wtorek, 25 czerwca 2019

Desprez & Rasmussen! Lopes & Guillotine! Nuno! Azul! Stapp & Morris! Torn! KaMaSz! Strętwa! The Real Guitar City as june summary!


Krajowy czerwiec tym razem w aurze tropikalnych upałów, tudzież braków w zakresie wody pitnej i … tradycyjny ból głowy redakcji z nadmiaru bardzo dobrej improwizowanej muzyki! Czas na czerwcową zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych!

Dziś w roli głównej gitara we wszelkich jej wymiarach. Będzie głośno, będzie też spokojnie, raczej mniej rocka, więcej swobody i zdrowego pomyślunku. Zaczynamy od zeszłotygodniowej premiery płytowej, potem jeszcze siedem innych, niemal tak samo pachnących, wydawnictw (ledwie jedna datowana na roku ubiegły). Najpierw miting francusko-duński, potem blok płyt z Portugalii, a następnie po dwa wątki amerykańskie i polskie.




Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch (Dark Tree, CD/LP 2019) ‎

Na początek naszej dzisiejszej opowieści niezwykle świeży duet – Desprez (gitara elektryczna) i Rasmussen (saksofon altowy) – postaci bardzo już medialnych, jak na reguły europejskiej muzyki improwizowanej i prawdziwie energetyczna porcja dźwięków, której nadali zgrabny tytuł Właz. Przy okazji odnotujmy powrót do działalności edytorskiej francuskiego Dark Tree Records (Happy to see you again, Bertrand!). Siedem bardzo swobodnych historii o istocie dźwięku, których odsłuch zajmie nam dokładnie trzy kwadranse bez dwóch sekund (koncert z września 2016 roku - Music Unit, Montreuil, Francja).

Roztańczony, free jazzowy alt i gitara z dużym prądem, która z lisią zręcznością pląsa wokół i zwinnie improwizuje – oto aktorzy, z którymi skaczemy w ogień żarliwego free improv, granego z dużą klasą, wyczuciem formy, budowanego w atmosferze bardzo dobrej komunikacji wewnętrznej. Sowity duet, mocny przekaz, brak dramaturgicznych wątpliwości – już po minucie muzycy bez trudu wchodzą w pierwsze mikroeskalacje, kreują dźwięk, który ma brzmienie, siłę wewnętrzną i nieodparty urok osobisty. Po kolejnej minucie pierwsze garście hałasu i rytm, który podaje Julien. Mette tańczy wokół niego, zalotnie spogląda w stronę gitarzysty i zdaje się być po brzegi ust naładowana emocjami. Po chwili przerwy już niemal gada do niego przez ustnik, a alt, niczym taśma przesyłowa, ubarwia narrację dętym … notokiem. Gitarzysta nie pozostawia tego bez reakcji – tryska różnorodną fonią, aż iskrzy na scenie. Liczy ołowiane struny, kreuje nowe plamy hałasu, wchodzi w krótkotrwałe imitacje, a na finał buduje zmysłowy dron. Trzecia historia zdaje się być sucha na wiór – alt mimowolnie prycha, gitara grzmi i mruczy. Kierunek działania – preparacje. Dość szybko narracja osiąga niemal industrialną gęstość. Od ciszy po hałas, pasmo jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. W 6 minucie symfonia wysokich dronów, potem odrobina zalotnych spojrzeń – szorstka, męska zabawa obojga płci.

Czwartą opowieść buduje czysty, ekspresyjny alt. Gitara podaje rytm i brzmi niczym czereda groźnych basów. Oto początek ballady dla złych. Z każdą sekundą sieć dźwięków gęstnieje, nabiera brudu i smoły w brzmieniu. Alt ciągnie ku górze coraz intensywniej, niemal spirytualnie. Na gryfie kawalkada wydarzeń, mrok fonii, która rozbłyska ogieniem. Corowy numer płyty kończy się krzykiem, poprzedzonym paradą hałasu i eksplozją temperamentów obu muzyków. Chwila odpoczynku tuż potem – dialog krótkich fraz, gitara niczym maszyna wysokoprężna (tu nie ma dźwięku, którego nie można by zagrać), alt raczej dba o niuanse brzmieniowe, ale w ramach kropki nad „i” daje do wiwatu! Szósta historia znów stawia pióro recenzenta do pionu – dynamiczny potok suchych westchnień wprost z rozgrzanych dysz altu zostaje świetnie komentowany przez filigranowe, metaliczne dźwięki z gryfu. Mette ciągnie flow pod sklepienie niebieskie, potem Julien łamie go zmyślnym meta rytmem. Tańce, swawole i obopólne drony na wytłumieniu. Wreszcie sam finał tej ekscytującej podróży – parada szumów z tuby i milczącego amplifikatora. Efektowne intro, z którego wyłania się post-industrialna kawalkada coraz bardziej wilgotnych fonii. Po krótkim stoppingu, zabawa w sonorystykę użytkową, tuż nad gęstym strumieniem modulowanego basu. Last minute – szorstki tembr altu ginie w siarczystym dronie, budowanym przez zakrzywione fale radiowe, wprost z umęczonej gitary, odciętej od zasilania.




Guillotine  Guillotine  (Clean Feed, CD 2019)

Przed nami melanż portugalsko-francusko-norweski, wydany, co widać powyżej, w kraju tej pierwszej nacjonalizacji. Pod jakże ostrym tytułem własnym spotykamy trzech muzyków: Luís Lopes – gitara elektryczna, Valentin Ceccaldi – wiolonczela (uwaga! podłączona pod prąd wielkiej mocy!) oraz Andreas Wildhagen – perkusja. Nagranie z czerwca ubiegłego roku, Golden Poney Studios w Lizbonie. Cztery improwizacje, 42 minuty i 4 sekundy.

Choć spodziewamy się po Gilotynie sporej dawki zdrowego hałasu (co w istocie rzeczy stanie się naszym udziałem), pierwsze trzy minuty upływają nam w potoku ambientowej niemal ciszy, budowanej na talerzach zestawu perkusyjnego. Gitara i cello na finał tej zaskakującej rozbiegówki uderzają w dzwon narracji niezwykle silnie i pieśń otwarcia toczyć się może właściwym torem. Pierwsze wrażenia są nie dość, że rockowe, to wręcz kraut-rockowe. Wiolonczela brzmiąca niczym metalowa basówka, rozchełstana gitara, skora do wszelkich figli, masywna perkusja. Na przeciwległych flankach oba strunowce toczą małą wojnę, kto głośniej. W 9 minucie, to gitara milknie jako pierwsza. Po dwóch minutach powraca, a siła rażenia tego powered power trio zdaje się być jeszcze większa. Wybrzmiewanie też z nutą zaskoczenia – najpierw harsh-ambient, potem klimat z Woodstock, tego właściwego, sprzed 50 lat. Druga część nie może nie zacząć się łagodnie. Cello prycha pizzicato, leniwe talerze komentują. Znów muzycy potrzebują niemal trzech minut, by wejść na wyższy poziom obrotów. Pierwsza w taniec idzie - oczywiście - wiolonczela! Kardynalny rytm ze smyka nie pozostawia wątpliwości. Gitara kłębi się i swawoli, perkusja trzyma sztamę z cello. Piękna, zdrowa, rockowa kipiel w strumieniu swobodnej improwizacji! Emocje i ponadgatunkowa przepychanka trwa parę chwil, a pojednanie smakuje wyrafinowanym noise!

Trzecia historia rodzi się z ciszy i szumu wystudzonych amplifikatorów. Obcierki i polerki, czekanie na sygnał do wzmożenia aktywności. Proces zdaje się być cokolwiek przewlekły. Gitara szuka inspiracji na południu Iberia, talerze tyczą szlak donikąd. Rodzaj meta ballady, granej the day after. Bogata ekspozycja cello na tle leniwego szczoteczkowania. Sygnał do ataku zostaje dany dopiero w 8 minucie. I znów leje się rockowa krew – rytm ze smyka, psycho-guitar, drive drumming i finał w hałasie. Czas na zmyślnego rozchodniaczka, mniej niż pięć minut, które rozpoczyna cello frazując na jazzowo. Narracja toczy się na delikatnie złamanym rytmem, z drobną synkopą. Dobre momenty perkusisty, śpiewająca gitara i czas na gaszenie płomienia, swobodnie rozbujanego na ostatniej prostej Orgasmic Dance.




Jorge Nuno/ Rômulo Alexis/ Victor Vieira-Branco/ Rafael Cab  Connection (Creative Sources/ Big Papa Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek portugalski. Gitarzystę Jorge Nuno poznaliśmy niedawno przy okazji jego ogniście rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dziś zapraszamy na spotkanie z całkiem wyswobodzoną improwizacją. Przenosimy się do brazylijskiego Sao Paulo, gdzie muzyk bardzo skutecznie poszukiwał interesujących Koneksji artystycznych. W ramach kwartetu towarzyszyli mu w tym zacnym dziele: Rômulo Alexis – trąbka i elektronika, Victor Vieira-Branco – wibrafon oraz Rafael Cab – perkusja. Nagrania studyjne (data nieznana), pięć utworów, 42 minuty i 9 sekund.

W ramach introdukcji wytłumiona gitara i rezonujący wibrafon prowadzą niebanalny dialog. Po minucie brudna trąbka, wsparta perkusyjnymi zgrzytami, burzy ład i sieje dobry ferment. Rodzaj fussion grane bez pięciolinii, z ambicjami w zakresie dalece swobodnej improwizacji. Oryginalna, post-psychodeliczna gitara w towarzystwie dalece kompetentnych instrumentalistów. Bez pośpiechu, na dużym luzie, no i trąbka, która już na starcie brzmi niczym upalony klarnet basowy (muzyk będzie siał podobny dysonans poznawczy niemal przez całą płytę). Drugi numer skaluje dynamikę, a muzycy ochoczo ruszają na podbój świata. Aktywny drumming, szybki wibrafon, riffująca gitara, która zaczyna już poszukiwać dubowej przestrzeni. Na finał tej trzyminutówki ostra kipiel na gryfie. Trzeci numer zaczyna trębacz. Jego instrument brzmi tym razem, jak baby toy, gumowa kaczka. Ponownie bystry perkusista i swawolny gitarzysta budują dobry flow. Wokół moc tajemniczych, post-akustycznych dźwięków. Nuno zdaje się stać nieco z boku, raczej stymuluje młodszych kolegów do improwizacyjnych bojów. Na finał tej części gra jazzowe duo z wibrafonem.

Część czwartą, choćby z racji długości trwania, uznać można za kluczową Koneksję. Na wejściu trąbka brzmi jak trąbka! Dwa słowa ze strony wibrafonu i przyczajona gitara, która grzeje piec. Po niemal trzech minutach Nuno daje sygnał do gęstego galopu. Garść psychodelii, trąbka, która już zdążyła zamienić się w saksofon sopranowy, wreszcie czupurna meta sekcja wibrafonu i perkusji. Free rock like fired fussion! W okolicach 7 minuty małe wytłumienie i bardzo udane poszukiwanie nowej formy. Szczypta ambientu z gitary i bukiet bardzo swobodnych improwizacji pozostałych instrumentów. W 10 minucie na gryfie strzeliste wichry wojny – prawdziwy popis Nuno, który stanowi introdukcję to kolejnego galopu. Na finał odcinka improwizacyjne rozlewisko wyłącznie udanych dźwięków. Ktoś podśpiewuje, ktoś bawi się przetwornikami gitarowymi. Brawo! Wreszcie pieśń zamknięcia, również rozbudowana czasoprzestrzennie. Trąbka, gitara na dużym pogłosie, oddech wszechświata. Dla przeciwwagi aktywny drumming i zmysłowe tło wibrafonu, który brzmi niczym marimba. Zmiana goni zmianę. Ogień i woda, krzyk i dub. Po 6 minucie plamy psychodelii, a finałowe wytracanie mocy pod światłym przewodnictwem, doskonałego na całej płycie, trębacza! Ostatnie dźwięki należą do gitary, swobodnie płynącej na nostalgicznym pogłosie.




Carlos Bica & Azul  ‎Azul In Ljubljana (Clean Feed, 2018)

Po trzech porcjach sporych emocji, definitywnie zasłużyliśmy na kilka chwil jazzowego relaksu. Przed nam trio Azul, któremu szefuje od dawien dawna portugalski kontrabasista Carlos Bica. W dziele budowania dobrych melodii i zwinnych, niezobowiązujących improwizacji, wspomagają go - niemiecki gitarzysta Frank Möbus i amerykański drummer Jim Black (onegdaj ikona improwizowanej perkusji). Koncert ze słoweńskiej Ljubljany z roku 2015, dziesięć kompozycji (!), 54 i pół minuty.

Piłkę do gry wprowadza ciepło brzmiący gitarzysta, który nie jedno piwo wypił w towarzystwie Billa Frisella. Wtóruje mu kontrabas, prowadzony bardzo silną ręką i dość prosty, para rockowy drumming. Muzycy z godnym podkreślenia ładem i spokojem, grają coś na kształt bluesa, któremu nigdzie się nie śpieszy. All that jazz z gitarą, która w fazie improwizacji potrafi pokazać lwi pazur. Drugi utwór brzmi niemal pop-rockowo, można podśpiewywać i tupać nogą, ale dramaturgii wydarzeniu znów dodaje iskrzącą na zakrętach gitara. Trzecią historię można skwitować określeniem dobry jazz użytkowy. Na czwartą, najdłuższą, zdecydowanie warto jednak nadstawić ucha – bas zwinnie repetuje temat, gitara płynie szczeliną transu, z posmakiem zadumy i kiściami saudade pomiędzy strunami. Prosta, wyjątkowo urokliwa i niezwykle melodyjna ekspozycja. W piątej piosence warto podkreślić pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu. Po chwili wstępu trio idzie w półgalop, zwinnie kreowany przez mocny flow basu i delikatnie psychodelizującą gitarę. W improwizacjach muzycy osiągają nawet stan pełnego galopu. W kolejnym utworze jest dokładnie odwrotnie - temat budzi nas do życia, improwizacje zaś usypiają.

O ile siódmą kompozycję znów możemy zapisać po stronie nudy, o tyle sam finał płyty, jego trzy ostatnie akordy, to bez wątpienia perły w tej nieco ciernistej koronie. Ósma kompozycja, to dwuminutowa galopada, niemal speedowa gitara, full drumming i kontrabas, który ma jeszcze czas, by parę razy ciekawie zapętlić narrację. W kolejnej pieśni intrygująca jest linia melodyczna kontrabasu, a gitara, która znów przypomina Frisella, na ostatniej prostej delikatnie eksploduje. Wreszcie sam finał – znów bardzo dynamicznie, z progresywnym drummingiem i doskonałą linią melodyczną gitary, która lekko zmutowała swoje brzmienie. Ekspresyjne, rockowe solo dla podkreślenia ładunku emocji, jakie niesie zakończenie płyty.




Ben Stapp/ Joe Morris Feat. Stephen Haynes  ‎Mind Creature Sound Dasein (Fundacja Słuchaj! ‎CD, 2019)

Duży krok przez Wielką Wodę i jesteśmy w studyjnej części słynnego amerykańskiego Klubu Firehouse 12. Młody adept sztuki improwizacji (poniekąd uzurpujący sobie prawo do tytułowania go twórcą muzyki zawartej na płycie), tubista Ben Stapp (także euphonium i inne przedmioty akustyczne), jego starszy kolega, co ważne dla przebiegu dzisiejszej opowieści - gitarzysta, Joe Morris i wspierający obu Panów w czterech utworach, kornecista Stephen Haynes. W listopadzie 2017 roku muzycy zarejestrowali 11 fragmentów, których odsłuch zajmie nam 63 minuty i 6 sekund.

Tuba bywa zaskakującym akustycznie zwierzem instrumentalnym, tu zamiennie stosowna z jej odrobinę tylko mniej masywnym wydaniem, czyli euphonium, zatem moc wrażeń fonicznych będzie z nami od pierwszej do ostatniej minuty płyty. Zaczynamy bawolim porykiwaniem na skraju puszczy i szczyptą wciągania nosem dość chłodnego jeszcze powietrza. Na przeciwległej flance (tu, lewej), spokojna gitara o delikatnie zabrudzonym brzmieniu. Dęty dron i klasycyzująca gitara – pieśń otwarcia za nami. Drugi utwór trzyma klimat wstępu, pachnie nawet lekko wygłodniałym jazzem. Swobodna wymiana poglądów i myśli. Trzecia część zaprasza nas w głąb gęstego lasu – szczypta sonore z tuby, która po chwili brzmi jak saksofon, obok Morris, który liczy struny na gryfie i rysuje meta pętle. Duża zmienność akcji, technik artykulacji i sposobów prowadzenia dialogu. Kreatywność Stappa na krzywej wznoszącej – pod koniec odcinka sprawia wrażenie, jakby grał przynajmniej na trzech instrumentach.

W czwartym odcinku do gry wchodzi kornet (uczyni to jeszcze trzykrotnie i dodajmy od razu – każdorazowo podnosząc jakość improwizacji, który choć jest – wedle słów wydawcy – zaplanowana, to jednak w praktyce sprawia wrażenie dalece swobodnej). Pierwsza piosenka w trio jest dość dynamiczna – tuba stawia na innowacje, gitara na tradycję, kornet zaś ochoczo podśpiewuje. W kolejnym – więcej spokoju, artystycznego lenistwa i niebanalnego niechlujstwa. Stapp dmie w euphonium, Haynes całuje zimne powietrze, Morris ślizga się po strunach i szuka psychodelii. W szóstym epizodzie powracamy do formuły duetu – strumienie niskich pasm dźwięków, trochę zabawy i dużo luzu. W siódmym znów do gry wchodzi kornet – ze strony wszystkich muzyków więcej agresji, wysokich, zadziornych fonii, odrobina preparacji. Na flankach ciężka praca, po środku (kornet!) dzikie igraszki. Morris zdobi opowieść wąskim pasem transu.

Kolejne trzy opowieści, to znów duet. Ósmy razi spokojem ducha i stylowością narracji, dziewiąty wprowadza nowy akcent – Morris sięga po smyczek i brzmi jak stylowe, barokowe skrzypce. Gdy ten ostatni wpada w taniec, jego partner zdaje się rozdzierać szaty i zmysłowo prosić o łyk wody. Moc ekspresji jest udziałem obu artystów. W dziesiątym euphonium złorzeczy, gitara (jak bałałajka) śle wyłącznie pozytywny przekaz. Wreszcie rozbudowany finał tej chwilami doskonałej płyty – kilkanaście minut emocji, na powrót w trio! Garść filigranowych ekspozycji - gitara atakuje z zaskoczenia, kornet czyści wentyle, dęciak snuje epicką opowieść bez tytułu. Zdaje się, iż mistrz Bill Dixon stoi na kurtyną i bije gromkie brawa. W 6 minucie gitara nabiera siarczystości, dęciak popada w trans, a kornet snuje piękne, dixonowskie zakończenie. Liczenie strun gitary w ramach dźwięków ostatnich.  




David Torn/ Tim Berne/ Ches Smith  Sun Of Goldfinger (ECM Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek amerykański. Jeden z naszych historycznie ulubionych saksofonistów, Tim Berne, w towarzystwie swoich niemalże stałych partnerów, z których gitarzysta - David Torn (także elektronika i live-looping) - zdaje się tu być postacią najważniejszą. Formułę tria uzupełnia perkusista Ches Smith (także elektronika i tanbou). Panowie grają w trio dwa dość swobodnie improwizowane utwory (choć zapewne nie bez scenariusza), które na płycie przedzielone zostały inną, rozbudowaną kompozycją Torna. W tej części wzięli także udział: Craig Taborn na fortepianie (również elektronika), dwóch gitarzystów – Mike Baggetta i Ryan Ferreira oraz smyczkowy Scorchio Quartet. Nagrania pochodzą z lat 2015 i 2018 – łączny czas, to 69 minut bez trzech sekund.

Bogata w dźwięki i rozwiązania dramaturgiczne narracja toczy się na triowych utworach na wielu płaszczyznach, kreowana przez bardzo zmienne parametry aranżacyjne. Gitara obrośnięta elektroniką, syntetyczno-akustyczny drumming z niebanalnymi elementami percussion, wreszcie saksofon altowy, jedyny w swoim rodzaju, natychmiast rozpoznawalny, choć w warstwie dźwiękowej niczym niezaskakujący dla obeznanych w temacie. Jeśli pamiętamy flirty Berne’a z elektroniką w ramach takiej choćby formacji, jak Science Friction, nic na tej płycie nie powinno być dla nas nadmiernie obce. Muzyka toczy się bardzo plastycznie, decyzje podejmowane są kolektywnie, a cała trójka czuje się doskonale w formule improwizacji. Tu, począwszy od 5 minuty, flow opowieści gęstnieje z sekundy na sekundę, głównie z inicjatywy alcisty. Każdy z muzyków, sukcesywnie, dokłada do tej wspólnej historii własne, ciekawe wątki. Po 13 minucie masywność dźwięków każe nazwać całość niemalże free jazzowym industrialem. Warta podkreślenia jest także harsh-rockowa ekspozycja Torna (17-18 minuta).
  
Introdukcja drugiej części, tej skomponowanej, jest czyniona z niezwykłym, niemal filharmonicznym rozmachem. Instrumenty smyczkowe grają temat, reszta komentuje i sieje stylistyczny ferment. Z narracją zasadniczą mamy do czynienia po upływie 5 minuty. Jeśli trio grało na bogato, to w rozbudowanej formule mamy już prawdziwie barokowy przepych, a całej opowieści (ponad 22 minuty), z pewnością dobrze zrobiłyby nożyce cenzorskie. Szczęśliwie w drugiej części utworu, trio zasadnicze przejmuje stery i ucho bardziej wymagającego odbiorcy ma się czym nacieszyć. Świetne zmiany daje Berne, ciekawie i wysoko eksponuje się gitara, a Smith sięga po etniczny instrument perkusyjny tanbou i dolewa oliwy do ognia. Warto też skupić uwagę nad onirycznymi, półambientowymi przebieżkami gitary (16-18 minuta), a także docenić, iż każdorazowe użycie elektroniki (uwaga dotyczy całej płyty) znamionuje rozwaga i artystyczna wyrazistość.

Na finał płyty (znów ponad 20 minut) powraca formuła tria. Znacząca część tej opowieści toczy się leniwie, nieco ślamazarnie, ale niepozbawiona jest momentów godnych uwagi. Alt zaczyna brudnym brzemieniem, nie brakuje ambientu i dobrze stosowanego pogłosu. Oczywiście wciąż pomysł goni tu pomysł, czasami warto by było powściągnąć kreację, ale nagrania słucha się bardzo dobrze. Muzycy zagęszczają flow dopiero po 11 minucie. Po kolejnych kilku minutach delikatnie stopują i rozpoczynają budować nową opowieść, która sukcesywnie gęstnieje aż do osiągnięcia stanu ciekłego ołowiu, dodatkowo podszyta połamanym rytmem syntetyki. Na finał scenę opanowuje ogień emocji, a dźwięki pachną dobrym noise. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach altu – Berne, jak zawsze, jesteś tu mistrzem!




KaMaSz - Kądziela/ Mazurkiewicz/ Szmańda  Eight rocks from grandma's box (Multikulti Project, CD 2019)

Finiszujemy w ramach dzisiejszej zbiorówki świeżynek, czas zatem na akcenty krajowe! Marek Kądziela – gitara i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas i elektronika oraz Krzysztof Szmańda – perkusja i instrumenty perkusyjne, czyli trio KaMaSz i Osiem skał odnalezionych w skrzynce babci (dodajmy, po czteroletnim leżakowaniu). Muzycy donoszą, iż all music composed by, my zaś niezwłocznie uzupełniamy – in fully improvised way. Odsłuch całości zajmie nam 42 minuty i 14 sekund.

Pierwsza skała składa się z iskierek gitary, mocnego tembru kontrabasu i talerzowych zdobień, dozowanych z dużą swobodą i sporą dawką powietrza. Flow trzyma w rękach kontrabas, gitara udanie szuka psychodelii, a całość stanowi zaczyn do fussion jazzowej przebieżki. Narracja budowana ze smakiem, bardzo kolektywnie. Druga skała, a także – uprzedźmy przebieg wypadków – siódma skała odwołuje się do jazzowego idiomu, pachnie swingiem i śmiało nadaje się do tańca i tupania nogą. To dźwięki, które słyszeliśmy już na wielu płytach, mniej lub bardziej utytułowanych kolegów naszych muzyków. Zatem z radością przechodzimy do omówienia tych mniej przewidywalnych odcinków kamaszowych fonii. Trzecia skała zdaje się ginąć w elektroakustyce gitary i kontrabasu. Smakuje analogiem, mgławym ambientem, dobrym pomysłem gitarzysty, nie do końca podchwyconym przez partnerów.

Prawdziwe dobro na tej płycie zaczyna się od skały czwartej - gitarowe plamy zanurzone w elektronice, pojedyncze grzmoty basu, zwinne perkusjonalia.  Kądziela cudownie rozpływa się w psychodelii, a sekcja rytmiczna, niczym klasycy brytyjskiego drum’n’bass, zabiera nas w podróż bez wytyczonego punktu docelowego. Piąta skała daje wytchnienie, budowane ambientem, biciem półrytmu i kontrabasem, traktowanym smyczkiem. Mantra snuje się wokół pokrętnych myśli i dobrych intencji. Mazurkiewicz zdaje się grać na upalonym syntezatorze, co stanowi niebanalny podkład pod rockowe pasmo Kądzieli. Szósta skała wynurza się z ciszy - rezonujące misy, talerze i inne tajemnicze przedmioty. Szmańda ma swoje pięć minut i nie zmarnuje choćby sekundy.

Siódma skała została już skomentowana, czas zatem na finał płyty, który niespodziewanie jest dynamicznym, psycho-rockowym rozchodniaczkiem. Kontrabas proponuje nawet funkowe pochody, na które świetnie reaguje zadziorna i skora do rozróby gitara. Ognisty finał bardzo dobrej płyty, która wyższy status osiągnęłaby niechybnie po kasacji drugiej i siódmej skały. Wybrzmiewanie ciepłą elektroniką i suchą elektryką też zapisujemy po stronie kamaszowych aktywów.




Strętwa Dno (Plaża Zachodnia, Kaseta 2019)

Jeśli na dwóch ostatnio omówionych płytach elektronika była dodatkiem, to na tej płycie będzie ona już sercem i mózgiem narracji, nie bez wszakże kreatywnego udziału gitary, która jest przecież dzisiejszym bohaterem głównym. Strętwa sięga Dna (bynajmniej nie w wymiarze artystycznym!) w składzie: Maciej Maciągowski - syntezator modularny, Paweł Doskocz - preparowana gitara oraz Patryk Daszkiewicz - samplery i czarne myśli (!). Nagrano podczas improwizowanych sesji pewnych ciepłych dni w 2017 roku, w poznańskim Dragonie. Cztery odcinki, 28 minut z sekundami.

Pieśń otwarcia buduje robotyka gitary z prądem, tworzącej dron w towarzystwie masywnej syntetyki. O ile gitara zdaje się śpiewać, o tyle syntetyka trwa, niczym niezniszczalne od ponad 50 lat dźwięki formacji AMM. Myśli i sample, niezależnie od odcienia chwili, siedzą zaś w samym środku opowieści i dygoczą nieśpiesznie. Modular not full string trio w czerstwej powłoce Dna – gęstwiny, zarośla, ślimaki. Drugi odcinek toczy się pod dyktando małej, drobnej, meta melodycznej gitary. Subtelna narracja, okraszana perkusjonalną syntetyką w fazie skromnych preparacji. Jakby dwie dekady temu laptopowy Christian Fennesz miksowany był przez post-technoidalnego Jana Jelinka. Wieczne pętle, choć grane chyba na żywo, sprośna uroda repetycji, zgrzyty post-elektroniki. Pod koniec nagrania modularna ekspozycja delikatnie spycha gitarę na boczny tor, ale tylko delikatnie.

Syntetyka w trakcie trzeciej historii trzyma się mocno. Puste echo trwania dźwięków. Gitara rodzi się z samego wnętrza metafizycznego już Dna. Rysowanie strun za progiem, oniryzm narracji lepiącej się w kwaśny dron. Tuż obok wysokie pasma syntetyki – leksykalnie kategoria noise in progress! Wreszcie czwarta opowieść – u jej progu grzmoty syntetyki, mruczenie gitary traktowanej perkusjonalnie. Z kolejnej płaszczyzny Dna jakby rodziło się nowe pasmo post-gitarowego drona. Pokrętny beat post-post-techno w ramach komentarza. Na ostatniej prostej już tylko syntetyka, z bijącym sercem na zgliszczach żywych dźwięków. 


piątek, 21 czerwca 2019

Agustí Fernández! Przekazywanie płomienia, wywiad!


Wywiad przeprowadzony na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże opublikowany kilkanaście tygodni temu (poniżej wersja polska i angielska).


Rozmowa z pianistą, kompozytorem i wybitnym improwizatorem katalońskim, która podsumowuje jego dokonania artystyczne w trakcie minionego roku, a także daje trafną diagnozę sceny muzycznej w Barcelonie.

Witaj Agusti. Minął kolejny rok, wszyscy prześcigają się w podsumowaniach, tworzą listy najlepszych płyt. Jeśli pozwolisz, chciałbym także z Tobą podsumować rok 2018. Nim przejdziemy jednak do płyt z Twoją muzyką, chciałbym Cię zapytać, czy w minionym roku jakieś nagranie, jakiś koncert szczególnie Cię zainteresowało lub wręcz rzuciło na kolana?

Jest ich wiele, więc nie jest łatwo wskazać tylko jeden. Kocham większość tego, co robią moi koledzy w dziedzinie "Free Improvisation", uczę się od nich wszystkich. Ale żeby wskazać tylko jedną płytę, to wskażę tę ostatnią, którą kupiłem: "Barre Phillips - End To End", wydaną przez ECM. Jestem bardzo zaszczycony, że mogę grać z Barre w London Jazz Composers Orchestra (ostatni raz w „Porgy & Bess” w Wiedniu, 30 listopada) i myślę, że jest on prawdziwym mistrzem muzyki. Zawsze miał na mnie duży wpływ. A ta płyta to arcydzieło, muzyka tak czysta i szczera, że prawie przerażająca.




Wg moich obliczeń, rok ubiegły przyniósł osiem płyt, które firmowane są m.in. Twoim nazwiskiem. Pozwolę sobie przytoczyć ich tytuły: Antipodal Suites, Agrakal, Louisiana Variations, Venusik, Spontaneous Chamber Music Vol. 2, Like Listening With Your Fingertips, En Vivo En El Festival De Jazz De Buenos Aires oraz Free Radicals at DOM. Czy o jakiejś zapomniałem? To zapewne bardzo interesujące, aż pięć z nich zostało wydanych w Polsce. Wydaje mi się, że w roku 2017 proporcje były podobne. Czyżby Polscy wydawcy bardziej kochali muzykę Fernandeza, niż Katalończycy, czy inna europejska nacja?

Twoja lista zawiera osiem albumów. I masz rację. Występuję także na płycie CD, która jest kompilacją eksperymentalnej muzyki z Barcelony w latach 80-tych i 90-tych („Sense Prefix” wydanej przez Laolla Express Records).

Nie wiem, czy polscy wydawcy kochają moją muzykę bardziej niż inni Europejczycy, hahaha. Ale oni to uwielbiają. Pięć z dziewięciu to dużo! Myślę, że zawsze chodzi o osobiste relacje. Wszyscy polscy wydawcy są bardzo otwarci na moją muzykę i uwielbiam to, co publikują. Znamy się osobiście i mamy podobne gusta muzyczne. Więc nie jest tak dziwnie, że tak często współpracujemy. Dla mnie to zaszczyt i przywilej być częścią tych wydawnictw.

Niezwykle miło jest słyszeć takie słowa z Twoich ust! Proponuję, byśmy omawianie tegorocznych płyt zaczęli od duetu, jaki nagrałeś ze skrzypaczką Sarah Claman – „Antipodal Suites”. Dla mnie osobiście to płyta niezwykła, przy okazji kolejna - po nagraniach z Yasmine Azaiez -  jaką nagrałeś z kobietą grającą na małym instrumencie strunowym. Opowiedz o tym spotkaniu, o tym nagraniu.  Czy mógłbyś je porównać do nagrań z Yasmine? Wreszcie, czy Twoim zdaniem instrumenty strunowe jakoś szczególnie dobrze współgrają z fortepianem?

Tak, zgadzam się, „Antipodal Suites” to niezwykły album.
Jakieś dwa lata temu poszedłem na koncert w mieście (Mataró) niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Był to kwartet (fortepian, bas, wiolonczela i skrzypce). Znałem pozostałych trzech członków kwartetu, ale nie Sarę, ona była dla mnie nowa. Ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Później słyszałem ją jeszcze kilka razy w różnych kombinacjach i za każdym razem miałem takie samo uczucie: jest niesamowita! Jej koncentracja, skupienie na muzyce, technika, słuchanie, pasja do muzyki, którą gra, ... to fantastyczne! Więc zaprosiłem ją do mojego studia, aby zagrać w duecie. Studio było całkowicie gotowe do nagrania, z mikrofonami na miejscu itd. Tak więc nagrałem tę sesję. Nie dlatego, że chciałem ją potem wydać, ale dlatego, że było to łatwe do zrobienia, niczym dokument, fotografia dźwiękowa. Po sesji oboje poczuliśmy, że mamy bardzo dobre muzyczne zrozumienie, więc zdecydowaliśmy się na kolejną sesję później. I to wszystko. Pierwszy suita na płycie to muzyka z pierwszego spotkania. Drugi suita pochodzi z drugiego spotkania. To całe wydarzenie. A pierwsze dźwięki, które można usłyszeć w pierwszej części, to pierwsze dźwięki, jakie kiedykolwiek zagraliśmy razem. Bez sztuczek, bez przygotowania, bez gadania, bez bzdur, po prostu gra. Czysta improwizacja.

Nie mogę porównać tego nagrania z nagraniem z Yasmine, ponieważ nawet jeśli grają na tym samym instrumencie, mają zupełnie inne podejście do muzyki i do improwizacji. Ale lubię oba nagrania. Dla mnie, to zawsze wyzwanie grać z Yasmine lub Sarah. Fortepian i skrzypce to klasyczne pary. Tak wiele muzyki klasycznej zostało napisane dla tego połączenia, nic dziwnego. Bardzo dobrze stapiają się w jedność. Mam na myśli dźwięk, głośność, ekspresję. A historia takiego właśnie duetu jest zawsze obecna jako tło podczas gry. Dla mnie osobiście to bardzo naturalny sposób grania, to znaczy brak wzmacniaczy, brak jakichkolwiek dodatkowych modyfikacji dźwięków, po prostu akustyczna muzyka kameralna. Uwielbiam to połączenie.

Płyta, o której mówimy nie ukazała się w Polsce, ale w Barcelonie, w Twoim wydawnictwie Sirulita. Skąd pomysł, by muzyk tak aktywny na scenie muzyki improwizowanej, nagrywający naprawdę sporą liczbę płyt, dodatkowo tak uznany i ceniony, działał także aktywnie jako wydawca?

Nie jestem w ogóle wydawcą. Jestem tylko muzykiem próbującym pomóc innym muzykom, którzy, jak sądzę, zasługują na większe uznanie. To takie proste. Muzycy z Sirulita Records są w stosunku do mnie następnym pokoleniem, są w tym samym wieku, jak mój syn, około trzydziestki. Uważam, że moim obowiązkiem jest nagrywanie i publikowanie tego, co robią. Tak właśnie zrobili dla mnie niektórzy muzycy pierwszej generacji europejskich improwizatorów. Ludzie tacy jak Evan Parker, Derek Bailey, Barry Guy. Zaproszali mnie do grania i nagrywania z nimi oraz opublikowania niektórych nagrań we własnych wytwórniach. Więc teraz moja kolej, z młodszymi, zróbmy to samo. Nazywa się to "transmisją". My, muzycy, jesteśmy jak perły w naszyjniku, to wszystko. Nie chodzi o własne ego, chodzi o przekazanie płomienia.

I na samym początku tego procesu jest zawsze entuzjazm dla muzyki. To znaczy, słyszysz kogoś, ten muzyk robi na tobie wrażenie, masz emocjonalną reakcję i chcesz podzielić się tym uczuciem z innymi ludźmi. Na przykład: "Hej, posłuchaj go / ją! On / ona jest świetny!". To bardzo podstawowy impuls.

Przejdźmy do płyt, jakie ukazały się w tym roku w Polsce. Dwie z nich, to tria, które nagrałeś ze swoim przyjacielem Barry Guyem. Najpierw, wiosną Fundacja Słuchaj! wydała „Louisiana Varations”, gdzie towarzyszył Wam Torben Snekkestad, zaś właśnie w momencie, gdy przeprowadzamy ten wywiad, ukazuje się płyta „Free Radicals at DOM”, gdzie tym trzecim jest Peter Evans. Oba krążki są wyśmienite, z pewnością zawojują listy najlepszych płyt roku (przynajmniej moją!). Chciałbym byś porównał te nagrania, opowiedział o okolicznościach ich powstania, a także - a może przede wszystkim - odniósł się do nich na tle nagrań tria EFG, gdy towarzyszył Tobie Peter Evans i Mats Gustafsson. Dla mnie osobiście dwie płyty, jakie EFG nagrało na przełomie poprzedniej i obecnej dekady, to absolutny kanon gatunku free improve (notabene, obie wydane zostały w Polsce!).

Trudno mówić o tak różnych nagraniach. Muzycy, którzy w nich grają są inni, a wyniki ich pracy zupełnie inne. To może brzmieć głupio, ale tak to czuję. Osobiście mogę powiedzieć, że format tria jest moim preferowanym formatem, może dlatego, że mam tylko dwoje uszu (to tylko żarty). Poważnie, kiedy grasz w trio, możesz naprawdę słuchać i współpracować z kolegami przez cały czas. W ten sposób możesz kształtować muzykę według własnej woli. Kiedy mówię "ty", mam na myśli każdego z trzech muzyków. Tak więc muzyka tria to naprawdę rezultat bardzo dobrego słuchania i interakcji.

Trio EFG było bardzo przyjemnym połączeniem zarówno zestawu instrumentalnego, jak i personalnego. Płyta "Kopros Lithos" została nagrana w 2009 roku w Klubie Dragon w Poznaniu, a my w 2011 roku wyruszyliśmy w europejską trasę koncertową, by wydać kolejny album. Pod koniec tej trasy nagrywaliśmy w Wiedniu, a to nagranie ("A Quietness Water") zostało wydane przez Not Two w 2017 roku. Co mogę powiedzieć o EFG? Uwielbiam grać z Matsem i Peterem, ale nie jest łatwo znaleźć terminy, w których możemy grać razem, wszyscy mamy bardzo napięte harmonogramy. Ale kiedy spotykamy się i gramy razem, muzyka jest bardzo, bardzo intensywna.

Trio z płyty „Louisiana Varations” z Torbenem i Barrym, to efekt naszego spotkania w Blue Shroud Band. Gra w takim trio, to był pomysł Torbena z 2016 roku, kiedy graliśmy w małych formacjach w Alchemii, podczas prób do "Odes and Meditations" Barry'ego Guy'a (słychać nas na CD nr 4 "Intensegrity" na Not Two). Torben zorganizował trasę koncertową w Danii latem 2017 roku, a koncert w Kopenhadze został nagrany i wydany w 2018 roku przez Fundację Słuchaj!. Tytuł "Wariacje Luizjany" wziął się z tego, że w trakcie wolnego dnia naszej trasy odwiedziliśmy Muzeum Sztuki Współczesnej Luizjany w Danii. Latem ubiegłego roku odbyliśmy także trasę koncertową po Niemczech Zachodnich, a nagranie z kolońskiego „The Loft” ukaże się w przyszłym roku. To trio różni się całkowicie od EFG. Różni ludzie, różne wyniki. Podczas improwizacji jesteśmy bardziej skupieni na eksploracji dźwięku i abstrakcyjnym myśleniu,. Ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, wszystko odbywa się jedynie poprzez słuchanie i granie.

Z kolei, trio "Free Radicals" (z Barrym i Peterem), to zupełnie inny muzyczny świat. Zrobiliśmy krótką trasę po Hiszpanii w styczniu 2016 roku, co było fantastyczne. Później zagraliśmy dwa koncerty w Rosji w listopadzie 2017 roku. Koncert w Moskwie został nagrany i to właśnie on został teraz wydany przez Fundację Słuchaj! Co mogę powiedzieć? Może to, że trio jest połączeniem dwóch składowych: energetycznego grania i abstrakcyjnego myślenia. I bardzo szybkie, wzajemne reakcje, dzięki bliskiemu, dokładnemu słuchaniu się. Czasami jestem zaskoczony tym, jak jesteśmy do siebie nastawieni i jak szybko my trzej podejmujemy decyzje, przez ułamek sekundy zmieniamy kierunek i formę muzyki. Niesamowita muzyka!

I wszystkie te płyty zostały wydane w Polsce, tak.

Pozostańmy jeszcze przy Twojej współpracy z Barry Guyem. Wspominałeś już dziś o koncercie London Jazz Composers Orchestra. Także tej jesieni w Krakowie miała miejsce premiera nowego dużego składu Guya For The End Yet Again, oczywiście z Twoim udziałem. Ten koncert był w mojej ocenie wspaniały, niebywale kreatywny, także pełen wybitnych solowych kreacji. O ile wiem, sama idea kompozycji, jak i koncert były przygotowywane dość spontanicznie, nie były efektem wieloletnich przemyśleń kompozytora. Poproszę Cię o komentarz i wrażenia osobiste w tego spotkania.

Mogę tylko powiedzieć, że dla mnie przywilejem i radością jest bycie członkiem London Jazz Composers Orchestra. Zawsze myślę o wspaniałych pianistach, którzy grali w niej przede mną (Howard Riley, Irène Schweitzer, Marilyn Crispell) i czuję się bardzo szczęśliwy, będąc tym obecnym. A reszta muzyków jest także niezwykła, zarówno Brytyjczycy, jak i Europejczycy, starsi (Barre Phillips) i młodsi (Julius Gabriel), wszyscy. Przez 49 lat Barry napisał wiele różnych utworów dla tej Orkiestry i odzwierciedlają one wiele różnych wizji, w zależności od momentu, personelu, miejsca itp., Ale wszystko związane jest z korzeniami samej Orkiestry. Mam na myśli: "Londyn", "Jazz" i "Kompozytorzy". Każdy koncert jest inny i zawsze stanowi wyzwanie. W przyszłym roku przypada 50. rocznica urodzin LJCO, którą - mam nadzieję - będziemy świętować kilkoma koncertami.

Przejdźmy do kolejnego tria z Twoim udziałem, które w 2018 roku pozostawiło po sobie intrygującą muzykę. Płyta "Venusik" jest mi szczególnie bliska z oczywistych względów. Wydaje mi się także, że nieco odbiega stylistyką, być może także poziomem intensywności, od nagrań, o których mówiliśmy parę chwil temu. To w mojej opinii prawdziwie radykalne nagranie. Mam wrażenie, iż w trakcie studyjnego spotkania z Ramonem i Axelem w ogóle nie używałeś klawiatury fortepianu. To swoisty poemat preparacji. Bardzo jestem ciekaw Twojej opinii, także wrażeń z tej sesji nagraniowej.

Nie pamiętam, czy grałem wtedy na klawiaturze, czy nie. Zawsze staram się reagować i dopasowywać do aktualnej sytuacji dźwiękowej. Zatem w tym nagraniu zrobiłem to, co uważałem za najlepsze dla tej muzyki.

Sesja nagraniowa była naprawdę bardzo dobra. To była sesja z udziałem publiczności w studio. Myślę, że publiczność zawsze jakoś wpływa na muzykę. A tu, ta mała widownia składała się z bardzo bliskich przyjaciół i muzyków. Więc to był bardziej prywatny koncert niż sesja nagraniowa. Wszystko odbywało się bezstresowo, w gronie znajomych. Ale skupienie na samej muzyce było fantastyczne.

Znam Axela od ponad dwudziestu lat. I Ramona od ponad dziesięciu. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo dobrze się znamy, tego dnia po raz pierwszy graliśmy jako trio. Jestem bardzo zadowolony z tego nagrania.

Płyta "Agrakal" nagrana ze Zlatko Kauciciem i Marco Colonna, zdaje się sytuować na przeciwległym biegunie świata muzyki improwizowanej. Wydaje mi się bardzo jazzowa i stosunkowo uporządkowana. Czy masz podobne odczucia?

 Rozumiem, co mówisz, ale nie myślę w ten sposób o muzyce, że jest jazzowa lub nie jest jazzowa. Muzycy zawsze produkują muzykę. Tak więc różni muzycy produkują bardzo różną muzykę. Ponieważ każdy muzyk wnosi tu jego/ jej osobistą historię, wrażliwość, wspomnienia, nadzieje, koncepcje itp. Podczas wspólnej gry wszystkie te wizje świata mieszają się i dają konkretne rezultaty, prawdziwe dla ludzi, ale także adekwatne dla momentu i miejsca powstania.

Grałem z Markiem i Zlatko w duecie wiele razy, ale po raz pierwszy graliśmy razem jako trio. Sądzę, że z naszej muzyki wyłaniają się jakieś śródziemnomorskie perfumy, ponieważ my trzej jesteśmy ludźmi z basenu Morza Śródziemnego, cokolwiek to znaczy.

Wspominałeś na początku naszej rozmowy o kompilacji nagrań muzyki eksperymentalnej Barcelony z lat 80. ubiegłego stulecia, zatytułowanej "Sens Prefix". W tzw. międzyczasie miałem okazję przesłuchać ten album. Mnóstwo ciekawej, awangardowej muzyki, głównie o podłożu rockowym. W tym intrygującym zestawie soczyste, solowe  improwizacje Twojego autorstwa i Agusti Martineza. Opowiedz o tamtych czasach w Barcelonie. Jak wyglądała ówczesna scena muzyki eksperymentalnej, czy improwizowanej? Jaki był odbiór takiej muzyki 30-35 lat temu?

To bardzo trudne pytanie dla mnie. Moja pamięć nie jest moim najlepszym przyjacielem. To, co pamiętam o tamtej epoce, to może to, że w tym samym czasie istniało wiele, wiele kierunków w nowej muzyce. Byli tam muzycy rockowi, muzycy jazzowi, muzycy jazz-rockowi, muzycy folkowi, muzycy grający salsę, czy uprawiający elektronikę, także muzycy awangardowi, i tak dalej. Wydawało się, że wszystko jest dozwolone. I wielu muzyków grało w różnych stylach, różnych zespołach, nie mając z tym problemu. Sam grałem muzykę rockową i salsę, ale także muzykę elektroniczną, muzykę komercyjną i komponowałem dla tancerzy, między innymi.

Franco zmarł w 1975 r., a my mieliśmy nową hiszpańską konstytucję demokratyczną w 1978 roku. I te polityczne ramy stanowiły podstawę tego, co przyszło później. Tak więc ten moment brzmiał tak: "wszystko wolno”, nie ma już cenzury. Czasami muzycy nie byli bardzo utalentowani, ale mieli bardzo ciekawe podejście do muzyki i improwizacji. A Hiszpania była otwarta po raz pierwszy na Europę i USA, można więc było zdobyć importowane płyty i były one bardzo słuchane. Mnóstwo wpływów i nowych pomysłów, nie tylko w muzyce, w także w sztuce i w życiu.

Znam muzyków z listy zamieszczonej na płycie, ja grałem z wieloma z nich. Byłem bliżej estetyki formacji "Koniec" niż pozostałych, ale graliśmy wszyscy w tych samych miejscach i festiwalach. Byliśmy pokoleniem odkrywców, powiedzmy, niewiele wiedzieliśmy, ale wszystko było wtedy dozwolone.

Oczywiście czasów lat 80. nie da się w jakikolwiek sposób porównać z dniem dzisiejszym. W mojej ocenie - sympatyka, miłośnika i wydawcy - Barcelona oferuje obecnie całe mnóstwo doskonałej, czasami bardzo odkrywczej muzyki. Ja koncentruję się na swobodnej improwizacji, Ty z pewnością ogarniasz szersze spektrum gatunkowe. Jak postrzegasz współczesną muzykę w Barcelonie? Czy masz podobne zdanie, a jeśli tak, to z czego Twoim zdaniem wynika jakość muzyki, jaka powstaje w tym mieście i wokół niego?

W pewnym sensie Barcelona zawsze miała bardzo interesującą scenę muzyczną. Czasy się zmieniają i muzyka odpowiednio się zmienia. Moim zdaniem, myśląc o improwizowanej scenie lokalnej, dziś mamy grupę bardzo dobrych muzyków, bardzo utalentowanych i o bardzo wyraźnej i silnej osobowości.

Jak już mówiłem, w latach 80. wszystko było bardziej odkrywcze, wymyślaliśmy muzykę w biegu, ponieważ nie znaliśmy innych scen. I było wiele błędów, oczywiście, lub nieporozumień. Wolność była jednym z głównych słów, ale jej znaczenie zmieniało się w zależności od muzyka.

Dziś widzę, że nie ma żadnych stylistycznych granic, w każdym razie, nie są tak silne jak w przeszłości. Wszyscy lokalni muzycy mogą grać razem w różnych kombinacjach i robią to każdego tygodnia. Istnieje kilka miejsc, które oferują improwizowane koncerty co tydzień, więc nie można się nudzić. Ale nie możesz wziąć udziału w nich wszystkich!

To, co traktuję jako słabość tej sytuacji, to fakt, iż ta ogromna scena muzyki kreatywnej nie ma żadnych powiązań (lub bardzo niewiele) z instytucjami muzycznymi miasta. Te instytucje wykazują się dużą ignorancją w zakresie tego, co się tu dzieje, kto jest kim, co znaczy Barcelona w muzycznym świecie, przez to wszystko scena ta nie może liczyć na jakiekolwiek pieniądze, itp.. To rodzaj oporu. Muzycy grają i będą nadal grać to, co grają, ponieważ muszą to robić, ale nie dlatego, że mają wsparcie ze strony miasta.

Ale ta podziemna scena jest fantastyczna. Obecnie mamy wszelkiego rodzaju instrumenty (nie tylko instrumenty jazzowe, jak było wiele lat temu), estetyki, różne podejścia, składy (od solowych po duże zespoły), itp. Jest to żywa scena i uwielbiam to, co tam się dzieje.

Barcelona zawsze była bardzo kreatywnym miastem, to nie stereotyp, ale prawda historyczna. To ważne miasto sztuki, architektury, książki, teatru itp., do którego przyjeżdża wiele osób z zagranicy i przynosi nowe pomysły, zawsze tak było. Nic więc dziwnego, że współczesna muzyka improwizowana wyrosła także tutaj, sztuka jest wpisana w DNA Barcelony.

Jednym z powodów, dla których stworzyłem Sirulita Records jest to, że czuję, że niektórzy z muzyków, których znam i z którymi gram, to niesamowici muzycy, ale mają bardzo mało kontaktu lub wcale z mediami, praktycznie nie istnieją dla muzyki tego miasta, dla dziennikarzy, spoza kręgu muzyki improwizowanej. Staram się im pomagać i mówić: "Hej, posłuchajcie, ta muzyka jest fantastyczna i powstała w tym mieście, tuż za rogiem. Muzycy, którzy ją tworzą, nie pochodzą z USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy z jakikolwiek innego miejsca, ale są równie dobrzy, jak obcokrajowcy, i oni są waszymi sąsiadami, możecie ich słuchać na żywo dziś, a także jutro. Posłuchajcie tych nagrań, podążajcie za nimi i cieszcie się nimi."

Dziękuję Agusti za rozmowę.

_____________


(english version)




Agustí Fernández - Passing the flame, interview


An interview with pianist, composer and outstanding Catalan improviser, which sums up his artistic achievements during the past year, and also gives an accurate diagnosis of the music scene in Barcelona.

Hello Agusti. Another year passed away, everyone is competing in summaries, creating lists of the best albums. If you let me, I would like to summarize with you the year 2018. Before we go to the albums with your music, I would like to ask you if some recordings last year, some concert particularly interested you or even dropped to your knees?

There are many, so it's not easy to point only one. I love most of what my colleagues are doing in the "Free Improvisation" field, I keep learning from all of them. But to point only one I will say the last one I've purchased: "Barre Phillips - End To End" on ECM. I'm very honoured to play with Barre in the London Jazz Composers Orchestra (last time at Porgy & Bess in Vienna, November 30th) and I think he is a real master of the music. He has been a big influence on me, always. And this CD is a masterpiece, the music so clear and sincere that is almost frightening.

According to my calculations, last year brought eight albums, which are branded, among others, Your name. Let me quote their titles: Antipodal Suites, Agrakal, Louisiana Variations, Venusik, Spontaneous Chamber Music Vol. 2, Like Listening With Your Fingertips, En Vivo En El Festival De Jazz De Buenos Aires and Free Radicals Live at DOM. Did I forget about something? This is probably very interesting, as many as five of them have been published in Poland. It seems to me that in 2017 the proportions were similar. Do Polish publishers love Fernandez's music more than Catalans or other European nations?

Your list contains eight albums. But you are right. I've also participated in a CD which is a compilation of experimental music from Barcelona during the 80's and 90's (Sense Prefix by Laolla Express Records).

I don't know if Polish publishers love my music more than other Europeans, hahaha. But they do love it. Five out of nine is a lot! I think this is always about personal relationships. All of the Polish publishers are very open to my music, and I love what they are publishing. We know one each other personally and we have similar musical tastes. So it's not that strange that we collaborate so often. For me it's a honour and a privilege to be on these labels.

It is so nice to hear such words from you! I suggest that we start discussing this year's albums with the duet you recorded with violinist Sarah Claman – “Antipodal Suites”. For me personally, this is an unusual album, and the next one - after Yasmine Azaiez's recordings - which you recorded with a woman playing a small string instrument. Tell me about this meeting, about this recording. Could you compare them to Yasmine recordings? Finally, do you think string instruments somehow harmonize well with the piano?

Yes, I agree, “Antipodal Suites” is an unusual album.
Some two years ago I went to a concert in a town (Mataró) near where I live. It was a quartet (piano, bass, cello and violin). I knew the other three members of the quartet but not Sarah, she was new to me. But she made a huge impression on me. Later on I heard her some other times with different combinations and every time I've had the same feeling: she is tremendous! Her concentration, her focus on the music, her technique, her listening, her passion on the music she plays,... it's fantastic! So I invited her to my studio to play as a duo. The setting in the studio was ready for a recording, with microphones on place, etc. So I did recorded the session. Not because I wanted to do a recording but just because it was easy to do it, like a document, a sonic photography. After the session we both felt that we had a very good musical understanding so we decided to do another session later on. And that's it. First suite on the record is the music from the first meeting. Second suite is from the second meeting. Very simple. And the first notes you can hear on track one are the first notes we ever played together. No tricks, no preparation, no talking, no bullshit, just playing. Pure improvisation.

I can't compare this recording to the one with Yasmine because, even if they play the same instrument, they have completely different approaches to the music and to the improvisation. But I like both of them. For me it's always a challenge to play with Yasmine or Sarah.
Piano & violin is a classical pairing. So much classical music has been written for this combination, no wonder. They melt very well. I mean the sound, the volume, the expression. And all the literature around this duet is always there as a background when you play. For me it's a very natural way of playing, I mean, no amps, no P.A., simply acoustic chamber music. I love this combination.

The album that we're talking about has not appeared in Poland, but in Barcelona, in your Sirulita Records. Where did the idea that a musician so active on the stage of improvised music, recording a really large number of albums, also so recognized and appreciated, also acted actively as a publisher?

I'm not a publisher, not at all. I'm just a musician trying to help other musicians that I think deserve more recognition. It's that simple. The musicians on Sirulita Records are the following generation to mine, they are the same age as my son, thirty something. So I feel it's my duty to record and publish what they do. This is what some musicians from the first generation of European improvisers did to me. People like Evan Parker, Derek Bailey, Barry Guy. They invited me to play and record with them, and published some of these recording on their labels. So now it's my turn to do the same thing with the younger ones. It's called "transmission". We musicians are like the pearls of a necklace, that's all. It's not about ego; it's about passing the flame.

And at the very beginning of this process there is always the enthusiasm for the music, always. I mean, you hear someone, this musician makes an impression on you, you have an emotional reaction, and you want to share this feeling with other people. Like: "Hey, listen to him/her! He/she is great!” It's a very basic impulse.

Let's go to the albums that were released this year in Poland. Two of them are the trios you recorded with your friend Barry Guy. First, the Listen Foundation! released by “Louisiana Varations”, where you were accompanied by Torben Snekkestad, and just when we are conducting this interview, the album “Free Radicals at DOM” is released, where the third is Peter Evans. Both discs are exquisite; they will certainly go to the best albums of this year (at least mine!). I would like you to compare these recordings, talk about the circumstances of their creation, and - or perhaps most of all - refer to them on the background of recordings of the EFG trio, when you were accompanied by Peter Evans and Mats Gustafsson. For me personally, two albums, which the EFG recorded at the turn of the previous and present decade, are an absolute canon of the free improve genre (incidentally, both were published in Poland!).

It's difficult to talk about different recordings. The musicians who play in them are different and the results are completely different. It may sound stupid but this is how I feel about it.
Personally I can say that the trio format is my preferred format, maybe because I have only two ears (just joking). Seriously, when you play in trio you can really listen and interact with your colleagues, all the time. And in doing so you can shape the music at your will. When I say "you" I mean any and all of the three musicians. So the resulting trio music is really about very close listening and interaction.

EFG trio was a very nice instruments and musicians combination. "Kopros Lithos" was recorded in 2009 at Dragon Club in Poznan, and we did a European tour in 2011 for the release of the album. At the end of this tour we recorded in Vienna and this recording ("A Quietness of Water") was released by Not Two in 2017. What can I say about EFG? I love playing with Mats and Peter but it's no easy to find a date where we are free to play together, we all have very busy schedules. But the music is very, very intense when we meet and play together.

The "Louisiana Variations" trio with Torben and Barry came out from our meeting in the Blue Shroud Band. It was Torben's idea to play as a trio in 2016 when we played in small formations at Alchemia while we were rehearsing "Odes and Meditations" by Barry Guy (you can hear this trio on CD#4 of "Intensegrity" on Not Two). Torben set a tour in Denmark in the summer of 2017 and the concert in Copenhagen was recorded and released in 2018 on Listen Foundation!. The title "Louisiana Variations" came out because we three visited the Louisiana Museum of Modern Art in Denmark on our free day in this tour. Last summer we also did a tour in West Germany and a recording at The Loft in Cologne will be released next year. This trio is completely different from EFG. Different people, different results. We are more focused on sonic exploration and abstract thinking while we are improvising. But we never talked about this, everything is done through listening and playing only.

And the "Free Radicals" trio (with Barry and Peter) is completely another music world. We did a short tour in Spain in January 2016, which was fantastic. And later on we played two concerts in Russia in November 2017. The concert in Moscow was recorded and this is what has been released this month on Listen Foundation! What can I say? Maybe this trio is a combination of the other two: energy playing and abstract thinking. And very fast reactions among us, which means very close listening. Sometimes I'm surprised how tuned we are into one each other, and how fast we three take decisions simultaneously on a fraction of a second and change the direction and form of the music. Amazing music!

And all of these records have been released in Poland, yes.

Let's stay still with your cooperation with Barry Guy. You mentioned the London Jazz Composers Orchestra concert today. Also this fall in Krakow was the premiere of the new Guy’ large ensemble For The End Yet Again, of course with your participation. This concert was in my opinion great, extremely creative, also full of outstanding solo creations. As far as I know, the very idea of the meeting, as well as the concert were prepared quite spontaneously, they were not the effect of the composer's many years of thinking. I am asking you for a comment and personal experience in this meeting.

I can only say that for me it's a privilege and a joy to be a member of the London Jazz Composers Orchestra. I always think of the great pianists who preceded me on the bench (Howard Riley, Irène Schweitzer, Marilyn Crispell) and I feel very fortunate to be the actual one. And the rest of the musicians are also extraordinary, both the British and the Europeans, the older  (Barre Phillips) and the younger ones (Julius Gabriel), all of them. For 49 years Barry has written many different pieces for this Orchestra and they reflect many different visions, depending on the moment, the personnel, the venue, etc. but all related to the origin of the Orchestra. I mean: "London", "Jazz" and "Composers". So every concert is different and always challenging. Next year will be the 50th anniversary of the birth of the LJCO and we will celebrate it with several concerts, I hope.

Let's go to the next trio with your participation, which in 2018 left intriguing music. The album "Venusik" is particularly close to me for obvious reasons. It also seems to me that it differs slightly from stylistics, perhaps also the level of intensity, from the recordings we talked about a few moments ago. In my opinion, this is a truly radical recording. I have the impression that during a studio meeting with Ramon Prats and Axel Dörner you did not use the piano keyboard at all. This is a kind of preparation poem. I am very interested in your opinion, also the impressions from this recording session.

I don’t remember if I played on the keyboard or not. I always try to react and fit in the actual sonic reality. So with this recording I did what I thought it was best for the music.

The recording session was very good indeed. It was a session with audience in the studio. I mean, audience always influences the music, somehow. And the small audience was some very close friends and musicians. So it was more like a private concert than a recording session. Everything very relaxed and familiar. But the focus on the music was fantastic.

I know Axel from more than twenty years. And Ramon from more than ten years. But, even if I knew them very well it was the first time we ever played as a trio. I’m very happy with this recording.

The album “Agrakal" recorded with Zlatko Kaucić and Marco Colonna, seems to be on the opposite pole of the world of improvised music. It seems to me very jazz and relatively ordered. Do you have similar feelings?

I understand what you say but I don’t think in this way about music being jazz or not jazz. It’s always up the musicians to produce the music. So, different musicians produce very different music. Because every musician brings his/her own personal history, sensibility, souvenirs, hopes, concepts, etc. And when playing together all of these world visions melt and produce a specific output, true to the people but also to the moment and place.

I have played with Marco and Zlatko in duo many times and this was the first time we ever played together as a trio. And I think some kind of mediterranean perfume comes out of our music since we three are very mediterranean people, whatever that means.

You mentioned at the beginning of our conversation about the compilation of Barcelona's experimental music from the 80s of the last century, entitled "Sens Prefix". In the meantime, I had the opportunity to listen to this album. Lots of interesting, avant-garde music, mainly rock based. In this intriguing set, juicy, solo improvisations of your authorship and Agusti Martinez. Tell us about those times in Barcelona. What was the then scene of experimental or improvised music? What was the reception of such music 30-35 years ago?

This is a very difficult question to answer for me. My memory is not my best friend. What I remember about this era is that there were many, many directions on new music at the same time. There were rock musicians, jazz musicians, jazz-rock musicians, folk musicians, salsa musicians, electronic and avantgarde musicians, and so on. Everything was allowed, it seemed. And many musicians were playing in different styles, different bands, no problem. I played rock and salsa, but also electronic music, commercial music, and composing for dancers, among many other things.

Franco died in 1975, and we had a new Spanish democratic constitution in 1978. And this political frame was the basis for what came afterwards. So the moment was like: "anything goes", no censorship anymore. Sometimes the musicians were not very skilled but they were having very interesting approaches to music and improvisation. And Spain was open to Europe and USA for the first time, so you could get imported records and they were very much listened to. So influences came in, and new ideas, not only in music, in arts and life as well.

I know the musicians on that list, and I have played with many of them. I was closer to “Koniec” than the rest of the list, but we were all playing at the same places and festivals. We were a generation of explorers, let's say, we knew little but everything was allowed.

Of course, the 1980s can not be compared in any way with today. In my opinion – as sympathizer, lover and publisher - Barcelona currently offers a whole lot of excellent, sometimes very revealing music. I concentrate on free improvisation, you certainly embrace a wider range of genres. How do you perceive contemporary music in Barcelona? Do you have a similar opinion, and if so, what do you think where is the source of the quality of music that arises in this city and around it?

In a way, Barcelona has always had a very interesting music scene. Times changes and music changes accordingly. In my opinion, and thinking of the improvised local scene, today we have a bunch of very good musicians, very talented and with a very clear and strong personality.

As I've said, in the 80's everything was more exploratory, we were inventing the music on the go because we didn't know about other scenes. And there were many mistakes, of course, or misunderstandings. Freedom was one of the main words but the meaning was very different from one musician or another one.

Today what I see is that there are no stylistic boundaries, or not as strong as in the past. All the local musicians can play together in different combinations, and they do it every week. There are several venues that offer improvised concerts weekly, so you can't get bored. And you can't attend all of them!

What I see as a default is that this huge creative scene has no connections (or very little) with the music institutions of the city. So there is ignorance from these institutions about what is happening, who is who, what it means Barcelona in the musical world, all this meaning no money for the scene, etc. So it's a kind of resistance. Musicians play and will keep playing what they play because they need to do it, not because they have any kind of support from the city.

And this underground scene is fantastic. Nowadays you have all kind of instruments (not only jazz instruments as it was many years ago), aesthetics, approaches, combinations (from solo to big ensembles), etc. It's a vibrant scene and I love what they do.

Barcelona has always been a very creative city, it's not a cliché, it's historically true. An important city for Art, Architecture, Books, Theatre, etc. with many people from abroad coming and bringing new ideas, it has always been like this. So it's not a surprise that contemporary improvised music has grown here as well, art is in the DNA of Barcelona.

One of the reasons I've created Sirulita Records is that I feel that some of the musicians I know and play with, musicians who are tremendous musicians, have very little or no exposure to the media, they practically don't exist for the music scene, journalists, etc, outside the improv circle. And what I'm trying to do is the help them and say: "Hey, listen, this music is fantastic and it's made in this city, just around the corner. The musicians who produce it are not from USA, United Kingdom, Germany or whatever, but they are as great as the foreigners, and they are your neighbours, you can listen to them play live every now and then. Please listen to the records, follow and enjoy them."

Thank you Agusti for this concersation.



poniedziałek, 17 czerwca 2019

Barrett! Morris! Sorey! Cowboy Transfiguration!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowana


Jednym z ciekawszych wątków ostatniej rozmowy, jaką przeprowadziłem z Agusti Fernandezem, było podkreślenie przez muzyka roli, jaką postrzega dla siebie w zakresie wspierania i promowania młodych adeptów trudnej sztuki uprawiania muzyki niszowej, w tym zwłaszcza improwizowanej. Katalończyk czyni to od pewnego czasu dość konsekwentnie, czego dowodem niech będą płyty Nurri Andorry, Alexa Reviriego czy Yasmine Azaiez, wydane w jego wydawnictwie Sirulita.

Zdaje się, że podobną optykę myślenia o przyszłości gatunku reprezentuje amerykański gitarzysta Joe Morris. Oto bowiem Fundacja Słuchaj, niemalże w tym samym momencie, wydała dwie płyty młodych, bardzo obiecujących improwizatorów, nagrane wspólnie z Morrisem. Jedną z nich jest duet (w kilku fragmentach trio) z tubistą Benem Stappem (Mind Creature Sound Dasein), drugą trio z kontrabasistą i wiolonczelistą Bradem Barrettem. W obu przypadkach inicjatorami i postaciami wiodącym są tu młodzi muzycy, których świetną improwizacją wspiera muzyk dalece bardziej od nich doświadczony. Dziś pochylmy się nad drugim z przywołanych przypadków.




Na płycie Cowboy Transfiguration młody kontrabasista nie tylko wspierany jest przez gitarzystę, ale także przez równie już utytułowanego muzyka, perkusistę Tyshawna Soreya. Pięć improwizacji  - jak twierdzi Barrett – zrealizowanych zostało pewną specyficzną metodą, którą moglibyśmy określić jako coś na kształt real time composing, gdzie bazą wszelkich procesów twórczych są przede wszystkim wzajemne interakcje pomiędzy muzykami. W rozbudowanym liner notes samego muzyka pada też określenie moment to moment interactions. Całość nagrania trwa 53 minuty i 1 sekundę.

Początek płyty, to niespełna 5-minutowa, jazzowa introdukcja z dużą ilością kreatywnych pomysłów, gitara, która płynie łagodnym strumieniem, kontrabas traktowany pizzicato, brzmiący delikatnie i powiewnie (może to wiolonczela?), wreszcie skupiony, bardzo precyzyjny drumming. Narracja szyta zwartym, gęstym ściegiem, nastawiona na interakcje, budowana spokojnie, z dbałości o niuanse brzmieniowe.

Opowieść kolejna składa się z dwóch części, połączonych ze sobą bez konieczności pauzy na krążku. Każdy z muzyków kreuje tu jakby swoją historię, każda z nich jest filigranowa, wręcz molekularna, precyzyjna, pozbawiona niepotrzebnych zdobień. Wszystkie one jednak moją płaszczyznę wspólną, która czyni całość dalece intrygującą. Mimo dużego nasycenia dźwiękami, kipiącego pomyślunku ze strony każdego z muzyków, improwizacji tej słucha się wyśmienicie – brzmienie jest czyste, selektywne, zatem zachwycać się możemy każdym muzykiem z osobna, jak i kompulsywną całością. Piąta minuta przynosi nam pierwsze wyraźne spiętrzenie – najpierw na czoło wystawia się kontrabas, tuż potem perkusja. Gdy do akcji powraca gitara, trak na płycie przyjmuje wartość „3”. Morris w komentarzu napotyka na smyczek i szczoteczki. Nastrój zadumy mija dość szybko, a trio wchodzi w stadium zmyślnej dynamizacji. Trzy strumienie bystrej improwizacji lejące się wspólnym korytem – wszystko zaś czynione z kocią zwinnością i tygrysimi pazurami wzniesionymi ku górze. Adept u boku mistrzów – płynąc smykiem po wiolonczeli (?) - zbiera imponujące plony!

Czwarta opowieść, to wiolonczela, która buduje klimat otwarcia. Pizzicato i arco, what ever you want! Barrett buduje z tego gigantyczne solo! W tle barwne tekstury Soreya wzmacniają efekt dramaturgiczny. Morris wchodzi do gry dopiero w 4 minucie. Delikatnie imituje zachowania wiolonczeli, a w powietrzu unosi się zapach klasyki … brytyjskiego free improv! Opowieść lekka, zwiewna, powabna, pełna konsekwencji i artystycznej transcendencji. Bailey i Stevens biją brawo zza kurtyny innej rzeczywistości. Po 10 minucie instrumenty strunowe budują przestrzeń dla perkusji, ta zaś wpada w kipiel godną każdej porcji zachwytu recenzenta. Po komentarzu wiolonczeli, całe trio wrzuca drugi bieg. Pod koniec zaś najpierw zmysłowe solo Barretta, potem doskonały passus Morrisa.

Piąta, ostatnia historia, zaczyna się kolektywnie, ale znów tkana jest delikatnie, niemal kobiecą ręką. Kontrabas przypomina wiolonczelę, choć płynie o kilka stopni niżej. Bez chwili przestoju, zawahania, podejmując tylko dobre decyzje, muzycy niczym Król Midas zamieniają każdy dźwięk w złoto. Solo kontrabasu, przy wsparciu perkusji, potem solo gitary z podpowiedziami smyczka. Barok wypchany sterydami puka do bram nieba! Moc kreacji nie opuszcza muzyków do ostatniego dźwięku. Akcja goni akcję, uroda chwili eksploduje – talerze w rezonansie, zaduma na gryfie gitary, szybki smyczek pomiędzy strunami kontrabasu, plamy perkusji, zadziorne frazy gitary. Jaka szkoda, że ta opowieść musi się kiedyś skończyć.