Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herb Robertson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herb Robertson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 maja 2024

Joe Fonda! From The Source!


From The Source, to kolejny smakowity kąsek w portfelu krajowej Fundacji Słuchaj, która chętnie używa także szyldu FSR Records. Dla amerykańskiej legendy free jazzowego kontrabasu, Joe Fondy, to nie pierwsza obecność w tych szeregach, pierwsza wszakże z nagraniem nieco starszym, które warto przypomnieć fanom muzyki kreatywnej na definitywnie światowym poziomie. Dodatkowo poczynionym w składzie dalece frapującym, zarówno pod względem instrumentalnym (m.in. dwie wokalistki, tap dancerka), jak i nade wszystko personalnym, albowiem z udziałem samego Anthony’ego Braxtona. Nagranie pochodzi z czasów, gdy mistrz kreatywnej narracji grywał jeszcze frazy zbliżane do estetyki otwartego jazzu. Obu Panów – lidera bandu, kompozytora i kontrabasistę oraz saksofonistę, klarnecistę i flecistę odnajdujemy tu w doskonałej formie, do tego, w towarzystwie dalece intrygującym (jeszcze Herb Robertson!). Zatem efekt całości bez cienia wątpliwości zapisujemy złotymi zgłoskami w historii gatunku.

Efektem sesji nagraniowej w słynnym brooklyńskim studiu Systems Two, zrealizowanej niemal dokładnie 28 lat temu, jest sześć kompozycji - trzy kilkunastominutowe i tyleż bardziej zwartych w ujęciu czasowym narracji, z których ostatnia stanowi balladę z tekstem na głos damski i kontrabas.



 

Pierwsza opowieść zdaje się konsumować wszystkie atuty tego albumu. Żwawy temat podaje tu roztańczony kontrabas, któremu wtórują spokojny alt i nerwowa trąbka. Opowieść skrzy się szczyptą braxtonowskiego stylu (zwłaszcza, gdy sam Braxton po kilku minutach przesiada się na kontrabasowy klarnet), co w tym wypadku traktujemy jako komplement najwyższej wagi. Stałym elementem narracji jest aktywna taperka, która szyje ścieg opowieści wspólnie z perkusistą, potrafi być okazjonalnie od niego aktywniejsza. W roli efektownej wisienki na torcie dwa głosy damskie – jeden pracujący w trybie permanentnego eksperymentu, z wokalizami wyśpiewanymi w jakimś dziwnym, być może własnym języku, drugi skupiający się na recytacji i przemycaniu do narracji ważnych treści. Całość buzuje emocjami, także pewną teatralnością, która wszakże dodaje urody, a nie szkodzi percepcji dzieła. Ponad dwunastominutowa opowieść stwarza niemal nieograniczoną przestrzeń dla improwizacji, ale też ramy kompozycji trzymają w ryzach temperament muzyków, budują akcje w podgrupach, dbają o odpowiednie sekwencje działań każdego z artystów. Kontrolowana swoboda buduje tu jakość, daje też wszystkim komfort pracy.

Drugą opowieść otwiera kontrabas, który rysuje niemal shorterowski temat, intrygująco osadzony w estetyce jazzu lat 60. ubiegłego stulecia, jakby na wprost wyjęty z najlepszego kwintetu Milesa Davisa. Braxton pracuje na flecie, a rytm szyją, poza groove kontrabasu, także perkusja i taperka. Wątek wokalny pojawia się dopiero w drugiej fazie utworu. W ramach akcji w podgrupach - piękny duet basu i wokalistki w nieznanym języku. Introdukcję trzeciej odsłony bierze na siebie taperka. Po chwili w akcji są już głos i saksofon. Opowieść z każdą chwilą zyskuje tu coraz wyraźniejszy sznyt braxtonowski, dzieląc się przy okazji na wiele fantastycznych akcji w mniejszej obsadzie – świetne ekspozycje solowe trąbki i kontrabasu, tudzież równie wyśmienity duet saksofonisty i wokalistki.

Czwarta część ma dwie fazy. Najpierw zostaje całkowicie oddana w ręce kontrabasisty, który w trakcie solowej ekspozycji także mruczy pod nosem. Spokojny, na poły balladowy temat pojawia się dopiero po pięciu minutach i smakuje na powrót bystrym jazzem sprzed lat. Swoje wartościowe trzy grosze dokłada wokalistka w nieznanym języku, a w fazie finałowej nie brakuje pokrętnej, braxtonowskiej rytmiki. Piąta opowieść znów nie pozwala nam zapomnieć o jakości wspomnianej estetyki, zarówno w kontekście improwizacji klarnetu kontrabasowego, jak i samej melodyki kompozycji. Z jednej strony nerwowa, hiperaktywna taperka, z drugiej kolejny doskonały duet Braxtona i wokalistki w nieznanym języku. Nasze rozbujane emocje gasi szósta kompozycja, wspomniana na wstępie ballada. Dużo w niej śpiewu z tekstem, ale i zmysłowego tapingu.


Joe Fonda feat. Anthony Braxton, Brenda Bufalino, Herb Robertson, Vickie Dodd, Grisha Alexiev From The Source (FSR Records, CD 2023). Joe Fonda – kontrabas, kompozycje, Anthony Braxton – saksofon altowy, F Melody, sopranino, klarnet, klarnet kontrabasowy, flet, Brenda Bufalino – tap dance, głos, concertina, Vickie Dodd – głos, Herb Robertson – trąbka, także kieszonkowa oraz Grisha Alexiev – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Systems Two, Brooklyn, Nowy Jork, marzec 1996 roku. Sześć kompozycji, 63 minuty.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została kiedyś opublikowana



 

środa, 15 czerwca 2016

Frank Gratkowski – incydent elektroakustyczny skutkujący drobnym podsumowaniem


Jeśli mielibyśmy wskazać – oczywiście bez istotnej przyczyny – najbardziej niedocenionego muzyka improwizującego, rezydującego po naszej tronie Atlantyku, to być może błąd nasz byłby najmniejszy, gdybyśmy wskazali na Franka Gratkowskiego.

Doskonały alcista i klarnecista, kilka lat po 50 urodzinach, wychowany z matki Niemki, artystycznie rezydujący głównie w Kolonii, niezwykle rzadko dostępuje zaszczytu bycia wyróżnionym, czy hołubionym na próżnym rynku free jazzowych, improwizujących wyjadaczy. A to pomyłka iście kardynalna, albowiem Frank należy – w moim przekonaniu – do wąskiego grona naprawdę wybitnych muzyków współczesnych.

Tę śmiałą i bezczelną tezę postaram się udowodnić omawiając jedną z jego stosunkowo świeżych produkcji, a także dokonując skromnego resume dotychczasowego dorobku płytowego.


Zacznijmy zatem od… SKEIN!

Tak bowiem nazywa się wydawnictwo, zapewne po części także nazwa formacji (co sugerowałaby notyfikacja na portalu discogs.com), nad którą właśnie się pochylamy. Panowie Achim Kaufmann (piano), Wilbert de Joode (kontrabas) i Frank Gratkowski (saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy) znają się jak łyse konie, a od ponad dekady w trio grają wysokiej klasy free improvisation (dorobek płytowy – za czas jakiś). Nie dalej jak trzy lata temu postanowili delikatnie urozmaicić tę trzyosobową zabawę, dopraszając do pewnego koncertu w Alte Feuerwache w Mannheim aż trzech muzyków – zaprawioną w bojach improwizacyjnych, wiolonczelistkę Okkyung Lee, perkusistę o wielowątkowych zainteresowaniach (także rockowych) Tony’ego Bucka oraz wybitnego specjalistę od elektroniki i dekonstrukcji dźwięków generowanych na żywo Richarda Barretta (którego pamiętamy świetnie choćby z Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera). Od razu dodajmy, iż w takim układzie personalnym było to pierwsze spotkanie tej szóstki doskonałych improwizatorów.




Blisko 70-minutowa swobodna improwizacja podzielona została na sześć odcinków, opatrzonych fikuśnymi tytułami, w nie do końca rozpoznanym języku. Startowe Tycho początkowo delikatnie kwili na elektroakustyczną modłę, kreśląc intrygującą sonorystycznie pajęczynę mikrodźwięków, na co drastycznie nabiega wiolonczela Lee, która nawet bez amplifikacji, ani dekonstrukcji ze strony Barretta, brzmi bardzo…. elektroakustycznie (czyli jest ok.!). Buck dotyka swego instrumentu perkusyjnego, jakby go nieco parzył, co jednak nie przeszkadza mu w procesie dynamizowania kolektywnie wijącej się improwizacji. Do gry wchodzą pozostali muzycy, a Lee ewidentnie podłącza się do prądu, co skutkuje u bardziej wrażliwych słuchaczy koniecznością redukcji poziomu głośności nagrania (czyli jest super!). W kolejnym fragmencie Axoneme nic nie zakłóca przebiegu wydarzeń, wszakże atmosfera rośnie, a prym wieść zaczyna Barrett, który swymi zmyślnymi, elektronicznymi dekonstrukcjami dźwięków, granych przez kolegów i koleżankę, sieje zdrowy ferment. Niespodziewanie jesteśmy już w odcinku Schacht, który z perspektywy całości zdaje się fragmentem kluczowym (i jest przeto najdłuższy). Pałeczkę przodownika kolektywnej pracy przejmuje Buck, który śmiało czerpie ze swego rockowego rodowodu, wprowadzając do tej coraz ciekawszej zabawy element zdecydowanie rytmiczny. Wiolonczela także przypomina sobie o swym gitarowym powinowactwie i zaczynamy dość ostrą jazdę, w której przez kilka chwil trudno odnaleźć się akustycznej frakcji sekstetu. Kaufmann spokojnie frazuje na boku, de Joode szuka drogi ucieczki, a Gratkowski najwyraźniej milczy… Ale to pozory. Barrett robi swoje, szukając nowych punktów zaczepienia dla zadziornych improwizacji, a na to wszystko wchodzi wybudzony z letargu Gratkowski i klarnetem komentuje bez cienia żenady wysiłki interlokutorów. Dynamika nagrania delikatnie przygasa, ciekawie preparowane jest piano, a klarnet ciężko dyszy… czekając na jakiś drogowskaz od partnerów. Zupełnie zaskakującym elementem okazują się w zaistniałej sytuacji subtelne dzwonki (zapewne to robota Bucka!). W odpowiedzi na ekscesy kolegów od żywych instrumentów, Barrett zrzuca płaszcz winylowych szumów i ta wspaniała, ponad 20 minutowa improwizacja może śmiało osiągać zasłużony finał. Nie czas jednak na odpoczynek – Adze startuje z drobnymi, elektroakustycznymi przekomarzaniami, które brutalnie gwałci rytmem perkusista. Następuje chwila zadziwiającej konsternacji, której puentą będzie … metronom! Jego tykanie – w tej nieoczywistej zabawie – też zdaje się być elementem mocno zaskakującym (a o to przecież tu chodzi!). No i czas na Limation, kolejną dłuższą opowieść. Elektronika spokojnie przyprósza akustykę pozostałych instrumentów, ugniata je delikatnie, jak ciasto na świąteczne pierogi. Alt Gratkowskiego rozpoczyna wężowy taniec godowy, generowany jakby z zamkniętej przestrzeni, krzycząc nieco upalonym soundem (miód!). Na dyskusję w podgrupie mają ochotę kontrabas i delikatnie zmutowana wiolonczela (ale pyskówka!). Robi się nastrojowo, czemu sprzyja niezobowiązująca kołderka z nieagresywnej elektroniki. Wszystko udanie puentuje Thrum, dynamicznym, kolektywnym i jakże konstruktywnym hałasem finałowym! Uff, co za uczta !?! Chcecie jeszcze? Play It Again!!!

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, iż fonograficzna dokumentacja powyższego koncertu jest dostępna od roku 2014, dzięki Leo Records, pod pełnym tytułem wykonawczym - Frank Gratkowski/ Achim Kaufmann/ Wilbert de Joode/ Okkyung Lee/ Richard Barrett/ Tony Buck  SKEIN.


Akustyczna praprzyczyna elektroakustycznego incydentu

Jak już wyżej zasugerowałem, Panowie Kaufmann, de Joode i Gratkowski od lat nastu tworzą ewidentny workband i dostarczają nam regularnie garść smakowitych, wolnych improwizacji na fortepian, kontrabas i zestaw instrumentów dętych. Pod trojgiem nazwisk mają na rozkładzie pięć krążków – Unearth (Nuscope Recordings, 2004), Kwast (Konnex, 2004), Palae (Leo Records, 2007), Geader (Gligg Records, 2013) i Oblengths (Leo Records, 2016).




Muzyka tria potrafi być nieśpieszna, a narracja często egzystuje w niskich rejestrach, zwłaszcza, gdy prym w procesie żmudnych, kolektywnych improwizacji przejmują kontrabas i klarnet kontrabasowy. Nie brakuje wszakże dynamicznych pasaży i nieoczywistych zagrywek Kaufmanna, którego jednak z perspektywy tych kilku płyt (ostatnia jeszcze do mnie nie trafiła) odnajduję jako element subdoskonały. Jeśli miałbym wskazać najbardziej wartościową pozycję tego tria, to bez zbędnej chwili zastanowienia wskazuję na krążek chronologicznie środkowy, czyli Palae. To tu poziom charakterystycznej dla tria zadumy i lekko klasycyzującego zadęcia jest istotnie zdominowany przez improwizacyjne wojny de Joode i Gratkowskiego.


Inne historie fortepianowe

Pierwowzorem dla powyższego tria może być – skąd inąd dalece doskonały – krążek Gratkowskiego poczyniony w towarzystwie pianisty Georga Graewe i wyśmienitego basisty Johna Lindberga – Arreas (Red Toucan, 2001). Dynamika smagania smyczkiem kontrabasu nadaje tej muzyce niebywałego smaku i ekwiwalentnej zadziorności. Tych cech nie brakuje też płycie GratHovOx (Nuscope, 2002), nagranej przez naszego bohatera z weteranami europejskiego free, czyli Fredem van Howe (piano) i Tony Oxleyem (perkusja). Ciekawa i pokrętnie melodyjna jest duetowa ekspozycja Ardent Grass (Red Toucan, 2010), gdzie partnerem Franka jest duński pianista Jacob Anderskov. Podobny charakter ma spotkanie Franka z holenderskim weteranem Mishą Mengelbergiem, na krążku pod wszystko mówiącym tytułem Frank Gratkowski Vis-a-vis Misha Mengelberg (Leo Records, 2006). Jedną z najstarszych rejestracji Gratkowskiego jest natomiast krążek VicissEtudes (Random Acoustic, 1993), poczyniony wspólnie z Georgiem Graewe, przy okazji - w mojej ocenie – najspokojniejszy i dalece mniej intrygujący od innych fortepianowych wydarzeń w życiu artystycznym Gratkowskiego (etiudy, etiudy… nie da się ukryć).


Kompozycja w służbie kompetentnej improwizacji

Bycie wytrawnym improwizatorem nie zaspakaja bynajmniej ambicji Franka Gratkowskiego. Alcista i klarnecista z Niemiec realizuje się – i to od lat – jako sprawny i kompetentny kompozytor. Głównym medium tej aktywności jest jego kwartet, funkcjonujący od półtorej dekady w niezmienionym składzie. Obok instrumentów lidera, jest tu miejsce na puzon Woltera Wierbosa, kontrabas Dietera Manderscheida i perkusję Gerry’ego Hemingwaya. Dotychczasowy dorobek dyskograficzny kwartetu zamyka się w czterech pozycjach – Kollaps (Red Toucan, 2001), Spectral Reflections (Leo Records, 2003), Facio (Leo Records, 2004) i Le Vent Et La Gorge (Leo Records, 2012). Już sama lektura tytułów kompozycji (zwłaszcza na debiucie), ich wielowymiarowość (bywają podzielone na wiele części), czy sam tytuł krążka drugiego, dowodzą dobitnie dużej pracy twórczej Gratkowskiego na etapie strukturyzowania utworów, czy kreślenia nutek na zawiłych arkuszach pięciolinii. Efekt wszakże tych literackich ekscesów jest dla mnie piorunujący. Zarysowane efektownie pod względem dramaturgicznym kompozycje stają się kapitalną bazą dla improwizacji, zarówno w ujęciu solowym, jak i całkiem kolektywnym. Partnerzy Franka aż rażą kompetencjami, a dodatkową rozumieją się telepatycznie, przez co stać ich na realizację najbardziej karkołomnych instrukcji szefa. Wreszcie Frank Gratkowski, doskonały saksofonista i wyśmienity kompozytor, jest tak cudownie braxtonowski w swej odsłonie kwartetowej, że Wasz Autor nie może kończyć odsłuchu tej muzyki w innej pozycji niż na kolanach! Nie będę polecał jakiejkolwiek z tych czterech płyt, albowiem wszystkie są … genialne. Dodam, że Facio jest najbliższe tej niebywałej zwiewności i taneczności najlepszych kwartetów Anthony'ego  Braxtona z lat 70. Lepszej rekomendacji ten przejaw muzycznej aktywności Franka chyba nie potrzebuje.







Warto też wiedzieć, że bazą doświadczalną dla wyżej opisanego kwartetu  było trio Gratkowski/ Manderscheid/ Hemingway, działające w dekadzie wcześniejszej. Zostały po nim dwa – oczywiście wyśmienite – krążki: Gestellen (Jazz Haus Music, 1996) i The Flume Factor (Random Acoustic, 1998). Z tego samego okresu pochodzi też brawurowy koncert z kolońskiego Loftu, w którym Gratkowskiemu i Manderscheidowi partnerowali Matthias Schubert (tenor sax), Ernest Reijseger (wiolonczela) i Achim Kramer (perkusja). Wydał 2nd Floor Edition pod tytułem Loft Exil 3 (1998).




A uzupełnieniem całej opowieści o muzyce komponowanej, transponowanej przez wybitnych muzyków w genialne poematy improwizacji, niech będzie… przyjęcie z okazji 40 urodzin Franka.  Na Festiwalu w Moers Frank zebrał smakowity Oktet. Swój sztandarowy kwartet uzupełnił o drugi bas (Wilbert de Joode!), drugą perkusję (Michael Vatcher!), drugi saksofon i klarnet (Tobias Delius!) i trąbkę (Herb Roberston!). W kolońskim Lofcie muzyki zagrali dwa ekstatyczne koncerty, które udokumentował na CD niezrównany Leo Feign i wydał pod szyldem Frank Gratkowski Project Lotf Exil V (Leo Records, 2 CD, 2004).


Robertson i Nabatov – partnerzy idealni

Wróćmy do muzyki swobodnie improwizowanej (czy też marginalnie komponowanej). Czas najwyższy na wskazanie w naszej dzisiejszej Gratkowski Story dwóch jakże istotnych partnerów/ przyjaciół niemieckiego saksofonisty i klarnecisty.



Pierwszym niech będzie, przed momentem wywołany do tablicy, amerykański trębacz i kornecista Herb Robertson, drugim zaś Amerykanin rosyjskiego pochodzenia, pianista Simon Nabatov. Całą trójką spotkali się bodaj tylko raz. Znów w kolońskim Lofcie, na początku roku 2006 zagrali całkowicie improwizowany (lub skomponowany przez wszystkich uczestników koncertu – dla mnie synonim) koncert. Dodajmy, iż grupa przyjęła format kwartetu, a tym czwartym został … Dieter Manderscheid. Na krążku Leo Records rzecz ukazała się pod wiele mówiącym tytułem Celebrations (2007). Prawdziwa celebracja muzyki swobodnie improwizowanej, muzyki w oczywisty sposób spontanicznej i niewymownie pięknej. Sonorystyka najwyższego lotu, wsparta nieograniczoną wyobraźnią i przekraczającym wszelkie granice przyzwoitości poziomem empatii każdego z muzyków. I te wspaniałe ryby na okładce !?

Z Robertsonem Frank spotyka się także w ramach formacji Space Cadets. To trio, funkcjonujące jako zespól Herba, także dryfuje na wielkim polu free improvisation. Trzecim w tej układance jest francuski saksofonista Julien Pettit. Panowie mają w dorobku wyśmienity krążek Sketches From The Other Side (Ruby Flower Records, 2006), na którym część materiału została przez Herba rozpisana na role, stanowiące wszakże jedynie pretekst do wolnych improwizacji, tak w wymiarze solowym, jak i trzyosobowym. Formację tę ma w swoim portfolio także rodzime Not Two Records. Myślę o koncercie z Alchemii, gdy do pełzającego tworu free improv doklejono, nieco wbrew naturze, jazzowe nogi…. w osobach Bartka i Marcina Olesiów. Efekt końcowy nie zawsze zabija (Herb Robertson Trio + Barłomiej Brat Oleś & Marcin Oleś Live At Alchemia, 2007), ale to właśnie przy tamtej okazji po raz pierwszy zachwyciłem się solowym popisem na alcie niejakiego Franka Gratkowskiego – czyli per saldo, jednak było warto!




Na koniec tego wątku sięgnijmy po nagranie kwartetu Simona Nabatova Nature Morte (Leo Records, 2001). Oczywiście wśród muzyków Frank Gratkowski, także puzonista Nils Wogram, no i przede wszystkim wyjątkowy, improwizujący wokalista Phil Minton. Płyta jest ekscytująca, przeplata wyjątkowo kąśliwe popisy free improv z muzyką komponowaną, graną ze swadą i dużym polotem, a także wyśpiewywaną subtelnym, czystym tenorem(?) Mintona. Kolejna perła w dorobku Gratkowskiego, no i bez dwóch zdań Nabatova.


I dalej na swobodnie, czyli grupy z nazwą

Sięgnijmy po krążek In Just formacji pod ciekawą, geograficzną jak się okazuje, nazwą DUH (Red Toucan, 2011). Gratkowski i jego rodak Martin Blume (perkusja i perkusjonalia) zwierają braterskie szyki z parą Węgrów – wiolonczelistą Albertem Markosem i skrzypkiem Szilardem Mezeiem. A kwartet zwie się Deutchland Und Hungary! Bardzo uwolniona improwizacja, prowadzona na ogół w spokojnych tempach, pięknie żeniąca drapieżność dęciaka i perkusji z aksamitną zwiewnością dwóch konkretnych instrumentów strunowych.




Nie mniej frapująca zdaje się być płyta formacji Shift, która łączy akustyczne wyczyny kwartetu o bardzo jazzowych parametrach (dęciak, piano, bas, perkusja) z analogową elektroniką, niestroniącą także od drobnych preparacji ad hoc (opis płyty nie zawiera stosownych danych, wszakże słyszą je moje uszy). Na krążek Song From Aipotu (Leo Records, 2011) zapracowali bardzo kolektywnymi i dalece swobodnymi improwizacjami, bez zbędnych, jazzowych grepsów – poza Gratkowskim – także Martin Blume (jak wyżej), Dieter Manderscheid (oczywiście kontrabas), Philip Zoubek (piano) i odpowiedzialny za te trzy grosze elektronicznego fermentu Thomas Lehn. Przewaga liczebna po stronie akustyki, ale intencje i chęci wszystkich sprawiają, że całość brzmi nad wyraz elektroakustycznie i przeto nie może nam się nie podobać. Doskonała płyta!

Nie sposób nie wspomnieć o jedynej polskiej płycie Franka, mianowicie krążku Kanata, trzyosobowego składu, ukrywającego się pod szyldem Oirtrio (Not Two Records, 2012). Saksofoniście towarzyszą tu Sebastian Gramss na kontrabasie i Tatsuya Nakatani (perkusjonalia). Płyta oczywiście cieszy każdego wielbiciela talentu Gratkowskiego, jakkolwiek w trakcie odsłuchu uszu nie zalewa nam potok euforii. Być może wynika to z faktu, iż Frank, muzyk introwertyk, w mojej ocenie, nie do końca łapie chemię z ekstrawertycznymi i ekspresyjnymi perkusistami. Do podobnych wniosków można dojść odsłuchując duet Gratkowskiego z Hamidem Drakiem, wydany bez tytułu przez Valid Records (2010).


A co tam jeszcze na półce …

Wróćmy na sam koniec do współpracy Gratkowskiego z Thomasem Lehnem.
Ponad dekadę temu Panowie zmierzyli swe siły (przy współudziale tubisty Melvyna Poore’a) w okolicznościach koncertowych (na pewno zaskoczy nas informacja, iż miało to miejsce w … kolońskim Lofcie) i z incydentu tego powstał zgrabny krążek Triskaidekaphonia (Leo Records, 2006). Muzyka tam zawarta – podobnie jak jej tytuł – jest dość trudna w odbiorze, a zdominowana została przez gęstą elektronikę Lehna. Podobna estetycznie jest także inna próba swobodnego improwizowania w oparach dźwięków syntetycznych, w trakcie której akustyczne dywagacje Gratkowskiego i Nabatova (także preparacje) wpadają wprost do komputera Marcusa Schmicklera, a efekt trafiający do naszych uszu nie koniecznie łagodzi obyczaje. Całość dostępna jest na płycie Deployment (Leo Records, 2010).

Pisząc o wyczynach improwizatorskich Franka nie możemy pominąć jego twórczego udziału w dwóch bardzo ciekawych krążkach kwartetu puzonisty Carla Ludwiga Hubscha, pod równie ciekawą nazwą Primordial Soup. Pierwsza z nich nosi właśnie ten tytuł (Red Toucan, 2007), druga zaś ukazała się światu jako Souped-Up (Jazzwerkstatt, 2011). W kwartecie swoje istotne trzy po trzy wnoszą także Axel Doerner (trąbka) i Michael Griener (perkusja). Improwizacje ostro haczą o współczesną kameralistykę, ale przeto mają duży walor oryginalności. Polecam bez jakichkolwiek uprzedzeń.

A jak już po tej wyczerpującej lekturze dokonań Gratkowskiego ruszycie na wielkie zakupy, pamiętajcie, że nasz bohater czyni też od czasu do czasu próby solowego traktowania saksofonu altowego. A że efekty są bardziej niż ciekawe, przekonanie się sięgając choćby po Artikulationen I i II (2nd Floor Edition, 1991/ 2000).


poniedziałek, 22 lutego 2016

Barry Guy New Orchestra - potrójna przyjemność



Pisanie o Nowej Orkiestrze Barry Guya jest dla mnie czystą przyjemnością przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze – przywołuje wspomnienie uczestnictwa w dwóch kilkudniowych spotkaniach z Zespołem i muzykami w Krakowie, odpowiednio w 2010 i 2012 roku, które z pewnością mogę wskazać, jako najbardziej intensywne i po prawdzie najpiękniejsze koncertowe spotkania z muzyką improwizowaną. Po drugie - wydane po wyżej wymienionych spotkaniach wielopaki oficyny Not Two „Mad Dogs” i „Mad Dogs on The Loose” zawierają doprawdy wyjątkową muzykę, stanowiąc jedne z najważniejszych rejestracji muzyki free improvisations ostatnich lat, w każdym aspekcie rozpatrywania tego zagadnienia. I to jest teza, z którą trudno dyskutować, będąc przy zdrowych zmysłach.

Po trzecie w końcu, Barry Guy New Orchestra jest absolutnie zjawiskową formacją na współczesnej scenie muzycznej (bez dodatkowych przymiotników). Łączy bowiem w sobie dwa trzyosobowe składy, konsekwentnie stawiające resztę świata free improvisation w pozycji zdystansowanych rywali -  czyli trio Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton i trio Mats Gustafsson/ Barry Guy/ Raymond Strid (zwane także jako Tarfala Trio). Dodatkowo jest także BGNO naturalną kontynuatorką wielkiego przedsięwzięcia Barry Guya – London Jazz Composers Orchestra - która choć formalnie egzystuje, to jednak nie ujawnia nowych wydawnictw płytowych od kilku już lat. W tym miejscu nieodzowne zdaje się przypomnienie wspaniałego koncertu LJCO na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w 2013r., poprzedzone wyjątkowym występem Barry Guya i Mayi Homburger w duecie, a także dzień wcześniej – tria Parker/ Guy/ Lytton.

Wspomniane wyżej wielopaki z koncertów krakowskich zawierają nagrania tzw. Small Formations, zatem zespołów „istniejących” wewnątrz Orkiestry, jak i ad hoc kleconych układów personalnych spośród jej członków. Nie ma na tych wydawnictwach nagrań koncertów finałowych samej New Orchestra jako całości. Rejestracje te bowiem Guy zarezerwował jedynie dla okoliczności spotkań studyjnych, gdy nagranie powstaje w absolutnie komfortowych warunkach akustycznych.




Amphi/Radio Rondo – wymiar studyjny

Nowa Orkiestra trzykrotnie skutecznie popełniała rejestracje studyjne. Najpierw było to spotkanie w roku 2000 i płyta „Inscape-Tableaux” (Intakt, 2001), potem cztery lata później „Oort-Entropy” (Intakt, 2005), wreszcie ostatnia z nich, zrealizowana w niespełna cztery miesiące po drugiej wizycie w Krakowie - „Amphi/Radio Rondo” (Intakt, 2014). Co najistotniejsze, na tej trzeciej znalazły się kompozycje Barry Guya wykonywane w trakcie koncertu finałowego w Krakowie w 2012r. Zatem śmiało możecie ten ostatni dysk podpiąć pod drugi z wielopaków Not Two.

Orkiestra, jak widać wyżej, nie spotyka się zbyt często, tym większa zatem radość, że pierwsza wizyta w Krakowie miał swój doskonały ciąg dalszy. Co równie istotne, a co stanowi wartość dodatkową rejestracji ze spotkań krakowskich, to poszerzenie tentetu, jaki funkcjonował na dwóch pierwszych edycjach BGNO, o dwie ważne postaci – barokową skrzypaczkę Mayę Homburger (prywatnie żonę Guya) i wspaniałego brytyjskiego saksofonistę Trevora Wattsa. Na „Amphi/Radio Rondo” nie odnajdujemy wprawdzie Wattsa, jest natomiast dobitnie obecna pani Homburger. Oto bowiem pierwszą cześć dysku zajmuje rzeczona kompozycja „Amphi’, która jest próbą – od razu zdradźmy, że wyjątkową udaną – połączenia dużej improwizującej orkiestry free jazzowej (nie bójmy się tego określenia) ze skrzypcami barokowymi, sprawnie obsługiwanymi przez Mayę. Efekt jest doprawdy piorunujący, a sam Guy w stosownym liner notes podziwia zarówno małżonkę, która utrzymała się stylowo w tyglu kipiących dęciaków, jak i pozostałych członków Orkiestry, którzy w ferworze improwizacji potrafili być akustycznie wstrzemięźliwi i nie zagłuszyli pięknie brzmiącego instrumentu strunowego. Muzyka jest frapująca i od razu zaznaczam, że niewiele ma wspólnego z medialnie głoszonym onegdaj „trzecim nurtem” w muzyce (chodziło, przypominam, o połączenie jazzu z filharmonią).



Drugą z kompozycji zawartych na najnowszym dysku BGNO jest „Radio Rondo”, oryginalnie napisaną dla London Jazz Composers Orchestra i wykonaną w 2008r. przy udziale pianistki Irene Schweizer ("Radio Rondo/ Schaffhausen Concert"). Tu cudowne barkowe smakołyki maczane w swobodnym tańcu wybitnych instrumentalistów, zamieniamy na pikantne, free jazzowe mięcho, upieczone wokół intensywnie improwizującego pianisty, w tym wypadku – Agusti Fernandeza. Perełka, udanie kontrapunktująca nieco nostalgiczne „Amphi”.

Zachęcając do zanurzania się po sam koniuszek nosa w nowej muzyce BGNO, poniżej proponuję skromne przypomnienie pierwszej edycji wrażeń z niezwykłych spotkań z Nową Orkiestrą, które opisałem w marcu 2013r., tuż po ukazaniu się „Mad Dogs” (tekst udostępniony w globalnej sieci na pośrednictwem portalu jazzarium.pl). O drugiej edycji czytaliście już na tym blogu w poście, do którego skrót odnajdziecie właśnie w tym miejscu.


Mad Dogs – spotkanie pierwsze

Niech to zakrawa na mentalny szantaż wymierzony w rozgorączkowane głowy czytelników, ale już teraz, w połowie marca, donoszę nieśmiało, iż nakładem zacnego krakowskiego Not Two ukazała się najlepsza płyta roku 2013.

Jestem bezczelnie przekonany, iż bieżący rok niczym bardziej istotnym na polu free jazz/improv nas już nie zaskoczy. Oto bowiem, po ponad dwóch latach oczekiwań, dostajemy do rąk płytową relację z wyjątkowego wydarzenia, jakie miało miejsce w Krakowie w roku 2010 – pięciu dni obcowania z New Orchestra Barry Guya. Co niemniej ważne, nagrania te pewna skończona liczba homosapiens może śmiało porównać z genialną powtórką tegoż wyjątkowego wydarzenia, jaka miała miejsce w Krakowie w roku 2012 – tym razem czterech dni koncertowania tejże samej New Orchestra.  Pisząc o „Szalonych Psach” nie sposób do tego drugiego wydarzenia nie odnosić się.

Wasz skromny, acz bezczelny recenzent uczestniczył w obu tych eventach (jakkolwiek nie w pełnym wymiarze), zatem istnieje spora nadzieja, iż jego wynurzenia nosić będą znamiona, jakkolwiek pokrętnej, to jednak obiektywności.

Idea zebrania w jednym miejscu kilkunastoosobowego dużego składu freejazzowego i podzielenia go na mniejsze koncertujące podgrupy nie jest nowa, ani szczególnie odkrywcza (wspomnijmy choćby całkiem przecież niedawne pierwsze ujawnienie The Resonance Kena Vandermarka). Również w przypadku New Orchestry takie działania podejmowane były już wcześniej (zresztą sama idea NO, jak wspomina Barry Guy, to próba konfrontacji trzech trzyosobowych formacji z udziałem kontrabasisty – Parker/Guy/Lytton, Guy/Gustafsson/Strid  i Guy/Crispell/Lytton).

Wszakże w odniesieniu do poprzednich ujawnień New Orchestra, zebranie tej grupy muzyków na pełny tydzień roboczy w jednym miejscu, następnie zarejestrowanie nagrań i wydanie w edycji aż 5 krążków jest z pewnością czymś ponadstandardowym. Dodajmy w tym miejscu, iż mimo, że NO istnieje formalnie ponad 12 lat, ma na swym koncie do tej pory zaledwie dwa wydawnictwa płytowe („Inscape – Tableaux”, 2000; „Oort – Entropy”, 2004 – oba w szwajcarskim Intakt Records, w pełnym dziesięcioosobowym składzie).



W ramach obecnego składu BGNO (jakkolwiek zmiany na przestrzeni wspomnianych wyżej lat funkcjonowania składu były bardziej niż kosmetyczne!) istnieje  – co ważne i dalece frapujące – kilka formacji absolutnie istotnych dla muzyki free jazz/improv, składów personalnych mających za sobą jedno lub więcej ujawnień płytowych. A zatem  tria: Parker/Guy/Lytton,  Gustafsson/Guy/Strid (Tarfala Trio) i  Robertson/Parker/Fernandez, duety: Fernandez/Guy, Fernandez/Gustafsson, Fernandez/Parker, Parker/Guy, Parker/Lytton i Gustafsson/Guy, a także kwartet Fernandez/Parker/Guy/Lytton. Dodatkowo wiele wspólnych nagrań popełnili onegdaj Trevor Watts i Barry Guy, jakkolwiek prawie zawsze w towarzystwie nieodżałowanego Johna Stevensa. Te historyczne koincydencje mnożyć by można w nieskończoność, zatem bezspornym jawi się fakt, iż podzielenie New Orchestra na mniejsze składy, to stworzenie okazji do obejrzenia w akcji scenicznej niemal całej historii europejskiego free improv, przynajmniej ostatnich dwóch dekad (jedyny człowiek spoza Europy w tym gronie to Herb Robertson).

Powyższy, niebywale rozbudowany wstęp mógłby po prawdzie starczyć za samą recenzję, wszak powodów wyjątkowości nowego wydawnictwa Marka Winiarskiego mamy tu przywołanych wystarczająco wiele. Niemniej parę dodatkowych argumentów dla uzasadnienia mojej bezczelnej preambuły postaram się tu wylistować.

Do Krakowa jesienią roku kończącego pierwszą dekadę XXI wieku zjechało dwunastu muzyków. Standardowy tentet uzupełniony został na tę okazję o weterana sceny improwizowanej (i nie tylko) Trevora Wattsa oraz Mayę Homburger, barokową skrzypaczkę, przy okazji partnerkę życiową Barry Guya. Efektem fonograficznym spotkania jest pięć dysków, dokumentujących cztery dni zmagań małych formacji, innymi słowy ponad 4,5 godziny nagrań koncertowych z Alchemii. Nie wszystko, co się wówczas wydarzyło, Barry Guy pozytywnie zweryfikował w procesie edytorskim, nie mniej wydaje się, iż nic szczególnie istotnego nam nie umknęło (pozostaje pytanie, dlaczego nie wydano koncertu finałowego NO, ale w tym miejscu dylemat ten mniej nas interesuje). Na płytach Not Two mamy zatem cały dzień pierwszy i trzeci, obszerne fragmenty dnia czwartego i drobny, 30 minutowy ekstrakt dnia drugiego (jeśli w tej wyliczance nie jestem w stu procentach precyzyjny, to proszę o korektę, bazuję wszakże wyłącznie na ulotnej pamięci, a szczegółowych notatek nie posiadam).

Na opublikowanych nagraniach słyszymy większość formacji, które znaliśmy już wcześniej z nagrań płytowych (patrz szósty akapit tego fragmentu tekstu). Mnie szczególnie do gustu przypadły niemal genialne ujawnienia Matsa Gustafssona, ewidentnego króla polowania tygodnia alchemicznych zmagań.  Myślę tu zarówno o krótkim popisie solowym, jak i przede wszystkim o duecie z Agusti Fernandezem i frenetycznym wręcz występie Tarfala Trio (polecam zwłaszcza fragment, gdy free improwizacyjna kawalkada dźwięków wchodzi na poziom całkowicie zaskakującej harmonii, jakby w znoju konwulsyjnej galopady trzech jurnych rumaków, nagle rzeczywistość zdominowana została przez oślepiające blaski wschodzącego słońca).

Nie sposób także nie zatrzymać się na chwilę przy występach tria Parker/ Guy/ Lytton, najpierw dnia pierwszego w ujęciu klasycznym, zaś w dwa dni później z udziałem Agusti Fernandeza w uroczym kwartecie. Kto ma wątpliwości, że Ci muzycy w tej konfiguracji stanowią kwintesencję małego składu free improv, ma kolejną okazję, by się o tym przekonać. Istotnym elementem pięciopaku z Alchemii jest także rzeczony pianista, który odpowiada za wspaniałe intro całego przedsięwzięcia na preparowane piano solo.



W ramach powoływanych ad hoc składów osobowych nie sposób nie uchylić się w pozie zachwytu nad kwartetem dowodzonym przez perkusistów Lyttona i Strida, których pięknie kontrapunktowali niskim częstotliwościami Hans Koch i Per Ake Holmlander. Także każde pojawienie się na scenie najstarszego w tym gronie Trevora Wattsa godne jest Waszych uszu, szczególnie zaś te w trio z Guyem i Stridem (niechybnie pamięć moja przywołuje natychmiast  niezapomniane nagrania Wattsa i Guya z Johnem Stevensem, zarówno jako Amalgam, jak i pod trojgiem nazwisk). Zachęcam także do uronienia paru chwil na wieńczącym cztery dni improwizacyjnych zabaw występie Oktetu (skład BGNO bez Parkera, Guya, Homburger i Kocha), fascynującym przynajmniej z dwóch powodów – po pierwsze, do dziś nie wiemy, jakim cudem wszyscy muzycy pomieścili się na małej scenie Alchemii (w 2012 doszedł do Oktetu Barry Guy i także dali radę!), po drugie, z racji pięknych, wręcz pastelowych grupowych improwizacji wybitnych muzyków.

Jeśli nad czymkolwiek miałbym delikatnie utyskiwać w trakcie bytności w Alchemii w listopadzie 2010 roku (jakkolwiek już nie do końca w momencie odsłuchu „Mad Dogs”), to mimo wszystko byłaby nią subdoskonała forma fizyczna Evan Parkera (co skutkowało być może brakiem jego sopranowych pasaży w trakcie całego tygodnia koncertowego). Cóż, chyba każdy ma prawo do drobnej chwili słabości, zwłaszcza pod koniec siódmej dekady życia.

Co bowiem dzieje się, gdy rzeczony Evan jest formie pokazały koncerty z roku 2012. Dokładnie ten sam zestaw muzyków, trochę w innych konfiguracjach osobowych. W mojej ocenie każdy z muzyków i każdy wydobywany dźwięk był odrobinę gorętszy, bardziej intensywny niż dwa lata wcześniej. Zatem Moi Drodzy, po prostu paręnaście tygodni temu dostałem się w wymiar iście kosmicznych doznań artystycznych.

Ps. Wydawnictwo, jakkolwiek zawiera pięć nośników cyfrowych, ma format winylowy, przynajmniej w zakresie okładki, przez co, choć piękne, bywa trochę niepraktyczne w szybkim dostępie do dźwięków. Boję się także o jego stan techniczny przy setnym odsłuchu. Brakuje mi  liner notes by polish, ale pewnie się czepiam bez specjalnej przyczyny.






czwartek, 4 lutego 2016

Steve Swell, Mats Gustafsson, Roscoe Mitchell, Joe McPhee, Ken Vandermark, Herb Robertson, Mikołaj Trzaska i inni - diapazonowe archiwalia


Steve Swell Presents: Rivers Of Sound Ensemble  News From the Mystic Auricle  (Not Two, 2008)

Jedyny prawdziwy powód do narodowej dumy, krakowski label Not Two, co roku raczy nas nową płytą doskonałego amerykańskiego puzonisty Steve'a Swella. Po fantastycznej studyjnej produkcji "Remember Now" (podówczas moja płyta roku) i nieco mniej powalającym koncercie "Live at the Vision Festival", obecnie w naszych odtwarzaczach ląduje "News From The Mystic Auricle". Kręgosłup formacji, która często zmienia nazwy (w tej dziedzinie Swell jest szczególnie twórczy), pozostaje wszakże niezmienny - obok lidera znajdujemy tu świetnego saksofonistę Sabira Mateena i bardzo kompetentnego drumera Klausa Kugela. Pierwsza z płyt dla Not Two powstała w kwartecie, druga w kwintecie (piano), ta zaś także w kwintecie z udziałem trębacza Roya Campbella (rekomendacja, jak sądzę, zbyteczna). Ta obszerna płyta (70 minut), zgodnie z nazwą formacji, dedykowana jest Samowi Riversowi, a przynosi bardzo energetyczną dawkę free jazzu w najlepszym rozumieniu tego pokrętnego terminu. Melodyjność Swella i twardość brzmienia Mateena skonfrontowana została ze zwiewnością i niemal free lirycznością Campbella - dzięki temu powstała petarda, godna wszelkich corocznych podsumowań. Długie, rozbudowane improwizacje na kosmicznym poziomie. Ekstremalnie gorąco polecam!



Steve Swell - David Taylor Quartet  Double Diploid   (CIMP, 2007)

Szczerze polecam wnikliwą eksplorację nagrań sygnowanych nazwiskiem Steve’a Swella! Nie poprzestawajcie na płytach wydanych w Not Two! Sięgnijcie np. do przepastnych zasobów audiofilskiej stajni CIMP!
Tu proponuję zabójczy kwartet, składający się z dwóch puzonów (naszemu bohaterowi – rocznik 54 - wtóruje inny, bardziej leciwy puzonista - David Taylor, rocznik 44) i dwóch perkusji. Muzyka o wielu kolorytach brzmieniowych, albowiem ubogość instrumentalna jest tu pozorna. Wiele dodatkowych instrumentów, m.in. wibrafon, perkusjonalia, zdecydowanie zróżnicowane skale ekspresji. Eksplozjom soczystych improwizacji towarzyszą chwile puzonowej zadumy. Ciekawe spotkanie niemłodych już puzonistów z weteranem bębnienia Warrenem Smithem (rocznik 34) i młokosem w tym towarzystwie - Chadem Taylorem (rocznik 73, chyba bez pokrewieństwa z Davidem). Osiem pełnowymiarowych jazzowych opowieści, a na początku ta bodaj najspokojniejsza. Nie dajcie się jej zwieść, albowiem ognia tu nie brakuje. Stuprocentowa rekomendacja!


Sabir Mateen’s Shapes, Textures and Small Ensemble Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006)

Kto ma jeszcze świeżo w pamięci doskonałą płytę Steve’a Swella i jego Slammin' The Infinite dla Not Two z roku ubiegłego (jest już także nowa, koncertowa edycja), winien sięgnąć po ten krążek. Skład prawie ten sam, ale lider się zmienia. Tu, w roli wodzireja, doskonały multiinstrumentalista "dęty" Sabir Mateen (w ubiegłym roku gościł w Polsce dwukrotnie). Nagranie koncertowe, "łapane" chyba jednym mikrofonem (dźwięk bardzo nieselektywny, co w momentach zbiorowych uniesień improwizatorskich powoduje, iż słyszymy ścianę dźwięku, którą trudno precyzyjnie eksplorować i w pełni cieszyć się z odsłuchu). Prawdziwe free jazzowe mięcho. Kompozycje Mateena mają bardzo bluesowy, przez to komunikatywny, charakter. Na tle wspomnianej płyty Swella to tylko młodszy, nieodchowany brat, ale warto mieć i "pośpiewać" w aucie...



Guy / Gustafsson / Strid  Tarfala   (Maya Recordings, 2008)

Po wielu latach (niemal nastu) Barry Guy i Mats Gustafsson znów spotykają się w formule małego składu free improv/jazz. Po raz trzeci z udziałem Raymonda Strida na perkusjonaliach (mają też za sobą cudowny epizod w duecie!). Nie sposób nie porównywać "Tarfali" z tamtymi nagraniami. Osobiście dostrzegam drobną różnicę – Mats Gustafsson jest już innym saksofonistą. Bardziej wyrazistym, pewniejszym swych zadęć i przepięć energetycznych, bardziej dominującym w żmudnym procesie kolektywnych improwizacji. To już nie ten młody chłopaczek, lekko schowany za ramionami potężnego basu Guya (choć po prawdzie i wtedy grał już niesamowite dźwięki!). 66 minut iście diabelskiego koncertu z roku ubiegłego, w czterech częściach, wydanego w Irlandii przez uroczą Mayę. Sekcja Guy/Strid momentami frazuje na bardzo jazzową modłę (to też pewna nowa wartość w stosunku do ich nagrań z lat 90.), a Gustafsson sam stawia sobie poprzeczkę gigantycznie wysoko. Oby w przyszłości podołał temu wyzwaniu!!! Wspaniała muzyka, 100% rekomendacja, dla mnie bodaj pierwszy poważny kandydat na płytę roku!


Roscoe Mitchell    Composition/Improvisation Nos. 1, 2 & 3    (ECM, 2007)

Najnowsze dzieło niezwykle ostatnimi laty płodnego weterana free jazzu Roscoe Mitchella, to gigantyczne starcie dwóch fascynujących formacji przełomu wieków - Note Factory lidera tego przedsięwzięcia (tu w wersji kwintetowej, znanej z płyty "Turn") i Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera (tu w wersji wyłącznie akustycznej). Całość zwie się – jakże by inaczej - The Transatlantic Art Ensemble i zgodnie z tytułem jest niepierwszym głosem Mitchella w twórczej eksploracji antynomii kompozycja-improwizacja. Całość to blisko 80 minut muzyki na żywo, nagranej trzy lata temu, a wydanej obecnie przez ECM, który jak widać i słychać potrafi jeszcze odsuwać się od strefy dźwięków najbliższych ciszy. Z jednej strony mamy stosunkowo strawne kompozycje mieszczące się bez problemu w pojęciu muzyki współczesnej, z drugiej zaś niekiedy agresywne, rasowe free jazzowe improwizacje. Tej walki oczywiście nikt nie wygrywa. Jest to wyważona propozycja, którą ongiś zaliczylibyśmy pewnie do tzw. Trzeciego Nurtu. Trochę mało ma tu do powiedzenia Evan Parker i to jest małe rozczarowanie płynące z tego wydawnictwa. Na szczęście małe.



Joe McPhee & Paal Nilssen-Love   Tomorrow Came Today  (SmallTown SuperJazz, 2008)

Mając do wyboru spotkanie Paala Nilssena-Love z Peterem Brötzmannem ("Sweetsweat") i z Joe McPhee ("Tomorrow Came Today"), zdecydowałem się na to drugie, przewidując (poniekąd słusznie), iż pierwszy z duetów przyniesie piękny, jakkolwiek dość przewidywalny free jazz, ileż to bowiem ich spotkań uszy me doświadczyły w ostatnich latach (ze wspaniałym "Fat Gone" na czele). Zatem jednak Joe McPhee, saksofonista i trębacz jednakowoż osobny i mniej - mimo wszystko - w świecie osłuchany. Tak jak dla Brötzmanna muzyka jest wartkim potokiem świadomości, tak McPhee napotyka na swojej ścieżce improwizacji więcej wątpliwości i chwil nieoczywistej zadumy. Skutek - jak dla mnie - nie zawsze bywa powalający, a w takim wspaniałym na ogół Triu X zdarzają się dłużyzny i miałkie konwersacje.
Ale wróćmy do omawianej płyty. Oczekiwałem, że dla Nilssena-Love duet z McPhee, to nie będzie łatwy kawałek chleba. Nasz ulubiony perkusista z muzycznym "adehade", stanął wszak przed nie lada problemem, jak te pełne zadumy "dziury" w improwizacjach interlokutora zapełnić krwistym bębnieniem. Moim zdaniem, zdał na szóstkę. Całość wypada dalece przekonywująco, a sam McPhee tchnął w tę muzykę tyle urody i melancholii, ile tylko on potrafi. Rekomendacja bezdyskusyjna. Kupować natychmiast!


Big Satan   Live In Cognito   (Screwgun, 2006)

Nowe wydawnictwo jednego z trzech obecnie funkcjonujących składów Tima Berne'a – genialnego alcisty zza wielkiej wody. Trio Big Satan – alt lidera, perkusja (Rainey!) i gitara (Ducret!) – w podwójnym, koncertowym wydawnictwie. Nie wnosi nic nowego do naszej wiedzy o współczesnej muzyce Berne’a, ale my nic więcej nie chcemy wiedzieć. Muzyka płynie wartko i daje nam co rusz asumpt do głębszych wycieczek intelektualnych. Wspaniała muzyka, choć niczym nie zaskakująca tych, którzy na bieżąco śledzą dokonania Big Satan, Hard Cell i Science Friction.


The Nu Band   The Dope and The Ghost  (Not Two, 2007)

Pod tą zabójczo oryginalną nazwą kryje się arcyciekawy kwartet – Roy Campbell tr, Mark Whitecage sax, Joe Fonda b, Lou Grassi dr. Nagranie koncertowe, w trakcie którego na ostatnie 20 minut kwartet rozrasta się do kwintetu – na scenę wkracza bowiem Marco Eneidi sax! Przyznam bez ogródek, że koncert jest wyśmienity. Bardzo free, ale bardzo jazzowy. Cztery konkretne kompozycje, podział tantiemów bardzo demokratyczny. Mnie szczególnie podoba się Mark Whitecage na alcie. Bardzo go nie doceniamy, Drodzy Fani! Jest fantastyczny. W nagraniu nie brakuje agitki antybushowej i ... śpiewającego Roya Campbella !?! Jest doprawdy bardzo zabawnie. Po kilku mniej powalających pozycjach z przełomu roku Not Two ma świetne półrocze. Marku, tak trzymać!


Hobbs / Morris / Gray   The Story Of Mankind    (Not Two, 2008)

Pierwszy kontakt z tą muzyką zakończył sie dla mnie drobną ambiwalencją, wynikająca zapewne z ciągłego pragnienia zupełnie nowych doznań estetycznych. A tu – w sumie – rura plus sekcja i gra, jakich nie brakuje w jazzie tej dekady i paru poprzednich. Jednakże po paru dniach znów postanowiłem przyjrzeć się temu zjawisku. Jim Hobbs, bliżej mi nieznany saksofonista plus sekcja już rozpoznanych i uznanych kolegów – Joe Morrisa (tym razem bas) i Luther Graya (perkusja). Bardzo chropowaty, matowy, by nie rzec molowy epizod free. I to brzmienie saksofonu! Zaczyna intrygować z każdym kolejnym utworem, choć to nie miłość od pierwszego wejrzenia. Gra Hobbsa z jednej strony szarpanymi frazami przypomina mi Marco Eneidiego, z drugiej w pamięci przywołuję sobie typowe dla Steve’a Colemana ogrywanie rytmu. Produkt jest smakowity, być może nie poszaleje na listach rankingowych niszowych żurnalistów, ale warto to CD posiadać i słuchać nierzadko. Odkrywajcie piękno tej muzyki powoli, bo i ona sama od razu przed wami się nie otworzy. Polecam!


Morris / Vandermark/ Gray   Rebus    (Clean Feed, 2007)

Nie pierwsze już spotkanie Kena Vandermarka z szalonym gitarzystą Joe Morrisem. Tym razem duet ten scala bardzo konkretną motoryką perkusista Luther Gray. Morris gra w sposób niezwykły – jest oczywiście fundamentem harmonicznym nagrania (braku basu nie odczuwamy), zaś na tym tle plecie zgrabne, chwilami mocno psychodeliczne pasaże gitarowe (uwaga: można wpaść w delikatny trans). Dwie dusze w jednym ciele. W świetnej formie odnajduję Kena Vandermarka, który zdecydowanie kradnie show pozostałej dwójce. Muzyka w dużym stopniu improwizowana, a jak pamiętamy z licznych egzegez krytycznych wobec KV – w tej formule sprawdza się on ostatnio najpełniej. Dla mnie – bez dwóch zdań – najlepsza płyta z aktywnym udziałem Vandermarka od wielu miesięcy. I znów portugalski Clean Feed. Wyjątkowy rok tej wytwórni.




David S. Ware Quartet  Renunciation   (AUM Fidelity, 2007)

Koncertowe nagranie Kwartetu Davida S. Ware'a z ubiegłorocznej edycji Vision Festival. Jak donosi wytwórnia, to ostatnie amerykańskie nagrania tego kwartetu. Cokolwiek to znaczy, ewentualna strata będzie z gatunku tych "niepowetowanych". Wspaniała formacja grająca zawsze tak samo i tę samą muzykę, ale za każdym razem jakby inaczej. Najbardziej postcoltranowski tenorzysta współczesnego jazzu Ware, świetny pianista Matthew Shipp, niepowtarzalny William Parker na basie i zmieniający się od czasu do czasu perkusiści - od prawie 20 lat tworzą jedną pieśń. W repertuarze tego koncertu trzy nowe jej fragmenty, jak zwykle autorstwa lidera. Przykład na to, jak wiele synergii może być w tradycyjnym kwartecie jazzowym pod warunkiem, że tenorzysta słucha, co mu grają. Nawet wielki Coltrane tego nie potrafił w takim stopniu, jak czyni to David S. Ware.


William Parker   The Inside Songs Of Curtis Mayfield. Live In Rome   (Rai Trade, 2007)

Jeden z naszych faworytów William Parker w tym roku zdecydował się na kilka szalonych pomysłów edytorskich, z udziałem głosów ludzkich, jako elementów dominujących. Po całkiem udanej próbie z nagraniem alternatywnej ścieżki dźwiękowej do filmu "Alphaville" Goddarda (podwójny kwartet, w tym smyki plus głos; nadto na rynku jest już kolejna edycja kwartetu z wokalem - "Raining On The Moon"), na warsztat wziął... piosenki Curtisa Mayfielda, takie amerykańskie evergreeny (np. "People Get Ready"). Na potrzeby koncertu zebrał wspaniałą śmietankę freejazzowych wyjadaczy (Hamid Drake, Sabir Mateen, Dave Burrell, Darryl Foster, Lewis Barnes plus wokale) i zagrał naprawdę nudny i przewidywalny koncert. Jest ludycznie, jest bardzo funkowo, Panowie chwilami wyraźnie chcą uciekać w improwizacje, ale się nie udaje, albowiem wszyscy są tu po to, by śpiewać banalne piosenki. Dla mnie katastrofa, choćby z uwagi na fantastyczny skład, ale z pewnością będą tacy, którym się to spodoba.


100nka & Herb Robertson   Superdesert  (Not Two, 2009)

Nasza krajowa Stonka (100nka) w silnej kooperacji z imperialistycznym trębaczem, Herbem Robertsonem. Nagranie poczynione w trakcie małej trasy koncertowej, jaka miała miejsce w naszym zacnym kraju ubiegłej wiosny. 100nka, jak zapewne niektórzy wiedzą, to trio gitara-kontrabas-perkusja, mające w dorobku dwa ujawnienia fonograficzne (odnotowane na tym portalu - pamiętacie? żółta i zielona okładka). Nagranie studyjne, poczynione we własnym gronie, u mnie osobiście szczególnych emocji nie wywołały, ale już edycja koncertowa, zarówno z Robertsonem, jak i bez niego, to zabawa, której poddaję się dobrowolnie i z dużą przyjemnością. Potwierdzeniem powyższego niech będzie "Superpustynia". Swobodna improwizacja, dużo sonorystyki, świetny perkusista, no i wytrawny trębacz, który choć w dorobku artystycznym posiada trochę nagrań bliższych jazzowi środka, jest totalnym free improwizatorem. Wydawnictwo tu opiewane dowodzi tego w 100, a nawet więcej procentach! Nagranie nie trwa zbyt długo, łapmy zatem każdy dźwięk, bo bezwzględnie warto.


Herb Robertson Trio + Marcin Oleś & Bartłomiej Brat Oleś   Live At Alchemia  (Not Two, 2007)

Pierwsza od dłuższego czasu płyta z udziałem braci Oleś, która naprawdę cieszy. Trio znakomitego trębacza Herba Robertsona (z fenomenalnym udziałem Franka Gratkowskiego, chyba najbardziej niedocenionego saksofonisty i klarnecisty sceny europejskiej!) i nasi bohaterowie, jako sekcja dodana na potrzeby kilku koncertów w Polsce. Ciekawe zderzenie trzech muzyków nastawionych w tej konfiguracji na wolną improwizację i ewidentnie jazzowej sekcji. Gdy bracia tworzą jedynie sonorystyczną przestrzeń dla improwizacji tria, jest nad wyraz smakowicie, gdy brną w kierunku bardziej oczywistego jazzowego frazowania, muzyka staje się bardziej przewidywalna. Ale i tak – absolutny top tego roku i chyba solówka roku – posłuchajcie Gratkowskiego na alcie w czwartym numerze!




Trzaska / Nielsen / Jorgensen   Volume: Aeter   (Ninth World Music, 2007)

Komentując relację z gdańskiego koncertu Mikołaja Trzaski z Trio X pozwoliłem sobie skonstatować, iż rzeczony saksofonista definitywnie wkroczył do panteonu wybitnych współczesnych muzyków jazzowych. Ta płyta jest tak zwaną kropką nad "i". Posłuchajcie, a zrozumiecie... To już czwarta płyta Trzaski z Friisem Nielsenem, pierwsza z Jorgensenem w ramach jego świetnego duńskiego wydawnictwa Ninth World Music (polecam prawie cały katalog!). Każda następna jest lepsza od poprzedniej i dowodzi wciąż niebywałego progresu w grze muzyka znad Wisły. To znakomita okazja, by dogłębnie poznać trzaskowe środki wyrazu, bo choć płyta firmowana jest zespołowo, to gry Mikołaja jest tu najwięcej. Wspaniała płyta!
Kolejną kropką nad "i" niech będzie wspólna płyta Trzaski z Joe McPhee i Jayem Rosenem! Ciekaw jestem, czy jedyne papierowe pismo jazzowe w Polsce w ogóle odnotuje fakt ukazania się tych wydawnictw, pośród zalewu twórczości naszych lokalnych odtwórczych gwiazdek dżezowych. Na rozkładówkę nie liczę.


Vandermark 5  Annular Gift  (Not Two, 2009)

Z pewną dozą niekłamanego smutku donoszę, iż najnowsze wydawnictwo jednej z najważniejszych formacji współczesnego jazzu The Vandermark 5 nie przynosi muzyki szczególnie ekscytującej, nie zawiera niczego, czego bym już w nagraniach tego kwintetu wcześniejszych nie słyszał. To ciągle zaiste bardzo rzetelny jazz/free jazz, ze świetnymi improwizacjami, ale czymże on się różni od swych poprzedników, np. od i tak dość przeciętnego "Beat Reader"?
W mojej subiektywnej ocenie The Vandermark 5 swoje apogeum osiągnął na wiekopomnym multidysku "Alchemia". Odejście z grupy Jeba Bishopa z perspektywy minionego pięciolecia odbieram jako sporą stratę dla jakości tej muzyki. Mimo sporej atencji, jaką darzę Freda Lonberga-Holma, mam nieodparte wrażenie, że w V5 gra ciągle tę samą kompozycję i bliźniaczą solówkę.
Moje rozczarowanie jest tym większe, że "Annular Gift" zawiera nagrania dokonanie w krakowskiej Alchemii w dwa i trzy dni po naprawdę doskonałym koncercie w poznańskim Dragonie (marzec bieżącego roku), gdzie grupa zaprezentowała kawał porządnego, nowego i bardzo ciekawego materiału. Pamiętam zmyślne komplikacje kompozytorskie Vandermarka, ciekawą sonorystykę, odrobinę eksperymentu i poszukiwania nowej formuły w ramach formacji mającej w dorobku więcej nagrań, niż Bill Dixon zdołał poczynić w całym swym ponad osiemdziesięcioletnim życiu. W nagraniach z Alchemii niestety tego nie słyszę. Czyżby Vandermark wyselekcjonował na tę płytę wersje mniej nowatorskie?
Z szacunku dla dorobku The Vandermark 5, także wobec radości wynikającej z faktu wydania tej płyty w Polsce, dedykuję "Annular Gift", pomimo powyższych ambiwalencji i pytań retorycznych, kółeczko żółte.


Ken Vandermark / Barry Guy / Mark Sanders  Fox Fire  (Maya Recordings, 2009)

Nasz ulubiony free jazzowy saksofonista Ken Vandermark odważnie wkracza na pole free improv i staje w szranki improwizacyjnej batalii z mistrzem europejskiego kontrabasu Barry Guyem i niemniej znamienitym, choć trochę zapomnianym, brytyjskim perkusistą Markiem Sandersem. Irlandzka Maya prezentuje nam dwie bite godziny smakowitej muzyki, z pogranicza jazzu i absolutnie swobodnej improwizacji. Z licznych egzegez, poczynionych także na tym portalu, pamiętamy, iż właśnie w formule wyzwolonego free Vandermark sprawdza się najlepiej, a płyta ta w tym przekonaniu utwierdza mnie po wsze czasy. Co ciekawe, choć symptomatyczne, muzyka tria wchodzi na kosmiczny poziom, gdy frazowanie sekcji rytmicznej nabiera więcej cech typowo jazzowych (patrz: najdłuższy, trzeci fragment pierwszego dysku, przy okazji kompozycja podpisana przez saksofonistę). Gdy Guy z Sandersem puszczają Vandermarka na głębsze wody free improv tenże staje się bardziej oszczędny w słowa i raczej brodzi po kolana. Ale w tak zwanym całokształcie te dwie godziny free (bez dodatkowych określeń) broni się wyśmienicie. Świetna płyta!



The Thing with Ken Vandermark   Immediate Sound   (Smalltown Superjazz, 2007)

Chicago, kwiecień ubiegłego roku, na scenie muzyczna torpeda, najgłośniejszy band współczesnej sceny muzycznej (z wyłączeniem kilku kapel deathmetalowych z olsztyńskiego) – The Thing, czyli Mats Gustafsson, Ingebrigt Haker-Flaten i Paal Nilssen-Love oraz gościnnie Ken Vandermark. Żaden z nich nie wymaga dodatkowych rekomendacji. Od samego brzmienia ich nazwisk krew krąży szybciej po naszym organizmie. 38-minutowa armata, wycelowana wprost w Wasze uszy. Nie bierze jeńców. Kwintesencja tego, czego oczekujemy od free jazzu klasy światowej. Bez zbędnych ornamentów, bez muzycznego gadulstwa. Wbije Cię w fotel, a gdy już wybrzmi, natychmiast poprosisz o więcej.


Territory Band 6 with Fred Anderson  Collide   (Okka Disk, 2007)

A jednak można, rzekłbym przekornie. Można być nieco bardziej wstrzemięźliwym w prezentowaniu światu swoich nowych dokonań muzycznych. Ken Vandermark dobił mnie w roku ubiegłym trzypłytowym zestawem Territory Band. Ilość kosztem jakości. Na szczęście nowa płyta największego składu Vandermarka przynosi jedynie bardzo mocny konkret. Pięćdziesięciokilkuminutowy koncert, zarejestrowany w sierpniu ubiegłego roku w Chicago. Gościnny udział Freda Andersona (absolutnie wartość dodana), nowy muzyk w gronie TB – świetny gitarzysta David Stackenäs (jest smakowicie), spora dawka elektroniki Lasse Marhauga, ciekawie kontrapunktująca improwizowane frazy (intrygujący dialog z Andersonem na początku drugiego fragmentu naoliwia całą machinę i erupcji energii nie da się już zatrzymać do samego końca). Od 3. edycji nie było tak dobrego nagrania Territory Band. Pełna rekomendacja!


Atomic School Days  Distil    (Okkadisk, 2008)

Skandynawski Atomic od kilku już lat skutecznie buduje kanon jazzowego mainstreamu epoki ponowoczesnej. Podobnie czyni Ken Vandermark swoim sztandarowym orężem muzycznym w postaci The Vandermark 5, a także - a może przede wszystkim - nieco już zapomnianym School Days.
Nie tylko z uwagi na fakt, iż obie formacje obsługuje ta sama sekcja rytmiczna (Haker Flaten, Nilssen-Love), obie grupy w pierwszej połowie tej dekady popełniły wspólnie wspaniały podwójny zestaw "Nuclear Assembly Hall". Ta pozornie wymarła efemeryda powraca koncertowym nagraniem z Chicago, z kwietnia 2006 r. I powiem Wam, że jest to powrót absolutnie triumfalny. Dziewięć kąśliwych, radosnych kompozycji (twórczo realizuje się każdy członek Oktetu), godnych wszelkich zachwytów. Tak rozumiem jazz środka. Dobry, zgrabnie podany temat, świetne improwizacje, przewrotna koda na finał. Świetny jazz, bez pretensji do nadmiernego nowatorstwa. Kij w oko wszystkim, którzy pod szyldem jazzu próbują uprawiać przaśny pop. This is Jazz!!!


Jeb Bishop / Harris Eisenstadt / Jason Roebke   Tiebreaker   (Not Two, 2008)

Jeba Bishopa, wybitnego puzonistę, kiedyś bardzo oryginalnego gitarzystę, znamy świetnie. Uwielbiamy za lata bardzo kreatywnego współtworzenia brzmienia jednego z najważniejszych bandów jazzowych ostatniej dekady – The Vandermark 5. "Tiebreaker" to puzon z sekcją rytmiczną, czyli niezbyt popularne, ale występujące w przyrodzie zjawisko. Na płycie Not Two słyszymy koncert z krakowskiego Klubu "Re", zarejestrowany w roku 2006. Płyta niniejsza to nie pierwszy mój kontakt z twórczością Bishopa, sygnowaną własnym nazwiskiem. I ciągle dopada mnie ta sama myśl – ta muzyka, choć świetnie i sprawnie zagrana, nuży mnie, czegoś jej ewidentnie brakuje, nie intryguje, z każdą minutą koncertu staję się na nią coraz bardziej obojętny... Ta muzyka jest wyprana z emocji. Nie wiem, czy to trafna diagnoza (niech każdy oceni sam), ale ja nie będę do niej zbyt często wracał.


Clayton Thomas   Bad Self  (Gutstring, 2009)

Wschodząca gwiazda freejazzowego kontrabasu, 32-letni Australijczyk (choć rezydent Europy) - Clayton Thomas, w trakcie ostatnich koncertów w Polsce łaskaw był udostępniać (za bilety Narodowego Banku Polskiego) swoją solową produkcję "Bad Self" - wydaną w formacie CD-R. Kto choć raz Claytona na żywo zobaczył, ten wie, że to doprawdy wyśmienity i niezwykle kreatywny kontrabasista, potrafiący wydobyć ze swego instrumentu każdy dźwięk, używając do tego bardzo dziwnych, a nawet niebezpiecznych przedmiotów. Efekt bywa piorunujący. Tu - w ramach autokreacji - proponuje nam ponad 70-minutową podróż po bezdrożach niskich częstotliwości. Płyta jest piękna, dźwięki chwilami niezwykłe, wszakże ostrzec muszę purystów jazzowych, że "Bad Self" to raczej minimal z pogranicza ambientu i wszelkiej maści sonorystycznych zabaw niż jazzowa improwizacja na kontrabas. Słuchamy bardzo uważnie i delektujemy się dźwiękiem samym w sobie. Czysta akustyka. Szczególna płyta.


The Michael Bisio Quartet  Live at Vision Fest. XII  (Not Two, 2009)

Z radością donoszę o kolejnym wielce frapującym krążku, wydanym przez krakowskie Not Two! Klasycznie freejazzowy kwartet (zatem bez instrumentu harmonicznego), pod wodzą świetnego basisty Michaela Bisio, z Jayem Rosenem na perkusji (obu Panów znamy z wielu wydawnictw CIMP), a także z mniej mi znanymi, acz świetnymi nowojorskimi saksofonistami z pokolenia urodzonego w zacnych latach 60. ubiegłego stulecia - Stephenem Gaucim i Avramem Feferem. Koncert nagrany dwa lata temu na dwunastej edycji Vision Fest. Dwie kompozycje lidera (dodajmy, że dość precyzyjnie znotyfikowane, jak na kanony porządnego free) pięknie przez kwartet "przeimprowizowane", z udanymi proporcjami między odrobiną zadumy, a pokaźną porcją rzetelnego hałasu. Polecam obu saksofonistów Waszej pilnej uwadze, bo nie dość, że pięknie rzeźbią dźwięki, to jeszcze poziom kooperacji ewidentnie ponadprzeciętny. I gdyby jeszcze dźwięk z koncertu był bardziej selektywny, to szczęście moje byłoby pełne (zalecam słuchanie raczej w aucie, nie zaś przy użyciu przyzwoitej klasy słuchawek). Jakkolwiek - rekomendacja 110%-owa!


Pulsarus   Squared Rotoscope   (Tone Industria, 2006)

Twórcze wykorzystanie współczesnych zdobyczy technologicznych w wersji krajowej. Elektronika w służbie bardzo nowocześnie rozumianej improwizacji. W stosunku do debiutanckiej produkcji "Digital Free Jazz" korzystna zmiana pianisty na świetnego, młodego alcistę Olka Papierza (sprawdza się tym bardziej w wersji live)! Całość krnąbrna, choć podobnie jak debiut kapkę przegadana (72 minuty). Ale oby wszyscy mieli takie problemy, wynikające przecież z nadmiaru, a nie braku pomysłów. Trzymamy mocno kciuki za ciąg dalszy.


Pulsarus   FAQ   (Biodro Records, 2009)

Trzecia odsłona jednego z ciekawszych krajowych ansambli jazzowych zwanego Pulsarusem, o uroczym i fonetycznie ciekawym tytule "FAQ". Od razu dobrowolnie poddaję się ocenie "ZA", ale uprzedzam, że będę lekko marudził.
Na pierwszych dwóch płytach ("Digital Free Jazz", "Squared Rotoscope") muzyka kipiała szalonymi pomysłami i choć nie wszystkie były w 100 procentach udane (płyty były kapkę "przegadane"), słuchało się tego niekiedy z zapartym tchem. Nowa płyta wydaje mi się zbyt ułożona, zbyt poprawna, przeto odrobinę mniej nowatorska. Jak sam Dominik Strycharski zauważył w jednym z wywiadów, producent płyty Piotr Pawlak, w trakcie rejestracji materiału, nieco temperował pomysły muzyków i część z nich odrzucono (oczywiście wspólną decyzją) w akustyczny niebyt. A szkoda... Bo właśnie szczypty nieprzewidywalności brakuje tej muzyce. Doszli goście, gwiazdy rzec można - Trzaska, Waglewski, Pierończyk. A zabrakło przestrzeni dla pięknie elektronicznie dekonstruowanego fletu prostego (Strycharski), zadziornych improwizacji altu (Papierz, strasznie w mojej ocenie niedoceniony muzyk), czy ciekawych perkusyjnych eksploracji, szczególnie na styku akustycznej i elektronicznej perkusji (Rutkowski).
Wszakże i tak "FAQ" broni się śmiało i na tle krajowych osiągnięć w muzyce improwizowanej sytuuje się nad wyraz wysoko. A mógłby jeszcze wyżej, ale jak powszechnie wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego.


Łąki Łan   ŁąkiŁanda   (EMI, 2009)

W ramach odkrywania muzyki leżącej dość daleko od diapazonowej estetyki, a także poszukiwania ponadgatunkowych majstersztyków (patrz: MetaMuzyka), nie mogę nie zarekomendować wszystkim (!) wyjątkowego wydawnictwa na polskim rynku fonograficznym - podmiot artystyczny nazywa się Łąki Łan!!! Sześciu rubasznych kolegów z Mazowsza i niebywale energetyczna funkowa zabawa (z ambitnymi wycieczkami w kierunku progresywnego drum'n'bass). Wg popularnego portalu społecznościowego muzyka ta brzmi jak: mixture of disco-funkrock'n'shock style!!! Surrealistyczne teksty o życiu wśród fauny i flory (jak powszechnie wiadomo muchy głównie bzykają, a patyczaki chodzą na biby), choć i tak naczelnym zadaniem warstwy słownej jest tu budowanie rytmicznej bazy dla naszych rozdygotanych bioder. Swoboda, bezkompromisowość, artystyczna bezczelność czerpania ze wszystkiego, w jednym tylko celu - by przypomnieć nam, że muzyka to przede wszystkim emocje, ogromny ładunek energii i cudowna zabawa. Pikanterii tej zabawie dodaje owadzi image i ksywki wszystkich muzyków - ale po szczegóły odsyłam do wydawnictwa. Kto posmakuje, koniecznie zachęcam do poznania oblicza koncertowego Łąki Łan. Taka torpeda już Was zabije (tak, jak mnie na tegorocznym Open'erze).


Maciej Filipczuk   MetaMuzyka  (Samograj, 2009)

Ponadgatunkowy majstersztyk!!! Skrzypek Maciej Filipczuk (Lautari, Transkapela) plus sekcja rytmiczna martwego już niestety Robotobiboka (dla mnie strata niepowetowana), czyli Marcin Ciupidro na marimbie i moogu oraz niepowtarzalny dramer Kuba Suchar (także moog). Repertuar? Mazurki Kazka Mety ze wsi Glina - autentycznego naturszczyka znad Pilicy, zmarłego w roku ubiegłym! Przewrotna melodyjność tej muzyki ma coś z estetyki Alberta Aylera, a transowość przywodzi na myśl pełnokrwistego Milesa Davisa z pierwszej połowy lat 70. (takie "Dark Magus" na przykład). Piękne, czyste brzmienie cudownie łkających skrzypiec i piekielna gra sekcji, zwłaszcza, gdy za dolne częstotliwości odpowiedzialny jest kosmicznie brzmiący moog. Uwaga - słuchać głośno!!! Ja odlatuję - w każdym wymiarze naszej pokrętnej rzeczywistości!


The Ex   30   (EX Records, 2009)

Kto choć trochę liznął anarchopunkowej sceny rockowej ostatnich trzech dekad, temu nazwa holenderskiej załogi The Ex mówi wszystko. Nie było, nie ma i nie będzie bardziej wyrazistego konglomeratu świetnej muzyki, zaangażowanego przekazu werbalnego i bezkompromisowej postawy artystycznej i społecznej po tej części oceanu.
Grupa świętuje 30-lecie istnienia. Mimo ewidentnie rockowego rodowodu, nie trzeba długo szukać znaczących koneksji muzyków The Ex ze sceną jazzową i free improv. Nazwiska gitarzystów formacji - Terrie The Ex i Andy Moora - zna i rozpoznaje chyba wielu. Z The Ex grywali wszyscy znamienici muzycy free z Holandii, z Hanem Benninkiem i Mishą Mengelbergiem na czele (kilkaset wspólnych koncertów), z grupą koncertowali np. Ken Vandermark, czy Mats Gustafsson (pełna lista uczestników prawie 1,4 tysiąca koncertów dołączona do płyty!!!).
Wspominam o tym wszystkim, byśmy mieli świadomość, iż The Ex to ważny element szeroko pojętej kultury niezależnej starego kontynentu. Przez 30 lat ci sami ludzie (prawie), te same idee, ciągle doskonała muzyka, cudownie ewoluującą od ostrego gitarowego punka po wieloosobowe nagrania rockowe, ze sporą dozą improwizacji.
Jubileuszowe wydawnictwo, to wybór 33 utworów, dokonany przez samych muzyków (sami też są od zawsze wydawcami swojej muzyki), ze wszystkich nagranych w latach 1980-2006 płyt grupy. Wspaniała uczta dla fanów, wielki materiał poznawczy dla wszystkich, którzy pragną wiedzieć o świecie muzyki więcej. Wyjątkowe wydawnictwo!


Teksty zamieszczone pierwotnie na portalu diapazon.pl w ramach stałej rubryki  "Za i przeciw", w latach 2006-09



piątek, 29 stycznia 2016

Evan Parker - recenzje zebrane


Derek Bailey & Evan Parker  Arch Duo  (Rastascan)

Na poznawanie wybitnej muzyki nigdy nie jest za późno. Nawet kilkadziesiąt lat po powstaniu nagrania.

Siedemnastego października 1980 roku na Arch Street w Berkeley, Kalifornia, spotkali się dwaj bodaj najwybitniejsi przedstawiciele brytyjskiej wolnej improwizacji. Niepowtarzalny i skrajnie bezkompromisowy gitarzysta – Derek Bailey i uwodzicielski, "bezdechowy" sopranista i tenorzysta – Evan Parker. 70-minutowy koncert podzielony został na pięć części, jedynie dla wygody słuchaczy.




W tymże czasie panowie, choć dzieli ich kilkanaście lat życia, niczym bracia syjamscy plotą swą szaloną opowieść, nie tracąc czasu na zbędne dłużyzny. Potok muzycznej świadomości absolutnie uwolnionych improwizatorów, nieskażony łatwymi skojarzeniami. Prostota zmyślnych komplikacji – jeśli w ogóle coś jest tu proste.

Bailey, jak ma w zwyczaju, gra zarówno akustycznie, jak i elektrycznie, ale to o dziwo w tej teoretycznie spokojniej wersji, bez prądu, osiąga kosmiczną energię. Jego instrument płonie pod wpływem tarcia. Mamy wrażenie, że dźwięki dobywane są z pudła rezonansowego jakby przy okazji. Z pewnością nikt na świecie nie gra tak jak on. Bywają tylko plagiatorzy (niektórzy nawet uzdolnieni – patrz: David Stackenas). W doskonałej dyspozycji odnajdujemy Evana Parkera, w lot podchwytującego każdy pomysł Dereka, który tu delikatnie, jakby niechcąco, jest częściej stroną inspirującą. Jak wielkie jest zrozumienie tych muzyków, silnie intuicyjne (czas reakcji liczymy w nanosekundach), jak znacząca synergia wewnątrz tego duetu, niech podpowie odsłuch podobnego duetu Baileya z Anthonym Braxtonem ("First Duo Concert 1974", Emanem). Poziom energetyczny tych nagrań jest nieporównywalny, choć obie pozycje na mojej półce widnieją zawsze w zasięgu wzroku. Tam chłód intelektualnej przygody (Braxton chyba nie potrafi inaczej), tu wulkan emocji i pasmo filigranowych eksplozji.

Jeśli ktoś ma wątpliwości, na czym polega genialność europejskiego free improvisation, niech sięgnie po tę pozycję. Wątpliwości znikną bezpowrotnie. Także nasze rozumienie piękna w muzyce winno po tym nagraniu ulec poważnemu przedefiniowaniu.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Zafiro (Maya Recordings)

Ta muzyka, to jak wchodzenie ciągle do tej samej rzeki. Nic nas tu nie zaskakuje, ale wiemy od pierwszej do ostatniej minuty, że obcujemy z dźwiękami niepowtarzalnymi i wciąż chcemy dać się ponieść wirom swobodnej improwizacji Parkera, Guya i Lyttona.



"Zafiro" to najnowsze jak dotąd ujawnienie bodaj najciekawszego tria europejskiego free improvisation ostatnich kilkunastu lat. Evan Parker na sopranie i tenorze, Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusjonaliach. To wybitne trio ma w dorobku kilkanaście płyt (zaczynając od roku 1983). Współpraca Parkera z Lyttonem, w różnych konfiguracjach, datuje się od początku lat 70., zaś z Guyem od początku kolejnej dekady. Wydawnictwo tu omawiane stanowi zapis koncertu, jaki odbył się w Barcelonie w marcu 2005 r. 52 minuty całkowicie wolnej improwizacji w typowych dla tego tercetu skalach, konfiguracjach dźwiękowych i estetycznych eskalacjach, bez chwili przerwy, gdyż każda sekunda ciszy byłaby tu intruzem nieakceptowalnym. Dla wygody słuchaczy całość podzielona została na dziewięć części. Całość wieńczy blisko dziewięciominutowy bis.

Parker – agresywny, gdy gra na tenorze, oniryczny, gdy sięga po sopran i nie przestaje grać na choćby sekundę (ten człowiek oddycha inaczej). Guy – zadziorny, raz poleruje struny ostrym niczym brzytwa smyczkiem, innym razem szarpie z zapalczywością godną lepszej sprawy, pozostając wszakże w strefie absolutnie czystego dźwięku (swoją drogą akustyczny fenomen, realizowany przez niego także w innych nagraniach). Lytton – człowiek orkiestra, ma z pewnością dodatkową parę kończyn górnych, skutecznie kontrapunktujący każdy pomysł kolegów, organizuje przestrzeń dźwiękową tria, sprawia, iż prawo ciążenia jednak obowiązuje nas wszystkich. Od wspólnego zasiania ziarna niepokoju ("Access Point"), poprzez duety i sola dające niezbędny dla właściwej percepcji całości oddech, do kolektywnych improwizacji w triu, zgrabnie reasumujących ich pomysł na muzykę ("Encore"). Trzy indywidualności w jednym ciele. Synergia. Intuicyjna kooperacja.

Zachęcam do zanurzenia się po koniuszek nosa.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Breaths and Heartbeats (Rastascan)

Jakkolwiek znaczące nie byłyby moje ambiwalencje towarzyszące przez lata próbie, na ogół nie do końca skutecznej, dotarcia do wnętrza i pełnego zrozumienia muzyki Evana Parkera, to w wypadku płyty "Breaths and Heartbeats" muszę z radością skonstatować, iż jest po prostu zniewalająca. To znaczy – wreszcie do mnie dotarło, wreszcie moja "freejazowa" percepcja zatrybiła i podołała. Wzięli mnie żywcem.


To naprawdę wspaniała muzyka. Zwykłe akustyczne trio, bez jakichkolwiek udziwnień, krnąbrnychzniekształceń i zabaw postprodukcyjnych. Ale i bez jednego prostego dźwięku. Mój nieskomplikowany umysł miłośnika muzycznych komplikacji po prostu eksploduje. Obawiam się, że nie do końca będę Wam w stanie opowiedzieć, dlaczego tak się dzieje.

Trzech weteranów europejskiego free improv, trzech gigantów Wielkiej Improwizacji. Evan Parker na tenorze i sopranie. Barry Guy na kontrabasie. Paul Lytton na perkusjonaliach. Żaden z nich nie wymaga chyba dodatkowych rekomendacji. Razem nagrali wiele płyt. Oto jedna z nich.

Zgodnie z tytułem, "Breaths and Heartbeats" to muzyka z ciała, z krwi i kości, z Oddechu i Bicia Serca. Muzyka jakby wypluwana z wnętrza saksofonu, kontrabasu i perkusji. Trzy tryskające potoki dźwięków, ale doprawdy nic nie dzieje się tu przypadkowo. Wytrawne kontrapunkty, zadziorne falangi kontratakujące z każdej strony głośnika, a także zadumane, acz bardzo krótkie, dosadne wyciszenia. Jeden organizm, mówiący jednym głosem. Pozorny pośpiech, gęstość faktury dźwięków i dziwna boleść między nimi, jakby w głowach muzyków było ich zbyt wiele, jakby ich obecność ciążyła. Uwolnione, uciekają śpiesznie w zakamarki naszych pokoi. I pozostają na długo.

Sesja jednodniowa, z grudnia 1994 r., na krążku zaprezentowana niechronologicznie (jak zeznaje Parker, trzy mini sesje w ciągu jednego dnia postanowili ułożyć kierując się poziomem intensywności gry, nie zaś kolejnością powstawania). Na program płyty składa jedenaście ponumerowanych Oddechów i Uderzeń Serca i na koniec dwunaste, już poza numeracją. Agresywne na początku (Parker jako prowodyr), w środku ewidentnie wyciszone, przyczajone (Guy przy sterze), by na koniec znów zaatakować (trio w jednym wcieleniu).

Są płyty, po których wysłuchaniu nie wiemy co dalej. Jakiż to dźwięk może po nich nastąpić. Bo po nich nic nie będzie brzmiało już tak samo.


Agusti Fernández/ Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Topos  (Maya Recordings)

Najlepsze trio europejskiego free improvisation, od czasu do czasu, popełnia płyty z dokooptowanymi muzykami (że wspomnę dwa wydawnictwa z Marylin Crispell, by trzymać się wątku pianistycznego). Tym razem nasze dzielne trio wspiera świetny pianista Agustí Fernández. Rzec można, że nie tylko wspiera, ale niemal wiedzie prym, albowiem jest jedynym muzykiem, który uczestniczy we wszystkich dziewięciu improwizacjach na tym krążku (obok kwartetu mamy też dwa duety i tyleż razy trio). 



Kwartet wszakże jest – jak zawsze na polu wolnej improwizacji – całkowicie demokratycznym tworem. Silnie preparujący dźwięki pianista Fernández, jak zawsze niebywale kąśliwy Guy na kontrabasie (jak on to robi, że tak cudownie brzmi!!!), dosadny Lytton na perkusjonaliach, stosunkowo liryczny (sic!) Parker na saksofonach. Muzyka totalna, choć w wielu fragmentach, jak na kanony tych muzyków, zaskakująco wyciszona. Tylko 50 minut podróży, ale pełen zestaw emocji gwarantowany. Zapraszam serdecznie.


Herb Robertson / Evan Parker / Agusti Fernandéz  Parallelisms  (Ruby Flower Records)

W ubiegłym roku na koncertach w Polsce, teraz na CD, w wersji studyjnej. Wybitne trio trzech wybitnych improwizatorów. Robertson na trąbkach i ich przetworzeniach, Parker na sopranie i tenorze, Fernandez na preparowanym pianie. Synergia absolutna, podana w sześciu odcinkach.




Trzy z nich określone zostały jako improwizacje, trzy pozostałe jako realizacje lidera (tu delikatnie odpływamy w płaszczyzny elektroakustyczne). Jak zwał, tak zwał. Wspaniała sonorystyczna zabawa w wolną improwizację. Smaczki brzmieniowe, kąśliwe dialogi, słowne utarczki. 70 minut nieba w uszach!


Evan Parker Trio  A Glancing Blow  (Clean Feed)

Kolejna doskonała pozycja w katalogu Clean Feed! Evan Parker w ulubionej formule chyba wszystkich saksofonistów, czyli w triu z basem i perkusją. Tu wspomagają go - John Edwards, inny weteran brytyjskiego jazzu i Christian Corsano, młody adept sztuki bębniarskiej, ze szkoły – rzekłbym –psychodeliczno-rockowej. Nie sposób nie oceniać tej płyty w opozycji do najlepszej formacji Parkera, czyli tria z Guyem i Lyttonem. To jednak inna muzyka, zdecydowanie bliższa jazzowi, w czym zasługa głównie sekcji rytmicznej. 



Sam Evan Parker w otwartej formule free, ale jazzu, nie zaś typowych dla siebie wolnych improwizacji. Egzamin zdaje, rzecz jasna, celująco, trochę jakby na przekór tym, którzy zwykli mu wypominać chłód i intelektualizm. Tu jest niebywale gorąco, zamaszyście i nawet kapkę swinguje! Ale ostrzegam mainstreamowych nudziarzy – "A Glancing Blow" to ponad 70 minut zdecydowanie zadziornej, bardzo konkretnej propozycji muzycznej, w postaci dwóch swobodnych improwizacji. Nagrania live, ale nie wiem, gdzie zarejestrowane, gdyż mój egzemplarz CD nie zawiera typowej dla kartonowych edycji Clean Feed wkładki ze słowem pisanym.


Townhouse Orchestra  Belle Ville  (Clean Feed)

Za tę piękną i rozbrajająco szczerą muzykę odpowiada kwartet wybitnych europejskich improwizatorów - Evan Parker (ts), Sten Sandell (p), Ingebrigt Håker Flaten (b) i Paal Nilssen-Love (dr). Dwa sety - na dwóch dyskach - z koncertu we francuskim (?) Belle Ville. Oczywiście - stuprocentowa improwizacja zrodzona w czterech całkowicie otwartych umysłach. Poprzednia ich płyta sygnowana była nazwiskiem Nilssena-Love ("Town Orchestra House"), ale równie dobrze na liście płac mogły znaleźć się wszystkie nazwiska. 



Nie ma w tym nagraniu niczego, czego byśmy się nie spodziewali po tym składzie (co być może lekko temperuje mój poziom entuzjazmu), ale mimo to łechce, kąsa i w głowie słuchacza robi niezłą demolkę. Dla wytrawnych free improvise admiratorów, ale polecam na każdą okoliczność, także zamiast świątecznej kolędy - wszak kiedyś trzeba zacząć kochać taką muzykę!

Teksty powyższe pierwotnie zamieszczone zostały na portalu diapazon.pl w latach 2006-2008


Evan Parker & John Wiese  C-Section (Second Layer)

Wyznaję typową dla zaślepionego fana zasadę, iż warto posiadać każdą płytę Evana Parkera.  Przy czym w zależności od stopnia epokowości nagrania dopuszczam ewentualność posiadania części wydawnictw w formacie Cd-r. Jest też grupa artystycznych ujawnień Evana Parkera, którą posiadam jedynie w formacie mp3, który być może w odległej przyszłości postaram się zamienić na nośnik, aż tak bardzo niedoskwierający tym, którzy słyszą więcej. Dla mniej zorientowanych istotna informacja – pełna dyskografia zacnego 66-letniego dumnego syna Albionu to ponad 250 pozycji.
Póki co, ubiegłoroczne wydawnictwo C-Section, nagrane przez Parkera w towarzystwie Johna Wiese posiadam jedynie w lubieżnym formacie dla głuchych (wersja 320 na szczęście) i wcale nie jestem przekonany, że pragnę bardziej wsłuchać się w te dźwięki (czytaj: kupić kompakt, albo vinyla). Dlaczego? O tym w kolejnych akapitach.



John Wiese, Kalifornijczyk w wieku synów Parkera (o ile ten takich posiada), odpowiada tu za szeroko pojmowaną elektronikę, zarówno starej, jak i nowej daty, Evan Parker zaś tradycyjnie w rękach dzierży saksofon sopranowy i tenorowy. Całość trwa godzinę lekcyjną i podzielona jest na cztery odcinki dźwiękowe opatrzone tytułami.

W moim przekonaniu sukces muzyki improwizowanej polega na wzajemnym słuchaniu się podmiotów wykonawczych, na interakcjach, wymianie komunikatów dźwiękowych (wiem, że Derek Bailey miał inne zdanie na ten temat).  Na C-Section niestety tego nie słyszę, szczególnie dobitnie we fragmencie otwierającym i kończącym krążek (po prawdzie, pozostała cześć płyty to jedynie drobne etiudy). Być może gdyby wydać z tego dwie płyty solowe efekt byłby ciekawszy (ten w wykonaniu Parkera na pewno). Wiese produkuje dużo hałasu (noise!), nie ustaje w ciężkiej walce z materią elektroniczną, ale niewiele z tego wynika. Są fragmenty, gdy Evan Parker musi mozolnie kruszyć ścianę dźwięku, generowaną przez interlokutora i choć sił, i środków mu nie brakuje, to niechybnie jest w tej nierównej walce przegranym. Ale cóż, nie zawsze musi się udać…


Evan Parker  The Topography of the Lungs (Psi Records)

Absolutny kanon freely improvised music (pełna nazwa autorstwa Dereka Baileya). Perła z roku 1970. Spotkanie gigantów, protoplastów muzyki, którą niektórzy z nas ukochali nad wyraz i po wszeczasy.

Wspomniany już Derek Bailey na gitarze (z racji wieku tu pełni rolę ojca lub przynajmniej starszego wujka), Evan Parker na sopranie i tenorze oraz Han Bennink na perkusjonaliach. Choć nie jest to pierwsze spotkanie Baileya i Parkera (odsyłam do Music Improvisation Company z lat 1968-71), także nie ostatnie (kilka osobliwych i znamienitych spotkań w duecie, np. koncert londyński czy „Arch Duo”, o kilku edycjach Company nie wspominając), uznaję je za wyjątkowe i być może najbardziej znaczące. Choćby z racji, że towarzyszy im znakomity perkusjonalista, Han Bennink.



Oryginalne nagranie winylowe ukazało się w roku powstania nagrania, a wydane zostało przez legendarny Incus. Teraz w Waszych rękach wylądowała reedycja tego albumu, wydana w roku 2006 przez Psi, zawierająca dodatkowe dwa fragmenty trwające blisko 10 minut. Pierwotna edycja firmowana była trzema nazwiskami muzyków, reedycja już tylko przez Evana Parkera (który w liner-notes tłumaczy się z tego zabiegu, ale chyba nic go nie usprawiedliwia; być może jedynie fakt, że Bailey zmarł rok przed tą reedycją, uchroni go od wiecznego potępienia).

A zatem sześć improwizowanych fragmentów gęstej do bólu muzyki. Dźwięki rozszarpywane na gryfie gitary Baileya, kontrapunktowane dosadnymi szturchnięciami perkusjonalii Benninka, wreszcie puentowane podmuchami saksofonowych wybuchów Parkera. Pełna swoboda, absolutna kooperacja, kosmiczna synergia. Erupcja trudnych do ogarnięcia zmysłami zwykłego śmiertelnika zasobów samoodnawialnej energii.

Piękno tej muzyki jest niezaprzeczalne i wytrzymało już wszystkie możliwe próby czasu. Kto nie zna Topografii Płuc, ten nie wie, o co chodzi w zabawie w swobodną improwizację.

Teksty pierwotnie ukazały się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011


Evan Parker Trio and Peter Brotzmann Trio  The Bishop's Movie (VICTO)

Z pozoru karkołomne spotkanie ojców chrzestnych europejskiego free improv (Evan Parker, Peter Brotzmann, Alex Von Schlippenbach, Paul Lytton) i najlepszej czarnej sekcji rytmicznej współczesnego jazzu (William Parker-Hamid Drake), w ramach podwójnego trio, przynosi ponad godzinę swobodnej, rozwichrzonej improwizacji. Zarejestrowana ona została na koncercie w ramach Festiwalu Victoriaville w roku 2003r. (jedna z kanadyjskich inicjatyw krzewienia kultury jazzowej, zapewne za publiczne pieniądze). Nazwiska wskazywałyby rzeczywiście na łamanie karku, jednak owo rozwichrzenie okazuje się głęboko przestrzenne, a dodatkowo wszystko wskazuje na to, że muzycy w trakcie grania doprawdy słuchali się wzajemnie, z należytą uwagą podchodząc do szalonych eskapad dźwiękowych współtowarzyszy nagrania. O dziwo płyta dostarcza nam wielu fragmentów granych w duetach, czy trio, zatem w trakcie gry nie obowiązywała stara freejazzowa zasada "kupą mości panowie, kto głośniejszy ten lepszy". 



Ta swoista wstrzemięźliwość improwizacyjna spowodowała, iż wyszło z tego nagrania przecudne, 70-kilkuminutowe cacko free. Centralną postacią tego nagrania jawi się dla mnie - niespodziewanie - pianista Alex Von Schlippenbach (przypominamy sobie doskonałe "Hunting The Snake"?). E.Parker i Brotzmann grzeją w swe rury najlepiej jak potrafią, ale to on jest tu kluczowy. Gra w poprzek (jak na starego przeciwnika rytmu wypadało), intensywnie, zadziornie, koncentrując wokół siebie grę pozostałych pięciu muzyków. Bardzo konstruktywne granie, żadnych zawodów, jakichkolwiek wyścigów. Pozytywnie zaskakuje mnie Evan Parker na tenorze. Dawno nie słuchałem tak dobrej płyty z jego udziałem. Twarde mięso, ale w ramach uporządkowanej czasoprzestrzeni. Wielcy muzycy, doskonała płyta (szkoda, że niepodzielona na mniejsze części, ale to uwaga wyłącznie o charakterze technicznym, wynikająca z wrodzonego lenistwa recenzenta).


Evan Parker / Barry Guy / Lawrence Casserley   Dividuality   (Maya)

Ten oto skromny cedzik trafia pod polskie strzechy w roku 2004 (dystrybutor krakowski), wydany został przez irlandzką Mayę w 2001r., zmiksowany był rok wcześniej, a nagranie powstało w roku... 1997r. Trendna młodzież rzekłaby, że staroć to dramatyczny, my (tzn. ja i moje wybujałe ego) stwierdzimy, co najwyżej, że słuchać, iż nagranie powstało 7 lat temu (chodzi o brzmienie "live electronics, sound processing" użytego w nagraniu). 



Evan Parker dmie w swą rurę trzydzieści lat z górką, krew w nim brytyjska płynie zdecydowanie. Mówią, że nikt nie potrafi tak intensywnie oddychać, mając drewnianą rurę w otworze gębowym. To mój pierwszy z nim kontakt na większą skalę (w sumie wstyd się przyznać, ale co mi tam...). Barry Guy - kontrabasista o zasługach dla europejskiej muzyki improwizowanej nie mniejszych niż Parker. Lawrence Casserley - tu bez ściemy mogą przyznać, że pierwszy raz zetknąłem się z tym człekiem (odpowiada za brzmienie elektroniki, te z lekka archaiczne). Trio w kilku przypadkach przekształca się w duety, choć zawsze z udziałem Lawrence'a. Chłopaki jadę zdecydowanie bez trzymanki, choć od razu powiem, że cedzik zawiera w większości bardzo spokojny kawałek ... jazzu (?), współczesnej kameralistyki (?), improwizowanej zabawy na dwa żywe instrumenty i kawałek elektroniki (?)... Trudno ten chleb napocząć. Chwilami brzmi i łechta ucho fantastycznie, chwilami jednak gubię się i nie wiem, o co chodzi. Parker kwili na sopranie jak gąska, Guy jest zdecydowanie bardziej wyrazisty, dużo gra smyczkiem, lubi ostro szarpać za struny. Elektronika? Nie w moim guście, to raczej elektroakustyka, jeśli wiecie, co mam na myśli... Fachowcy się pewnie zachwycają, ale ze mnie kiepski fachowiec, potrzebuję mięcha i odrobiny drajwu. Jeśli wiecie, co mam na myśli... Następna płyta, proszę... 

Teksty pierwotnie zamieszczone na portalu Gaz-eta Vivo.pl w latach 2003-04