Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lara Süß. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lara Süß. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2024

Jacek Chmiel in three bodies: The Schumann Resonance! Uncool! Grüm!


Wraz z Jackiem Chmielem, polskim multiinstrumentalistą silnie związanym z eksperymentalną sceną szwajcarską, zapraszamy na trzy niebanalne spotkania ze swobodnie improwizowaną elektroakustyką.

Na dobry początek trio, które stawia na dźwięki akustyczne, ale subtelnie dawkowana elektronika Chmiela sprawia, iż nagranie nabiera walorów, które pozwalają zaliczyć je do kategorii estetycznej wskazanej w poprzednim akapicie. W drugiej kolejności czeka duet, który nie stroni od instrumentarium akustycznego, ale nieco większą wagę przykłada do brzmień elektronicznych i bodaj największą do frapujących dźwięków field recordings. Na koniec tego drobnego festiwalu najnowszych dokonań Chmiela sięgniemy po kwartet Grüm, który do akcji fonicznych charakterystycznych dla dwóch pierwszych albumów dokłada się jeszcze eksperymenty wokalne.



 

Bertheau/ Chmiel/ Monchocé The Schumann Resonance (Antenna Non Grata, CD 2023)

Miejsce i czas akcji nieznane: Romain Bertheau – organy, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé – flety, saksofon altowy. Dwie improwizacje, 45 minut.

Trójka artystów z różnych stron świata zaczyna swój nieco rytualny spektakl od pokaźnej dawki szumów. Na tym tle swe życie rozpoczynają akustyczne frazy fletu i dzwonów. Wszystko zdaje się wpadać w dalece rozdygotany rezonans. Pojawiają się basowe pulsacje o zdecydowanie syntetycznej proweniencji. Z czasem narracja formuje się w dron, niesiony tu nade wszystko wysokim, stojącym skowytem organów, tudzież nerwowym, post-ambientowym tłem. W owej magmie nieco rozmytej elektroakustyki pojawiają się strzępy samplowanych głosów. Improwizacja ma swój dramaturgiczny szczyt (na granicy hałasu), po czym efektownie przygasa, głównie przy frazach tybetańskich dzwonów.

Druga improwizacja zdaje się lepić z jeszcze bardziej tajemniczych fonii – saksofonowych preparacji, drżących strun cytry, echa dzwonów, tudzież kolejnej porcji organowego dronu. Narracja ponownie lepi się w mroczny, okazjonalnie dość masywny strumień dźwiękowy, który zdobią akustyczne wtręty z nie do końca rozpoznanych źródeł. Między dziesiątą a piętnastą minutą improwizacja, wspierana basową bazą syntetyki, wspina się na efektowne wzniesienie, po czym przygasa i zaczyna lewitować. Końcowe minuty, to rodzaj post-akustycznej medytacji, z basowym backgroundem, który czai się za rogiem.



 

Jacek Chmiel & Thomas Rohrer Uncool (Scatter Archive, DL 2023)

Uncool, Poschiavo, Szwajcaria: Jacek Chmiel – elektronika, cytra, śpiewające dzwony, obiekty, field recordings oraz Thomas Rohrer – rabeca, obiekty, field recordings. Cztery improwizacje, 41 minut.

Album składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i trzyminutowej kody. Narracja zdaje się tu być równie gęsta, jak ulotna, bywa subtelna w brzmieniu, nie stroni jednak od bardziej dosadnych incydentów elektroakustycznych. Dźwięki bardzo urozmaiconego otoczenia udanie koegzystują z frazami żywych instrumentów i tajemniczych obiektów, tudzież nieinwazyjnymi, syntetycznymi zdobieniami. 

Pierwsza część przynosi dużo zdarzeń – do naszych uszu dociera szum morza, akcenty perkusjonalne, damsko-męskie głosy, elektroniczne plamy i smoliste smugi. Także urokliwe frazy strunowe i bijące dzwony kościelne. Druga odsłona najpierw zdaje się skupiać wyłącznie na dźwiękach akustycznych, by w dalszej fazie improwizacji osiągnąć niemal post-industrialną intensywność. Wszystko zdaje się teraz drgać, szeleścić i unosić się w powietrzu lub dla kontrastu żłobić dziurę w ubitej ziemi. Przez moment słyszymy nawet frazy przypominajcie inside piano. Z kolei część trzecia albumu wydaje się nieść ze sobą pewną wewnętrzną melodykę. Dużo w niej dźwięków otoczenia w ciekawym towarzystwie rozśpiewanych obiektów. Także odrobina zabawy z ciszą i elektronika, która sieje dramaturgiczny niepokój. Finałowa koda klei się z drobnych epizodów dźwiękowych - ptaków w locie wnoszącym, rozkołysanych dzwonów i piosenkowych sampli. W tle mości się szeleszczący ambient. Ulotne, wystudzone zakończenie jakże udanej podróży w post-akustyczne nieznane.



 

Grüm Un Altro Tring Trang (Synergetic Sonance, DL 2023)

Miralago, Szwajcaria, maj 2023: Jacek Chmiel - elektronika, cytra, śpiewające dzwony, Lara Süss – głos, sampler, Thomas Rohrer - rabeca, saksofon, obiekty oraz Christian Moser - çümbüş, elektronika. Dwa koncerty, łącznie 95 minut.

Ostatni z dziś omawianych albumów, to elektroakustyka zgrabnie uformowana w niekończące się, ziejące złem drony. Akcesoria i przedmioty wydające dźwięki zbliżone są tu do oprzyrządowania duetu, który grał dla nas kilka akapitów wyżej (to wszak ci sami artyści, choć bez akcentów field recordings), a towarzyszy im damski głos, sample, dodatkowa porcja elektroniki oraz tajemniczy przedmiotu o turecko brzmiącej nazwie. Dwa ponad czterdziestominutowe koncerty godne naszej pogłębionej uwagi, choć być może do odsłuchu z drobną przerwą dla złapania równowagi psychosomatycznej.

Pierwszy koncert rozpoczyna się w mroku pełnym szumów i elektroakustycznych zdobień, z wyraźną wszakże przewagą brzmień akustycznych. Swoiste dirty chamber niepozbawione wtrętów post-mechanicznej obróbki przedmiotów, urokliwie doposażone głosem, który szepce, gada, a czasami wznosi post-operowe okrzyki. Plejada najprzeróżniejszych fonii szybko znajduje tu wspólny język i lepi się w strumień swobodnej, ale zwartej narracji, która zwykliśmy określać mianem dronu. W jego obrębie dzieje się dużo, a muzycy chętnie wchodzą w drobiazgowe interakcje. Całość nabiera z czasem post-industrialnego posmaku, gubi oniryczny ambient i ewidentnie zaczyna przypominać stare, jakże wspaniałe nagrania brytyjskiego AMM. Pierwszy koncert ma efektowną kulminację w okolicach 30 minuty. Drugi spektakl, grany zapewne kilka dni potem, zdaje się być jeszcze ciekawszy. Częściej pojawiają się akcenty dęte i perkusjonalne, sporo nerwowego dzieje się także w przestrzeni drżących strun i latających obiektów. Zapach AMM pozostaje z artystami na różnym poziomie intensywności. Nie brakuje intrygujących sampli, które także nawiązują do estetyki legendy gatunku. Drugi koncert nabiera pewnego ożywienia po 20 minucie. Słyszymy lewitujące frazy przypominające gitarę, woda leje się gęstymi strumieniami, coś trzeszczy i mechanicznie kona, biją dzwony.



piątek, 2 grudnia 2022

Antenna Non Grata: Grüm! Gawlas & Mazurowski! Emiter!


Konińska Antenna Non Grata pracuje w swoim tempie i systematycznie raczy nas porcją intrygujących dźwięków. Dziś czas na prezentację trzech wczesnojesiennych premier! *)

Najpierw międzynarodowy kwartet elektroakustyczny, który udanie kontynuuje serię nagrań labelu, w których macza swe palce Jacek Chmiel. Zaraz po kwartecie duet syntezatorów analogowych, które zwinnie improwizują. Naprawdę zwinnie! Na koniec zaś mistrz krajowego field recordings Emiter w projekcie być może nie dość dla siebie typowym.

Trzy szybkie strzały, trzy zbiory niebanalnych wrażeń!



 

Gr​ü​m  Zeroes On The Loose

Bazylea, 2022: Jacek Chmiel - elektronika, zither, Lara Süss – głos, sampler, Thomas Rohrer - rabeca, saksofon, obiekty oraz Christian Moser - çümbüş, elektronika. Trzy swobodne improwizacje, 48:09.

Muzyka kwartetu Grüm bardzo udanie wpisuje się w wątek swobodnych, elektroakustycznych improwizacji, które wydają się być dobrze zbalansowane. Dźwięki elektroniczne dobrze tu służą akustycznym wydarzeniom fonicznym, te drugie zaś odwzajemniają się budowaniem przestrzeni na syntetyczne pląsy i urokliwe grymasy. A tym elementem, który wyróżnia tę akurat porcję dźwięków na tle oceanu podobnych dokonań gatunku ludzkiego jest głos Lary - czasami czysty, czasami preparowany, czasami modulowany post-elektroniką, ale zawsze żywy!

W trakcie pierwszej odsłony albumu można odnieść wrażenie, iż dźwięki akustyczne są w lekkiej przewadze. Elektronika koncentruje się tu na budowaniu efektownego, ambientowego, chwilami surrealistycznego tła i rozprzestrzenianiu plejady fake sounds. Akustyczne frazy strunowe i głosowe wiodą tu prym i świetnie pracują z echem, które zdaje się być efektem pracy całego, dalece tajemniczego instrumentarium. Wokół obu wątków dość linearnie rozwijającej się narracji płyną rezonujące dźwięki, które nasilają się pod koniec wielominutowej opowieści. Początek drugiej, najdłuższej improwizacji lepi się z filigranowych fraz. Dźwięki rwane, szarpane, powstałe w rezultacie uderzania po strunach, tudzież korpusie instrumentu dętego różnymi, na ogół niezidentyfikowanymi przedmiotami, w końcu w efekcie wydawania z gardła dość ekspresyjnych odgłosów. Ciężko pracuje tu też sfera elektroniczna, która gęstnieje i płynie coraz szerszym strumieniem, nie bez hałaśliwych wtrętów i onomatopei. Narracja syci się efektownymi dźwiękami, ale jakby brakowało w niej życia, nieco bardziej wyszukanej dramaturgii. Szczęśliwie w drugiej fazie improwizacji chmura elektroakustycznych plam intrygująco plącze się i zazębia. Na koniec po ścianach leje się woda, wszystko ze sobą rezonuje, a w roli wisienki na torcie kocie lamenty Lary. Trzecia improwizacja startuje z poziomu elektronicznych zgrzytów i akustycznych obtarć. Chroboczące, szeleszczące frazy szukają tu elektroakustycznej równowagi. Lara pracuje na gołych strunach i snuje post-beat-boxowe opowieści. Słyszymy też dźwięki niczym z wiolonczeli, ale pozbawionej pudła rezonansowego. Pulsuje basowy dron, a narracja przypomina przeciąganie liny. Zakończenie albumu jest bardziej niż efektowne. Lara głęboko oddycha wprost w mrok elektroakustycznej ciszy, coś syntetycznego pulsuje, ktoś uderza w dzwonki.

 


Krzysztof Gawlas & Dariusz Mazurowski  Binary Horizons

De eM Studio, grudzień 2021: Krzysztof Gawlas – hybrydowy syntezator modularny oraz Dariusz Mazurowski – hybrydowy syntezator modularny (hardwired analog), efekty. Pięć swobodnych improwizacji, 56:13.

Pojedynek dwóch syntezatorów analogowych? Dla niektórych, w tym niżej podpisanego, naprawdę spore wyzwanie! Przy bliższym jednak poznaniu całość okazuje się dalece przyswajalna, niekiedy naprawdę frapująca, szczególnie w momentach, gdy oba syntezatory rywalizują o miano tego, który wyda bardziej subtelny i cichy dźwięk.

Od początku artyści budują bogatą strukturę narracji. Niektóre frazy mają wymiar post-beatowy, inne są gęstsze, niczym plamy ptasich odchodów na białym obrusie. Owa gęsta plejada short-cuts chwilami sprawia wrażenie, jakby szukała bazy rytmicznej. W kolejnej części muzycy generują dłuższe, bardziej czerstwe warstwy syntetyki. Całość przypomina oniryczny kosmodrom, który drży w posadach – dźwięki lekkie, puszyste czasami nabierają pewnej transcendentalnej masy. Trzecia opowieść trwa ponad 20 minut i jest głównym punktem syntezatorowego menu. Początek tonie w subtelnych dźwiękach, powstałych w pobliżu ciszy. Narracja nabiera kształtu, bogatej struktury, tudzież lepkiej tekstury. W drugiej części improwizacji muzycy serwują nam więcej gęstych, masywnych dronów, czar subtelności pryska, ale wciąż możemy delektować się tłem, w którym plejady drobnych, syntetycznych fraz zdają się nie mieć końca. Po wielu minutach oczekiwań narracja ostatecznie dostaje się w bezmiar rytmu i z radością odnajduje swój koniec. W czwartej części pojawia się mnóstwo nowych fonii. Nie wszystkie są przyjazne dla ucha, ale zdobią opowieść tak, czy inaczej. Basowe wtręty i post-głosowe subtelności mienią się tu wieloma kolorami, także tymi bardziej hałaśliwymi. Finałowa część przypomina mroczna balladę pulsujących dronów, której kierunek podróży nie jest do końca znany. Tu z pomocą przychodzi wyrazisty beat, który bez problemów ciągnie wszystkie albumowe wątki ku szczęśliwemu zakończeniu.

   


 

Emiter  Five Tracks From a Single Source

Wrzesień 2021 – Luty 2022: Emiter – dźwięki i kompozycje. Pięć utworów, 29:43.

Ciekawych okoliczności powstania tego dość krótkiego albumu odsyłamy na bandcamp wydawcy, tudzież do wypowiedzi autora w innych mediach, tu zaś skupiamy się na samych dźwiękach, ułożonych w pięć zgrabnych, nieprzegadanych i dobrze sformatowanych dramatów post-elektroniki.

Elementy składowe utworu otwarcia, to pulsujący, nisko zawieszony dron, garść matowych skwierczeń i dygoczące na wietrze, migotliwe inkrustacje. Całość bez trudu lepi się w strumień filigranowego post-techno, który dość szybko odnajduje ambientowe zakończenie. Kolejna opowieść zdaje się być konstruowana z podobnych elementów, ale ma nieco inną strukturę dramaturgiczną. Znów pulsuje dół, górą płynie leniwy beat, a tło zgrzyta zębami i szeleści odgłosami nierealnego świata. Rodzaj wyszukanego IDM dla umarlaków - sucha, matowa, jakże urokliwa, na poły mantryczna narracja. Trzeci epizod, tkany z drobiazgów, dociążony jest dźwiękiem nadlatującego śmigłowca i kolejnym mikro beatem w tle. Na koniec doczepiony zostaje tu wątek ambientowy, który topi w mroku dotychczasową narrację. Tuż potem kolejna filigranowa, jakże tym razem minimalistyczna opowieść, która na bazie mglistego ambientu, przy użyciu nisko usytuowanych, ambientowych plam kreuje post-romantyczną kołysankę. Finałowa narracja z kolei drży w posadach, pełna jest mroku i tajemniczego echa. Nieodzowny na tym albumie mikro beat, osadzony w scenerii migotliwego ambientu, buduje emocje i doprowadza nas do końca opowieści.

 

*) wszystkie albumy dostępne są na płytach kompaktowych



piątek, 15 lipca 2022

Magee! White Eyes! Fages & Chambel! Kiełbasa & Papierz! Süß! Staraya Derevnya! Jean D.L.! The Crazy July Round-up!


Połowa miesiąca, to idealny moment na prezentację comiesięcznej zbiorówki recenzji świeżych płyt, które w kilku ostatnich tygodniach przetoczyły się przez liczne odtwarzacze redakcji. Dziś słodka siódemeczka, jak zwykle gigantyczny rozstrzał stylistyczny, dużo emocji i kilka pytań o granicę pojęcia muzyka improwizowana! Free jazz, swobodna improwizacja z post-folkowym posmakiem, elektroakustyka, siarczysta elektronika z saksofonem, głosowe eksperymenty dźwiękowe, garść ponadgatunkowego transu, a na koniec wielki festiwal sampli!

Zaczynamy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, choć pod flagą amerykańską, potem Francja, Katalonia, Polska, Niemcy, post-rosyjski wszechświat Izraela i UK, a na koniec Belgia, ale także wyjątkowo multikulturowa! 

Welcome to the Free World of Everything!

 


Massimo Magee  Toneflower (577 Records, CD 2022)

Na początek dzisiejszej podróży solowy występ Massimo Magee - jednego z najciekawszych aspirujących saksofonistów średniego pokolenia, muzyka pochodzącego z Australii, ale rezydującego w Londynie (tu saksofon altowy i … talerz). Nagranie zrealizowano przy wykorzystaniu mikrofonów kontaktowych (Londyn, kwiecień 2021 roku). Pięć improwizacji, 36 minut i kilkanaście sekund.

Podana wyżej uwaga dotycząca techniki rejestracji dźwięku wydaje się w wypadku albumu Toneflower dość istotna. Muzyk dmie w saksofon, a obok niego usytuowany jest talerz, który podmuchami z tuby wprowadzany jest w stan drżenia. Mikrofonowy kontaktowe zbierają tu wszystko, także dźwięki samej dynamiki ruchu instrumentu, generując intrygujące echo, które początkowo przypomina rozhuśtany gamelan, potem zdaje się już żyć z każdym dźwiękiem wydawanym przez alcistę. A ten od startu do mety swej niedługiej solówki udowadnia, iż komplement, jakim obdarzyliśmy go w pierwszym zdaniu recenzji jest całkowicie uzasadniony.

Pierwsza i czwarta improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i są solą tego albumu. Obie muzyk zaczyna bardzo spokojnie, skrupulatnie lepi frazę za frazą, aż do momentu, gdy łapie pętlę narracji za rogi i zaczyna z nią tańczyć. Od razu wpada w oddech cyrkulacyjny i rozpoczyna mantrę, która mogłaby nie mieć końca, gdyby nie pojemność nośnika fizycznego, tudzież artystyczna wstrzemięźliwość improwizatora. Echo pracuje wraz z nim, czasami piętrzy się wraz z flow altu, czasami tylko wtóruje kolejnym podmuchom z tuby saksofonu. Muzyk udanie dawkuje tempo, potrafi w nieprzerwany ciąg dźwięków wplatać oddechy pełne nostalgii i cierpiętniczej post-melodii. Dodatkowy efekt zapewniają wspomniane mikrofony, sprawiające, iż dźwięk altu zaczyna się multiplikować. Jeśli w pierwszej z tych długich wypowiedzi Massimo zdaje się czerpać ze skarbnicy doświadczeń Evana Parkera, to w drugiej z nich bliżej mu do szorstkości i pewnej bezkompromisowości Anthony’ego Braxtona, zwłaszcza z okresu For Alto. W trzech pozostałych improwizacjach (2-4 minuty) muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego, skupia się na budowaniu zwartej narracji, nie stroni od melodii i pewnych jazzowych naleciałości, a także post-folkowych faktur brzmieniowych. Finałowa narracja początkowo brzmi jak kołysanka, ale muzyk bez trudu znajduje swój step i zaczyna krążyć wokół niego, niczym ćma wokół lampy.

 


Isabelle Duthoit, Daniel Lifermann & Thierry Waziniak  White Eyes (Intrication, CD 2022) 

W mgnieniu oka pokonujemy kanał La Manche i lądujemy we Francji (2019 rok, dokładnie miejsce nieznane). Przed nami nagranie koncertowe tria w składzie: Isabelle Duthoit – głos i klarnet, Daniel Lifermann - japoński flet zwany shakuhachi oraz Thierry Waziniak – instrumenty perkusyjne. Siedem swobodnych improwizacji, 54 i pół minuty.

Centralną postacią nagrania jest bez wątpienia francuska wokalistka, która incydentalnie, bodaj w jednym fragmencie, sięga po klarnet. Jej możliwości głosowe zdają się nie mieć żadnych ograniczeń – od śpiewu, przez akustykę fizjologii, po zmysłowe preparacje. Duthoit czyni tu momentami cuda, a rola jej partnerów sprowadza się niekiedy do udanego akompaniamentu. Flecista skupia się na pewnej pokrętnej melodyce, z kolei perkusjonalista długo karze nam czekać na bardziej ekspresyjne zachowania. Mamy w trakcie koncertu (stanowiącego jednolity strumień dźwiękowy) wiele niebywałych zdarzeń akustycznych, ale też nie wszystkie improwizacje przykuwają uwagę odpowiednią dramaturgią i czasem trwania (skrócenie koncertu o kwadrans dobrze zrobiłoby całemu albumowi).

Każda z siedmiu części budowana jest z niebywałą pieczołowitością. Z racji korzystania z dalekowschodniego instrumentu improwizacje brzmią niekiedy neo-folkowo, czasami z uwagi na skalę powtórzeń przypominają mantrę w klimacie błogich lat 60. ubiegłego stulecia. Zawsze jednak naznaczone są piętnem jakości generowanym w gardle wokalistki, zwłaszcza, gdy ta wchodzi w wysoce reaktywne dialogi (choćby w drugiej części z fletem, czy w czwartej z perkusjonaliami). Jeśli narracja nabiera większej dynamiki, jakość nagrania ewidentnie rośnie. Dobrym przykładem może być zakończenie części trzeciej, efektowne wzniesienie w części piątej, wreszcie sam finał koncertu, który spoczywa na ekspresyjnych perkusjonaliach. Najlepszym momentem koncertu wydaje się być odsłona czwarta. Zaczyna ją gwizd Isabelle, niemal sowie pohukiwanie, które zaprasza do budowania intrygująco nerwowej improwizacji. Dobrze kreowane emocje prowadzą nas w polirytmiczne rytuały śpiewu, kolorowych perkusjonalii i roztańczonego fletu. W części szóstej pojawia się klarnet, ale nagranie zbyt intesywnie pachnie muzyką world. Z kolei finałowa improwizacja, nim przejdzie we władanie perkusjonalii, zdobiona jest plejadą tajemniczych fraz - być może Duthoit stara się jednocześnie podśpiewywać i grać na klarnecie.

 


Ferran Fages & Pedro Chambel  Os Passos Seguem Como Um Espelho (Fractal Sources, CDr 2022)

Czas na obiecaną elektroakustykę! Ferran Fages na akustycznych gramofonach (acoustic turntable) oraz Pedro Chambel na saksofonie altowym, głosie i elektronice. Trzy improwizacje trwają tu niespełna 38 minut (czas i miejsce powstania nieznane).

Pierwsze dźwięki nagrania są niemal filigranowe. Coś rezonuje, coś płynie strugą szorstkiego ambientu, gdzieś leje się woda. Mroczny, elektroakustyczny galimatias lepi się jednak w zwartą narrację, która często bazuje na repetycji. W splocie zdarzeń dobrze słyszymy dźwięk preparowanego saksofonu, którego tuba pełna jest przedmiotów zniekształcających jego brzmienie. Po czasie wszystko przypomina tu post-industrialny, ale jakże żywy chrobot. Druga improwizacja jeszcze bardziej nabiera meta rytmicznej struktury. Szumy, szelesty, onirycznie rezonujące frazy przypominają tu trochę soundtrack do surrealistycznych kreskówek. Dźwięki żywe i syntetycznie koegzystują niemal w idealnej symbiozie, a całość zdaje się charakteryzować pewną transowością godną post-techno, z basowymi mikro pulsacjami, ale pozbawioną typowego beatu.

Trzecia improwizacja nabiera rumieńców już od samego startu. Wspomniana wyżej elektroakustyczna równowaga ulega pewnemu zachwianiu, w stronę fraz bardziej syntetycznych. Tuba saksofonu syczy, elektroniczne zdobienia lepią się do siebie, a improwizacja nabiera nieco industrialnego brzmienia. Z czasem pojawiają się w niej akcenty niemal plądrofoniczne. Z jednej strony dron szumów, z drugiej hałaśliwe zgrzyty syntetyki. Narracja znów jednak jest umiarkowanie spokojna i nie sprawia wrażenia przypadkowej. Samo zakończenie wydaje się może nieco challangowe dla mniej wprawionego słuchacza, ale i tak broni się artystycznie.

 


Michał Kiełbasa & Aleksander Papierz  Movements (Antenna Non Grata, CD 2022)

Trafiamy wreszcie na krajowy ogródek: Michał Kiełbasa - syntezatory, lyra8 oraz Aleksander Papierz – saksofon z elektronicznymi przetworzeniami. Nagrane na żywo …. w studiu Antisound, Tarnowskie Góry, sierpień 2021. Cztery utwory, 44 i pół minuty.

Porzucamy wysublimowaną elektroakustykę na rzecz gęstej, hałaśliwej, post-industrialnej elektroniki, barwionej brzmieniem saksofonu, nie dość, że mocno zanurzonego w pogłosie, to jeszcze toczącego nieustanną walkę ze zjednoczonymi siłami masywnej, krwiożerczej syntetyki. Efekt bywa chwilami groźny, przekaz naprawdę intensywny (przy okazji dostrzegamy inspiracje klasyką gatunku, choćby Throbbing Gristle, czy Coil), wszakże jako całość nagranie duetu broni się całkiem dobrze i nawet dla niestowarzyszonych potrafi być dalece intrygujące.

Od pierwszej sekundy zaatakowani zostajemy podmuchem gęstego, gorącego powietrza. Pętla syntetycznego strachu składa się z wielu warstw i nie odpuszcza do samego końca tego szalonego tripu. Po kilku nawrotach repetytywnej narracji, w tym tyglu hałaśliwych fake sounds zaczynamy słyszeć żywy dźwięk saksofonu. Jego brzmienie jest szorstkie, też gęste i niedelikatne. W trakcie drugiej opowieści w pionie trzyma nas basowa pulsacja. Saksofon, zanurzony w chmurze elektroniki, klei tu nieco lżejsze frazy, czasami brzmi niczym psycho-rockowa gitara. Ów dość jednolity chrobot złych mocy systematycznie nabiera masy. Najciekawiej zdaje się brzmieć trzecia historia. Trochę pokiereszowanego ambientu, pulsacje czegoś, co brzmi niczym zepsute elektronarzędzia i tajemnicze, akustyczne dźwięki, które są efektem preparacji saksofonu – to prawdopodobnie uderzenia po korpusie, tudzież bezdźwięczna praca dysz. Flow nabiera intensywności, ale i tak sprawia wrażenie, jakby lał się przez ręce. Na zakończenie saksofon wręcz śpiewa, a warstwa syntetyki kłębi się w sobie, jakby chwilowo zdejmowała nogę z gazu. Finałowa opowieść najpierw obiecuje dużo subtelności – syntezatorowe odpryski fonii, małe pulsacje, szemrząca plądrofonia, saksofon delikatnie nucący smutne melodie. Po chwili elektronika rusza jednak do boju zdwojonymi siłami. Gęsta, ołowiana magma hałasu kontrastowana jest dętymi ornamentami i dopiero pod koniec formuje się w strumień bardziej przyswajalnej fonii.

 


Lara Süß  Unterwasser (Antenna Non Grata, CD 2022)

Lara Süß - głos i tzw. obiekty, tu często o bardzo perkusjonalnym brzmieniu - proponuje nam sześć impro-kompozycji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami. Wszystko nagrane w warunkach domowych (z wykorzystaniem mikrofonów binuarnych), w miejscu na końcu świata (tu niemieckiego południa), które zwie się Unterwasser (czas powstania nieznany).

Pierwszy solowy album niemieckiej artystki składa się z otwarcia, trzech części zasadniczych, zamknięcia i … bonus tracka. Rzeczone otwarcie i zamknięcie, to zdaje się nagrania terenowe – szum wiatru, drżenie ziemi i głos recytujący tekst. Z kolei utwór dodatkowy bazuje na śpiewie. Wokalistka buduje melodię i klimat muzyki dawnej, jest w tym dziele dość cierpliwa, ale z czasem zaczyna modulować swój głos i preparować dźwięki. W sam koniec brzmi niczym kukułka na dużym pogłosie.

Trzy zasadnicze utwory albumu przynoszą nam już bardziej skomplikowane narracje. W pierwszym z nich artystka prezentuje szeroką gamę swoich możliwości głosowych – szepcze, syczy, rzęzi, piszczy, niektóre jej frazy zdają się przypominać post-beat box, inne zapomniany scat. W tym kalejdoskopie zdarzeń równie efektownie prezentują się brzmienia tzw. obiektów. Dużo w nich akcentów perkusjonalnych, ale też dźwięków, które starają się podążać za narracją wokalną. W kolejnej opowieści artystka pracuje z naturą - przelatujące ptactwo, szum wiatru i kobiecy głos. Wszystko jest tu jednak miksowane - ptasie frazy repetują, a głos multiplikuje się bardzo efektownie. Trzecia z zasadniczych narracji albumu początkowo koncertuje się na preparowaniu dźwięków rzeczonych obiektów. Trochę mechaniki, krótka lekcja tarcia i szorowania. Głos funkcjonuje w podobnych okolicznościach czaso-przestrzennych. Znów słyszymy więcej strumieni głosowych – tu jeden z nich mruczy, drugi piszczy. A tymczasem na flankach rozbłyskują akcenty percussion. Końcówka utworu jest z pewnością najbardziej ekspresyjnym fragmentem albumu, który cieszy ucho wieloma zaskakującymi dźwiękami, a samo zastosowanie wspominanych na wstępie mikrofonów binuarnych niezwykle bogaci narrację. Czasami można odnieść wrażenie, że mikrofony zbierają nawet różne odcienie ciszy.

 


Staraya Derevnya  Boulder Blues (Ramble Records, CD 2022)

Czas na zapowiadany skład związany z Izraelem i Zjednoczonym Królestwem, niepozbawiony także akcentów latynoskich i niemieckich. Zorientowani wiedzą, iż część załogi SD biegle włada też językiem rosyjskim (co będzie słychać!). W rejestracji nowej, bluesowej płyty wzięli udział: Gosha Hniu – obiekty, instrumenty perkusyjne, krzyki i szepty, i inne cuda dźwiękowe, Ran Nahmias - cicha wiolonczela, theremin, Maya Pik – syntezatory, flet, Grundik Kasyansky – syntezator, Miguel Perez – gitary, Yoni Silver – klarnet basowy, Andrea Seratino – perkusja, Tom Wheatly – kontrabas, Galya Chikiss – krzyki i szepty oraz Masha Gerzon – chórki, piano. W konstruowaniu struktury dramaturgicznej albumu wykorzystano teksty Arthura Moleva. Nagrania powstały w latach 2020-22 w Izraelu, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Niemczech. Utwór czwarty wykonany został w trakcie Tusk Festival w 2020 roku, a całość to w sumie pięć części, 43 minuty bez kilkunastu sekund.

Staraya Derevnya nie zawodzi! Nie zaskakuje też, albowiem muzycy, mimo częstych zmian w składzie, wierni są swojej muzycznej idee fixe. Na bazie basu, gitary i dość rytualnie brzmiącej perkusji budują rytm, który ubarwiają soczystymi, bogato instrumentalizowanymi improwizacjami. Syntezatory, elektroakustyczne zabawy z dźwiękiem, głosy z tekstem i słynne krzyki i szepty, incydentalnie piano, czy flet oraz jakże istotny dramaturgicznie klarnet basowy Yoni Silvera, muzyka którego świetnie znamy z wielu londyńskich produkcji sceny free impro. Muzyka SD lubi wpadać w trans, eskalować emocje i topić się w psychodelicznym sosie, na ogół bywa jednak cierpliwa i donikąd nie gna bez uzasadnionej przyczyny. I co być może najważniejsze – potrafi przykuć naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Nowa płyta składa się z trzech kilkuminutowych utworów, rozbudowanej, ponad 20-minutowej części głównej (nagranie koncertowe, jak wynika z zapisów credits) oraz skromnej, dwuminutowej kody.

W pierwszym utworze naszą uwagę przykuwa niemal polirytmiczny drive sekcji. Taneczna aura, choć głowy pełne przemyśleń, posmak ethno i wielobarwne, trochę slapstickowe głosy. W kolejnej części rytm buduje bluesowo nastawiony bas, gitara frazuje w klimatach post-americany, ale błogi nastrój dość szybko pryska. W trzeciej opowieści śpiew kreuje nastrój post-ballady, czujemy swąd pustynnego upału. Z czasem znów robi się niebezpiecznie – tu za sprawą mroźnego ambientu i szelestu chroboczących syntezatorów. Miękko lądujemy teraz w części zasadniczej albumu. Długa narracja ma tu kilka faz. Rozwija się dość leniwie, pulsuje basową elektroniką i bardzo aktywnym klarnetem basowym. W połowie tempo trochę siada, a stery przejmują flet i klarnet, które budują duetową improwizację, w trakcie której zaczyna nieźle iskrzyć. Powrót do narracji właściwej trwa długo - dopiero po wybiciu szesnastej minuty ansambl, pracując wyjątkowo intensywnie, kieruje się ku ścianie dźwięku. Psycho-dance to the end trwa w najlepsze! Dwuminutowa koda zaczyna się dość frywolnie, ale łapie trans już przy pierwszym, głębszym oddechu, niesiona drum’n’bassowym pulsem.

 


Jean D.L.  Zenaïde (Esc.rec., CD 2022)

Na finał dzisiejszej zbiorówki obiecany festiwali sampli! Autor pomysłu, wytrwały poszukiwacz ciekawych dźwięków i jego mix & master, to belgijski artysta Jean De Lacoste. Obok konglomeratu nagrań terenowych, Belg wykorzystał także dźwięki innych artystów, zapewne przygotowane na potrzeby tego projektu. Lista dostarczycieli fonii jest długa, ale przytoczmy ja w całości: Mich Leemans, Jef Mertens, Winter Family, Andy Moor, Karen Willems, Sébastien Sth Biset, Joke Lanz, Jozef Dumoulin, Sandrine Verstraete, Roxie Rookie, Impostor, John Dikeman, Colette Broeckaert, Jean-Philippe Poncin, Julia Kent, Aki Onda, Jasper Stadhouders, My Cat Is An Alien, Gilbert van Drunen, Rhodri Davies, Nele Möller, Mauro A. Pawlowski oraz Marc Jacobs. Jean ulepił z tego wszystkiego jeden trak trwający 28 i pół minuty, prawdziwy kalejdoskop barw, brzmień, emocji, ale także i treści, jeśli dane nam będzie uważnie wsłuchać się we wszystkie dźwięki zawarte na tym albumie.

Bez szukania puenty, ani zgłębiania się w niuanse dramaturgiczne niespełna trzydziestominutowej narracji, wylistujmy kolejne fazy tego niebywałego miksu belgijskiego czarnoksiężnika. Najpierw to szum miasta, odgłosy portowe i skrzeczące ptaki. Potem porcja instrumentalna – szarpanie za struny basu, gitary, dźwięk różnych akcesoriów perkusyjnych. Kolejna porcja nagrań z miasta, to beduińskie śpiewy, modlitwy w różnych jeżykach, ale także warkot silników i kościelne dzwony. A wszystko spuentowane zostaje dźwiękowym efektem skakania po radiowej skali. Po niej kolejna porcja instrumentalna - dźwięki piana, zatopione w gąszczu ulicznego upału. W okolicach 9 minuty pojawia się perkusja i elektroniczne sprzężenia, przestery, a także zapętlony saksofon. Po 14 minucie mamy pasma surowego ambientu, które będą jeszcze powracać w nagraniu. Zaraz potem kolejne porcje modlitw, tym razem skąpane w gitarowych brudach i głos recytujący tekst w nieznanym jeżyku. Wreszcie, po 24 minucie na moment przenosimy się na … rockowy koncert. Gęsty, soczysty, pełen złych emocji. Gdy ten ostatni zgaśnie, końcowe trzy minuty, to kolejna porcja nagrań terenowych – gadające głowy i umierający w tle ambient.