Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Kugel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Kugel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 września 2023

Swell, Tokar & Kugel For The People Of The Open Heart!


Spotkanie doskonałego amerykańskiego puzonisty Steve’a Swella z jedną z bardziej rozpoznawalnych i zgranych, europejskich sekcji rytmicznych, czyli Tokar-Kugel, nie mogło nie zakończyć się pełnym sukcesem. W tym zakresie nie ma zatem zaskoczenia, jest nim raczej fakt, jak wyśmienicie zrealizowali tu swoje zadanie ukraiński kontrabasista i niemiecki perkusista. Muzyczna elokwencja, precyzja każdego ruchu, dynamika, niesamowity groove godny porównania do pracy zamorskiego pierwowzoru, czyli Parker-Drake, wszystko to sprawia, że puzonista ma tu w zasadzie proste zadanie do wykonania – swobodnie płynąć na fali strumienia dźwiękowego kontrabasu i perkusji. Czyni to wszakże w wyjątkowo urokliwy sposób, zatem efekt całości po prostu rzuca nas na fale rozszalałego oceanu wspaniałej muzyki improwizowanej.

Opowieść dla ludzi o otwartych sercach zdaje się posiadać prawdziwie hitchcockowskie otwarcie. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej! Sprawdźmy szczegóły.



 

Pierwsza opowieść trwa ponad jedenaście minut i zdaje się konsumować wszelkie walory artystyczne albumu. Trio startuje na raz, z przełomami masywnego kontrabasu, zwinną perkusją i rozkrzyczanym od pierwszej sekundy puzonem. Skalista narracja nabiera tempa bez nadmiernego pośpiechu. Czasami popada w drobne didaskalia, ale nie traci mocy, nawet, gdy kilka zgrabnych kwestii dopowiada tu kontrabasowy smyczek. Pętle sekcji rytmu systematycznie gęstnieją, ale puzon nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy. Pośród intensywnych podmuchów wspaniałości gemu otwarcia warto jeszcze odnotować passus perkusjonalnych zdobień Kugela oraz puzonowe preparacje budowane na delikatnym drummingu. Drugą część inicjuje perkusja, która w oczekiwaniu na przebudzenie kontrabasu pracuje jedynie przy akompaniamencie puzonu. Po chwili muzycy łykają tanecznego bakcyla i ruszają w kolejne zmysłowe tango. Trzecią opowieść otwiera dla odmiany puzon, który urokliwie preparuje. Podobny tryb pracy przyjmują pozostali, dzięki czemu ten fragment albumu śmiało zaliczyć możemy do tych pozornie wystudzonych, wysyconych licznymi plamami rezonansu. Kolejna opowieść w swej pierwszej fazie kontynuuje wątek dźwięków preparowanych. Gdy wydaje się, że cisza jest blisko, sekcja włącza autopilota i odpływa w przestworza kosmicznego groove.

Początek piątej opowieści należy do puzonu. Tu historia klei się z drobnych, urywanych fraz, pojawia się także smyczek i prawdziwie post-barokowe ornamenty. Swoje dokłada Kugel świecąc mocą perkusjonalnych akcesoriów. Po serii kilku rozhuśtanych i incydentalnie wystudzonych opowieści, szósty utwór swoją dynamiką rzuca nas na kolana. Od startu gęsty, siarczysty groove sprawia, iż narracja gna na złamanie karku. Kugel ma tu swoje solo, a Swell niespodziewanie sięga po flet, którym bez trudu podsyca płomień narracji. Taneczne, silnie stymulowane tempo rodzi kolejne emocje, a powrót puzon tylko dopełnia obrazu jednej z kluczowych, prawdziwie ognistych pieśni albumu. Siódma część początkowo zapowiada się na post-bluesową balladę, ale wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej urokliwie przeistacza się we free jazzowy marsz. Ostatnie dwa utwory nie studzą emocji, serwując nam kolejne porcje melodii i tanecznego szyku. Ekspresja przyjmuje tu wysokie wartości, a perkusista zdaje się wpadać w trudną do opanowania furię. Finałowa narracja na starcie sprawia wrażenie delikatnie relaksującej, ale to tylko pozory. Nie ma tu pustych przebiegów do samego końca. Puzon rozgadany, jak przekupka na targu rybnym, kontrabas i perkusja, wielcy malarze twardych, wybuchowych pętli.

 

Steve Swell/ Mark Tokar/ Klaus Kugel For The People Of The Open Heart (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Steve Swell – puzon, flet, Mark Tokar – kontrabas oraz Klaus Kugel – perkusja. Nagrane w lutym 2020 roku, Evinger Schloss, Dortmund, Niemcy. Dziewięć utworów, 59:20.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 3 lutego 2023

The February’ Round-up: Dead Neanderthals! Hard Edges! Cirera! G. Almeida! Schubert, Uchihashi & Kugel! Union Division! Kshettra!


Nowy miesiąc, nowe płyty, nowa zbiorówka świeżych recenzji! Oto, na co wszyscy – po obu stronach komputerowego ekranu – czekamy z drżeniem łydek! Dziś siedem recenzji bardzo nowych płyt, w tym jednej datowanej już na szalony rok 2023!

Jak zawsze w takiej sytuacji oferujemy nieskończony tygiel gatunków i emocji, gdzie jedynie sky is the limit! Na początek trzęsienie ziemi, czyli sylwestrowa ep-ka naszych ulubionych holenderskich noise’ konceptualistów, a potem jest jeszcze lepiej – blaszane trio ze Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji, kataloński, solowy set na saksofon sopranowy, ale udokumentowany fonicznie w Kopenhadze, kompozycje (!) na kontrabas, i nie tylko, wprost z Rotterdamu, międzynarodowe trio fussion jazzowe rejestrujące dźwięki w Berlinie, duży skład ze wspominanego już dziś Zjednoczonego Królestwa, tu w dawce niemal dwugodzinnej, a na sam finał prog-post-rockowe, wieloosobowe granie z Moskwy.

Czegokolwiek byś teraz nie potrzebował, właśnie to dostajesz! Welcome to hell of improvised music! But not only improvised!



 

Dead Neanderthals  Click (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i wokal. Jeden utwór, 25 minut.

Pewne w życiu są tylko śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka pewnego duetu z Holandii, każdorazowo udostępniana światu wedle handlowej procedury name your price. Ów wspaniały, cykliczny prezent dźwiękowy uzupełniany bywa także warstwą werbalną. Przytoczmy ją dziś w całości: Wszystko zaczęło się od ostrego „kliknięcia”. Wykonywanie jednego prozaicznego zadania po drugim, cykl po cyklu. Aż nagle przestało. Czy naprawdę sprawiało mi to przyjemność?

Nowa narracja Martwych Neandertalczyków ma cztery elementy składowe. Na początek syntezator, który kreuje dwa z nich – pierwszy, siarczyście brzmiący zdaje się stać w miejscu, ten drugi pulsuje, ma w sobie źdźbło melodii i dużo mroku. Po upływie dwóch minut pod strugę syntetyki podłącza się perkusista z instrumentem głęboko i szeroko posadowionym w osi nagrania i brzmiącym bardzo matowo. Zaczyna on wybijać jednostajny, nieco marszowy rytm i będzie tak czynił aż do połowy dwudziestej trzeciej minuty. Artysta melorecytuje także zwartą linijkę tekstu (trudnego do rozczytania), którą będzie powtarzał z każdym beatem perkusji, także do momentu wskazanego w poprzednim zdaniu. Muzycy pracują tu jak maszyny, ale ponieważ są jednak ludźmi, bywa, iż ów powtarzany miliony razy w trakcie utworu schemat narracyjny sprawiać będzie incydentalnie wrażenie, jakby stawał się bardziej intensywny lub metalicznie zagęszczony. Rytualny taniec post-mortem przechodzi w stan finalizacji dokładnie w momencie, gdy drumming umyka do strefy niebytu. Na scenie pozostają jedynie dwa pierwotnie ustanowione wątki syntezatorowe. Ten pulsujący zaczyna przypominać brzmienie dzwona, ale bardzo matowe, ten drugi nie traci swojej przesterowanej mocy aż do samego końca, choć w fazie definitywnej śmierci sprawia wrażenie, jakby płynął nieco szerszym korytem.



 

Hard Edges  The Texture Of Perception (Raw Tonk Records, CD 2022)

Wade Room, Norwich, październik 2021: Chris Dowding – trąbka, trąbka piccolo, flugelhorn, Dave Amis – puzon oraz Ben Higham - tuba, trąbka, flugelhorn. Sześć improwizacji, 39 minut.

Twarde Krawędzie i ich Tekstura Percepcji, definitywnie kameralne spotkanie trzech instrumentów blaszanych, pozostających w rękach i ustach muzyków, którzy zapewne debiutują na naszych łamach, to wydarzenia dalece interesujące, ciekawie wpisujące się w nurt nieco uporządkowanej, post-akademickiej … swobodnej improwizacji. 

Pierwsza z sześciu albumowych opowieści budowana jest krótkimi frazami – nieco zalotnymi, bezsprzecznie szukającymi intrygi, kameralnymi, ale jakby doposażonymi w delikatny drive free jazzu. Tuba pracuje tu na środku sceny, lżejsze dęciaki sadowią się zaś na przeciwległych flankach – trąbkę słyszymy najczęściej po lewej stronie, puzon na ogół po prawej. Instrumenty śpiewają, mruczą, a pod koniec pracują dłuższymi oddechami. Druga część zdaje się być jeszcze bardziej kameralna, ale zdecydowanie bardziej rytmiczna, co jest zasługą głównie tuby. Trąbka utrzymuje umiarkowanie durową tonację, z kolei puzon zawodzi i lamentuje. W kolejnej odsłonie dzieje się już naprawdę dużo ciekawego. Drobne preparacje, piski, szumy i westchnienia. Bezdźwięczna symfonia blaszanej boleści najpierw zaskakuje nas brzmieniem, a potem, gdy nabierze już odrobinę fonii w usta, swoją niemal wirtuozerską filigranowością. Czwarta narracja powraca do tanecznego, meta rytmicznego szyku. Każdy z blaszanych frazuje tu swoją metodą, ale całość lepi się w zwartą, zmysłową improwizację. W części piątej muzycy stawiają na dłuższe pociągnięcia pędzlem. Tuba jest tu w stanie pracować na jednym oddechu przez wiele sekund, a trąbka i puzon wyjątkowo urokliwie śpiewać w dalece molowych klimatach. Tym, który zdaje się tu mieć najwięcej do powiedzenia jest puzon, ale jego lokalna gadatliwość w niczym nie narusza fundamentu kolektywnej improwizacji. W ostatniej opowieści muzycy powracają do naszych ulubionych, tu po części preparowanych dźwięków. Szumy, oddechy, westchnienia - kameralna podróż, konsumująca pełne drżenia i bojaźni blaszane zaśpiewy. Co ciekawe, w ramach finalizacji artyści zdają się delikatnie dynamizować swoje poczynania.



MuMu & Albert Cirera  Theme & Variations (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

Kopenhaga, maj 2020: Albert Cirera – saksofon sopranowy oraz MuMu - field recordings, kompozycje. Jedenaście opowieści w jednym traku, 31 min.

Cirera debiutował w formule solowej pięć lat temu w pewnej krajowej, jakże iberyjskiej serii spontanicznej. Wtedy zdecydował się na wyjątkowo spektakularny eksperyment sonorystyczny, w głównej mierze przy wykorzystaniu saksofonu tenorowego. W roku ubiegłym podesłał nam kolejny album solowy, w którym postawił na prostotę i cyrkulacyjny oddech wtłaczany do tuby saksofonu sopranowego. Przy okazji do prac jednoosobowych zatrudnił sobie postać o nazwie MuMU, która dostarczyła mu inspiracji w zakresie kompozycji samych improwizacji, jak i ubarwiła je drobnymi, elektroakustycznymi zdobieniami. Dziś Katalończyk powraca z idą bliską tego drugiego rozwiązania i proponuje półgodzinne wspominki ze swojego covidowego pobytu w Kopenhadze. A MuMU, jak to MuMU, jak na postać całkowicie fikcyjną, wydaje się być nad wyraz kreatywny.

Sopranowa epopea z elektroakustycznymi niespodziankami zaczyna się w oparach tych ostatnich. Drobne, usterkowe odgłosy, pracujący wentylator (?) i dobywający się z dna piekła sopranowy śpiew. W kolejnych fazach jednotrakowej, ale definitywnie jedenastoczęściowej opowieści skupiamy się na intensywnej improwizacji saksofonu sopranowego. Muzyk pracuje cyrkulacyjnie, ale jego historie nie trwają dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Czasami dźwięk jego instrumentu brzmi, jakby zarejestrowany był w warunkach terenowych, w innych przypadkach frazuje czystym, podniebnym brzmieniem. W połowie nagrania wydaje się, że w tubie instrumentu pojawiły się obce przedmioty, których charkot jest elektronicznie doposażany w hałas, sama zaś narracja niespodziewanie prowadzona dwoma dętymi strumieniami. Cirera dmie chwilami dość nostalgicznie, ale często wpada w dynamiczny tunel mocy, w którym brzmi niczym Evan Parker w swoich najlepszych sopranowych ekspozycjach solowych. Bywa, że drive jego narracji wydaje się wyjątkowo taneczny, z brzmieniem niemal post-barokowym, ale wpada też niekiedy w sidła zadumy i emigranckiego smutku. Opowieść w swej drugiej fazie ma kilka punktów zwrotnych. W 20 minucie przystaje w obliczu śpiewających ptaków, trzy minuty później gaśnie w niemal zupełnej ciszy, a w 27 minucie sopranowy flow przekształca się w urokliwą, polifoniczną zabawę. Ostatnie kilkadziesiąt sekund nagrania, to połączenie telefoniczne. Automat głosowy przemawia po katalońsku, słychać urywane rozmowy w różnych językach, a w tle snuje się smutny tembr saksofonu, metaforycznie wołającego o pomoc.



Gonçalo Almeida  Compositions For Double Bass (Cylinder Recordings, CD 2022)

Rotterdam, od kwietnia 2021 do sierpnia 2022: Gonçalo Almeida – kontrabas, live electronics (pierwszy i czwarty utwór), taśmy (czwarty utwór). Cztery kompozycje (autorzy odpowiednio: Thanos Polymeneas, Michał Osowski, Pedro Melo Alves, Friso van Wijck), 43 minuty.

Nasz ulubiony portugalski kontrabasista zabiera nas do świata komponowanej muzyki współczesnej. Cztery utwory – dwa akustyczne i dwa elektroakustyczne, moc wrażeń, wspaniałe brzmienia i … dużo przestrzeni dla kreatywnego improwizatora. W albumowym credits możemy poczytać o kompozytorskich zamysłach i konceptualnych wizjach, ale tu, na tych łamach, zalecamy nade wszystko skupiony odsłuch i celebrowanie pojedynczych dźwięków. Albowiem piękny to album!

Na dobry początek kompozycja na kontrabas i elektronikę kreowaną na żywo. Szeleszczący swąd z kabli i zapętlone frazy wysoko podwieszonego smyczka tworzą tu aurę, która generuje przeróżne sytuacje dramaturgiczne. Akustyka smyczkowego kontrabasu permanentnie modyfikowana jest elektroniką, wpada w polifonię, bywa ekspresyjna i niepozbawiona warstwy meta rytmicznej. Z kolei frazy grane pizzicato, bardzo minimalistyczne, stanowią tu rodzaj narracyjnego kontrapunktu. Warstwa elektroniczna ma także swój niezależny byt, często bywa filigranowa i także niepozbawiona znamion rytmu. Efektowna opowieść toczy się od stanu ciszy do niemal kompulsywnego hałasu. Drugi utwór, w pełni akustyczny, to wielominutowa, minimalistyczna, repetytywna i nade wszystko medytacyjna narracja. Muzyk pracuje tu smyczkiem, którego spektrum działania zdaje się być bardzo szerokie, a pomiędzy długie pasaże arco wplata drobne frazy pizzicato. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy bardzo surowe, smakuje muzyką dawną. Trzecia kompozycja jest krótka, bazuje na ekspresji wykonawczej. Z jednej strony nerwowe, post-barokowe didaskalia, z drugiej krótkie i dłuższe frazy, które są w stanie nabierać zaskakującej taneczności. Czwarta kompozycja, to akustyczne dźwięki kontrabasu urokliwe skorelowane ponownie z live electronics, a także z manipulacjami taśmą. Narracja znów jest dość minimalistyczna, zdobią ją jednak rozbudowane wtręty elektroakustyczne, w tym plejada dźwięków, które zasługują na miano fake sounds. Zmiana goni tu zmianę, pojawiają się narracyjne pauzy pełne ciszy i post-kameralny suspens. W trakcie wielominutowej opowieści frazy akustyczne zdają się pozostawać w pewnej przewadze, ale urokliwe zdobienia elektroniki (choćby nerwowe plamy post-ambientu) rekompensują nam ową czasoprzestrzenną nierównowagę.



 

Frank Paul Schubert, Kazuhisa Uchihashi & Klaus Kugel  Black Holes Are Hard To Find (Nemu Records, CD 2022)

Noisy Rooms, Berlin, wrzesień 2021: Frank Paul Schubert – saksofon altowy i sopranowy, Kazuhisa Uchihashi – gitara elektryczna, elektronika oraz Klaus Kugel – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem kompozycji/ improwizacji, 78 minut.

Dwóch Niemców i Japończyk zapraszają tu do świata fussion jazz-rocka, który koncentruje się na improwizacji, zapewne częściowo predefiniowanej, na utworach, które nie bazują na zadanych tematach i zdają się dawać każdemu z muzyków dużą swobodę kreacji. Znając dokonania artystów, którzy zwarli szeregi na niniejszym albumie można było formułować w recenzenckiej głowie kilka dobrych lub bardzo dobrych scenariuszy. Dźwiękowa rzeczywistość napotkana na płycie zdaje się jednak nie realizować żadnego z nich. Przede wszystkim nagranie jest zbyt długie i często gubi dramaturgię. W przeważającej części prowadzone jest w leniwym tempie, w jego trakcie muzycy szczędzą nam emocji, a ekspresyjne szczyty omijają niekiedy bardzo szerokim łukiem.

Start każdego z utworów jest wyważony emocjonalnie, niekiedy filigranowy, często osnuty intrygującym, chwilami onirycznym klimatem. Delikatnie wycofany saksofonista (zwłaszcza, gdy pracuje na sopranie), mający tysiące pomysłów gitarzysta, wspierany elektroniką, która zdaje się dawać mu dużo opcji rozwoju sytuacji dramaturgicznej, wreszcie drummer, który bywa na ogół trzymany na uwięzi i tylko z rzadka pozwala sobie na puszczanie wodzy fantazji i budowanie energetycznej narracji. Pierwszy bardziej nerwowy drive rzeczonego perkusisty spotyka nas w drugim utworze. Po spokojnym otwarciu sopranu i gitary pełnej psychodelicznych niekiedy subtelności, narracja rusza do walki z czasem, ale osiągnięcie finału zajmie jej wiele minut. W czwartej części porcjowane emocje dostają nieco dubowego, gitarowego echa, a elementy rytmu, jakie kreuje Japończyk wiodą nagranie do przedsionka post-rocka. Dużo ciekawej jest w odsłonie piątej, gdy muzycy bez trudu uciekają z krainy łagodności (w której maczali już kilkukrotnie palce), brudzą brzmienie, szukają nietypowych frazowań. W części szóstej podobać się może kolektywnie realizowany, dronowy start, w którym nie brakuje dźwięków preparowanych. Z kolei ostatni utwór, który budzi się w poświacie gitarowego ambientu, dobrze łapie odrobinę psychodelii w żagle, ale artyści nie mogą zdecydować się, na jakim poziomie ekspresji realizować będą swój koncept. Decyzja o bardziej energicznej postawie zapada dość późno. Album kończy się bardzo dynamicznymi pasażami, które zdają się stanowić tu rodzaj artystycznej autoironii.



 

Moss Freed/ Union Division  Micromotives (Discus Music, 2CD 2023)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Moss Freed – gitara elektryczna, dyrygenckie gestykulacje, Laura Jurd – trąbka, Charlotte Keeffe – trąbka, Sam Eastmond – trąbka, Tullis Rennie – puzon, Rachel Musson – saksofon tenorowy, George Crowley – saksofon tenorowy, klarnet, Chris Williams - saksofon altowy, Rosanna Ter-Berg – flety, Brice Catherin – wiolonczela, Otto Wilberg – kontrabas, Steve Beresford – fortepian, Elliot Galvin – fortepian, Will Glaser – perkusja, James Maddren – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika, bas elektryczny. Siedem improwizacji, 127 minut.

Bliżej nam nieznana brytyjska orkiestra improwizująca pod wodzą gitarzysty Mossa Freeda, która zdaje się łączyć młodzieńczy temperament z bagażem improwizowanych doświadczeń (Beresford!), proponuje nam dalece ambitne przedsięwzięcie artystyczne. Na albumie odnajdujemy siedem rozbudowanych improwizacji, które sprawiają wrażenie dość precyzyjnie … zaplanowanych, a każda z nich dedykowana jest innemu tuzowi szeroko rozumianej muzyki współczesnej (Anthony Braxton, John Zorn, czy Barry Guy, by wymienić tych, którym na nasze łamy najbliżej). Każdy utwór ma urokliwy i intrygująco brzmiący początek, który niemal każdorazowo rozwija się w narrację sycącą się swobodnym jazzem i miewającą sporo kameralnych interludiów. W trakcie ponad dwóch godzin nagrania koncertowego napotykamy wiele wyjątkowo udanych momentów, ale nie sposób przemilczeć fakt, iż wielominutowe narracje miewają problemy z budowaniem dramaturgii na długim dystansie, a na etapie rozwinięcia kalkują pomysły poprzednich epizodów. Freed zdaje się, że rzucił się tu na wyjątkowo głęboką wodę, nie zawsze wygrywa, ale na jego kolejne próby już teraz czekamy z dużą niecierpliwością.

Wylistujmy najciekawsze fragmenty improwizacyjnych bojów prowadzonych przez 16-osobową Zjednoczoną Dywizję. Początek pierwszej real-time collective impro z miejsca stawia nas do pionu swą energetycznością, precyzją wykonania i dużą zmiennością akcji, tu definitywnie godną braxtonowskiego temperamentu. Sekcja dętych w pełnej gotowości, bystre, dynamiczne partie fortepianu, poszukiwania free jazzowych emocji, także działania w podgrupach i kameralne chwile wytchnienia. Druga opowieść zaczyna się niezwykle rozbudowaną plejadą drobnych fraz, które intrygująco snują się po scenie, korzystając z bazy smyczkowych dronów. Narracja zasługuje tu na miano post-chamber, ale nie szczędzi nam dramaturgicznych i brzmieniowych niespodzianek. Z kolei trzecia opowieść pachnie konceptem muzyki współczesnej. Najpierw samotna gitara, która rozmawia z ciszą, a potem kolektywna improwizacja, która zdaje się być minimalistyczna, ale na swój sposób taneczna. Mimo tak zarysowanej dramaturgii orkiestra nie skąpi nam salw ekspresji, godnych free jazzowych uniesień mistrzów. Czwarta część dedykowana jest Zornowi, zatem dynamika, ekspresja i stan permanentnej zmiany! Bystry, ponadgatunkowy kogel-mogel rośnie tu w siłę m.in. dzięki świetnej robocie perkusistów. Piąta i szósta improwizacja toczone są w dość leniwym tempie i nie stronią od dramaturgicznych mielizn. W pierwszej z nich sporo do powiedzenia mają dźwięki syntetyczne, w tej drugiej oś narracji opiera się na migotliwych i ulotnych frazach gitary i instrumentów dętych. Emocje na równi pochyłej, ale i smakowite plastry psychodelii. Finałowa narracja (dla Barry’ego Guya!) zaczyna się na poziomie gitarowych pick-upów. Narracja budowana jest skrupulatnie z drobnych, na ogół dętych westchnień. Nerw życia dają tu perkusje, które przez moment ciągną opowieść w stronę free jazzu, ale całość nie stroni od kameralnych, by nie rzecz post-klasycznych wtrętów, szczególnie fortepianu. Samo zakończenie przynosi nam garść bardziej ekspresyjnych zachowań ze strony perkusistów i elektrycznego basu.



Kshettra  Thou Art That/ Это есть то (Addicted Label, DL 2022)

Orange Studio, Moskwa, czerwiec 2020 - sierpień 2021: Boris Ghas – bas, gitara (utwory 2,3,7), saksofon (3, 7), sample (5), Viktor Tikhonov – perkusja akustyczna i elektryczna, instrumenty perkusyjne, gitary (1,4,5), syntezatory i sekwensery (1,3,4,5), metallophone (1,4,6,7), saksofon (2,3,7), Gosha Rodin – rożek francuski i efekty, delay-noises (5), gitara (6), Nikolai Samarin – syntezator (1,5), bas (1), Mila Kiseleva – czytanie poezji Borisa Ghasa (1,6), Nikita Gabdullin – gitara (2,3), Ilya Rosenblat – saksofon tenorowy (2,3,7), Alexander Novikov – saksofon barytonowy (2,7), Kirill Olkhovsky – skrzypce (4,7), Nikita Bobrov – perkusja (5) oraz Olga Larionova – wokal (7). Siedem utworów, 40 minut.  

Przed nami kolejny rozbudowany aparat wykonawczy, ale wykorzystany w dalece odmienny sposób. Tym razem odstawiamy improwizację jako naczelne narzędzie pracy i oddajemy się we władanie post-rockowej (prog-rockowej?) opowieści podanej nam z niemal renesansowym przepychem. Proste melodie, incydentalnie kwaśne rytmy, dużo smutnej radości i bardzo bogate aranżacje. Muzyka na długie trasy samochodowe, także do tupania nogą i śpiewania (jakkolwiek pozbawiona wokalistów - jedynie recytowanie poezji i ambientowe wokalizy). Co istotne, z punktu widzenia percepcji całego albumu, jego najmniej udanym momentem jest sam początek. Im dalej, tym lepiej, a trzy ostatnie opowieści śmiało zasługują na miano bardzo udanych w przyjętej, nieskomplikowanej rytmicznie i melodyjnie konwencji.

Pierwsze fragmenty albumu zdają się być nieco slapstickowymi, rockowymi piosenkami, podszytymi banalnie brzmiącą elektroniką. Dużo słodyczy, dęte inkrustacje, recytacje na pogłosie. Utwory szczęśliwie nasączone są przyzwoitą dawką dynamiki i nawet, jeśli pachną balladowymi wtrętami, dotarcie do końca nie stanowi dla wytrawnego słuchacza specjalnego problemu. W trzeciej opowieści mamy elektroniczny beat, który płynie pod jazzowo frazującą gitarą, w czwartej zaś tempo siada, artyści kombinują z rytmem, a my rozglądamy się za tym, co stanie się w kolejnych odcinkach. Trzy ostatnie utwory wiele tu bowiem rekompensują. W piątej odsłonie wita nas oniryczna elektronika, bystry rytm post-techno i gitarowe melodie, zwieńczone ambientowymi wokalizami. Odcinek szósty, to już crème de la crème albumu. Głos i masywny, rytmiczny bas pracujący w umiarkowanym, jednostajnym, niemal mantrycznym tempie, nad którym kłębią się obłoki post-elektronicznego hałasu. Dodajmy, iż sugestywna narracja zostaje tu urokliwie sfinalizowana. W końcowej opowieści znów nie brakuje mocnej bazy basowej, pojawiają się brudne brzmienia gitar i efektowne ekspozycje dęte, głównie saksofonu barytonowego. Zakończenie albumu jest mroczne, wręcz demoniczne, wzmacniane coraz bardziej rozśpiewanymi wokalizami.



wtorek, 26 października 2021

Campbell, Dikeman, van der Weide, Jacquemyn & Kugel! When The Time Is Right!


W słynnym amsterdamskim klubie Bimhuis lądujemy na początku maja 2013 roku. Na małej scenie kwintet soczystych owoców z free jazzowego raju - Amerykanin z Holandii, rdzenny Holender, Belg, Niemiec i fascynujący gość z serca jazzowej Ameryki. Umawiają się na jeden długi trak. Czują, że będzie gorąco, postanawiają więc nie grać zbyt długo i nadmiernie wyczerpująco. To ostatnie nie do końca im wyjdzie w praktyce, albowiem ogniste frazy raz za razem wypadać im będą zza pazuchy. W tym szaleństwie prym wieść będą szczególnie wiolonczelista i kontrabasista. Chwilami nieco wytłumiony będzie tu jedynie introwertyczny trębacz, ale to przecież z jego powodu sięgamy po dziewięciu latach - po raz pierwszy! - po to niesamowite nagranie. Bo i Roy Campbell kilka miesięcy po tym koncertowym wydarzeniu nie będzie już żył.

 


Otwarcie idzie tu z mocy całego kwintetu! Swobodne, rozchełstane, dęte quasi unisono ciągnie flow ku górze, a silna, zdwojona sekcja rytmu sunie całą szerokością ulicy, jak po swoje! W tak zwanym międzyczasie szczególnie ciekawie frazuje kontrabas, który zdaje się iść tu delikatnie w poprzek głównego nurtu. Na czele zacnego orszaku wszakże dzikie zwierzę tenoru, a obok niego trąbka, zmysłowy lisek-chytrusek. Gdy narracja traci nieco na tempie swoje popisy rozpoczynają wygłodniałe strunowce. Pierwszy za smyczek sięga kontrabas i fermentuje kreatywnością na każdym zakręcie. Na tle delikatnie zapętlonej sekcji świetne solo płynie wprost z trębackich wentyli. Po smyczek sięga także wiolonczela i mamy oto pierwszą akcję w duecie (7-8 minuta), który z precyzją szwajcarskiego zegarka będzie tu kreślił zmysłowe interludia raz za razem. Na pierwsze z interludiów świetnie odpowiada trąbka. Powrót do pełnego kwintetu pachnie tu free jazzowa magmą, głównie dzięki kompulsywnego tenorowi. Znów trąbka bierze na siebie jarzmo studzenia emocji na scenie.

Kolejne smyczkowe interludium wieńczy pierwszy kwadrans koncertu. Dźwięki zdają się tu lepić w intrygujące, post-barokowe zaśpiewy. Komentarz trąbki? Oczywiście, tym razem niczym wybudzony do życia niedźwiedź. W tle toczy się już basowe pizzicato, a perkusja pierwszy raz daje do wiwatu i dynamizuje narrację, jak tylko się da. Tuż po spowolnieniu po raz kolejny do roli głównego demiurgia improwizacji kandyduje kontrabas. Szoruje brudnym brzmieniem i zaprasza do kolejnego tanga wiolonczelę. Najpierw pizzicato vs. arco, potem już podwójne arco! To interludium dzieje się po 23 minucie koncertu. Powrót do kwintetu następuje tym razem z prawdziwym piskiem opon! Ach, ten tenor! Kolejne pętle narracji płyną bardzo szybko.  Improwizacja charakteryzuje się dużą zmiennością akcji, kreowana jakże odmiennymi temperamentami wszystkich muzyków. Swoboda, gorącą krew, ale i wystudiowane emocje.

Nim upłynie drugi kwadrans koncertu znów na piedestał wystawiony zostaje kontrabas – zmysłowe preparacje, piski, tarcia i gardłotoki. Jeden flow, jedna magia! Znów podłącza się wiolonczela, znów oba strunowce skoczą do nieba i ciągną wóz improwizacji ku wiecznej wspaniałości. W ramach bystrego komentarza pojawia się dźwięk fletu. Frazuje spokojnym jazzem, jakby banalnie pytał o drogę. Gdy narracja przygasa po raz ostatni, słyszymy perkusjonalne dzwonki. Nowe, finałowe rozdanie idzie tym razem wprost z gryfu wiolonczeli, najpierw z kontrabasem na dwa smyczki, potem już more typical – dwa dynamiczne ściegi pizzicato, które niosą cały kwintet przez końcowe, jakże eksplozywne wzniesienie. Dęte śpiewają tu przy otwartej kurtynie, a opowieść kończy swój niezbyt długi żywot pięknym fallingiem i burzą rzęsistych braw.

 

Roy Campbell/ John Dikeman/ Raoul van der Weide/ Peter Jacquemyn/ Klaus Kugel When The Time Is Right (577 Records, CD 2021). Roy Campbell - trąbka, flugelhorn, flet, John Dikeman – saksofon tenorowy, Raoul van der Weide – wiolonczela i instrumenty perkusyjne, Peter Jacquemyn - kontrabas, głos, Klaus Kugel – perkusja. Bimhuis, Amsterdam, 3 maja 2013 roku, nagrane w trakcie dOeK Festival 2013. Jeden trak, 37 minut i 46 sekund.



piątek, 16 września 2016

Sabir Mateen – Kolektywna Czwórka plus skromne resume pod pretekstem urodzin


Główny bohater doskonałego filmu Paolo Sorrentino Wielkie Piękno, znany włoski literat, w trakcie przyjęcia z okazji 65-urodzin, podsumowując poziom swojej życiowej motywacji, rzekł tymi słowami: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności.

Sabir Mateen, doskonały amerykański saksofonista, klarnecista i flecista, nie dość, że kilka miesięcy temu osiągnął ów wspaniały rok życia, to jeszcze wydał właśnie w naszym prześmiesznym kraju całkiem smakowitą, freejazzową petardę! Przy okazji, rzucając okiem na jego dotychczasowy, niezbyt zresztą bogaty, dorobek artystyczny, odniosłem wrażenie, że dewizę życiową włoskiego literata, stosuje on od dawien dawna.

Rzeczony krążek, to Collective Four (ForTune, 2016), czyli zgodnie z nazwą, połączone siły saksofonów, klarnetów i fletów Sabira Mateena, puzonu Conny Bauera, kontrabasu Marka Tokara i perkusji Klausa Kugela. Zawiera dokumentację foniczną koncertu, jaki kończył sześcioprzystankową trasę kwartetu po naszym kraju, a miejsce miał w Lublinie, w grudniu roku ubiegłego*).




Ponad siedemdziesięciominutowe nagranie, podane w trzech odcinkach, zaprasza nas do bezgranicznego oceanu modelowego wręcz free jazzu. Zatem odpowiedni poziom ekspresji, luźno zadzierzgnięty scenariusz improwizacji, bez nutek, w oczywisty sposób sygnalizujących przebieg wydarzeń, wreszcie kompetentni wykonawcy. Ta czwórka dorosłych mężczyzn o dużej rozpiętości wieku (sekcja dęta śmiało mogłaby być ojcem kontrabasisty), zapewne grała ze sobą na tej trasie po raz pierwszy w życiu, ale że krążek zawiera szósty ich wspólny występ, fakt ten nie wpływa w żaden sposób na jakość muzyki. Oczywiście w tych okolicznościach nie oczekujemy od muzyków naszych ulubionych niewyczerpalnych pokładów synergii, ani kosmicznej telepatii, ale od początku do końca band działa sprawnie i przynosi moc artystycznych wrażeń.

Królem polowania jest tu bez dwóch zdań Sabir Mateen, który prowadzi grę, wspaniale improwizuje na kilku instrumentach (które wciąż zmienia w trakcie grania) i udanie inspiruje kolegów do kolektywnych przepychanek. Bauer udanie kreśli puzonowy background dla popisów saksofonisty, rzadziej biorąc proces improwizacji wyłącznie we własne ręce. Doskonale funkcjonuje sekcja ukraińsko-niemiecka. Zawsze jest na czas, świetnie trzyma w ryzach rytm dźwiękowych galopad. Kugel jest fachmanem dużego sortu i w wielu miejscach na mapie współczesnego free udanie znaczył teren. Tu nie jest inaczej. Czujny i punktualny, zwarty i gotowy na każde wydarzenie na scenie. Tokar, w sumie dzieciak w tym gronie (ledwie po 40-ce), w wielu fragmentach pięknie komentuje wyczyny dęciaków, precyzyjnie kooperuje z drummerem i jeszcze, gdy sytuacja dramaturgiczna tego wymaga, sięga po smyczek i robi urocze tło dla spokojniejszych pasusów Mateena na flecie lub klarnecie, czy też wyciszonych eskalacji puzonu Bauera. Smaczkiem nagrania są poetyckie recytacje Mateena, podawane w oparach delikatnej i wyciszonej improwizacji Tokara.


*****

Oczywiście osoba Sabira Mateena zawróciła mi na powrót głowę, dzięki nowemu wydawnictwu legendarnej nowojorskiej formacji Test, o której pisałem nie dalej, jak kilka dni temu. Tamże dyskografię grupy oraz istotną moc sprawczą Sabira w tejże kolekcji, podkreśliłem i skutecznie – mam nadzieję – uzasadniłem. Teraz zatem drobny przegląd innych, ciekawych płyt w dorobku muzyka. Jak już wcześniej wspomniałem, nie jest on zbyt obszerny, zatem objętość tego tekstu nie powinna przekroczyć dziesięciu tysięcy znaków. Innym słowy, istnieje spora szansa, iż czytając z ekranu będziecie w stanie zrozumienia aż do samego jego końca.

Pozycje fonograficzne, w których nazwisko Mateen pada przynajmniej w roli co-leadera, zaczynają się w zasadzie dopiero w okolicach połowy lat 90. ubiegłego stulecia. W poprzedniej dekadzie Sabir rezydował w Los Angeles i grywał głównie w sextecie Horace’a Tapscotta. Dopiero przeprowadzka do Wielkiego Jabłka, na przełomie dekady (?), sprawiła, iż Mateen odnalazł się scenie freejazzowej, przy okazji, co rusz napotykając na przyjazne mu dusze i okazje na konstruktywny dżob.

Z dzisiejszej perspektywy trzeba chyba uznać, iż terminowanie w ulicznym szaleństwie pt. Test było znaczącym i niezwykle istotnym doświadczeniem dla tego muzyka. Jak wiemy z poprzedniej opowieści, pierwszy krążek firmowany nazwą Test pojawił się dopiero w roku 1998. Pamiętamy także o ciekawym, zarówno z punktu widzenia muzycznego, jak i socjologicznego, dworcowym duecie z Tomem Bruno Getting Away With Murder.




Wcześniej, bo już jesienią 1995, powstał bardzo ciekawy materiał studyjny, który opatrzony został tytułem wykonawczym One World Ensemble. Grupę stworzyli, obok Sabira Mateena, jego lustrzane obicie z Test, czyli Daniel Carter, a także pianistka Yuko Fujiyma, kontrabasista Wilber Morris i perkusistka Susie Ibarra (nawet mniej opętanym nowojorskim freejazzem nazwiska te mówią naprawdę dużo). Płyta zwie się Breathing Together (Freedom Jazz, 1997), a jej tytuł mówi prawie wszystko o muzyce tam zawartej. Swobodna, silnie jazzowo ukorzeniona, improwizacja w nieśpiesznych tempach i nostalgicznych skalach. Ale skoro gra na niej Mateen, możemy być pewni, że poziom ekspresji będzie istotnie wysoki.




Okres wokół milenijnego przesilenia i problemu roku 2000, owocuje w dyskografii Mateena kilkoma znaczącym spotkaniami z weteranem free jazzowego bębnienia, Sunny Murrayem. Efekt fonograficzny, to aż trzy krążki – najpierw duet We Are Not At The Opera (Eremite Records, 1998), potem zaś dwie części opowieści Perles Noires Vol. 1 i 2 (Eremite Records, 2005). Od razu należy zaznaczyć, że płyty pod względem autorskim przypisane są perkusiście (przy czym pierwsza, to… Sunny Murray with Sabir Mateen), jednakże muzyka na nich zawarta jest na tyle swobodną improwizacją, a sprawczy udział Sabira istotnie znaczący, iż śmiało mogłyby one zostać podpisane nazwiskami obu muzyków (choć na tej drugiej utwory opisane są jako kompozycje lidera, jest nawet evergreen Ornette Colemana). Warto dodać, że smaczku wydawnictwu Perles Noires dodaje udział osób trzecich – w pierwszej części są to Dave Burrell (piano), Louis Belogenis (sax) i Alan Silva (bas), w drugiej zaś Oluyemi Thomas (klarnet basowy, sax) i John Blum (piano). Nie grają oni jednak razem –  na dyskach mamy duety, tria i kwartet. O ile te pozycje polecam z całą stanowczości, jako przykłady konkretnie wartościowego free, o tyle mniejszym entuzjazmem darzę płytę nieoperową, gdyż brzmi ona, jakby właśnie w wielkiej sali operowej została nagrana – perkusja jest zbyt głośna i płynie na zniekształconym pogłosie, zaś dęciaki Mateena są słabo słyszalne.

Pozostając przy wątku współpracy z perkusistami, nie możemy nie wspomnieć o fantastycznym duecie Mateena z Hamidem Drake’em Brothers Together (Eremite Records, 2002). O tej płycie miałem już okazję pisać dekadę temu, a dziś te kilka słów, podsumowujących jakże energetyczny i wręcz mistyczny projekt, odnajdziecie w archiwum Trybuny, w zakładce Vivo Fiendly Improvised.  Koniecznie trzeba też podkreślić znaczący udział Sabira w autorskiej i równie jak powyższy duet, doskonałej płycie Hamida Bindu (Rouge Art, 2005). Cztery kosmiczne dęciaki (także Daniel Carter, Greg Ward i Ernest Dawkins) zderzone z plemiennym drummingiem Drake’a ponad dziesięć lat temu skutecznie zryły mi beret i istotnie przewartościowały podejście do free jazzu. Majstersztyk!



Utyskując nad wątłością autorskich, czy też współautorskich, dokonań Mateena w wieku 65 lat, należy przewrotnie zauważyć, że zasoby tej muzyki byłoby jeszcze szczuplejsze, gdyby nie… Marek Winiarski i jego nieocenione Not Two Records. W katalogu tej krakowskiej wytwórni doliczyłem się bodaj dziesięciu tytułów z udziałem amerykańskiego saksofonisty! Przywołajmy na początek te z Sabirem w roli tytułu wykonawczego: duet z Matthew Shippem Sama (2009), kwintet z udziałem m.in. Frode Gjerstada i Steve’a Swella Sound Gathering (2010), duży skład z autorską muzyką komponowaną The Sabir Mateen Jubilee Ensemble (2012), trio z Michalem Bisio i Whitem Dickeyem Understory (2013), wreszcie wspólny występ z triem Ferrian/ Pissavini/ Quattrini The uneXpected (2013). Do tego zestawu winniśmy dodać udział saksofonisty w formacjach Steve’a Swella Slammin’ The Infinite i Rivers Of Sound, skutkujące łącznie aż czterema krążkami w katalogu NT (można się jedynie spierać, która z nich jest doskonalsza), a także równie smakowity koncert formacji Frode Gjerstad/ Paal Nilssen-Love Project Hasselt (2013), który nie byłby tak frapujący bez drżących i co rusz eksplodujących dęciaków Mateena.




Jeśli na moment zostaniemy jeszcze przy dokonaniach naszego dzisiejszego bohatera w roli muzyka istotnie wzmacniającego efekt końcowy, ale niewymienionego z imienia i nazwiska na okładce krążka, należy z całą bezwzględnością wskazać doskonałe płyty kwartetów Marka Whitecage’a, innego wspaniałego saksofonisty z tamtej strony Atlantyku – myślę tu przede wszystkim o Other Quartet Consensual Tension (CIMP, 1998) i … Other Other Quartet Reserach On The Edge (CIMP, 1999). Przy odsłuchu obu płyt ślinię się obficie także dzięki różnym, ale jakże fascynującym sekcjom rytmicznym (na pierwszej Joe Fonda/ Harvey Sorgen, na drugiej Chris Dahlgren/ Jay Rosen).




Wracając do autorskich płyt Mateena – odnajdziemy w jego dyskografii trio (Divine Mad Love, Eremite, 1997), kwartet (Other Places Other Spaces, Nu Bop, 2008), a także kwintet (Secrets Of When, Blue Regard, 2001). Zaś naszą dzisiejszą opowieść zakończymy… formacją o bardzo długiej nazwie, którą wszelako należy koniecznie zapamiętać, bo jej jednopłytowy dorobek zwieńczyć może jedynie kolejny epitet recenzenta w pozycji na kolanach. Od dekady jest już z nami krążek kwintetu, który przyjął nazwę Sabir Mateen’s Shapes, Texture and Sound Ensemble. Dysk nazywa się Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006). Liderowi towarzyszą – Steve Swell (puzon), Mat Lavelle (trąbka, kornet, flugelhorn), Mathew Heyner (kontrabas) i Michael Thomas (perkusja). Ekstatyczna, gęsta i ekspresyjna muzyka autorska Mateena, wyniesiona drogą konstruktywnej improwizacji, na kosmiczny szczyt. Jeśli dawno jej nie słuchaliście, zróbcie to koniecznie. Jeśli jej nie znacie, … wiecie z pewnością, co natychmiast winniście uczynić!


*) Konieczne jest doprecyzowanie faktów – do składu Collective Four, aranżowanego na ubiegłoroczną, jesienną trasę po Polsce zaproszony został młodszy brat Conny’ego, Johannes Bauer. Niestety na tyle silnie podupadł on wtedy na zdrowiu, iż na koncerty w zastępstwie przyjechał ów starszy z braci. Jak niestety doskonale wiemy, kolejny rok przyniósł jeszcze smutniejsze wydarzenie – od szóstego maja nie ma już Johannesa wśród żyjących. Ta płyta to swoisty hołd jego pamięci.

poniedziałek, 23 maja 2016

SwitchbackI Chancey! Reed! – chicagowskie dożynki 2016, wersja udana


Trybuna z radością donosi, iż jej Autor nareszcie miał okazje uczestniczyć w koncertach muzyki improwizowanej w swym matczynym Poznaniu!

Okazja chwalebna, albowiem właśnie w miniony weekend odbyła się XI edycja festiwalu Made In Chicago. Impreza to specyficzna i poniekąd wyjątkowa, choć po prawdzie jej idea, a także atrakcyjność przeszła już raczej do historii, zapewne wraz ze śmiercią jej twórcy i animatora dobrej kultury, Wojtka Juszczaka. Choć miasto Chicago należy do bardzo dużych aglomeracji świata współczesnego, trudno wypełniać program festiwalu wyłącznie jej muzykami, przez drugą już dekadę.

Zresztą moja obecność na kolejnych edycjach, już po roku 2010, bywała raczej śladowa. W pamięci tego okresu migoczą mi jedynie dwa genialne koncerty - Henry Threadgilla (2011) i duetu Roscoe Mitchell/ Mike Reed (2013).

Tegoroczne chicagowskie muzykowanie – pomimo powyższych ambiwalencji – pozostawiło wszakże w mojej głowie wyłącznie pozytywne konotacje. Uległ zmianie termin festiwalu (z listopada, który co roku w naszym zacnym kraju obfituje w mnogość podobnych spędów, takich jak Krakowska Jesień Jazzowa, czy wrocławski Jazztopad), trochę zmieniła się formuła (kilka nowych miejsc do grania i słuchania), wreszcie na okoliczność imprezy w programie pojawiły się nazwiska nie tylko muzyków z Chicago.




Pierwszy dzień, nazwany pokrętnie Club Tour, obfitował w cztery koncerty, w czterech różnych miejscach, odbywające się godzina po godzinie. Pomysł na pewno nowatorski, choć w praktyce, po stronie publiczności, praktycznie niemożliwy do realizacji (czyli niech rękę podniesie ten, kto zdołał zobaczyć wszystkie koncerty w całości!). Nie wspomnę już, że na tych, którzy zdecydowali się zobaczyć je wszystkie, grosza nie zarobili lokalni barmani (czas pomiędzy koncertami przyjmował wartości ujemne).

Najpierw solo piano w sklepie z fortepianami (Jeremy Khan był tu tytułem wykonawczym), ale bez udziału Waszego Autora. Zacząłem w Scenie na Piętrze, do niedawna arenie głównej dożynek chicagowskich. Na scenie dwóch stałych uczestników tej zabawy (Harrison Bankhead i Avreeyal Ra), pianista nierozpoznawalnej nacji i korpulentna starsza Pani na tenorze - Julie Wood. W repertuarze evergreeny chicagowskiej historii. Pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia. Hmm…. Chociaż śpiewający przez moment Harrison był na swój sposób uroczy.



Potem już szybki sprint do Dragona (na szczęście jakieś 66 metrów w linii prostej) i bardzo smakowity kwartecik, powołany do życia właśnie na tę okoliczność koncertową. Weteran wielu bojów, jeszcze u boku wspaniałego Sun Ra i jego Arkestry, doskonały waltornista Vincent Chancey zabrał ze sobą na małą klubową scenę trójkę równie kompetentnych graczy – klarnecistę basowego Josha Steina (lat temu dziesięć męczył się w pewnym zupełnie niedanym projekcie Kena Vandermarka, Bridge 61), kontrabasistę Jasona Roebke (znamy się świetnie!) i naszego rodzimego drummera Kubę Suchara (kiedyś wyjątkowy Robotobibok, teraz Mikrokolektyw chociażby). Choć Panowie grali ze sobą pewnie pierwszy i być może ostatni raz, efekt końcowy był bardziej niż wyśmienity. Grająca bardzo melodyjnie waltornia pięknie kreowała przestrzeń dla improwizacji całej czwórki. Doskonale radził sobie Stein (chyba jednak ma na rozkładzie wspólne granie z Chanceyem, bo rozumieli się jak bracia syjamscy), piekielnie precyzyjnie pracowała sekcja. Roebke, wiadomo – klasa światowa, Suchar – nie chciał być gorszy i choć nie miał wiele okazji, by pograć na swój ulubiony drum’n’basowy sposób, to ani na moment nie pozostawał w tyle za amerykańskimi przyjaciółmi. Godzina minęła w mgnieniu oka i znów trzeba było uciekać na inny koncert!



Tym razem już na stojąco (inni byli szybsi!), w sporym tłumie, w pewnej odległości od sceny (szczęśliwie wzrost mam ponadprzeciętny i coś widziałem). Na scenie klubu Las (kompleks Off Garbary!) kwartet, który miłośnicy rasowego free jazzu znają z jednej płyty wydanej w tutejszym Multikulti, czyli Switchback. Międzynarodowe towarzystwo, mieszanka krwi niemieckiej, wschodnio i środkowoamerykańskiej, a także polskiej. Sekcja Klaus Kugel – Hilliard Greene zabiła nas swoimi kompetencjami na niejednej już płycie absolutnie modelowego free. Mars Williams – torpeda o wzroście siedzącego psa *) – to postać niewymagająca referencji, przy okazji pierwszy saksofonowy współpartner Kena Vandemarka w jego epokowym The Vandermark 5. Muzyk, który fonograficznie nie ujawnia się światu zbyt często, nad czym winniśmy nieustannie ubolewać. Wreszcie Wacław Zimpel, mimo wciąż młodego wieku, po prawdzie już ikona polskiej muzyki improwizowanej. Płyta wydana dwa lata temu, nagrana została w okolicznościach koncertowych i muzyka na niej zawarta już wtedy kipiała nieprawdopodobną energią. Spotkanie piątkowe, energetyczność tą zmultiplikowało po wielokroć. Ogromna chemia na linii Williams – Zimpel niesie ten kwartet naprawdę wysoko, czemu bardzo sprzyja dosadność i korpulentność sekcji. Doskonały koncert. I ciekawa refleksja osobista: w wielu ujawnieniach muzycznych Zimpela, brakuje mi nieco energii i ekstrawertyki. Tu, w switchbackowej konwencji, czuję jej tyle, że wszelkie ambiwalencje rozpływają się w obłokach ich absurdalności. Prawdziwy wulkan klarnetu!



Festiwalowa sobota, to dwa koncerty w Sali Wielkiej lokalnego CK Zamek. Osobiście pofatygowałem się na pierwszy z nich. W zapowiedziach wyglądało to dość groźnie - Flesh and Bone. Po pierwsze będzie to projekt (uff), po drugie na temat konfliktów rasowych ze słowem mówionym (matko, ratuj!), po trzecie w sumie aż oktet muzyków, zatem pewnie dużo nutek na pulpitach i ogrom bezczelnej zadumy. Rzeczywistość okazała się zdecydowanie bardziej przyjazna. Ośmiu muzyków – fakt, w tym dwóch operujących jedynie głosem, po części mówionym – fakt, pięciolinie na pulpitach – fakt, ale efekt całości… naprawdę zaskakujący. Cztery dęciaki, w tym wczorajszy bohater Josh Stein i inny, znamy nam z tego festiwalu, świetny alcista Greg Ward, na kontrabasie znów Jason Roebke, a na perkusji lider i pomysłodawca całego zamieszania, Mike Reed. Plus dwóch spokenwordowców - pierwszy z nich, czarnoskóry, w niedbale zapiętej koszuli, także śpiewający, drugi recytujący tekst w tempie karabinu maszynowego, biały gangsta rapper z trudniejszej dzielnicy. Dynamiczna, jazzowa, rzekłbym nawet freejazzowa propozycja, poparta świetnymi improwizacjami, częściej w podgrupach niż solowymi. Słowo mówione nienachalne i świetnie (aktorsko) podane, doskonale skorelowane z bardzo konkretnym, świetnie zagranym materiałem muzycznym. Choć mnóstwo elementów tej niebywałej układanki było zaplanowane, czy zaaranżowane, cały koncert aż kipiał energią. Muzyka była tak dobra, że… po prawdzie darowałem sobie odbiór werbalny dzieła (dodam jedynie, że ani przez moment nie zdał mi się pretensjonalny). Po godzinie i paru minutach pozostało tylko wstać i ostro bić brawo. Co też uczynili wszyscy.

Niedziela, to koncerty plenerowe w mieście. Myślę, że było interesująco.

Podziękowania dla Piotra za piątkowe współuczestnictwo i czujną opiekę!


*) Niech mi Mars wybaczy ten drobny epitet. Zaciągnąłem go z określenia, jakim obdarowany został kiedyś przez Hirka Wronę w radiu publicznym, niedawno zmarły Prince. Panowie mają/ mieli podobny wzrost.
**) fotografie ubarwiające relacje z festiwalu ze strony wydawcy płyty Switchback