Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sture Ericson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sture Ericson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

piątek, 17 listopada 2023

Ericson, Klapper & Fite ask How Could This Not Be Justice!


Pokłady jakości i kreatywności skandynawskiej muzyki improwizowanej zdają się być nieskończone. Szczególnie wtedy, gdy zetkniemy je z bezkresem elektroakustycznych igraszek dźwiękowych pewnego Czecha.

Zapraszamy na swobodnie improwizowane spotkanie doświadczonych w bojach artystów, saksofonisty Sture Ericsona i multiinstrumentalisty Martina Klappera, z aspirującym gitarzystą Niklasem Fite, bezczelnym młodziakiem, który z każdej z dotychczas nam znanych rywalizacji wychodził obronną ręką. Nie inaczej jest w wypadku pewnego kopenhaskiego nagrania sprzed czterech lat.



 

Muzycy od samego początku wiedzą, czym chcą nas uraczyć tego wieczoru. Brudny, ale rozśpiewany saksofon, mała gitara kreśląca pętle i posadowiona po środku nich wielodźwiękowa magma elektroakustycznych zdarzeń. Improwizacja dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, pełna jest chropowatych, syntetycznie brzmiących fonii, ale także akustycznych subtelności, szczególnie ze strony gitarzysty, który lubi operować drobiazgami. Warto zauważyć, iż w sytuacjach bardziej stonowanych opowieść wydaje się jeszcze ciekawsza. W połowie ponad piętnastominutowej narracji artyści zaczynają stawiać na dźwięki preparowane i opowieść robi się jeszcze bardziej pikantna, po części mroczna, niekiedy dość nerwowa. Na koniec tej odsłony muzycy podnoszą dynamikę, ale frazują bardziej filigranowo.

Druga improwizacja domyka pierwsza stronę winyla, trwa zatem niewiele ponad sześć minut. Pojawia się w niej saksofon sopranowy i plejady drobnych post-dźwięków. Elektroakustyka płynie tu szerokim korytem, ale pozostaje dość subtelna. Gitara zdaje się szukać inspiracji we frazach post-klasycznych, a cała improwizacja bywa ulotna, delikatna, nasycona wielobarwnymi, wyjątkowo urokliwymi preparacjami.

Rewers czarnego krążka także składa się z dwóch części, tym razem zbliżonych do siebie czasem trwania. Pierwsza z nich od startu jest gęsta, masywna, niekiedy wręcz post-industrialna. Mechanika narzędzi, półdronowe westchnienia i struny rozciągane na gryfie gitary, być może także banjo. Narracja nabiera emocji, bywa incydentalnie krzykliwa, ale zdaje się być precyzyjnie udramatyzowana. Na żylaste frazy saksofonu i stołu elektroakustycznych cudactw, gitara odpowiada dysonującą delikatnością. Chybotliwa opowieść na sam koniec nabiera niemal free jazzowej intensywności.

Finałowa improwizacja zaczyna się od drobiazgów, podobnie jak część druga albumu. Szumy i szmery, małe, rezonujące frazy, półdźwięki i bolesne westchnienia. Improwizacja po paru leniwych pętlach zmyślnie nabiera tu dynamiki. Pewna ulotna melodyka Ericsona, precyzja w każdym ruchu Fite’a i dużo zabawnych akcji ze strony Klappera, to jej elementy składowe. Artyści znów sięgają garściami po preparacje, pojawiają się akcenty percussion ze strony gitarzysty. Zmiana goni tu zmianę – dubowe echa, rezonujące struny, post-jazzowe, dęte zdobienia. Ostatnia prosta doskonale reasumuje cały album, jest nawet odrobinę hałaśliwa.


Ericson/ Klapper/ Fite How Could This Not Be Justice? (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2023). Sture Ericson – saksofony, Niklas Fite - gitara, banjo oraz Martin Klapper – obiekty amplifikowane, zabawki. Nagrane w RMC, Kopenhaga, marzec 2019 roku. Cztery improwizacje, 42 minuty.



 

piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

środa, 8 lutego 2023

Wrong Dials, Bauer & Glass oraz Kavekanem, czyli spontaniczny luty w poznańskim Dragonie!


(informacja prasowa)

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na kolejne spotkania z muzyką improwizowaną, realizowane w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. W lutym na deskach klubowych pojawią się muzycy dalece różnych proweniencji. Do naszych uszu wleje się elektronika w wydaniu krajowym, performatywna elektroakustyka z Berlina oraz definitywnie swobodna akustyka ze Skandynawii.

W najbliższy czwartek 9 lutego odbędzie się pierwsze z zapowiadanych spontanicznych spotkań, które w porównaniu do ostatnich koncertów cyklu przeniesie nas na drugi biegun muzyki improwizowanej. Skupimy się tym razem na improwizacji samej w sobie, nie koncertując się na narzędziach (instrumentach), lecz na procesie i efekcie końcowym. Podczas długiego dragonowego wieczoru wysłuchamy dwóch setów w wykonaniu przedstawicieli młodej sceny europejskiej improwizacji i awangardy.



Pierwszym czwartkowym artystą będzie Mateusz Rosiński, którego twórczość solowa skrywana jest pod pseudonimem Wrong Dials. Muzyk w swoich poczynaniach dźwiękowych, do których wykorzystuje szeroko rozumianą elektronikę, zorientowany jest głównie na improwizację, jednak nie stroni też od działań konceptualnych, to zwolennik pracy zgodnie z zasadą „minimum formy – maksimum treści”. Rosiński współtworzy szczecińsko-gorzowskie trio Dynasonic oraz kilka innych kooperacji. Jest również twórcą muzyki do spektakli i wystaw artystycznych.

W drugim secie wieczoru pojawi się Eric Bauer, którego mieliśmy okazje gościć podczas ostatniej edycji „Spontaneous Music Festival”. Niemiec tym razem improwizował będzie w towarzystwie swojego rówieśnika Maximiliana Glassa. Duetowa kreacja Glassa i Bauera opiera się na eksploracji fonicznej pomieszczenia, w którym odbywa się spektakl i wykorzystywaniu znajdujących się w nim przedmiotów. Podejścia akustyczne wahają się między „wyzwalaniem” ręcznym, a mechanicznym – od łuków, patyczków szaszłykowych aż po małe silniczki – wszystko może stać się tu narzędziem pracy improwizatora. Poprzez używanie/ nieużywanie puszek, dzwonków, telefonu i innych przedmiotów codziennego użytku wytwarza się tymczasowa, ale i nowa koncepcja rzeczywistości. Artyści budują i niszczą podtrzymując sam proces kreacji przy życiu.

 

SLS VOL. 39: Wrong Dials (Mateusz Rosiński) / Eric Bauer & Maximilian Glass

9 luty 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godz.20.00.

Bilety są już dostępne on-line: https://www.kupbilecik.pl/imprezy/91410/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/

A tu dostępne są dźwięki samych artystów:

https://hisscollective.bandcamp.com/releases

https://ericbauer.bandcamp.com/album/pakete

 



W czwarty piątek bieżącego miesiąca, tj. dokładnie 24 lutego, do Dragona zawita trójka muzyków ze Skandynawii - pianistka Margaux Oswald, perkusista Håkon Berre i saksofonista Sture Ericson. Tworzą oni międzynarodową grupę Kavekanem, a ich korzenie sięgają odpowiednio Szwajcarii, Norwegii, Szwecji i ich wspólnego domu - Kopenhagi.

Na koncert tej trójki improwizatorów czekaliśmy wyjątkowo długo. Termin wydarzenia był przekładany kilkukrotnie, a powodem wcale nie były względy pandemiczne, a raczej organizacyjne i logistyczne. Ale w końcu do nas dotrą! Perkusistę i saksofonistę gościliśmy w Dragonie wielokrotnie, za każdym razem ich występ stawiał nas do pionu. Czy było to trio z kontrabasistą Johannesem Nästesjö czy gitarzystą Henrikiem Olssonem, zawsze kończyliśmy go z wypiekami na twarzy. Dziś Norweg i Szwed przybędą do nas w towarzystwie szwajcarskiej pianistki, dla której będzie to nie tylko pierwszy występ na scenie Dragona, ale także w Polsce!

Sami artyści wyjątkowo udanie opisują muzykę i cele, jakie realizują w ramach tria, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak oddać im glos.

Nazwa zespołu pochodzi z łaciny i oznacza „Strzeż się psa”. Ale jakiego psa możemy się spodziewać słuchając tego zespołu? Russel teriera? Berneńskiego psa pasterskiego? Może spaniela Cavalier King Charles, albo korgi Pembroke Welsh? Tak jak etykieta „Dog” zawiera dużą liczbę wariacji na temat psiej formy, o różnych kształtach, rozmiarach, kolorach i osobowościach, tak sama muzyka kryjąca się pod nazwą Kavekanem jest wieloraka w swojej dźwiękowej tożsamości. Swobodnie improwizowana, ale zachowująca silne poczucie formy i celu, do którego zdąża - począwszy od delikatnych, subtelnych i lirycznych fraz, po hałaśliwe i niepohamowane, wysokooktanowe podmuchy energii, które przypominają wielkich przedstawicieli free jazzu lat 60. I późniejszych. Czerpiąc zarówno z wyczucia niuansów, jak i detali brytyjskiego środowiska swobodnej improwizacji, a także czerpiąc z tętniącej życiem undergroundowej sceny muzycznej w Kopenhadze, ta międzynarodowa formacja stanowi przykład nowoczesnego, swobodnie improwizującego małego zespołu - zakorzenionego w przeszłości (przeszłościach) i z pewnością skierowanego ku przyszłości muzyki improwizowanej.

 

SLS VOL. 40: Kavekanem (Oswald, Berre, Ericson)

Margaux Oswald - fortepian

Håkon Berre - perkusja

Sture Ericson – saksofony

24 luty, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godz. 20.00.

 

Bilety będą dostępne niebawem, a dźwięki tria już teraz:

https://soundcloud.com/user-773440591/sets/margaux/s-9jVwzaOeoqB

 

piątek, 1 lipca 2022

Sture Ericson, Pat Thomas & Raymond Strid as Bagman Live at Cafe Oto!


W londyńskim Cafe Oto lądujemy w pięknych czasach przedpandemicznych, u progu ciepłej jesieni, niemal trzy lata temu. Na małej, klubowej scenie dostrzegamy sylwetki trzech muzyków – dwóch Szwedów i jednego Brytyjczyka. Znamy się dobrze od lat, widzieliśmy się kilka razy, z niektórymi także na żywo. Każdy z nich śmiało może sobie przykleić etykietkę weterana free jazzu, a zwłaszcza swobodnej improwizacji. Sture zagra na dwóch saksofonach, ale nie jednocześnie, Raymond zajmie się drummingiem i akcesoriami bogatego zestawu percussions, a Pat zasiądzie za klawiaturą fortepianu, obok którego będzie miał umieszczone drobne urządzenie elektroniczne, wspierające go w niektórych momentach koncertu delikatnym ambientem, tudzież skromną porcją szumów. Panowie postanawiają, iż zajmą nam swoimi improwizacjami niewiele ponad trzy kwadranse.

 


Pierwsze dźwięki koncertu moszczą się jeszcze w ciszy, jaka zaległa w klubie po wielce prawdopodobnym anonsie, iż to już teraz. Echo, oddechy, mikro preparacje, drżący talerz i odgłosy pojedynczych klawiszy piana. W tle sączy się delikatna poświata ambientu. Moc skupienia w plejadzie subtelności. Po kilku minutach owej zabawy wstępnej muzycy zgrabnie dosiadają free jazzowego rumaka i z gracją ruszają na pierwszą przebieżkę. Zdecydowane, całkiem zadziorne frazy przedzielane są tu jeszcze drobnymi interwałami zadumy i refleksyjnego suspensu. Zauważmy, iż kameralny posmak dobrze robi pierwszym próbom bardziej ekspresyjnych zachowań. Oto zrównoważony, nieco rozhuśtany free jazz bez galopady, konstruowany na filigranowym, ale już dalece dynamicznym drummingu.

Druga opowieść jest nieco krótsza, od startu jej szlak rysuje agresywny step piana i saksofonowe pokrzykiwania. Mocne tempo, ale znów dyktowane delikatną, zmysłową perkusją. Ekspresja syci tu każdy dźwięk, ale narracja toczy się w dalece zdyscyplinowany sposób, z dobrze konstruowanym dramaturgicznym zamysłem. Choć zdaje się, że za sznurki najczęściej pociąga tu pianista, poziom kreatywności obu Szwedów uznać należy za bardzo wysoki. W trakcie tego odcinka przygód naszych dzielnych improwizatorów odnotujmy jeszcze incydent duetowy piano-drums, budowany przez obu artystów z dużą rozwagą.

Kolejną część rozpoczyna perkusjonalne intro. Po kilku chwilach pod ów dalece wysublimowany flow podczepia się post-ragtime’owe piano i saksofon, przy czym oba instrumenty zdają się być splątane takim samym melodycznym powrozem. Ciepły w swej początkowej fazie kind of free jazz nabiera rumieńców. Muzycy brną we free jazzową gęstwinę, wciąż wszakże mają wszystko pod kontrolą. I znów dużo subtelności serwuje nam drummer! W połowie kilkunastominutowej improwizacji narracja efektownie wyhamowuje. Pojedyncze, refleksyjne dźwięki klawiszy, trochę melodyjności i szumów kreuje tu dogodną sytuację dla solowej ekspozycji pianisty. Zwinne palce i temperatura, jaka rośnie na klawiaturze, z każdą sekundą budują jej jakość. Saksofon (tu już sopranowy) odradza się zwinnymi preparacjami, a na werblu dzieje się dużo bardzo efektownych rzeczy. Piano też preparuje, a po podłodze snują się strumienie ambientowego dymu. Finał jest mroczny, tylko pozornie spokojny.

Czwarta, ostatnia już opowieść wybucha plejadą short-cuts ze strony piana i saksofonu. Z drobiazgów rodzi się tu rytm, któremu towarzyszy wspólna inicjatywa pójścia na całość. Perkusja wchodzi na gotowe i jeszcze stymuluje dynamikę przedsięwzięcia. Piano trzyma jednak wszystko pod kontrolą i świetnie dawkuje zarówno plastry mocy, ale i pasma refleksji. Improwizacja ma tu kilka faz – najpierw tworzy ją duet saksofonu i perkusji (z ambientem w tle!), potem rozbudowana sekwencja subtelnych preparacji z każdej strony, dalej aktywna, niemal jazzowa partycja i wreszcie, na samo zakończenie, porcja mglistych, balladowych smutków. Narracja gaśnie w strumieniu tajemniczego echa.

 

Sture Ericson, Pat Thomas, Raymond Strid Bagman Live at Cafe Oto (577 Records, CD 2022). Sture Ericson – saksofon tenorowy i sopranowy, Pat Thomas – fortepian i elektronika oraz Raymond Strid – perkusja. Koncert zarejestrowany w Londynie, w klubie Cafe Oto, 22 września 2019 roku. Cztery improwizacje, 46 i pół minuty.

 

wtorek, 23 listopada 2021

Ytterlandet from 66°33′48.7″ N!


Jeśli cyfry zawarte w tytule dzisiejszej opowieści wpiszemy w dowolne urządzenie nawigujące, poprowadzi nas ono bezpośrednio pod koło podbiegunowe północne. Jeśli chcemy posłuchać dźwięków, jakie trzech Skandynawów zarejestrowało u progu tegorocznego lata i opatrzyło takim właśnie cyfrowym tytułem, wystarczy wrzucić srebrny dysk do odtwarzacza lub banalnie kliknąć w kafel znajdujący się na bandcampowej stronie wydawcy płyty!

Podróże polarne i słuchanie muzyki improwizowanej nie mają być może wiele elementów wspólnych, ale z pewnością obie te czynności przypisywane bywają ludziom szalonym! Tak przynajmniej twierdzą ci, który nie lubią podróży lub/i ich percepcja muzyki ogranicza się do akceptowania jedynie fraz granych w metrum 4/4.

A dla całej reszty – Ytterlandet! Trio zagrało w listopadzie br. dwa koncerty w Polsce i dostarczyło fantastyczną płytę o tytule stanowiącym parametry geograficzne koła podbiegunowego północnego! Koncert w poznańskim Dragonie dość zgodnie określony został mianem wydarzenia roku, sama zaś płyta zdaje się zasługiwać na równie efektowny poklask! Zatem bez zbędnej zwłoki oddajemy się w ręce dwóch Szwedów i jednego Norwega, którzy w duńskich okolicznościach przyrody naparzyli nam wyjątkowy napój! Welcome!

 


Drobne, urywane frazy, przypominające gazetowe ścinki, od startu tej opowieści lepią się do siebie, niczym plastry miodu, konweniują ze sobą, budują szklaną pajęczynę nierozerwalnych połączeń dźwiękowych. Na lewym skrzydle posadowiony jest nieco skonfundowany, ironiczny saksofon, środkiem płyną perkusjonalia złożone z tysiąca mikroskopijnych elementów, które w każdej sytuacji zdolne są pokazać zupełnie inne oblicze, wreszcie na skrzydle prawym gitara z niewielkim prądem, tworząca narrację poza wszelkimi podziałami gatunkowymi – zna rocka, ceni jazz, ale nade wszystko kocha swobodną improwizację! Całość z każdą sekundą swojego życia nabiera mocy, intensywności, pozostając wszakże lekką, zwiewną, nieklasyfikowalną plejadą zdarzeń fonicznych. To taniec pijanych na szkle, radosne pląsy beztroskich małolatów, których stać na prawdziwie szelmowskie uśmiechy. Pierwsze dźwięki drugiej improwizacji wydają się być wytargane z samego jądra ciszy. Nano frazy instrumentu dętego, źdźbła perkusyjnych krawędzi, niezauważalne strużki fonii wprost z gitarowych strun. Narracja przypomina delikatnie tłuczone szkło, które w małym zakładzie szlifierskim spada na obrzeża zepsutej sprężarki powietrza, w tle której wirują opiłki metalu o nieznanych właściwościach. Tu pajęczyna zdaje się być jeszcze bardziej misterna. Dźwięki dochodzące z trzech, może czterech, czy nawet pięciu ośrodków dowodzenia bez trudu lepią się w jeden strumień życia. A na sam koniec wszystko pachnie rockiem!

Trzecią opowieść otwiera nostalgiczny saksofon. Obok kłębi się mała gitara, która pachnie post-jazzem. Perkusja wchodzi do gry po pewnym czasie i szyje bardziej dynamiczną dramaturgię, zaprasza na ludyczny taniec nieoczywistych skojarzeń. Jesteśmy na karuzeli, pełnej różowych huśtawek. Królem tej części polowania wydaje się być drummer, który rozsiewa zarazki, by po chwili zbierać obfite plony dźwiękowej infekcji. Muzycy reagują na siebie, jakby byli jednym ciałem o trzech głowach. Pięknie się imitują, syczą przez zaciśnięte zęby i kreślą piękne bohomazy, gęstniejąc w bezruchu. W kolejnym epizodzie rolę introduktora przyjmuje na siebie gitarowy pick-up. Coś się sprzęga, coś generuje szum. Narracja przypomina oniryczne plamy dźwięków wprost z debiutanckiej płyty Sonic Youth. Saksofon szyje drony, perkusja preparuje, festiwal fake sounds trwa w najlepsze - urocza slowly dead ballad bezskutecznie szuka swego końca. Drobne usterki na strunach podkreślają umowność sytuacji dramaturgicznej. Improwizacja nieustannie zadaje pytania, które nie wymagają jednak jakichkolwiek odpowiedzi.

Po ułamku jakże zbędnej ciszy słyszymy dęte nawoływanie. Tuż obok gitarowe preparacje szyją kolejną pętlę wątpliwości. Na glazurze werbla żyją tajemnicze przedmioty. Być może muzycy chcą iść w tango, ale dygresyjna natura ciągnie ich na stronę i sieje post-intelektualny ferment. Krygują się, budują suspens, wypalają kolejne papierosy. W roli naczelnego wichrzyciela znów post-rockowa, oniryczna gitara. Saksofon nuci smutne piosenki, perkusja raz za razem zaskakuje dźwiękiem niewiadomego pochodzenia. Kolejna slowly dead ballad szuka martwej dynamiki, sięga po post-jazzowe frazy, wspina się na drobne wzniesienie. Po nim już tylko niespełna trzyminutowe resume, stylowy ekstrakt z doskonałej całości. W roli przodownika pracy tym razem saksofon, który rozsyła ochłapy jazzu i zaprasza na finalny free dance. Kilka westchnień w nieznanym kierunku i mikro solo na gitarze, zakończone krwistą ripostą, wyprowadzają nas tuż przed oblicze ciszy. Play it again, boy!

 

Ytterlandet 66°33′48.7″ N (Barefoot Records, CD 2021). Sture Ericson – saksofon sopranowy, altowy, tenorowy i barytonowy, Henrik Olsson – gitara, Håkon Berre – perkusja. Nagrane w czerwcu 2021 roku, w miejscu zwanym Christianshavns Beboerhus (Kopenhaga). Sześć swobodnych improwizacji, czas trwania - 37:35.



wtorek, 8 października 2019

New Wave Of Impromptu - 3.Spontaneous Music Festival! The Report From The Place Of The Incident!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival, w tym roku po nazwą własną „New Wave Of Impromptu”, właśnie przeszła do historii. Czas na drobne podsumowanie, garść refleksji i wrażeń ogólnych.

Cztery dni, siedemnastu muzyków i … jedna Orkiestra, dwanaście koncertów, zdecydowana większość w festiwalowej bazie, czyli Dragon Social Club, dwa także w miejscu zwanym Pawilon, a jeden w Studiu Aktorskim STA. Poznań od czwartku do niedzieli zdawał się tętnić improwizowanym, jakże spontanicznym życiem.

Rola mistrza ceremonii otwarcia Spontaneous Music Festival przypadła w udziale pianiście Witoldowi Oleszakowi. Muzyk, nim jednak rozpoczął swój koncert, pociął przyniesioną na tę okazję partyturę na wąskie paski i przykleił je w miejscu, w którym na ogół kładzie się nutowe podpowiedzi, przez co konceptualnie nawiązał do formuły plakatu festiwalowego. Po czym zagrał niebywały koncert, po raz kolejny udowadniając, iż miano najbardziej niedocenionego pianisty improwizującego tej części świata jest jego udziałem już stanowczo zbyt długo. Czas na zmianę optyki! Oleszak przekornie zaczął swój spektakl niemal klasycyzująco, barwnie tańcząc na klawiaturze, po czym coraz silniej oddalał się od tego idiomu. Proces coraz swobodniejszej improwizacji osiągnął w końcu stadium preparacji. Witold zanurzył się w pudle rezonansowym fortepianu, by po kolejnym interwale, podłączyć pod swój instrument delay gitarowy. Efekt – ambientowe, niemal dubowe brzmienia. Król Midas w całej okazałości!

Kolejnym punktem programu był występ kwartetu The Electrics, w ramach którego … po raz pierwszy w Poznaniu zagrał doskonały berliński trębacz Axel Dörner. Towarzyszyli mu Sture Ericson na saksofonie tenorowym, Joe Williamson na kontrabasie i  Raymond Strid na perkusji. Kwartet na wydanych dotychczas płytach prezentuje się na ogół w bardzo otwartej formule free jazzu, tu na festiwalowym parkiecie, przesunął akcenty w kierunku bardziej swobodnej improwizacji i dźwiękowych preparacji, czym jeszcze lepiej wpisał się w spontaniczną formułę imprezy. Najlepsze fragmenty koncertu miały miejsce, gdy muzycy grali cicho i w niebywałym skupieniu. Klasa trębacza eksplodowała wówczas w dwójnasób.



Finał pierwszego dnia był jednocześnie otwarciem trzydniowej, festiwalowej rezydencji belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Kodian Trio (także Colin Webster na saksofonie altowym i Andrew Lisle na perkusji) stworzyło niebywale energetyczny, free jazzowy spektakl. Świetna komunikacja, kompulsywne improwizacje, a także kilka chwil na stonowane frazy, zanurzonej w post-ambiencie, gitary elektrycznej. Festiwalowy czwartek nie mógł zakończyć się lepiej!

Piątek był dość nietypowym dniem imprezy. Najpierw Ad Hoc Quartet, czyli personalna konfiguracja muzyków, którzy grali ze sobą w takim układzie po raz pierwszy, potem przenosiny do nieco większej przestrzeni Pawilonu na dwa spektakularne występy solowe i wreszcie powrót do Dragona na urodzinowe Jam Session Dirka Serriesa.




Zacznijmy zatem od pierwszego koncertu drugiego dnia. Do młodych, gniewnych Brytyjczyków, których świetnie znamy z poprzedniej edycji Festiwalu – Colina Webstera i Andrew Lisle’a – dołączyła dwójka stałych festiwalowych rezydentów, czyli Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej i Witold Oleszak na … organach Hammonda. Tak stworzony Ad Hoc Quartet zagrał kipiącą emocjami, gęstą i błyskotliwie energetyczną improwizację, w której pobrzmiewały echa avant jazz-rocka w najlepszym wydaniu. Muzycy szybko znaleźli wspólny język, czego dowodem świetny, kolektywny finał pierwszego seta, poczyniony „na raz”.

W Pawilonie zaś, w pięknej, onirycznej poświacie wysłuchaliśmy dwóch intrygujących występów solowych. Najpierw altowiolista Benedict Taylor z Londynu zagrał iście wirtuozerską improwizację, pełną dramaturgii, ale także konceptualnej ciszy i konstruktywnego zaniechania. Ambientowy, solowy występ gitarzysty Dirka Serriesa, to z kolei było wydarzenie, na które czekało wielu jego wielbicieli. Muzyk w ostatnich latach w zasadzie nie grywa tego rodzaju setów (koncentruje się bardziej na improwizacji na obu typach gitary). Jego występ był zatem wyjątkowo ekskluzywny, ale także bezceremonialnie piękny – płynne, drobne fonie przepuszczone przez gitarowe przetworniki, potem przetworzone przez mikser, dały niebywały, ambientowy płaszcz dźwięków.





W wieczornej części Jam Session do muzyków, jacy grali tego dnia koncerty festiwalowe, dołączyli Ostap Mańko na skrzypach i Michał Giżycki na saksofonie. Trzy sety i mnóstwo ciekawych, niebanalnych improwizacji.

Festiwalowa sobota, to najbardziej rozbudowany program artystyczny i od razu słowo komentarza - bez wątpienia najbardziej epicki i artystycznie bodaj najciekawszy dzień wszystkich dotychczasowych edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Ad Hoc Duo i muzycy zapowiadani, jako najlepsi europejscy saksofoniści w kategorii wiekowej „Under 40” – Colin Webster na saksofonie altowym oraz Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ich ponad półgodzinny set każdym swoim dźwiękiem uzasadniał tezę postawioną przed występem. Świetna komunikacja, wspaniałe improwizacje, garść zmysłowej sonorystyki. Muzycy poznali się osobiście kwadrans przed występem, a zagrali tak, jakby wszystko robili razem przynajmniej od początku istnienia gatunku.

Po chwili przerwy kolejny duet – Dirk Serries na gitarze akustycznej i Benedict Taylor na altówce. W trakcie ich występu, po raz pierwszy, ale nie ostatni tego dnia, zeszliśmy z muzykami do poziomu ciszy. Subtelna, chwilami niezwykle molekularna improwizacja, w której ważny był każdy, nawet pojedynczy dźwięk. I znów, tak jak w trakcie solowych występów obu muzyków poprzedniego dnia, podstawowym atrybutem ich muzyki było czyste piękno dźwięków, jakie generowali na swoich instrumentach.

Trzeci już tego dnia duet nazywał się … DUOT! Najstarszy kataloński, improwizujący „working band”, czyli Ramon Prats na perkusji i ponownie tego dnia na scenie, Albert Cirera na saksofonach. Muzycy zagrali wielobarwny, intrygująco skonstruowany set, pełen free jazzowej energii, ale i sonorystycznych wycieczek w nieznane. Ci akurat muzycy grają ze sobą już kilkanaście lat, co w tym przypadku stanowi dodatkowy atut ich duetowych występów. Gdy tak dobrze znasz partnera, możesz pozwolić sobie w improwizacji na stuprocentowe ryzyko, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych wartości. Muzycy bisowali, a oklasków nie było końca.




Wreszcie finał tego niezwykłego dnia i improwizacja realizowana w oparciu o - przygotowaną specjalnie na potrzeby tego koncertu - notację graficzną Dirka Serriesa. Tonus Ensemble w składzie: Dirk Serries - gitara akustyczna, Paweł Doskocz - gitara akustyczna, Witold Oleszak - fortepian, Colin Webster - saksofon, Benedict Taylor - altówka, Ostap Mańko - skrzypce, Anna Szmatoła - wiolonczela oraz Andrew Lisle - perkusja. Minimalistyczna formuła, pojedyncze akordy gitary i budowane wokół nich improwizacje pozostałych muzyków oraz niezwykle ważny element dramaturgiczny spektaklu – wielosekundowe porcje ciszy. Niebywałe skupienie na scenie, równie wielkie po stronie publiczności. Było słychać niemal każde przełknięcie śliny i westchnienie. Koncert, który stanowił pewnego rodzaju wyzwanie dla każdego jego uczestnika, po obu zresztą stronach sceny, ale nagroda była niezwykle sowita. Duże przeżycie!

W niedzielne późne popołudnie publiczność festiwalowa ponownie przemieściła się do innego miejsca – tym razem było to Studio Aktorskie STA, a w nim koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej. Osiemnastu stałych muzyków Orkiestry, a w roli gościa, a także dyrygenta pierwszej fazy występu – Benedict Taylor. Muzycy zagrali godzinną, wielobarwną improwizację, pełną chwilami niemal dzikiej energii, poddawaną nieustannym zmianom, także w zakresie osób odpowiedzialnych na proces dyrygentury. Ten wrzący tygiel emocji nie zawsze skutkował ciekawymi rozwiązaniami dramaturgicznymi, a obecność brytyjskiego skrzypka nie była w wielu momentach należycie wykorzystywana. Z drugiej strony docenić jednak należy niemal konceptualną wizję całości spektaklu, która mimo kilku trudniejszych momentów, broniła się nieźle.

Na finał Spontaneous Music Festival ponownie zawitaliśmy doi Dragona, by posłuchać dętego tria Details In The Air. Mikołaj Trzaska na klarnetach i saksofonach, Michał Górczyński na klarnetach i Ken Vandermark na saksofonie i klarnecie zagrali ponad 50 minutowy set bardzo różnorodnych „kompozycji w formie improwizacji”, a emocjonalne reakcje publiczności wskazywały, iż po obu stronach sceny panuje konsensus, co do jakości artystycznej przedsięwzięcia. W okolicach godziny 21.30 Festiwal dobiegł końca.


Wszystkie zdjęcia Tomasz Kasiarz. Dziękuję za możliwość udostępnienia. Wielkie pozdrowienia!

wtorek, 3 września 2019

New Wave Of Impromptu! 3.Spontaneous Music Festival 2019! Kick Off at October 3rd!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon i Pawilon.





Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.

Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem.  W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor.  Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.

W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła.

Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.

Szczegółowy program Festiwalu

3.10, czwartek
Dragon Social Club
19.00 – Otwarcie festiwalu, Intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)

4.10, piątek
Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
Pawilon
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, Urodziny Dirka

5.10, sobota
Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)

6.10, niedziela
Miejsce TBA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/ Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)

Organizatorzy:
Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club
Współorganizator: LAS, Partner: Pawilon
Patronat:
Dwójka - Program 2 Polskiego Radia / PopUpMusic.pl / Jazzarium.pl / Zoharum - new experimental art / Maciej Lewenstein


Oficjalna strona Festiwalu:




poniedziałek, 11 marca 2019

Ericson! Nästesjö! Berre! Ausfahrt Freihalten! Keep the exit clear!


Skandynawia obfituje w ciekawe zjawiska na scenie free jazz/ free improv niemal od zarania gatunku. Dzieje się tak zapewne nie tylko z powodu opiekuńczego charakteru organizacji państwowych w tej części świata. Czasami ma się wrażenie, że północ Europy, jej stereotypowy chłód, aż skłania do przyjacielskiego improwizowania!

W dzisiejszej opowieści trójka muzyków, których znamy, cenimy, choć w zakresie przynależności pokoleniowej i dotychczasowego dorobku artystycznego, zdaje się, że więcej ich dzieli niż łączy. Jakkolwiek jako trio o roboczej nazwie ENB, po ponad czterech latach wspólnego muzykowania, wreszcie dorobili się debiutanckiej płyty, która bodaj dziś ma swoją światową premierę, a dokładnie jutro mieszkańcy Poznania będą mogli poznać jej zawartość w trakcie okoliczności koncertowej!

Płyta zwie się Ausfahrt Freihalten, wydana została przez Barefoot Records, a nagrało ją trio w składzie: Sture Ericson na saksofonie altowymi klarnecie, Johannes Nästesjö na kontrabasie i Håkon Berre na perkusji (zgodnie z opisem, każdy muzyk także preparował brzmienie swojego instrumentu). Miejsce zwane Arts Center w szwedzkim Malmö, listopad 2017 roku. Osiem odcinków z tytułami, jak sami muzycy wskazują – 43 minutes of pure improvised music!




Ostry tembr kontrabasu, przyczajony saksofon altowy, dokładna, zawsze grająca w punkt perkusja, to okoliczności przyrody, które niechybnie zwiastują ciekawy spektakl. Swobodna improwizacja zanurzona korzeniami w jazzie, ale czerpiąca z niego tylko tyle, ile w danym momencie potrzebuje. Narracja gęsta, niemal ciało w ciało, prowadzona w bardzo zdyscyplinowany sposób, świetnie skomunikowana we wszelkich aspektach procesu improwizacji. Kontrabasista sięga po smyczek, wprowadzając dzięki temu nastrój niebanalnego dysonansu estetycznego. Muzycy przechodzą od zadumy do krwistego galopu w mgnieniu oka. Podobnie zwinnie pokonują dystans pomiędzy ciszą, a hałasem. Finał pierwszej części płyty wieńczy małe, ale błyskotliwe solo na perkusji. Część druga startuje smykiem na gryfie kontrabasu i szmerami wokół niego. Drobne inskrypcje na talerzu, śpiewny flow z tuby saksofonu i ledwie sekunda wystarcza, by narracja zaczęła poszukiwać sonorystycznych odniesień. Do słuchacza zdają się docierać gorące podmuchy powietrza z każdego niemal źródła dźwięku. Pudło rezonansowe kontrabasu aż trzeszczy. Balet i taniec, bez rytmu i tonacji. Piękne!

Trzecia opowieść rodzi się z mgły perkusyjnych preparacji. Kontrabas drży i ciężko oddycha. Dęciak szeleści. Małe frazy, krótkie spięcia, zabawa z ciszą. Jakże zmysłowo muzycy przykuwają naszą uwagę do swoich dźwięków. Drobne incydenty klarnetowe i pizzicato kontrabasu, które dynamizuje przekaz, płynie zwartym strumieniem samym środkiem sceny. Garść imitacji na przeciwległych flankach. Na finał krok w swobodny galop, ale zwinnym, kocim trybem. Czwarta piosenka startuje zwartym, kolektywnym, free jazzowym rytmem. Znów kocia zwinność, do tego tygrysia zapalczywość. Świetna komunikacja – demokracja, socjalizm, wewnętrzna kompatybilność. Akcję tej części ciągnie buńczuczny, śpiewny alt. Kontrabas i perkusja gnają na zatracenie, a potem pięknie stopują.

Piąty odcinek, preparacje na kontrabasie, obok dociekliwy saksofon, która szuka wciąż nowych środków wyrazu, chrobocze, szeleści i prycha. Zdaje się, że Sture umieścił w tubie jakiś bliżej nieokreślony przedmiot. Subtelne percussion podkreśla grozę sytuacji. Na takiej bazie, muzycy w mistrzowski sposób budują kolejną zwartą i dynamiczną narrację. Mnóstwo aktywności, ocean pomysłów i świetne decyzje, co do wyboru akurat takich, a nie innych rozważań. Moc małych, ale niezwykle intensywnych dźwięków. Tu, zamiast sugerowanej eskalacji, bystre wytłumienie. Opowieść staje w miejscu i poszukiwać zaczyna dna pojedynczych fonii. Szósty fragment znów startuje w oparach preparacji i sonorystyki. Klarnet zdaje się jednak zgłaszać zdanie separatywne i podśpiewuje małymi frazami. Kontrabas szumi włosiem smyczka, talerze rezonują. Wszystko na scenie zdaje się już śpiewać i skowyczeć. Eskalacja budowana jest z saperską precyzją, z dbałością o każdy dźwięk. Brawo!

Siódmy odcinek, małe percussion, smyczek na gryfie, urywane pętle czystego altu. Narracja buduje się jakby samoczynnie, w mgnieniu oka. Saksofon indywidualnym flow ciągnie pozostałych do góry, na szczyt. Stopping odbywa się na barkach barokowo brzmiącego kontrabasu. Drummer kłębi się wokół własnej osi, niemal podśpiewuje. Moment kameralnej zadumy, wyzwolonej wszakże ze wszelkich konwenansów. Wreszcie pieśń zamknięcia, a na jej starcie prawdziwa kipiel w tubie dęciaka - w jego środku, jakbyśmy słyszeli zdarte gardło samego Phila Mintona! W komentarzu small drumming i cisza na gryfie. Potem krok w kierunku preparacji. Narracja rodzi się kolektywnie, zapewne z uśmiechem na ustach. Każdy z muzyków ma nogę na gazie i robi z tego użytek! Mocne dźwięki, połamany rytm. Alt, niczym sygnałówka, zwołuje wielkie polowanie, nawołuje do artystycznej anarchii. Galop w blasku słońca, swoboda gestów, dźwięków i scenicznych obyczajów. Emocje buzują! Instrumenty skąpane w ogniu! Świetny, turbulentny finał doskonałej płyty! Berre w furii, Sture znów z dziwnym przedmiotem w tubie, walking Johannesa niczym stado antylop! Po punkcie przegięcia, piękne wygaszanie płomienia na smyku kontrabasu, przy wtórze perkusjonalii i małych dźwiękach altu.



Koncert tria w poznańskim Dragonie (ul. Zamkowa 3) odbędzie się 12 marca o godzinie 20.00.