Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ondrej Zajac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ondrej Zajac. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

piątek, 23 kwietnia 2021

Peter Orins and the other tall and fresh stories from Circum-Disc!


Pandemiczna nadprodukcja muzyki nie omija także francuskiego labelu Circum-Disc, którego dokonania śledzimy na tych łamach na bieżąco. Na dwa wiosenne miesiące (kwiecień i maj) wydawca proponuje nam aż pięć nowych płyt. Na dwóch z nich odnajdujemy naszego ulubionego francuskiego muzyka-improwizatora, perkusistę Petera Orinsa, zatem nasza chęć, by bez zbędnej zwłoki zanurzyć się w nowych, na ogół francuskich dźwiękach zdaje się nie mieć granic. Ale nie tylko francuskich, bowiem w dalszej części naszej dzisiejszej opowieści zapraszamy na spotkanie z pewnym triem z Czech i Słowacji!

Po kolei zatem – najpierw nowa, solowa płyta Orinsa, która jak zawsze jest dużym wydarzeniem na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, potem zaś kwintet, który łączy w sobie dwa składy trzyosobowe rzeczonego perkusisty (trio ad hoc stworzone z Paniami Abdou i Dang oraz męski working band TOC, tu zupełnie pozbawiony atrybutów elektrycznych). Tuż po kwintecie intrygująca, elektroakustyczna płyta solowa na rozbudowany zestaw instrumentalny, rzeczone trio połączonych sił naszych południowych sąsiadów, a na koniec garść dobrego jazz-rocka, ponownie w wydaniu francuskojęzycznym. Dodajmy, iż wszystkie wymienione płyty ukazują się w wersji CD, a jedna z nich także na winylu (co wydarzy się dwa miesiące później).

 


Peter Orins  VRTN & VBRTN

Swoje nowe dzieło Peter Orins (perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika) prezentuje w dwóch odsłonach, które trwają 50 minut z sekundami, a które są, jak to zwykle bywa w przypadku tego muzyka, precyzyjnie skomponowanymi … improwizacjami. Pierwsza część nagrana została w kwietniu, a druga w grudniu 2020 roku (w okolicznościach studyjnych francuskiego Lille).

Ceremonia solowej ekspozycji perkusisty zaczyna się pojedynczymi uderzeniami w talerze, które efektownie wybrzmiewają. W tle coś zaczyna mechanicznie pracować, jakby mały silnik elektryczny, a na dalszym planie pojawiają się mgławice deep drummingu. Z kolei na pierwszym planie słyszymy czyste odgłosy werbla. Orins zdaje się mnożyć byty tej narracji. Wszystko czyni w dużym skupieniu, nawet leniwie, dba o niuanse, ale i szuka elektroakustycznych punktów zaczepienia w obłokach echa, które wypełniają zakątki sceny. Opowieść narasta, nabiera meta dynamiki, zdaje się być bogatsza z sekundy na sekundę, ale wciąż pozostaje filigranową pajęczyną zdarzeń fonicznych. Z czasem małe źdźbła syntetyki zaczynają mnożyć się jedno po drugim, a na werblu pojawiają się akcenty akustycznej preparacji. Owa misterna plecionka zaczyna także uwypuklać dźwięki, które możemy potraktować jako efekt live processingu, ale tego nie jesteśmy do końca pewni. Mnożą się także wątki czysto perkusyjne, których możemy się doliczyć pięciu, czy nawet sześciu. Narracja ma swoją dramaturgię, a zmiany następują niezwykle często. Oto faza akustycznego drummingu, inkrustowanego elektroniką, tudzież posmakiem syntetycznej dekonstrukcji żywych dźwięków. Pod koniec ponad 30-minutowego seta muzyk serwuje nam elektroakustycznego drona, który pulsuje, a akustyczne mikro zdarzenia zdają się dodawać mu urody.

Druga opowieść toczy się w innym wymiarze czasoprzestrzeni. Orins zaprasza nas do pieczary dark ambientu. Buduje go znów bardzo skrupulatnie i nieśpiesznie, tym razem wyłącznie z akustycznych dźwięków, z echa przedmiotów, które drżą i rezonują (po prawdzie używa jedynie trzech floor tomów, trzy talerzy i tyluż drewnianych pałeczek). Kreuje nastrój niepokoju i tajemniczości, godny nowego soundtracku do wiekopomnego Twin Peaks! Dwa strumienie drummingu płyną nieco separatywnie, drżą talerzy, a wokół nich zaczyna nadbudowywać się poświata elektroakustyki, której źródła nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Magia rytuału, szelest ceremonii dźwięków, w których można się całkowicie zatopić. W dalszej części opowieści muzyk jedynie przesuwa akcenty i dobrze zarządza intensywnością przekazu dźwiękowego. Słyszymy żywe perkusje na flankach, a po środku strugę soczystego ambientu, ale już po chwili elementy składowe narracji zamieniają się pozycjami. Są także momenty, gdy wszystkie dźwięki broczą po kolana w gęstym ambiencie. Falująca, ale stabilna emocjonalnie opowieść zostaje fantastycznie ugaszona do pojedynczych uderzeń w werbel. Echo wieczności jest już z nami, a satysfakcja z odbioru pięknej płyty zdaje się nie mieć granic.

 


Adoct  Ouvre-Glace

Pozostajemy w Lille (to samo studio), znów na osi czasu sytuujemy się w grudniu 2020 roku. Adoct, to skrót złożony z pierwszych liter nazwisk muzyków tworzących kwintet: Sakina Abdou - saksofon, recorder, Barbara Dang - fortepian, Peter Orins – perkusja, Ivann Cruz – gitara akustyczna oraz Jeremie Ternoy – fortepian. Muzycy przygotowali dla nas prawdziwą epopeję swobodnej improwizacji – sześć utworów, 76 minut muzyki!

Improwizacja otwarcia jest najdłuższa (ponad 20-minutowa) i po prawdzie konsumuje wszelkie atrybuty jakości, jakie może dostarczyć nam zadekretowany tu zestaw instrumentalny, a także personalny (świetni muzycy, choć niektórzy w nowych, akustycznych rolach!). Opowieść budowana jest we wstępnej fazie z drobnych, urywanych fraz, które wchodzą w relacje za pomocą bystrych pytań i jeszcze bardziej kąśliwych odpowiedzi. Leniwa, nieco minimalistyczna narracja intrygująco porządkowana jest z jednej strony preparowanymi dźwiękami strun (lewe piano), z drugiej zmysłowym ruchem palca po klawiaturze (prawe piano), dodatkowo ubogacana akcentami perkusjonalnymi, niepozbawionymi rezonansu – oto smukła historia, która kojarzyć się może z napięciem dramaturgicznym godnymi legendy gatunku, brytyjskiego AMM. Naczelnym magiem kreacji zdaje się być tu nade wszystko Orins, który nie dość, że dobrze dba o niuanse, to jeszcze sprawia, iż działania wszystkich muzyków koncentrują się wokół budowania meta rytmu, wspólnego mianownika wszelkich akcji dźwiękowych.

Kolejne dwie opowieści na tle pierwszej i trzech następnych są dalece enigmatyczne, przynajmniej w wymiarze minutowym. Najpierw dostajemy się na front pewnej konfrontacji brzmieniowej – z jednej strony rezonujące przedmioty i preparacje, z drugiej nieco więcej klasycznego, post-jazzowego frazowania, tym razem nieskoncentrowanego na poszukiwaniu rytmicznego zjednoczenia.  Tuż potem dostajemy się w obszar gatunkowego rozdroża – plastry kameralistyki, swobodne, jazzowe westchnienia, wszystko dobrze skorelowane, ale jakby pozbawiona ognia. Przez moment w roli wiodącej pojawia minimalistyczna gitara i zalotny tembr saksofonu.

Czwarta część powraca do dramaturgicznego suspensu i unika bardziej oczywistych rozwiązań, choć z drugiej strony, w kilku momentach wydaje się być nieco przegadana. Wciąż dużo intrygujących dźwięków dostarcza frakcja kobieca, nadal świetną robotę czyni Orins, może jedynie frakcja męska po prawej stronie perkusisty, w niektórych momentach nie do końca wie, jak powinna zachować się w pełnej niuansów grze na małe pola. Dobrze robi tej części opowieści pojawianie się smyczka, który wyprowadza improwizację na pola równie efektowne, jak utwór otwarcia. Piąta część zdaje się jeszcze silniej zagłębiać w obszar dark acoustic chamber - z jednej strony kreatywny minimalizm, z drugiej ponowny krok w kierunku rytmizacji narracji. Finał płyty, najdłuższy po utworze otwarcia, w pełni rekompensuje nam ambiwalencje, z jakimi zetknęliśmy się w kilku momentach tej nieco za długiej płyty. Zaczyna ją mały jazz z perkusyjnymi szczoteczkami, który udanie tłumi się w mroczne klimaty kameralne, ze świetnymi preparacjami lewej strony narracji, ale także niezłą intrygą na klawiszach i gitarze po drugiej stronie. Po pewnym czasie z mroku zaniechania wyłania się fortepianowy duet, w obu przypadkach realizowany na klawiaturze. Świetnie wgryza się w to Orins i takież to błyskotliwe trio bez trudu odnajduje rytmiczną płaszczyznę porozumienia. Po kilku pętlach plaster jakości dokłada też gitara. Końcowa przebieżka zdaje się być zwinną wariacją na temat Different Trains Steve’a Reicha.

 


Murmur Metal  Maelstroem

Powracamy do formuły solowej improwizacji, podobnie jak w przypadku Orinsa, dobrze zaplanowanej, a także dodatkowo ukształtowanej na etapie post-produkcji. Przed nami David Bausseron, który uprawiać będzie tzw. akcje dźwiękowe, improwizować na przeróżnych obiektach metalowych, grać na gitarze elektrycznej, używać elektroniki, wreszcie realizować finalną post-produkcję. Ów one man show składa się z trzech epizodów, które trwają łącznie niespełna 44 minuty.

Groźnie brzmiąca nazwa podmiotu wykonawczego i jeszcze bardziej tajemniczy tytuł płyty mogą nam sugerować spotkanie z ostrą muzyką rockową. Ale nic bardziej mylnego! Album składa się z dwóch wątków, przy czym ten pierwszy, to kilkunastominutowa część zasadnicza i dogrywka (nagranie z roku 2013), ten drugi, to jedna, 25-minutowa odsłona (nagranie z roku 2018). Ta pierwsza toczy się dość leniwie, choć chwilami nabiera pewnej dynamiki. Na wejściu mamy wrażenie, że ktoś uformował nagrania terenowe w post-rytmiczny strumień dźwiękowy i zapuścił bystrą pętlę. Wraz z rozwojem narracji przybywa dźwięków post-perkusyjnych, które przyozdabiane są mikro zdarzeniami, na ogół akustycznymi. Wszystkie one zdają się lepić w finalne frazy za pomocą niemal niesłyszalnej ingerencji elektroniki. Pod koniec opowieść formuje się w drony i smakuje jeszcze lepiej. Krótka dogrywka kontynuuje wątki części głównej. Na poły akustyczne strumienie szarego ambientu, które wciąż przypominają dźwięki hałaśliwej ulicy dużego miasta, przefiltrowane przez wyobraźnię improwizatora.

Druga opowieść budowana jest bardziej skrupulatnie, z dużą pieczołowitością. Słyszymy frazy godne dużego instrumentu dętego, całe plejady rezonujących, mrocznych dźwięków i żywe tło, które co chwilę zaskakuje nas nowymi, trudnymi do zdefiniowania dźwiękami. Akustyka robi tu swoje, ale z czasem zaczyna przyoblekać się w szaty dekonstruującej ją syntetyki. Akcja nie jest nadmiernie dynamiczna, znów raczej leniwa, ale nade wszystko mało słoneczna. W połowie utworu pojawia się płynny, basowy strumień ambientu, któremu bez czynienia błędu możemy przypisać miano dźwięku w pełni syntetycznego. Wokół nowego wątku rodzą się małe, niemal molekularne frazy, przypominjące owady, które lepią się do światła. Opowieść zaczyna tu żyć własnym życiem - jedne elementy się rodzą, inne umierają, a dla artysty najważniejsze zdaje się być utrzymanie dark ambientowego klimatu. Na ostatniej prostej dron basowy kłębi się w samym środku sceny, a na flankach grasują małe drobinki preparowanej akustyki.




Banausoi  Imagines

Czas na czecho-słowacki ansambl i dalece podgatunkową podróż po bezdrożach bystrej, chwilami silnie elektroakustycznej improwizacji, czynionej wszakże z nerwem, a incydentalnie z prawdziwie rockowym temperamentem. Aktorzy tego spektaklu są następujący: Petr Vrba – trąbka, klarnet i elektronika, Václav Šafka – perkusja, instrument perkusyjne i obiekty oraz Ondrej Zajac – gitara i głos. Czesi i Słowacy proponują nam sześć dobrze zaplanowanych improwizacji, nagranych u siebie (data nieznana), które trwają łącznie niepełne trzy kwadranse.

Muzycy bez zbędnych wstępów przystępują do dzieła! Gitara śle frazę, trąbka ambientowy dron, a perkusja zaczyn narracji. Dwa pierwsze składniki tego koktajlu lepią się w elektroniczny loop, który niesiony jest na żywym i od początku aktywnym drummingiem. Akcja dość szybko nabiera gęstości i tempa – gitara kipi electro rockiem z posmakiem afrykańskiej polirytmii, a trąbka krzyczy wniebogłosy same dobre frazy! Po pewnym czasie muzycy zwinnie zdejmują nogę z gazu i uroczo kłębią się oparach post-fussion-jazzu. W kolejnej opowieści pojawia się nerwowy klarnet. Gra czystymi frazami, a dla przeciwwagi gitarowe pick-upy demolują nam uszy ostrymi dźwiękami. Obrazu całości dopełnia intensywnie improwizujący, ale wciąż energetyczny perkusista. W trzeciej improwizacji muzycy zdecydowanie zwalniają tempo – elektroniczne pętle, rezonujące talerze, wreszcie dęte drony, które łapią pogłos, jak niezamaskowane twarze covida. Opowieść nie szuka dynamiki, raczej zagłębia się w otchłani zdrowej, czerstwej psychodelii.

Kolejna część budowana jest przez gitarowe rzężenia, zgrzytliwą elektronikę i żywe, choć mroczne perkusjonalia. Muzycy kreują suspens z niebywałą łatwością, jakby nie robili nic innego przez całe życie, tylko straszyli niegrzeczne dzieci, które nie chcą spać. W piątej części znów niepokój sieją opary dark ambientu i dekonstruowane, dęte frazy. Dopiero po kilku przebiegach rozpoznajemy, iż jest z nami ponownie klarnet, ale i on topi się w poświacie ambientu. Żywa perkusja ciągnie tu dwie strugi post-elektroniki i kreuje klimat przypominający wielominutowe improwizacje formacji Yodok III. Na starcie szóstej improwizacji słyszymy lejącą się wodę i gitarę, która wydaje się być nad wyraz żywa, nieskażona syntetyką. W tle rezonują talerze, ale opowieść łapie prąd jak tonący brzytwę – electro pogłos i kompulsywne elektrowstrząsy perkusji budują nową opowieść. Znów towarzyszy nam klarnet skąpany w podrasowanym elektronicznie dronie. Niespodzianka goni tu niespodziankę do ostatniego dźwięku.

 



Le Bruit Des Dofs  La Combinatronique

Circum Disc lubi, od czasu do czasu, zapuszczać się w obszary improwizującego rocka, jazz-rocka, czy też innych, pokrewnych gatunków. Całkiem niedawno pisaliśmy na tych łamach o formacjach More Soma i Unk. Perkusistą tej drugiej grupy był Charles Duytschaever. Spotykamy go także na płycie tria Le Bruit Des Dofs. Towarzyszą mu: Jean-Louis Morais na gitarze elektrycznej, przy okazji autor całego repertuaru płyty oraz Olivier Verhaege na basie elektrycznym. Muzycy proponują nam dziewięć kompozycji (nagrania studyjne z roku 2017), których odsłuch zajmie nam pełną godzinę zegarową.

La Combinatronique, to dla fana muzyki improwizowanej, z wielu względów, oczywiście jedynie przeuroczy soundtrack do jazdy samochodem, do śpiewania i nucenia, tudzież rytmicznego uderzania dłonią o kant kierownicy. Ale, i w takiej materii można być mistrzem, albo tylko wyrobnikiem. Panowie z Le Bruit Des Dofs radzą sobie w tej dziedzinie doskonale, dodatkowo sprawiają wrażenie, iż z niejednego pieca chleb jedli, a post-jazzowe, czy nawet swingowe frazy są dla nich rzeczą absolutnie naturalną. Doskonale sytuują się w roli improwizatorów, choć basista czyni to zdecydowanie zbyt rzadko. Gitarzysta odnajduje się także w klimatach ambientowych. Cóż można jeszcze dodać, poza wskazaniem najbardziej udanych fragmentów płyty? Gdyby tak więcej swobody, mniej skomponowanych fraz i rockowych oczywistości, byłoby naprawdę smakowicie nie tylko we wskazanych niżej momentach.

Piosenka otwarcia zdaje się być rockowym evergreenem, który zdobi nade wszystko gitara, w dalszej części snująca zmysłowe, post-psychodeliczne frazy. Przypaść do gustu może też trzecia kompozycja. Zaczyna ją post-bluesowe intro gitary. Sekcja z czasem nabiera tempa i dynamiki, ale gitara niespodziewanie hamuje i rozpoczyna fantastyczną podróż w głąb siebie. Snuje ambientową poświatę, a potem tonie w rockowej psychodelii. Z kolei piąta część nie eskaluje tempa, zaprasza nas bowiem na pierwsze basowe improwizacje, skontrowane na preparowaniu dźwięków elektrycznego gryfu basówki. Na finał wszystko smakuje zaś dobrym post-jazzem. Wreszcie na wyróżnienie zasługuje ostatnia, najdłuższa kompozycja, ponad 11-minutowa. Delikatny początek dość szybko przepoczwarza się w swingujący kuplet, który zaprasza do tańca. Dynamikę budują perkusyjne szczoteczki, a bas i gitara frazują jazzem, aż miło. Jest tu czas na perkusyjne solo i całe mnóstwo rożnych ekspozycji - swoista podróż po wielu podgatunkach rocka z jazzem i improwizacją zaszytymi w nerwie narracji.