Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felipe Zenicola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felipe Zenicola. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

piątek, 8 listopada 2024

Portugal' in jazz we trust: Riffs! Understanding Life! Illusions and Lamentations! Come Down Here! Free Baile! The Invisible! Pulsar! Loop Beat!


Współczesna portugalska muzyka improwizowana ma się świetnie - tego na tych łamach nie trzeba specjalnie uzasadniać. W przeciwieństwie jednak do równie uwielbianej przez nas muzyki improwizowanej z Katalonii nie pretenduje do miana ponadgatunkowej wolty, raczej skupia się na otwartej formule jazzu i wszelkich jego swobodnie improwizowanych odmianach.

Wiemy o tym doskonale nie od dziś, a prezentowane poniżej nowości płytowe z udziałem muzyków z południowo-zachodniego krańca Europy aż w sześciu (siedmiu?) przypadkach stanowią koronny dowód w sprawie. Niektóre albumy powstały w Lizbonie, kilka z nich poza Portugalią, niektóre z udziałem muzyków z innych części świata – ale tu, w odmętach trybunowych impresji - świetnie znanych i cenionych.

W zestawie trzy nowości Phonogram Unit, labela prowadzonego przez samych muzyków, dwie petardy z flagowego dla Portugalii Clean Feed Records, kolejne od wydawców z Niemiec i Litwy, wreszcie ostatnia w formule self-released. So, welcome to jazz we trust!



 

José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Andrew Lisle Riffs (The Phonogram Unit, DL 2024)

Cossoul, Lizbona, maj, 2023: José Lencastre – saksofon tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 36 minut.

Klasycznie free jazzowe trio grające riffy! Spotkanie kwiatów portugalskiego wolnego jazzu z angielską, swingującą petardą młodości i kreatywności nie mogło nie zakończyć się czymś definitywnie wartościowym. A zatem bez zaskoczeń, wszakże z dużą porcją radości płynącej z odsłuchu, trwającej dłużej niż albumowe trzydzieści sześć minut.

Nagranie składa się z odsłony głównej (ponad 26-minutowej) i kilkuminutowej dogrywki. Start jest spokojny, szyty blaskiem talerzy, delikatnym szarpaniem za struny i dętymi westchnieniami. Trio dość szybko nabiera wiatru w żagle niesione perkusyjnymi łamańcami, post-synkopami, a na etapie rozwinięcia zdecydowanie swingującym flow. Szczęśliwie jednym dyskomfortem dla odbiorcy jest tu dość płaskie, zbite brzmienie całości. Po kilkuminutowej przebieżce trio zastyga w kameralnej pozie, zdobionej frazami smyczka, akcentami percussion, post-bluesowym drive’em kontrabasu, a także plejadą flażoletów. Kolejna kulminacja ma nieco inny smak, jest lepiej skomunikowana, dodatkowo upstrzona efektownym solem perkusisty, a na etapie finalizacji staje się definitywnie ognista. Dogrywka stawia na bardzo zbilansowaną dynamikę, na starcie przypomina swobodną kołysankę opartą na smyczku. Z kolei szyk rozwinięcia wydaje się nad wyraz taneczny, znów naznaczony stemplem angielskiej jakości.



 

José Lencastre/ Margaux Oswald/ João Carreiro Understanding Life (The Phonogram Unit, DL 2024)

Namouche Studio, Lizbona, lipiec 2024: Margaux Oswald – fortepian, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz João Carreiro – gitara. Osiem utworów, 31 minut.

Kolejne trio z udziałem lizbońskiego saksofonisty sytuuje się w klimatach bardziej kameralnych, wydaje się być na poły konceptualnym przedsięwzięciem (z silną, literacką inspiracją), ale na etapie rozwoju poszczególnych opowieści nie szczędzi nam post-jazzowych fraz, za które odpowiedzialny jest nade wszystko Lencastre.

Początek pierwszej z ośmiu krótkich opowieści rysowany jest kolektywną kreską, z jednej strony sycony post-klasyczną pianistyką, z drugiej pikanterią dętej ekspozycji. W dalszych odsłonach albumu muzycy dorzucają kolejne powabne elementy tej literacko-muzycznej układanki – zwinne, świetnie skonstruowane akcje inside piano, niezliczone garście jazzowych melodii, wreszcie ekspozycje gitary, zarówno preparowane, jak i te z akcentami czystszego frazowania. Album nabiera szczególnej urody w części środkowej, gdy muzycy szukają mroku, pochylają się na każdą frazą, stawiają na kreatywny minimalizm i świetnie dawkują emocje. Nie unikają ekspresji, ale być może wiedzeni literackimi inspiracjami podejmują szereg zaskakujących decyzji dramaturgicznych, które budują jakość całej opowieści. Finał albumu skrzy się dużą kreatywnością, szczególnie pianistki, być może nasączony jest jednak zbyt dużą dawką jazzowej melodyki ze strony saksofonisty.



 

Dávila/ Almeida/ Furtado Illusions and Lamentations (The Phonogram Unit, CD 2024)

Night Sky Studio, Ahaus, Niemcy, czerwiec 20924: Pacho Dávila – saksofon tenorowy i sopranowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Siedem utworów, 64 minuty.

Kolejny przykład swobodnego jazzu, niemal modelowy z punktu widzenia dzisiejszej, portugalskiej zbiorówki. Nazwisko saksofonisty wydaje nam się dość obce, po prawdzie i po odsłuchu mówi niezbyt wiele. Co innego kontrabasista i perkusista – jeden jest najpiękniejszym kameleonem współczesnej muzyki improwizowanej, drugi krwistym kawałkiem free jazzowego mięsa, mistrzem post-synkopowanego groove. Album jest odrobinę przegadany, ale dobrze unerwiony, doposażony wieloma porcjami stylowych improwizacji.

Pierwsza odsłona albumu, to free jazzowy blues szyty twardą sekcją rytmu i ulotnym saksofonem tenorowym. Słychać, że muzycy dobrze czują się w sytuacji dynamicznej i swobodnie melodyjnej. Kolejne trzy części startują z pozycji smukłej post-ballady upstrzonej preparacjami, dobrze nabierają tempa na etapie rozwinięcia i bywają puentowane wysmakowanymi akcjami kontrabasu, także z użyciem smyczka. Piąta opowieść bazuje na prostej melodii, przypominającej dziecięcą rymowankę. Szczęśliwie jest finał kipi od ognia dalece dojrzalszej proweniencji. Najlepsze momenty płyty, to dwie ostatnie improwizacje. Pierwsza z nich nie szczędzi nam dźwięków preparowanych (szczególnie w zabrudzonej tubie), druga po części sięga po estetykę free chamber. I znów dużo miejsca pozostaje tu dla kontrabasisty i perkusisty, których ekspozycje zarówno solowe, jak i duetowe są solą tej improwizacji. Nie sposób nie dostrzec także jakości w finałowej akcji saksofonu sopranowego, bazującej na efektownej dynamice.



 

Luís Vicente Trio Come Down Here (Clean Feed Records, CD 2024)

Soundinnovation Studios, październik 2023: Luís Vicente - trąbka, dzwonki, gwizdek, mbira, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Pedro Melo Alves – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Sześć kompozycji, 40 minut.

Luisa Vicente znamy jako wyśmienitego improwizatora, zapewne nieco mniej jako kompozytora piszącego efektowne, po portugalsku smutnie melodyjne tematy, które w krzyżowym ogniu interaktywnych improwizacji jawią się niczym perły na firmamencie światowej sceny jazzowej. Jego trio (w jakże fantastycznym składzie!) właśnie dostarcza nam swe drugie fonograficzne dziecię. Radości, jak za pierwszym razem, całe mnóstwo, nawet wtedy, gdy zmysł kreacji Luisa, Gonçalo i Pedro transponuje na język współczesności taneczną, brazylijską capoierę!

Pierwszy temat podany jest na sporej dynamice – muzycy brną ku nam z melodią we włosach, ciepłym tembrem trąbki i zgrabnym rytmem szytym zwinnym, swingującym pizzicato i delikatną, acz ruchliwą perkusją. Drugi temat oparty jest na soczyście brzmiącym smyczku, a faza improwizacji zdaje się być skoncentrowana na ogrywaniu na tysiące sposobów zadanej melodyki. Trzeci utwór, to anonsowana już capoeira. Intro, a także koda utworu bazują na perkusjonalnych błyskotkach, gwizdku i mbirze, z kolei faza zasadnicza na tanecznym groove kontrabasu i rozśpiewanej trąbce. Ostatnie słowo należy jednak do barokowego smyczka. Utwór czwarty swinguje aż miło – muzycy gnają do przodu w szalonym tempie albo równie wspaniale zwalniają i sięgają po brzmieniowe detale. W piątej części dominują frazy preparowane, tempo jest leniwe, a melodia molowa. Sam temat pojawia się dopiero na ostatniej prostej. Końcowa kompozycja trwa tu jedenaście minut i jest pięknym podsumowaniem całego albumu. Początek zdaje się być szyty ściegiem, który znamy z piątej odsłony. Po niedługiej fazie marszowej cały środek utworu oddany zostaje do wyłącznej jurysdykcji trębacza, który kleci wyłącznie wspaniałe dźwięki. Potem, po kilku głębszych wydechach, opowieść kona w klimatach lizbońskiego saudade, w ciszy zapomnienia, krokami stawianymi na palcach.



 

MOVE Free Baile - Live in Shenzhen (Clean Feed Records, CD 2024)

Shenzhen, Chiny, październik 2023: Yedo Gibson – saksofony, Felipe Zenicola – bas elektryczny oraz João Valinho – perkusja. Sześć utworów, 34 minuty.

Free jazzowy, spazmatyczny krzyk saksofonu, sfuzzowana, permanentnie łamiąca rytm punkowa gitara basowa i perkusja, która ogarnie i spuentuje każdy fragment tego rozgrzanego tygla emocji - to trio znamy doskonale zarówno z debiutanckiej płyty studyjnej, jak i koncertów w naszej części świata. Tym razem brazylijsko-portugalskie combo wyruszyło do Chin i zagrało tam ekstatyczny koncert w dalece rockowych okolicznościach przyrody. Wrzask rozentuzjazmowanego tłumu, kilka prób zaspokojenia potrzeb mniej wymagającego odbiorcy i cała masa improwizowanej jakości. And that’s all!

Muzyka MOVE od startu nie pozwala zapomnieć o mocy rażenia, jaką w sobie nosi! Ich improwizacja, to narracja łamana kołem zębatym, to krzyk kosmicznej energii, ale nie desperacji, raczej radości współtworzenia muzycznego piekła. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą saksofonowe preparacje pełne wywrotowych melodii i puenta basisty w formie dalekowschodniej mantry. W części drugiej intryguje ogniste intro Gibsona, które przepoczwarza się w dziki taniec całej trójki. W trzeciej dominuje melodia, która płynie niesiona strugą energii pracującego na wydechu basisty. Szczególnie efektowny moment szyje tu saksofonista. W części czwartej nie brakuje bystrych preparacji z każdej strony, a także saksofonowej puenty nasyconej tajemniczą melancholią. Piątka kona pod jarzmem rytmu, tu generowanego wszystkimi dostępnymi środkami artystycznego wyrazu. Ostatnią odsłonę uruchamia rozdygotany bas. Końcowy taniec zionie ogniem, doprowadza publiczność na skraj śmiertelnej ekstazy!



Dirk Serries/ Rodrigo Amado/ Andrew Lisle The Invisible (Klanggalerie, CD 2024)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, listopad 2021. Dirk Serries - archtop guitar, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 57 minut.

Portugalsko-belgijska kooperacja w zakresie muzyki improwizowanej o silnie jazzowej proweniencji pozostaje w stanie permanentnego rozkwitu. Amado jest jednym z dwóch saksofonistów znad Tagu, szczególnie aktywnych w dziedzinie muzykowania z Serriesem. Trio uzupełnia kolejny stały współpracownik belgijskiej sceny, angielski drummer Lisle. W gronie zatem samych dobrych znajomych uciekamy w swobodny jazz na prawie pełną godzinę zegarową. Bo warto!

Każda z trzech rozbudowanych, wielominutowych improwizacji ma swoją dramaturgię, ale też wiele elementów wspólnych – kolektywny, żwawy początek, fazę długoterminowego spowolnienia, udane incydenty w podgrupach i ekspresyjną, niekiedy ognistą finalizację. Saksofon zanurzony jest na ogół we free jazzie, bywa, że płynie bardzo gęstą melodią, gitara, choć typowa dla akustycznej estetyki Serriesa, potrafi zaskakiwać, choćby użyciem smyczka, wreszcie jak zwykle niebywale kompetentny drumming, w tym trio pozbawiony wszakże swingujących synkop, raczej skoncentrowany na budowaniu nieoczywistej dramaturgii i rytmicznym podkreślaniu kolejnych etapów podróży. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą smyczkowe preparacje gitarzysty, w drugiej uwagę przykuwa rozbudowana faza dronowa ubogacona melodią saksofonu, dalekowschodnią mantrą gitary i rezonującymi talerzami. Z kolei w części trzeciej nie sposób nie nadstawić ucha nad ekscesami solowymi, szczególnie perkusisty. Swoje kilka samotnych, równie fascynujących chwil ma także saksofonista. Album zostaje urokliwie podsumowany strumieniem wspólnie wydychanej fonii, lepionym wystudiowaną melodyką.



 

William Parker/ Hugo Costa/ Philipp Ernsting Pulsar (NoBusiness Records, CD 2024)

Codarts, Rotterdam, październik 2023: William Parker – kontrabas, Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Trzy utwory, 50 minut.

Costa i Ernsting muzykują razem od lat, ale okazjonalne spotkanie z legendą free jazzowego kontrabasu zza Wielkiej Wody z pewnością była dla nich czymś szczególnym. Nie mogła z tego nagrania nie powstać dokumentacja fonograficzna, która trafia teraz do nas mocą litewskiego wydawcy. Trzy rozbudowane improwizacje osnute tu są na ogół wokół kontrabasowego groove Parkera, ale zdaje się, że najbardziej ekscytujący moment tej sesji ma miejsce wtedy, gdy ster dowodzenia przejmuje perkusista i perfekcyjnie stymulując dynamikę wynosi całe trio na wyżyny kreatywności.

Nagranie otwiera spokojna ekspozycja kontrabasu, która z miejsca nabiera typowej dla Parkera melodyjnej dynamiki. Perkusja i saksofon wchodzą do gry cedząc w skupieniu każdą frazę, ale dość szybko osiągają na poły taneczną konfigurację. W kolejnych fazach najdłuższej, ponad dwudziestominutowej improwizacji mamy solo kontrabasu, intrygujący passus kameralnej improwizacji w trio osadzonej na ciepłym brzmieniu smyczka, a także post-balladową puentę. Druga odsłona, która trwa odrobinę ponad kwadrans jawi się tu jako ta najciekawsza. Otwarcie spoczywa na barkach basu i perkusji. W grze dość szybko pojawia się smyczek, który pracuje w bardzo zróżnicowanych tempach i ekspresji, a anonsowany w preambule tekstu crème de la crème albumu dzieje się już na etapie rozwinięcia. Ernsting podkręca tempo, płynie coraz szerszym, niemalże polirytmicznym strumieniem. Emocjom sprzyja tu zarówno pęczniejący groove kontrabasu, jak i free jazz altowej tuby. Końcowa improwizacja trwa dziesięć minut i ma nieco folkowy wymiar. Oparta jest na dynamice perkusji, ekspresji saksofonu i … rozśpiewanym, drobnym instrumencie dętym, na którym frazuje Parker. Trio w takiej formule bazuje na rozkołysanym rytmie, który chętnie gmatwa w niemal colemanowskim stylu, niczym sławetne Dancing in Your Head.



 

Hocus Loop Beat (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Genewa/ Zurych, kwiecień 2024: João Almeida – amplifikowana trąbka kieszonkowa, elektronika. Dwie improwizacje, 54 minuty.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy portugalskiego, jazzowego resume nie spuentowali czymś definitywnie niejazzowym, hałaśliwym i bezczelnie ponadgatunkowym! João Almeida w towarzystwie grywa swobodne impro, free jazz czy free chamber, ale gdy zostaje sam na sam z trąbką, przepoczwarza się w brutalnego dekonstruktora dętych fraz, artystę, który kocha noise i uwielbia maltretować nasze narządy słuchu. Tu dostajemy go w dużej, koncertowej porcji. Kto nie da rady, jego strata, kto podejmie trud wysłuchania całości, nagroda może być wielka! A sam tytuł albumu mówi naprawdę wiele o formule tej … improwizacji.

Dwa szwajcarskie koncerty, to kwintesencja hocusowej, zmutowanej trąbki, silnie amplifikowanej, zaplątanej w niekończące się kable czerstwej elektroniki. Wszechobecny noise tworzą tu zgrzyty, pulsacje, rozdygotane stemple sfuzzowanego brzmienia, wdechy i wydechy, kulminacje i małe zgony. Wszystko uformowane jest w pętle, których intensywność sama z siebie kreuje pokraczny, post-elektroniczny rytm. Schemat gry jest stabilny, muzyk wszakże permanentnie modyfikuje brzmienie. Całość przypomina chwilami krwisty drum’n’bass, ale tworzony bez basu i perkusji. Początek drugiego koncertu, to wyziewy trąbki-sygnałówki, która kona w wiecznej pętli bólu i rozpaczy. Sama narracja wydaje się odrobinę bardziej subtelna, wyczulona na pojedyncze akcje hałasu. Strumień fonii jest martwym tańcem, którego ewentualny koniec niczego nie rozwiąże. Muzyk wprowadza tu brzmienia przypominające zarówno silnie sfuzzowaną gitarę, jak i niemal klasycznie elektroniczny white-noise.  Na finał jego trąbka kieszonkowa piszczy wniebogłosy, podczas gdy dołem sunie rzeka wyjątkowo paskudnych rzygowin. Tak, Merzbow byłby z João niepomiernie dumny!

 

 

 

piątek, 14 kwietnia 2023

The Phonogram Unit: Sameer! Linae! SPOS!


Kontynuujemy nasze tegotygodniowe opowieści o muzyce improwizowanej z Portugalii. Dziś lutowe premiery Phonogram Unit, wydawnictwa, które prowadzi grupa lizbońskich improwizatorów, a którego nagrania śledzimy na tych łamach od pierwszego edytorskiego wydarzenia.

Przed nami trzy swobodnie improwizujące tria, ale każde z innego pieca jedzące chleb. Najpierw post-rockowa psychodelia, potem soczysty open jazz, a na koniec jakby wypadkowa dwóch pierwszych zdarzeń – swobodny jazz oparty na wyjątkowo kreatywnym i ponadgatunkowym basie elektrycznym, który na moment staje się także … małą, boliwijską gitarą. Welcome!



 

Sameer

Moc elektrycznego basu Felipe Zenicoli poznaliśmy w ostatni wtorek, zagłębiając się w nagraniu thrash-punkowego MOVE. Dziś jego instrument znów będzie nam rwał włosy z głowy, ale miast atakować prostym sierpowym, wraz z gitarą Jorge Nuno i bardzo oryginalnie frazującą perkusją Felice Furioso, zatoczy wielkie psychodeliczne koło. Znów wbije nas w ziemię, ale nasączoną silnie kwasowym odczynem.

Pierwsze kilkadziesiąt sekund należy tu do basisty, głównie jego szemrzących, gitarowych pick-up’ów. Po dokonaniu się dzieła introdukcji perkusja wchodzi blaskiem talerzy, a gitara syci background syntetycznymi plamami. Ów nieco abstrakcyjny post-impro-rock w pierwszej odsłonie albumu szuka raczej brzmienia ambientu, rezonujących powierzchni płaskich i kojących fraz basu niż dynamiki i nadmiernych eskalacji. Druga historia ma już jednak swoją ekspresję i adekwatną dynamikę. Szorstkie, hałaśliwe brzmienie, buchające płomienie psychodelii, nawet strzępy melodii i perkusja, która stroni jednak o drummingu, szuka mrocznej poświaty narracyjnego tła. Trzecia opowieść w swej fazie początkowej trzyma moc kwaśnych emocji na stand by. Mamy dźwięki preparowane, gitarowe sprzężenia i perkusyjne ornamenty. Potem władanie przejmują połamane półrytmy, które szyją gęstą fakturę wielowarstwowej narracji. W czwartej części bas podkręca rockowe tempo. Gitara dość szybko wpada w kipiel, a perkusja znów stawia na szyk przestawny. Dźwięki nabierają noise’owego posmaku, nawet post-industrialnej złożoności. Po piątej, krótkiej, nieco minimalistycznej dead ballad, w kolejnej opowieści trio definitywnie skacze w ogień post-rockowej improwizacji. Bas i gitara płyną silnie sfuzzowanym strumieniem, całość nabiera dubowego echa, a perkusja przez moment sprawia nawet wrażenie, jakby szukała korpulentnego beatu. Ostatecznie znów kręci się nad głowami partnerów, niczym wygłodniały sęp i stawia kolejne stemple jakości. Finałowa improwizacja, to przysłowiowa kropka nad „i”. Bas brzmi tu wyjątkowo masywnie, rysuje pętle mocy i zachęca do złego. Gitara staje w ogniu wystrzału, rozhuśtana perkusja rozdaje kompulsywne ciosy. Krzyk post-psychodelii, kwaśna mroczność buchających emocji - oto fire rock idzie w martwe tango i pięknie kona w gęstej lawinie dźwięków.



 

Linae

Przed nami portugalskie trio trzech pokoleń - młody trębacz Almeida, bardzo doświadczony pianista Pinheiro i ten pokoleniowo pomiędzy nimi, krewki perkusista Furtado, który budowanie jazzowego groove ma zaszyte w swym artystycznym DNA. Artyści zapraszają na spotkanie z improwizacją, która powinna stanowić wzór tego, co współczesny, otwarty, nieskażony konwencjami tradycji, swobodny jazz może nam zaproponować. Wyjątkowo stylowe, nasycone jakością muzykowanie, które zna całą historię gatunku, kocha wiele płyt Milesa Davisa, ale wszystko, co ma do zaprezentowania niesie ze sobą stygmat indywidualnej kreatywności.

Pierwsza improwizacja doskonale wprowadza nas w klimat nagrania. Wyczulona, ale zadziorna trąbka, czarne i białe klawisze piana, zdolne wykreować tu każdy wątek i perkusyjny nerw, który zdobi każdą sekundę tej improwizacji. Muzycy mają w głowie bogaty bukiet free jazzowych ekspresji, ale ich narracja nie wspina się na szczyt, podróżuje raczej rozległą doliną, co pewien czas upstrzoną drobnymi wzniesieniami. Druga opowieść nasycona zdaje się być lizbońską melancholią, szuka melodii, ale bez trudu odnajduje też siarczyste brzmienie. Znów nie gna na złamanie karku, woli skupiać swoją uwagę na dramaturgicznych niuansach i mocy, jak płynie z pełni kolektywnego sposobu budowania improwizacji. Pianista nie stroni tu od post-klasycznych zdobień, perkusista świetnie czuje się w oparach dźwięków preparowanych, a trębacz raz za razem stawia stemple jakości. Na starcie kolejnej części muzycy brną w obłoku ciszy i minimalizmu. Wystudzona ballada, to także środowisko, w którym czują się znakomicie, zwłaszcza gdy udanie ją dynamizują. Czwartą część otwiera drummer i definitywnie milesowska, cool-jazzowa trąbka. To prawdziwy pokaz siły wyrazistej tradycji i mocy współczesnej kreatywności. Ostatnią improwizację otwiera z kolei fortepianowa introdukcja. Subtelne szczoteczki i trębackie lęki także budują suspens chwili. Z czasem tempo rośnie (what a groove!). Emocje stymulują pianistyczne powtórzenia i trębackie zaśpiewy, perkusja dba zaś o całą resztę. Finał nagrania zdobi jej krótka, dynamiczna ekspozycja solowa.

 


Now…Spos!

Na zakończenie opowieści o phonogramowych nowościach zapowiadana ponadgatunkowa reasumpcja możliwości lizbońskiego labelu. SPOS, to post-jazzowy saksofon Lencastre’a, który dobrze odnajduje się w każdej sytuacji scenicznej, wyrazisty, ekspresyjny drumming Škorića i wielowymiarowy bas Petruccellego, który ocieka tu zarówno stylowym fussion, jak i emocjami post-rocka, a nawet gęstego, brunatnego ambientu. No i jeszcze ta boliwijska gitara…

Improwizacja otwarcia trwa kilkanaście minut i stawia na umiarkowanie zagotowany free jazz. Melodia saksofonu, kawalkada pomysłów narracyjnych na gryfie basu i nerwowy, energetyczny drumming – tu wszystko stanowić może iskrę zapalną! Ciekawie robi się zwłaszcza pod koniec utworu, gdy narracja delikatnie spowolnia, a może raczej rozlewa się jeszcze szerszym korytem ekspresji bez utraty parametrów dynamiki. Druga część, to krótkie, perkusyjne solo, które płynnie przechodzi w trzecią improwizację sprawiającą wrażenie wyjątkowo stylowej post-ballady. I znów bas podsyła tu moc zaskoczeń, nie frazuje na przedzie, raczej buduje zmysłowe, hard-ambientowe tło. Całość udanie odnajduje się w dynamicznym zakończeniu. Czwartą improwizację otwiera perkusista, ale to tu właśnie na front narracji forsuje się boliwijska gitara. Post-folkowa, nawet post-barokowa narracja stawia kolejne pytania o granice gatunku. Ale jak wiemy, muzyka improwizowana takich nie posiada. Ostatnia część ma wiele wspólnego z pierwszą, znów jest rozbudowana ponad dziesięć minut i szyje ścieg frejazzowymi atrybutami. Początek i koniec jest udziałem stylowego duetu drum’n’bass! W tak zwanym międzyczasie dzieje się bardzo wiele. Bas znów szuka ambientowych zdobień, saksofon kłębi się w strugach emocji, a perkusja rytualnym circle flow dopełnia obrazu całości. Emocje nieustannie skaczą tu do góry, choć bas zdaje się być w nastroju dalece medytacyjnym. Takie cuda, to tylko SPOS!

 

Felice Furioso/ Jorge Nuno/ Felipe Zenicola Sameer (CD, 2023). Felice Furioso – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jorge Nuno – gitara elektryczna oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, kwiecień 2022. Siedem improwizacji, 39 i pół minuty.

João Almeida/ Rodrigo Pinheiro/ Vasco Furtado Linae (DL, 2023). João Almeida – trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado - perkusja. Nagrane w Timbuktu Studios, Lizbona, maj 2022. Pięć improwizacji, 46 minut.

SPOS (José Lencastre, Miguel Petruccelli, Aleksandar Škorić) Now … Spos! (DL, 2023). José Lencastre - saksofon altowy, Miguel Petruccelli – bas elektryczny, charango oraz Aleksandar Škorić – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Zaal 100, Amsterdam, marzec 2022. Pięć improwizacji, 44 minuty.



wtorek, 11 kwietnia 2023

MOVE ON! Zenicola, Gibson and Valinho in thrash zone!


Drugi tydzień kwietnia postanawiamy poświecić muzyce improwizowanej z Portugalii. Nasi serdeczni przyjaciele z południowo-zachodniego skrawka Starego Kontynentu nieustannie dostarczają nam wspaniałych nagrań, a naszym jedynym, jakże banalnym problemem jest nadążanie z recenzjami.

Zaczniemy od iście punkowej, tudzież thrashowej petardy tria o nazwie własnej MOVE (z pokaźnego zestawu portugalskich nowości wiosennego wysypu płyt Clean Feed Records), w kolejnym zaś trybunowym ujawnieniu (po wtorku wszak jest zawsze piątek) pochylimy się nad trzema jeszcze zimowymi premierami Phonogram Unit. Dodajmy, dla zbudowania odpowiedniej dramaturgii edytorskiej, iż oba portugalskie wątki połączy tym razem pewien brazylijski basista!

MOVE, to trio masywnego, elektrycznego basu Felipe Zenicoli (otóż i rzeczony Brazylijczyk!), rozwrzeszczanego saksofonu Yedo Gibsona i furiackiej perkusji João Valinho. Konotacji gatunkowych czeka nas tu doprawdy mnóstwo - od hard core punk w najlepszym wydaniu, prawdziwie amerykańskim, przez zornowskie, thrashmetalowe wersje standardów… Ornette’a Colemana, po dzikie, post-rockowe improwizacje zarówno godne najcięższych wersji King Crimson, jak i kilku japońskich produkcji z okolic Altered States. Ale MOVE, to nade wszystko niebywała energia, moc dynamicznych improwizacji, po prostu ogromny cios między oczy! Dwa kwadranse i ledwie jedna minuta, tylko na temat, z przytupem i wolą kreatywnego niszczenia … naszych estetycznych przyzwyczajeń!



 

Pierwsze dźwięki Miasta nie pozostawiają złudzeń! Będzie ostro! Kłębowisko dźwięków na basowym gryfie, pierwsze wrzaski saksofonu i perkusyjny heart-attack! Gęsta narracja od startu nie bierze tu jeńców, ma wszakże intrygujące interludia, czy to w rytmie reggae, czy funk, czy wreszcie w formie nerwowej post-ballady. A wszystko naznaczone zornowską regułą ciągłej zmiany. Surowa, krwista, wysoce energetyczna mieszanka zdrowych, punkowych emocji. Drugą opowieść otwiera free jazzowe duo saksofonu i perkusji. Wbija kilka ołowianych gwoździ i czeka na wejście basu! Ten nie daje długo na siebie czekać - demoluje scenę i przez moment stawia stemple jedynie w towarzystwie perkusji. Przy okazji brzmienie instrumentów staje się jeszcze brudniejsze, bardziej matowe, sączy się niczym rana zdarta do gołej skóry. Powrót saksofonu oznacza tu pożar, którego nie da się już ugasić.

Trzecia narracja jeszcze podkręca potencjometr kompulsywnej dynamiki. Basowy loop, saksofonowe parskanie, które dość szybko staje się spazmatycznym wrzaskiem i perkusyjne stygmaty. Całość pachnie najlepszymi momentami w dumnej historii formacji Big Black, ale nam wcale nie brakuje teraz metalicznej gitary Steve’a Albiniego. W drugiej fazie nagrania dynamika spada, a MOVE zaczyna przypominać doom metalowy walec, który miażdży wszystko, co napotyka na swojej drodze. Początek czwartej części, to saksofonowe oddechy, dające wszystkim kilka nanosekund odpoczynku. Po chwili maszyna rusza funkowym szlakiem, usianym gęstym circle drummingiem. Pokraczny taniec w rozhuśtanym tempie, chwila spowolnienia i funkowe, niemal noise’owe podsumowanie z drobną melodią, sączącą się pomiędzy powybijanymi zębami.

Finałowa opowieść ma tu prawie dziesięć minut, ale nie stroszy piór rozbudowaną introdukcją. Otwarcie jest w pełni kolektywne, choć jeszcze nie w tempie galopującym. Bas pulsuje wysokim napięciem, saksofon krzyczy złe nowiny, a perkusja stawia stemple w równych odstępach czasu. Trochę funkowania w wersji very hard i drobne spowolnienie, które kreuje przestrzeń dla efektownych, gęstych preparacji saksofonowych. Dęciak najpierw wyje jak zarzynany wół, potem rzewnie śpiewa. Tymczasem perkusja i bas ryją bruzdy w ziemi, ale także sycą opowieść drobinami melancholii. Finałowy atak następuje po szóstej minucie, ale jego tango zdaje się broczyć w mroku. Bas pracuje na pewnej wysokości, buduje post-jazzową narrację, saksofon znów krzyczy całym arsenałem swej mocy, a perkusyjne zasieki wieńczą dzieło zniszczenia.

 

MOVE The City (Clean Feed Records, CD 2023). Felipe Zenicola – bas elektryczny, Yedo Gibson – saksofony oraz João Valinho – perkusja. Zarejestrowane w Desterro Club, okolice Lizbony (?), czerwiec 2022 roku. Pięć utworów, 31 minut.



wtorek, 19 lipca 2022

Affinity Suite & Magma! The New Portuguese shots, both with José Lencastre!


Zachodni skraj Półwyspu Iberyjskiego nie ustaje w dostarczaniu nam doskonałej muzyki improwizowanej. W sumie, gdyby Trybuna zajmowała się wyłącznie recenzowaniem muzyki tam wydawanej, też miałaby, co robić! Nadaktywny Creative Sources, mocno jazzowy, ale ostatnio silnie portugalski w repertuarze Clean Feed, zacna inicjatywa samych muzyków, czyli Phonogram Unit, to ledwie początek wyliczanki, a przecież muzykę z Portugalii wydaje się także w innych częściach Europy, o Polsce nie zapominając!

Dziś dwie nowości z muzyką dość od siebie oddaloną, acz oczywiście jak najswobodniej improwizowaną. Oba nagrania łączy saksofonista José Lencastre. W pierwszym jest jednym z pięciu kolektywnych trybów maszyny (obok Ernesto Rodriguesa, Miguela Miry, Hernâni’ego Faustino i João Lencastre’a), w drugiej, trzyosobowej improwizacji zdaje się oddawać palmę narracyjnego pierwszeństwa brazylijskiemu basiście Felipe Zenicoli (skład uzupełnia João Valinho). Z jednej strony morze bezkresnej akustyki, z drugiej sporo psycho-rockowego zacięcia. A co, poza saksofonistą i narodowością prawie wszystkich muzyków, łączy jeszcze obie płyty? Oczywiście, wysoka jakość zawartej na niej muzyki!

 


Affinity Suite

Kwintetowa improwizacja na trzy instrumenty strunowe, saksofon i perkusję doprawdy udanie konsumuje swój tytuł, który możemy dość swobodnie (!) tłumaczyć jako Suitę Pokrewieństwa. Tutaj stara się ona bowiem łączyć swobodną kameralistykę z otwartym, w pełni improwizowanym jazzem, któremu wcale nie jest zbyt daleko do statusu free jazzu. Narracja budowana cierpliwie, ale raz za razem napędzana jazzowym drive’em perkusji, tudzież masywnym brzmieniem kontrabasowego pizzicato, udanie zaś tonowana kameralnym tembrem altówki i wiolonczeli. Tym, który stoi w tej narracji prawdziwym okrakiem zdaje się być saksofonista. Świetnie znamy jego umiejętności asymilacji w każdych warunkach scenicznych, nie dziwi nas zatem, iż w dziele konstruowania pokrewieństw międzygatunkowych ma on wyjątkowo dużo do powiedzenia. Przy okazji zauważmy, iż w przypadku altowiolinisty Ernesto Rodriguesa, Affinity Suite jest być może jedną z najbardziej ognistych i dynamicznych płyt, jakie kiedykolwiek nagrał. Pozostałym czterem muzykom do jazzu jest całkiem blisko, zatem nasze tropy gatunkowe wydają się być trafione.

Na początek artyści serwują nam drobną strunową rozgrzewkę. Obok leży skulony saksofon, a na werblu i tomach dzieją się mikro zdarzenia. Zawieszona w próżni kameralna narracja przypomina spacer gołą stopą po zroszonej porannym deszczem łące. Klecona ze small talks pajęczyna interakcji z każdą pętlą zagęszcza się. Każdy instrument dokłada swoje i rozhuśtane chamber zaczyna odnajdywać pierwsze post-jazzowe podpórki. Gdy tempo rośnie, ciężar improwizacji przesuwa się ku atrybutom bardziej jazzowym. Po dziesiątej minucie muzycy wracają do kameralnych zachowań. Kontrabas przechodzi w tryb arco i wraz z altówką i cello zaczyna budować długie, głęboko oddychające frazy. Saksofon bez wahania wchodzi w zastaną estetykę. Nowa intryga, budowana po niedługim czasie niemal bez udziału instrumentów strunowych, pełna jest mroku i dramaturgicznego zaniechania. Powrót smyczków reinkarnuje stan międzygatunkowego rozkroku. Zdaje się, że wszyscy muzycy w tym stanie czują się wyśmienicie! Kolektywna decyzja o poszukiwaniu drobnego wzniesienia wydaje się w tym momencie wyjątkowo trafiona. Finał pierwszej improwizacji skrzy się wyłącznie dobrymi emocjami.

Drugą historię inicjują wyłącznie strunowce. Piłowanie gryfów i chrobot drżących pudeł rezonansowych, to pierwsze przejawy zdarzeń fonicznych. Introdukcja wydaje się nad wyraz długa, cierpliwa, a samo wejście w stan narracji saksofonu i perkusji dzieje się niemal bezszelestnie. Dźwięki kleją się teraz do siebie wyjątkowo zwinnie, a improwizacja osiąga stan chamber-jazzu i łapie niemal taneczną dynamikę. Akcję budują teraz bracia Lencastre, ale jest ona udziałem wszystkich artystów zgromadzonych w studiu nagraniowym. Trzecia improwizacja także rodzi się na gryfach wiolonczeli, altówki i kontrabasu. Pizzicato & arco in chamber suspens! Po niedługiej chwili saksofon zaczyna formować drobne drony, a w tle rozbłyskują perkusjonalne świecidełka. Każdy z muzyków buduje tu swoją opowieść, ale wszystkie one wchodzą ze sobą w udane interakcje. Przez moment prym wiedzie altówka, ale dość szybko przypomina sobie o kolektywnej konstytucji tego spotkania. Narracja nie szuka na razie żadnych wzniesień, płynie szerokim, efektownym korytem przeróżnych zdarzeń. Tempo wzrasta jakby mimochodem, niesione śpiewem saksofonu i nerwowymi podrygami kontrabasu i perkusji. Cello i viola dokładają urocze ornamenty. Nim jednak artyści zwieńczą swoje dzieło, proponują nam dość zaskakujące spowolnienie. Post-dynamika ostatniej fazy nagrania zdaje się być wyjątkowo rozhuśtana, rwana, nawet nerwowa, zdobiona wszakże wyjątkowo urokliwymi zdarzeniami strunowymi.



 

Magma

Jedną z najbardziej wartościowych płyt roku 2021, pochodzącą z Iberii, był album zatytułowany Anthropic Neglect, nagrany przez pewien kwartet pod koniec grudnia 2019 roku. Tegoż dnia, w lizbońskim studiu Namouche, powstało także inne nagranie, tym razem poczynione w składzie trzyosobowym. Gitarzysta Jorge Nuno postanowił odpocząć, a pozostała trójka z rzeczonego kwartetu wypichciła nam niezłą Magmę! Rozśpiewany, ale chwilami bardzo zadziorny saksofon Lencastre’a, ryjąca bruzdy i burcząca gitara basowa Zenicoli oraz aktywna, czupurna perkusja Valinho, to sprawcy tego zdarzenia fonicznego.

Już pierwsze dźwięki mówią nam, czego powinniśmy się spodziewać po Magmie. Masywny bas dudni, pełny zestaw perkusyjny głośno oddycha, a lekki, frywolny saksofon podśpiewuje, ale w każdej frazie przemyca ogniste mikro elementy. Narracja stand by szybko nabiera gęstości, ale nie eskaluje tempa. Saksofon pokrzykuje, bas riffuje, niczym stalowa gitara, a tłusty drumming dopełnia obrazu. No pain, no game! Drugą opowieść otwierają basowe flażolety, błysk talerzy i dęte westchnienia. Ów mroczny chill-out nie trwa jednak długo. Narracja najpierw nabiera masy, potem szuka dynamiki. Wszystko zdaje się tu dziać wokół basu. Mistrz ceremonii kłębi się w sobie i zalotnie łypie okiem.

Kolejną improwizację otwiera saksofon. Rzewne i tęskne melodie pną się ku górze, ale dość szybko napotykają na ciosy basu i perkusji. Tempo rośnie, jak w pijanym, rockowym bandzie. Saksofon eskaluje, bas szyje połamane, kanciaste meta synkopy, a perkusja znaczy teren niczym rozdrażniony rottweiler. Pod koniec opowieść przypomną gęstą, cuchnącą zawiesinę. Dla przeciwwagi nową historię bas opowiada wysokim, czystym, niemal śpiewnym tonem. Saksofon wpada w okazjonalną nostalgię, drżą perkusyjne talerze. Muzycy kreślą pętlę za pętlą – dęciak robi się nerwowy, bas i perkusja płyną na dużym luzie. Improwizacja szuka raczej mrocznych stref, choć drummer zgrabnie utrzymuje zadaną dynamikę.

Końcową improwizację rozpoczynają perkusja i saksofon. Inicjacyjne zabawy, które kontrapunktuje bas. Kreśli bohomazy i dyskutuje tempo pełne rockowych przełomów. Dynamika improwizacji najpierw rośnie (z pokrzykującym saksofonem), potem opada (dęciak stawia znaki zapytania i okazjonalnie milknie). Bas i perkusja rysują zakręty, trzymają flow w garści, ale improwizacja ewidentnie szuka zakończenia. Saksofon cedzi dźwięki przez zaciśnięte zęby, sekcja rytmu systematycznie traci moc aż po ostatnią sekundę nagrania. 

 

Ernesto Rodrigues, José Lencastre, Miguel Mira, Hernâni Faustino & João Lencastre Affinity Suite (Creative Sources, CD 2022). Ernesto Rodrigues – altówka, José Lencastre – saksofon altowy, Miguel Mira – wiolonczela, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Lencastre – perkusja. Nagrane w Parede, w klubie SMUP, 14 października 2021 roku. Trzy improwizacje, 51:32.

Felipe Zenícola, José Lencastre & João Valinho Magma (FMR Records, 2022). José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy, Felipe Zenícola – bas elektryczny oraz João Valinho – Drums. Nagrane w Lizbonie, Namouche Studios, 23 grudnia 2019 roku. Pięć improwizacji, 30:52.



wtorek, 8 grudnia 2020

Lencastre, Nuno, Zenícola & Valinho in Anthropic Neglect!


Zaczepna gitara, pełna metalicznych opiłków, burczący bas z dużym prądem, post-jazzowy saksofon i perkusja pracująca na zaostrzonych krawędziach werbla – w taki oto sposób kwartet bystrych Portugalczyków i Brazylijczyka, którzy z niejednego pieca chleb jedli, których znamy bardzo dobrze lub co najmniej dobrze z wielu intrygujących ujawnień muzycznych, zaprasza nas na ekscytujący trip w nieznane. Ta banda ma wyłącznie złe intencje, w ułamku sekundy weźmie nas w jasyr i nawet nie zapyta, jakim sposobem powrócimy do realnej rzeczywistości ciszy, jak winna zapanować w naszych uszach po zakończeniu nagrania.



Antropiczne Zaniedbanie szuka tempa od pierwszej sekundy, budują je zwinne akcje i równie błyskotliwie reakcje. Na gryfie gitary Nuno sączy się struga soczystej psychodelii, układająca się w piękną rzeźbę. Muzyk od początku bierze na siebie jarzmo naczelnego wichrzyciela, czuje się w tym dobrze i bywa nad wyraz skuteczny. Bas Zenicoli wypełnia czerstwym strumieniem mocy cały dół tej narracji. Saksofon Lencastre'a i drumming Valinho nie mają zbyt dużo przestrzeni dla siebie, ale może właśnie dzięki temu stawiają na kreatywność i przykładają należytą wagę do każdej indywidualnej ekspozycji. Kwartet buduje flow, który dość szybko oblec można kwaśną metaforą recenzenta – New Wave Of Free Fussion! Zdaje się, że Miles Davis byłby zachwycony, gdyby tę bandę czworga napotkał w trakcie rejestracji epokowego Dark Magus. Gęsty, jakże kolektywny strumień mocnych dźwięków w połowie pierwszej improwizacji ma już swoją dynamikę. Posadowione na przeciwległych flankach gitara i saksofon pozostają w stanie ciągłej interakcji, czasami zdają się śpiewać jedną i tę samą pieśń, godną mistrzów free jazzu, innym razem krzyczą na siebie, jakby kłócili się o jedną kobietę. Pod koniec pierwszej części muzycy znajdują przestrzeń na szybką i zwinną ekspozycję gitary, która napotyka na piskliwy komentarz saksofonu. Ostatnią zaś pętlę narracji dźwiga na swym barkach Nuno, który kipi egzotyką psycho-rocka.

Opowieść drugą konstruuje dramaturgicznie bas, który pulsuje niemal drummingową ekspozycją na rozgrzanych do czerwoności strunach. Perkusja dodaje kilka soczystych stempli. Gitara wypełniona ogniem, póki co, pracuje w trybie stand-by, ale syczy elektrycznymi dodatkami na prawo i lewo. Saksofon skrzeczy i wskazuje kierunek podróży. Ów tygiel mocy i czupurnych myśli szybko nabiera dynamiki i niezbędnej gęstości. Lewa strona skrzy się kwaśnymi preparacjami gitary, reszta załogi brnie w tygrysi półgalop. Pomysły zdają się rodzić nade wszystko na flankach, środkiem pędzi zaś sekcja rytmu, masywna niczym walec drogowy. Nuno dorzuca garść post-industrialnego brudu, na gryfie jego gitary pomysł goni za pomysłem. Lencastre czyni szybką wiwisekcję dokonań ekspresyjnej części historii free jazzu, przy okazji świetnie czyta klimat otwartego fussion, unika jazzowych grepsów. Opowieść znów znajduje chwilę na ekspozycję gitary z emocjonalnym komentarzem saksofonu, ale finał improwizacji należy do Zenicoli i jego basu – piękna, finałowa rozróba na ołowianych strunach. Brawo!

Trzecia improwizacja, najdłuższa, pełna jest chwil na dramaturgiczne wytchnienie. Zaczyna saksofon, który kreśli post-jazzowe intro. Towarzyszy mu akompaniament wyjątkowo wydelikaconej gitary. Bas i drummerskie talerze pierwszy znak życia dają dopiero w trzeciej minucie. Oto ballada, która z każdą sekundą zdaje się upuszczać sobie coraz więcej kropli krwi, co szczególnie akcentuje skowyczący saksofon. Gitara szuka rocka, skomle i rysuje pętlę za pętlą. Saksofon pnie się ku górze, nie stymuluje na razie szczególnej dynamiki. Po pewnym czasie brudne frazy z gitary pozwalają całej narracji zacząć rozwijać skrzydła. Flow zyskuje gęstość godną początku płyty. Roztańczony, rozhuśtany i wyswobodzony z jarzma skupienia kwartet nabiera mocy i zionie ogniem tuż po wybiciu 10 minuty. Emocje rosną, a Nuno, który dokłada sporą garść gitarowych przesterów, sieje zamęt i stymuluje kolegów do wykonania finałowej wolty, znów zdolny jest postawić na swoim! W tej gęstej sytuacji jest także czas na krótkie expo perkusji na tle burczącego basu, w obłokach gasnącej gitary. Saksofon milczy, ale na pewno uśmiecha się, niezwykle zadowolony, tak jak wszyscy, z minionych czterdziestu minut.

 

Anthropic Neglect (Clean Feed, CD 2020); José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy, Jorge Nuno – gitara elektryczna, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja. Nagrane w Lizbonie, Namouche Studios, grudzień 2019r. Trzy utwory, 39 minut i 19 sekund.