Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yasmin Azaiez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yasmin Azaiez. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 czerwca 2019

Yasmine Azaiez! Everyday Things like Unusual Things!


Drogi Czytelniku! Proponuję, byś zakończył trwający już od wielu minut wytrzeszcz oczu, jaki spowodowała u Ciebie okładka płyty, którą będziemy dziś analizować! Czas posłuchać muzyki, a przedtem – być może – przeczytać o niej kilka dziarskich słów!

Yasmine Azaiez i skrzypce solo! Tunezyjska skrzypaczka, którą znamy głównie ze wspólnych płyt, poczynionych z Agusti Fernandezem, dziś debiutuje jako solistka, oczywiście w labelu katalońskiego pianisty. Płyta Everyday Things (Sirulita, CD 2019) trwa 53 minuty i 18 sekund, a składa się z jedenastu swobodnie improwizowanych części. Nagrana została w maju ubiegłego roku w Barcelonie, w miejscu zwanym L’Obrador, Sant Pere de Vilamajor. Dość wstępów - zaglądamy do środka licząc, że emocje porównywalne będą do tych, jakie stały się naszym udziałem w trakcie … oglądania okładki płyty. Uprzedźmy wypadki – nie zawiedziemy się!




Step through the door and begin. Suchy wielodźwięk, dość brutalna introdukcja, jakby struny wyły z boleści - rytuał codzienności czas zacząć! Śmierć pozornie delikatnej natury skrzypiec zdaje się dziać na naszych oczach. Gęsta narracja, która najwyraźniej ma ochotę … zgęstnieć jeszcze bardziej. Jakby dźwięk płynący z gryfu małego strunowca multiplikował się w przestrzeni spektaklu, jakby każdy kolejny układał się na tym, zagranym tuż przed chwilą. Preparacja i dekonstrukcja w fazie procesu permanentnego.

A beer with Evan. Skrzypce nabierają powietrza w nieistniejące płuca. Smyczek ślizga się po strunach, jak na torze saneczkowym. Yasmine pije piwo z Evanem (Parkerem), czyli językiem skrzypiec śpiewa jego cyrkulacyjne solówki na saksofonie sopranowym. Tańczy i zawodzi, krzyczy i śpiewa. Jest pewna siebie, wszystko czyni z wirtuozerską precyzją, wydaje się, że poziom jej kreatywności jest dalece kryminogenny.

My space. Rodzaj post-perkusyjnych wydarzeń na gryfie. Szlifowanie, piłowanie, polerowanie i łomotanie. Wyjątkowo szorstka uroda wielkiej sztuki. W dziedzinie preparacji, kolejny krok w ogrom bezgranicznej przepaści.

Lola's suite. Skrzypce niczym stado zmutowanych ptaków, którym ktoś pozamykał dzioby. One nadal śpiewają, ale dźwięk jakby pozostawał w ich wnętrzu. Dynamiczna, ale nisko osadzona, taneczna fonia. Od hałasu po kres ciszy. Szepty i krzyki. Kosmiczna technika panowania nad instrumentem. Kocia zwinność, lwia potęga brzmienia.

Bed time. Naprawdę chcę Ci zaśpiewać kołysankę, ale szczęśliwie smyczek nie jest mi całkowicie posłuszny. Ale ja i tak śpiewam, chroboczę i rwę struny. Potem boleśnie tańczę i sprawdzam, czy zrobiłam na Tobie wrażenie. Oczy mam dookoła głowy. Stoję na palcach, wypatruję niemożliwego. Tańczę z ogromem mojego bólu i powszechnego strapienia. Skrupulatnie i misternie tkam sieć i liczę, że znajdę Cię w samym jej środku.

Morning. Rwetes jak w ulu! Dźwięki otwieranego sarkofagu. Smyczek przyklejony do strun, próbuje bezskutecznie wznieść się do lotu. Szarpie się, boleśnie skowycze. Jakby tajemniczy sygnał alarmowy, skutecznie tłumiony włosiem smyczka, wiedział już, że nigdy nie zabrzmi.

Reflection - My things. Struny szepczą. Suche masy powietrza kłębią się wokół gryfu. Dźwięki zdają się powstawać niemal ponad strunami. Płacz spalonego słońcem świerszcza. Skrzypce, które oddychają wyjątkowo głęboko, a potem brną w taniec, jakby ich tu było całe stado. Smyczek robi ze strunami, co tylko zechce. Od krzyku przestrachu po ciszę podmuchu wyjątkowo wilgotnego powietrza.

Mixed state. Płynny strumień dźwięków, w którym nie ma miejsca na ciszę, który rezonuje w oczekiwaniu na jej nadejście. Śpiew, garść zabłąkanej melodyki. To skowyt wątpliwości czy nadmiaru szczęścia? Na wybrzmieniu długie frazy cyrkulacyjne.

Saturdays. Szorowanie strun, skwierczenie drzewia gryfu. Szorstka uroda wczesno sobotniej chwili. Cuda na gryfie, cuda spod strun – i znów świat dźwięków został wzbogacony o nowe elementy.  Dziwny przykład repetycji – dynamiczny krok w przód i jeszcze bardziej zmysłowy stopping. Jednocześnie niebo i ziemia. Tak, zdecydowanie – soboty bywają nieprzewidywalne.

Sundays. Łyk suchego powietrza, pojedyncze szarpnięcia strun, ach te niedziele, tuż po tych niesamowitych sobotach. Jakby struna traktowana arco gadała ze swoim odpowiednikiem pizzicato. Odrobina przekomarzania czyniona ze słodkiego lenistwa.

Everyday Things. Biegniemy wysokim wzgórzem. Podmuchy pustynnego powietrza rozwiewają nam włosy. Taniec, taniec i swawole, bez jednego łatwego dźwięku! Mozół codzienności, uroda chwili, każdy dźwięk, który mogę i chcę zagrać.



środa, 6 grudnia 2017

Joe Morris! Ultra! Intense! Utter! Utmost! *)


Dziś czas na płytę wyjątkową! Nie tylko z uwagi na zawarty na niej materiał muzyczny! Również z uwagi na … długość procesu edytorskiego! Oto bowiem nagranie, nad którym za moment się pochylimy, czekało na ujrzenie światła dziennego całe sześć lat!

A historia jest mniej więcej taka. Amerykański gitarzysta i kontrabasista Joe Morris (domniemuję, iż w świecie free jazzu, postać niewymagająca specjalnych rekomendacji) powziął koncepcję, by zagrać muzykę w dużej mierze komponowaną, która skonfrontuje gitarę akustyczną z innymi instrumentami strunowymi, wspartymi także odrobiną dźwięków dętych. Pierwszy efekt prac nad koncepcją Ultra nie zadowolił Morrisa. Do tematu powrócił po pewnym czasie, w trakcie spotkania z doskonałym katalońskim pianistą Agusti Fernandezem. Ten drugi zaproponował skład (już bez akcentów dętych, ale z fortepianem) i w roku 2011 dokonano nagrania w kwintecie, które z moment poznamy. Efekt także tej sesji nie zadowolił do końca kompozytora i improwizatora. Znów musiało upłynąć trochę czasu, znów w zasięgu artystycznego domostwa Morrisa musiał pojawić się Katalończyk. Zapadła decyzja o dalszej pracy nad tym materiałem. W roku 2014 zrealizowano mix, po kolejnych trzech latach mastering, by wreszcie – dzięki operatywności polskiego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! – w październiku br. płyta Ultra trafiła do odtwarzaczy melomanów. Uff… Poznajmy koniecznie tę muzykę!




Siedemnastego lipca 2011 roku, w Phillips Andover Academy (Massachusetts, USA) zjawia się piątka muzyków – Joe Morris na gitarze (akustycznej, czego nie podkreśla opis płyty), Agustí Fernández na fortepianie, Yasmine Azaiez na skrzypcach, Tanya Kalmanowitch na skrzypcach i altówce oraz Junko Fujiwara na wiolonczeli. Muzykę na sesję przygotował gitarzysta i on jest tytułowym podmiotem wykonawczym (jednakże nazwiska pozostałych muzyków także widnieją na froncie okładki). Na płytę Ultra składa się siedem utworów, które trwają łącznie 70 minut. Z rosnącą ciekawością zaglądamy do środka!

Ultrafied. Fortepian i cztery strunowce! Zapowiada się intrygująca konfrontacja! Od pierwszego dźwięku wszystkie instrumenty pozostają w stanie permanentnego zwarcia. Produkują dużą ilość dźwięków w jednostce czasu. Piano tańczy nad strunami, niczym baletnica, której nie przeszkadza rąbek spódnicy. Dynamika, emocje, basowe kontrapunkty Agustiego.
           
Ultraesent. Morris w roli organizatora tego nagrania (nie zaś kompozytora, co silnie akcentuje w liner notes). Ten fragmenty płyty zaczyna się dużo spokojniej, choć same pasaże na strunach są głębsze, bardziej dobitne akustycznie. Odrobinę nostalgiczne i bogate w treść w niemal barokowym stylu (uwaga! ta nostalgia może kąsać!). Gęsta, narowista narracja (parytet kobiecy nie daje o sobie zapomnieć!), piano wciąż pląsa jedynie na klawiszach, bez zaglądania do środka instrumentu. Spanizująca gitara Morrisa pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty i od razu kreuje błyskotliwą ekspozycję. Classic Strings, które uciekły z filharmonii i absolutnie nie wyrażają chęci powrotu! Rosnąca dynamika nagrania (po 6 minucie) kładzie się cieniem doskonałości na quasi nostalgicznej introdukcji. Jesteśmy już bowiem w sporym galopie. 9 minuta – rodzaj dramaturgicznego wyciszenia pod batutą szeleszczącej gitary. Inne strunowce aż gotują się na gryfach. Popis instrumentalny goni popis, prawdziwa wirtuozeria na pięć fajerwerków! Finał piosenki jest wręcz agresywny, eksplozywny!
           
Ultracious. Struny już płoną, piano milczy, trwa intensywna improwizacja, ale jeszcze nie popadająca w galop. Trudno w tej narracji doszukać się kompozytorskich szwów. Muzycy pięknie się wzajemnie inspirują, nie unikając lokalnych eskalacji. Oto, jak zagubione myśli i idee kompozytorskie znajdują swoje miejsce w kolektywnej improwizacji. Piano powraca z dna piekła i po raz pierwszy tego dnia stawia na dotkliwe preparacje (5 minuta). No i zaczyna się prawdziwa batalia! Strunowce w kobiecych rękach wchodzą w ten mess around bez chwili zawahania. Eskalacja niemal w industrialnym wydaniu, z silnie rezonującym pudłem największego z instrumentów. Wejście gitary jest drastyczne i precyzyjne! Smyczki gotują się na wolnym ogniu! Co za emocje!
           
Ultratude. Piano inside, przyczajone, głęboko osadzone w przestrzeni akustycznej nagrania. Struny krwawią, ale to nie jest wydarzenie o charakterze menstruacyjnym. Opowieść z krypty, która sugeruje galop. Gitara jakby biegła drugim planem i tylko zmyślnie komentuje. Odrobina sonorystycznego przeciągania strun na wszystkich instrumentach. Death prepare! W 8 minucie Morris wychodzi przed szereg i tnie akustykę koncertu ostrą brzytwą. Prawdziwe Ultra! Jakże piękna eskalacja! – wzdycha recenzent!. Dirty dancing! Boleśnie błyskotliwe tarcia i obcierki. 12 minuta przynosi jakże zasadne wyciszenie. Subtelne akustycznie solo na strunach (gitary? wiolonczeli? altówki? – recenzent w totalnej konfuzji). Nowa improwizacja, tuż potem, szyta jest już innym ściegiem. Choć ekspresji jej nie brakuje. Gramy jakby odrobinę wyżej, bez niskich preparacji piana. Ostatnie sekundy, to jednak ostry zjazd w dół (a jakże!).



           
Ultraand. Piano po dłuższej przerwie znowu z klawisza. Wiolonczela pilnie klasycyzuje. Odrobina oddechu dla muzyków i słuchaczy. Jakkolwiek nie jest to wcale spokojny duet. Finalna dynamizacja tej dość krótkiej ekspozycji jest także udziałem skrzypiec.
           
Ultraism. Strunowce rządzą (zwłaszcza te w rękach kobiecych!). Skowyt i moralne zatracenie! Piano z klawisza stawia wszystkich pozostałych do pionu! Gitara wyznacza swój szlak, wracając po dłuższej chwili odpoczynku. Acoustic voice of music! Pięknie dosadne komentarze skrzypiec i wiolonczeli. Taniec na rozgrzanym dachu! Rodzaj strunowego hałasu (7 minuta!). Konwulsje na gryfach, przy niemal milczącym piano. Gdy ten ostatni instrument wraca do gry, pichci dynamiczny pasaż w wysokim rejestrze. Zaraz potem uroczo wybrzmiewa.
           
Ultraocity. Na finał płyty, drobna, trzyminutowa ekspozycja gitary i skrzypiec (altówki?). Całują się w alkowie z dużą ekspresją! Jakaż to namiętna para!



*) ang. wszystkie określenia, to synonimy czegoś krańcowego

środa, 12 października 2016

Agusti Fernandez – fortepian w skrzypcowych konwulsjach, przyjęcie urodzinowe i Listen Foundation! short review


Być może próżno w dzisiejszym świecie muzyki improwizowanej szukać bardziej wyrazistego i artystycznie spełnionego pianisty, niż 62-letni Agusti Fernandez. Sytuacja jest dla jego wielbicieli znad Wisły, Odry i Warty o tyle sympatyczna, że kataloński muzyk często u nas rezyduje, koncertuje, a także wydaje płyty, a zatem jego artystycznej przygodzie możemy przyglądać naprawdę z bliska.

A propos tej ostatniej aktywności – tylko w roku bieżącym krajowy przemysł wydawniczy ujawnił światu reedycję jego debiutanckiej płyty solowej Ardent (Freeform Assocation), a także dokumentację spotkania bez oklasków, poczynionego przez pianistę w towarzystwie Rafała Mazura Ziran (Not Two Records). Ponadto w zapocone dłonie fanów free improv wpadło kolejne nagranie w duecie, tym razem z tunezyjską skrzypaczką Yasmine Azaiez, wydane pod jakże trafnym tytulem Revelation (Fundacja Słuchaj!). Tytuł rzeczywiście oddaje sedno tej muzyki, albowiem jest ona doprawy … rewelacyjna.

Poniżej postaram się uzasadnić powyższy osąd. W uzupełnieniu zaś kilku słów bezgranicznego zachwytu, proponuję drobny przegląd katalogu dość młodej jeszcze inicjatywy wydawniczej Fundacja Słuchaj!, m.in. dlatego, że mieści on w sobie kolejną pozycję z Agusti Fernandezem w roli głównej, datowaną – dla odmiany - na rok ubiegły.


Rewelacja….

…. konsumuje dwa studyjne spotkania Fernandeza z Azaiez, poczynione 9 listopada roku ubiegłego i 23 kwietnia roku bieżącego (barceloński L’Obrador, częste miejsce muzykowania pianisty). Dokładnie dzień przed pierwszym z tych spotkań, ta para muzyków koncertowała w Ateneu Barcelones w towarzystwie młodej, katalońskiej perkusjonalistki, Nurii Andorry. Dokument fonograficzny koncertu tria zwie się Future Memories (Discordian Records, 2016) i został na tej stronie skwitowany kilkoma westchnieniami ekscytacji, wiosenną porą w opowieści The Youth Are Getting Restless.




Teraz jednak skoncentrujmy się na rewelacyjnych dźwiękach, czynionych przy wydatnej pomocy fortepianu i skrzypiec, o całkowicie akustycznych parametrach. Muzyka dociera do nas w dziewięciu fragmentach, opatrzonych zgrabnymi tytułami, a jej odsłuch winien nam zająć dokładnie 51 minut i 30 sekund.




Z wyłączeniem krótkiego, piątego fragmentu, muzyka generowana przez Fernandeza dociera do nas wyłącznie z wnętrza jego dużego i czarnego instrumentu. Arsenał jego sztuczek, zagrywek, przygrywek i docinek budzi wielki szacunek słuchacza, podobnie jak ilość wrażeń akustycznych, jakie w danym odcinku czasowym jest nam w stanie dostarczyć. Istnieje poważne podejrzenie, iż Agusti posiada więcej niż dwie ręce, a także, iż dodatkowo korzysta jeszcze z innych przedmiotów płaskich lub owalnych, którymi maltretuje struny i obudowę fortepianu (opis płyty skąpi nam informacji w tym zakresie). Partnerka Agustiego jest nieco bardziej oszczędna, tak w zakresie dostarczania materiału dźwiękowego, jak i wykorzystywanych środków wyrazu. Wgryza się smyczkiem w struny i rzeźbi piękne, oniryczne drony w wysokich rejestrach. Pozostaje jakby w stanie zawieszenia, niedopowiedzenia i oczekiwania. Flora akustyczna nagrania jest tak gęsta, iż w niektórych momentach nie potrafimy wskazać muzyka odpowiedzialnego za dany dźwięk. Trwa seans pytań i odpowiedzi, jak w wartkim filmie akcji (idąc za słowami Joe Morrisa, który skreślił udane liner notes). Chwilami, jeśli choć trochę puścimy wodze fantazji, słyszymy nie duet, a całą orkiestrę muzyków, pilnie maszerujących na artystyczne zatracenie. Struny, dzwonki, młoteczki i talerze. Pisk, skowyt, mlaskanie i szemranie. Dźwiękowa ściana kastaniet wieńczy drugi fragment. W trzecim Agusti moduluje dźwięk spod klawiatury, a Yasmine palcuje w oczekiwaniu na nieokreśloność gramatury pianistycznych podpowiedzi. W piątym – na moment – muzycy przypominają nam, że to duet na fortepian i skrzypce. Ale to tylko chwila – eskapiczne crescendo fragmentu szóstego wznosi nas ku kolejnym płaszczyznom nieoczywistości, przy okazji wtłaczając nam do głowy wrażenia z szybkością trzech tysięcy dźwięków na sekundę. Fragment siódmy rozpoczynają igraszki z ciszą, by po odrobinie oddechu, doświadczyć eksplozji ekspresji z obu biegunów dźwiękowych tego spektaklu. Struny skrzypiec zdarte są do krwi, a obudowa fortepianu niechybnie pęka. Czas na Święto Wiosny – wersja dla słuchaczy permanentnie dręczonych wiecznym oczekiwaniem na nadejście niemożliwego. Osiągamy finał tego rollercastera. To nie jest przygoda dla panien z dobrego domu – tu jest pikantnie, nieprzytulnie, po trochu obscenicznie i niewymownie … pięknie! Niczym uczestnicy corridy z udziałem upalnych wołów, wprost z tunezyjskich pustyni, osiągamy linię mety i padamy na kolana. What a game!


Urodzinowa rezydencja

Dwie wiosny temu, w trakcie dziewiątej edycji Festiwalu Ad Libitum, gościem specjalnym imprezy był Agusti Fernandez, obchodzący wówczas 60 urodziny. Trzy dni tego wydarzenia wypełnione zostały … czterema koncertami z udziałem Jubilata. Być może nie wspominałbym dziś o nich (zresztą byłem ich naocznym świadkiem), gdyby nie to, iż wszystkie one zostały upublicznione na uroczym czteropaku, który na pośrednictwem Fundacji Słuchaj! ujrzał światło dziennie w roku ubiegłym, pod wszystko mówiącym tytułem Agusti Fernandez @60 River Tiger Fire, Ad Libitum Festival Residency. Jest świetny moment, byśmy zajrzeli do środka tego wydawnictwa.

Dysk pierwszy: Kompozycja tytułowa River Tiger Fire, na scenie pianista i dyrygent AF oraz powołany ad hoc Ad Libitum Ensemble. W jego składzie krajowy garnitur improwizatorów, z których połowa stanowi przy okazji zaciąg artystyczny wydawnictwa: Zimpel, Dickaty, Lebik, Majewski, Strycharski, Zakrocki, Olak, Mazur, Wójciński i Zemler. Patrząc z punktu widzenia instrumentarium – pięć dęciaków, skrzypce, dwa instrumenty harmoniczne i sekcja rytmiczna z podwójnym instrumentem basowym. Prawie godzina dynamicznej, różnorodnej i pokrętnej opowieści, w smaku delikatnie iberyjskiej, w woni ekspresyjnie lokalnej, co jednak nie stanowi tu jakiegokolwiek zarzutu. Momentami ekscytujące!




Dysk drugi: Elektroakustyczna uczta! Thunder! Burza z piorunami! Pianiście (preparującemu) towarzyszą na scenie – Frances-Marie Uitti na wiolonczeli (także preparowanej) i Joel Ryan, na żywo procesujący dźwięki generowane przez akustyczne instrumenty. Ponad 55-minutowa opowieść, zwinna jak stado wyposzczonych lisów, ekstatycznie dramaturgiczna i łechtająca ucho Waszego recenzenta w stopniu ponadnormatywnym. Uitti - jak wieszczą mądrzejsi od nas oratorzy muzyki współczesnej – to istotna, w ujęciu historycznym, innowatorka w zakresie gry na swym instrumencie (między innymi używa jednocześnie dwóch smyczków). Pana Ryana spotkaliśmy już na swej drodze niejednokrotnie, głównie wszakże w trakcie artystycznych ujawnień Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera. Uzupełnieni silnie pobudzonym pianistą, w trio pod oczywistą nazwą Thunder, grasują na scenie i niecą pożar za pożarem, niby wielka orkiestra symfoniczna podczas rozgrzewki do kolejnego epokowego wykonania Święta Wiosny (oj, dręczy mnie ten Strawiński w trakcie dzisiejszej opowieści!).

Dysk trzeci: Agusti w wersji na fortepian (niepreparowany) solo. Recital zwie się Mnemosynes’ Labirynth, trwa trzy kwadranse z drobnym okładem i koi nasze nerwy, zszargane po emocjach dysku drugiego. W tej roli Fernandez jawi się jako przepiękny i wrażliwy kolorysta. Są tacy, którzy kochają takie dźwięki. Ja przy nich jedynie wypoczywam. Nie twierdzę jednak, że poziom relaksacji jest niski.




Dysk czwarty: Aurora, czyli trio Agusti Fernandeza, grające komponowaną muzykę, głównie jego autorstwa. Przez wrodzoną skromność Katalończyka, zwane jest estradowo trojgiem nazwisk. Wszyscy doskonale wiemy, że skład uzupełniają Barry Guy na kontrabasie i Ramon Lopez na perkusji. Biorąc pod uwagę ogólny kształt twórczości pianisty, zwłaszcza tej najnowszej, Aurora to improwizacyjny tygiel w wersji dla grzecznych chłopców, z zastrzeżeniem jednak tych samych charakterystyk, jakie wylistowałem akapit wyżej, pisząc o jego koncercie solowym. Szczęśliwie w edycji koncertowej Aurora zyskuje na ekspresji, potrafi być czupurna i ostro smagać nasze czoła eksplozjami kooperacji w bardzo swobodnej estetyce (ach, ten Guy i jego potworny instrument!). Dwa lata temu czas na koncercie mijał cierpliwie, a trzyosobowe eksploracje akustycznych instrumentów dostarczały dużo przyjemności. Tu, na dysku czwartym jest podobnie. Nie zawsze musimy wzniecać rewolucję. A ważne, by obraz muzyka, jakim jest Agusti, był na urodzinowym wydawnictwie pełny. Bez Aurory nie byłoby to możliwe.


Fundacja Słuchaj? Słucham!

Na koniec rozprawki o polskich płytach Agusti Fernandeza ostatnich kilkunastu miesięcy, rzut oka na pozostałe pozycje katalogowego wydawnictwa Fundacja Słuchaj! Nazwa podmiotu edytorskiego buńczuczna i konstruktywna, oferta muzyczna też potrafi zaintrygować.

Otwiera ją komedowska muzyka, specjalnie zamówiona na jeden z niemieckich festiwali, zrealizowana zwinnie przez braci Bartłomieja i Marcina Olesiów (perkusja, kontrabas) i wibrafonistę Christophera Della, a opatrzona tytułem Komeda Ahead (2014). Ładnie się tego słucha, jakkolwiek chęć sięgnięcia po oryginał rośnie z każdą kolejną sekundą odsłuchu. Nie jest to propozycja muzyczna dla wariatów z Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatem rozbudowanego komentarza nie będzie.

Dużo żwawiej bije moje improwizujące serce w trakcie odsłuchu kolejnej pozycji. Duet Dominika Strycharskiego (wszystkie istniejące na świecie wersje fletów, przytargane przez kilometry kabli i zwinnie zdekonstruowane elektronicznie) i Rafała Mazura (akustyczna gitara basowa), to śmiała wycieczka w dżunglę free improvisation, zakończona ewidentnie zwycięsko, z rękoma uniesionymi ku górze w geście tryumfu. Świetna płyta! A zwie się Myriad Duo (2015).




Dwie płyty z udziałem bardzo kompetentnego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego, przynoszą nam zrównoważony i udany estetycznie jazz. Pierwsza, duet z trębaczem Wojciechem Jachną, ma nawet inklinacje w kierunku free improv i choć może nie jest to jeszcze ten etap muzycznej przygody, to próbować zdecydowanie warto (Nights Talks, 2015). Płyta Delusions (2016) firmowana jest przez kwartet, składający się trzech braci Wójcińskich (także trąbka i fortepian) i Krzysztofa Szmańdę (perkusja). Panowie dobrze ważą ambicje i oczekiwania wobec własnej muzyki z efektem finalnym, jaki są w stanie osiągnąć. Kwartet pcha do przodu świetnym walkingiem Ksawery, dobrze sprawuje się perkusista, a pozostali bracia zwinnie krążą nad pięciolinią, dotrzymując kroku bardziej doświadczonym kolegom.

Czas na trzyosobowy koncert z Festiwalu Ad Libitum, edycja 2013. Na scenie CSW Maciej Garbowski (kontrabas), Piotr Damasiewicz (trąbka) i William Soovik (perkusja). Byłem na tym koncercie i przyznaję, iż z perspektywy pierwszego rzędu nie zrył mi beretu. Dziś po trzech latach, w skupionym odsłuchu domowym, ten dobrze zarejestrowany koncert zdecydowanie zyskuje na wartości. Wciąż mógłbym delikatnie utyskiwać nad niskim poziomem ekspresji muzyków (zwłaszcza trębacza), ale nie czynię tego, bo Sesto Elemento (2015) naprawdę mi się podoba.




Kolejna płyta z katalogu, Spontaneous Chamber Music Vol. 1 (2016), również zasługuje na wiele ciepłych słów. Muzyka zgodnie z tytułem, a także liner notes, powstała bezwzględnie spontanicznie, a jej współczesny rodowód, bezdyskusyjny, ciekawie inspiruje muzyków do kompetentnych improwizacji. Marcin Olak (gitara), Patryk Zakrocki (skrzypce) i Mikołaj Wielecki (perkusja) snują przez niepełne trzy kwadranse nieśpieszną, akustyczną opowieść, która momentami osiąga ekscytujący poziom emocji, mimo, iż Panom daleko do eskalowania hałasu. Tytuł wydawnictwa sugeruje ciąg dalszy. Zapisuję się niechybnie na listę oczekujących.

Została nam ostatnia pozycja, przy okazji najnowsza płyta Fundacji Słuchaj! Tym razem witamy w środowisku improwizowanej muzyki klezmerskiej. Podobnie, jak w przypadku Komeda Ahead, muzyka daleka jest od estetyki preferowanej na Trybunie, zatem nie będę się wymądrzał. Lubię tego słuchać przy żonie, z pewnością jednak wielu słuchaczy znajdzie szereg innych okoliczności, by z krążkiem Bassarabian Journey (2016), firmowanym przez Kwartet gitarzysty Marcina Olaka, obcować z oczekiwaną porcją przyjemności.



wtorek, 10 maja 2016

Kjaer! Cirera! Malfon! Azaiez! Vicente! Schultze! Andorra! Prats! – The Youth Are Getting Restless! *


Uwaga! Nazwiska muzyków wylistowane w tytule dzisiejszej opowieści być może mówią nam jeszcze niewiele. Być może – o, zgrozo! – nie mówią jeszcze zupełnie nic. A zatem błąd kardynalny na samym wstępie.

Przynajmniej czworo z nich wnikliwi obserwatorzy Trybuny mieli okazję już poznać. Pierwszą z tych okoliczności było roczne resume 2015 (odnajdziecie je na liście najpopularniejszych postów tego bloga), na którym pojawiły się – skąd inąd doskonałe – produkcje Alberta Cirery i Luisa Vicente.  Drugie spotkanie, to skromna opowieść o kilku smakowitych produkcjach netowego labelu z Barcelony – Discordian Records (przy okazji absolutny hit wśród postów, zresztą za sprawą jednego wpisu na najpopularniejszym portalu społecznościowym, poczyniony przez muzyka z Katalonii, który zaskoczony został faktem, iż w dalekiej Polsce ktoś w ogóle słucha jego muzyki). To tu zetknąć się można było z personaliami Ramona Pratsa, Dona Malfona i – ponownie – Alberta Cirery.

Dość jednak tych wynurzeń redakcyjnych, które zasadniczo kręcą jedynie Autora. Czas przejść do meritum i rzucić w wir rzeczywistości wirtualnej kilka ważnych wydawnictw, które bezwzględnie należy wysłuchać. Oczywiście istotny jest wspólny mianownik dla sześciu poniższych pozycji. Padł zresztą w tytule tej opowieści.

Idzie młodość, także na scenie free improv/free jazz. I niech nam szacunek dla naszych wspaniałych weteranów, w wieku naszych rodziców, nie przesłania oglądu rzeczywistości zdecydowanie non-wirtualnej. W Europie gra się mnóstwo wspaniałej muzyki, a grają ją także muzycy (na ogół przed lub w okolicach czterdziestych urodzin), których nazwiska mówią nam stanowczo zbyt mało.




Julie Kjaer 3 (with John Edwars & Steve Noble)  Dobbeltgaenger (Label Clean Feed, 2016)

Zacznijmy od młodej i temperamentnej Dunki, z którą być może ktoś zetknął się już przy okazji Large Unit Paala Nilssena-Love (ten jest z nami od lat, ale rocznikowo spokojnie można go zaliczyć jeszcze do kasty młodych). Krążek wydany dla portugalskiego wydawcy jest po prawdzie jej debiutem pod własnym nazwiskiem. Panna (Pani?) nie idzie na łatwiznę i debiut ów popełnia nie gdzie indziej, jak w londyńskim Vortexie, mając przy boku prawdziwie już posągowe postaci europejskiego free improv – Johna Edwardsa i Steve’a Nobla. Materiał muzyczny – podany w sześciu odcinkach – to dość uporządkowana improwizacja, realizowana w oparciu o kilka gotowych pomysłów, głównie ze strony Julie (pod jednym fragmentem widnieją podpisy wszystkich muzyków). Bazą dla tych nieskromnych igraszek muzycznych jest zdecydowanie rytm. To wokół niego koncentrują się, chwilami bardzo kolektywne, improwizacje całej trójki. Permanentne ogrywanie rytmu jest tu zajęciem podstawowym. Kjaer robi to doprawdy wyjątkowo interesująco, łamiąc co chwila metra, skale i środki wyrazu. Rzekłbym, że jej gra, nawet jak na kanony free, jest zmyślnie pokrętna, a dodatkowo nie jest bynajmniej obfita w długie, solowe kawalkady akordów. Dwójka Brytyjczyków myśli podobnie, przeto efekt końcowy musi być więcej niż bardzo dobry.
Dokonania Julie będziemy pilnie śledzić, zwłaszcza, iż jest ona obecnie w trakcie rejestracji nagrań w trio z ciekawymi Pannami (Paniami?) z Great Britain, które poznaliśmy przy okazji opowieści o Kwintecie i Sekstecie Alexa Warda – Hannah Marshall i Rachel Musson.

  


Albert Cirera/ Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian Records, 2016)

To już czwarta część Kronik Alberta Cirery, katalońskiego saksofonisty, przy okazji rezydenta lizbońskiego. Po trzech duetowych spotkaniach rówieśniczych (vs. saksofon, vs. „wiolonczelo-skrzypce”, vs. kontrabas), tym razem trzy kwadranse skromnego zwarcia z prawdziwym weteranem, Carlosem Zingaro i jego improwizującymi skrzypcami. I znów jest to piękna opowieść. Nieśpieszna narracja, raczej w spokojnych klimatach Alfamy, z dala od zgiełku i natrętnej nowoczesności Oriente i mostu Vasco Da Gama (uwaga! jesteśmy w Lizbonie), choć nie brakuje też ostrych wymian zadań, kwitowanych pociesznymi przekomarzaniami ojca i syna. Najdosadniej wybrzmiewa molowe Suffering, gdy w grze obu muzyków aż skowycze tytułowe cierpienie, choć nie popadamy w klimaty saudade znad brzegów Tejo (tu gramy free improvisation na 110%, dodam dla jasności sytuacji).
Kolejna doskonała Kronika w wykonaniu Cirery, który w każdym z wymienionych spotkań gra inaczej, stosuje inne środki artystycznego wyrazu i niemal wchodzi w skórę swego interlokutora. Na Czwórce gra używając saksofonu (jak zawsze), a brzmi jakby grał … na skrzypcach!




Don Malfon/ Nuno Rebelo/ Ramon Prats  Inner Mechanics (Discordian Records, 2015)

Parę ciepłych słów o Malfonie padło już na tych łamach, gdy polecałem jego bardzo udany duet z Agusti Fernandezem (także dostępny via. Discordian). Tym razem Don w towarzystwie zdecydowanie bardziej rówieśniczym – Nuno gra na gitarze elektrycznej, a Ramon uroczo bębni w powierzchnie płaskie. On sam dmie ochoczo i bardzo osobistym soundem w saksofon altowy i barytonowy. Niegwałtowna, czyniona raczej spacerowym krokiem, pikantna improwizacja. Jak to często bywa u diskordianistów, opowieść bardzo krótka (niewiele ponad dwa kwadranse), zatem bez zbędnych dłużyzn. Trzy przyczajone kocury trą pazurami o szybę. Nie wpuszczajcie ich do środka, bo zrobią demolkę!




Agustí Fernández/ Yasmine Azaiez/ Núria Andorra  Future Memories (Discordian Records, 2016)

I jakby nam było mało, raz jeszcze kataloński Discordian. Tym razem ich najnowsza produkcja. Najbardziej znanemu muzykowi free z Katalonii Agusti Fernandezowi - jak zwykle na pianie, i to silnie preparowanym - towarzyszą w trakcie kreowania Wspomnień Przyszłości dwie młode i dalece interesujące Panie (Panny?) – Yasmine Azaiez na skrzypcach i Nuria Andorra na perkusjonaliach. Ta pierwsza (zdecydowanie przed 30-ą) po prawdzie debiutuje na scenie muzyki improwizowanej, druga zaś ma w dorobku diskordianowym ledwie dwie skromne ekspozycje (obie w doskonałym towarzystwie Toma Chanta) i nic nie wskazuje na to, by dyskografia obu była bardziej rozbudowana. A zatem Papa Agusti i dwie nieskromne pretendentki. Ponad 50 minut swobodnej improwizacji, o wielu wszakże obliczach. Z jednej strony absolutnie free improv na bazie silnych preparacji pianisty i perkusistki, z drugiej sporo fragmentów kameralistycznej zadumy w całkiem współczesnym wydaniu, kreowanych czystymi akordami skrzypiec i fortepianu. Opowieść w trzech fragmentach, w których nie brakuje dynamicznych kooperacji i śmiałych ucieczek w plądrofoniczny wręcz wymiar obcowania z powierzchniami płaskimi, skromnego zestawu percussion. I wisienka na torcie, czyli Tunezyjka Yasmin, która zaskakuje naprawdę wielowymiarowo. Strach pomyśleć, jakie dźwięki będą wydobywały jej skrzypce, gdy głowa osiągnie przynajmniej minimalny poziom doświadczenia.




Simon Rose/ Stefan Schultze  The Ten Thousand Things (Red Toucan Records, 2015)

Czas na niemiecki wątek w naszej dzisiejszej opowieści, dodatkowo w silnej kooperacji z naszym ulubionym Zjednoczonym Królestwem. Z pianistą znad Sprewy spotykam się rzecz jasna po raz pierwszy i od razu mam nadzieję, że nie ostatni. Skoro Stefan tak ostro preparuje swój niewdzięczny instrument, to istnieje spora szansa, że zwróci uwagę Waszego Autora. I tak się dzieje, również z powodu uczestnictwa w procesie muzycznym bardzo kompetentnego saksofonisty zza Kanału La Manche, Simona Rose’a. Niekrótka opowieść w aż jedenastu częściach zarejestrowana w Lofcie Kolońskim (znane miejsce!). Rose gra nieśpiesznie i lubi najpierw szczegółowo omówić temat, by potem z radością dotrzeć do puenty. Zdecydowanie bardziej komunikatywny zdaje się tu być Schultze, który bardzo często fortepian zamienia w dynamiczny instrument perkusyjny i to właśnie wtedy jest najciekawiej.




John Dikeman/ Luis Vicente/ Dirk Serries/ George Hadow/ Martina Verhoeven  Live At Zaal 100 (Nachtstück Records, 2016)

Na finał tego ożywczego powiewu młodości na europejskiej scenie muzyki improwizowanej, drobny kwintet ewidentnie free improv, w dość jednak… jazzowym zestawie instrumentalnym – dwa dęciaki, instrument harmoniczny, bas i perkusja. Niespełna 40 minutowa relacja z koncertu w holenderskim Klubie Zaal 100, poczyniona, jak domniemuję na początku bieżącego roku. W tym zestawie personalnym postacią chyba najbardziej rozpoznawalną jest holenderski Amerykanin, saksofonista John Dikeman, który nie dość, że gra na temat i z wyobraźnią, to ma nawet w dorobku krążek dla naszego rodzimego Not Two (Cactus Truck Seizures Palace). Nas w tym konglomeracie młodych lub stosunkowo młodych improwizatorów szczególnie interesuje postać portugalskiego trębacza, Luisa Vicente ( i nie zawodzimy się choćby na moment). Ciekawie i w nieoczywisty sposób improwizuje gitarzysta elektryczny Dirk Serries (bo i korzeniami tkwi on raczej w elektronicznej awangardzie). Oko – na dłuższą chwilę – zawieszamy także na kontrabasistce, Pani (Pannie?) Martinie Verhoeven, która swą śmiałą grą uroczo puentuje, bardzo rozbudowany w tej opowieści, wątek feministyczny.


* ) tytuł posta jest przy okazji tytułem koncertowej płyty Bad Brains, hardcore/punk załogi z New York D.C., jakieś ćwierć wieku temu