienita – Evan solo na sopranie, bo czyż może nas spotkać coś piękniejszego w formule wolnej improwizacji!? Chwila ekstazy nie trwa długo, wszak wiek muzyka ma swoje prawa (jego bezoddechowa gra jest niezwykle energochłonna). Z kopyta ruszamy dalej. Panowie postanawiają wszystkie swoje pomysły na ten koncert zrealizować w formule very fast, zatem nie trwonimy ani nanosekundy na zbędne opowieści. Silne rozładowania atmosferyczne znów towarzyszą nam w trakcie solowego popisu Petera. Tuzin minut agresji z ziemi i powietrza. Instrument to jednak wytrzymuje i daje nam dźwiękowy przykład na nieśmiertelność swojej faktury. Peter podłącza jodłowanie otworem gębowym, czym jeszcze raz udowadnia swoje oczywiste pokrewieństwo z Peterem Kowaldem. Wraca Evan z rozbudzonym do granic tenorem i Panowie muzycy rżną niezasadną ciszę kawalkadą jakże konkretnych dwudźwięków. Publiczność bije brawo, wymusza jeszcze skromny bis, a potem czeka już na muzyków wychłodzona garderoba, wieńcząc tym samym krótki dowód na wyjątkowość tego spotkania. Jeśli zaś nam mało, sięgamy po okładkę płyty i w długim liner notes czytamy przypowieść o Marsyasie, mentalnym prowodyrze całego zajścia koncertowego (lektura zdecydowanie dla chętnych).




Krążek z należytą uwagą odkładamy na półkę, obiecując częste do niego powroty. A przy nazwisku Jacquemyn duży plusik i obietnica zwracania na niego dużo większej uwagi niż do tej pory. W ramach pokuty może krążek wydany przez Not Two przed pięciu laty? (Goudbeek/Jacquemyn/ Ninh Uwaga). Why not?


Jak już niejednokrotnie w tym miejscu wspominałem, aktywność edytorska Parkera po 70. urodzinach nie dość, że nie wyhamowała, to wręcz uległa dalszemu zdynamizowaniu. W ostatnich kilkunastu miesiącach udostępniono światu kolejnych kilka krążków, o których nie miałem jeszcze okazji wspominać (no i wysłuchać, co się samo przez się rozumie).

Jeszcze w roku ubiegłym wydany został kolejny koncert Evana z kanadyjskiego festiwalu w Victoriaville 2014 roku. Po elektroakustycznym Septecie przyszedł czas na duet z Fredem Frithem o zabawnym tytule Hello, I Must Be Going (Les Disques Victo, 2015).  Także rok ubiegły dostarczył nam gościnny występ Evana na płycie duetu Black Top (tworzą go Pat Thomas i Orphy Robinson), zatytułowanej #Two (Babel), jak również spotkanie z niedawno zmarłym, duńskim saksofonistą Johnem Tchicai’em, nagrane w roku 2005, a wydane jako Clapham Duos (Treader).


No i rok bieżący – szwajcarski Intakt Records wydał nowojorskie, studyjne spotkanie Parkera w bardzo frapującym zestawie personalnym – Sylvie Courvoisier (piano), Marc Feldman (skrzypce) i Ikue Mori (elektronika). Incydenty kwartetowe, jak i duetowe wydane pod tytułem Miller’s Tale. Instrumentarium dalece nieoczywiste, zwłaszcza w przypadku Parkera, zatem z niecierpliwością czekam na okoliczność odsłuchu. Wrażenia na Trybunie onegdaj  - zapewnione.