Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Corsano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Corsano. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2025

John Butcher, Florian Stoffner i Chris Corsano w ramach 78.edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i w piekle cykl koncertowy Spontaneous Live Series, odbywający się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i poznańskiego Dragon Social Club od siedmiu lat, przechodzi wraz z końcem tego roku do historii. I jak to bywa w takich sytuacjach, ostatnie wydarzenia wydają się być szczególnie wartościowe.

Po wspaniałym koncercie legendarnego kwartetu The Electrics, jak miał miejsce kilka dni temu, w najbliższy czwartek 6 listopada do Poznania zawitają John Butcher, Florian Stoffner i Chris Corsano!

 


Z pełną odpowiedzialnością za każde słowo zapraszamy na koncert niezwykły. Na scenie Małego Domu Kultury rzeczonego Dragon Social Club pojawi się trzech wybitnych improwizatorów, z których żaden nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Brytyjski saksofonista wraca do Poznania po roku, szwajcarski gitarzysta po dwóch, a amerykański drummer po tak długim czasie, że nikt do końca nie pamięta, kiedy grał w Poznaniu poprzednio.

Jako trio muzykują już kilka lat i mają w dorobku dwa albumy – pierwszy nagrany w Szwajcarii, drugi w Niemczech. Teraz, w ten dokładnie dzień w Dragonie, nagrywać będą swój trzeci album. Nie można tego faktu przegapić!

Dodajmy, iż dzień później to wspaniałe trio uświetni kolejną edycję łódzkiego Festiwalu Musica Privata.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 78

Dragon Social Club, Poznań, 6 listopada 2025, godz. 20.00

Florian Stoffner, gitara

John Butcher, saksofon sopranowy/tenorowy

Chris Corsano, perkusja.

Bilety dostępne przed koncertem – gotówka albo blik.

 

„Quiet Is The New Loud”, to album Kings of Convenience z 2001 roku, który odzwierciedlał muzyczną wrażliwość przynajmniej części ówczesnego pokolenia. Stanowi on również motto tria Johna Butchera, Chrisa Corsano i Floriana Stoffnera. Ich muzyka różni się od hałaśliwego, mocnego free jazzu tym, że powstrzymują się od głośnego grania na instrumentach. W rzeczywistości jest to muzyka do skupionego słuchania, a nie do podskakiwania, czy nawet headbangingu. Chodzi tu raczej o precyzyjną muzykalność, krystalicznie czyste wtrącenia i delikatną kontemplację, ale także, oczywiście, o eksplorację i projektowanie dźwięku. To tworzy tektoniczne światy dźwięków, które na siebie napierają. Na ich koncertach momentami czujesz się, jakbyś stał w maszynowni z wolierą pełną egzotycznych ptaków w centrum. Butcher, Corsano i Stoffner nie potrzebują nadmiernej głośności ani solówek, które kuszą owacją na stojąco, aby dostarczyć swój przekaz. Ich przesłanie jest napisane eleganckimi małymi literami i rzadko używanymi czcionkami akustycznymi.

 

Cytat prasowy:

„To pieśń o porzuconych, zdezelowanych maszynach, powoli wracających do życia. Chór zaniedbanych robotów walczących o naprawę”. Chris Robertson – Point of Departure

https://now-ezz-thetics.bandcamp.com/album/braids

https://relativepitchrecords.bandcamp.com/album/the-glass-changes-shape

 



wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

wtorek, 23 września 2025

Rodrigo Amado & Chris Corsano into The Healing!


Bywają dni w życiu każdego miłośnika muzyki kreatywnej, że nie sposób obyć się bez porcji soczystego, wysokogatunkowego free jazzu.

Portugalski specjalista w tej dziedzinie, saksofonista tenorowy Rodrigo Amado, którego każdy ruch artystyczny śledzimy na tych łamach od lat i równie kompetentny amerykański drummer Chris Corsano, to duet, który doskonale zadba o nasze dobre samopoczucie pierwszego dnia dość słonecznej – przynajmniej w zachodniej Polsce – jesieni.

So, let’s jump into the fire music!

 


Album dokumentuje koncert, jaki odbył się w pięknej Lizbonie dziewięć lat temu. Czas leżakowania zrobił temu nagraniu mnóstwo dobrego, niczym najlepszemu portugalskiemu tinto. Nagranie, to długa, prawie dwudziestoczterominutowa pieśń otwarcia i trzy krótsze historie, dwie dziesięciominutowe oraz pięciominutowe encore. Muzycy od startu stawiają na konkret – precyzyjny drumming i zalotne, melodyjne frazy tenorowego, które w ułamku sekundy nabierają mocy. Już po stu uderzeniach serca duet wytacza piękne, masywne działa free jazzu. Kipiel nie trwa jednak długo, bo po paru pętlach Amado na moment zostaje sam i podsyła garść melodyjnych westchnień. Koło zamachowe Corsano nie pozwala jednak na wiele, zatem muzycy ruszają w kolejny krwawy bój. Dynamika, saperska precyzja, pewność każdego zadęcia, każdego uderzenia w werbel, czy tom. Silne wydechy, raz po raz skromniejsze wdechy. Po kolejnym szczycie, w połowie utworu Corsano aplikuje nam dawkę niemal death metalowego solo. Amado powraca delikatnie strwożony i proponuje podskoki w rytmie walczyka. Serwuje nam jeszcze bardzo melodyjne solo, a potem ramię w ramię ze swym partnerem animuje rozbujaną finalizację.

Drugą odsłonę koncertu ewokuje pisk saksofonu, któremu towarzyszą perkusjonalne błyskotki. Rozbiegówka osadza się tu na ciekawym suspensie, ale już po kilku chwilach gorąca krew wypycha muzyków na ognisty szlak. Puentą tej akcji jest pokaźna dawka melodii. Z kolei trzeci utwór otwiera wyśmienite solo Corsano, pełne smaczków brzmieniowych. Amado wchodzi do gry z pewnym respektem, bystrą melodią, dobrym słowem. Muzycy budują flow jak zwykle na dużej swobodzie, nie muszą napinać mięśni, by wynosić improwizację na naprawdę wysokie wzgórza. W strumieniu fonii nie brakuje swingujących fraz saksofonu i zamaszystych pętli perkusji. Tu puentą jest kolejna porcja fantastycznych, freejazzowych eksplozji. Ostatnia improwizacja, to radosne podskoki, soczyste melodie, garść dramaturgicznych powtórzeń, bez wszakże pożegnalnych ukłonów, do samego końca tylko konkret!


Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing (European Echoes, CD 2025). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Chris Corsano – perkusja. Nagrane w ZDB, Lizbona, wrzesień 2016. Cztery improwizacje, 49 minut.



 

piątek, 11 października 2024

Butcher, Stoffner & Corsano! The Glass Changes Shape!


Festiwal nowych albumów z udziałem obchodzącego w tym miesiącu siedemdziesiąte urodziny Johna Butchera trwa w najlepsze!

Czas na trio bez nazwy własnej, które debiutowało bodaj dwa lata temu, a dziś dostarcza swój drugi album, nagrany niemal dokładnie rok temu w kolońskim The Loft. Jak sugeruje zdjęcie na okładce, dźwięki trzech zacnych artystów zarejestrowano z udziałem publiczności. Skrupulatny odsłuch pozwala jednak ze stuprocentową pewnością stwierdzić, iż na płycie tego nie słychać. Album składa się z dziewięciu świetnie udramatyzowanych odcinków - aż nie chce się wierzyć, że nagranie powstało na koncercie, w trakcie którego artyści z pewnością kreowali bardziej rozbudowane formy. Niektóre z utworów na płycie trwają niewiele więcej niż trzy minuty. Innymi słowy – doskonała selekcja materiału i post-produkcja.

Dokładnie to samo możemy powiedzieć o zawartości merytorycznej krążka. O Butcherze piszemy w tym roku wyjątkowo dużo, Florian Stoffner jest tu wychwalany tak często, jak tylko jest to możliwe. Rzadziej z kolei wspominamy Chrisa Corsano, wyśmienitego drummera z drugiej strony Atlantyku. Nagrywa niezbyt często, jeszcze rzadziej czyni to z muzykami z Europy. Winien zdecydowanie częściej, a rzeczona płyta potwierdza to od pierwszej do ostatniej sekundy. Zatem brawa dla całej trójki i ponadnormatywna radość ze spotkania z amerykańskim perkusistą.



 

Pieśń otwarcia pełznie marszowym krokiem – dęty śpiew, gitarowe zasieki i perkusyjne szuranie na werblu. Muzycy czują się bardzo swobodnie, cel ich podróży jest jasny, paleta przystanków, potencjalnych onomatopei i refleksji nieskończona. Opowieść nabiera intensywności głównie dzięki akcjom drummera. Uwaga – tak będzie się tu działo bardzo często! Druga odsłona lepi się z drobnych akcji i błyskotliwych interakcji. Frazy preparowane, które w tym trio są chlebem powszednim, zdają się być teraz bardziej intensywne. Całość przypomina tap dancing, jest ulotna, odrobinę metaforyczna. Saksofon płynie wzgórzem, gitara doliną i cuchnie próchnem, z kolei perkusja niczym wielonogi pająk dociera wszędzie.

Trzecia historia, to na wejściu jeszcze drobniejsze frazy – lepi się jedynie z szumów i szmerów. Z czasem gęstnieje i nabiera perkusjonalnego charakteru, choć nie jest jedynie dziełem drummerskim. Gitara podsyca ogień, sopran skrzeczy, perkusja rozwarstwia się – narracja rośnie jak na drożdżach. Muzycy prawie na siebie pokrzykują, a ten odcinek podróży kończą w dronowym ukojeniu. Czwartą odsłonę otwiera Stoffner szyjąc post-baileyowską pajęczynę. Corsano idzie od podłogi, Butcher uśmiecha się tenorowymi ustami. Teraz ułamek sekundy jest wystarczający, by wybuchnąć emocjami, a potem dokonać żywota w strudze mrocznego ambientu.

Piąta opowieść trwa ponad dwanaście minut. Na wszystko jest tu czas. Początek tonie w metalicznej chmurze rezonansu. Talerze drżą, strwożony saksofon ledwie wydaje dźwięki, gitara dronuje tuż nad podłogą. Długoterminowa improwizacja ma kilka faz – najpierw szmera smolistymi preparacjami, potem czerstwieje i zgrzyta zębami (Corsano szarpie za struny?), wreszcie niesiona mocą sopranu idzie w ogniste tango, podpierając się połamanym rytmem perkusji. Nim skona, dostarcza nam jeszcze niekończące się plejady brzmieniowych subtelności – dzwoniące perkusjonalia, szumiąca tuba i zaplątane, porozrywane struny.

Szósty i siódmy epizod, to najkrótsze na albumie interwały. Ten pierwszy jest nad wyraz intensywny – gitara sprzęga, perkusja stuka dziwny rytm, saksofon prycha jak słoń na głodzie. Mięsista narracja zostaje tu perfekcyjna stłumiona aż do granic ciszy. Siódemka jest delikatna, dronowa – tworzą ją szum wiatru, blask słońca, drobne stuki i trzaski.

Przedostatnią improwizację otwiera duet sax & drums! Intensywny, ale lepiony z drobiazgów. Gitara wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i rwie struny z głowy. Opowieść bez zbędnej zwłoki wpada w stan soczystego free jazzu. Saksofon tańczy i skacze ku niebu, gitara obraca się wokół własnej osi niczym pijana baletnica, a perkusja robi swoje z precyzją sapera. Końcowa opowieść rodzi się w mrocznej ciszy. Drobne frazy wchodzą w zwinne interakcje - mysie stuki, kocie jęki i żabie kumkania. Lepią się do siebie jak ćmy do światła – zwiewne, ulotne, z umierającą melodyką.

 

John Butcher/ Florian Stoffner/ Chris Corsano The Glass Changes Shape (Relative Pitch, CD 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Florian Stoffner – gitara oraz Chris Corsano – perkusja, half clarinet. Nagrane w The Loft, Kolonia, Niemcy, wrzesień 2023. Dziewięć improwizacji, 53 minuty.

 

 

wtorek, 14 listopada 2023

Florian Stoffner, John Butcher & Chris Corsano in Braids!


Zamiast podnosić głos, raczej pogłębiaj swoją argumentację! Taka oto myśl płynie z pierwszych słów zawartych w liner notes albumu Braids. Choć odnosi się do retoryki werbalnych akcji niewiązanych z muzyką, zdaje się idealnie pasować do wszelkich dywagacji o muzyce swobodnie improwizowanej.

Owa myśl doskonale komentuje nagranie tria, nad którym dziś się pochylamy. Oto legenda brytyjskiego free impro John Butcher, wyśmienity amerykański perkusista średniego pokolenia Chris Corsano, wreszcie wyjątkowy szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner zwarli wspólnie szeregi bodaj po raz pierwszy i zaprezentowali nam album pod wieloma względami niezwykły, m.in. dlatego, że zawarli w nim dużo dźwięków poczynionych w okolicach ciszy, pełnych mrocznego spokoju i … siły muzycznych argumentów.



 

Muzycy zaczynają swój spektakl kolektywnie. Na lewej flance minimalistyczna, metalicznie brzmiąca gitara, po prawej matowy, szorstki drumming, po środku saksofon tenorowy z post-jazzowymi upiększeniami. Narracja rozwija się dość linearnie i charakteryzuje pewną wyszukaną dynamiką. Po paru zakrętach muzycy wpadają jednak w stan delikatnej lewitacji, nasączeni odrobiną gitarowej psychodelii, uwikłani w długie frazy dęte i akcje perkusyjne czynione na wyjątkowo dalekim planie. Improwizacja klei się tu z drobnych, smukłych ekspozycji. W trakcie drugiej opowieści dźwięki zdają się być wyżej zawieszone. Gitara serwuje nam bogatą paletę flażoletów, saksofon wznosi tubę ku górze, a perkusja pracuje na talerzach i silnie napiętych naciągach werbla i tomów. Ta ostatnia buduje przy okazji dość pokrętną rytmikę. W toku rozwoju narracji poziom głośności, wbrew anonsom z preambuły tego tekstu, przebiera dosyć pokaźne rozmiary. Emocje na kilka chwil eksplodują.

Trzecią historię tworzą na wstępie wyłącznie frazy preparowane. Inicjuje ją drummer, potem wybudza się drżący saksofonista, wreszcie w grze jest i gitarzysta, który szeleści na modłę minimalistyczną. Całość formuje się w pogrzebową balladę, która raz za razem dotyka ciszy. Wydaje się, że przez moment każdy z artystów stąpa tu na palcach, wstrzymuje oddech, by nie zakłócać posępności chwili. W czwartej części zakotwiczony już wcześniej mrok jest punktem wyjścia do budowania kolejnej wystudzonej opowieści. Szumi gitarowy amplifikator, z dna tuby saksofonu sopranowego płyną martwe fonie, coś szmerze na glazurze werbla. To niebywałe, iż w takich okolicznościach fonicznych artyści są w stanie w mgnieniu oka i ucha zbudować epicką, żywą i gęstą od interakcji opowieść. Kolejną improwizację otwiera Butcher i płynie typowym dla siebie strumieniem dźwiękowych nieoczywistości. Partnerzy, początkowo zatopieni w szumiącej ciszy, z rzadka inicjują akcje zaczepne. Preparowane frazy, dronowe oddechy i duża cierpliwość, to atrybuty tego fragmentu nagrania. Z czasem nabiera ono jednak pewnej dynamiki, zdaje się być bardziej otwarte, lepiej napowietrzone i doświetlone.

Szósta improwizacja trwa tu najdłuższej, nie przez przypadek jest zatem najbogatsza w spektakularne wydarzenia. Otwiera ją talerzowy ambient, któremu towarzyszą długie, saksofonowe wydechy i basowe frazy gitary. Całość doposażona jest niemałymi porcjami ciszy. Mroczna aura z czasem nabiera nieco życia, pojawia się metaliczny rezonans, dęte gwizdy i gitarowe szumy. Narracja zdaje się narastać niczym letnia burza. Całość nie jest jednak pozbawiona brzmieniowych detali, szczególnie ze strony gitarzysty. Akcenty psychodeliczne i matowa polirytmia budują tu dramaturgię, podobnie jak kolejne plastry ciszy. Na zakończenie improwizacja formuje się w dość linearną opowieść, z elementami post-jazzowej melodyki. Końcowa opowieść to rodzaj wystudzonej kody. Lepi się ze szmerów, drobnych szarpnięć za struny, uderzeń saksofonowych dysz i blasku drżących tomów.


Florian Stoffner, John Butcher & Chris Corsano Braids (Now-Ezz-Thetics/ Hat Hut Records, CD 2023). Florian Stoffner – gitara, John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Chris Corsano – perkusja i pół-klarnet. Zarejestrowane w Le Singe, Biel/Bienne, Szwajcaria. Siedem improwizacji, 49 minut.



 

piątek, 24 lutego 2023

The Relative Pitch’ January outfit: Quartet, Duo and Trio!


Amerykański The Relative Pitch Records dostarcza nowych płyt każdego miesiąca i czyni to z godną podkreślenia konsekwencją edytorską. W styczniu podrzucił nam trzy nowości (choć po prawdzie jedna z nich datowana jest na sam koniec grudnia). W zestawie odnajdujemy soczysty aylerowsko-coltrane’owski free jazz w doborowej obsadzie, ostatni odcinek serii DUOS2022 naszej ulubionej bułgarskiej skrzypaczki oraz amerykańskie trio swobodnego post-jazzu, niepozbawione meta bluesowego posmaku i rockowej ekspresji. Pierwszy i trzeci album dostajemy w formie dysku kompaktowego, duet zaś, tak jak poprzednio, jedynie w plikach elektronicznych.



Rasmussen/ Flaherty/ Rowden/ Corsano  Crying in Space

Firehouse 12, New Haven, czerwiec 2019: Mette Rasmussen – saksofon altowy i obiekty, Paul Flaherty – saksofon altowy i tenorowy, Zach Rowden – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Na omawianym, transatlantyckim albumie, nie mogło zabraknąć emocji gorącego free jazzu – ze strony amerykańskiej wyjątkowy saksofonista, prawdziwy outsider i weteran fire music, doskonały drummer już chyba średniego pokolenia i świetnie zapowiadający się młokos kontrabasu, a ze strony europejskiej najważniejszy kobiecy głos ekspresyjnego, post-brotzmannowskiego saksofonu. Początek koncertu, to aylerowski klimat podany w chill-outowym tempie – nisko osadzony, kontrabasowy smyczek, niezobowiązujący circle drumming i dwa saksofony wysoko wznoszące głowy. Narracja gęstnieje tu głównie za sprawą dynamizującego się smyczka, dzięki czemu dęciaki mają przestrzeń, by spontanicznie eksplodować. Niektóre ich oddechy zdają się być jednak przesycone nutą nostalgii, co szczególnie uwypukla się w momencie, gdy Paul i Mette zostają sami na scenie. W ramach puenty tej sytuacji dramaturgicznej dostajemy perkusyjne solo i czekamy na efektowny powrót smyczka. Następująca tuż potem faza rezonującego post-ambientu skomentowana zostaje wysokim lotem jednego z altów, prawdopodobnie w wykonaniu Mette.

Drugą odsłonę koncertu otwiera rzeczona Dunka, która prowadzi ponad czterominutowe intro. Najpierw prycha, potem śpiewa i nawołuje partnerów, by szybkiej włączali się do walki, nie unika typowych dla Vandermarka zabaw rytmicznych. W połowie piątej minuty post-aylerowski, tu może nawet bardziej post-coltrane’owski kwartet wraca do gry. Improwizacja kołysze się na wietrze, pięknie stymulowana kontrabasowym smyczkiem. Spokojny półgalop spowalnia w okolicach dziesiątej minuty, dając przy okazji chwilę wytchnienia saksofonistce, a na krótszy moment także kontrabasiście. Ta faza koncertu zdaje się mienić mroczną, kameralną aurą, a zostaje spuentowana tajemniczymi dźwiękami wracającej na scenę Mette. Niektóre z nich przypominają dmuchany instrument klawiszowy, a towarzyszą mu dźwięki … ptaków. Zakończenie drugiej części albumu nabiera onirycznego, dalekiego od napięcia fire music klimatu, dodatkowo podkreślanego niskim dronem smyczka. Na bis kwartet od pierwszego dźwięku rusza w ekspresyjną podróż, a jego opowieść zdaje się być silnie nasycona frazami Aylera, jego melodyką, pewną podniosłością, ale i narracyjną lekkością. Orkiestra tutti swobodnie płynie na bazie roztańczonego smyczka, ale ponieważ to encore, improwizacja systematycznie przygasa i przepoczwarza się w rozśpiewany duet saksofonów.



 

Biliana Voutchkova & Charmaine Lee  I am going to make an attempt to describe what you mean to me (DL)

Okoliczności domowe obu artystek, 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, dyktafony, field recordings oraz Charmaine Lee – głos, elektronika. Pięć utworów, 19 minut.

Finałowa edycja duetowej serii Voutchkovej, to wyjątkowo urokliwy zbiór miniaturowych opowieści, tkanych z drobnych fraz, niekiedy strzępów dźwięków, a nawet post-dźwięków, ale nasyconych emocjami po sam brzeg. Jednocześnie owa nieco performatywna narracja, w której posadowiono dużo fonii wprost z tzw. otoczenia, wydaje się być gęsta, niemal bolesna, zarówno dla tych, które te dźwięki tworzyły, tudzież preparowały, jak i dla całej reszty, która zasłuchuje się w intrygującym efekcie końcowym.  A że w trudzie i znoju rodzić się potrafi prawdziwe piękno, wiedzą być może nieliczni.

Elementy składowe tej tajemniczej, niekiedy mrocznej podróży, to rozedrgane, surowe, niemal mechanicznie brzmiące skrzypce, czasami śpiew, a może cichy krzyk przez zaciśnięte gardło, głos, który recytuje drobne like haiku poems, nieinwazyjna elektronika w tle i spory zbiór elektronicznych dekonstrukcji, tak głosu, jak i być może pozostałych dźwięków, bywa, że w smaku całkiem post-industrialnych. Ostatnie ze zjawisk dociera do nas szczególnie dobitnie w drugiej opowieści, która pod koniec przypomina niepozbawione usterek, delikatne post-techno. W trzeciej odsłonie broczymy po kolana w mroku głuchego post-ambientu, słyszymy kroki i skrzypcowe drony, prawdziwy festiwal tłumionych zmysłów. W czwartej części narracja nabiera tajemniczego, dalekowschodniego posmaku – dziwne odgłosy, elektroakustyczne zdobienia i kolejny mały poemat werbalny. W finałowej ekspozycji powraca industrial taste. Skrzypce jęczą, elektroniczny background pogrąża się w chaosie. Foniczne życie umiera, znów nie bez werbalnego komentarza.



 

Susan Alcorn, Patrick Holmes & Ryan Sawyer  From Union Pool

Union Pool, marzec 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitar, Patrick Holmes – klarnet oraz Ryan Sawyer – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Koncert amerykańskiej trójki improwizatorów został na albumie zaprezentowany w trzech częściach. Set główny, czyli dwa pierwsze i początek trzeciego utworu, stanowią nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych i trwają niespełna pół godziny. Po nich następuje coś na kształt bisu, który trwa dość długo, ale muzycy w jego trakcie nie są w stanie zarysować realnej dramaturgii i zdają się tonąć w twórczym chaosie. Trochę szkoda, bo pierwsze dwa kwadranse, pełne efektownych wzlotów i kilku drobnych upadków, cieszyć mogą ucho każdego fana swobodnej, choć usianej jazzowymi i post-bluesowymi wtrętami, dalece kolektywnej improwizacji.

Początek spektaklu jest umiarkowanie spokojny, usiany matowym brzmieniem gitary i klarnetu, tudzież blaskiem rezonujących talerzy zestawu perkusyjnego. Muzycy dość sprawnie wchodzą w pierwsze interakcje, choć nie forsują nadmiernego tempa. Nie stronią od melodyki, slajsowanych fraz gitary i dynamiki charakterystycznej dla rockowego drummingu. Szczególnie intrygująco brzmią w krótkich, ekspresyjnych spiętrzeniach – gitara rzęzi wtedy post-rockiem, klarnet wspina się na palce i kreuje drobne cudowności, a perkusja, najbardziej w tym gronie rozsądna, dba o odpowiedni ład dramaturgiczny. Z kolei w chwilach wytchnienia w improwizacji nie brakuje jazzowych wypełniaczy i odrobiny kreatywnej psychodelii. W części drugiej znajdujemy się dość płynnie, a największym wydarzeniem jej wczesnej fazy jest ognisty duet klarnetu i perkusji. Powrót gitary oznacza tu zejście w tłumione, post-bluesowe zagrywki. Choć narracja faluje niczym wzburzony ocean, od krwistego free jazzu po improwizowaną americanę, muzycy bez większych problemów docierają do końca tzw. części zasadniczej, która przypada mniej więcej na czwartą minutę trzeciego utworu. Potem następuje zejście w chmurę oklasków, a po nim próba budowania nowego wątku. Muzycy tańczą na linie, hałasują, krzyczą, sieją meta rockowy popłoch, ale niemal każdy pomysł porzucają po kilkudziesięciu sekundach.



piątek, 23 lipca 2021

This Is Our Portuguese Language: Amado! Vicente! Madeira! Garfo! The Selva! Dos Reis!


Słowo się rzekło, kontynuujemy naszą portugalską opowieść, wypełniającą dwudziesty dziewiąty tydzień kolejnego roku wiecznej zarazy! Po soczystej petardzie Sinister Hypnotization, nie dalej jak w minioną środę, dziś zapraszamy na sześć kolejnych świeżych albumów muzyków portugalskich (nie bez udziału gości zagranicznych), z dźwiękami powstałymi na ogół na południowo-zachodnim krańcu Starego Kontynentu (z jednym wyjątkiem).

Zaczniemy z grubej rury, amerykańskim kwartetem naszego ulubionego portugalskiego saksofonisty (po prawdzie, w perspektywie ostatniej dekady lat, chyba najlepszym working bandem tego świata w kategorii całkowicie wyzwolonego free jazzu), potem zaprezentujemy dwa tria naszego ulubionego trębacza z Lizbony, pierwsze całkowicie autorskie, drugie - istotnie kolektywne. Po wzięciu krótkiego oddechu czeka na nas kolejny trębacz z pięknej stolicy Portugalii i pewien kwartet o dość komiksowej nazwie, wreszcie na finał muzycy znani i lubiani, ale w dość nietypowych odsłonach – elektronicznej i … niemalże pop-rockowej!

 


Rodrigo Amado This Is Our Language Quartet   Let The Free be Men (Trost Records, CD/LP 2021)

Międzynarodowy i dalece wielopokoleniowy kwartet This Is Our Language miał do tej pory w dorobku dwa albumy studyjne (nagrane w Lizbonie w latach 2012 I 2016), teraz - niejako w uzupełnieniu palety możliwości tego składu - dostajemy nagranie koncertowe, nie zarejestrowane jednak w trakcie ostatniej trasy grupy w 2019 roku, ale dwa lata wcześniej, w kopenhaskim klubie Jazzhouse. Za krążek Let The Free be Men odpowiada kwartet w składzie: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Joe McPhee – trąbka kieszonkowa, saksofon sopranowy (i nie tylko, jeśli ucho recenzenta nie szwankuje), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Muzycy zagrają dla nas krwisty free jazz, który bazuje na pełnej improwizacji i jak zawsze uczynią to w sposób mistrzowski. Ich kolejna perła w koronie trwa 44 minuty i kilkanaście sekund.

Na koncercie w Kopenhadze pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, trafiamy bowiem dokładnie w moment, którym solowe expo rozpoczyna perkusista. Po kilka chwilach podłącza się kontrabasista, który delikatnie preparuje dźwięk. Dęciaki odzywają się dopiero w połowie czwartej minuty. Śpiewają kolektywnie, dając sobie także po kilkadziesiąt sekund na indywidualne wybuchy emocji. Ramy gatunkowe wykłute są tu w skale od pierwszej sekundy. Joe zaczyna trąbką, ale dość szybko przechodzi na sopran. Sekcja rytmu oczywiście robi swoje, trybem narracji podkreślając walory każdego z incydentalnych solistów. W trakcie expo tenoru, dla przykładu, efektownie swinguje. Druga improwizacja rodzi się w tubie tenoru, który efektownie dyskutuje ze smyczkiem kontrabasu. W tle pięknie rezonują talerze, które lepią się z zastanymi dźwiękami. Kameralne intro zgrabnie przepoczwarza się w jazzową balladę, by w odpowiednim momencie przejść kolejną metamorfozę i zaatakować free jazzowym drive’em. Na finał Joe znów pięknie śpiewa, a Rodrigo szczypie go po policzkach zadziornymi frazami.

Trzecią opowieść śmiało możemy nazwać szczególnie udanym epizodem. Zaczyna go dron dużego dęciaka (brzmi jak didgeridoo!), który pozostali komentują z dużym spokojem, dodając całej opowieści mnóstwo smaczków i pikantnych detali (choćby za sprawą smyczka!). I tu improwizacja nabiera dynamiki, a okrasą całości zdają się być dęte dialogi (trąbki i tenoru), czynione w klimatach godnych Ornette’a Colemana – dużo ognia i równie tyle molowej nostalgii. Finałowa improwizacja trzyma poziom poprzedniczek. Ponownie zaczyna się niemal na poziomie ciszy, pracuje rezonansem, szumi ciepłymi oddechami. Początkowo gra dla nas jedynie trio (bez tenoru), które częstuje nas bardzo jazzowym flowem (i znów piękną trąbką!). Balladowy klimat po kilku minutach zostaje uroczo zdewastowany przez powracający tenor, które śle zaczepne frazy na prawo i lewo. Kwartet rozbłyskuje i gna do mety bez zbędnych ceregieli. Jeszcze tylko powrót sopranu i kolejna bystra ekspozycja. Finał z adnotacją recenzenta: more typical free jazz, but also beauty!

 


Luís Vicente Trio  Chanting In The Name Of (Clean Feed Records, CD 2021)

Pozostajemy w klimatach wolnego jazzu i zapraszamy do świata kompozycji Luisa Vicente (trąbka). Nasz ulubieniec z Lizbony zdaje się stawać do walki w takiej roli bodaj po raz pierwszy. Do wykonania swego dzieła zaprosił wyjątkowo kompetentnych muzyków: Gonçalo Almeidę (kontrabas) oraz Pedro Melo Alvesa (perkusja i instrumenty perkusyjne). Sesja nagraniowa miała miejsce na początku stycznia br. w miejscu zwanym Soundinnovation Studios. Wykonanie pięciu kompozycji Luisa trwa 46 minut z sekundami.

Portugalczycy proponują nam jazz pełną gębą – z dobrymi, melodyjnymi tematami, wyśmienitymi improwizacjami, a także, każdorazowo, zgodnie z regułami gatunku, efektywnymi codami, które wieńczą dzieło. Pierwszy temat nie mógł nie powstać nad brzegiem lizbońskiej Tejo! Melancholijny, śpiewny, definitywnie zanurzony w smutku saudade! Narracja z jazzowym zębem, stwarzająca mnóstwo przestrzeni dla bardzo swobodnych improwizacji. Druga opowieść zdaje się już całkowicie stawiać na improwizację, ale ma swoją strukturę i dobrze skrojoną dramaturgię. Kolektywna, bardzo otwarta gra, nie bez akcentów preparowanych, z improwizacjami prowadzonymi niemal równolegle przez wszystkich muzyków. Są fragmenty grane w duetach, są momenty post-barokowej urody spod kontrabasowego smyczka, wreszcie zróżnicowana dynamika całości. W trzeciej części Almeida kontynuuje wątek barokowy, z kolei Vicente śpiewa romantyczną piosenkę, a w tle rezonują talerze. Wszystko do wesołego płaczu i smutnej radości! I tu przestrzeń dla improwizacji zdaje się nie mieć końca i dopiero kolejna zgrabna coda przywołuje muzyków do porządku.

Czwarta opowieść swinguje całą szerokością lizbońskiej ulicy! Temat grany jest kolektywnie, uroczo piętrzony ciekawą dynamiką kontrabasowego pizzicato. Skoczny, wręcz zalotny flow po czasie niesie na swych barakach fantastyczne solo trąbki z efektownymi preparacjami (specjalność zakładu Pana Vicente!). Garść rytmicznych kantów dokłada Almeida, czyniąc ów post-colemanowski temat perłą całej płyty. Finałowa kompozycja startuje z głębi ciszy. Trąbka podaje delikatny, ale znów niezwykle melodyjny temat. Ballada saudade płynie leniwie, ale kłuje smutkiem po oczach. Bogata instrumentacja sprzyja nabieraniu intensywności. Kolejne doskonałe solo trąbki, potem zejście w dół świetnie pracującymi szczoteczkami perkusyjnymi i szybkie, basowe podejście pod finałową codę. To świetne nagranie muzycy kończą, jak zaczynali – ze śpiewem na ustach!

 


João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio (Madeira’ bandcamp, DL 2021)

Kolejne swobodnie jazzujące trio w naszej portugalskiej zbiorówce (tym razem płytowe credits nie wspomina o kompozycjach), to João Madeira na kontrabasie, Mário Rua na perkusji i ponownie Luis Vicente na trąbce. Nagranie z grudnia 2020 roku, poczynione w warunkach domowych, składa się z czterech improwizacji, trwających łącznie 42 i pół minuty.

Collective Free After Jazz! Dokładnie taki napis mógłby pojawić się na koncertowym plakacie anonsującym to nowe, doskonale trio z Portugalii. Muzycy stawiają na improwizację, ale ani przez moment nie zapominają o budowaniu dramaturgii, strukturze rytmicznej i muskularnym brzmieniu swych instrumentów. Nic wszakże nikomu nie ujmując, osobą, która pociąga tu najczęściej za improwizacyjne sznurki zdaje się być kontrabasista. Ciągnie trio ku niebu, spada z nim do samego piekła, szarpie na prawo i lewo, ale nade wszystko buduje fantastyczny flow. W pierwszej części jego instrument potrafi brzmieć delikatnie jak wiolonczela, w kolejnej ryje bruzdy w ziemi, niczym młot pneumatyczny, z kolei na samym końcu tej szalonej opowieści przypomina sound amplifikowanej gitary akustycznej. Jak sytuacja tego wymaga, muzyk sięga po smyczek, ale w tej roli wcale nie jest post-kameralnym kolorystą, częściej wciela się w post-rockowe zwierzę, które strzela riffami, jak z kałasznikowa.

Pierwsze trzy improwizacje trwają do dziesięciu minut. Budowane są nieśpiesznie, często stwarzają mnóstwo swobody trębaczowi, który bez trudu zasypuje flow pomysłami i zmysłową kreatywnością. Po rozpoznawczej grze otwarcia, w drugiej i trzeciej opowieści trio potrzebuje ledwie kilku pętli narracyjnych, by wpaść w konwulsyjny, niemal mantryczny drive, który nie stawia jednak na dynamikę, a na kreowanie intensywności przekazu. Muzycy nie stronią od dobrze rozumianej melodyjności, choć bardziej przypominają w tej roli rozjuszone koguty niż smutne, nadrzeczne ptaki, znajdują także wiele momentów na zmyślne preparacje (tu szczególnie trębacz). Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut. Po fazie spokojnych pląsów, opowieść cudownie pęcznieje – bas pogrubia linię narracyjną, trąbka skrzeczy i wzmaga emocje, a drummer perfekcyjnie stymuluje dynamikę. Po pewnym spowolnieniu ten ostatni dostaje wiele minut wyłącznie na solową ekspozycję. Sam finał budowany jest wedle zasady od ogółu do szczegółu, wieńczy go zaś kolektywna repetycja basowych dronów i trębackich śpiewów.

 


Garfo  Garfo (Clean Feed Records, CD 2021)

Po płytę kwartetu Garfo sięgamy przede wszystkim z uwagi na nasze rosnące zainteresowanie postępami w rozwoju zawodowym młodego lizbońskiego trębacza João Almeidy. Tym razem odnajdujemy go w towarzystwie muzyków zupełnie nam nieznanych, domniemujemy, iż równie młodych jak nasz bohater. Rzeczony kwartet uzupełniają: Bernardo Tinoco – saksofon tenorowy, João Fragoso – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy na potrzeby sesji studyjnej (Lizbona, grudzień ubiegłego roku) przygotowali dziesięć pure jazzowych kompozycji, których autorstwem podzielili się nad wyraz sprawiedliwie. Krążek bez tytułu własnego trwa niepełne 43 minuty.

Jeśli w mainstreamowym jazzie odnajdujemy coś, co mogłoby istotnie zaciekawić wielbiciela swobodnej improwizacji, to z pewnością mogłyby to być zgrabne, melodyjne tematy, żwawe tempo i emocje bystrych improwizacji. W produkcji młodych Portugalczyków, w wielu momentach ich debiutanckiej płyty, tych elementów definitywnie brakuje. Muzycy zdają się grać na zaciągniętym hamulcu ręcznym, powstrzymują swoje emocje niczym ikony cool jazzu, a na bardziej ekspresyjne improwizacje pozwalają sobie ledwie kilka razy. Dokładnie raz, góra dwa razy, na taką wycieczkę wypuszcza się saksofonista, podobnie perkusista i kontrabasista. Jedynym muzykiem, który stara się wnosić więcej do obrazu całości, zarówno w kolektywnych, jak i solowych ekspozycjach jest trębacz. Dba o interesujące frazy, ciekawe dźwięki, nie stroni od preparacji i nie boi się pójść na drobną wymianę ciosów z partnerami.

Muzycy dobrze sobie radzą w bardziej dynamicznych kompozycjach, które skutecznie mieszczą się estetyce Ornette’a Colemana (choćby w utworze pierwszym i dziewiątym). Do grona pozostających w mniejszości udanych utworów z pewnością warto zaliczyć utwór piąty, który nie dość, że ma dobre tempo, to jeszcze fazę improwizacji okrasza ciekawymi dialogami instrumentów dętych. Bardziej niż intrygujący zdaje się być utwór siódmy, gdy muzycy pozwalają sobie na dużo improwizacyjnej swobody, nie boją się łamać fraz i brudzić brzmienia swoich instrumentów, a sam temat utworu podają dopiero na samym jego zakończeniu. Wreszcie przywołany już utwór dziewiąty, ze świetnym, solowym popisem trębacza, niezłymi pasażami saksofonu i ową dynamiką, która zdaje się na tej płycie ratować Garfo w kilku trudniejszych momentach.

 


The Selva + Machinefabriek  Barbatrama (Shhpuma Records, CD 2021)

Po czterech jazzowych lub około jazzowych nowościach, czas na zapowiadane wolty stylistyczne. Najpierw The Selva - trio, które poznaliśmy najpierw w odsłonie free chamber, potem muzycy swoim pracom dźwiękowym postanowili nadać nieco rockowej ekspresji, by obecnie, na trzeciej płycie, oddać akustyczne dźwięki w ręce jednego z najlepszych elektronicznych procesorów muzycznych tej części świata, Rutgera Zuydervelta, którego znamy od lat pod szyldem artystycznym Machinefabriek. Za wkład akustyczny odpowiedzialni tu są: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Dźwięki powstały jesienią 2019 roku, najpierw w Sao Gregorio/ Caldas Da Rainha, potem zapewne w studiu elektronicznego magika. Całość uformowana została w dziewięć części i trwa niespełna 37 minut.

Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o innym akustycznym trio z udziałem Almeidy (Hydra Ensemble), intuicyjnie improwizującym z elektroniką, za którą odpowiedzialny był również Zuydervelt. Przy okazji wielu ciepłych słów, album zaliczyliśmy do definitywnie udanej kooperacji żywych i syntetycznych dźwięków. W przypadku Selvy nie ma już mowy o tego rodzaju elektroakustycznej równowadze sił. Tu elektronika dominuje, przy okazji dzieląc album na dwie podgrupy utworów: dwie absolutnie wyśmienite dłuższe opowieści, którym poświecimy więcej miejsca poniżej i garść warsztatowych sprawek lub fragmentów, które sprawiają wrażenie elektronicznych miksów tego, co muzycy zagrali na swoich akustycznych instrumentach. W tym podzbiorze album winien się raczej nazywać Machinefabriek mixing The Selva.

Wracając wszakże do plusów płyty. Utwór piąty trwa ponad osiem minut. Budują go delikatnie mutowane, akustyczne frazy cello i kontrabasu, traktowanych smyczkami, budujące zmysłowy, post-barokowy klimat. Narracja bazuje na kreatywnym minimalizmie, nie stroni od dobrze wykorzystanej repryzy, dba o niuanse brzmieniowe, buduje sieć dźwięków, które czasami przypominają nawet klawisze fortepianu, a pośród nich pojawia się także intrygująca melodia. Ciekawie w tej części pracuje perkusja, która nie stroni do rytmu, a nawet sięga po para rockowe grepsy. Na finał strunowce pięknie śpiewają, a elektronika kreuje tło podkreślające jakość akustycznych dźwięków. Podobnie udanym zdaje się być utwór numer siedem. Tutaj strunowe sprzężenia i urocze brudy komponowane są z ambientowym tłem elektroniki. Całość wydaje się brać w nawias typową narrację i dążyć ku niemal metafizycznym frazom i elektroakustycznym zaskoczeniom. Nie brakuje lirycznych westchnień i znów świetnej roboty perkusisty. Utwór gaśnie w pięknym dark ambiencie. Po stronie plusów śmiało też możemy zapisać dwa ostatnie, już znacznie krótsze utwory. Oba fragmenty intrygująco uwypuklają akustykę kontrabasu i wiolonczeli, które chętnie kooperują z elektroniką i nie boją się jej figlarnych, dalece syntetycznych wymiarów.

 


Marcelo Dos Reis  Glaciar (Miria Records, CD 2021)

Na finał portugalskiej sagi największe zaskoczenie. Muzyk świetnie nam znany, od lat przez nas hołubiony, Marcelo dos Reis (tu gitara elektryczna, akustyczna, głos i efekty), postanowił nagrać dla nas (a może nade wszystko dla siebie) album z muzyką po części skomponowaną, niemal relaksacyjną, a już na pewno chill-outową. Muzyk, który pierwsze kroki muzyczne stawiał jako frontman zespołu rockowego, tu zdaje się nam o tym fakcie przypominać. Sama muzyka, choć nie rwie nam trzewi, zdaje się być delikatnie piękna, soczyście uspakajająca, na swój sposób szczególna. Muzyk ubrał tę opowieść w dwie suity (łącznie dziewięć części; dźwięki powstałe w Academia de Música CNM), które trwają 41 i pół minuty.

Pierwsza suita konsumuje aż pięć utworów zaznaczonych na krążku. Muzyk zaczyna w delikatnej, płynnej, niemal ulotnej estetyce tajemniczych gitarowych dronów, którym wszakże daleko do dark ambientu, raczej dobrze kojarzą się nagraniami brytyjskiej stajni 4AD, sprzed niemal czterech dekad. Muzyk stawia na prostotę, gra gitarowymi akordami, którym dodaje efektownego pogłosu, korzysta z flażoletów, a całą narrację buduje niezwykle skrupulatnie. Drąży skałę i ma na horyzoncie plan finału, do którego dotrze za jakiś czas. Po drodze historia nie skąpi mu dramaturgicznych mielizn, gdy potrafi brzmieć niczym Mike Oldfield, ale też uwypukla chwilami niemal wirtuozerskie umiejętności techniczne Portugalczyka. Ostatnia część suity, definitywnie najciekawsza, budowana jest z efektownym suspensem. Muzyk żongluje emocjami, dba o zaskoczenia, mnoży wątki (znów nie bez wspomnień w klimatach 4AD) i dociera do kresu tej części podróży, którą wyznacza najpierw wokaliza, a potem regularny śpiew z tekstem, którego motyw przewodni, to I found my time.

Druga opowieść składa się z czterech części. Muzyk wystawia swoją gitarę na wielogatunkowe wpływy, brzmi jak basówka, klei się z dźwiękami akustycznymi, dobrze szuka pogłosu, ale bywa, iż przypomina wygładzoną wersję Pata Metheny. Rockowe powtórzenia, stylistycznie mielizny, ale i cały ocean zmysłowego chill-outu, to atrybuty kolejnej części. W ósmej opowieści gitara brzmi dość nietypowo, jakby z posmakiem mauretańskim, jeśli ucho recenzenta dobrze kieruje jego zapętlonymi myślami. Ostatni, najdłuższy utwór wiele wszakże rekompensuje i definitywnie stawiamy go na pozycji najlepszego fragmentu tej zaskakującej płyty. Flow ma basową bazę, budują go zadziorne frazy gitary i post-rockowy niemalże drive. Muzyk snuje wątki, na bazie których prowadzi swobodną, nieco jazzującą improwizację.



wtorek, 5 stycznia 2021

Nate Wooley in the triple edition! Seven Storey Mountain! NOX! Icepick!


W ostatni dzień paskudnego roku 2020 Trybuna Muzyki Spontanicznej wylistowała 66 powodów, dla których – mimo wszystko! – warto ów dwunastomiesięczny period zapamiętać! Na liście wyróżnionych płyt znalazły się trzy, w których udział sprawczy pewnego amerykańskiego trębacza był więcej niż kluczowy.

Albumy te nie zostały dotychczas zrecenzowane (czas Pana Redaktora nie jest z gumy!), zatem dziś nadrabiamy tę drobną, acz jakże istotną zaległość i zapraszamy na odczyt, tudzież odsłuch trzech doskonałych płyt Nate’a Wooleya. Pierwsza, to jego autorski, rzecz można flagowy projekt, czyli szalona koncepcja Seven Storey Mountain*). Zaraz potem pewien litewski, jednorazowy kwartet, a na koniec trio, które nie gra ze sobą zbyt często, ale mimo to, możemy już cieszyć się jego trzecią płytą.

 


Nate Wooley  Seven Storey Mountain VI (Pyroclastic Records, CD 2020)

Pod koniec listopada 2019 roku, w miejscu zwanym Oktaven Audio, Nate Wooley (trąbka, amplifikator, kompozycja) zebrał trzynastu muzyków, by wykonali szóstą edycję jego Siedmiopiętrowej Góry. Oto oni: Samara Lubelski oraz C. Spencer Yeh (skrzypce), Chris Corsano, Ben Hall oraz Ryan Sawyer (perkusje), Susan Alcorn (pedal steel guitar), Julien Desprez oraz Ava Mendoza (gitary elektryczne), Isabelle O’Connell oraz Emily Manzo (instrumenty klawiszowe), Yoon Sun Choi, Mellissa Hughes oraz Megan Schubert (głosy). Szósta edycja Seven Storey Mountain, to tradycyjnie jeden trak, który zaczyna się w ciszy i tamże kończy swą podróż, po drodze ryjąc nam berety emocjami rzadko spotykanymi na niwie muzyki improwizowanej. Trwa 45 minut i jedną sekundę.

Ceremonia otwarcia spektaklu przypada w udziale chórowi kobiecych głosów. Panie mruczą melodyjnie, niczym feministyczny odłam zakonu krzyżackiego, który za moment wyruszy na meta religijne, wojenne łowy. W roli skromnego akompaniamentu frazy z gitary. W tle zaczyna się jednak rodzić życie dużego, orkiestrowego potwora. Samo zło zdaje się iść od strony elektroakustycznych świergotów, mikro przesterów i plastrów ambientu. Pojawia się piano i akcenty perkusjonalne, ale sama podróż, jak na razie, odbywa się we względnej harmonii, w dość łagodnej tonacji. Po wybiciu 7 minuty szczoteczki rozbudowanej sekcji perkusyjnej zaczynają kreować pewien rodzaj dynamiki. Atmosfera wokół nich zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Efekt wzmacniają pierwsze pasaże z keyboardów, które snują wątki niemal fussion-jazzowe, ale bez eskalowania poziomu głośności. Narracja krok po kroku zaczyna wspinać się na Siedmiopiętrową Górę. Żmudna to, ale efektowna wspinaczka. O emocje dbają przede wszystkim skrzypce i gitary, wyposażone w dużą moc energii elektrycznej i adekwatny pogłos. Opowieść nabiera kwasowości i posmaku niemal transowej psychodelii. Wielobarwny kalejdoskop dźwięków, jednak nie bez onirycznej poświaty. Niektóre wątki rozbłyskują, inne pętlą się i obumierają.

Po upływie 18 minuty zaczyna się już mała wojna światów – perkusje wybijają jednostajny rytm, ale na dalszym planie wszystko wydaje się być już wyzwolone z jarzma koncepcji kompozytorskiej. Gitary kołyszące się na przetwornikach, tajemnicze głosy, szumiące warstwy usterkowych fonii, nerwowe podrygi z klawiatur – wszystko to ubarwia flow, ale jednocześnie sprawia, iż całość jakby rozłaziła się w szwach. Do ognia dokładają perkusje, zaś gitary i skrzypce tańczą wokół własnej osi, swawolą, skaczą i z piskiem upadają na samo dno. Plejada drobnych incydentów kipi niczym gotująca się woda. Makrokosmos wielkiej góry eksploduje – dynamiczne, ostre frazy, chwilami nawet drapieżne, ale schowane jakby za mgłą. W 25 minucie flow niebezpiecznie zbliża się już do ściany dźwięku. Wszyscy muzycy eskalują swoje poczynania, robi się naprawdę ogniście. Gitary i skrzypce toczą kolejną wojnę w złej sprawie. Krzyki, wrzaski, prawdziwy heart attack in fussion-psycho-noise, który nie jest jednak wyłącznie hałasem, ma bowiem swoją egzystencjalną, jakże bolesną poświatę.

Pora okiełznać to wspaniałe szaleństwo! Wraz z wybiciem 34 minuty jako pierwsze milkną perkusje. Tło niezmiernie pulsuje, nabiera ambientowej szklistości, klawisze płynną wąską strugą. Strzępy gitarowych fraz, coś śpiewa na ultrapogłosie, może to trąbka. Chmura oniryzmu spowija scenę i nie pozwala na bezpieczną ucieczkę z pola bitwy. Wraz z 37 minutą powraca chór kobiet, które snują wokalizy na silnym pogłosie. Powraca początek - diabelska repryza, siła wiecznego powtórzenia. Łagodne piano tworzy klimat refleksji, a głosy zaczynają śpiewać finałową pieśń z tekstem. Głosy multiplikują się - samokopiująca orgia zakończenia. You can’t scare me…, You can’t scare me

 


Nate Wooley / Liudas Mockūnas / Barry Guy / Arkadijus Gotesmanas  NOX (NoBusiness Records, LP 2020)

Na osi czasu pozostajemy w trakcie ciepłej jesieni 2019 roku. Przenosimy się wszakże na Litwę, na cykliczną imprezę Improdimensija, która odbywa się w Wilnie. Na scenie odnajdujemy fantastycznie zapowiadający się kwartet w składzie: Nate Wooley (trąbka), Liudas Mockūnas (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), Barry Guy (kontrabas) oraz Arkadijus Gotesmanas (perkusja i instrumenty perkusyjne). Na czarnym krążku, dokumentującym ów intrygujący koncert, znalazły się trzy swobodne improwizacje, które trwają łącznie prawie 36 minut.

Kwartet zaczyna koncert małymi frazami, typowymi dla improwizacji składu stworzonego ad hoc, mających za zadanie rozpoznanie dyspozycji partnerów i warunków zewnętrznych spektaklu. Narracja spoczywa na barkach kontrabasu, saksofon sopranowy i trąbka śpiewają zgodnie na stronie, a całość spinają perkusjonalne błyskotki. Opowieść z czasem zagęszcza się, ale muzyka nie traci walorów typowych dla pięknego, zmysłowego post-chamber. W ramach wisienki na torcie tej części płyty rozgrzane pióro recenzenta odnotowuje świetne szczytowanie sopranu. W ramach komentarza trochę brudu na ustniku trąbki i wzrost dynamiki perkusji. W okolicach 9 minuty na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wraz z perkusjonaliami kreśli skromne, ale urocze expo w ducie. Tuż potem natrafiamy na równie efektowne duo dęciaków (przy okazji sopran zostaje zastąpiony przez tenor!). Na koniec pierwszej, niedługiej strony winyla muzycy najpierw wpadają w drobną, ale jakże ognistą kipiel, potem zaś w ramach rozbiegówki bawią się w bystre pytania i odpowiedzi.

Otwarcie kolejnej improwizacji przypada w udziale perkusjonaliom i dzwoneczkom wprost ze świątecznej choinki. Bas ogranicza się do skromnych szarpnięć za struny. Trąbka pojawia się po kilkudziesięciu sekundach ze śpiewem na ustach. Jakby w kontrze, ale dopiero po 5 minutach, do gry wchodzi masywny klarnet kontrabasowy. Wyjątkowo urodziwe slow motion stawia każdy krok z dużą rozwagą dramaturgiczną. Znów świetny moment notuje Liudas, a smyczek Barry’ego równie skutecznie dba o wzrost dynamiki. Emocje rosną, a Nate decyduje się na bardziej jazzowe frazowanie (szczoteczki Arkadijusa okazują się bardzo pomocne w budowaniu narracji). Klarnet przywraca na moment do życia cały kwartet, po czym już samotnie, ale jakże precyzyjnie gasi płomień narracji. Ostatnią, najkrótszą część koncertu otwierają dęciaki (odnotujmy powrót tenoru). Sekcja rytmu szybko doskakuje im do gardeł, a całość opowieści stawia na dynamikę. Dobre tempo sprzyja bystrym interakcjom, zwłaszcza pomiędzy trąbką, a saksofonem. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam kolejny odcinek pytań i odpowiedzi, kreowany przez smyczek kontrabasu.  Na zakończenie koncertu wszyscy zdają się tańczyć i swawolić bez umiaru. Frywolność godna największych mistrzów! Brawo!

 


Icepick  Hellraiser (Astral Spirits, LP 2020)

Pod wskazaną wyżej nazwą własną kryje się trzech świetnie nam znanych muzyków: Nate Wooley (trąbka), Ingebrigt Haker Flaten (kontrabas) oraz Chris Corsano (perkusja). Artystów zastajemy w sytuacji koncertowej (Chicago, luty 2018 roku). Znów trzy swobodne improwizacje umieszczone na winylowej płycie, łączny czas niespełna 35 minut.

Muzycy znają się świetne, a zatem bez wstępnych amorów rzucają się w wir niemal freejazzowej improwizacji. Całuśna, agresywna, ale jednocześnie rozśpiewana trąbka, kontrabas i perkusja stawiające stemple mocy, ale i zdolne do szeptu i stąpania na palcach. Nate tryska energią i emocjami, idzie na sto procent i nie chce się zatrzymać! A recenzentowi pozostaje jedynie wymienianie określeń na literę k – kolektywnie, kreatywnie, kompaktowo, kompulsywnie… Narracja przyspiesza i natychmiast spowalnia, bije po twarzy, by zaraz potem głaskać po skroni. Trąbka raz hałasuje na granicy acoustic noise, innym razem śpiewa przez zaciśnięte wargi. Kontrabas pozwala sobie na szybkie expo solo, a perkusja wszystkim, co wpada w ręce drummera lub zaświta w jego głowie, jest w stanie kreować nowe rozwiązania. Druga improwizacja rodzi się na glazurze rezonujących talerzy. Na stronie kwili cicha, łagodna trąbka. Bas wchodzi do gry po upływie ponad dwóch minut. Slowly & melancolic motion powoli nabiera kantów i zadziorów. Chris ciągnie w kierunku free jazzu, Nate śpiewa i zdaje się mieć ochotę na każde rozwiązanie, a Ingebrigt umiejscawia szaleństwa partnerów w bruździe czerstwego bluesa! Na finał części jeszcze drobna przebieżka bez trąbki i solo perkusji.

Druga strona winyla w jednym traku. Zaczyna ją smyczek, wokół którego podryguje perkusja, a trąbka preparuje na stronie. To tu swoje pięć minut, a może i całą wieczność, dostaje Nate i używając głosu, a także wentyli swojego rozgrzanego blaszaka wynosi narrację tria na absolutne szczyty. Bystra perkusja i repetujący bas ścielą mu drogę chwały samymi smakołykami. Raz zwalniają, raz pędzą na złamanie karku. Gasną, by zaraz powstać z kolan. Same cuda! W okolicach 12 minuty to szaleństwo musi znaleźć swój kres. Spore wytłumienie emocji, chwila refleksji, ale także małe rozdroże dramaturgiczne (bo cóż można zagrać po czymś takim!). Rozchełstana śpiewem trąbka zdaje się budować nowy wątek, nie stroni od repetycji i czeka na partnerów. Drummer nie daje się długo zapraszać do tanga. Kreuje rytm, niemal hard-bopowy, podsyca emocje, a potem równie zgrabnie odnajduje zakończenie, nie bez udziału wciąż rozśpiewanej trąbki.

 

*) po więcej szczegółów dotyczących koncepcji kompozytorskiej redakcja odsyła do recenzji poprzedniej części Seven Storey Mountain.

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/06/nate-wooley-siedmiopietrowa-gora-ksiega.html

 

czwartek, 7 listopada 2019

From Wolves To Whales! Dead Leaves Drop!


Dwupłytowe wydawnictwo Strandwal (Aerophonic Records) omawialiśmy na tych łamach dokładnie 22 sierpnia (oto skrót). Zawierało ono koncert, jaki miał miejsce 14 listopada 2017 roku w klubie De Pletterij, zlokalizowanym w holenderskim Haarlemie. Dzień później muzycy zagrali w belgijskiej Antwerpii. Zgodnie z zapowiedzią, zamieszczoną na stronie bandcampowej wydawcy, właśnie ów koncert z Antwerpii miał nam zostać udostępniony na czarnym krążku w jakiś czas po wydaniu kompaktu. W istocie, tak stało się w pierwszej połowie września.

A zatem Panie Recenzencie, otwórz szafę i mów do rzeczy! Nate Wooley na trąbce, Dave Rempis na saksofonie altowym i tenorowym, Pascal Niggenkemper na kontrabasie oraz Chris Corsano na perkusji. Kwartet, od czasu debiutanckiej płyty, zwie się From Wolves To Whales, nowy krążek zaś Dead Leaves Drop (Dropa Disc, LP 2019). Dwie strony winyla trwają około 40 minut.




Być może najlepszy obecnie skład free jazz/free improv zza Wielkiej Wody zaczyna koncert w Antwerpii nad wyraz kolektywnie. Dość dynamicznie, z trąbką, która już na wejściu szuka dobrych, preparowanych dźwięków, z bardzo sugestywnym, stylowym altem, ze smyczkiem masywnie posadowionym na gryfie kontrabasu, wreszcie ze skupionym na celu zestawem perkusyjnym, który od pierwszego dźwięku, nie dość, że trafia w punkt, to jeszcze dynamizuje działania wszystkich muzyków na scenie. More free than free jazz! Po rozbudowanym, jakże zmysłowym intro, pierwszą falangę indywidualnych ekspozycji rozpoczyna saksofon altowy. Rempis – master class, cóż dodać więcej? Pod nim sunie rozgrzana już sekcja rytmu i bijącego serca. Wooley włączą się w ten tygiel emocji w jego niemalże kulminacyjnym momencie – przejmuje ster i daje do wiwatu! Tymczasem owa sekcja, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, hamuje ekspresowy pociąg bez szwanku na czyimkolwiek zdrowiu. W ramach komentarza, błyskotliwa ekspozycja perkusisty – dźwięki jakby multiplikowały się, a przed nami grała wielka orkiestra zwinnych doboszy. Eksplozja emocji staje się udziałem wszystkich, albowiem do tego wrzątku improwizacji podłącza się także wyjątkowo ekspansywny kontrabas. Jest, i komentarz delikatnie zmutowanego altu, jest i zaśpiew trąbki! Prawdziwa maszyna do zabijania! Następujące tuż potem, dramaturgiczne zejście w kierunku ciszy jest prawdziwie monumentalne, wykonane z mistrzowską precyzją. Saksofon bez zbędnej zwłoki wchodzi w stadium preparacji, trąbka śle małe pociski, korzystając z plastikowej tuby, dołem płyną zaś półdronowe pulsary sekcji. Wyjście z cienistej narracji staje się udziałem niebywałego duetu altu i kontrabasu, traktowanego techniką pizzicato. Pachnie dobrym, otwartym jazzem po widnokrąg! Powrót do swobodnego flow improwizacji odbywa się już w jurnym galopie – trąbka eksponuje swój olbrzymi zasób melodyjności, sekcja gra rocka i grzmi!  Wygaszenie płomienia zostaje powierzone smyczkowi, który czyni to z kameralistyczną gracją! Brawo!

Druga strona winyla rodzi się przy preparowanych dźwiękach trąbki i saksofonu. W tle grzmi cichy kontrabas, połyskuje politura werbla, który łapie rezonans z nierozpoznanymi obiektami przestrzeni koncertowej. Piękna, gęsta introdukcja realizowana w perfekcyjnych okolicznościach akustycznych. Trąbka czyni już same cuda, ale ster narracji przejmuje alt, który płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem, z garścią niebanalnej melodyki. W dole harcuje smyczek i rozedrgane talerze. Komentarz trąbki definitywnie w punkt! Prawdziwa epopeja harsh acoustic! A saksofon skacze jeszcze wyżej, brzmi już niemal, jak góralska piszczałka! W dalszej kolejności, wszyscy muzycy tłuką mocne fonie, jakby grali w cztery ognie, jeśli taką grę ktokolwiek potrafiłby wymyśleć. Moment eksplozji mija dzięki trąbce, która zmysłową preparacją istotnie spowalnia całą improwizację. Piękny moment, czerstwy oddech sekcji, perkusja w pół drogi do polirytmii, czarno-szarej, jak popiół z papierosa. Kwartet znów szuka ciszy i preparuje na potęgę. Chris! Pascal! Dave! Nate! Saksofon jakby tańczył zanurzony we .. własnej tubie. Trąbka nie pozostaje dłużna – oba dęciaki nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny zegara. Bas i perkusja dudnią w tle. Wyjście na finałową prostą pełne jest jazzowego posmaku. More classic but still beauty! Zmysłowe, niemal hardbopowe solo Wooleya, jakby na potwierdzenie supozycji recenzenta. Wielki triumf klasyki na podsumowanie doskonałej swobodnej improwizacji, poczynionej przez kwartet genialnych muzyków.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Rempis, Wooley, Niggenkemper & Corsano! From Wolves to Whales! Strandwal!



Improwizująca fauna na start! Od wilków do wielorybów! Tych pierwszych jest czterech, tych drugich być może nieskończona ilość!

Z perspektywy Trybuny Muzyki Spontanicznej, po drugiej stronie Atlantyku nie dzieje się zbyt wiele, jeśli chodzi o kreatywną muzykę improwizowaną. Być może konstatacja ta obraża skończoną liczbę muzyków amerykańskich (bo o nich tu przecież mówimy), ale z własnymi gustami raczej się nie dyskutuje. W ostatnich latach łamy te zadrżały pod jarzmem wyśmienitej muzyki z tamtej strony świata ledwie kilkukrotnie i to na ogół za sprawą trębacza Nate’a Wooleya. Dwa kwintety Larry Ochsa z jego ważkim udziałem zryły nam berety dość głęboko (The Fictive Five). Podobnie rzecz się miała z kwartetem, który na swej pierwszej płycie (studyjna rejestracja z roku 2014) przyjął nazwę … From Wolves to Whales!

Dziś owa wilcza czwórka powraca - Dave Rempis na saksofonie altowym, Nate Wooley na trąbce, Pascal Niggenkemper na kontrabasie i Chris Corsano na perkusji. Tym razem koncert, jaki miał miejsce w klubie De Pletterij, w holenderskim Haarlemie, dokładnie w urodziny Pana Redaktora, lat temu dwa! Dwa sety, każdy podzielony na część główną i dodatkową, ale stanowiący nieprzerwany ciąg dźwięków - łącznie 80 minut i 45 sekund muzyki, którą dostarcza label Rempisa Aerophonic Records (2CD, 2019). Swobodna improwizacja, osadzona w idiomie wolnego jazzu, zapewne z powodów merkantylnych określona jako all composition by the musicians. Z niecierpliwością zaglądamy do środka, bo już dziś wiemy, że krążek ten niechybnie wyląduje na corocznym podsumowaniu najlepszych płyt kolejnych dwunastu miesięcy naszego muzycznego życia!




Hook and Cod.  Wejście w koncert bez zbędnych ceregieli, czynione jest kolektywnie i skrupulatnie. Relaksacyjne dialogi dęciaków, nam nigdzie się nie śpieszy, dokładna, precyzyjna sekcja rytmu, w punkt, już na starcie dość dynamiczna. Oto wolny jazz bez specjalnych predefinicji, puszczony na żywioł wyważonej i rozsądnej improwizacji, komponowanej w czasie rzeczywistym. Pełna demokracja w grupie, każdy ma tu swoje pole do działania, swobodę ruchów i wyborów dramaturgicznych. Przed szereg jako pierwszy wychodzi Rempis dosadnym expo, które po chwili zostaje świetnie skomentowane przez Wooleya. I to trębacz przejmuje dowodzenie. Tuż pod nim sekcja rytmu pracuje niemal perfekcyjnie – classic free jazz combo in master class! Niggenkemper sięga po smyczek już w 5 minucie. Oba dęciaki wchodzą z nim w błyskotliwe zwarcia. Brawo! W 9 minucie prym wiedzie Rempis - saksofonista zdaje się pokazywać swoje najlepsze wydanie - i znów może liczyć na bystry komentarz trębacza. Opowieść toczy się wartko, ma perfekcyjną dramaturgię, bez zawodów, niepotrzebnych galopów, wszystko wydaje się być tu trzymane w ryzach swobodnej konstrukcji narracyjnej. 13 minuta przynosi garść szaleństw trębacza, który ślizga się po powierzchni wyjątkowo dynamicznej sekcji rytmu. W 17 minucie nieustannie pracujący smyczek na kontrabasie zarządza pierwsze spowolnienie, surową nostalgię chwili. Po kilkudziesięciu sekundach prawdziwy stop! Piłowanie strun, mikro dźwięki, które rozsypują się po podłodze niczym kawałki rozbitego lustra. Kilka łyków preparacji ze strony każdego z muzyków. Po chwili, kolektywne budowanie nowej narracji, z bardzo aktywnym drummingiem. W 25 minucie wysokie expo Rempisa, prawdziwy popis, który eskaluje wchodząca na drugiego trąbka. Tymczasem bez jakiegokolwiek wybrzmiewania, startuje drugi track koncertu … IJ. Garść stosunkowo spokojnych pląsów w grupie, rodzaj zalotnych, ptasich śpiewów o dżdżystym poranku. Złamany barok na strunach kontrabasu, bukiet wzajemnych imitacji, wszystko po to, by po chwili spiralnie nakręcać nową opowieść, której nie zabraknie dynamiki. Równie szybko zawiśnie ona jednak na repetującym smyczku. Po chwili oba dęciaki, niczym kołujące myśliwce, długimi frazami zaczynają proces poszukiwania ostatniego dźwięku pierwszego seta. Od hałasu po dno ciszy i z powrotem! Chwila z samotnym smyczkiem, chwila z samotną perkusją. Finalizacja bez udziału dętych.

Spaarne. Otwarcie drugiego seta odbywa się w dużym skupieniu. Preparacje saksofonu, drżenie talerzy, cisza wyczekiwania na nadejście czegoś ważnego. Kontrabas włącza się do zabawy pięknym drummingiem po suchych strunach. Trąbka także drży, a nawet delikatnie podśpiewuje. Tuż potem świetna ekspozycja Corsano, aż wióry lecą! Po 7 minucie ster przejmuje Rempis i proponuje całkiem swingującą narrację. Nie napotyka na opór partnerów. Of course, free swing! Trębacz wyje jak koń, śmieje się i parska. Jego expo także pachnie zdrowym jazzem na dwa kilometry! A wszystko, to jednak dzieło kontrabasisty, którego śpiewne pizzicato aż skacze z radości! W 14 minucie dęciaki milkną na moment – solo ze smyczkiem! Zaraz potem Rempis zabiera cały kwartet na swobodny spacer, bez galopu, który delikatnie wygasza płomień narracji. Idzie w duet z Corsano! Drugi set zdaje się być bardziej poszarpany, pełen incydentów w podgrupach, choć energii nie brakuje tu komukolwiek. Trębacz, jakby słysząc słowa recenzenta, włącza szósty bieg i intensywnie dorzuca do ognia. Tłumienie narracji staje się udziałem smyczka, ale dzieje się dopiero w 20 minucie. Mikro solo, potem perkusja i trąbka zanurzone w preparacjach. Ta ostatnia ma swoje solo w 23 minucie, ale popis! Komentarz Rempisa odrobinę taneczny! Talerze w tle, smyczek, powrót oświeconego kolektywizmu jest już udziałem muzyków. Free jazz quartet rusza na łowy! Rempis na czele orszaku! Na finał muzycy zmysłowo gaszą płomień I płynnie wchodzą w drugą część drugiego seta… For Kenau. Oto i nasze ulubione call & response! Saksofon, trąbka i smyczek. Pizzicato i perkusja, i znów powrót do pytań i odpowiedzi. Zwinne, cudne gierki na małej przestrzeni. Płyną razem w kierunku ciszy. Piękny moment. Solo na smyku dla podkreślenia doniosłości chwili. Melodia, szczoteczki, trąbka solo – kind of chamber flow. Zakończenie koncertu wyjątkowo łagodne, delikatne, chilloutowe. Rempis śpiewa na ostatniej prostej, reszta bawi się w cool jazz!


Płyta ma swoją premierę 27 sierpnia br.


piątek, 26 lipca 2019

Christine Abdelnour & Chris Corsano! Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc? That is a question!



Francuską saksofonistkę, o libańskich korzeniach, Christine Abdelnour znamy na tych łamach całkiem dobrze, choć na ogół z czasów, gdy występowała pod nazwiskiem Sehnaoui, była bowiem wtedy żoną jeszcze lepiej nam znanego gitarzysty Sharifa. Po prawdzie od tamtych czasów (niemal dekadę temu) nie była jakoś specjalnie aktywna na rynku wydawniczym muzyki swobodnie improwizowanej, ale nigdy o niej zapomnieliśmy (była choćby gościem ostatniej Krakowskiej Jesieni Jazzowej, w ramach jubileuszowych obchodów wielolecia formacji Gush). Dziś powraca do nas, uprzedźmy przebieg wypadków, z płytą absolutnie wyjątkową. Skomplikowany (pozornie) francuski tytuł nagrania widnieje w nazwie dzisiejszej opowieści. Partnerem saksofonistki w tym zacnym, artystycznym wydarzeniu jest amerykański drummer Chris Corsano, który był ostatnio gościem Trybuny dokładnie… trzy dni temu.

Nagranie studyjne z lata 2017 roku, dokonane w miejscu zwanym Audio Cue Tonlabor, zawiera dziewięć improwizacji z tytułami, które bezczelnie skutecznie przenoszą nas do świata preparacji dźwięku, wytrawnej sonorystyki i wszystkiego tego, co bezpowrotnie oddala nas od melodii, tonacji i tradycyjnego stroju instrumentów. Ostrzegamy – prawdziwe cacko z mocą niebanalnych, czasami trudnych dźwięków!

Bylibyśmy zapomnieli: Christine zagra na saksofonie altowym, a Chris – poza akcesoriami perkusyjnymi – będzie też korzystał ze slide klarnetu (i to często!). Płyta trwa 55 minut i tyleż sekund, wydawcą CD jest amerykański Relative Pitch Records, a miała ona swoją premierę w kwietniu bieżącego roku.




Spektakl rodzi się w niemal industrialnym środowisku dźwiękowym – instrument przypominjący saksofon skwierczy mechanicznie, buduje małe, hałaśliwe drony, zdaje się mieć kilka separatywnych pasm fonii. Perkusja i wszystko, co do niej jest podczepione (klarnet?), gra silnym rezonansem, drży i trzeszczy w posadach, skrzy się wibrującymi talerzami. Mechanistyczna propedeutyka preparacji  – przed nami świat nieustających tajemnic. Recenzentowi trudno jest precyzyjnie zdefiniować źródła dźwięków, tonie w dysonansie poznawczym i jest mu w tym doprawdy wspaniale! Ów krytycznie challangowy odsłuch napina wszystkie mięśnie twarzy i skutkuje systematycznym uwalnianiem ogromnych pokładów endorfin. W połowie trzeciej minuty prawą flankę przestrzeni dźwiękowej opanowują zwoje szumów z tuby instrumentu dętego. Istnieje zatem pewne prawdopodobieństwo, iż to właśnie tam posadowiła się saksofonistka. Narracja wszakże toczy się dalej z wysoką intensywnością, niczym mała orkiestra symfoniczna na dużych sterydach, która na finał improwizacji otwarcia potrafi zmysłowo rozrzedzić się i zaprezentować więcej separatywnych fonii, które przypominają nam, iż na scenie mamy jedynie saksofon i perkusję.

Druga piosenka stawia nas na baczność! Prawdziwie imitacyjny taniec godowy dwóch upalonych świerszczy! Oba pasma fonii lepią się w jednorodny strumień. Metafizyka dźwięku, który zdaje się płynąć całą szerokością pomieszczenia, w którym znajdują się muzycy. Trzecia historia, to rodzaj obopólnego rezonansu i plastycznych dronów. Cudowna cisza post-hałasu. Powietrze szumi, muzycy szukają nowej porcji tlenu. Preparacje i sonorystyka na samym dachu dalekowschodniego wysokościowca. Znów garść imitacji, szukania wspólnego mianownika dla całej improwizacji. Outside and inside, z ciszy po korpulentny dźwięk i z powrotem. Klarnet Chrisa wkleszcza się pomiędzy saksofon, a elementy zestawu perkusyjnego i drży transcendentalnym niepokojem. Chwilowo Amerykanin przejmuje rolę magika nadrzędnego. Po 4 minucie, muzycy proponują więcej drummingu i brzmienia saksofonu, które sugeruje, iż być może składa się on jednak z tuby i dysz, które muzyk naprzemiennie otwiera i zamyka. Akcenty rytmiczne i kawałek złamanej melodii, to kolejne, acz krótkotrwałe zaskoczenia dramaturgiczne. W końcowej części drumming nabiera pustynnego posmaku, a saksofon podśpiewuje pod nosem.

Czwartą opowieść otwiera perkusja, która brzmi … niczym perkusja. Obok, w tubie altu, krople potu bulgoczą zamaszyście. Flow jest nerwowy, a dźwięki - co wydaje się w tym fragmencie płyty niemal niemożliwe – ciągle zaskakują. Szumiący rezonans chwyta za gardło, a potem kończy improwizację. I już piąty odcinek – w tubie znalazło się prawdopodobnie jakieś obce ciało, gdyż saksofon drży jak młot pneumatyczny. Pod nim wibrujący werbel czyni swoją powinność. Kolejny pik preparacji i wzajemnych imitacji. Dwa śpiewające stwory o dżdżystym poranku, ze słońcem, które z roztargnienia zapomniało wzejść i posmakiem napalmu. Mechanika rytmu skondensowanego – saksofon, klarnet, głuchy drumming. Fonia skacze ku górze, świdrująca, ptasia rewolta trwa w najlepsze. Szósty fragment – werbel w fazie preparacji, pusta tuba prosi o łyk wody, dysze klaszczą w ciszy. Na dnie muzycy szukają rytmicznego mianownika - moc aktywności po stronie Chrisa, szczypta lenistwa ze strony Christine. Pięknie gaszą ledwie tlący się płomień narracji.

Na wejściu w odcinek siódmy powraca smak gęstego industrialu, który siał popłoch na początku płyty. Dwa ogniska krzyczącej meta fonii. Gdy niespodziewanie gasną, na scenie tworzy się tęcza piękna. Król i Królowa nocy, z orszakiem wątpliwych pochlebców, kroczą wyjątkowo dostojnie. Ósma część i powrót do brzmień, jakich moglibyśmy oczekiwać po zgromadzonym instrumentarium. Aktywny drumming, bawole porykiwania saksofonu, free jazz pełen zdrowych emocji. Po paru okrążeniach, Christine powraca w zarosła preparacji, nabiera wody w usta i prycha. Po 4 minucie skromny galop, a potem zmysłowy stopping – muzycy łykają gorące powietrze wielkimi porcjami. Pieśń zamknięcia, czas już na nią. Tupot suchych dysz o pusty pokład, mały drumming, dęte mikrofrazy. Klarnet rezonuje z werblem (chyba), płomień imitacji znów żarzy się szeroką łuną. Kolejny krok w kierunku nieba. A po chwili czas na finałowe odliczanie – urywane porywy powietrza z tuby, cisza na tomach, powolny marsz w poszukiwaniu ostatniego dźwięku.