Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyshawn Sorey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyshawn Sorey. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2026

Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans play Comprehensive!


Zebrać na Brooklynie trzech wyśmienitych instrumentalistów i stworzyć z nich impro supergrupę nie jest aż tak trudne, biorąc pod uwagę populację miasta, tym bardziej liczbę muzyków, która na powyższe miano zasługuje.

Zatem lądujemy w jednym z tamtejszych studiów nagraniowych i zasłuchujemy się w godzinnej porcji soczystych improwizacji, dla których bazą jest open jazz, ale które wszelkie notyfikacje gatunkowe mają za nic, jak to zwykle bywa w przypadku muzyki naznaczonej piętnem wysokiej jakości.

Panie i Panowie, Joe Morris na kontrabasie, Tyshawn Sorey na perkusji i Peter Evans na trąbce!

  


Pierwsza improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut. Od startu płynie w pełni kolektywnym strumieniem open jazzu – twardy drive basu, rozhuśtane frazy trąbki i ogarniający całość aktywny drumming. Muzycy frazują całkiem intensywnie, bardzo swobodnie, ale wydają się mieć wszystko pod pełną kontrolą. Prawdziwy bukiet wspaniałości rozpościerają przed nami w bardziej kameralnych interludiach. Bazując na smyczku kreują intrygujące, niekiedy gęste interakcje. Szczególnie udane wydaje się zakończenie utworu, gdy po upływie kwadransa muzycy znów zasadzają się na kameralnie brzmiącym smyczku i wkraczają do krainy mroku,  szyjąc długie, posuwiste frazy.

Kolejne trzy improwizacje trwają po kilkanaście minut, każdorazowo wyposażone w spokojne, wystudzone introdukcje. Najpierw klecą balladę, która łapie rytm i efektownie, na etapie rozwinięcia, popada w galop. Trębaczowi nie brakuje tu melodyki, a kontrabasiście narracyjnej różnorodności. Ale mistrzem polowania jest perkusista, który w drugiej fazie utworu gna na załamanie karku, frazując niemal punkowym 2stetem!

Trzecią improwizację otwierają szczoteczkowe frazy, rytm basu i dęta melodia. Tu narracja zdaje się być ulotnym walczykiem, który z czasem nabiera mocy i znów bardzo konkretnej dynamiki. Artyści śmiało osiągają free jazzowy poziom intensywności, a potem, na tylko trochę studzącym emocje smyczku, ślą nam kolejne porcje brzmieniowych wspaniałości. Brawura towarzyszy im do ostatniego dźwięku.

Finałowa improwizacja, to z kolei ocean preparowanych fonii, zwłaszcza w jej początkowej fazie. Coś rezonuje na werblu, dygocze pod trębackimi wentylami, na gryfie kontrabasu skrzypi i jęczy. Muzycy po raz kolejny odnajdują jednak melodię i rytm, a swój spektakl kończą w definitywnie post-jazzowym nastroju.


Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans Comprehensive (FSR Records, CD 2025). Joe Morris – kontrabas, Tyshawn Sorey – perkusja oraz Peter Evans – trąbka, także w wersji piccolo. Nagrane w The Bunker Studio, Brooklyn, New York, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 58 minut.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

 

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Barrett! Morris! Sorey! Cowboy Transfiguration!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowana


Jednym z ciekawszych wątków ostatniej rozmowy, jaką przeprowadziłem z Agusti Fernandezem, było podkreślenie przez muzyka roli, jaką postrzega dla siebie w zakresie wspierania i promowania młodych adeptów trudnej sztuki uprawiania muzyki niszowej, w tym zwłaszcza improwizowanej. Katalończyk czyni to od pewnego czasu dość konsekwentnie, czego dowodem niech będą płyty Nurri Andorry, Alexa Reviriego czy Yasmine Azaiez, wydane w jego wydawnictwie Sirulita.

Zdaje się, że podobną optykę myślenia o przyszłości gatunku reprezentuje amerykański gitarzysta Joe Morris. Oto bowiem Fundacja Słuchaj, niemalże w tym samym momencie, wydała dwie płyty młodych, bardzo obiecujących improwizatorów, nagrane wspólnie z Morrisem. Jedną z nich jest duet (w kilku fragmentach trio) z tubistą Benem Stappem (Mind Creature Sound Dasein), drugą trio z kontrabasistą i wiolonczelistą Bradem Barrettem. W obu przypadkach inicjatorami i postaciami wiodącym są tu młodzi muzycy, których świetną improwizacją wspiera muzyk dalece bardziej od nich doświadczony. Dziś pochylmy się nad drugim z przywołanych przypadków.




Na płycie Cowboy Transfiguration młody kontrabasista nie tylko wspierany jest przez gitarzystę, ale także przez równie już utytułowanego muzyka, perkusistę Tyshawna Soreya. Pięć improwizacji  - jak twierdzi Barrett – zrealizowanych zostało pewną specyficzną metodą, którą moglibyśmy określić jako coś na kształt real time composing, gdzie bazą wszelkich procesów twórczych są przede wszystkim wzajemne interakcje pomiędzy muzykami. W rozbudowanym liner notes samego muzyka pada też określenie moment to moment interactions. Całość nagrania trwa 53 minuty i 1 sekundę.

Początek płyty, to niespełna 5-minutowa, jazzowa introdukcja z dużą ilością kreatywnych pomysłów, gitara, która płynie łagodnym strumieniem, kontrabas traktowany pizzicato, brzmiący delikatnie i powiewnie (może to wiolonczela?), wreszcie skupiony, bardzo precyzyjny drumming. Narracja szyta zwartym, gęstym ściegiem, nastawiona na interakcje, budowana spokojnie, z dbałości o niuanse brzmieniowe.

Opowieść kolejna składa się z dwóch części, połączonych ze sobą bez konieczności pauzy na krążku. Każdy z muzyków kreuje tu jakby swoją historię, każda z nich jest filigranowa, wręcz molekularna, precyzyjna, pozbawiona niepotrzebnych zdobień. Wszystkie one jednak moją płaszczyznę wspólną, która czyni całość dalece intrygującą. Mimo dużego nasycenia dźwiękami, kipiącego pomyślunku ze strony każdego z muzyków, improwizacji tej słucha się wyśmienicie – brzmienie jest czyste, selektywne, zatem zachwycać się możemy każdym muzykiem z osobna, jak i kompulsywną całością. Piąta minuta przynosi nam pierwsze wyraźne spiętrzenie – najpierw na czoło wystawia się kontrabas, tuż potem perkusja. Gdy do akcji powraca gitara, trak na płycie przyjmuje wartość „3”. Morris w komentarzu napotyka na smyczek i szczoteczki. Nastrój zadumy mija dość szybko, a trio wchodzi w stadium zmyślnej dynamizacji. Trzy strumienie bystrej improwizacji lejące się wspólnym korytem – wszystko zaś czynione z kocią zwinnością i tygrysimi pazurami wzniesionymi ku górze. Adept u boku mistrzów – płynąc smykiem po wiolonczeli (?) - zbiera imponujące plony!

Czwarta opowieść, to wiolonczela, która buduje klimat otwarcia. Pizzicato i arco, what ever you want! Barrett buduje z tego gigantyczne solo! W tle barwne tekstury Soreya wzmacniają efekt dramaturgiczny. Morris wchodzi do gry dopiero w 4 minucie. Delikatnie imituje zachowania wiolonczeli, a w powietrzu unosi się zapach klasyki … brytyjskiego free improv! Opowieść lekka, zwiewna, powabna, pełna konsekwencji i artystycznej transcendencji. Bailey i Stevens biją brawo zza kurtyny innej rzeczywistości. Po 10 minucie instrumenty strunowe budują przestrzeń dla perkusji, ta zaś wpada w kipiel godną każdej porcji zachwytu recenzenta. Po komentarzu wiolonczeli, całe trio wrzuca drugi bieg. Pod koniec zaś najpierw zmysłowe solo Barretta, potem doskonały passus Morrisa.

Piąta, ostatnia historia, zaczyna się kolektywnie, ale znów tkana jest delikatnie, niemal kobiecą ręką. Kontrabas przypomina wiolonczelę, choć płynie o kilka stopni niżej. Bez chwili przestoju, zawahania, podejmując tylko dobre decyzje, muzycy niczym Król Midas zamieniają każdy dźwięk w złoto. Solo kontrabasu, przy wsparciu perkusji, potem solo gitary z podpowiedziami smyczka. Barok wypchany sterydami puka do bram nieba! Moc kreacji nie opuszcza muzyków do ostatniego dźwięku. Akcja goni akcję, uroda chwili eksploduje – talerze w rezonansie, zaduma na gryfie gitary, szybki smyczek pomiędzy strunami kontrabasu, plamy perkusji, zadziorne frazy gitary. Jaka szkoda, że ta opowieść musi się kiedyś skończyć.