czwartek, 21 marca 2019

Džukljev& Porteleki! PLANT! Mount Meander! Der Finger! Disen Gage! Ferran Fages! Lotz Of Music! March summary & genre rollercaster, so whatever you want!


Marcowa zbiorówka recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych, tym razem bez zbędnych wstępów. Przed nami bowiem mnóstwo dźwięków i równie tyle słów!

Może jedynie wskażmy marszrutę! Zaczynamy na Bałkanach, potem zwarcie międzykontynentalne, australijsko-kanadyjskie, następnie Berlin, Rosja, Barcelona, a na finał wracamy do Niemiec!




Marina Džukljev& Aron Porteleki  Wonder Marks (Klopotec, CD 2018)

Ubiegłoroczny, majowy Ring Ring Festival, odbywający się w Serbii, a na jego scenie dwójka intrygujących artystów: Marina Džukljev na fortepianie oraz Aron Porteleki na perkusji i instrumentach perkusyjnych (pod koniec występu sięgnie także po altówkę). Nieprzerwany ciąg dźwięków potrwa 36 minut bez siedmiu sekund.

Koncert inaugurują czarne klawisze fortepianu, delikatnie preparowane, być może ledwie małym fragmentem dłoni. Położony nieopodal werbel poddawany jest procesowi polerowania, talerze zdają się być muskane końcem palca serdecznego. Narracja od startu jest zwinna, muzycy zaś świetnie są ze sobą skomunikowani. Perkusista krąży wokół pianistki, bogato zdobi swój szlak, czeka na rytmiczną propozycję ciągu dalszego. Marina wpada w rezolutny trans i bez trudu spełnia oczekiwania partnera. Po niedługim czasie wzbogaca paletę barw, płynie po klawiszach, krąży wokół zadanego przez siebie rytmu. Nabrzmiewa i pulsuje. Tembr jej instrumentu nabiera szorstkości, matowieje, nie tracąc wszakże zmysłowej głębi. W 7 minucie flow opowieści kieruje się ku otwartej, jazzowej formule. Drummer zdaje się wisieć na szyi pianistki, stawia zasieki pod wysokim napięciem. Mała kipiel bystrze wybrzmiewa, a puls rytmu z klawiatury, by rzec polirytmii, powraca w stanie nienaruszonym.  Sonorystyczny komentarz perkusisty, czyniony w biegu, dalece frapujący. W 12 minucie radykalny stopping staje się początkiem solowej ekspozycji Mariny. Salwy międzygatunkowej ekspresji, czynione wszakże z głęboko zaszytym, wciąż aktywnym nerwem rytmiki. Gdy Aron powraca, muzycy, niczym dobrana para na ślubnym krużganku, idą w tango! Progresywny drumming, taneczny, bogaty strumień fortepianu. Odrobina klasycyzmu na dłoniach pianistki, serdeczna kipiel pod nogami perkusisty.  Następujący tuż potem proces wybrzmiewania komentowany jest przez dźwięki przypominające granie na … grzebieniu. 21 minuta, to definitywny kres tej części koncertu. Muzycy brną dalej w gęstwinie preparacji. Drummer trafia w punkt z precyzją godną mistrzów. Preparacje piana znów zdają się krążyć wokół rytmu – specyficzne call & responce z równie kreatywną perkusją! Narracja zaczyna toczyć się od zmiany do zmiany. Separatywne ekspozycje solowe, rezonans talerzy, preparacje to tu, to tam, małe gry, filigranowe smutki. W 28 minucie muzycy zaczynają odbudowywać narrację, którą porzucili kilka minut temu. Flow obojga staje się intensywny, pazerny na interakcje, z mocą wzajemnych stymulacji. Powraca free jazz, a wszyscy, po obu stronach sceny, zdają się być z tego faktu zadowoleni. Echa Cecila Taylora i Tony Oxleya – jeśli ktoś w tym momencie spektaklu potrzebowałby drogowskazu. Prawdziwy ogień! Od 33 minuty muzycy systematycznie gaszą płomień – piano repetuje, perkusja rezonuje, a na ostatniej prostej do akcji wkracza sonoryzująca altówka. Płacze, cicho skowycze, rytualnie zawodzi. Piękny finał niemniej pięknej płyty, którą wieńczy huragan kilkudziesięciosekundowej owacji!




Jim Denley & Éric Normand  PLANT II (Tour de Bras, CD 2018)

Przenosimy się na parędziesiąt minut do świata preparowanych dźwięków. Australijski weteran wyzwolonej improwizacji, Jim Denley na saksofonie altowym, fletach i przyborach (tools) oraz często ostatnio goszczący na tych łamach, kanadyjski basista Eric Normand, który będzie także korzystał z pewnego elementu zestawu perkusyjnego (drum) oraz bliżej nieokreślonych obiektów. PLANT II, to ciąg dalszy ich duetowej przygody, która zaczęła się płytą PLANT, wydaną na winylu wiosną ubiegłego roku. Składa się z pięciu części i trwa 46 minut z sekundami. O samych okolicznościach powstania tego nagrania wiemy niewiele.

Spektakl rozpoczyna delikatnie podśpiewujący alt, tuż obok gitara basowa traktowana perkusjonalnie, drży i trzeszczy elektroakustycznie. Stylowa narracja od samego startu, z zaszytym nerwem rytmu, skupiona w głównej mierze na preparowania dźwięków, jakie wydaje dęciak i elektryczny strunowiec. Moc zdarzeń fonicznych w tubie i na gryfie. Drugi fragment rodzi się z udziałem dźwięków, których nie słyszeliśmy w pierwszej części. Akcenty drummingowe, kipiel małych dźwięków spod strun basówki, szmery w tubie, cicha sonorystyka eskalująca dużą ilość fonii w jednostce czasu. Piłowanie strun, wietrzenie dysz, tajemnicze przedmioty w tubie saksofonu, mniej dźwięków typowych dla gitary basowej, więcej dla small percussion, wreszcie posmak industrialu z uwagi na intensywność przekazu. Bardzo efektowna ekspozycja! W trzeciej części proces preparacji wzmaga się – alt drży jak struna, bas przypomina generator prądu dużej mocy. Raz po raz, oba podstawowe instrumenty zdają się sugerować fonie, jakie zwykliśmy im przypisywać, jakkolwiek czynią to z nutą słodkiej psychodelii, pozostając w samym środku rozmazanego spektrum dźwięku. Post nuclear free noise improv! – notuje zdesperowany recenzent. Z biegiem czasu tego fragmentu nagrania, muzycy ostrożnie czyszczą swoje brzmienie. Bas zaczyna pulsować żywymi strunami, repetować i podśpiewywać. Dęciak jest tuż obok, śle chropowate drony. Finał odcinka, co staje się tu już zasadą, dość nagły.

Część czwarta, to pasaż kolejnych preparacji. Przez moment wydaje się, że słyszymy ludzkie gardło w trakcie zaawansowanej anginy. Charkot, sapanie, stękanie, tudzież odgłosy jakby z zepsutego urządzenia elektrycznego. Narracja szyta jest coraz grubszym ściegiem – kolejny etap systematycznego gubienia źródeł dźwięku. Na samym dnie zaś nerwowy meta rytm. Zmiana goni zmianę, a ta ostania przynosi szczyptę onirycznej akustyki. Wreszcie fragment finałowy – preparacje z tuby, igraszki z prądem na gorącym gryfie. Stan preparacji permanentnej! – rzekłby poeta. Narracja szybko osiąga stan kipieli – bas zdaje się być maltretowany, obijany kijem, a jego amplifikator kopany i poniewierany ostrymi przedmiotami. Hard noise with small interactions! Kolejnym etapem – dronowe imitacje, jakby trzeci instrument wchodził do gry, tudzież kolejny dęciak. Choć recenzent nie kupuje całości tego spektaklu w estetyce broken sounds (nagranie zdaje się być nieco przeładowane pomysłami), to musi przyznać, iż wiele jego momentów naprawdę ekscytuje. Sam finał znów poszukuje dronowej konwencji, ale nie stroni także od żywych pasaży saksofonu i gitary basowej.




Mount Meander  Live in Berlin (Gotta Let It Out, CD 2019)

Czas na porcję swobodnej improwizacji, dla której punktem wyjścia jest estetyka jazzowa. W przypadku kwartetu Mount Meander zdaje się ona przede wszystkim stymulować kreatywność każdego z muzyków, a nie zaś pętać im nogi wyuczonymi schematami. Pod flagą litewską, niemiecką i polską: Kārlis Auziņš na saksofonach, Lucas Leidinger na fortepianie, Thomas Sauerborn na perkusji oraz - last but not least - Tomo Jacobson na kontrabasie, przy okazji także wydawca płyty. Koncert nagrany w Berlinie (Jazz Units, Musikbrauerei) pod koniec listopada 2017 roku, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, podzielonym na części z tytułami, które interesująco opisują sytuację dramaturgiczną na scenie. Łącznie 50 minut i 15 sekund.

Sucha tuba saksofonu, drżenie gryfu kontrabasu, małe klawisze piana, relaksujące szuranie po glazurze werbla, szum sali koncertowej – introdukcja toczy się z należytą pieczołowitością. W 4 minucie ze zgiełku ciszy wykluwa się jazzowa narracja, budowana w skupieniu, z dbałością o każdy dźwięk. Otwarta formuła, swoboda we wzajemnej komunikacji. Opowieść systematycznie narasta, nabiera dynamiki, aż po galopującą kipiel zdrowego free, z wyrazistą ekspozycją zadziornego saksofonu. Lekkie hamowanie jest przy okazji pretekstem do zmiany traku na dysku. Saksofonista milczy, pozostali zaś muzycy udanie akcentują swoje artystyczne kompetencje, zwłaszcza odrobinę klasycyzujący pianista. Wszystko dzieje się dynamicznie, bez szemrania i znaków zapytania. Powrót saksofonu miast eskalować proces, zwinnie go wycisza. Kolejny fragment koncertu niesie na strunach kontrabas, towarzyszy mu drummer na jednym talerzu. Oniryczne duo, w komentarzu ślady piana, pomruki z tuby. Po chwili to pianista buduje podwaliny pod kolejny odcinek. Saksofon ciągnie jeszcze stary flow, a drums & bass narastają w ogniu emocji. Kolejna kipiel free, finalizowana samotną opowieścią perkusji, która trwa 60 sekund i stanowi separatywną część koncertu.

Dynamiczne, płynne wejście wszystkich muzyków w odcinek siódmy zwiastuje kulminację koncertu (Opus!). Odrobina preparacji, rozgrzany drummer – zdecydowanie dziać się będą rzeczy ekscytujące. Flow płynie zwinnie, z kocią precyzją, z dynamiką budowaną na gryfie kontrabasu, gdzie swoje piękne chwile przeżywa smyczek. Groźny, piękny moment koncertu! Rzeczony smyczek wraz z inkluzywnym percussion perfekcyjnie tłumią opowieść, która po nabrania łyku świeżego powietrza, płynie dalej pure jazzowym strumieniem. Dobra ekspozycja piana, saksofon, który znaczy teren tylko udanymi dźwiękami. To właśnie ów dęciak bierze sprawy w swoje ręce i tnie przestrzeń frazami godnymi mistrzów free jazzu! Sekcja pogrywa buńczucznie, full jazz, pieprz i wanilia! Prawdziwa kipiel w tubie i piano, które gasi ten płomień – kolektywne łapanie ciszy spoconymi dłońmi. Finał koncertu, tu nie bez przyczyny nazwany encore, rodzi w szumie preparacji, z garścią sonorystyki. Czarne klawisze, smyczek, zapach dysz i szmer talerzy. Ostatnia część koncertu nie mogła zacząć się lepiej. Delikatna, filigranowa opowieść, saksofon z folkowym zaśpiewem, kind of chamber in collective flow, smutek smyczka, rezonans talerzy – innymi słowy, definitywnie transcendentalny skowyt! Błyskotliwa narracja, która tylko pozornie narasta. Muzycy wciąż tulą się do siebie, wzajemnie dotykają, w każdym dźwięku szukają drugiego dna. Solowa ekspozycja kontrabasu, akurat tu, niczym wisienka na torcie! Wtóruje mu saksofon, która szuka bliźniaczej fonii. Obok barwne perkusjonalia, inside piano. Free improv above free jazz! Brawo! Telepatyczna symfonia sonorystyki! Recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Doskonałe zakończenie bardzo dobrej płyty - to kolejna jego myśl. Na ostatniej prostej garść słodyczy z tuby saksofonu.




Der Finger  Le cinque stagioni  (Toten Schwan Records, CD 2019)

Na dłuższą chwilę przenosimy się do Rosji, by posłuchać dwóch frapujących wydawnictw, pełnych improwizowanego szaleństwa i zdrowej psychodelii. W głównej mierze sprawcą zajścia jest tu basista, operator wszelkiej maści elektroniki, Anton Efimov. Pierwsza formacja zwie się Der Finger, ma w dorobku mnóstwo płyt, a ich najnowsze dziecię zwie się … Pięć Pór Roku! Obok Efimowa w składzie: Evgenia Sivkova – saksofon i perkusja oraz … jej ojciec, Edward Sivkov – klarnet basowy, saksofon i instrument o nazwie bass-domra. Nagranie studyjne z marca 2018 roku, składa się - oczywiście - z pięciu części, a trwa 76 minut i 5 sekund.

Początkiem tej opowieści nie może nie być fragment Czterech Pór Roku Vivaldiego, tu w postaci sampla wypuszczonego, jakby ze zdewastowanego kaseciaka. Gwałtowny atak żywej fonii, jaki następuje tuż po nim, dobrze wprowadza nas w nastrój piosenek, które będą nam towarzyszyć przez kolejne pięć kwadransów. Piorun gitary basowej, saksofon na kosmicznym pogłosie, rytmiczny flow elektroakustycznego ognia w tle, perkusja silnie post-rockowa, wszystko zaś skąpane po pachy w psychodelii. Post-jazz, post-rock, post-music! Flow narracja jest gęsty, bardzo zmysłowy, ma kilka płaszczyzn percepcji, czasami przypomina matrioszkę. Ile ich by się nie otworzyło, w środku zawsze znajdziemy nową! Bas skwierczy rytmicznie, a saksofon płonie, jak na najlepszych płytach free jazzowych epoki ponowoczesnej. Wiele akcentów strunowych, bystre wtręty klarnetu basowego. Narracja parska plamami dźwięków, bądź buduje imponujące drony. Drugi epizod wywraca wszystko do góry nogami (kolejne też będą tak czynić). Bas skwierczy elektroniką, żywa perkusja buduje rytm, saksofon frazuje na jazzowo. Tylko krok, by wejść w obszar działania techno beatu, z furiackim saksofonem. Zaraz potem jazzowa synkopa, tu naprawdę może zdarzyć się wszystko! W obrębie jednej, kilkunastominutowej opowieści gatunkowy płodozmian! Dzieje się tak wiele, a muzycy zdają się nie podejmować złych decyzji. Płaszcz psychodelii w każdym przypadku, to idealny kontrapunkt. Gdy trzeba na moment zatrzymać się, saksofon pęknie gasi płomień w gęstym sosie elektroakustyki. Tańczy ze strunami i szczerzy do nas zęby! Trzeci epizod otwiera syntetyczny automat perkusyjny, puls basu, jeszcze żywy i spokojny, niemal miłosny saksofon na pogłosie. Drobne skojarzenie z niemieckim Tied and Tickled Trio, tu skąpanym w piekle psychodelii. Kolejny krok w kierunku eskalacji – atak dwóch saksofonów. Posuwisty, dziki dialog, a w tle coś na kształt berlińskiego Basic Channel, wersja betonowa. Brak muzycznych i stylistycznych hamulców buduje jakość rosyjskiej improwizacji. Na finał trzeciej części, tuż po kolejnym ciosie śmiercionośnej sekcji bass & drums, słodka ballada, z bardzo jednak hałaśliwym tłem.

Czwarta pora roku zaczyna się jak ostrze brzytwy. Drony saksofonu i klarnetu, gitara basowa, która wbija pale w ubitą ziemię – epicka psycho-drama! Mnóstwo kolorów, mnóstwo dźwięków, saksofonowa kipiel i elektroakustyczna ściana dźwięku. Narracja rozbłyska jak paw na wybiegu! Znów rockowy rytm, pasja tworzenia, moc psychodelii. Punk w wersji najostrzejszej, brudny tembr saksofonu i bas, który zna odpowiedź na każde pytanie. Na domiar naszej euforii – pojawiają się post-rockowe riffy z nieznanego źródła pochodzenia (gitary?). W tych okolicznościach spotyka nas kolejna wolta stylistyczna – zejście w dół, ostre hamowanie, pogłos, dubowa przestrzeń bez granic, perły dźwiękowe z obu dęciaków. Wreszcie epizod finałowy – drżenie basu, powrót żywej perkusji, smak gęstego napalmu o poranku. I nowa sytuacja sceniczna – bas gra czystymi strunami, progresywny drumming, buzująca elektronika, która raz skwierczy, innym raz śle drony. Fantastyczny moment pełnej symbiozy żywych i syntetycznych dźwięków. Pogłos, bezdenna otchłań nieba i piekła, dub free jazz!




Disen Gage  Nature (Noname666, CD 2018)

W ramach rozbudowanego suplementu do Der Finger, sięgamy po formację Disen Gage. Ponieważ obaj muzycy (Konstantin Mochalov, Anton Efimov) zatopieni będą w bezmiarze współczesnej elektroniki, nie wypada pytać ich o szczegółowe instrumentarium. Nature to ich ubiegłoroczna płyta (jest już nowa, ale nie dostała jeszcze do redakcji), trwa 48 i pół minuty, składa się zaś z trzech kilkunastominutowych, epickich opowieści o naturze kosmosu (z dużym wszakże przymrużeniem oka).

Nature, to progresywna, niebanalna, bardzo bogata w odniesienia gatunkowe elektronika, silnie naznaczona piętnem improwizacji. Post-techno z Berlina, analogowa elektronika lat 80., to tropy najbardziej oczywiste. Nie sposób też nie wskazać na post-rockowy, silnie psychodeliczny sztafaż doświadczeń Efimowa, z którymi obcowaliśmy przy okazji poprzedniej płyty w dzisiejszym zestawie. Wszystko czynione tu jest z epickim rozmachem, szczyptą zdrowego harshu, brudu na kablach, powykręcanego stylistycznie i rytmicznie. Czasami ma się wrażenie, że muzycy bawią się zepsutym programowaniem commodore, paląc przy tym wysokogatunkowe używki. Duża zmienność akcji, bez sekundy nudy, smak ciszy, swąd złego prądu i gatunkowe analogie do J.M. Jarre’a!

Druga opowieść zdaje się być chłodniejsza, bardziej zdystansowana. Strumień elektroniki z garścią niebanalnych zadziorów brzmieniowych. Migotliwy, elektroniczny dark ambient. Głucha, oniryczna czeluść - masywne płaty fonii, niczym chłostanie batem. Trzecia powieść bliższa jest klimatom post-electro. Dużo w niej pourywanych rytmów, niedokończonych fraz, a całość nie jest pozbawiona czupurnych wątków tanecznych. Na sam już finał kolejna rosyjska petarda między oczy – atak rockowych gitar, zręcznie przetworzonych na grubych kablach. Moc electro-heavy metalu, dalece zaskakująca ściana dźwięku na ckliwe dobranoc!




Ferran Fages  ‎Un Lloc Entre Dos Records (Another Timbre , CD 2018)

Po niebywałej porcji energetycznych dźwięków, czas po kolosalne wyciszenie. Kolejna wolta stylistyczna tej zbiorówki, prowadzi nas do świata współczesnej awangardy, tak dalece tłumiącej emocje i minimalizującej ilość wydawanych dźwięków, iż być może, w trakcie odczytu i odsłuchu, będziemy musieli szczypać się w policzki i sprawdzać, czy jeszcze żyjemy! Bohaterem dwóch kolejnych recenzji będzie kataloński gitarzysta i eksperymentator Ferran Fages, którego dokonania na wielu polach świetnie tu znamy, a najbardziej w ramach tria Phicus, które bez wątpienia zaliczamy do najbliższej rodziny Trybuny.

Najpierw płyta na gitarę akustyczną i elektronikę. Jeden nieprzerwany ciąg dźwięków, prawie 54 minuty muzyki, bazującej na formule kompozycji, z nierozpoznanymi rozmiarami ewentualnego procesu improwizacji. Nagranie z marca i kwietnia ubiegłego roku z Barcelony.

Dźwięczny flow gitary akustycznej, która zdaje się delikatnie rezonować z ciszą, jaka spowija pomieszczenie studia nagraniowego. Rodzaj repetytywnej kompozycji. Temat podawany jest majestatycznie, selektywnymi akordami. Do tej niewielkiej porcji dźwięków, od czasu do czasu, dodawany jest nowy składnik – mikrofaza, półnuta, szczątek myśli. Ważnym elementem strategii narracyjnej jest tu cisza. Konceptualna niemal powolność, wielokrotne wsłuchiwanie się w pojedynczy dźwięk, metafizyczna sytuacja sceniczna. Po 6 minucie narracja przebiera szaty pure minimalizmu, chwilami zdaje się wisieć na jednym dźwięku, który powoli wybrzmiewa, łechta ucho i zanika. Po 10 minucie dostajemy się w powolny wir pasma fonii, która przypomina falę radiową zagubioną w przestrzeni kosmicznej. Wgryza się w ciszę i odstawia gitarę na kilkanaście minut. Jednostajny puls, jakby droga do całkowitego zatracenia idei muzyki. Gitara powraca w okolicach 25 minuty, słuchacz zatem śmiało wyrwać się może z obowiązkowego letargu. Fala dronu wszakże nie zanika bez walki. Gdy w końcu gitara zostaje sama, serwuje nam porcję dźwięki w sekwencji z góry ustalonej. Faktura narracji staje się nieco bogatsza. Każdy akord wybrzmiewa z adekwatną precyzją. Tło delikatnie pobrzmiewa, ale nie ma już posmaku fali radiowej. Po 37 minucie Ferran powraca do trybu narracyjnego, jaki towarzyszył nam na początku nagrania. Znów pojedynczy dźwięk zdaje się fascynować muzyka ponad wszelką miarę. Gra ciszy, pomruk pomyślunku kompozytora. Po 44 minucie powraca coś na kształt fali radiowej. Tuli się do gitary, jakby chciała upodobnić się do pogłosu, jaki mógłby towarzyszyć drżeniu strun. Na finał, po 50 minucie, próba ubogacenia flory opowieści. Pulsująca repetycja, incydentalnie nawet trzy frazy gitary jednocześnie. Potem parędziesiąt sekund zupełnej ciszy i garść dźwięków na finał zupełny.




Ferran Fages  Detuning Series For Guitar (Edition Wandelweiser Records, CD 2018) 

Pójdźmy krok dalej w kierunku tłumienia ekspresji i kreowania kolejnego stadium minimalizmu. Kompozycja na dwie rozstrojone gitary elektryczne (delikatnie parafrazując tytuł płyty). Autorem jest tu rzecz jasna Fages, któremu towarzyszy Didier Aschour. Idea tej muzyki powstała w roku 2016, nagrana zaś została w roku ubiegłym. Pięć części oznaczonych cyframi, 55 minut.

Schemat dramaturgiczny jest następujący: dźwięk pierwszej gitary, dźwięk drugiej gitary oraz duża porcja ciszy. Gitary podłączone do prądu, ale z niskim poziomem zasilania. Strictly contemporary minimal, jakkolwiek w swej koncepcji nie zbyt dalekie od idei improwizatorskiej Johna Stevensa Flower. Muzycy wydają dźwięki naprzemiennie, a gdy już zagrają cokolwiek wspólnie, kończą utwór. Tu, w duecie dwóch gitar – … nie kończą. Narracja, to rodzaj trudnej wycieczki w poszukiwaniu utraconej harmonii i gitarowego stroju. Toczy się leniwie i równie dynamicznie, jak gwiazdy na bezchmurnym niebie. Druga część zdaje się być o ziarno pszenicy bardziej intensywna, choć porcje ciszy nieco bardziej rozległe – konceptualizm do krwi ostatniej, cytując klasyków kinematografii socrealistycznej. W trzeciej części każdy z gitarzystów gra jednocześnie dwie frazy przed obliczem nieposkromionej ciszy. Ba, jeden z nich, w przypływie szaleństwa, decyduje się aż na trzy frazy. Nie zmienia to faktu, iż udział ciszy w strukturze kompozycji przypomina procent posiadania piłki przez drużyny futbolowe, prowadzone przez Pepa Guardiolę!

Czwarta część, to powrót do koncepcji pojedynczych fraz, które zdają się być bardziej wypełnione prądem, a ich wybrzmiewanie dłuższe. W ostatniej części, początkowo dźwięki dostarcza tylko jedna gitara, usytuowana po prawej stronie. Lewa strona sceny rodzi się po kilku minutach - obie ślą mikrofrazy, a na ostatniej prostej, jakby budziły się z letargu. Lewa gitara dostarcza nam kilka nowych, frapujących dźwięków, ale dzieje się to już przed obliczem ciszy ostatecznej i zatrzymaniem rekordera.




Lotz Of Music  ‎Live At JazzCase  (El Negocito Records, CD 2018)

Czas na finał naszej dzisiejszej, nieco rozgadanej zbiorówki. Po paśmie ciszy, od czasu do czasu, inkrustowanej pojedynczymi dźwiękami, porcja dość bogata aranżowanej muzyki (chwilami być może, zbyt bogato). Przenosimy się do świata muzyki komponowanej, precyzyjnie zaplanowanej, z dużą wszakże porcją improwizacji, rodzącej się w tyglu międzygatunkowych wybuchów i trzęsień ziemi. Nie zabraknie też słodyczy i ballad dla grzecznych dziewczynek.

Główną postacią kwintetu jest Mark Alban Lotz, berliński flecista (tu używa czterech ich rodzajów), kompozytor większości materiału. Towarzyszą mu: Jörg Brinkmann na wiolonczeli, Alan Purves Gunga na perkusji i perkusjonaliach (plus inne przedmioty), Albert Van Veenendaal na fortepianie (także preparowanym) oraz Claudio Puntin na klarnecie, karnecie basowym i żydowskiej harfie. Niektórzy muzycy używają tzw. efektów, a także własnego głosu. Nagrane live w miejscu zwanym Dommelhof (Neerpelt), we wrześniu 2016 roku. Osiem kompozycji, 49 minut z sekundami.

Pierwszy temat podaje wiolonczela, która brzmi jak kontrabas. W tle skwierczy elektroakustyczny brud, a flet buduje na tej bazie swoją krótką, precyzyjną ekspozycję solową. Kind of chamber with post-rock view! – notuje recenzent. Zaraz potem stylowa ekspozycja wiolonczeli, która – uprzedźmy wypadki – najczęściej obdarzana będzie na tej płycie ciepłym słowem. Cała kompozycja aż kipi pomysłami, bogactwem aranżacji i zmiennością przebiegu. Jazz, fussion jazz, garść preparacji, wiele momentów modulowania, czy kształtowania dźwięku amplifikowanymi zabawkami. Druga część, choć spokojniejsza, równie pełna jest zdarzeń i pomysłów, zarówno kompozycyjnych, jak i improwizatorskich. Dobre zmiany daje pianista, który z całej piątki muzyków zachowuje chyba najwięcej umiaru w zakresie buzującej nadkreatywności. Trzeci odcinek wyhamowuje i przenosi nas do świata statecznego bluesa, który szuka zaczepki w klimatach fussion rocka. Nim złapie posmak psychodelii, zdaje się być mocno wtórną propozycją. Czwarty startuje, niczym pierwszy, mocnym tematem podanym z gryfu strunowca. Komentarz małego piana, bardzo udany. Narracja toczy się ponownie, niczym wojna dnia z nocą - muzycy wyciągają pomysły z kieszeni niczym prestidigitatorzy, a słuchacz miewa problemy o ogarnięciem zamysłu na całość przebiegu kompozycji. Oto, jak nadmiar bywa wrogiem dobrego.

Rytm, tonacja, melodia – piąty fragment, to kolejny moment do tupania nogą i pośpiewywania przy goleniu. Dobre solo fletu, swingująca sekcja. Jeśli czekasz na odrobinę ciekawszych porcji dźwięku, wiolonczela cię nie zawiedzie. Szósta piosenka, bez cudzysłowu - słodka ballada dla wyjątkowo grzecznych dziewczynek. Pozostawilibyśmy ją bez komentarza, gdyby nie … udany finał z udziałem wiolonczeli. Siódmy temat cały kwintet gra unisono. Grozę sytuacyjną sieje czarny klawisz fortepianu. Ten dość ilustracyjny fragment muzyki wieńczy bogaty komentarz głosowy. Ostatni utwór znów ginie na nadmiarze pomysłów, eklektyzmie formy, która zdaje się nieco krępować poszczególnych muzyków. Całość inkrustowana efektami, niczym z dawnych kreskówek dla najmłodszych. Króluje rytm, który dość zgrabnie przenosi nas do samego końca płyty. Lotz Of Music. A lot of .. too much music. Żonglerka stylami i gatunkami, niczym kowbojski pojedynek w samo południe. Na ostatniej prostej odrobina bystrej, niemal afrykańskiej polirytmii.



środa, 20 marca 2019

Luis Vicente & Vasco Trilla! A Brighter Side of Darkness!


Kolejny na tych łamach, w odstępie tygodnia, bukiet kwiatów improwizującej młodzieży z Półwyspu Iberyjskiego. Kolejni ulubieńcy redakcji, znów muzycy wyjątkowi i godni wszelkich pochwał.

Barcelona, studio nagraniowe Golden Apple, 27 lutego ubiegłego roku. Luis Vicente na trąbce oraz Vasco Trilla na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Trzy swobodne improwizacje, poczynione w Blasku Ciemności, łącznie 51 minut z sekundami. Wydawcą płyty jest Clean Feed Records (CD).




Początek opowieści umieszcza nasze receptory słuchu w głuchej przestrzeni post-elektronicznej. Głębokie preparacje trąbki, z samego jej wnętrza, szerokie strumienie płaskiej fonii, która płynie z drżących membran zestawu perkusyjnego, zapewne także ze smyczka pocierającego podejrzane przedmioty. Kropla za kroplą, pasmo za pasem. Przykład środowiska elektroakustycznego, budowanego zmyślnym preparowaniem wyłącznie akustycznych instrumentów - głucha cisza metafizyki dźwięku. Gardłowa melorecytacja trębacza napotyka na drummerski komentarz, który w tej sytuacji scenicznej traktować można jako interesujący dysonans estetyczny. Ekspozycja Luisa jest sucha, ale zmysłowa, opada niczym pajęczyna na pasaże perkusyjne. Tłumiona eksplozja głęboko skrywanych namiętności artystycznych. Vasco zaczyna wybijać rytm na krawędzi werbla, dokłada akcenty perkusjonalne, znów stwarzając rodzaj dysonansu. Ale ta gra chyba na tym polega. Perkusista zdaje się mieć kilka dodatkowych rąk, jego narracja pęcznieje, nadyma się - prawdziwy sztukmistrz z Barcelony. Począwszy od 8 minuty opowieść muzyków zaczyna nabierać walorów meta melodyjności i perkusyjnej progresji. Wieją wiatry - szumem z wentyli, ochłapami gorącego powietrza spod werbla. Akustyka przestrzeni płata figle, prawdziwe cuda! W 13 minucie Vasco na moment zostaje sam, brzmi wtedy niczym mała orkiestra symfoniczna. Luis powraca z jeszcze większą porcją melodyjności na ustach, a jego partner aktywuje nowe zasoby mocy, dzięki czemu narracja błyskotliwie przekształca się w długi, jakże piękny pasaż duetowego free jazzu. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach armii małych dzwonków i podręcznych talerzyków.

Cisza wyznacza początek drugiej opowieści. Półdron z werbla, talerze, szmer na wentylach. Rodzaj spaceru po burzy z piorunami, mokre stopy, delikatny wiatr. Ukojenie, zejście z wysokiego poziomu emocji. Opowieść toczy się leniwie, szuka nowych punktów zaczepienia. Po paru chwilach pikujący flow Luisa sięga już prawie nieba, podczas gdy Vasco – dla przeciwwagi - buduje fundament nowej narracji przy pomocy całej armii swoich tajemniczych przedmiotów. Pierwszy śpiewa piosenkę z dzieciństwa, drugi czyni cuda, król Midas improwizacji. Nastrój robi się oniryczny, w tytułowym blasku ciemności pojawia się moment zawieszenia. Krok Luisa w kierunku sonorystyki, why not. Rezonujący dron Vasco, why not. Piękny, nowy moment spektaklu. Drony wzajemnie przenikają się, niczym smugi światła. Do wewnątrz i na zewnątrz. Nisko osadzona narracja Vasco wynosi opowieść z jarzma dronów ku free jazzowej stylistyce. Doom drumming to the outside! Kolejny raz, to Katalończyk kreuje nową sytuację dramaturgiczną. Portugalczyk w skupieniu, godnym lepszej sprawy, nie oponuje. 13-14 minuta, narracja zaczyna nabierać niemal rockowej dynamiki. Jakby fussion bez prądu! Delikatnie hamowanie kreuje kolejny międzygatunkowy spleen. Muzycy zdają się teraz opowiadać bajkę dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci. Tuż potem Vasco zostaje sam – wielka ekspozycja talerzy i dzwonków. Posmak dalekiego wschodu! Śpiewny komentarz Luisa, czyniony wyjątkowo czystym tonem, jak znalazł!

Finałowa część spektaklu, najkrótsza, kind of encore. Potok sonorystyki, ocean preparacji, morze rezonansu, śpiew nieistniejących ptaków, szum wiatru. Drones in post-electronics! Narracja niemal stoi w miejscu, akustycznie skwierczy. Muzycy prześcigają się w prezentacji błyskotliwych porcji meta dźwięków. What a game! Opowieść zdaje się czynić wielką pętlę narracyjną i wracać do swojego początku. Znów elektroakustyka bez prądu! Ekscytujący finał, dron w dronie, dźwięk, który nie jest dźwiękiem. Ostatnie westchnienia, pomruki i drżenia. Końcową ciszę muzycy łapią w rozkroku.


*****


Muzycy grają obecnie koncerty promujące płytę A Brighter Side of Darkness. W ostatnim tygodniu występowali w Katalonii i we Francji. Na początku kwietnia zawitają do Polski! Oto szczegóły:

4 kwietnia, Kraków, Baza (z udziałem Michała Dymnego).
5 kwietnia, Lublin, Centrum Kultury.
6 kwietnia, Kazimierz Dolny, Studio KZMRZ.
7 kwietnia, Poznań, Dragon Social Club (z udziałem Witolda Oleszaka).



piątek, 15 marca 2019

Aidan Baker! Awel &‎ Doppellive! Next episodes trusted in ambient!


Czas na kolejne, po ostatnio recenzowanych nagraniach Dirka Serriesa, nowości z niemieckiego wydawnictwa Midira Records. Obie omawiane poniżej płyty premierę mają dokładnie dziś, zatem zasadność wspominania o nich, właśnie w tym momencie karkołomnych dziejów świata ponowoczesnego, nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

Otwieramy zatem wrota dark ambientu, przy okazji na własne potrzeby, odkrywając ważną postać gatunku, kanadyjskiego gitarzystę, rezydującego w Berlinie, Aidana Bakera. Jego dorobek artystyczny jest tak przepastny, jak droga lądowa stąd do Władywostoku. Być może nadejdzie kiedyś moment, by choć rzucić na nią okiem. Póki co, sięgnijmy po dwa nowe duety Bakera.




Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel (Midira Records, CD 2019)

Najpierw duet z żywą, improwizującą perkusją, zatem z punktu widzenia wielbicieli swobodnej wymiany dźwięków, dalece interesujący. Karen Willems, to perkusistka i perkusjonalistka z Belgii. Nagranie koncertowe z Bochum (Christuskirche), z lutego 2017 roku, podzielone na pięć części – łącznie 38 i pół minuty.

Pomruk gitary, mały, delikatny drumming, skromne obcierki, czysta akustyka na pierwszym planie. Po prawej stronie drży filigranowy dron, główny zaś wątek gitarowy wydaje się być niezwykle miękki, plastyczny. W narrację wplata się mocny akcent stopy na bębnie basowym, który złowieszczo grzmi. Gitara rozbłyska paletami barw, nie unika też, from time to time, bardziej typowego, post-rockowego frazowania. Jej flow jest spokojny, bez inklinacji do eskalacji. Wejście w część drugą odbywa się bardzo płynnie – natężenie mroku na scenie zdaje się narastać, więcej akcentów na talerzach, subtelne drżenie werbla. Gitarowy dron niemal wisi w powietrzu, stoi nad głową perkusistki, która nie stroni od cyrkulacyjnych zagrywek – ambient more sad than dark, mimo wszystko.  Gdy dron szuka posmaku elektroniki, Karen zdaje się zamiatać salę koncertową szczoteczkami perkusyjnymi. Bardzo molekularna ekspozycja. Na starcie trzeciej części perkusja na moment milknie, zaś dron gitarowy lepi z kurzu elektroakustyczną poświatę, płynąc dalej spokojnie i konsekwentnie. Narracja delikatnie buduje swoją strukturę – nowe akcenty z gitary, oniryczne mikro talerze, może nawet miseczki, plamy czynione stopą. Całość dość tajemniczo narasta, poszczególne warstwy układanki jakby wpadały we wzajemny rezonans. Posmak całości zdaje się stawać nieco dubowy, przestrzeń pulsuje i drży. Dodatkowo gitara multiplikuje się, czyniąc cały fragment koncertu wyjątkowo urokliwym.  Początek czwartej opowieści po ewidentnym klejeniu post-produkcyjnym, prowadza delikatny dysonans estetyczny. Gitara (gitary?) pomrukuje, szeleści głuchą ciszą jeszcze bardziej filigranowo, jakby jej dźwięk docierał do nas zza siódmej góry. Drumming toczy się wartkim strumieniem, jakkolwiek odrobinę zbyt konwencjonalnym, jak na dramaturgię chwili – stopa, werbel, tom, talerz. Gitara dodaje nowe akcenty - silny pogłos, dubowa przestrzeń, kind of slow trance. Po chwili słyszymy kolejny, już trzeci strumień gitarowej fonii, serfujący po wysokiej fali i bystrze repetujący. Percussion przypomina lejącą się wodę. Po ułamku sekundy ciszy, finałowa część spektaklu – gitara przypomina, iż składa się także ze strun - frazy niemal klasyczne, ale podlane gęstym sosem ambientu o nieokreślonej barwie. Kołysząca pulsacja, dwa wątki zasadnicze, mały drumming w dalekim tle. Recenzent na koniec odnajduje barwę wybrzmiewania: blue ambient as well!




Aidan Baker & N  ‎Doppellive (Midira Records, 2CD 2019)

W trakcie eksploracji drugiego duetu Bakera, napotykamy na tajemniczą postać N, z którą zetknęliśmy się już przy okazji innych nowości Midiry. Przypominamy zatem, iż ów nieznajomy nazywa się Hellmut Neidhardt, gra na gitarze, tu także wspomagać się będzie bliżej nieokreśloną elektroniką. Na podwójnym dysku muzycy pomieścili dwa koncerty - 150316 Hamburg oraz 230316 Wuppertal (ciąg cyfr oznacza datę zaistnienia zjawiska koncertowego).

Koncert hamburski zaczyna się dość specyficznie. Na pierwszym planie słyszymy gwar rozmów, szelest oddechów, bezmiar wyczekiwania na pierwszy dźwięk. Dwa gitarowe drony nadlatują z oddali, są wyjątkowo spokojne i nienatarczywe, w niczym nie przypominają zapachu napalmu o poranku. Trzeba kilkudziesięciu sekund, by strumień ich dźwięków całkowicie pokrył fonię sali koncertowej. Owe dwa, czyste jak łza, drony budują swoją ekspozycję dalece nieśpiesznie, wręcz leniwie, niczym dwa tygrysy wygrzewające się na słońcu. Recenzent ma ochotę zamknąć oczy, odłożyć pióro i płynąć wraz z nimi. W 10 minucie flow narracji zostaje wzbogacony o nowe, bardzo molowe pasma. Jedno z nich brzmi niczym upalona, delikatnie amplifikowana wiolonczela. Opowieść urokliwie narasta, incydentalnie pokrywając jeden ze strumieni gitarowych, budujący swoją pozycję dramaturgiczną nie bez udziału elektroniki, prószem brudu i szczyptą dekonstrukcji. W 13 minucie pojawiają się nowe mikro drony basowe i zdają się wgryzać w wyższe partie fonii. Doświadczamy czegoś na kształt eskalacji – drony łapią powiew noise’owego powietrza, a całość zaczyna przypominać intensywną burzę piaskową. Harsh dub post-ambient superpositions! W takiej oto sytuacji scenicznej pojawiają się dźwięku typowe dla drżących strun akustycznej gitary, które zaskakująco zwinnie gaszą pożar i tłumią narrację. Piękna, 21 minuta koncertu! W tle być może słyszymy nawet akcenty paraperkusjonalne! Oniryczny ambient, pasemka elektroniki, swąd delikatnie przypalonych kabli. Czas na nowy dron – płynie spokojnie, wręcz chill-outowo, zdobiony małymi plamami urywanych fraz uderzania przedmiotem o przedmiot. Recenzent nie może nie docenić walorów akustycznych tego koncertu! Ów narracyjny slow motion pęcznieje, a w 28 minucie nakłada się na niego brudny, pulsujący, nerwowy dron, który klimatem przypomina bardziej dramatyczne momenty serialu Twin Peaks! Wyjście z tej intrygującej wolty stylistycznej odbywa się czystymi, spokojnymi falami gitarowej ornamentyki. Pogłos na strunach, urokliwa mikrobiologia ambientu! 33 minuta przynosi drobną eskalację – jeden dron jest czysty, drugi silnie zabrudzony, z akcentami basowymi i mikro sprzężeniami. Finał grzmi mocą amplifikatorów.

Osiem dni później, inne miejsce, te same instrumenty, ci sami muzycy – na starcie niemal słodkie, urywane frazy kobieco brzmiącej gitary, która topi się w repetycji. Druga gitara złapała już porcję prądu, ale pędzi na scenę z dynamiką żółwia. Kraina ambientowej łagodności kąsa obficie. Po 8 minucie pierwotna gitara rozpływa się w oleiste pasmo dronowe, dzięki czemu obie gitary płyną już w kierunku dramaturgicznej nieskończoności. Po kolejnych czterech minutach obie porcje fonii matowieją i brudzą swoje brzmienie. Ślady krwi i harshu na obu gryfach. Siarczysty flow wpada nam wprost do oczu. Głucha meta przestrzeń kosmosu. 19 minuta, narracja zaczyna nosić znamiona delikatnego uspokojenia, jakby motyw gitarowy z początkowej fazy koncertu niespodziewanie powracał. Jest wszakże wyjątkowo subtelny, niemal romantyczny i ckliwy. Piękno zaniechania, oniryzm bezwarunkowej niemal akustyki. 26 minuta i hamulec jest zaciągany po raz kolejny – muzycy wydają się poszukiwać nowej ścieżki rozwoju dla swojej opowieści. Więcej mroku, tajemniczości, transcendencji. 30 minuta, to niemal dotknięcie jęzora ciszy. Rodzą się nowe drony, na poły relaksacyjne, ale wyjątkowo urocze w odbiorze. Pojawia się akcent perkusjonalny, ale zatopiony w chmurze czerstwego ambientu. Na sam finał drony delikatnie narastają. Ostatnia prosta jest dalece ekscytująca, epicka, bezwymiarowa.




środa, 13 marca 2019

Tom Chant! Michał Dymny! Vasco Trilla! Ban-Opticon!


Druga płyta z cyklu realizacji koncertowych Nocturna Discordia, jakie Discordian Records organizuje w każdą środę, począwszy od 2014 roku, w klubie Soda Acústic, w sercu dzielnicy Gracia w Barcelonie.

7 marca 2018 roku, na drobnym podwyższeniu klubowym, melduje się trójka muzyków, których śmiało zaliczyć możemy do ulubieńców redakcji, tudzież aktywnych członków rodziny związanej z Trybuną Muzyki Spontanicznej, tak poprzez realizacji płytowe, jak i uczestnictwo w organizowanych przez nią koncertach swobodnej, jakże spontanicznej muzyki. A zatem: Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy, Michał Dymny – gitara elektryczna i Vasco Trilla – perkusja. Zarejestrowany materiał dźwiękowy podzielono na płycie na trzy części, opatrzono tytułami i pozwolono, by trwał 45 minut i 38 sekund. Muzyka dostępna w formie elektronicznej, na stronie bandcampowej Discordian Records, od 5 lutego br.




Początek. W koncert wchodzimy dynamicznie, jakbyśmy wskakiwali w krzyżowy ogień pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. Szereg zmieniających się sytuacji scenicznych - sonoryzujący saksofon tenorowy, impulsywny drumming, niestroniący od wysokich pisków talerzy i basowe przebiegi gitary elektrycznej, potem drobne imitacje tenoru i gitary, niczym komentarz dla rezonującego zestawu perkusyjnego, wreszcie stopa, która bije czeluść bębna basowego, niczym serce w trakcie konwulsyjnego ataku. Kipiel na otwarcie koncertu, idealny pomysł! *). Niemal power trio! Na wybrzmieniu muzycy tulą się do siebie, ślą pozdrowienia i wyrazy sympatii, a na finał, już bez saksofonu, Michał i Vasco kroją piękną ekspozycję. Tom powraca dosłownie na ostatni dźwięk.

Rozwinięcie. Pulsujący gryf gitary, suche oddechy saksofonu - cudny, filigranowy duet, w oczekiwaniu na perkusję, która podąża z oddali. Vasco ledwie dotyka werbla, podczas gdy na obu flankach prawdziwe tańce i swawole. Narracja ma swój rytm, muzycy jakby w poszukiwaniu pretekstu dramaturgicznego do rozpoczęcia galopu, nakręcają się wzajemnie (Vasco – epicka drama na talerzach!). W 7 minucie następuje wyhamowanie – szczypta oniryzmu i plastry psychodelii rodzą się pod palcami Michała. Efekt wzmacniany jest ekspozycją Vasco na małych talerzykach i miseczkach. Dynamika nagrania zdaje się być głęboko ukryta, albowiem narracja toczy się niemal wyłącznie w górnym paśmie, bez basowego backgroundu. Niemniej Michał, nawet gdy wpada w mroczną sonorystykę, nie gubi po drodze podskórnego rytmu, który zaszyty ma chyba w osobistym DNA (często w trakcie rozwoju improwizacji jego gitara wchodzi niżej i rysuje basowy fundament dla saksofonu i perkusji). W 9 minucie hamowanie zdaje się być już definitywne – nastrój dark-ambient spowija Sodę, niczym mgła o poranku. Mikrofrazy na skrzydłach sceny, szczotki na werblu, rezonans talerzy. Kolejnym krokiem winna być drobna eskalacja napięcia, która ma ostatecznie miejsce, ale znów nie jest typowa, albowiem Vasco konsekwentnie unika drummingu. W 13 minucie znów wzajemnie wytłumienie – znów czynione w obliczu świetnej komunikacji. Moc imitacji na flankach, bukiet kolektywnych ekspozycji. Wreszcie Vasco włącza werbel, tomy, talarze i stopę – zaczyna drummingować na potęgę! Oto i 16 minuta, a narracja tria osiąga pełny wymiar free jazzowego power tria. Fire Music!

Zakończenie. Saksofon Toma kwili jak sroczka, Vasco i Michał ślą drony. Klimat zdaje się być lekko post-psychodeliczny, a na gryfie gitary nawet post-industrialny. Galeria nowych, ciekawych dźwięków. Szczególne cuda dzieją na gryfie, w międzyczasie Vasco włącza swoje małe robaczki, a Tom preparuje tubę podejrzanymi przedmiotami – bodaj najspokojniejszy moment koncertu (6 minuta). Płaszcz oniryzmu i garść puszczonych w ruch wibratorów. 9 minuta, to moment, w którym muzycy być może wykonują pierwszy krok w kierunku finalizacji koncertu. Michał eksponuje zwinność swoich palców, Vasco kipi dźwiękami, niczym paw na wybiegu, Tom dmie - zapewne w nogawkę - z dużą desperacją. Dynamizacja narracji wydaje się jednak dość pozorna. Muzykom raczej bliżej do ciszy. Dialog na flankach, ledwie szeleszczący werbel. Krok ku eskalacji zostaje jednak postawiony, ale z dużą rozwagą, bez brawury. Vasco zdaje się zagęszczać ścieg drummingu, a wszyscy muzycy dopingować do ognistego finału. Piękna kipiel na ostatniej prostej, choć inna niż w drugiej części, bardziej rockowa, z błyskawicami!




*) o ile pamięć nie zawodzi Pana Redaktora, układ koncertu w realu miał nieco inny szyk, co oczywiście w jakikolwiek sposób nie zmienia dramaturgii … samej recenzji.


poniedziałek, 11 marca 2019

Ericson! Nästesjö! Berre! Ausfahrt Freihalten! Keep the exit clear!


Skandynawia obfituje w ciekawe zjawiska na scenie free jazz/ free improv niemal od zarania gatunku. Dzieje się tak zapewne nie tylko z powodu opiekuńczego charakteru organizacji państwowych w tej części świata. Czasami ma się wrażenie, że północ Europy, jej stereotypowy chłód, aż skłania do przyjacielskiego improwizowania!

W dzisiejszej opowieści trójka muzyków, których znamy, cenimy, choć w zakresie przynależności pokoleniowej i dotychczasowego dorobku artystycznego, zdaje się, że więcej ich dzieli niż łączy. Jakkolwiek jako trio o roboczej nazwie ENB, po ponad czterech latach wspólnego muzykowania, wreszcie dorobili się debiutanckiej płyty, która bodaj dziś ma swoją światową premierę, a dokładnie jutro mieszkańcy Poznania będą mogli poznać jej zawartość w trakcie okoliczności koncertowej!

Płyta zwie się Ausfahrt Freihalten, wydana została przez Barefoot Records, a nagrało ją trio w składzie: Sture Ericson na saksofonie altowymi klarnecie, Johannes Nästesjö na kontrabasie i Håkon Berre na perkusji (zgodnie z opisem, każdy muzyk także preparował brzmienie swojego instrumentu). Miejsce zwane Arts Center w szwedzkim Malmö, listopad 2017 roku. Osiem odcinków z tytułami, jak sami muzycy wskazują – 43 minutes of pure improvised music!




Ostry tembr kontrabasu, przyczajony saksofon altowy, dokładna, zawsze grająca w punkt perkusja, to okoliczności przyrody, które niechybnie zwiastują ciekawy spektakl. Swobodna improwizacja zanurzona korzeniami w jazzie, ale czerpiąca z niego tylko tyle, ile w danym momencie potrzebuje. Narracja gęsta, niemal ciało w ciało, prowadzona w bardzo zdyscyplinowany sposób, świetnie skomunikowana we wszelkich aspektach procesu improwizacji. Kontrabasista sięga po smyczek, wprowadzając dzięki temu nastrój niebanalnego dysonansu estetycznego. Muzycy przechodzą od zadumy do krwistego galopu w mgnieniu oka. Podobnie zwinnie pokonują dystans pomiędzy ciszą, a hałasem. Finał pierwszej części płyty wieńczy małe, ale błyskotliwe solo na perkusji. Część druga startuje smykiem na gryfie kontrabasu i szmerami wokół niego. Drobne inskrypcje na talerzu, śpiewny flow z tuby saksofonu i ledwie sekunda wystarcza, by narracja zaczęła poszukiwać sonorystycznych odniesień. Do słuchacza zdają się docierać gorące podmuchy powietrza z każdego niemal źródła dźwięku. Pudło rezonansowe kontrabasu aż trzeszczy. Balet i taniec, bez rytmu i tonacji. Piękne!

Trzecia opowieść rodzi się z mgły perkusyjnych preparacji. Kontrabas drży i ciężko oddycha. Dęciak szeleści. Małe frazy, krótkie spięcia, zabawa z ciszą. Jakże zmysłowo muzycy przykuwają naszą uwagę do swoich dźwięków. Drobne incydenty klarnetowe i pizzicato kontrabasu, które dynamizuje przekaz, płynie zwartym strumieniem samym środkiem sceny. Garść imitacji na przeciwległych flankach. Na finał krok w swobodny galop, ale zwinnym, kocim trybem. Czwarta piosenka startuje zwartym, kolektywnym, free jazzowym rytmem. Znów kocia zwinność, do tego tygrysia zapalczywość. Świetna komunikacja – demokracja, socjalizm, wewnętrzna kompatybilność. Akcję tej części ciągnie buńczuczny, śpiewny alt. Kontrabas i perkusja gnają na zatracenie, a potem pięknie stopują.

Piąty odcinek, preparacje na kontrabasie, obok dociekliwy saksofon, która szuka wciąż nowych środków wyrazu, chrobocze, szeleści i prycha. Zdaje się, że Sture umieścił w tubie jakiś bliżej nieokreślony przedmiot. Subtelne percussion podkreśla grozę sytuacji. Na takiej bazie, muzycy w mistrzowski sposób budują kolejną zwartą i dynamiczną narrację. Mnóstwo aktywności, ocean pomysłów i świetne decyzje, co do wyboru akurat takich, a nie innych rozważań. Moc małych, ale niezwykle intensywnych dźwięków. Tu, zamiast sugerowanej eskalacji, bystre wytłumienie. Opowieść staje w miejscu i poszukiwać zaczyna dna pojedynczych fonii. Szósty fragment znów startuje w oparach preparacji i sonorystyki. Klarnet zdaje się jednak zgłaszać zdanie separatywne i podśpiewuje małymi frazami. Kontrabas szumi włosiem smyczka, talerze rezonują. Wszystko na scenie zdaje się już śpiewać i skowyczeć. Eskalacja budowana jest z saperską precyzją, z dbałością o każdy dźwięk. Brawo!

Siódmy odcinek, małe percussion, smyczek na gryfie, urywane pętle czystego altu. Narracja buduje się jakby samoczynnie, w mgnieniu oka. Saksofon indywidualnym flow ciągnie pozostałych do góry, na szczyt. Stopping odbywa się na barkach barokowo brzmiącego kontrabasu. Drummer kłębi się wokół własnej osi, niemal podśpiewuje. Moment kameralnej zadumy, wyzwolonej wszakże ze wszelkich konwenansów. Wreszcie pieśń zamknięcia, a na jej starcie prawdziwa kipiel w tubie dęciaka - w jego środku, jakbyśmy słyszeli zdarte gardło samego Phila Mintona! W komentarzu small drumming i cisza na gryfie. Potem krok w kierunku preparacji. Narracja rodzi się kolektywnie, zapewne z uśmiechem na ustach. Każdy z muzyków ma nogę na gazie i robi z tego użytek! Mocne dźwięki, połamany rytm. Alt, niczym sygnałówka, zwołuje wielkie polowanie, nawołuje do artystycznej anarchii. Galop w blasku słońca, swoboda gestów, dźwięków i scenicznych obyczajów. Emocje buzują! Instrumenty skąpane w ogniu! Świetny, turbulentny finał doskonałej płyty! Berre w furii, Sture znów z dziwnym przedmiotem w tubie, walking Johannesa niczym stado antylop! Po punkcie przegięcia, piękne wygaszanie płomienia na smyku kontrabasu, przy wtórze perkusjonalii i małych dźwiękach altu.



Koncert tria w poznańskim Dragonie (ul. Zamkowa 3) odbędzie się 12 marca o godzinie 20.00.

czwartek, 7 marca 2019

Dirk Serries: In Ambient We Trust!


Ostatnimi czasy belgijski gitarzysta Dirk Serries zdaje się koncentrować na muzyce improwizowanej, na rozwijaniu edytorskiej inicjatywy A New Wave Of Jazz, ale … wiele wskazuje na to, iż wciąż ciągnie wilka do lasu!

Jako Vidna Obmana, a potem Fear Falls Burning, stał się klasykiem muzyki określanej, nie bez przyczyny, mianem dark ambient. Najpierw stosując akcesoria elektroniczne, potem zaś gitarę elektryczną, wyniósł te niekończące się pasma płynnych dźwięków do rangi sztuki wyjątkowej. W ubiegłym roku płytą Epitaph, wydaną u progu 50 urodzin, symbolicznie pożegnał się z tą stylistyką.

Nowy rok zdaje się przeczyć tym artystycznym postanowieniom. Oto bowiem na przestrzeni 7 tygodni ukazują się aż cztery tytuły z istotnym udziałem Serriesa, które śmiało umieszczają nasze receptory słuchu w niebywałej otchłani mrocznych dźwięków, pośród kawalkady dronów, które w takim samym stopni nie mają naznaczonego początku, jak i zdefiniowanego końca.

Pierwsza z omawianych dziś płyt miała swoją premierę pod koniec stycznia, druga w lutym, a dwie kolejne oficjalnie staną się historią gatunku już 15 marca! A na połowę kwietnia zapowiadana jest premiera nowej płyty Fear Falls Burning!





Yodok III  ‎This Earth We Walk Upon (Consouling Sounds, CD 2019)‎

O formacji zwanej Yodok III czytelnicy tej strony wiedzą dokładnie wszystko! This Earth We Walk Upon, to ich siódme wydawnictwo, w tym piąte zarejestrowane na koncercie. Na scenie obiektu zwanego Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), spowici w mgłę i mrok, pojawiają się: Tomas Järmyr - perkusja, Dirk Serries - gitara elektryczna oraz Kristoffer Lo – tuba i flugabone (przypomnijmy: silnie amplifikowane). Październik 2016 roku i 63 minuty nieprzerywanego czymkolwiek, niesamowitego strumienia dźwiękowego.

Introdukcja prowadzona jest na talerzach i werblu, nie rodzi się w otchłani rozgrzewających się amplifikatorów, jak to ongiś bywało. Pierwsze dźwięki gitary Dirka, bardzo delikatnym zresztą strumieniem, pojawiają się dopiero po upływie 120 sekund, co zdaje się być skutkiem faktu, iż Tomas na moment zamilkł. Muzyka kroczy do nas wyjątkowo małymi krokami, jak zawsze jednak z samego dna ciszy. Po upływie kolejnej minuty, słyszymy dźwięki tuby, ale być może, to tylko drżenie talerzy drummerskich. Muzycy, choć płyną, zdają się stąpać po wyjątkowo cienkiej powłoce lodowej. W 6 minucie, najprawdopodobniej ze strony gitary, dociera do nas nowe pasmo mikrodronowe. Towarzyszą mu dźwięki, które moglibyśmy uznać za preparację talerza. Krok po kroku, repetycja za repetycją, narracja buduje się z mozołem i potem na czole. Tuba definitywnie rodzi się dopiero w 12 minucie i osadza na prawej flance, gdzie pozostanie do końca spektaklu. Mijają kolejne minuty, a narracja wciąż nie wychodzi ze stadium prenatalnego, jest wyjątkowo cicha i spokojna, pomimo dużej aktywności Tomasa. Poczynania jego partnerów delikatnie przybierają na sile dopiero w 20 minucie – na obu flankach zdają się płynąć swoiste meta melodie, przez moment nawet wspólnym strumieniem. Po trzech kolejnym minutach, na tle rozbrzmiewającej ciszą tuby, dociera do nas coś na kształt drobnego spiętrzenia energii, metalicznego zadzioru na gryfie gitary. Tuż obok nierozpoznane do końca źródło dźwięku pulsuje.

W 25 minucie recenzent już chyba śmiało ogłosić może wyjście ze strefy ciszy – Dirk dodaje nowy strumień fonii, dźwięk tuby także gęstnieje i zdaje się wchodzić w dialog z perkusją. W 30 minucie, po skromnym wytłumieniu, ta ostatnia milknie i rozpoczyna się nowa rozmowa na skrzydłach sceny. Ów moment moglibyśmy określić mianem dark folk, tuba brzmi bowiem nad wyraz akustycznie. Po chwili zostaje sama i śpiewa pieśń odkupienia. Dirk zdaje się stać w miejscu, Tomas jedynie opiera się o talerz. Spod niego wyłaniać zaczyna się szczególny rodzaj rytmu, jakby Szwed zwoływał nieobecnych na sabat. Tuba proponuje nową warstwę narracji, gitara czyni to samo – jakby układali stos, plama na plamie. 40 minuta, to kolejny przejaw rosnącej aktywności Dirka – proponuje wciąż nowe partie fonii. Tomas gra rytm, ale nie nadużywa mięśni rąk, Kristoffer cudownie repetuje. Być może właśnie w tej chwili spektakl osiąga swoją foniczną pełnię. Eksplozja urody, mrocznej witalności, moc nowych pąków i strzelistych łodyg. Marsz po wieczne szczęście w tonacji molowej - dark & sad ambient w rozkwicie! 46 minuta i obie flanki zdają się zwiększać moc na wejściu! Definitywnym kierunkiem narracji staje się kulminacja! Tomas i jego perkusja pokazują masywny, rockowy pazur! Do ściany dźwięku Yodok III dociera około 55 minuty. Elementy składowe tejże są następujące: post-rockowy ambient gitary, doom metal perkusji, wreszcie psychodeliczne post-fusion tuby! Trzy strumienie fonii w pełnym rozbłysku! Stopowanie następuje w połowie 60 minuty koncertu. Jest jednak bardzo nieradykalne, wręcz ślamazarne. Gaszenie płomienia toczy się wedle wskazań rytmicznych demonicznej stopy na bębnie basowym. Tuba ciągnie melodię, gitara zatopiona w ambiencie. Gdy stopa milknie, drony na obu skrzydłach wydają z siebie ostatnie westchnienia.




The Void Of Expansion Governed By Decay (Dunk!Records, LP + CD 2019)‎

Jeśli Serries i Järmyr, w trakcie mrocznych i pełnych niepokojących dźwięków, muzycznych podróży, zagubią gdzieś tubistę Lo, nie tracą rezonu i występują jako duet. Także on ma swoją historię, spisaną srebrnymi literami na tych łamach, a zwie się The Void Of Expansion. Przed nami ich trzecie wydawnictwo, niezwykle efektywne edytorsko, albowiem składa się z winyla i płyty kompaktowej. Dwie strony tego pierwszego i jeden trak tego drugiego, dają nam łącznie 68 i pół minuty muzyki, zarejestrowanej w okolicznościach studyjnych, w dobrze nam znanym miejscu – brukselskim studiu Sunny Side, w maju 2017 roku.

Pierwszy dźwięk gitary dociera do nas z prawdziwych głębin amplifikatora, niemal z drugiej strony membran. Pod spodem zdaje się płynąć inny dron, który przypomina meta drumming i brzmi wysokimi dźwiękami. Bynajmniej jego sprawcą nie jest jednak Tomas. Pierwszy bowiem sygnał życia od perkusisty otrzymujemy dopiero po 120 sekundach (i są to drżące talerze). Jego ruchy zdają się być bardzo plastyczne, a struktura narracji od startu gęsta, ale stosunkowo delikatna. Mniej więcej w 7 minucie flow duetowej ekspozycji osiąga już poziom głośności, który pozwala nam uznać introdukcję za zakończoną (przy okazji, omawiany przed momentem koncert Yodoka, potrzebował na ów proces niemal 30 minut). Ekspozycja gitarzysty jest już niezwykle bogata – płynie dołem, górą i samym środkiem! Po 12 minucie perkusista wpada w pierwszą, rockową kipiel, która jakże udanie kontrapunktuje falę posuwistych dronów partnera.  Te zaś zaczynają ciekawie się rozwarstwiać, dzielić na mniejsze jednostki przesyłowe. Pierwsza opowieść tłumi się po ustaniu działań perkusyjnych, gdy drony zdają się odpływać w niebyt. VOE – rodzaj wariacji na temat Yodoka, muzyka bardziej intensywna, gęstsza, nawet czupurna – notuje bystry recenzent.

Poszarpana, delikatnie sprzęgająca się pętla na gryfie gitary wprowadza nas w drugą opowieść. Jak pozytywka puszczona w ruch, będzie z nami do samego końca. Szuka wewnętrznego rytmu i repetuje.  Płynny, brudny i zadziorny flow, z odrobiną noise na brzegach. Tomas wkracza do akcji po 90 sekundach, i to on zaczyna budować narrację tej części, systematycznie dorzucając do ognia. Dirk wypuszcza pasmo czystego ambientu, która niczym mgła, opada na pierwotną pętlę, a dzieje się to w 6 minucie. Nowy dron wisi, trwa niczym wielogodzinne medytacje AMM, potem pęcznieje i szuka zwady. Wsparcie drummerskie, solidne, choć bez fajerwerków. Ilość składowych narracji rośnie, także po stronie aktywności Tomasa. Kierunek – eskalacja! Szczyt muzycy osiągają po 15 minucie. Monumentalna, epicka narracja, która po paru chwilach bezboleśnie przechodzi w stan wygaszania. Talerze samodzielnie wieńczą proces.

Trzecia opowieść wita nas głuchą ciszą, pustym tembrem amplifikatorów. Pierwszy dźwięk przypomina wysoko zawieszony sygnał alarmowy, które niesie wyłącznie złe wieści. Uprzedźmy przebieg wypadków – zostanie on z nami po kres tej historii. W tle rodzi się wyjątkowo skromny drumming. W 4 minucie dron gitarowy, uprzednio zagubiony w przestrzeni kosmicznej, staje się naszym udziałem. Demonicznie kroczy i rozwarstwia się na mniejsze partie fonii. Tomas intensywnie czyści werbel drummerskimi szczoteczkami. Silent ambient as well! Pierwsza burza zaczyna grzmieć w oddali około 13 minuty. Masywny dron zaczyna niepokojąco falować outside & inside. Narracja buduje się wyjątkowo mozolnie, ale cierpliwość i konsekwencja są udziałem obu muzyków. W 20 minucie flow przypomina ciecz, na kilka chwil przed całkowitym zgęstnieniem. Dirk zdaje się tworzyć trzy, a nawet cztery wątki jednocześnie. Tomas krąży wokół własnej osi i dynamizuje przekaz. Muzyka, step by step, osiągać zaczyna stan wrzenia. Eskalacja wyjątkowej urody, pełna noise’owego chaosu sytuacyjnego i metalowego bębnienia. Stopowanie, choć znów dość nagłe, zdaje się być wyjątkowo stylowe. Ostatnie dźwięki, to chrobot werbla i … sygnałówka, która towarzyszy muzykom od pierwszej sekundy tej opowieści.




Scatterwound  M.N (Midira Records, CD 2019)

Na dwa koncerty przenosimy się do dużego obiektu sakralnego w niemieckim Bochum (Christuskirche). Najpierw na scenie pojawia się dwóch gitarzystów. Pierwszym z nich jest Dirk Serries, drugi zaś ukrywa się pod tajemniczym szyldem N. Dociekliwy Pan Redaktor w mig ustala, iż faktycznie nazywa się on Hellmut Neidhardt i po części pełni tu rolę gospodarza. Muzycy przyjmują imię Scatterwound i wyposażeni w znacznych rozmiarów amplifikatory, tudzież stoły mikserskie, zajmą nam dokładnie 37 minut i 57 sekund, by opowiedzieć swoją historię jednym, gęstym strumieniem mrocznych dźwięków. Rzecz dzieje się w lutym 2017 roku.

Szelest ciszy, drżenie murów, krew amplifikatorów – po 90 sekundach po prawej stronie sceny zaczyna łomotać pierwszy z gitarowych dronów. Ten po lewej czyni podobnie, ale z pewnym opóźnieniem. Ten wcześniejszy zdaje się delikatnie smakować syntetyką, jest szorstki w dotyku i zabrudzony, jakby na lekkim przesterze, ten późniejszy - czysty jak łza dziewicy. Oba zjawiska foniczne płyną szerokim strumieniem, falują niczym połać chłodnego oceanu. Narracja jest nieco monotonna, ale intensywna, gęsta, chwilami ocierająca się o noise, zwłaszcza po prawej stronie. Jej flow narasta, ale zmienność w czasie i przestrzeni przyjmuje mikroskopijne rozmiary.

Dopiero w 19 minucie opowieści recenzent ponownie chwyta za pióro. Gitarzysta posadowiony na prawej flance (najprawdopodobniej ów tajemniczy N) delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Gitarzysta na lewej flance (najprawdopodobniej Dirk) niemal niezauważalnie wygasza swój puls. Dwie minuty później tenże ostatni muzyk bierze głębszy oddech i rusza w nową podróż. Brudzi swoje brzmienie, wpuszcza do strumienia fonii opiłki post-harsh-electronics. Prawa strona narracji poddaje się odwrotnemu procesowi – czyści brzmienie i snuje typowy, ambientowy flow. Być może wszakże, cała operacja, to jedynie efekt zmiany parametrów na stole mikserskim. Ciąg dalszy opowieści ponownie nabiera cech dużej stabilności i artystycznie uzasadnionej monotonii. Fluktuacja zdarzeń w obu strumieniach gitarowej mocy jest dalece filigranowa, choć przyznać trzeba, że lewa strona wykazuje się większą aktywnością. Z czasem ów proces pogłębia się, a prawa strona zdaje się stać już w miejscu. W efekcie scenę obezwładnia jeden silny strumień fonii, z elementami hałasu, niczym rozlewająca się, gorąca lawa. Dark & black harsh ambient. Od 35 minuty następuje wygaszanie opowieści. Prawa strona tli się niczym pogorzelisko, lewa bezceremonialnie milczy. Po całkowitym wybrzmieniu i chwili zawahania – moc jakże zasłużonych oklasków z drugiej strony sceny.




Thisquietarmy / Dirk Serries / Tom Malmendier  Hell (Midira Records, CD 2019)

Mija kolejnych osiem miesięcy, jesteśmy ponownie w obiekcie sakralnym w Bochum! Serriesowi towarzyszą tym razem: Eric Quach na gitarze (pod artystycznym szyldem Thisquietarmy) oraz Tom Malmendier na perkusji. Ich wersja Piekła potrwa 41 minut i 11 sekund. Będzie, co chyba oczywiste, nieprzerwanym ciągiem dźwięków.

Od pierwszego śladu fonii – perkusyjny puls, drżenie jednej z gitar, plamy z drugiej. Z jednej strony spokój, z drugiej - mgła przed oczyma i mrowienie w kręgosłupie. Filigranowa narracja, budowana przez dwa systematycznie, ale relaksująco narastające drony gitarowe - jeden jakby nieco mosiężny, drugi skromny, jakby nieśmiały. Jeśli ten pierwszy grzmi szorstkim tembrem, to drugi pętli się na gryfie. Flow obu rośnie sukcesywnie, z blaskiem oniryzmu. Perkusista, zatopiony w kreowaniu swojego świata, pełnego improwizowanego blichtru, prawdziwie wyzwolonego drummingu, zwinnie przedziera się przez fonie dronów, zdaje się dyktować tempo, stymulować dynamikę, pchać ów dark ambientowy strumień dźwięków ku niespodziankom, jakie przynieść może sytuacja sceniczna. Gitara Erica topi się w ciągłych zmianach, szuka nowych wątków i jest niecierpliwa. Gitara Dirka stawia na spokój i konsekwencję w działaniu. Każda z nich na swój separatywny styl, a wspólnym dla nich mianownikiem jest budowanie skały na fundamencie perkusyjnym. W 13 minucie perkusista milknie, pozostawiając obu dronom czas na wybrzmienie i rozpoczęcie nowej części opowieści. W chmurze talerzowego rezonansu, post-elektroniczny spleen zdaje się na moment gasić płomień narracji.

Odbiorca nie zaznaje jednak ciszy, albowiem z prawej strony sceny swe życie rozpoczyna nowa opowieść - spokojna, wolnostojąca, pulsująca, ciemna, ale i relaksująca. Na tym tle perkusista rozpoczyna preparować dźwięki elementów składowych swojego zestawu drummerskiego. Piękna, żywa, tryskająca urodą fonia. W tak zwanym międzyczasie do gry wchodzi druga gitara – buduje coś na kształt repetytywnej post-elektroniki. Tak oto, w tyglu kościelnej meta rzeczywistości, doświadczamy trzech strumieni o ponadgatunkowej różnorodności. W 18 minucie wszystkie te wątki zaczynają się pętlić, współgrać ze sobą, akustycznie interferować. Jakże doskonały moment koncertu! Lewa gitara pełna psychodelii, prawa po uszy zatopiona w ambiencie, po środku eksplozja kreacji ze strony perkusji! W 21 minucie Tom dynamizuje opowieść, jego maszyna drummerska zostaje puszczona w ruch. Rytm, tempo i cuda na obu flankach! Po kolejnych trzech minutach perkusja tłumi się dość mocno i wtapia w bezmiar gitarowych dronów. Pozostanie już w tym stanie do końca koncertu, od czasu do czasu, akcentując wyczyny gitarzystów talerzowymi ornamentami lub salwami werblowych mikro eskalacji.

Królestwo ambientu obejmuje bezwarunkowe panowanie na scenie. Choć doświadczamy być może najspokojniejszego fragmentu koncertu, emocje zdają się buzować na scenie. 21 minuta i na tle pulsujących dronów pojawia się gitarowe frazowanie, kind of guitar dark chill-out, co tworzy fantastyczny dysonans estetyczny. Fale ambientu zalewają umocnienia na brzegach. Wszystko wokół zdaje się poddawać temu zjawisku i rezonować. Flow narracji gęstnieje, pęcznieje, rozrasta się niczym pajęczyna. Każdy dźwięk na scenie zdaje się zlewać do jednego strumienia. Ściana dźwięku staje się udziałem wszystkich uczestników spektaklu. Z Nieba do Piekła! Perkusji udaje się incydentalnie przebijać na powierzchnie gęstej skorupy narracji, wychylać głowę ponad powierzchnię oceanu harsh ambientu. Wyciszenie, pulsacja, ambient, cisza. Sekwencja działań toczy się nad wyraz wartko. Oklaski na koniec zdają się brzmieć niemal metafizyczne.


Linki do recenzji ambientowych prac Dirka Serriesa:







poniedziałek, 4 marca 2019

Duerinckx! Russell! Safatly! Realy like the Serpentes!


Brytyjski label Weekertoft doskonale rozpoczął rok 2019! Najpierw podwójna edycja duetu Evan Parker & Paul G. Smyth, którą spotkał na tych łamach, nie dalej jak dwa tygodnie temu, silny strumień recenzenckich pochwał, teraz kolejna premiera, poczyniona przez mistrza gatunku Johna Russella z dwoma interesującymi aspirantami w dziedzinie swobodnej improwizacji, rezydującymi na ogół po drugiej stronie kanału La Manche. I od razu nasza cenzurka, żeby nie było wątpliwości – Serpentes, to pierwszy poważny kandydat na listę najlepszych płyt 2019 roku!

Po prawdzie JJ Duerinckxa (saksofon sopranino) i Matthieu Safatly’a (wiolonczela) trudno zaliczyć do grona młodych i nierozpoznawalnych muzyków, ale jeśli dociekania Pana Redaktora są trafne, nagranie, nad którym za moment się pochylimy, to pierwsze wydawnictwo z ich nazwiskami na okładce (muzycy ci byli dotąd kojarzeni raczej z muzyką współczesną lub innymi gatunkami, mniej osadzonymi w formule improwizacji).




A zatem w zacnym towarzystwie Johna Russella (gitara) witamy obu Panów na scenie! Koniec lutego 2018 roku, Rotterdam, miejsce zwane The Worm. Koncert w dwóch częściach (łącznie niespełna 38 minut) wydano na kasecie (oczywiście jest także dostępny w formie plików do ściągnięcia, po uiszczeniu skromnych siedmiu funtów).

Preparacje na strunach gitary, wdechy i wydechy saksofonu, wiolonczela zawieszona na niskim smyku – oto okoliczności otwarcia koncertu. Flażolety Johna, małe, ale płynne frazy JJ-a, wreszcie niespokojna wiolonczela Matthieu, która bywa także traktowana techniką pizzicato. Po dość intensywnej rozgrzewce, narracja brnie w kierunku efektownych akustycznie wydarzeń, jest wartka i udanie konstruowana, choć początkowo każdy z muzyków koncentruje się na swoim odcinku pracy. Nie brakuje subtelności brzmieniowych i słanych na post-restante wyrazów wzajemnej sympatii. Po paru minutach muzycy z kocią zwinnością przechodzą z niezobowiązującego marszu w zwarty i świetnie skomunikowany galop. Po szybkim wyhamowaniu, narracja toczy się równie efektownie – świetna dyspozycja dnia Russella, zwinny i niebanalny saksofonista oraz wielowymiarowy wiolonczelista, który raz za razem uruchamia duży potencjał perkusyjny, jaki niespodziewanie zdaje się tkwić w strunowcu średniej wielkości. Silne akcenty prepare na obu gryfach, szczypta sonorystyki w tubie. Muzycy płynnie przechodzą od free improv do chamber, a drogę powrotną pokonują jeszcze szybciej.12 minuta, to udana chwila zawieszenia narracji, moc słodyczy i swoistej zadumy dramaturgicznej - krótkie solo gitary, melodyjny flow sopranino, wreszcie cello, które zdaje się wydawać dźwięk talerzami (z rezonansem!). W tych okolicznościach napotykamy na świetny moment imitacji pomiędzy saksofonem i gitarą. Cudowne pętle tej pary, w tle polerowanie powierzchni wyjątkowo płaskich! Znów akcenty sonorystyczne, flażolety, garść niuansów brzmieniowych, tworzonych ad hoc w trakcie bystrej improwizacji. Potem znów stopping! Zdaje się, że po upływie kwadransa muzycy osiągnęli już telepatyczny poziom wzajemnej komunikacji! Na scenie ewidentnie smakuje już klimatem Spontaneous Music Ensemble! Saksofon kreśli małe frazy, niczym Trevor Watts, wiolonczela śpiewa i pomrukuje, gitara stawia zasieki, a sam John Stevens zdaje się zaglądać zza kulis i bić brawo! Wspaniały moment po 18 minucie!

Po paru minutach narracja ulega zmianie – duet gitary i wiolonczeli szuka brudnego tembru, znajduje go i rozsiewa zapach niemal industrialny! Komentarz saksofonu z powykręcaną melodią, wprost z suchej tuby. Ten ostatni zwinnie przejmuje ster i snuje swobodną, pełną fajerwerków akustycznych ekspozycję. Wiolonczelista znów topi się w perkusyjnym oceanie dźwięków. W 27 minucie zdecydowane zejście w głąb ciszy. Klimat suchej krypty, przy niebiańskiej wręcz akustyce. Molecular kind of free music! Wyjście na powierzchnię odbywa się przy kolejnej już porcji perkusjonalnej wiolonczeli, także ze szmerem upoconych strun gitary i szumem otwieranych lub zamykanych dysz dęciaka. Przy okazji, wszyscy muzycy zaczynają szukać rytmu w zagłębieniach swoich umęczonych już instrumentów. Na ostatniej prostej zasadniczej części koncertu muzyków dopada niemal free jazzowa kipiel, ale z akcentami chamber z tyłu głowy! I moc melodyjności skupionej w tubie sopranino.

Czas na małe encore! Smyczek przyklejony do gryfu wiolonczeli buduje sytuację sceniczną, z którą nie mieliśmy dotąd do czynienia. Ciągły, posuwisty flow, a obok saksofon na dużym wytłumieniu i mała gitara, który drży z niepokoju. Narracja narasta i zaraz opada. Kind of dark chill-out! Saksofon płynie wysoko i bardzo śpiewnie. Delikatnie upalony barok na strunach. Muzycy z doskonałością godną całej płyty, skutecznie szukają ostatniego dźwięku.




piątek, 1 marca 2019

GGRiL! Un Ensemble! Glasgow Improvisers Orchestra! Splitter Orchester! Marmolada! An explosive beauty of a larger one!


Zapraszamy na mały festiwal dużych składów! Pięć intrygujących, wieloosobowych orkiestr z kilku zakątków świata. Muzyka komponowana, muzyka improwizowana oraz wszystkie możliwe kombinacje tychże zjawisk, wariacje na temat i inne, równie szalone incydenty!

Najpierw dwie absolutnie świeże płyty, wydane dosłownie przed momentem, potem zaś trzy, które miały swoje premiery w roku ubiegłym. Orkiestry francuskojęzyczne, także szkocka, niemiecka i polska. Tłumy muzyków na scenie, moc wrażeń po stronie odbiorców i wrzący tygiel ponadgatunkowych odniesień artystycznych.




GGRiL  Façons (Circum-Disc/ Tour de Bras, 2CD 2019)

Naszą podróż zaczynamy w kanadyjskim Quebecu. Orkiestrę GGRiL, znaną także pod pełną nazwą Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, kojarzyć winniśmy choćby z doskonałą płytą Vivace, nagraną kilka lat temu z Evanem Parkerem. Szefem przedsięwzięcia zdaje się tu być basista Éric Normand, o którym ostatnio ciepło wspominaliśmy przy okazji tria z Johnem Butcherem.

Na podwójny krążek Façons (całość nagrania pomieściłaby się na jednej płycie kompaktowej) składają się trzy spotkania muzyczne (wszystkie miały miejsce w roku 2018). Na każdym z nich Orkiestra wykonała kompozycje stworzone specjalnie na jej zamówienie. Łącznie w przedsięwzięciu wzięło udział 22 muzyków. Nie będziemy ich tu wszystkich wymieniać, wskażemy jedynie, iż w Orkiestrze znalazło się miejsce dla ośmiu instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (tu goście specjalni: Caroline Kraabel, Ingrid Laubrock i John Butcher), trzech basów, czterech gitar, dwóch zestawów perkusyjnych, trzech instrumentów smyczkowych oraz jednego akordeonu i harfy. Pełna lista płac: https://tourdebras.bandcamp.com/album/fa-ons

Na początek kompozycja Organon, efekt pracy Isaiaha Ceccarelliego (21 minut), na którą składa się, cytując wydawcę, kilka zbiorów monolitycznych uzgodnień. Narrację buduje od pierwszej sekundy monumentalny dron, który płynie wolno, ale stabilnie, strumieniem dźwiękowym będącym efektem działań zapewne wszystkich muzyków na scenie. Grzmoty, skowyt, pomruki – elektroakustyczna burza w piorunami. Jako pierwsze z tej chmury intrygujących dźwięków wyłaniać próbują się dęciaki. Mocny fundament dla ich podskoków generuje czereda basów elektrycznych, kontrabasów i gitar elektrycznych. Pary w dłoniach nie brakuje także perkusjonalistom. Rzecz można – Power Orchestral Drone & Noise! W 10 minucie sekcja dolna delikatnie zmienia szlak podróży, a cała narracja zaczyna rozpływać się na mniejsze frakcje dźwiękowe. Jakby lód topniał pod nogami muzyków – dęciaki grzmią, dysze łapią oddech, wentyle ciężko pracują. Dobrze wyeksponowana zdaje się być szczególnie podsekcja blaszana. Po kilku minutach Orkiestra stanowczo wyhamowuje. Muzycy stoją w miejscu - klimat semi-oniryzmu, pasaż z bliżej nieokreślonego źródła dźwięku, eskadra małych dronów. Mutujące się, zwiewne płaszczyzny meta melodyki, powstające nie bez udziału elektroakustyki, czynionej zapewne przez gitarowe amplifikatory. Rodzaj zmysłowego symphonic noise, pełnego zgrzytów i perkusyjnych ornamentów. Na końcówce bystre wybrzmiewanie.

Tuż po Organon, w ramach uzupełnienia dysku pierwszego, skromna 7 i pół minutowa praca Xaviera Charlesa Sur les Genoux. To zapisany efekt pewnego tajemniczego warsztatu – rodzaju ćwiczenia z umiejętności słuchania. Muzycy zdają się oddychać zupełnie innym powietrzem niż w trakcie poprzedniego spotkania. Opowieść budują głównie instrumenty smyczkowe. Małe, spokojne, niemal pojedyncze ekspozycje. Ledwie kilku muzyków, szczypta elektroakustyki niewiadomego pochodzenia, prychanie dętych i blaszanych. Stateczna, bardzo molekularna narracja, naznaczona piętnem improwizacji. Kind of strings in hardly sonic enviroment.

Czas na dysk drugi i kompozytorski pomysł Johna Butchera w sześciu częściach, nazwany Local Fixations. Przez blisko trzy kwadranse muzycy będą dość swobodnie improwizować, korzystając zapewne jedynie z pewnych drogowskazów, nakreślonych przez autora. Punkt wyjścia dla Lokalnych Problemów zdaje się być wymarzony – gitary, basy i amplifikatory, sprzężenia i spięcia, półmrok czystego noise. Niemal free rockowe otwarcie, czynione także przy wsparciu energetycznej trąbki. W 3 minucie kilka plastrów smyczkowego miodu dla złagodzenia sytuacji fonicznej. Urocza i zmysłowa, mała filharmonia. Gitary jednak ripostują, złorzeczy klarnet basowy. Owczy pęd kieruje muzyków ku eskalacji, bez udziału wszakże jakichkolwiek akcentów perkusyjnych. Te ostatnie czynią wstęp do kolejnego Problemu. Struny, elektroakustyka prądu, drżące membrany, także gitara akustyczna i akordeon – szeroki bukiet filigranowych ekspozycji, w tym saksofonu samego Butchera. Moc pojedynczych dźwięków, które lepią się w gęstą ciecz. Fragment zdominowany przez akustyczne instrumenty, w tym także bystry kontrabas. Kolejna opowieść rodzi na się na gryfach strunowców, do gry wchodzi również gitara z akcentami quasi flamenco – wyborna zabawa w call & responce. Krótkie, urywane frazy akordeonu i trąbki, prawdziwie urokliwa miniatura. Czwarty Problem ogłasza grzmot kontrabasu. Wsparcie idzie ze strony perkusjonalii i dęciaków. Kontrabas raz za razem czyści teren podmuchami potężnej fonii, pod które podłącza się coraz więcej instrumentów. Narracja gęstnieje, nawet na etapie stabilnego wybrzmiewania – dobra zmian gitar elektrycznych i skrzypiec. A kontrabas grzmi do ostatniego dźwięku. Cudowny odcinek! Piąty Problem – sopranowy Butcher, kontrabas i gitara, oto trio otwarcia. Nalot dywanowy elektroakustyki – perfekcyjny kontrapunkt! Tłusta ekspozycja, w której ważne dramaturgicznie momenty dźwiga na swych plecach akordeon. W drugiej części niespodziewanie pikuje ku górze – świst gorącego powietrza zdaje się rozrywać nam narządy słuchu. Porządek na scenie robi smyczek na gryfie kontrabasu. Wreszcie finalny Problem – struny w sytuacjach sonorystycznych, dęte kontrapunkty, małe perkusjonalia. Groza tajemniczej post-filharmonii. Na scenę zaczynają przybywać dodatkowe instrumenty, zdaje się, że całe GGRiL osiąga stan wrzenia. Na ostatniej prostej dużo dobrego ze strony reeds & brass. Piękny finał doskonałej - szczególnie w trzeciej odsłonie – płyty, budowany dronowo-ambientowym kosmosem półdźwięków!




Un Ensemble  Points Sans Surface (Circum-Disc, 2019)

Czas na rdzennie francuski ansambl Un. Na potrzeby wykonania kompozycji Points Sans Surface w pewnym tajemniczym miejscu (nie doszukałem się szczegółów w opisie płyty) zebrało się 29 muzyków, w tym szef Orkiestry David Chiesa, którego znamy raczej jako kontrabasistę, ale tu grać będzie na elektrycznym pianie.  Pełne instrumentarium Un Ensemble jest następujące: osiem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, trzy smyczkowe, trzy zestawy perkusjonalii, trzy basy, trzy gitary, dwa syntezatory analogowe, dwa głosy, także rzeczone piano, india harmonium oraz ludzie odpowiedzialni za elektronikę, brzmienie oraz … oświetlenie. Uff… pełna lista muzyków w linku: Strona płyty

Autorem kompozycji jest dobrze nam znany saksofonista Jean-Luc Guionnet (zagra na saksofonie altowym). Ponieważ zdecydowanie tym nagraniem wkraczamy w świat muzyki współczesnej, być może opis metody wykonania kompozycji zajmie nam więcej czasu niż zapis recenzenckich wrażeń z samego odsłuchu. A zatem – 29 wykonawców, soundsystem dla 25 muzyków, wyposażony w 8 głośników plus system do obsługi oświetlenia, które stanowi ważny element dramaturgiczny wykonania (obawiam się, że tego nie usłyszymy na płycie). Publiczność jest otoczona przez muzyków i głośniki. Każdy z instrumentów podłączony jest pod mikrofon. Sygnał dźwiękowy przekazywany jest na konsolę mikserską, gdzie jest wzmacniany, odtwarzany i miksowany z innymi dźwiękami. Do publiczności docierają zatem trzy strumienie fonii – akustyczna wprost od muzyków, przetworzona z głośników oraz mieszana (przy czym, dźwięki żywe docierają na zdecydowanie innej wysokości niż te z głośników). That’s all! Spektakl dźwiękowo-wizualny trwa prawie 66 minut, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, na płycie podzielonym na osiem części.

Dźwięki otwarcia, to drony brzmiące niczym upalony akordeon, ale zapewne to syntezator analogowy lub india harmonium (z uwagi na skomplikowany sposób tworzenia fonii na koncercie, proponuję nie przywiązywać nadmiernej wagi do precyzyjnego wskazywania źródeł dźwięku). Fonia dociera z samego dna ciszy, a towarzyszy jej pomruk sali koncertowej, delikatny szelest swoistego field recordings. Prawdziwa meta muzyka w oczekiwaniu na coś niezwykłego. W 7 minucie pierwotny dron delikatnie moduluje się, a z samego dna piekła dostarczane są nowe podwarstwy narracji. Muzycy szorują struny, drży elektryka gitar. Zmiana traku na krążku następuje jednak w niemal zupełnej ciszy. W dalszej kolejności – pakiet drobnych, niemal pojedynczych dźwięków akustycznych. Przestrzeń huczy jednak elektroakustyką. Ansambl zdaje się kroczyć po złote runo, ale każdy krok stawiany jest z wyjątkową rozwagą. Głosy kobiece z megafonu, plamy prądu na kablach, w dole drony analogowej elektroniki. Wchodzą smyczkowe dużą falangą (trzeci trak), niemal nalot dywanowy. Mocny flow elektroakustyki, from time to time inkrustowany pięknymi plamami żywych dźwięków. Filharmonia w ogniu! Po 8 minucie do gry wchodzą dęciaki i skutecznie stopują całą narrację. Spektakl konsumuje wielki łyk kameralistyki, potem narasta, dynamizuje się i powoli pożera własny ogon. Zmysłowy, bardzo emocjonalny odcinek batalii. Atak dużych blaszaków, upiorny taniec, czuć, że gra duża orkiestra! Rytmiczne akcenty drummerskie aż po nagły stop! I jakby powrót do stanu początkowego – szmery oczekiwania, które przerywa krzyk z megafonu (start traku czwartego). Cisza, small piano, drobne przetasowania foniczne, grzmoty, pomruki, rozkwit elektroakustyki, moc gatunkowych znaków zapytania. Głosy z zaświatów, sonorystyka nieistniejących instrumentów, piękne smyki. Znów głos obwieszcza początek nowego (piątego), tu jakby coś wyliczał, obok smyki proszą o łyk świeżej wody. Stylowe kontrapunkty z wielu miejsc, na ogół z gotujących się gryfów. Piękny chaos punktowej improwizacji: strings gonią niczym pociągi na wietrze, gadający puzon, sto pomysłów na sekundę. Startuje szósty odcinek – drony, które zdają się scalać analogową elektronikę, obok bukiet incydentalnej akustyki, dzwonki, krzyki, znów megafon. A my już płynnie sięgamy po siódmy fragment – tu narracja zdaje się stać w miejscu, jak na początku koncertu, w poszukiwaniu nowych punktów zaczepienia. Niski dron o dętej, owalnej strukturze. W 5 minucie znaczący epizod drummerski, bardzo efektowny i powtarzany od czasu do czasu. Megafon czuwa, tu jakby zachęcał do kolejnych perkusyjnych eskalacji. Sonorystyka spływa na nas garściami, to z dęciaków, to jakby z kabli. Bogata narracja, także z akcentami noise. Pod koniec uporczywe poszukiwanie ciszy, pojedyncze dźwięki znikąd – efektownie, ale trochę bez emocji. Wreszcie finałowa partycja – obwieszczą ją groźnie brzmiący talerz. Z niemal metafizycznej ciszy wyłania się mikro zgiełk, generowany wszystkimi strumieniami fonii. Ambientowy niepokój, strach przed konsekwencją zaniechania. Akcenty dęte serwowane bardzo separatywnie. Pomruki, szmery, wycieranie potu z czoła, smyki na niskich gryfach. Wybrzmiewanie i narastanie, sinusoida emocji. Wielogatunkowy spleen ciągnie nas do ostatniego dźwięku. Electro-acoustic contemporary composition in impro enviroment has ended!




Glasgow Improvisers Orchestra Featuring  Marilyn Crispell &Evan Parker   Parallel Moments Unbroken (FMR Records, 2CD 2018)

Choć orkiestra improwizatorów z miasta stołecznego Glasgow jest tylko młodszą siostrą London Improvisers Orchestra, to dorobek fonograficzny ma dużo większy. Dziś sięgamy po jej najnowszy, dwunasty już krążek, który choć jest z nami ledwie kilkanaście tygodni, to zawiera nagrania już dość wiekowe. Koncert pomieszczony bowiem na pierwszym dysku miał miejsce w roku 2013 (CCA Glasgow), a ten na drugim – w roku 2014 (City Halls, Glasgow). Każdy z nich zdobi szacowna persona, o czym śmiało informuje wydawca, umieszczając ich w tytule wykonawczym. Osobą zaś wiodącą w samej orkiestrze jawi się saksofonista Raymond MacDonald, który pojawia się na liście płac także w kategorii kompozytor. Nikt z muzyków nie został przypisany do roli dyrygenta, zatem nie znamy bliższych szczegółów w zakresie kreacji procesu improwizatorskiego, czynionego przez całkiem sporą grupę muzyków. Definitywnie wszakże wracamy do świata free jazz/ free improv, ba, na drugim z dysków – uprzedźmy przebieg wydarzeń – poczujemy nawet smak swingu i Orkiestry Gila Evansa!

Koncert GIO z udziałem Marylin Crispell składa się z siedmiu części i trwa 28 minut z sekundami. Na scenie odnotowujemy obecność: dziesięciu instrumentów dętych, dwóch smyczkowych, trzech zestawów perkusyjnych (pośród nich Gino Robair), dwóch gitar, kontrabasu, fortepianu (gość!), harfy, wibrafonu, trzech zestawów elektronicznych, wreszcie dwóch głosów (w tym Maggie Nicols).

Nagranie otwiera solowa ekspozycja Crispell, grana spokojnie, z lekkim pogłosem. W dalszej kolejności do gry wchodzą instrumenty strunowe oraz odrobina dźwięków elektronicznych, a sama narracja gęstnieje i dynamizuje się, przy dużej aktywności perkusistów. Tuż potem minutowe interludium dla harfy i gitary. Powrotowi strunowców ponownie towarzyszy zgiełk na kablach, dialog głosu i klawiszy, także partii dętych zatopionych w szmerach bogatej instrumentacji. Akcja goni akcję, elektronika i akustyka, cicho i głośno, what ever you want! Płynne wejście w ciszę, harfa, głos, cicha gitara. Pasmo małych, wysokich i niskich półdronów. Także puzon, wielogłos fletów, kameralne struny i kwilące gitary elektryczne. Znów ułamek ciszy, potem dialog saksofonu i piana w konwencji call & responce (zapewne McDonald i Crispell). Pachnie dobrym free jazzem na kilometr! W komentarzu bystra kipiel w kilku tubach, także trąbki. Finałowy odcinek rodzi się z krzyku eskalacji, czynionych w podgrupach. Fire music as well! Finalne tłumienie spoczywa na barkach, a raczej gardłach kobiet. W tle polerują się struny. Urokliwe!

Drugi dysk wypełnia koncert z gościnnym udziałem Evana Parkera na saksofonie tenorowym. Składa się z jedenastu części, trwa blisko 50 minut, a na scenie obok saksofonisty odnajdujemy także: sześć innych dęciaków, dwa instrumenty smyczkowe i kontrabas, perkusję, elektronikę, aż cztery gitary, fortepian, harfę, obój i głos.

Parallel Moments Unbroken, część druga, powstaje z dźwięków strun, które narastają do pary z wydarzeniami perkusyjnymi, także fraz trąbki i saksofonów, jazzowego fortepianu, wreszcie ciepło brzmiącego saksofonu tenorowego Parkera. Czysty, stateczny flow dobrych fonii. Nie brakuje partii granych unisono, zapewne wprost z zapisów na kartkach. Małe expose głosu ludzkiego intonuje drugą część, znów silnie eksponującą tembr saksofonu gościa. W międzyczasie strunowce budują słodki background. Narracja narasta niemal symfonicznie, całość zdaje się być szczegółowo wyreżyserowana, mając wszakże u stóp bazę zdecydowanie free jazzową. Kolejne spiętrzenie następuje przy udziale saksofonu, piana i gitary. W oddali szum dużych aktywności, czuje się potencjał do zmyślnego hałasowania.  Tuż potem narracja otwiera jednak nowe wrota (numer traka przeskakuje na czwórkę) – tenor Parkera tyczy szlak jeszcze cieplejszym tembrem, akompaniament orkiestry zaczyna zaś smakować cool-jazzem. Zdaje się, że za kotarą przyczaił się sam Miles Davis, do tego w towarzystwie Gila Evansa. W ramach interludium Parker flirtuje z samotnością, by po niedługiej chwili ponownie przywołać zimny dreszcz słodyczy. Smyki, filharmoniczne zadęcie, kolejny smooth sax, dużo lukru, mało spontaniczności. Głosy z oddali i trąbka już całkowicie milesowska. Ósma partycja zdaje się burzyć ów ład i porządek - trochę brudu w dyszach, zadziorów na gryfach, ochłapy intrygującego chaosu. Less jazzy, more chamber! Dobra zmiana rozbudowanej sekcji gitar. W kolejnej części cool pozornie powraca – małe frazy, coś drży na kontrabasie, próba wejścia w obszar call & responce. Wzrost aktywności części milczącej Orkiestry sprawia, że smak dobrego free jazzu staje się naszym udziałem. Przedostatni odcinek – rozbudowane intro gitar, saksofon w pozie letargu, słodki dźwięk ala Fender do pary. Przez moment Parker brnie w oddech cyrkulacyjny, podbiegają do niego flet i trąbka, dzięki czemu doświadczamy drobnej kipieli. Zdaje się, że wraz z muzykami biegamy od ściany do ściany. Finał, choć wiele w nim niebanalnych dźwięków, znów topi się w słodyczy rozwiązań dramaturgicznych, na wprost zaciągniętych z opasłych tomów historii Orkiestry Gila Evansa. Samo wybrzmiewanie także bez błysku, z głosem kobiecym w tle.

Pełna lista muzyków obu koncertów:




The Pitch & Splitter Orchester  Frozen Orchestra (Splitter)  (Mikroton Recordings, CD 2018)

Definitywnie porzucamy jazzowe frazowanie, a w poszukiwaniu nowych, intrygujących zjawisk na scenie muzyki współczesnej, która improwizację traktuje, jako jedno z podstawowych narzędzi działania, przenosimy się do Berlina. Przedmiotem naszych zainteresowań będzie ostatnia, jak do tej pory, płyta Splitter Orchester, poczyniona wspólnie z formacją The Pitch. W tej ostatniej odnajdujemy klarnecistę Michaela Thieke, wibrafonistę i perkusjonalistę Mortena J. Olsena, kontrabasistę Koena Nuttersa oraz grającego na organach Borisa Baltschuna. To właśnie ta czwórka muzyków skomponowała materiał, który wraz z rozbudowaną załogą Splitter, wykonano w trakcie dwóch grudniowych dni roku 2017 w studiobörne45.

W ramach zaś samej Orkiestry – prawdziwy kwiat berlińskiej sceny improwizowanej! Wskazując instrumentarium, jakie wykorzystano w trakcie nagrania, wymienimy niektórych muzyków z imienia i nazwiska. A zatem na scenie: siedem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (m.in. Matthias Müller, Axel Dörner, Robin Hayward), trzy instrumenty klawiszowe (m.in. Magda Mayas, Andrea Neumann), trzy zestawy różnorakiej elektroniki, dwa instrumenty smyczkowe (m.in. Biliana Voutchkova), kontrabas (Mike Majkowski), dwa zestawy instrumentów perkusyjnych (m.in. Burkhard Beins) oraz gitara.


Kompozycja Frozen Orchestra (Splitter) trwa równą godzinę zegarową. Mimo, iż była nagrywana przez dwa dni, na płycie stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków. Początkowa, wielominutowa partia kompozycji bazuje na gęstym niczym zastygająca lawa dronie, zbudowanym głównie z akustycznego żeliwa. Narracja stoi w miejscu, niczym stopklatka, drży zawieszona na nieboskłonie, jednocześnie umoczona po kolana w gęstym strumieniu niskich dźwięków. Proces jej narastania jest niemal niedostrzegalny, ale czujemy okiem wewnętrznym, iż ma miejsce. Parafrazując klasyka – more suspended & sustained piece. W okolicach 7 minuty pojawiają się pierwsze pojedyncze mikro frazy z gitary, klawinetu (?), skrzypiec lub/i wiolonczeli. W 10 minucie wytrawne ucho recenzenta odnajduje drobne modyfikacje w zakresie kształtowania się niskich partii drona. Dzieło zdaje się być prawdziwie monumentalne – zakochaj się albo uciekaj! Decydujemy się na pierwsze rozwiązanie! 15 minuta przynosi pierwsze objawy studzenia intensywności ekspozycji, 20 zaś – kolejne drobne stadium tego procesu. Po kolejnych pięciu minutach, flow drona ulega zdecydowanemu rozwarstwieniu. Podsekcja instrumentów klawiszowych i elektroniki zdaje się tyczyć szlak nowej ekspozycji. Elektroakustyczna mieszanka wielosmakowa! Grzmoty niskich dęciaków, szum wody z kabli, ptasia kawalkada mikro zdarzeń akustycznych - cała narracja już definitywnie wyhamowuje. Budzimy się w rzeczywistości nocnej burzy z piorunami. Ciepłe podmuchy wiatru i 100% wilgotności powietrza. Jego gęstość sprawia, iż w głowie recenzenta budzi się wspomnienie berlińskiego post-techno sprzed ćwierć wieku i magicznego Basic Channel! Niesamowity efekt – dominuje brzmienie syntetyczne, które zdaje się mieć urodę akustycznych dźwięków! W okolicach 30 minuty z tej pozornie chaotycznej powłoki zaczyna wyłania się nowy dron. Podkreślmy wszakże - intensywność nalotu dywanowego jest ciągle naszym udziałem. Dobre akcenty z niskich klawiatur, bogactwo tła. Sama narracja toczy się pozornie dość spokojnie, a muzycy jakby otwierali bramę do ambientu – ciemnego, chwilami nawet czarnego. Rośnie liczba akcentów wprost ze strun – piękny wielogłos akustyki, trwale wtopiony w masywny dron, który po 42 minucie zdaje się delikatnie zastygać. Towarzyszą temu pojedyncze akordy piana. Przed muzykami proces powolnego, ale systematycznego gaszenia płomienia. Gitarowe pląsy, estetyka minimal, oczekiwanie na nieuchronność końca spektaklu. Od 55 minuty także plamy dęciaków, pojedyncze pasaże strunowców, wibrafon, kontrabas, piano, dzwonki, gitara – jakby muzycy, jeden po drugim, wychodzili z gęstej mgły. Posmak chamber, dron tli się w pogorzelisku. Jakże stylowe wybrzmiewanie. 




Marmolada  Musica Privata V (Musica Privata, CD 2018)

Na finał dzisiejszej orkiestrowej opowieści akcent krajowy, przy okazji najmniejsza z prezentowanych formacji, składająca się bowiem z jedenastu muzyków. Marmolada, bo tak słodko brzmi nazwa grupy, to jakby mała wersja Łódzkiej Orkiestry Improwizowanej. Podmiotem sprawczym przedsięwzięcia jest saksofonista Paweł Sokołowski, także główny organizator cyklicznego, łódzkiego festiwalu Musica Privata. W trakcie edycji 2016 tegoż wydarzenia powstało nagranie, które dziś przystawiamy do naszych uszu. W składzie Marmolady odnajdujemy także: dwie wiolonczele (Małgorzata Bogusz - Cyganowska, Adam Webster), saksofon altowy (Marcin Garncarek), głos (Bartosz Wrona), dwie gitary elektryczne (Michał Sember, Michał Tylak), … smartfon (Cezary Perliński), mały akordeon (Marta Kazimierczak), perkusjonalia (Aleksander Wnuk) i kontrabas (Ernest Ogórek). Koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków (z jednym, drobnym klejeniem po części siódmej), trwa 46 minut bez jednej sekundy, a podzielony został na dziewięć części.

Muzyka Marmolady zdaje się być bardzo swobodnie improwizowana, dodatkowo nic nie wskazuje na to, iż w orkiestrze mamy jakikolwiek ośrodek dyrygencki. Ważny element dramaturgiczny narracji stanowi tu rytm, który raz po raz, z różnych ośrodków dowodzenia, wtłaczany jest w szranki improwizacji i sprytnie popycha ją do przodu. Otwarcie koncertu nie budzi wątpliwości, co do dalszego jej przebiegu – struny w tańcu, sprytne smyki, akcenty perkusjonalne na gryfach, prychanie i przedęcia saksofonów, czyli free improv z rozmachem, w pięknych akustycznie okolicznościach przyrody. Pierwszy motorem napędowym jawi się Wrona i jego ekspresyjne gardło, tudzież powykręcany rytm, tamże posadowiony. Pozostawili muzycy zdają się jeść mu z ręki. Narracja pierwszy rytmiczny dryl łapie już po kilkudziesięciu sekundach. Grzmoty gitar z prądem akcentują zmianę numeru traku na dysku. Znów moc pięknych, strunowych ekspozycji, skromne preparacje, także słodki tembr saksofonu i dźwięki ze smartfona (jak domniemujemy). Muzykowanie toczy się jakby w podgrupach, zawiera także incydenty solowe. Trzecią część wprowadza do gry akordeon. W tle szczypta akustycznej … elektroakustyki, piłowanie strun, także syntetyczne półdźwięki. Rodzi się rytm, po części za sprawą gitar. Tuż potem małe wytłumienie na barkach kontrabasu, a zmiana traku zdaje się już spoczywać na elektronice, którą dostarcza chyba smartfon (bo któżby inny). Niebanalna kumulacja dźwięków saksofonu i percussion. Moc energii i uśmiechów na ustach. Gracja swobody i scenicznego luzu. Piąty trak wybrzmiewa z akordeonem, a bazę rytmiczną generuje gitara, mająca wsparcie w drobnej fonii dętej. Początek szóstego traku ogłasza Wrona! Niespodziewanie ekspozycja staje się dalece molekularna - rodzaj dramaturgicznego zawieszenia. Głos sieje niepokój, a nastrój wzmaga się dzięki strunowcom, które zdają się być gotowe na wszystko. Rytm rodzi się na gryfach wiolonczeli i kontrabasu. Całkiem zmysłowe call & responce! No i Wrona na prezydenta! Siódmy rodzi się z ciszy i mroku, gardeł i zawilgoconych tub saksofonów. Cello na tle czeredy małych dźwięków, akordeon, saksofon, szczypta syntetyki i … cenzorskie wyciszenie narracji. Ósmy odcinek, niczym tango wyzwolonych improwizatorów – małe struny, szmery i oddechy. Trochę smutnych pasaży i rozśpiewany Wrona. Skromny rytm w dalekim tle (od kogo?). Meta melodie, tańce połamańce. Spiętrzenie całej Marmolady staje się powoli faktem (hałas też chce być elementem tej gry!). Bystry finał ma miejsce dzięki zapobiegliwości gitarzystów. Do ostatniego odcinka muzycy przystępują z marszu, płynnie i bez zająknięcia. Szybko podłapany rytm goni ku kolejnej eskalacji. Saksofony, gitary, tajemnicze obiekty, no i finałowe harce na alcie. Gitary idą z nim pod rękę! Zdaje się, że finał koncertu nie mógł być lepszy! Ekspresyjnie i emocjonalnie, z dobrym, choć delikatnie wyciszonym stopowaniem.