Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Trzaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Trzaska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


wtorek, 9 sierpnia 2022

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar & Balázs Pándi at Malá Pardubická!


Free jazzowa grupa wyszehradzka? No, prawie! Polak, Czech, Ukrainiec i Węgier zebrali się ubiegłej jesieni na dwa dni w czeskich Pardubicach i zgodnie z tamtejszą tradycją końskich gonitw nieźle sobie pokłusowali!

Muzycy nagrali całe mnóstwo bystrych dźwięków (zapewne więcej niż dwie godziny!), a potem do dzieła przystąpił dzielny wydawca krajowy, który z tego obszernego materiału wykroił (czasami dosłownie!) ponadgodzinny dysk kompaktowy, regularnego, dwunastocalowego winyla, a dla szczególnie potrzebujących także singla siedmiocalowego i pięciocalowego!

Dziś skupimy się na edycji kompaktowej, ale podkreślamy już na wejściu, iż z całą pewnością warto posiadać wszystko, co powstało w trakcie sesji nagraniowej! Powodów jest wiele, nie są one bynajmniej geopolityczne, tudzież antywojenne. Malá Pardubická, to nade wszystko wyśmienite, free jazzowe mięcho, do tego w wielu fragmentach bardziej niż oryginalnie podane.

Pardubickie dokonania kwartetu można śmiało podzielić na pewne podgrupy stylistyczne. Mamy zatem pakiet ognistego free jazzu na saksofon, trąbkę i masywną, tłustą sekcję rytmu, mamy niemniej obfity worek muzyki nieco stonowanej, poszukującej innych emocji, bazującej na brzmieniu temperamentnego klarnetu basowego i rozsądnie dawkowanej elektroniki, nierzadko z ambientowym posmakiem (także popartej fantastyczną robotą kontrabasu i perkusji), wreszcie utwory łączące wspomniane wyżej wątki, wyjątkowo udanie asymilujące akustyczne frazy z delikatnym, elektronicznym tłem. Innymi słowy – dla każdego coś miłego!

 


Pierwsze utwory albumu zdają się łagodnie wprowadzać nas do obiecanego piekła. Soczysty, twardy kontrabas, mglista perkusja, preparująca trąbka i podekscytowany klarnet basowy. Muzyka przypomina chłodny wiatr od północy, który dobrze wentyluje upalne powietrze środka lata. Mała elektronika kreuje strugi post-oniryzmu, a rozśpiewany alt nieśmiało zaprasza do zabawy. Ta ostatnia na dobre zaczyna się w drugiej fazie trzeciej improwizacji. Narracja wydaje się leniwa i ulotna, by w ułamku sekundy stać się gęstą i niezwykle masywną. Z jednej strony subtelności elektroniki i kontrabasowego smyczka, z drugiej siła wyrazu drummingu i gotowych na wszystko dęciaków. Czwarta historia, to urokliwe small talks, znów z klarnetem i wyjątkowo wesołą trąbką. Sekcja rytmu stawia zasieki i dobrze dba o nasze emocje. W kolejnej części masywności działań kontrabasu i perkusji sprzyja ognisty alt, który ciągnie narrację wysokim wzgórzem. Z kolei szósta część przypomina pokraczną balladę, pełną niuansów brzmieniowych i niemal modelowej koegzystencji saksofonu i smyczka.

Począwszy od siódmej historii mamy wrażenie, iż muzycy włączają free jazzowy tryb. Oczywiście znów nie robią tego od razu, trochę się z nami droczą, preparują dźwięki, grają leniwe introdukcje, ale jak już dają sygnał do ataku, z pewnością nie planują brać jeńców. W kolejnej części scenariusz wydaje się podobny. Trochę brudnych fraz i sygnał do dynamicznej akcji wprost z żelaznego gryfu kontrabsu i metalowej glazury werbla. Kwartet płynie free jazzem na alt, trąbkę, zamaszyste pizzicato i huraganowy drumming.

Sytuacja zmienia się dość zasadniczo począwszy od dziesiątego epizodu. Dwie kolejne improwizacje brzmią niczym dwa tejki tej samej narracji. Elektroniczny ambient, basowe drony i flażolety. W obu przypadkach narracja intrygująco zagęszcza ścieg i śle nam efektowne pozdrowienia, a zadania (milczącej) trąbki przyjmuje coraz aktywniejsza elektronika. Druga z bliźniaczych improwizacji ma tzw. ciąg dalszy. Po ułamku sekundy zawahania kwartet rusza w bój niesiony altowym zaśpiewem. Nie bez winy są tu także rozkołysane bębny! Kolejne dwie improwizacje kontynuują wątki dęto-elektroniczne. Trąbka obrasta kurzem, a muzycy raz za razem zaskakują nas fakturą dźwięków, czy też zmianami dramaturgii. Swoje dokłada tu dawno niesłyszany klarnet basowy. W trzynastej improwizacji dużo dysonansu - smyczek i saksofon, ale i masywne uderzenia po gryfie kontrabasu, werblu i tomach.

Przedostatnia improwizacja znów zaczyna się ambientem i basowymi zdobieniami, ale rozwija się inaczej niż jej poprzedniczki. Przede wszystkim wraca trąbka i to jest powrót niemalże tryumfalny! Gada z klarnetem i wiedzie opowieść intrygującymi zakamarkami. Finałowa część nie wycisza naszych emocji, ale wręcz je stymuluje. Kwartet wraca na free jazzowe ścieżki, które zdążyliśmy polubić w środkowej części płyty. Nim jednak nastąpi eksplozja, na starcie znów dostajemy porcję wykwintnych preparacji altu i trąbki. W tle snuje się elektronika, passing perkusji koncentruje się na talerzach, a dół basu łypie okiem, po czym bez zbędnej zwłoki podrywa wszystkich do tanga. Free Jazz Quartet still lives!

 

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar, Balázs Pándi Malá Pardubická Vol. 4 (Gusstaff Records, CD 2022). Mikołaj Trzaska – saksofon altowy, klarnet basowy, Petr Vrba – trąbka, elektronika, Mark Tokar – kontrabas oraz Balázs Pándi – perkusja, instrumenty perkusyjne *). Nagrania zarejestrowano pod adresem Divadlo 29, w czeskich Pardubicach, w dniach 26 i 27 listopada 2021 roku. Płyta CD zawiera 15 improwizacji, które trwają łącznie 66 minut i 8 sekund. Na trzech edycjach winylowych (Vol. 1 - 12”, Vol. 2 - 5” oraz Vol. 3 - 7”) opublikowano kolejnych 14 improwizacji, nie były one jednak przedmiotem niniejszej recenzji.

 

*) opis instrumentalny został poszerzony w stosunku do albumowego credits, gdyż wedle tego, co słyszy recenzent, do generowania dźwięków w trakcie dwóch dni nagraniowych użyto większej liczby akcesoriów muzycznych niż wskazano na okładce płyty.



 

wtorek, 2 marca 2021

Mikołaj Trzaska! Full detailed in the air, as quartet in literature’ flow and finally solo!


Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu polish-jazz i tamże został pierwotnie opublikowany w formie trzech separatywnych recenzji

 

Zapraszamy na spotkanie z Mikołajem Trzaską, muzykiem, który nie wymaga specjalnych rekomendacji, ani introdukcji na jakichkolwiek łamach, które choć trochę interesują się muzyką kreatywną, nawet bez zagłębiania się w niuanse gatunkowe, czy stylistyczne.

Trzy nagrania, które ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, pokazujące, jak wszechstronnym muzykiem jest Trzaska. Zapewne, gdybyśmy do tego zestawu dodali jeszcze muzykę skomponowaną do filmy Kler, obraz współczesnych dokonań artysty byłby kompletny.

Najpierw swobodna improwizacji w zacnym trio, które zdaje się mieć swoje korzenie zarówno we free jazzie, jak i dalece wyzwolonej kameralistyce. Potem dwa dokonania … literackie – potężne tomisko ze słowami Andrzeja Stasiuka oraz artystyczny drobiazg solowy na … ośmiocalowej płycie, ręcznie wycinanej, pracującej na różnych obrotach. W ramach pracy domowej sięgnijcie jeszcze po książkę w realu – wywiad rzekę z Trzaską, która nie mogła się lepiej nazywać – Wrzeszcz!

 


Details in the air (Górczyński/ Trzaska/ Vandermark)  Totaal (Kilogram, CD 2019)

To intrygujące, dęte trio znamy już z bardzo udanej, debiutanckiej płyty Open Containers. Ich druga płyta zdaje się osiągać już totaalnie wysoki poziom. W przeciwieństwie do debiutu bardziej uporządkowana dramaturgicznie, świetnie brzmiąca i pokazująca jeszcze lepiej skomunikowanych wzajemnie muzyków. Dodatkowo mamy wrażenie, iż trio, które swą przygodę osadzało dotychczas bardziej w tradycji free jazzu, teraz coraz chętniej zapuszcza się w rejony swobodnej kameralistyki. Niewątpliwe duża w tym zasługa obytego w tego rodzaju świecie muzycznym Michała Górczyńskiego. Wskażmy najbardziej udane fragmenty totaalnej improwizacji (bez wątpienia w pewnym stopniu predefiniowanej).

Już samo otwarcie płyty daje szansę tezie recenzenta o rosnącym posmaku kameralistyki w improwizacjach Detail In The Air. Łagodnie frazy, klarnety, saksofon i dużo powietrza pomiędzy dźwiękami. Opowieść przypomina spacer po coraz gęstszym lesie. Emocje zdają się rosnąć z każdą sekundą, a masywne klarnety pięknie śpiewają w bardzo wysokich rejestrach. Druga opowieść pełna jest egzystencjalnej trwogi, metafizycznego wręcz smutku – zbudowana z samych klarnetowych fraz, które świetnie się uzupełniają, a sami artyści wciąż potrafią nas czymś zaskakiwać. Równie zmysłowe jest samo zakończenie, które konstruują dronowe ekspozycje wszystkich instrumentów.

Piąta improwizacja tkana jest niemal z samych drobiazgów. Na poły rytmiczne szumy, mikro frazy pijanych dysz saksofonu i masywna baza klarnetu kontrabasowego – świetnie skomunikowana opowieść, po czasie pełna dynamicznych szczegółów. Szósta część kipi free jazzem, to informacja ważna dla tych, którzy na tej płycie szukają nade wszystko ognia. Wreszcie sam totaalny finał, który znów zdaje się startować z samego dna ciszy. Dźwięki, które rodzą się w bólach, tworzące mgławice szeleszczących fonii, szumów i głębokich oddechów, z której po kilku narracyjnych pętlach zaczynają wykluwać się zadziorne i całkiem dynamiczne frazy.

 


Andrzej Stasiuk/ Raphael Rogiński/ Mikołaj Trzaska/ Paweł Szpura  Grochów głosem (Kilogram, 2CD 2020)

Grochów głosem, to nie pierwsze już spotkanie Trzaski z szorstką, męską, w wielu momentach genialną prozą Andrzeja Stasiuka (ze zbioru opowiadań Grochów i jego felietonów prasowych), tym razem jednak obudowaną bardzo poważnym aparatem muzycznym. Stasiuk recytuje leniwym, chwilami niechlujnym, niestroniącym od kantów, ale jakże aktorskim głosem, a trzech zasłuchanych (niezasłuchanych) muzyków buduje … no właśnie, wcale nie tło. Buduje swobodną, luźną, ale całkowicie samodzielną narrację muzyczną. Niemal dwie godziny z Grochowem Głosem jest zatem nie tylko niebywałą przygodą literacką, ale także świetnym, muzycznym albumem. Być może każdy z tych elementów (tekst i muzyka) świetnie radziłby sobie osobno, ale to właśnie połączenie obu strumieni dźwięków powoduje, iż efekt pracy tej czwórki artystów godny jest wielokrotnego z nim obcowania. Aż dziwne, że na upublicznienie tej sesji literacko-muzycznej czekać musieliśmy osiem długich lat.

To, co szczególnie wartościowe na tej płycie, to utwory najdłuższe. Z jednej strony pozwalają fantastycznie wybrzmieć tekstowym potokom świadomości (oczywiście osadzonych w realiach świata, jak tylko to jest możliwie), z drugiej strony stwarzają mnóstwo wolnej przestrzeni dla muzyków, którzy biegli w improwizacji, dają wspaniały upust swoim temperamentom. Z oczywistych względów poniżej skupimy się głównie na muzycznych aspektach nagrania.

W nocy patrzyłem przez okno buduje slajsowa, płynąca szerokim korytem gitara. Saksofon z zabrudzonym brzmieniem pojawia się jako drugi, a swing perkusyjnych szczoteczek jako ostatni. Czarny blues zdaje się rosnąć razem z tekstem Stasiuka. W części środkowej jest czas na prawdziwie free jazzową eksplozję saksofonu, a w części końcowej na przeszywające trzewia frazy klarnetu basowego, żyjące wraz z tekstem, który zdaje się być równie intensywny, jak same dźwięki muzyki. W warstwie literackiej najciekawszy wydaje się być tekst Jaka to męka. Ponad 17-minutowa, chyba kluczowa część Grochowa jest bystrze komentowana przez muzykę. Ta snuje się leniwie, stawia na mikro improwizacje akustycznej gitary i rzewnego, na poły semicko brzmiącego klarnetu.

I jeszcze kilka perełek z tej słowno-muzycznej epopei. Co dzieje się z czasem, który minął, to prawdziwy, drogowy blues. Tyle razy jechałem w stronę tego miasta, to z kolei zmysłowa ekspozycja klarnetu basowego. Zimowy chłód w listopadzie, to lekka, niemal frywolna narracja dźwiękowa, która podpina się pod tekst o obozie koncentracyjnym. Słyszał, ale nie słuchał, to prosta piosenka z akcją równie leniwą, jak wymuszona pamięć o zmarłych. Ziąb na Manhattanie, to kolejna tekstowa petarda, którą zdobi jedynie improwizująca perkusja. Staliśmy w martwym wnętrzu opowiada (nie tylko) o piekarni. Tekstowi towarzyszą drobne, urywane fonie, niczym field recordings skradzione z realnej rzeczywistości. Wreszcie Mamy tutaj domy z drewna – chyba najbardziej przejmujący tekst Stasiuka, zdobiony narracją, która najpierw stawia na gitarowy chill-out, a potem snuje się temperamentnym, post-rockowym strumieniem, który narasta wraz z dramaturgią słowa.

 


Mikołaj Trzaska  Nie Promised Land (Don't Sit On My Vinyl!, 8”EP 2020)

Trzecie dziś spotkanie z Mikołajem, to absolutnie bezpretensjonalna, zwiewna, uroczo skonstruowana, solowa ekspozycja na … kilka instrumentów dętych, małe perkusjonalia i mgławice ambientowej elektroniki, która snuje się w tle i maci spokój narratora. Tak, narratora, albowiem Trzaska w dwóch utworach recytuje swoje proste, ale bardzo zgrabne, delikatnie metafizyczne teksty o … przyrodzie i próbach jej zrozumienia, czasami nie do końca skutecznych.

Pierwsza opowieść, to dwa dęte wątki, skromny drumming i huczące knieje ambientu, siejącego niepokój i czerstwe emocje. W drugiej i trzeciej opowieści pojawia się tekst, który płynie wraz z muzyką, czasami wbrew muzyce. One man orchestra, która ma dużo do powiedzenia, dużo do zagrania, ale nie czuje wobec siebie i otoczenia jakiejkolwiek presji. Intrygujące słowa tej jakże specyficznej etno-psychotyki jednocześnie bawią, inspirują i nade wszystko pytają o ciąg dalszy, którego nie ma i nie będzie. Gdy tekst milknie, powstaje dodatkowa przestrzeń, która zdaje się wzbudzać więcej emocji w tubach dętych przedmiotów codziennego użytku muzyka. Na koniec pojawia się także kilka akcentów elektroakustycznych, kolejny zalążek, tego, co mogłoby się na tej płycie dokonać, ale na razie, w ciągu tych dziesięciu minut z okładem, jeszcze się nie dokonało. Będziemy wyjątkowo cierpliwie czekać na tak zwany dalszy ciąg.


 

wtorek, 3 września 2019

New Wave Of Impromptu! 3.Spontaneous Music Festival 2019! Kick Off at October 3rd!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon i Pawilon.





Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.

Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem.  W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor.  Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.

W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła.

Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.

Szczegółowy program Festiwalu

3.10, czwartek
Dragon Social Club
19.00 – Otwarcie festiwalu, Intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)

4.10, piątek
Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
Pawilon
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, Urodziny Dirka

5.10, sobota
Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)

6.10, niedziela
Miejsce TBA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/ Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)

Organizatorzy:
Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club
Współorganizator: LAS, Partner: Pawilon
Patronat:
Dwójka - Program 2 Polskiego Radia / PopUpMusic.pl / Jazzarium.pl / Zoharum - new experimental art / Maciej Lewenstein


Oficjalna strona Festiwalu:




środa, 10 kwietnia 2019

Details In The Air! Open Containers!


Recenzja powstała dla polish-jazz.blogspot.pl i tamże opublikowana parę tygodni temu


Klarnetowo-saksofonowe spotkanie niemal na szczycie. Dwóch poważnych gentlemanów, Vandermark i Trzaska, free jazzowe ikony średniego pokolenia i młodszy, ale równie bezczelny artystycznie, w tym gronie być może jeszcze aspirant - Górczyński.

Nagranie tria, w trakcie którego przez palce i usta muzyków przewijają się cztery rodzaje klarnetów i trzy saksofonów. Moc wrażeń, kilka karkołomnych zwrotów akcji i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Sprawdźmy tę historię opowiedzianą w dziesięciu częściach, zweryfikujmy także, co sprawia, że formacja Details In The Air nie jest tylko młodszą siostrą Reed Trio, ani tym bardziej tria Sonore.




Start wyznacza rzewna opowieść klarnetów i saksofonu, od pierwszej chwili wszakże intensywna, w pełni kolektywna, artystycznie demokratyczna. Muzycy brną w improwizację bardzo swobodnie, bez umownego podziału na solistę i akompaniatorów. Narracja w każdej niemal opowieści jest poddawana nieustannym zmianom, jakby muzycy w każdej sytuacji szukali jeszcze ciekawszego rozwiązania dramaturgicznego. Bagaż doświadczeń, ciężar odpowiedzialności za dźwięk i ulotność chwili – to płaszczyzny odniesienia dla wyczynów każdego z instrumentalistów.

Druga historia toczy się w klimatach delikatnie kameralistycznych. Skupienie, dbałość o szczegóły (Details!), brak free jazzowej brawury – to atrybuty nie tylko tego fragmentu Open Countainers. W tym tyglu improwizacyjnych kompetencji, w wielu momentach odnieść można wrażenie, że narrację ciągnie i kreatywnie kształtuje Górczyński. Być może jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki sprawiają, iż wnosi on do tria powiew czegoś w oczywisty sposób niejazzowego. Ogromny nadto szacunek budzi fakt, w jaki sposób muzyk ten panuje nad niełatwą sztuką kształtowania klarnetowych fraz.

W wielu momentach muzycy zdają się stać przy delikatnie skwierczącym amplifikatorze. Dodaje to nagraniu pikanterii, która recenzentowi kojarzyć się może nawet z For Alto Anthony’ego Braxtona. Z drugiej zaś strony, w momentach bardziej lirycznych ekspozycji małych klarnetów, lekko tępi efekt całości. W trzecim utworze trio serwuje nam małe, jakże surowe dźwięki, suche pasaże z wąskich gardeł saksofonów i grzmoty z samego dna klarnetu basowego. Szelest dysz i świst ustników, oto jak ptasia rozmowa nabiera free jazzowych rumieńców. W kolejnym odcinku, ponownie po wyjściu ze strefy ciszy, każdy z muzyków buduje samodzielny dron, który snuje się po podłodze niczym tłusty wąż w oczekiwaniu na bezbronną ofiarę.

Opowieści na płycie toczą się wartko, w niektórych z nich czuć rękę sprawnego cenzora, która czuwa nad tym, by ta akurat opowieść nie była przegadana, nie miała niepotrzebnych dłużyzn. To zdecydowanie sprzyja rosnącej ocenie całości nagrania. Nic bowiem tak nie niszczy nagrania, jak brak krytycznej oceny własnych dokonań. W ciele improwizacji jest to zaś szczególnie trudne. Tu, na tej płycie, muzycy radzą sobie z tym problemem doskonale.

W siódmej części jeden z klarnetów rwie się do wysokiego lotu. Szumy i pomruki, tańce na dyszach i szczypta przekomarzań. W kolejnej, jeden klarnet śpiewa, drugi prycha, a saksofon separatywnie łka. Potem instrumenty zwracają się ku sobie, stroszą pióra i wchodzą w zmysłowe interakcje. Dziewiąty odcinek ocieka smutkiem, niczym chór niewinnie potępionych, który błaga o niski wymiar kary. Rodzaj semickiego wiatru od nieistniejącego morza, a po chwili niemal free jazzowa eksplozja. Być może najpiękniejszy moment tej płyty. W trakcie pieśni zamknięcia baryton tyczy szlak, klarnet tańczy wokół niego, coś zdaje się dudnić w tle. Finał pełen jest niepokoju, nerwowych ruchów i zgrzytania zębami. Wielogłos wielu instrumentów, jakby muzycy postanowili grać na nich wszystkich jednocześnie. Na ostatniej prostej muzycy łykają ciszę, zatapiają się w milczeniu, w skupieniu, wszak każdy klarnet smakuje semickim bólem.


Michał Górczyński – clarinet Bb, bass clarinet, contrabass clarinet; Mikołaj Trzaska – alto, bariton saxophones & bass clarinet; Ken Vandermark – clarinet Bb & tenor saxophone 

All compositions by Górczyński/Trzaska/Vandermark
Recording by Jan Galbas in Highwave Studio / Gdynia, 26 February 2018

CD Kilogram Records 2018


piątek, 6 lipca 2018

Riverloam Trio! Live at Alchemia!


Jeśli pamięć recenzenta nie szwankuje, Live at Alchemia to trzecia edycja fonograficzna polsko-angielskiego tria Riverloam. Tworzą je - Mikołaj Trzaska (saksofon altowy, klarnet basowy), Olie Brice (kontrabas) i Mark Sanders (perkusja). Dwa poprzednie spotkania tych muzyków, uwiecznione na płytach, miały miejsce na początku tej dekady (2011, 2012), każdorazowo na terytorium Zjednoczonego Królestwa. To najnowsze, zgodnie z tytułem, odbyło się w krakowskiej Alchemii, latem ubiegłego roku. Przynosi sześć improwizowanych opowieści z tytułami, a trwa blisko 66 minut. Wydawcą jest Kilogram Records.




Od samego startu dociera do nas typowy dla Mikołaja Trzaski, altowy zaśpiew, pełny wewnętrznej taneczności i dobrze rozumianej, dramaturgicznej frywolności. Para Brice & Sanders, także bez niespodzianki – czujna, dokładna, adekwatna gra bez zbędnych dźwięków, zwłaszcza ze strony perkusisty. Kontrabas Brice’a ma tembr skalnego niedźwiedzia. Narracja szyta jest zwartym, gęstym ściegiem. Dla wytrawnego słuchacza free jazzu – bez jakichkolwiek zaskoczeń, prawdziwy ocean szczęścia. Między 7 a 10 minutą za prawdziwy wytrysk endorfin u recenzenta odpowiedzialny jest Brice. Dzielnie towarzyszy mu Sanders. Na galopujący finał pięknie powraca Trzaska.

Drugą opowieść muzycy toczą niezwykle delikatnie, zmysłowo i w niedalekiej odległości od szumiącej ciszy, która sączy się z samego dna tuby saksofonu. Narracja Trzaski jest lekka jak pawie pióro, asysta Brytyjczyków filigranowa. Piękny smyk na gryfie, mały drumming, czyniony w taki sposób, by nie spłoszyć ducha kreacji. Rzewnie, melodycznie, medytacyjnie. W okolicach 7 minuty znów kontrabasista zdaje się kraść show partnerom. Czyni cuda pół barokowym tembrem. To trio i w ogniu, i w ciszy radzi sobie doskonale. Trzaska nuci semicką pieśń pod nosem, całuje ustnik, oddycha bezgłośnie (klarnet!). Wybrzmiewanie całej trójki znów gotuje długopis w ręce recenzenta.

Po sekundzie ciszy na dysku, jakby ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Jeszcze bliżej ciszy, kamienne tablice pełnej tajemniczych napisów oddychają swą semickością. Pieśń niemal mikrotonalna. Brice i Sanders znów stąpają na palcach, delikatnie krok za krokiem, stawiają kolejne stemple doskonałości. Trzaska wraca w okolicach 6 minuty, ma w ustach saksofon altowy i zaprasza wszystkich do tańca. Bierze narrację pod pachę i rusza w tango. Partnerzy jakby tylko na to czekali. Finałowa eskalacja kąsa urodą i poziomem determinacji każdego z muzyków.

Czwartą historię otwiera intro Trzaski. Chropowate, ale pełne wewnętrznej melodyjności. Klasyk gatunku, ze śpiewem na obrzeżach ustnika. Głos kontrabasu i perkusji, tym razem bardziej dosadny, ale znów perfekcyjnie adekwatny do zastanej sytuacji scenicznej. Narracja kroczy dostojnym krokiem, zdobi ją skromne solo Brice’a i talerzowa ekspozycja Sandersa. Mocny drive w oczekiwaniu na powrót altu. Nowy wątek w tej opowieści pełny jest zadumy, nostalgii, tanecznej zwiewności.

Przedostatni fragment koncertu otwierają wszyscy muzycy. Skaczący alt, gorący smyk, dosadnie na werblach i tomach. Brice i Sanders biegną na wysoką górę i doznają eksplozji. Trzaska świetnie komentuje, czai się z boku i ma tysiące uśmiechów na ustach. Po 4 minucie jakby przejmował stery tej narracji. Znów śpiewa, z radością goni ptaki po bezkresnym polu. Ekspozycja smakuje dobrą sonorystyką. Kanty, urywane frazy, zmiana goni zmianę. Tuż potem Sanders ma kilka chwil tylko dla siebie. Ogień! Powrót partnerów wyznacza szlak finałowego galopu.

Tę wyśmienitą płytę kończy 6 minutowa koda, która sumuje wszystkie atuty koncertu. Kolorowe szumy w tubie altu, precyzja i dosadność kontrabasu i zrośniętej z nim pępowiną perkusji. Moc kreacji i siła ekspresji nie opuszczają muzyków także na ostatniej prostej.


Recenzja napisana dla polish-jazz.blogspot.com i tamże pierwotnie opublikowana.


wtorek, 13 lutego 2018

Mikołaj Trzaska! Garść nowości na przełom roku!


Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi (na Jazz Forum, i tak nie wygra), zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Ubiegły rok przyniósł kilka takich wydawnictw. Jest już nawet jedno, datowane na rok 2018! Zatem, bez dzielenia włosa na czworo - do rzeczy!




Mikołaj Trzaska & Vasco Trilla ‎ Catapulta De Pols D'estrelles (Fundacja Słuchaj!)

W kwietniu 2016 roku Trzaska bawił w Barcelonie. Grał, poznawał nowe smaki, rejestrował ciekawe koncerty. W klubie Jamboree zwarł szyki z ulubieńcem redakcji, wyjątkowym drum perkusjonalistą Vasco Trillą. Koncert dociera do nas po mniej więcej półtora rocznym okresie oczekiwania i pod tytułem Gwiezdny Pył Katapulty (w wiernym tłumaczeniu z katalońskiego) dostępny jest od grudnia ubiegłego roku. Selekcji muzyki dokonał Katalończyk, nożyce cenzorskie i gałki mikserskie miał w dłoniach Polak. Efektem prawie godzina zegarowa muzyki, podzielona na siedem odcinków z tytułami.

Jeden. Rodzaj wstępnej przymiarki, delikatny saksofon altowy na granicy sonore, talerze drummerskie w ruchu, zwinne obcierki. Z otchłani tuby instrumentu dętego szybko wyłania się element melodyczny i zręby struktury rytmicznej. Muzycy jakby trochę się poganiali, nie stroniąc od konwencji call & response. Vasco uruchamia dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, śruby, przedmioty codziennego nieużytku. Już w 5 minucie armia jego robaczków i wibratorów zostaje wprawiona w ruch. Drum-Orchestra w natarciu! Trzaska milknie, by po wybrzmieniu, podać z poziomu ciszy piękną, delikatnie semicką kołysankę na klarnecie. Jakże wyśmienity kontrapunkt! Tuż potem muzycy wchodzą w dialog i rozprawiają przez dłuższą chwilę o urokach fauny i flory. Sam Vasco do 11 minuty w ogóle nie stosuje tradycyjnego drummingu. Drugi. Alt plecie historię w obłokach perkusjonalnego kurzu. The Rest is rust! Doprawdy trudno o lepszy tytuł. Wejście bębnów, w miejsce meta percussions, robi różnicę i przestawia całą improwizację na nerwowy, jazzowy tor. Efektem prawdziwie eksplozywne free z błyskotliwymi pasażami saksofonu.  Brawo! Wybrzmiewanie z melodią na ustach, a może na ustniku. Trzeci. I znów mikromelodia Trzaski skrzy się w rezonansie Trilli. Ten drugi też jakby łapał nutki w bezmiarze talerzowej sonorystyki. Czwarty. Dynamiczne free z łomoczącym drummingiem. Oj, dobrze się ci Panowie czują w swoim towarzystwie! Krew z krwi, pot z czoła na czoło. Saksofon tańczy, bębny łapią konwulsję. Proces hamowania, tuż potem, to z kolei świetna okazja na dialog i szczyptę sonore na styku z ciągle aktywnym rytmem. A na finał dobra, acz krótka galopada. Piąty. Ciche pomruki w tubie, rezonujące przedmioty płaskie, partia szachów. Alt opowiada nową historię, perkusjonalia nucą pod nosem. Potem potok wartkiego strumienia przelewa się przez scenę i moczy nogi publiczności. Orkiestra wibratorów, to naturalna kolej rzeczy. Zgodnie z regułą tego koncertu, Trzaska milczy przez moment, a potem zagaja smutną melodię. W jego zaśpiewie powraca Ayler i daje błogosławieństwo. Na zakończenie odcinka, drapieżny free jazz z dużym wykopem! Ostatnie słowo należy do solowego Vasco. Szósty. Ciąg dalszy solowego rezonansu Katalończyka. Lśni wysokim rejestrem świetnie wypolerowanego talerza. Chrobot robaczków, tuż obok. Mikołaj włącza się spokojnym, ale zabrudzonym tembrem swojego altu. Bębny splatają się z tą rurą i w silnym uścisku narracyjnym idą w dobry galop. Dwa zwinne kocury na polowaniu! Siódmy. Nadal na ostro, pieprznie, free jazzowo, soczyście. Gęsto, z przytupem przez cztery minuty z sekundami. Publika nie szczędzi oklasków.





Jellyspace  Jellyspace (Not Two Records) *)

Trzydziesty marca 2017r., krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu! Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jorgensen na perkusji i perkusjonaliach, a na gitarze basowej (tu, akustycznej gitarze basowej) w miejsce Petera Friisa Nielsena – Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet w miejsce zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym choćby dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych. Panowie na potrzeby tej trzyosobowej przygody przyjmują nazwę Jellyspace, co jest także tytułem płyty.

Od pierwszego gwizdka, ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromy bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta, jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu! W grze Rafała także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to epitet, który konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy. Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow!  Free jazz w konwulsyjnym rozkwicie!  W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one!). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji. W czwartym, melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejny orgazm. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza! Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby go/ ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej. Piąty numer, to właśnie ona zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik! What a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my!). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy! Koncert tylko w ramach vinyl time, bez jednego zbędnego dźwięku! Brawo!




Trzaska/ Glawischnig/ Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer ‎ Trzaska / Glawischnig / Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer (Klopotec) ‎*)

„Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland”! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu i tej najbardziej znanej, świetnej skąd inąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik.

Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.

Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu. Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Mikołaj Trzaska, Dieter Glawischnig, Ewald Oberleitner i Reinhard Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści, from time to time, wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.  Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości. Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił! Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji, rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie! Whaw! Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.




Mikołaj Trzaska & Seymour Wright ‎ 12.9.16 (Otoroku)

Na finał dzisiejszej trzaskowej opowieści, anonsowana na wstępie, styczniowa nowość fonograficzna. ‎Seria koncertowych rejestracji z londyńskiego klubu Cafe Oto ukazuje się zarówno na CD, jak i winylach. Część rejestracji jest zaś dostępna jedynie w plikach. Tak rzecz się ma z koncertem, o którym teraz wspominamy.

Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, muzyk od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo, iż jest jednym trakiem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły. W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brotzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce wolnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.




*) recenzja powstała na zlecenie polish-jazz.blogspot.com i tam została pierwotnie opublikowana. 

piątek, 13 stycznia 2017

Parker! Trzaska! Edwards! Sanders! – kwartet multijubileuszowy


Trzeci sierpnia 2014 roku. Londyn, Cafe Oto. Cykl koncertów w ramach nieustającej celebracji 70 urodzin Evana Parkera. Na małej klubowej scenie, obok jubilata (saksofon tenorowy), Mikołaj Trzaska (saksofon altowy, klarnet basowy), John Edwards (kontrabas) i Mark Sanders (perkusja). Gramy dwa sety, publika dopisała. Możemy startować!

Hunting Moon. Ruszamy równo, zwartym szeregiem, spójnym czterogłosem. Kontrabas dominuje akustycznie, w czym pomaga mu subdoskonała jakość nagłośnienia (mimo, iż to Cafe Oto - my tu przecież prawie mieszkamy i … zawsze było dobrze słychać). Muzykom to wcale nie przeszkadza i robią swoje. Dęciaki plotą indywidualne opowieści (Mikołaj po lewej, Evan po prawej). Pierwszy na samodzielną wycieczkę decyduje się ten starszy. Od pierwszego dźwięku saksofoniści świetnie się rozumieją, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Sekcja tłoczy rytmiczny background i trzyma w ryzach dramaturgicznych pyskówki tych pierwszych. Indywidualna odpowiedź Trzaski na alcie robi na pozostałych spore wrażenie. Tuz po nim, kontrabas - przy delikatnym wtórze perkusji - snuje swoją pierwszą wielką opowieść tego wieczoru. On niewątpliwie ma tu poważne zamiary! Dęciaki wracają równie szybko, jak przedtem zamilkły i wzajemnie oplatają się dźwiękami, tulą do siebie, jak dwa niedopieszczone kocury. Mikołaj serwuje krótkie solo, bardzo czołobitne. Edwards atakuje dobrze naoliwionym smykiem. Torpeda! Turbotorpeda! (… szkoda, że dźwięk nie jest odrobinę czystszy). Kwartet ponownie toczy przestrzeń akustyczną klubu zwartym, kolektywnym czterogłosem – intensywnie, masywnie, pełnokrwiście, bez chwili zawahania… Sekcja pędzi w tej improwizacji na złamanie karku, ale Evan trzyma tempo, niczym swarny nastolatek, a Mikołaj jeszcze ją podkręca. Ledwie zasugerowane wytłumienie emocji po 30 minucie, na dwa sonoryzujące saksofony, staje w szranki pojedynku o najpiękniejszy fragment tego koncertu. W odpowiedzi - konwulsyjne dyskusje wewnątrz sekcji rytmicznej (what a game!). Finał tego seta, osiągnięty w okolicach 43 minuty, nie może nas nie zdewastować estetycznie i emocjonalnie. Szczęśliwie, ten zestaw ma drugi dysk….




In Case Of Fire. Zaczyna Edwards, bo i któż inny z tego grona, mógłby to zrobić dobitniej (a bar działa…). W temat pożarniczy zagłębiamy się stosunkowo spokojnie. Mikołaj chwyta na krótko za klarnet basowy i rysuje tor dla nowej improwizacji, niczym piękny lekkoduch, w oczekiwaniu na odzew chóru wielbicielek. Evan rzeźbi swoje nutki i nie liże ran. John, co rusz, ekstatycznie odpala fajerwerki, jest dziś niebywale pobudzony. Mark zdecydowanie zachowuje zimną krew. W dłoniach Polaka ponownie ląduje alt i rwie go do solowego lotu, tuż pod sufitem lekko już przegrzanego klubu. Sekcja niesie go na rękach, niczym Janka Wiśniewskiego, choć zdecydowanie żywego! Przed nami czteroosobowa eskalacja! Kwartet szczytuje, jak jurna czterdziestolatka z kilkoma parterami w tej samej czasoprzestrzeni. Edwards skutecznie dba o finał tej ekspozycji. Master Of Puppets! Master Of Reality! Mentalny heavy metal jest dziś jego udziałem. Znaczy teren i wskazuje kierunek kolejnej ucieczki w nadprodukcję emocji. Wytrawnie organizuje zwartą eksplozję. Tłumienie emocji, tuż po niej, ma smak truskawkowy. Sanders nie chce być mniej kompulsywny w tym zestawie personalnym, ale medale są już tu chyba rozdane. To Evan ma tu siedemdziesiąt świeczek do ugaszenia i to jest jego wieczór. Wierci dziurę w podłodze tymi swoimi esami-floresami, kreśli mistrzowski logotyp. Ale Edwards… Amphetamine Reptile! Feniks z popiołów! He rules! W tych gęstych okolicznościach przyrody, Trzaska nie traci wigoru. Zakleszcza się w genialnej sekcji i łomoce jak chrabąszcz. Parker, znów from time to time, stawia nad całym kwartetem stempel naddoskonałości. Ale to demokracja jest tu królem, królową i całym dworem. Kolejna eskalacja ma nieco wolniejszą narrację i pomarańczowy smak. Ściany same już się pocą. Blada krew kapie ze zbyt ukrwionego sufitu. Entuzjazm sali po wybrzmieniu instrumentów zdaje się oczywisty.

Eternity for A Little While. Muzycy wracają na scenę, ale być może w ogóle jej nie opuścili w ferworze oklasków. Bis na dwa saksofony wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Sekcja dołącza po chwili (Edwards ze smykiem). Jubilat chce mieć ostatnie słowo, o co w tym gronie nie jest łatwo (Mikołaj ma równie niecne zamiary). Ekstatyczny finał jest już zwykłą powinnością tych wyjątkowych muzyków. This is the end! Wieczność będzie im dana na więcej niż krótką chwilę.



Evan Parker/ Mikołaj Trzaska/ John Edwards/ Mark Sanders  City Fall. Live At Café Oto (Fundacja Słuchaj! 2016).

poniedziałek, 19 września 2016

MÓZG-ownica pracuje! Impresje z uroczej delegacji


Trybuna nie po raz pierwszy w tym roku wyruszyła w muzyczną delegację. Tym razem pretekstem był 12 Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej i Sztuki Wizualnej Mózg, z ekscytującym podtytułem Make Art, Not War!

A zatem Bydgoszcz, zatem Brda i szczególne miejsce na krajowej mapie muzyki improwizowanej - Klub Mózg.

Wasz recenzent dotarł tam w sobotę, na ostatni dzień tej frapującej imprezy. We czwartek i w piątek na scenie Miejskiego Centrum Kultury i Klubu Mózg wystąpili m.in. LAM (Wacław Zimpel/ Hubert Zempler/ Krzysztof Dys), trio Piotr Mełech/ Jacek Mazurkiewicz/ Vasco Trilla (pozdrowienia dla Barcelony!!!!), Kevin Drumm i Kwintet Wojtka Mazolewskiego. Bez cienia wątpliwości było gorąco, podniecająco i niezwykle kreatywnie. Nie zabrakło też imprez wizyjnych, w tym filmów estetycznie antywojennych.


Dodaj napis


Na sobotę Sławek Janicki, Szef przedsięwzięcia, zaplanował pięć koncertów. Za skromne piętnaście złotych można było wejść w posiadanie kolorowej opaski na rękę, która skutecznie umożliwiała buszowanie po obiekcie i delektowanie się muzyką.

Na początek duet Backspace. Zbyszek Chojnacki z akordeonem i Łukasz Czekała ze skrzypcami elektrycznymi. Obaj muzycy opętali się kilometrami kabli i podłączeni do swoich ekskluzywnych laptopów, zaproponowali konstruktywny taniec pozbawiony rytmu. W płaskich brzuszkach tych sumiennych elektronicznych zabawek działo się naprawdę wiele i do uszu słuchaczy (podówczas jeszcze dość nielicznych) docierały plamy nieakustycznych dźwięków, które zwierały się ze sobą, krzyżowały i wchodziły w delikatne interakcje. Całość Backspace’owej koncepcji broniła się dla mnie mniej więcej przez 20-25 minut. Potem zwyczajnie zacząłem się nudzić, nie mogąc wyjść ze zdumienia, iż kilka całkiem udanych okazji na zakończenie koncertu nie zostało przez muzyków wykorzystanych. Co innego Wasz recenzent… Po upływie godziny lekcyjnej spokojnie umknął do dobrze skomunikowanego z salą koncertową baru klubowego.




Bardzo sprawnie, posiłkując się ulotną i kompetentną konferansjerką Sławka Janickiego, dobrnęliśmy do drugiej pozycji koncertowej. Na scenie Biliana Voutchkova, urocza i bardzo – jak się miało za chwilę okazać – kompetentna skrzypaczka. Berlińska rezydentka, pochodząca z Bułgarii, operuje artystycznie na wielu polach, tak muzyki współczesnej, jak i improwizowanej. Jak pokazał koncert, obie te sfery pięknie się w muzyce Biliany przenikają. Nie ukrywam, że ten koncert mnie bardzo indywidualnie zachwycił. Surowa, chwilami drapieżna improwizacja, piękne, lekko szorstkie brzmienie instrumentu, szczypta minimalistyki (w imponującym fragmencie finałowym chociażby), temperament i ten rodzaj artystycznej bezczelności, która nie pozostawiała nikogo po drugiej stronie sceny w pozycji obojętnej na wyczyny skrzypaczki. Zwarty, konsekwentny set o idealnych parametrach czasowych (tak w pozycji do pierwszego koncertu dnia). What a game!



Bar-toaleta, toaleta-bar i niechybnie czas na trzecią pozycję programu. Mikołaj Trzaska solo! Być może w tym właśnie momencie nie mogło nas spotkać nic lepszego. Publiczność dotarła, wszystkie krzesełka zajęte (sam usiadłem pod sceną na czterech literach), a na scenie nowonarodzony 50-latek. Historia tego miejsca, historia polskiej muzyki improwizowanej. Historia, dodajmy wciąż świeża, ekscytująca i nowoczesna. Czytelnicy Trybuny znają zapewne mój poziom atencji dla muzyki i osoby Mikołaja, zatem nikogo nie zdziwi stwierdzenie, iż był to doprawdy piękny koncert. Konsekwentna, poparta dużym arsenałem saksofonowych środków wyrazu, opowieść człowieka, który dobrze się czuje w swojej roli. Dynamiczna, acz nieśpieszna, surowa i złociście bogata. W Mikołaju drzemie tak ogromna artystyczna szczerość i uczciwość, że nie da się temperatury takiego koncertu zignorować. I nikt zapewne tego nie uczynił.

No i punkt główny całej zabawy, przynajmniej dla mnie powód prymalny, by dotargać się w ten wrześniowy wieczór do Mózgu. Evan Parker w towarzystwie elektronika Matta Wrighta, przy ekskluzywnym wsparciu kontrabasisty Petera Jacquemyna. Co za trio!

Wybitny angielski saksofonista ma w dorobku duet płytowy zarówno ze swym o ponad trzydzieści lat młodszym laptopowcem (onegdaj krążek Trance Map), jak i belgijskim kontrabasistą, muzykiem średniego pokolenia (całkiem niedawno, recenzowany entuzjastycznie Marsyas Suite). Na scenie Mózgu nastąpiło twórcze zderzenie tych dwóch duetów. Duży background elektroniki sprawił, że Parker operował przede wszystkim na saksofonie sopranowym (jak zwykł mawiać, w zderzeniu z kablami woli korzystać z tego instrumentu, a rzadziej sięga wtedy po saksofon tenorowy). Usadowiony na krześle, skupiony nad instrumentem snuł swoją niebywałą opowieść. Elektronika umieszczona po środku sceny, sprytna i nienachalna, stała się pasjonującym tłem dla popisów saksofonisty, a także kontrabasisty. Peter Jacquemyn, którego miałem okazję porównać kiedyś do swego imiennika Kowalda, tkał swój gobelin dźwięków, jak to ma zwyczaju, drastycznie, dynamicznie, pokrętnie i ewidentnie pięknie, często gnąc smyczek i wieszając się oburącz na gryfie swego wielkiego instrumentu.

Doskonały koncert i wyśmienity pomysł w mojej głowie, by takie trio popełniło kiedyś materiał płytowy. Koniecznie! Nie wszystkie muzyczne przygody Evana Parkera, w towarzystwie współczesnej elektroniki, frapują mnie i każą prosić o więcej, wszakże tę sobotnią, mózgową, kupuję w ciemno. Duża w tym zasługa doskonałego, belgijskiego specjalisty od niskich częstotliwości. Czapki z głów!

Na finał set dj-ski w wykonaniu Jacka Sienkiewicza, który zapewne ukoił wszystkich do snu, po ciężkim i wyczerpującym dniu wspaniałej muzyki. Ja sam, ukoiłem się już wcześniej, tuż po koncercie Parkera kierując swe członki na zasłużony, hotelowy odpoczynek.

Fantastyczna impreza, piękna muzyka!





*****

Tak zupełnie przy okazji, polecam zajrzeć na program warszawskiej edycji Klubu Mózg. Na długą i złotą jesień zaplanowano m.in. fascynujący cykl koncertów w formule solo + solo + duet, pod nazwą własną Super Sam +1. Na liście zaproszonych muzyków m.in. Evan Parker, Barry Guy, Sylvie Courvoisier, Kazuhisa Uchihashi czy Toshinori Kondo! Są oni konfrontowani z krajowymi muzykami improwizującymi. Po szczegóły odsyłam na stronę klubu mozg.pl.


Ps. Delegację ubarwiają – jak zwykle - moje kolejne nieudane zdjęcia z telefonu.