Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Brötzmann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Brötzmann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2020

Peter Brötzmann & Paul G. Smyth! Tongue in a Bell!


Katalog brytyjsko-irlandzkiego labelu Weekertoft Records śledzimy na bieżąco, zatem nie mogła ujść naszej wadze najnowsza propozycja w nim zawarta. Legenda free jazzu zwiera w nim szyki z bardzo intrygującym muzykiem, wciąż wszakże pozostającym w roli aspirującego do rzeczy wielkich na scenie europejskiego free impro/ free jazz. Nagranie ukazuje się w formacie winylowym i kompaktowym, trwa nasze ulubione czterdzieści minut i kilkadziesiąt sekund, a zawiera koncert duetu zarejestrowany w Dublinie w styczniu 2015 roku.

Peter Brötzmann, choć dobija już do osiemdziesiątki, wciąż jest aktywny zarówno koncertowo, jak i edytorsko. Nie pisaliśmy jednak o nim na tych łamach od dość dawna. Powody zawsze bywają w takich wypadkach bardzo złożone, jakkolwiek w gronie redakcyjnym nie brakuje opinii, iż po prawdzie od kilku lat nie uświadczyliśmy w dorobku artysty nagrania szczególnie nas ekscytującego. Z tym większą zatem przyjemnością pragniemy donieść, iż duet z pianistą Paulem G. Smythem jest bardziej niż udany i definitywnie stawia się w gronie najlepszych nagrań niemieckiego saksofonisty w perspektywie, co najmniej dekady. A że duża w tym zasługa świetnego Irlandczyka, dopowiadać już chyba nie musimy. Pamiętamy wszak jego bardzo udane nagrania sprzed kilkunastu miesięcy do pary z Evanem Parkerem. A zatem do dzieła – innym słowy, do stolicy Irlandii, a konkretnie miejsca zwanego Kevin Barry Room, usytuowanego w National Concert Hall!


 

Tongue in a Bell. Czarne klawisze fortepianu tyczą szlak introdukcji, a typowy zaśpiew saksofonu tenorowego Petera bystrze się w niego wtłacza. Panowie proponują zrównoważony open jazz z posmakiem klasyki na klawiaturze i oddechem free jazzu w tubie saksofonu. Demokratyczna, od startu już odpowiednio gęsta, męska potańcówka. Tuż przed upływem 4 minuty Paul zostaje na chwilę sam i przesuwa ciężar swojej ekspozycji w kierunku muzyki współczesnej. Saksofon wraca po kilkudziesięciu sekundach, pełen niemal miłosnego uniesienia. Duet daje sobie kolejne dwie minuty, by wejść na szczyt emocji i ekspresyjnie wykrzyknąć. Eksplozji pierwotnej towarzyszy kilka mniejszych erupcji, następujących tuż po niej. Muzycy stawiają na galop, szybkie palcówki po klawiaturze i ziejący ogniem tenor, jakże lubiany przez wszystkich potok brotzmannowskiej (pod)świadomości. Czas na chwilę oddechu przychodzi wraz z wybiciem 11 minuty koncertu. Dęty romantyzm, który intrygująco rozlewa się szerokim korytem, dostaje się w szpony pianisty i flow znów powraca do bardziej dynamicznego trybu. Po 16 minucie pianista zostaje na krótką chwilę sam i kontynuuje marsz po złote runo. Peter powraca wyposażony w tarogato i pięknie tłumi opowieść, najpierw przy wtórze wystudzonego abstract piano, a potem już w zupełnej samotności. Szczególnie ten drugi fragment wart jest naszej atencji, zwłaszcza, że muzyk wydaje się także mruczeć pod nosem. Powrót piana delikatny jak puch, ambientowy, rozmyty, zamglony. Dźwięki z półpreparowanej klawiatury świetnie wgryzają się w potok dźwięków małego, śpiewnego dęciaka, który dociera na szczyt i stawia tam stemple najwyższej jakości. Po wybiciu 24 minuty muzycy zdejmują nogę z gazu i wyjątkowo zmysłowo wybrzmiewają.

Falling Out of All the Towers of Space. Na otwarcie drugiej części, znacznie krótszej niż pierwsza, Peter sięga po klarnet (który w paru momentach zabrzmi wręcz jak klarnet basowy). Paul jedynie stuka palcami po pudle rezonansowym fortepianu, po czym zaczyna skromne preparacje. Peter kreśli gęste pętle, pnie się ku górze. Gdy Paul przechodzi definitywnie na klawiaturę, flow narracji ma już swoją dynamikę i rozniecający się ogień. W połowie 6 minuty krótkie expo solo Paula - garść abstrakcji dla budowania odpowiedniego napięcia dramaturgicznego. Po kilkudziesięciu sekundach Peter powraca, ale już z tenorem! Muzycy budują kolejny świetnie skomunikowany pasaż dźwiękowy, który milknie po upływie 8 minuty.

Eyes Wide. Finałowy pasus otwiera abstrakcyjne, na poły preparowane piano. W tle budzi się saksofon, który delikatnie pokrzykuje. Opowieść jest spokojna, ale bardzo emocjonalna, pełna werwy, niestroniąca jednak od nostalgicznych fraz i swoistej meta melodyjności (Peter potrafi!). Po kilku chwilach artyści łapią bakcyla dobrej dynamiki i bystrze stawiają kolejne kroki. Stylowe, wyraziste piano i saksofon, który pachnie Peterem i jego emocjami z odległości księżyca. Ostatni dźwięk zostaje wydany w połowie 7 minuty. Następne 60 sekund na traku, to już tylko ekspresyjna reakcja publiczności.

 

wtorek, 26 maja 2020

London Jazz Composers Orchestra! That Time! From The Past, To The Future and Forever!


Prowadzona przez kontrabasistę Barry’ego Guya, Londyńska Orkiestra Jazzowych Kompozytorów kończy w tym roku okrągłe 50 lat! Huczne obchody rocznicy odbyły się na początku marca w … Krakowie! Na tę okoliczność przygotowana została niezwykła płyta, która zawiera nagrania formacji z lat jej absolutnej młodości (1972 i 1980), które nie były dotąd publikowane. Wydarzenie dla muzyki free jazzowej i improwizowanej Starego Kontynentu na pewno równie doniosłe, jak samo półwiecze istnienia Orkiestry. A gdy zakochani w tej muzyce fani przeczytają jeszcze listę płac (o ile nie potrafią z pamięci wylistować najważniejszych muzyków, który tworzyli LJCO w tamtych latach), kolana same się pod nimi ugną!

Po prezentacji rozbudowanego credits, opowiemy ze szczegółami, co działo się w samym sercu czterech kompozycji Orkiestry, zarejestrowanych w latach 1972 i 1980, a na zakończenie tekstu zaprosimy na krótkie resume dokonań fonograficznych LJCO, które poprzedziły omawiany dziś krążek.

I jeszcze zapomnieliśmy dodać! Najważniejsza płyta roku 2020 w kategorii Ku Chwale Gatunku właśnie się ukazała!




Muzyka zaprezentowana została na płycie w pięciu częściach, przy czym pierwszą z nich jest niespełna dwuminutowa zapowiedź sceniczna, w trakcie której słyszymy także rozgrzewającą się orkiestrę. Zasadnicze utwory/ kompozycje zawarte na płycie stanowią traki od 2 do 5 (wbrew opisowi na okładce płyty, który ignoruje pierwszy fragment z zapowiedzią). Całość trwa 63 minuty i 53 sekundy. Wydawcą płyty That Time (CD 2020) jest nasz krajowy potentat na rynku free jazz/ free improv, krakowskie Not Two Records.

London Jazz Composers Orchestra w składzie: kontrabasy – Barry Guy (na płycie w utworach: 2-5), Chris Laurence (2, 3), Jeff Clyne (2, 3), Peter Kowald (4, 5); gitara – Derek Bailey (2, 3); perkusje, instrumenty perkusyjne – John Stevens (4, 5), Paul Lytton (2, 3), Tony Oxley (2-5); fortepian - Howard Riley (2-5); saksofony - Trevor Watts (2-5), Alan Wakeman (2, 3), Dave White (2, 3), Evan Parker (2-5), John Warren (2, 3), Larry Stabbins (4, 5), Mike Osborne (2, 3), Peter Brötzmann (4, 5), Tony Coe (4, 5); puzony – Alan Tomlinson (4, 5), Mike Gibbs (2, 3), Paul Nieman (2-5), Paul Rutherford (2-5); trąbki - Dave Holdsworth (2, 3), Dave Spence (4, 5), Harry Beckett (2-5), Kenny Wheeler (2-5), Mark Charig (2-5); tuba – Dick Hart (2, 3), Melvyn Poore (4, 5); skrzypce – Philipp Wachsmann (4, 5), Tony Oxley (4, 5); dyrygentura - Buxton Orr (2, 3) *)


Watts Parker Beckett To Me Mr Riley? (kompozytor Kenny Wheeler, Berliner Jazztage, listopad 1972)

Najbardziej straight-ahead jazzowa kompozycja w historii Orkiestry (wedle słów Guya) zaczyna się masywnym dronem kontrabasów, które w towarzystwie rozgrzewających perkusjonalii czynią zwartą introdukcję. Rozbudowana wataha instrumentów dętych komentuje owe działania zwartym unisono, które uznać możemy, bez ryzyka popełnienia błędu, za prezentację tematu kompozycji. Narracja niesie nam dużo ekspresyjnych drobiazgów, którym urody nie odejmuje fakt, iż są w dużej mierze zaplanowane przez kompozytora i przypilnowane przez dyrygenta. Po kilku minutach pierwszym bardziej separatywnym wydarzeniem dramaturgicznym jest solo pianisty. Wokół niego zaczyna narastać prawdziwie free jazzowa eksplozja czystej, zwierzęcej ekspresji. Zdaje się, że każdy z licznej grupy muzyków dokłada swoją część do obrazu całości. Żywioł kolektywnej improwizacji pod rygorami swobodnej kompozycji! Kolejny epizod wyznaczają kontrabasy, które budują masywny rytm. Perkusje biją na alarm, niczym banda doboszy, a salwy instrumentów dętych czynią ostateczne spustoszenie. W takich okolicznościach spektaklu swój popis rozpoczyna agresywny saksofon tenorowy (Evan Parker!), a towarzyszy mu równie ekspresyjna gitara (Derek Bailey!). Mieniące się w słońcu ostrza brzytwy, dynamika galopu i przeszywające na wylot kontrapunkty pozostałych instrumentów, głównie dętych! W połowie 8 minuty basy znów trzymają rytm, a cała Orkiestra zaczyna tanecznie swingować. Wolta stylistyczna pięknie wpisuje się w wizerunek muzyków, którzy zdolni są do wszystkiego, stymulowani dobrym zapisem na pięciolinii i tolerancyjnym dyrygentem. Swoje równie agresywne solo zaczyna saksofon altowy (Trevor Watts? Mike Osborne?), który przez moment za partnerów ma tylko kontrabas i perkusję.  Reszta czai się na boku, by po chwili uderzyć huraganowym komentarzem. Tuż przed upływem 10 minut szybki epizod solo tuby! W komentarzu kilka smyczków, dęte pojękiwania – post-chamber unit nie trwa długo, ale razi urodą! Wokół rodzą się krzyki, separatywne eksplozje, gwar wszechobecnego tworzenia. Dynamiczna zmienność akcji buduje jakość - powrót tematu granego całą szerokością sceny, kompulsywne akcje trębaczy, moc kolektywnego zgiełku. Finał skrzy się żywym jazzem i wrzącym tyglem skojarzeń. Brawo!

Statements III (Fragment) (Barry Guy, Donaueschingen Musiktage, październik 1972)

Charkot armii saksofonów, szczebiot blaszaków, pląsy grubych strun i perkusjonalne swawole – obraz kompozycji Guya mieni się kolorami i rozbudowaną teksturą brzmieniową. Daleki od jazzowej fabuły poprzedniego utworu, stawia na improwizację, uprawioną wszakże w ramach wewnętrznej struktury zapisów kompozytorskich, które topią w stylizacji post-contemporary, stawiają jednak na kolektywne, ekspresyjne sekwencje zdarzeń, nie zaś na indywidualne popisy solistów. Dużo abstrakcji, swobody myśli i czynów, a wszystko skąpane w niestygnących choćby na moment emocjach. Wrzaski, krzyki, kryminogenne incydenty – muzyka bulgocze, skwierczy i złorzeczy, urzekając przy tym bogactwem wydarzeń, kreowanych wolą kompozytora i wyobraźnią zgrai rozimprowizowanych mistrzów swojego fachu. Narracja zdaje się być gęsta od dźwięków, wszyscy czują oddechy partnerów na plecach, tempo zróżnicowane, ale bez nadmiernej dynamiki – szczególnego rodzaju marsz pokiereszowanych przez los muzycznych straceńców! W 5 minucie drobne uspokojenie – delicje post-chamber, pomruki basów, śpiewy dętych, partie na poły preparowanych dźwięków. Dyskusje i pyskówki, akcje i reakcje, a w ramach wisienki na torcie – saksofonowe pląsy Parkera pomiędzy strunami gitary Baileya (nikt nie pomyli takich dźwięków z czymkolwiek!). Po kolejnych dwóch, trzech minutach narracja odzyskuje na moment utraconą gęstość, choć wszystko zdaje się dziać jakby w większej przestrzeni, z większą swobodą – pytania i odpowiedzi, a na ich bazie cudowna eksplozja temperamentu Baileya! Dyrygent i muzycy budują spektakularny chaos samodzielnych, ale symultanicznych eksplozji – dialogi, trialogi, multi-logi! Narracja kipi od zdarzeń, można odnieść wrażenie, iż dyrygent wyszedł właśnie na papierosa, a muzycy dają upust swoim emocjom! Salwy tuby, grzmoty kontrabasów i dęte przekomarzania, które w pewnym momencie ktoś próbuje porządkować. Efektem – błyskotliwy duet trąbki i saksofonu! Po dwóch minutach Orkiestra wchodzi w ten dialog ciężkim butem kontrapunktów i kieruje marsz w innym kierunku, którego jednak nie poznamy, gdyż nagranie ulega wyciszeniu. **)

Quasimode III (Paul Rutherford, London, Studio Recording, marzec 1980)

Aurę kompozycji puzonisty tworzą basowe pomruki strun i płynne, półambientowe, elektroakustyczne tło instrumentów dętych. Rutherford korzysta z drobnej elektroniki, którą znamy także z jego płyt solowych - oniryczne plamy dźwięków z podskórnym meta rytmem. Ten właściwy, marszowy rytm opanowuje scenę po niedługim czasie. Tworzą go nisko zawieszone pasaże dźwiękowe instrumentów dętych. Osią dramaturgiczną utworu jest repetycja, budowanie powtarzającej się sekwencji dźwięków. Po 4 minucie krótka, błyskotliwa ekspozycja saksofonu sopranowego (Parker!), która zdaje się tłumić niezbyt śpieszne tempo opowieści. Szelest talerzy i akordy piana, które brzmi, jak stało obok zasilacza prądu stałego, moc dętych komentarzy i kontrapunktów. W połowie 7 minuty salwa pełna śpiewu, czynioną przez jedną z trąbek, której towarzyszą mikro ekspozycje instrumentów dętych. Dużo dobrego dzieje się w obrębie podsekcji kontrabasów i perkusji. Mocny depnięcie saksofonu tenorowego (Parker?) napędza na powrót dynamikę nagrania. Perkusiści skaczą z nim w ogień bez słowa zawahania. Nim cała orkiestra narzuci dryl porządkującego (repetującego!) marszu finałowego, czeka nas jeszcze drobny epizod trębacki, zdobiony kolejną porcją elektroakustycznego sosu. Ów moment wejścia na ostatnią prostą ma miejsce w 12 minucie nagrania. Trwa jeszcze dwie minuty z okładem, nie zabraknie w jego trakcie błyskotliwych incydentów dźwiękowych z wielu źródeł.

Appolysian (Howard Riley, London, Round House, marzec 1980)

Czwarta kompozycja w jubileuszowym zbiorze zdaje się konsumować wszelkie walory poprzednich utworów, ale dodaje też coś od siebie! Choćby wspaniałą, kilkuminutową introdukcję, czynioną tylko na strunach, na ogół z użyciem smyczka (Waschmann & Oxley, Guy & Kowald!). Piano podłącza się w międzyczasie, współtworząc wichry zmysłowego post-chamber. Zmysłowe Strings Kingdom panuje niemal do końca trzeciej minuty. Wtedy to, początkowo bardzo nieśmiało, do gry podłączają się instrumenty dęte. Ów dramaturgiczny rozgardiasz porządkuje Riley i wypuszcza kolejne instrumenty na łowy. Flow narasta, kieruje się na dramaturgiczny szczyt! Temat podawany unisono tylko pozornie łagodzi obyczaje, gdyż wokół niego dzieją się wyłącznie free jazzowe eksplozje! Kontrapunkty na raz dodatkowo budują grozę sytuacji scenicznej. Opowieść nabiera niemal post-industrialnej gęstości i lepkości. Muzycy dokładają swoje krótkie strzały solowe, dzięki czemu całość pięknieje z każdą sekundą. Dęciaki swawolą szeroką ławą, kontrapunkty tną czerstwe powietrze na nierówne połowy. Swoje trzy sekundy ma armia puzonów, po czym władzę przejmuje galaktyka saksofonów. Brawo! Po drodze bezwstydny orgazm przeżywa trąbka! Równie wysoki poziom emocji odnajdujemy pod palcami pianisty! Perkusje po prostu płoną! Free jazzowy, kolektywny wybuch improwizowanej piękności! Truely grand finish! Po upływie 13 minuty muzycy rozbiegają się po scenie, tłumią emocji równie kolektywnie, jak je wzniecali. Znów w roli mistrzów ceremonii saksofony! Oklaski po ostatnim dźwięku dość skąpe, biorąc pod uwagę artystyczne tornado, jakie przetoczyło się po nas w trakcie ostatniego kwadransa.


*****



Prowadzenie dużego zespołu muzyków jazzowych i improwizujących jest przedsięwzięciem skomplikowanym pod względem nie tylko artystycznym, ale przede wszystkim logistycznym i … finansowym. Zatem 50-letnia, fonograficzna historia London Jazz Composers Orchestra zawiera - poza wspominanym dziś nowym wydawnictwem - jedynie dziesięć pozycji. A zaczyna się w roku 1972 nagraniem kompozycji Barry’ego Guya Ode (Incus, 2LP 1972; reedycja z dodatkowym utworem - Intakt Records, 2CD 2005), powstałym mniej więcej pół roku wcześniej niż nagrania zaprezentowane na płycie omówionej w części głównej.

Na kolejny epizod edytorski Orkiestry musieliśmy czekać niemal dekadę. Wtedy to ukazało się nagranie Stringer (FMP, LP 1983; reedycja Intakt Records, CD 1996, wydane wraz z nowym, dość krótkim materiałem Study II z 1991r.), zarejestrowane dokładnie w tym samym miesiącu 1980 roku, gdy powstały nagrania zamieszczone na płycie That Time.

Kolejne siedem płyt LJCO obejmuje nagrania z lat 1987-1995, kiedy to Barry Guy mógł liczyć na spore wsparcie finansowe podatników Królestwa Szwajcarii i pochodzące także stamtąd wydawnictwo Intakt Records.

Ten wątek w historii grupy zaczyna podwójne wydawnictwo Zurich Concerts (Intakt, 2LP/2CD 1988), na którym rozbudowany aparat wykonawczy LJCO spotyka się z Anthony Braxtonem, grając zarówno kompozycje Guya, jak i amerykańskiego gościa. Kolejne dwa krążki – Harmos (Intakt, CD 1989) i Double Trouble (Intakt, CD 1990), to nagrania powstałe w Zurichu, w tej samej okoliczności studyjnej, w trakcie kolejnych trzech kwietniowych dni roku 1989. Jeśli Pan Redaktor miałby wskazać swoje ulubione płyty Orkiestry, to trzy omówione w tym akapicie, są właśnie jego jakże subiektywnymi faworytami!

W roku 1992 ukazuje się płyta Theoria (Intakt, CD), która jest pierwszą kolaboracją Orkiestry ze szwajcarską pianistką Irene Schweizer. Dwa lata później na światło dzienne wystawia się podwójny zestaw Portraits (Intakt, 2 CD), w roku 1997 – Three Pieces for Orchestra (Intakt, CD), wreszcie rok później, kończący wątek nagrań z okresu finansowej prosperity Orkiestry, Double Trouble Two (Intakt, CD) z udziałem aż trojga gości – ponownie Irene Schweizer, a także amerykańskiej pianistki Marylin Crispell i szwajcarskiego perkusisty Pierre'a Favre.

London Jazz Composers Orchestra powraca dopiero w roku 2008 koncertem w trakcie Schaffhauser Jazzfestival, znów z udziałem Schweizer, która m.in. otwiera krążek Radio Rondo/ Schaffhausen Concert (Intakt, CD 2009) 15-minutowym występem solowym. Jest to ostatni, jak dotąd wydany koncert Orkiestry. Być może nadejdzie jeszcze czas, by nad wszystkimi nagraniami Orkiestry pochylić się bardziej szczegółowo.

Warto przypomnieć, iż LJCO występowała w roku 2013 na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. No i oczywiście, o czym pisaliśmy w preambule tego tekstu, w tym roku w Krakowie, w przeddzień ogłoszenia pandemicznego lockdownu.


*) brak informacji, kto w utworach 4 i 5 zajmował się dyrygowaniem.
**) zaprezentowany na płycie utwór w rzeczywistości trwał prawie 40 minut. Guy przyciął go dla spójności całej płyty (jaka szkoda…)

środa, 8 stycznia 2020

Rdza! Favorite Duets! Mózg Injectors! Muzyka Z Mózgu - Reinkarnacja!


Płyta formacji Arhythmic Brain From The Begining To The End, która ukazała się ponad 16 lat temu, jako numer 7 katalogu Muzyka Z Mózgu, zgodnie ze swoim tytułem zakończyła żywot serii wydawniczej, dokumentującej szaloną muzykę, jaka od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego stulecia powstawa ła w Bydgoszczy, w Klubie Mózg.

Wspomniany w tytule płyty koniec nie okazał się jednak wieczny! Trybuna Muzyki Spontanicznej z radością donosi, iż nieoczekiwany ciąg dalszy właśnie nastąpił! Minionej jesieni ukazały się bowiem trzy płyty Muzyki Z Mózgu pod numerami katalogowymi 8, 9 i 10! Radość nasza jest przeto ogromna, stymulowana dodatkowo jakością muzyki tam zawartej. Z ogromną przyjemnościową zaglądamy do środka każdej z nich.

Zaczniemy od 12-osobowej orkiestry, potem pochylimy się nad siedmioma skromnymi duetami persony z pewnością niezwykle ważnej dla historii opisywanego dziś zjawiska, a na koniec zagościmy na płycie sekstetu złożonego z lokalsów i pewnego zacnego gościa ze Zjednoczonego Królestwa. Dodajmy już teraz, że wszystkie płyty dostępne są na nośnikach CD (trzecia z nich również jako LP), a także w plikach – całość na stosownej stronie bandcampa, której adres znajdziecie na końcu tejże epistoły.




Rdza Yass Improvisation

Nagranie powstałe w nocy z 25 na 26 czerwca 2019 roku w sali koncertowej im. Romana Sucheckiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Orkiestra zwie się Rdza, a w jej składzie odnajdujemy następujące imiona i nazwiska: Antonina Nowacka - głos, Mamadou Ba alias GÓO - głos, Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, Ray Dickaty – saksofon sopranowy, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, Maksymilian Gwinciński – flet, dyrygentura, Jakub Królikowski - fortepian, Jarosław Majewski – kontrabas, leader, Sławek Janicki - kontrabas, Dominik Mokrzewski – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jacek Buhl - perkusja, instrumenty perkusyjne. Godzinny występ orkiestry składa się z siedmiu części opatrzonych tytułami. Dodajmy, iż wszystkie kompozycje są dziełem uczestniczących w nagraniach muzyków.

Głosy obojga płci, masywny blok pięciu instrumentów dętych, piano i podwójna sekcja rytmiczna – siła rażenia mazowiecko-kujawskiej efemerydy musi być przeogromna, niezależnie od poziomu rdzy na poszczególnych jej elementach składowych. Spektakl zaczyna damskie … jodłowanie po japońsku. Półtorej minuty wstępu, który stawia nas na nogi i w tym stanie pozostawia do ostatniego dźwięku. Masywna orkiestra wchodzi do gry całym arsenałem środków głosowych i instrumentalnych. Krzyki, rwanie strun kontrabasów i ezoteryczne bębnienie. Piękna, jazgotliwa rozgrzewka przed improwizacyjną bitwą. Imponujący, intensywny, intrygujący balans muzycznym ciałem. Nadęte tempo, bystre skoki w bok klarnetu i saksofonów, free jazz godny swych wielkich korzeni (Roots!). Początek trzeciej opowieści tli się na gryfach kontrabasów. Moc perkusjonalnych błyskotek, dęte zaloty z nagrzewających się tub, pomruk męskiego głosu. Hippisowskie rozchełstanie w oczekiwaniu na rajskie gody! Swobodna improwizacja, która szuka inspiracji poza masywem Uralskim, z europejskiej perspektywy patrząc, uroczo narasta, przypomina wielobarwny kalejdoskop, który płonie od spoglądania w kierunku słońca. Czwarta historia powraca do tempa z tej drugiej – masywny drum’n’bass z pianem w tle. Podwójna moc, która nie bierze jeńców. Dęciaki komentują unisono, jakby miały przed sobą instrukcje graficzne. Po paru chwilach fire music skrzy się na całej scenie, choć saksofony mają jeszcze chłodne lonty. W tym tyglu nieoczywistości świetną ekspozycję serwuje saksofon altowy, tuż po nim fortepian. Bystry galop zostaje zwinnie wyhamowany ptasim śpiewem i burczeniem kontrabasów.

Piąta opowieść – głosy śpiewają, drży klarnet basowy i saksofony uczepione jego stóp. Struny i talerze rozmyślają w skupieniu, mężczyzna mantruje, kobieta kwili jak sroczka. Basy przesuwają po podłodze masy ciężkiego powietrza. Heavy chamber as well! Garść perełek z klawiatury fortepianu ogłasza ciszę przed burzą. Tytułowe Yass Improvisation zabiera nas bowiem w ponad dwudziestominutową podróż po szerokiej dolinie open … jazzu. Basy i perkusje stawiają dynamiczny, masywny flow i będą w nim trwać przez cały czas ekspozycji. Rockowa dynamika i jazzowe improwizacje – najpierw sopran, potem klarnet basowy, fortepian, alt, flet, tenor, kontrabasy i perkusje. Każdy ma tu swoje parę sekund, które w pełni wykorzystuje. W ramach interludiów dęciaki grają komentarz, który brzmi jak zapis kompozycji na pięciolinii. Przewrotnie utwór, który ma improwizację w tytule jawi się, jako ten najsilniej … skomponowany, czy zaaranżowany. Siódma historia, krótkie zwieńczenie spektaklu, który wart jest niejednokrotnego powtórzenia. Preparacje kontrabasu, pomruki klarnetu basowego, od ciszy po nieco głośniejsze inkrustacje. Saksofony prychają, basy drżą, smyki jęczą w oczekiwaniu na odpust zupełny. Opowieść narasta i gaśnie w tempie marsza pogrzebowego. W roli niosącego flagę pokoju, klarnet basowy.




Favorite Duets 

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla Muzyki Z Mózgu artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule Favorite Duets, prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-19 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei, będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonalii. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu (nie bez udziału smyczka) i ekspresyjnych perkusjonalii. Drugi duet z gitarą elektryczną – od startu smyczek, który kaleczy struny i post-elektroniczny pomruk gitary, która szuka sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza we frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. Ostatnie, śpiewne dźwięki odnajdują na gryfach swoich instrumentów. Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann! Ma w usta saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak … tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter! Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać – bystrze tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym. Na finał – żeby nie było! - obaj muzycy pięknie wpadają w rozedrgany emocjonalnie galop. Brawo!

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Japończyk po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki Muzyki Z Mózgu, Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca, świetnie skonstruowany dramaturgicznie, zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.




Mózg Injectors Feat. Fred Frith  Sylvan Trail

Koncert zatytułowany Sylvan Trial miał miejsce w klubie Mózg, w czerwcu 2018 roku. Formacja, która na jego potrzeby nazwała się Mózg Injectors (Artur Maćkowiak – gitara, Łukasz Jędrzejczak – elektronika i głos, Sławek Janicki – kontrabas, Mikołaj Zieliński – gitara basowa oraz Qba Janicki - perkusja, instrumenty perkusyjne) spotyka na scenie wybitnego gitarzystę brytyjskiego, dla wielu legendę rockowej improwizacji, Freda Fritha. Muzyka jest nieprzerwanym, blisko 50-minutowym ciągiem dźwięków.

Szmer oczekiwania, pojedyncze dźwięki wyrwane z kontekstu i czasu, innymi słowy - rozgrzewka małej filharmonii, w oczekiwaniu na spóźnionych widzów. Małe plamy z basu i gitary, szelest perkusjonalii, pre-elektroniczne brzęczenie na kablach. Narracja sekstetu systematycznie narasta i łyka wszystkie napotykane dźwięki – gitary, posadowione na przeciwległych flankach, mantrycznie repetują, dzwonki i misy dźwięcznie tańczą na werblu. Małe preparacje, masywne basy i delikatna elektronika. Improwizowany, post-rockowy tygiel nabiera mocy i niezbędnej elektryczności scenicznej. Żwawa, bystra opowieść, pulsująca rytmem, iskrząca się drobinkami psychodelii, z gitarami w roli głównych wichrzycieli. Duża swoboda, moc kreatywnego pomyślunku, demokracja ludowa ze wskazaniem na lewą gitarą, którą niechybnie dzierży w dłoniach nasz gość specjalny.

W 13 minucie krok gitar w wielobarwny ambient wyznacza nowy wymiar spektaklu. Kilka minut zdaje się wystarczać, by ansambl ponownie zebrał się do drogi ku wysokiej górze. Frith zagłębia się w gęstej strukturze ambientu, zaś reszta załogi rozbłyska urodą kreatywnego szaleństwa, tworząc obszerny strumień dźwięków, pełnych emocji i swobody improwizacji. Perkusjonalny kolektywizm, separatywne gitary i bystre preparacje ostro zakończonym smyczkiem - od hałasu do ciszy, od skupienia do rozwichrzenia. Po 30 minucie narracja wydaje się być nad wyraz stabilna. Gitara Fritha bystrze repetuje, sekcja rytmu i życia grzmi i dudni, a perkusjonalne preparacje, smyczek na gryfie kontrabasu i druga gitara szukająca psychodelii, dopełniają obrazu narracji, która upływa w artystycznym umiarkowaniu. Śmiało można ogłosić stan mrocznego spowolnienia, które być może trwa o kilka minut za długo. Szczęśliwie, w połowie 43 minuty, aktywizujący się drumming, czerstwy ambient prawej gitary i basowe pląsy przenoszą flow opowieści w bardziej dynamiczne stadium. Spirala emocji zostaje nakręcona – psycho dynamic dance till the end! Obie gitary dają do wiwatu, sekcja kręci tłusty groove, głos ludzki wyje z zadowolenia. Improwizacja gaśnie przed upływem 50 minuty, głównie na barkach rozpływających się gitar.


Wspomniany na wstępie adres, niezbędny dla odsłuchu i zakupów.

czwartek, 14 września 2017

Carter! Guérineau! Hojito! Vincent! Xol! Sjöström! Greene! Brötzmann! – istoty improwizujące, czyli tegoroczny katalog Improvising Beings


Francuska scena muzyki improwizowanej w permanentnym natarciu. Trybuna poświęca temu zjawisku niezwykle dużo atencji. Stali Czytelnicy wiedzą o tym doskonale.

Dziś okazja, by przybliżyć najnowsze płyty z katalogu wydawnictwa Improvising Beings, prowadzonego przez Juliena Palomo. Płyty labela niejednokrotnie gościliśmy na tych łamach, najczęściej wszakże przy prezentacji dorobku Benjamina Duboca.




Kent Carter/ Sylvain Guérineau ‎ Couleur De L'Exil

Zaczynamy od spotkania prawdziwych jazzowych weteranów. Amerykański kontrabasista Kent Carter, od lat rezydujący w Paryżu, nagrał lub uczestniczył w nagraniach wielu wiekopomnych płyt (choćby Quintessence Spontaneous Music Ensemble!). Dorobek niewiele od niego młodszego, saksofonisty Sylvaina Guérineau, nie jest może tak bogaty, ale na lokalnej scenie znaczący i niebanalny.

Panowie postanowili odbyć muzyczne, improwizowane spotkanie w kwietniu ubiegłego roku. Efektem krążek Couleur De L'Exil, zawierający pięć rozbudowanych improwizacji, na odsłuch których potrzebujemy blisko godzinę zegarową.

One. Smyczek masturbujący się na gryfie kontrabasu w opozycji do zadziornego, naelektryzowanego saksofonu tenorowego. Ten drugi lubi jednak wytracać impet narracji na okoliczność intrygujących monologów wewnętrznych. Taki jest obraz startu pierwszej improwizacji. Kontrabas grzmi i dudni, niczym najszybsze koleje żelazne świata i nie zadaje zbyt wielu pytań. Two. Smyczek tym razem płynie po strunach, dalece usatysfakcjonowany. Tenor w odpowiedzi dyszy i skłania się ku delikatnym imitacjom. Jeśli kontrabas lubi kameralistyczne wycieczki, to tenor trzyma się ścieżki jazzowej, jak tonący brzytwy, a jego riposty nie zawsze zdają się być konstruktywne dramaturgicznie. Three. Perkusyjne pizzicato (smyk jakby też w użyciu, czyżby Carter dysponował dodatkową parą kończyn górnych?). Tenor kwili na boku, delikatnie szeleszcząc, a potem snując barwne, nasycone melodyką improwizacje. Kontrabas popada w rezonującą rytmikę (doskonałe!). Four. Ponownie inicjacja improwizacji i wszelkie decyzje artystyczne ciążą na barkach Cartera. Radzi sobie w tej sytuacji bez zastrzeżeń. Jest świetnie dysponowany tego dnia. Tu pozwala sobie na artystyczną wycieczkę pełną barkowego niemal przepychu. Saksofonista gra swoje, ale nie zaskakuje niczym szczególnym. Kontrabas idzie w rytm, wręcz się nim chełpi, ale wciąż kwestionuje jego strukturę pięknymi, kameralistycznymi skokami w bok. W przeciwieństwie do partnera, ma tysiące pomysłów na sekundę. Gdyby tak Guérineau zechciał pozostawić cały arsenał jazzowych grepsów w poczekalni. Five. Tu, dla odmiany, muzycy wchodzą w narrację jednym głosem, dość niskim, dodajmy. Piękny, głęboki smyk! Ciekawa dynamizacja, znów wedle intencji Cartera, jakże wyśmienitego, nie tylko dziś, kontrabasisty, który pozostaje dramaturgicznie w stanie permanentnej zmiany. Pięć minut przed końcem saksofonista próbuje być nieco bardziej zaczepny, ale efekt nie zwala z nóg. A smyk na gryfie wielkiego kontrabasu ciągle gotuje się z emocji i nadmiaru pomyślunku.




Ryoji Hojito/ Hugues Vincent ‎ Strange Days

Zostawiamy jazzową dialektykę, by przejść do świata improwizacji bez gatunkowych zahamowań, ze sporą dawką humoru na dokładkę. Hugues Vincent na wiolonczeli (plus efekty) i Ryoji Hojito na fortepianie, dziecięcych zabawkach i głosie. Studyjna rejestracja z października 2015, poczyniona we francuskim Orleanie. 14 epizodów, 47 minut. Płyta zwie się Strange Days, a po odsłuchu nie trudno przyznać, że nazwa jest wyjątkowo trafiona.

Piano snuje pasaże wprost z klawiatury w towarzystwie hałaśliwej wiolonczeli. Jakby rodzaj tematu, poddawanego repetycjom, nawet odrobinę ragtime’owego. Rytm, linearna narracja, trochę artystycznej bezczelności. Nie brakuje dobrej sonorystyki na gryfie, niezliczonych zabaw na instrumentach dziecięcych (dawka humoru jest dalece konkretna!). Dużo swobody, wręcz brawury. Głos męski, choć w barwie kobiecy, w dość dziwnej manierze. Miniaturowe opowieści, w których improwizacja leży u podstaw wszelkich działań artystycznych. Jest fundamentem, punktem wyjścia, choć nie zawsze jedyną formą muzykowania. Rytm i melodia okraszone humorem są tu pełnoprawnymi uczestnikami gry, jakby zaszyte w tych pozornie szalonych eskapadach. Igraszki dźwiękowe potrafią być zadziorne, pyskate, prowadzone w zwarciu (choćby w czwartym fragmencie). Jeśli pragniemy pięknych, niemal barokowych fraz wiolonczeli na tle minimalistycznego piano, też możemy liczyć na moment dla siebie (piąty). Jeśli trzeba zgrzytu, brudu, wręcz rockowych emocji, muzycy w szóstym fragmencie pokazują, że też potrafią. Niewątpliwie w trakcie Dziwnych Dni możemy natknąć się na każde rozwiązanie. W siódmym czeka na nas nieco eksperymentalnych dźwięków w duchu współczesnego minimalizmu. Zabawa, kreacja, improwizacja. Wiolonczela bywa wytrawna i wysokogatunkowa. Piano zaś lubi taplać się w typowo japońskim wymiarze artystycznego szaleństwa (ach, te emocje!). W jedenastym znów odrobina sonorystyki na strunowcu. Prawdziwy popis techniki i wyobraźni! Dwa numery później znów cello w roli głównej – szaleńcze free bez przecinków, przy wsparciu zabawkarskiej awantury przy otwartym piekarniku. What a noise! Finałowa rozbiegówka czupurna, psychodeliczna, naprawdę urocza. Trudno na tej płycie kupić każdy dźwięk, każdy artystyczny wybór, ale dla wielu z nich warto postradać zmysły!




Xol with Harri Sjöström and Peter Brötzmann ‎ Exit To Now

Przed nami prawdziwie free jazzowa eskalacja! Francusko-włoskie (?) trio Xol (Luca Pissavini na kontrabasie, Francesco Miccolis na perkusji oraz Guy Bettini na trąbce i flugelhornie) na dwóch koncertach w Berlinie z udziałem gości, w czerwcu 2015 roku (dysk drugi) i rok później (dysk pierwszy). Jak widać, nagrania prezentowane są w odwróconej chronologii. Najpierw poznajemy koncert późniejszy z fińskim weteranem saksofonu Harri Sjöströmem (sopran), potem zaś ten wcześniejszy z samym Peter Brötzmannem (tenor i tarogato). 2CD zwie się Exit To Now i przynosi siedem interwałów czasowych, łącznie blisko 100 minut muzyki z oklaskami.

To żywe, ociekające krwią mięso! Bez subtelności, artystycznych skrupułów, brzmieniowych niuansów, dwie pełnowymiarowe petardy. Bardziej dynamiczna i jazgotliwa zdaje się być ta pierwsza. Konkretna jazda bez trzymanki ze znakomitym saksofonem sopranowym (to moje pierwsze spotkanie z tym muzykiem, what a mess!). Sekcja rąbie drewno na opał, trąbka dmie, ile sił w płucach. Słucha się tego doskonale, nawet w trakcie długiej, nocnej podróży z koncertu!

Dobrze broni się także druga część. Gdy Peter dmie w tenor, gramy na pełnym gazie. Gdy sięga po tarogato robi się nawet melancholijnie (środkowy epizod). Muzyka, która niczego nie odkrywa, która ma jednak swój urok, swój ładunek emocjonalny. Przy okazji, w mojej ocenie, to najlepsza od dawien dawna płyta z udziałem Petera Brötzmanna! Polecam koniecznie miłośnikom gatunku.




Burton Greene ‎ Compendium (Solos, Duos, Trios)

Kolejny weteran jazzu i free jazzu, amerykański pianista Burton Greene na podwójnym kompakcie. Nie jest to muzyka, która często gości w odtwarzaczach redakcji i ta płyta tego nie zmieni. Znów konieczne zdaje się odesłanie do miłośników gatunku. Jak wskazuje sam tytuł, mamy sporo solowego fortepianu, dość grzecznego i niewyrywnego, dodajmy, są także duety i trio (z kontrabasem i perkusją).

Nagrania są świeże – z roku 2016 i 2017 – co na pewno stanowi wartość w bogatej dyskografii Greene’a. Muzyka skomponowana zarówno przez autora i jego wiekopomnych kolegów, trwale zapisanych w historii jazzu. To nie jest muzyka dla mnie, zatem nie będę się wgryzał w artystyczne niuanse. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu fragment otwierający drugi dysk – Now. Faktycznie, ciekawa wycieczka do współczesnej kameralistyki. Kto ceni sobie pianistykę Burtona, nie może pominąć tego wydawnictwa.


Listę tegorocznych płyt wydanych przez Juliena Palomo uzupełniają głównie incydenty z fortepianem. Duet tegoż z perkusją, czyli Fabien Robbe/ Jérôme Gloaguen ‎ Etats D'Urgences, solowa wersja, czyli Eric Zinman ‎Zither Gods, a także ponownie piano solo, czyli François Tusques Avants-Derniers Blues.


wtorek, 1 listopada 2016

Schlippenbach, Parker, Rudd, Perelman, Lee, Sharp, Pitsiokos, Oliveiros, Broo, Brötzmann, Eskelin – October Fest, czyli co nam zostanie z zimnego i deszczowego października


Groteskowa rzeczywistość za oknem aż prosi o złośliwy komentarz, zarówno w aspekcie zachowań międzyludzkich, jak i warunków ogólnopogodowych. Na szczęście dla nas, czyli tych kilku gości opętanych miłością do wolnej improwizacji (nie tylko muzycznej, dodadzą malkontenci), świat dzieje się głównie w sferze dźwiękowej i codziennie dostarcza kolejne porcje emocji. Koncertów jakby przybywało, nowych płyt ewidentnie nie mniej, niż w poprzednich interwałach czasowych, zatem moment dziś oczywisty, by dokonać cyklicznej zbiorówki recenzji z nowości płytowych.

Przypomnę, że po pierwszym odsłuchu płyty dostają na Trybunie wstępną rekomendację (zieloną, żółtą i czerwoną), a następnie – po burzliwym okresie przemyśleń i refleksji Pana Redaktora – trafiają na ogół na taką właśnie zbiorówkę, gdzie nadana im zostaje wieczna rekomendacja (wg tychże samych kryteriów).

Dziś w zestawieniu prawie same zacne nazwiska, zatem czym prędzej bierzmy się do pracy i z pakietem należytego szacunku dla starszych i przeto bardziej doświadczonych, zwinnie zreasumujmy ostatnie cztery (a nawet pięć) tygodni historii muzyki improwizowanej.


Schlippenbach Trio  Warsaw Concert (Intakt Records, 2016)

Zaczynamy z wysokiego C, czyli od najnowszej produkcji nieśmiertelnego tria Alexa von Schlippenbacha (fortepian), z permanentnym, od ponad czterech dekad, udziałem Evana Parkera (saksofon tenorowy) i Paula Lovensa (perkusja).

Panowie kazali sobie czekać na nowy krążek z oklaskami prawie sześć lat (rok temu wylądował w naszych odtwarzaczach studyjny incydent Features). Okoliczność tym bardziej sympatyczna, iż koncert miał miejsce w rodzimej Warszawie, w trakcie ubiegłorocznego Festiwalu Ad Libitum (w sali koncertowej Lutosławskiego, co też stanowi – z akustycznego punktu widzenia – ważny atut wydawnictwa).




Koncert najdłużej działającego working bandu w historii muzyki swobodnie improwizowanej, oczywiście niczym nas nie zaskakuje. Panowie grają swoje, celebrują tę powtarzalność z dużym urokiem i ostatnią rzeczą, jaką pragną uczynić, to dokonać w tym procesie jakiejkolwiek rewolucji. Niezbywalna wartość estetyczna tej muzyki, jej – dziś – dość ciepły i wyważony ton, sprawiają, iż będziemy jej słuchać z taką samą przyjemnością jeszcze przez wiele dekad (choć prawa natury niechybnie upomną się o swoje, np. Alex w przyszłym roku obchodzić będzie 80-e urodziny).

Koncert Warszawski, to wrażliwa i bardzo skupiona narracja, bez brawury i niepotrzebnego pośpiechu, z cytatami z Dolphy’ego i kilkoma akustycznymi eskalacjami (szczególnie do gustu przypadł mi solowy wybryk Evana, już pod koniec części zasadniczej). Radość zatem z odsłuchu pierwszorzędna i poniekąd także sentymentalna, z racji faktu, iż z wydanymi na krążku dźwiękami miałem okazję obcować na żywo. Rekomendacja jest oczywista i silnie zielona (high! - gdyby ktoś miał wątpliwości).


LOK 03+1 (Aki Takase, Alexander von Schlippenbach, Dj Illvibe, Paul Lovens)  Signals (Trost Records, 2016)

Zostawmy na scenie niemieckiego pianistę, także jego rodaka perkusistę i niezwłocznie przejdźmy do kolejnej nowej płyty z ich personaliami, wydzierganymi na kolorowej okładce. Kwartet o enigmatycznej, i nic niemówiącej niezorientowanym, nazwie LOK 03+1 i krążek Sygnały, wydany pod sztandarami austriackimi. Alexa i Paula wspomagają w żmudnym procesie generowania faktury dźwiękowej, koleżanka małżonka tego pierwszego, pianistka Aki Takase, jak również turntablista i procesor Dj Illvibe (na tle partnerów, raczej w kategorii wiekowej wnuczek). Innymi słowy – dwa piana, perkusja i kable. Nikt nie obiecuje zatem, że pójdzie łatwo.




Płyta stanowi wszakże dla mnie pewne zaskoczenie. Para pianistów bardziej stawia na minimalizm i jedynie incydentalnie przejawia freejazzowe skłonności. Lovens robi swoje, a Dj momentami bardzo ciekawie wszystko to oplata zwojami dźwięków, zarówno w sferze rytmicznej (co jest, poniekąd, oczywiste), jak i …także sonorystycznej (lubi w procesie samplowania nieco pohałasować). Ambiwalencje zaczynają atakować mnie w momencie, gdy struktura całości nieco się wali, a początkowe, demokratyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej, ulegają zachwianiu na korzyść procesora. Bardzo nierówna, za długa, ale chwilami intrygująca płyta. Przy okazji, rzadka okazja artystyczna, by ewidentny samiec alfa - AvS dał się zdominować pyskatemu młodziakowi. Rekomendacja żółta (middle!), z lekką, prawie niewidoczną z daleka, podpórką zieloną (high!).

  
Evan Parker/ Mark Nauseef/ Toma Gouband  As The Wind (PSI Records, 2016)

Mam duży problem z najnowszą płytą Evana Parkera. Ale czy na pewno mówimy o jego płycie? Jak sam zeznaje, nagranie to powstało z myślą o autorskiej płycie Marka Nauseefa, zmyślnego perkusjonalisty, z którym Evan onegdaj popełnił pewną słabą płytę (także z udziałem Billa Laswella i Ikue Mori). Jednakże foniczny efekt spotkania tak dalece zachwycił saksofonistę, iż ten poprosił pozostałych muzyków, by wyrazili zgodę na wydanie tej płyty pod jego nazwiskiem. Cóż, jakkolwiek by tego nie oceniać, zdarzenie dość szczególne. Ale zostawmy te dywagacje.




Przed nami krążek As The Wind, nagrany przez Evana w towarzystwie dwóch perkusjonalistów, przy czym ten drugi, Tom Gouband gra na tzw. litofonach, innym słowy – na … kamieniach. Muzycy wyprodukowali te dźwięki w Kościele w Whitstable, w miejscu dobrze nam znanym, choćby z ostatniej jak dotąd, solowej płyty Parkera.

I jeszcze jeden problem – Evan uważa, że As The Wind, to jedno z najlepszych jego nagrań…

Evan gra tu wyłącznie na sopranie, czyni to pięknie, zmysłowo i w ten niepowtarzalny sposób, w jaki tylko on potrafi wydobywać dźwięki z najmniejszego z saksofonów. Uchyla nam doprawdy akustycznego nieba. Tylko, że poza tym faktem na płycie ... nie dzieje się nic. A to nie jest kolejna solowa płyta tego wyjątkowego muzyka. Zapomniałem dodać – jest kilka uderzeń w talerz, a także sporo uderzeń kamienia … o kamień. Chwilami czułem się w trakcie odsłuchu tej płyty, jak w … kościele, w trakcie oczekiwania na wyniesienie.

Chyba nie załapałem…. Rekomendacji nie będzie.


Roswell Rudd/ Jamie Saft/ Trevor Dunn/ Balázs Pándi  Strength & Power (RareNoise Records, 2016)

Kwartet z puzonem w roli instrumentu kluczowego, w formule dość swobodnej, jazzowej improwizacji, nie może nie cieszyć ucha waszego recenzenta. Zwłaszcza, że w ustach dzierży go niezwykle kompetentny muzyk, wieloletni filar sceny free New York City, Roswell Rudd.




Odnajdujemy na płycie Siła i Moc także kilka innych, pozytywnych wydarzeń. Tytuł sugerowałby mięsistą nawałnicę dźwięków, hałas i nikomu niepotrzebne przepięcia energetyczne. Jest dokładnie odwrotnie. Rasowy styl, umiejętne skalowanie emocji, wzajemne słuchanie się muzyków na poziomie adekwatnym do oczekiwań wymagającego odbiorcy, klasa i właściwe proporcje, tak akustyczne, jak i dramaturgiczne. Dodatkowo, już dawno nie mieliśmy okazji przekonać się, że Jamie Saft jest naprawdę doskonałym pianistą i żeby tego dowieść, w zupełności wystarczy mu akustyczny instrument. Ciekawie odnajduje się w tym imperialistycznym gronie węgierski drummer Pandi, który zwykł nas  upewniać swoją muzyką, iż bez odpowiedniego garnituru mięśni i rockowego sznytu nie da się dobrze grać w tej kategorii stylistycznej. A można, jak dowodzi ten naprawdę udany, studyjny incydent. Od poziomu kolegów nie odstaje Trevor Dunn, którego umiejętność trzymania rytmu i dozowania odpowiedniej dawki melodyjności w muzyce kwartetu, może w przyszłości doprowadzić go do statusu białego Williama Parkera muzyki improwizowanej. Na zielono (high!) !


Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Michael Bisio/ Whit Dickey  Soul (Leo Records, 2016)

Kolejny kwartet w składzie: instrument dęty plus pełna sekcji rytmiczna. Brazylijski rezydent Nowego Yorku kontra trzech rdzennych autochtonów, którzy na scenie free jazzu nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Sam Perelman ma dość bogaty i ponad 25-letni dorobek artystyczny, ale nie jest to muzyk, który ląduje w moich odtwarzaczach zbyt często (można nawet powiedzieć, że dzieje się to co najwyżej… raz na dekadę).




Dusza wszakże odpalona została przynajmniej kilkakrotnie i fakt ten – dla mnie osobiście – stanowi dowód, że to po prostu dobra, a nawet bardzo dobra płyta. Nic wielkiego nie odkrywa, raczej same oczywistości: Bisio & Dickey to sekcja klasy światowej, Perelman nie jest tytanem ekspresji i jego gry trzeba się nauczyć, ale kryje w sobie doprawdy spore pokłady jazzowego uroku, a Shipp – wiadomo, pianista free z natręctwami, ale za to z bagażem artystycznej wyobraźni, której może pozazdrościć mu reszta świata. Ten ostatni ewidentnie prowadzi tu grę (dziewięć fragmentów z tytułami, pod którymi demokratycznie podpisują się wszyscy muzycy), a że czyni to z mistrzowską precyzją, bez napotykania na mielizny i zwarcia bez przyczyny, całość smarujemy na zielono (high!) i obiecujemy częściej sięgać po płyty z personaliami tych Panów.


Okkyung Lee/ Bill Orcutt  Live At Cafe Oto (OTOroku, 2016)

Doskonale nam znana mała londyńska scena Café OTO, dokładnie rok temu, w te funeralne święto i dwoje muzyków. Amerykański, wywodzący się ze sceny punkrockowej, gitarzysta Bill Orcutt i ulubiona wiolonczelistka free improvisation po tamtej stronie wielkiej wody, czyli Okkyung Lee.




Winylowa płyta, z trudem przekraczająca trzydzieści minut i improwizacyjne zwarcie dwóch strunowców, w oparach kolektywnego hałasu (i wcale nie jest łatwo wskazać, który z muzyków jest tu przodownikiem!), tudzież kawalkady zgrzytów. Także szczypta zadumy dla odpoczynku w tak zwanym międzyczasie i nieco surrealistyczny klimat, osiągany ciekawymi próbami modulowania dźwięku, zwłaszcza po damskiej stronie tego udanego przedsięwzięcia artystycznego. Nagranie jest zbyt krótkie, by doszukać się w nim nietrafionego momentu, czy przegadanej frazy, zatem zostajemy przy rekomendacji zielonej (high!), choć z pewnością nie jest to krążek, który trafi na roczne resume płyt najbardziej doniosłych.


Elliott Sharp Aggregat  Dialectrical (Clean Feed Records, 2016)

Z ogromną przyjemnością wieszczę definitywny powrót Elliotta Sharpa do kręgu muzyków, którzy pozostają w optyce moich znaczących zainteresowań. Od zamierzchłych, acz schyłkowych lat 90. ubiegłego stulecia, minęło kilkanaście lat z okładem. A wtedy to właśnie, gitarzysta o nazwisku Sharp, człowiek trochę z innej bajki, uprawiający muzykę improwizowaną od strony rockowej awangardy (Carbon), czy elektronicznych poszukiwań intrygującego sztafażu rytmicznego (Tectonics), lubiący zabawę w komponowany materiał na kwartety smyczkowe (Xenocodex), rył mi beret kolejnymi doskonałymi krążkami i kierował zainteresowania muzyczne na tory całkiem niespodziewane.




Po latach eksperymentów z muzyką gitarową, kilka lat temu Elliott Sharp skutecznie sięgnął po instrumentarium dęte (saksofony i klarnety) i ujawnił światu trio Agreggat (z sekcją rytmiczną). Po roku formacja rozrosła się do kwintetu (puzon i trąbka, a na niej Nate Wooley!), by obecnie, po kolejnych trzech, przedstawić nam krążek Dialectrical (wszystkie wydane przez Clean Feed). Tym razem bez Wooleya, ale za to z wybornym zastępstwem (Taylor Ho Bynum!). Na puzonie ponownie Terry L. Greene II, zaś sekcja rytmiczna spersonalizowana w osobach Brada Jonesa (b) i Barry’ego Altschula (a jakże!). A zatem kwintet bez instrumentu harmonicznego, czyli to, co freejazzowe zwierzaki lubią najbardziej.

Bazą dla improwizacyjnych igraszek kwintetu są zmyślne, rytmicznie i dramaturgicznie, kompozycje Sharpa (jest ich siedem na krążku). Dostrzegam w nich zarówno doświadczenia płynące z muzyki tworzonej przez niego onegdaj, w oparciu o niebanalne formuły matematyczne (choćby taki… ciąg Fibonacciego), jak i niemały estetyczny balast, wynikający z obcowania z muzyką Anthony’ego Braxtona. Drapieżna, czupurna, zaczepna i budząca nieodpartą chęć na tak zwany ciąg dalszy jest muzyka dialektrykalna. Choć materiał kompozytorski nie pozostawia muzykom zbyt wielkiego pola manewru, a marszruty improwizacji są precyzyjnie nakreślone, dramaturgiczny spleen tego nagrania jest tak intensywny, że wstyd byłoby z tego faktu robić problem. Doskonałe! High!


Protean Reality  Protean Reality (Clean Feed Records, 2016)

Czas na wyłom pokoleniowy w dzisiejszej zbiorówce, przesyconej nadreprezentacją weteranów muzyki improwizowanej. Uwaga! Chris Pitsiokos – to nazwisko winniście natychmiast zapamiętać (o ile w bystrości swego zmysłu obserwacji, nie uczyniliście tego wcześniej). Amerykański saksofonista (zapewne o greckich korzeniach) nie ma w swym dorobku wielu płyt, no ale … ile płyt mieliście na koncie mając ledwie 26 lat? W ubiegłym roku wbił szpilę w nasze freejazzowe upodobania bardzo konkretnym triem pod własnym nazwiskiem i krążkiem Gordian Twine (New Atlantis Records). W tym roku nadciąga kolejnym, ekscytującym składem trzyosobowym, o nazwie własnej Protean Reality.




Za kompanów tej akurat muzycznej przygody ma dwóch Niemców, odpowiednio z Lipska i Drezna – Noaha Punkta (gitara basowa) i Philippa Scholtza (perkusja). Nagranie z tegoż Lipska, podane nam w trzech dynamicznych fragmentach opatrzonych tytułami, to godzinna petarda wymierzona w nasze przyzwyczajenia i uwielbienie sytuacji zastanej i nierozwojowej. Chris dzierży w dłoniach saksofon altowy i przez owe skromne sześćdziesiąt minut prawie nie wyjmuje go z ust. Jego brzmienie jest szorstkie, lekko kanciaste, smakuje odrobinę punkowo i jest ewidentnie agresywne. Takaż jest muzyka tria. Świetnie na basie radzi sobie pierwszy z Niemców, który obok zgrabnego i przykuwającego ucho, elektrycznego walkingu, potrafi wytrawnie pohałasować i jest to ten rodzaj ekscentrycznego plamienia przestrzeni akustycznej, który cenię i z którym lubię obcować. Pałker też robi wszystko w sposób nie budzący wątpliwości, co do warsztatu i wyobraźni. Intensywność gry całej trójki, ich zapał i brak estetycznych zahamowań, niechybnie prowadzi nas do silnie zielonej rekomendacji (high!).


I.P.A.  I Just Did Say Something (Cuneiform Records, 2016)

Po prawdzie nie mam zielonego pojęcia, co oznacza skrót stanowiący nazwę własną skandynawskiego kwintetu, ale w sumie ta wiedza nie jest mi w tej chwili do niczego potrzebna. I Just Did Say Something to, już bez cienia wątpliwości, trzecia płyta tego składu personalnego, w którym odnajdujemy doskonale nam znanych -  Magnusa Broo na trąbce, Ingebrigta Hakera Flatena na kontrabasie i Mattiasa Stahla na wibrafonie (ów dołącza do składu dopiero przy płycie najnowszej, a zatem dwie pierwsze ma na rozkładzie … kwartet). Do pięciu licząc, składu dopełniają: Atle Nymo na tenorze i klarnecie oraz Hakon Mjalset Johansen na perkusji.




Na płycie, popełnionej w okolicznościach studyjnych w Norwegii, odnajdujemy dziewięć kompozycji wszystkich członków kwintetu, przy czym w tej roli najbardziej pracowitym okazuje się saksofonista (cztery powody do tantiem autorskich). Muzyka jest zgrabnie podana, improwizacje są kompetentne, temperatura nagrania umiarkowana, a emocje rosną jedynie w skończonej liczbie przypadków. Dobry jazz środka – jeśli miałbym wskazać kierunek poszukiwań stylistycznych - jakiego wiele w muzyce z tamtego rejonu świata, gdzie każdy, kto żyw, bierze się za granie. I wcale nie chodzi o ten wszechogarniający chłód za oknem. Mecenat państwowy wspiera tam muzyków pewnie najskuteczniej na świecie, wstyd zatem byłoby nie skorzystać. Ciekawa alternatywa dla podobnego w klimatach (poniekąd personalnie) kwintetu Atomic. Ja obstaję przy pierwotnym kolorze żółtym (middle!), wszakże podpieram go zieloną nogą (high!), choćby z uwagi na fakt, iż naprawdę uroczo słucha się tej bezpretensjonalnej płyty.


Pauline Oliveros/ Roscoe Mitchell/ John Tilbury/ Wadada Leo Smith  Nessuno (I Dischi Di Angelica, 2016)

Nie będę liczył, ile w sumie lat mają muzycy odpowiedzialni za tę płytę, ale na pewno dziś w kategorii weteranów są niedoścignieni. Pauline Oliveiros, amerykańska akordeonistka, wywodząca się raczej z muzyki współczesnej i eksperymentalnej (cokolwiek to znaczy), zderza się tu – dość łagodnie, dodajmy – z trojgiem muzyków, których samo już wymawianie danych personalnych budzi u fanów muzyki improwizowanej przyspieszone bicie serca – Roscoe Mitchell! John Tilbury! Wadada Leo Smith!




Niestety ekscytacja ogranicza się do … czytania nazwisk. Godzinna okoliczność koncertowa sprzed 5 lat, z włoskiej Bolonii, jest przeraźliwie nudna, a poziom dawkowanych emocji graniczy z wartościami ujemnymi. O ile Tilbury, ekstremalny minimalista, w estetyce Oliveiros odnajduje się w trzy sekundy, o tyle dwaj pozostali, freejazzowi wyjadacze, po prawdzie, nie widzą, co mają ze sobą zrobić (efekt? prawie nic nie grają…). Być może jednak, znając, z jednej strony zapędy Roscoe w kierunku muzyki współczesnej, z drugiej zaś, obserwując przyrodnicze zainteresowania Wadady na jego ostatnich płytach, wszyscy na tym koncercie bawili się przednio. Ale nie ja. Daje żółte (middle!), jedynie z litości.


Black Bombaim & Peter Brötzmann  Black Bombaim & Peter Brötzmann (Shhpuma Records 2016)

No dobra, pohałasujmy! Na scenie rockowe trio z Portugalii, Black Bombain i ten, co się kulą nie kłania, weteran nad weteranami, saksofonowy demiurg z Wuppertalu, Peter Brötzmann. W sumie nic nie mam przeciwko tej płycie. Lubię dobry, konkretny, rockowy wypierd, wszak na takiej muzyce się wychowałem. Młodzi Portugale ciekawie rzeźbią na gitarach, lubią ten rodzaj psychodelii, ów specyficzny odczyn kwasowości, który sprawia, że takiej muzyki można słuchać w nieskończoność. Szorstki tembr tenoru Petera nawet dobrze się z tym tyglem rockowym żeni i przy okazji świetnie zastępuje w muzyce tria nieistniejący wokal.




Tylko błagam – nie sprzedawajcie tej muzyki pod egidą jazzu, czy muzyki improwizowanej. Po prostu nie wypada.

A rekomendacji nie będzie. Przedmiot owej wykracza poza skalę oceny.


Ellery Eskelin Trio  Willisau Live (Hat Hut Records, 2016)

Przyznaję otwarcie, iż o muzycznym istnieniu saksofonisty Ellery Eskelina po prostu zapomniałem. Ostatni raz z jego muzyką zetknąłem się jakieś 15-17 lat temu, gdy także w trio (z wyjątkową Andreą Parkins na akordeonie, pamiętacie?!) miał czelność popełnić kilka naprawdę frapujących płyt. Tenor Ellery’ego zawsze brzmiał konkretnie, Gerry Hemingway fajnie go oplatał celnym drummingiem, a Andrea snuła, trochę jakby obok nich, swoje surrealistyczne opowieści.




Teraz Eskelin niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, powraca. Perkusista bez zmian, a zamiast Andrei, Gary Versace na organach hammonda. Koncert z ubiegłorocznego Festiwalu w szwajcarskim Willisau.

Efekt na krążku? Jakby Eskelinowi ktoś odciął prąd. Snuje się po scenie, niczym wypłowiały lis, próbujący przypomnieć sobie gagi z młodości. Klawiszowiec udanie się do tego dostosowuje. Gra, jak na pogrzebie przypadkowego weterana polskiej muzyki dżezowej. A biedny Hemingway? Cóż może uczynić? Bębni….

Ponieważ nie mam w zakresie obowiązków sprzedaży tej płyty, nie muszę dalej silić się na pełnokrwiste opisy, uzasadniające czas poświęcony na słuchanie tego słabiutkiego nagrania. Daję czerwone i idę się zrelaksować…  (low!)



poniedziałek, 5 września 2016

Die Like A Dog – wersja trzyosobowa: reinkarnacja!


Ewidentnie duże wydarzenie fonograficzne na scenie freejazzowej! Po blisko piętnastu latach milczenia powraca wyjątkowa formacja Die Like A Dog!

Wnikliwi biografowie Petera Brötzmanna doskonale pamiętają, iż na progu lat 90. ubiegłego stulecia wraz z trójką niebywałych muzyków, berlińskim koncertem w Townhall Charlottenburg, dał początek formacji Die Like A Dog Quartet.

Kwartetów w życiu muzycznym 75-letniego dziś saksofonisty było oczywiście tak wiele, że serwery dźwigające zasoby informatyczne Trybuny nie zdołałyby pomieścić ich opisu. Wszakże taki kwartet był tylko jeden.

Przypomnijmy sobie głównych jego aktorów: na zmutowanej i silnie amplifikowanej trąbce Toshinori Kondo, facet z bogatym doświadczeniem, zarówno na polu free improv, jak i … transowej, niemal jazz-rockowej muzyki z obsesyjnym rytmem; na kontrabasie jedyny i niepowtarzalny William Parker; na perkusji i instrumentach perkusyjnych, też postać ekstremalnie nietuzinkowa – Hamid Drake (z doświadczeniami podobnymi, jak japoński trębacz); dopełnieniem Zdechłego Psa - Peter Brötzmann na saksofonach, klarnetach i tarogato.

We wspomnianych latach 90. kwartet okazjonalnie koncertuje, a światu za pośrednictwem niemieckiego labelu FMP, dostarcza wyjątkowe krążki, które w mojej ocenie konstytuują śmiałą tezę, iż są swoistym opus magnum każdego z w/w muzyków.

Przypomnijmy ich tytuły: Fragments Of Music, Life And Death Of Albert Ayler (1994), Little Birds Have Fast Hearts No.1 (1998) i No.2 (1999), Aoyama Crows (2002). Kwartet z lekką korektą w składzie (Roy Campbell za Kondo) nagrywa dla Eremite Records krążek From Valley To Valley (1999). Od blisko dekady dostępny jest także czteropłytowy box, kompilujący wszystkie rejestracje dla FMP, pod oczywistym tytułem The Complete FMP Recordings (Jazzwerkstatt, 2007). Już w bieżącej dekadzie dyskografia Die Like A Dog poszerzyła się o koncert z roku 1994, wydany pod tytułem Close Up (2011), jako samoistna część dwunastopłytowego, urodzinowego wydawnictwa Free Music Production.

W nowym wieku nazwa Die Like A Dog niestety już się nie pojawia. Jednak w roku 2003 wpada w nasze upocone dłonie podwójny krążek tria Brötzmann/ Parker/ Drake, który zwykło się określać mianem Die Like A Dog Trio, czyli zespołem okrojonym o nieobecnego Toshinori Kondo. Płyta Never Too Late But Always Too Early (Eremite, 2003) dedykowana została pamięci właśnie co zmarłego Petera Kowalda. Na tym ta historia w zasadzie zamykałaby się, gdyby nie…. najnowsze dziecię londyńskiej inicjatywy klubowej Cafe Oto i wydawniczej OtoROKU!




Otóż na końcowe dni stycznia roku ubiegłego, bystrzy Londyńczycy zakontraktowali na trzy wieczory trio Brötzmann/ Parker/ Drake! Koncerty w małej klubowej salce odbyły się przy nadkomplecie publiczności. Zostały one skrzętnie zarejestrowane i latem tego roku udostępnione rzeszy złaknionych fanów Die Like A Dog, pod wszystko mówiącym tytułem Song Sentimentale (Otoroku, 2016).

Muzyka trafia do nas zarówno w formacie CD, jak i winylowym. Od razu zaznaczam, iż materiał zamieszczony na obu nośnikach jest różny, zatem jeśli chcemy posiadać pełną dokumentację ubiegłorocznych koncertów trio w Londynie, winniśmy nabyć zarówno kompakt, jak i czarny krążek (co nie będzie łatwe, bo póki co, nakład CD jest już wyczerpany….). Nośnik cyfrowy pomieścił trzy fragmenty, trwające 70 minut, zaś analogowy – dwa, o łącznej długości ponad 40 minut.

Dwa słowa o instrumentarium muzyków. Peter gra, jak to ma w zwyczaju od wielu lat, na saksofonie tenorowym, klarnecie i tarogato. William, poza kontrabasem chwyta w dłonie także inne, nieco egzotyczne instrumenty, takie jak guimbri, shakuhachi i shenai (są to instrumenty strunowe i dęte). Hamid natomiast, poza perkusją, jak to ma w zwyczaju korzysta także z dużego bębna frame drum (na którym gra … rękoma) i używa także głosu.

Po tym zalewie faktów, czas najwyższy odpowiedzieć na proste pytanie: co sprawia, że muzyka Brötzmanna w towarzystwie Parkera i Drake’a jest taka wyjątkowa?




Po prawdzie od wielu już lat niemiecki muzyk niczym nas nie zaskakuje. Jego arsenał środków stylistycznych, instrumentarium, czy pomysł na prowadzenie równie dynamicznych, co nostalgicznych improwizacji nie ulega zmianie. Osobiście, niejednokrotnie pisząc ostatnimi czasy o nowościach płytowych z jego udziałem, bez skrępowania marudziłem i nie popadałem w nadmierną ekstazę. A jednak, gdy do mojego odtwarzacza wpadła Sentymentalna Pieśń, serce od razu silniej zabiło.

Szorstka, niedelikatna, momentami nawet hałaśliwa stylistyka muzyki Petera (choć potrafi być naprawdę melodyjna) świetnie odnajduje się na tle tego, co robi i potrafi robić na scenie niebywała, czarna sekcja rytmiczna Parker-Drake. Po pierwsze, nasycają oni muzykę tria … wyjątkową melodyką i ekspresyjnym wręcz dynamizmem. Najbardziej karkołomne zawijasy improwizacyjne i nagłe zwroty akcji, konstruowane są w oparciu o głęboko zakorzenioną melodię, rytm i śpiewność, płynącą ze wszystkich instrumentów, jakie dostają się w ręce Williama i Hamida (w jego przypadku także głosu, mantrycznego zaśpiewu). Z drugiej strony, rozbudowane o elementy egzotyczne, wręcz plemienne instrumentarium, nadaje muzyce całej trójki niebywałą lekkość i oniryczną wręcz aurę. Potrafi stanowić uroczy kontrapunkt dla najbardziej nawet ekstremalnych fragmentów free, których przecież nie brakuje w muzyce Petera. Całość płynie nieprzerwanym potokiem dźwięków, a muzycy i słuchacze pozostają w stanie konstruktywnego i kojącego każdy ból egzystencji, medytacyjnego wręcz transu. Gdy muzycy funkcjonowali dwie dekady temu w kwartecie, trąbka Kondo jeszcze bardziej wzmacniała elementy, o których tu wspominam.




Zatem z ogromną przyjemnością anonsuję nową płytę Die Like a Dog (choć ta nazwa nie pada w przypadku tego wydawnictwa) i gorąco zachęcam do powrotu do muzycznej lektury dokonań kwartetu, którego płyty są na szczęście stosunkowo łatwo dostępne (choćby ów czteropak Jazzwerkstatt).

Jeśli już to wszystko, premierowo lub na powrót odsłuchacie, a będzie Wam mało, nieśmiało przypominam, iż dyskografia kwartetu i tria ma też skromne uzupełnienia… duetowe. Myślę tu o krążkach Brötzmanna i Drake’a. Były, jak dotąd, trzy takie wydawnictwa. Koncert z roku 1994 ukazał się pod tytułem The Dried Rat-Dog (Okka Disk, 1995). Nagranie z roku 2004 trafiło do nas jako Brötzmann/ Drake (BRO, 2010), zaś rejestracja nowojorska z czasów nam już jak najbardziej współczesnych, z roku 2010, dostępna jest na podwójnym winylu Solid and Spirit (Nero’s Neptune, 2013). Ja – być może z powodów sentymentalnych – szczególnie cenię sobie to pierwsze nagranie (bo i pies w tytule!)


poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.