Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julien Desprez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julien Desprez. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2021

Nate Wooley in the triple edition! Seven Storey Mountain! NOX! Icepick!


W ostatni dzień paskudnego roku 2020 Trybuna Muzyki Spontanicznej wylistowała 66 powodów, dla których – mimo wszystko! – warto ów dwunastomiesięczny period zapamiętać! Na liście wyróżnionych płyt znalazły się trzy, w których udział sprawczy pewnego amerykańskiego trębacza był więcej niż kluczowy.

Albumy te nie zostały dotychczas zrecenzowane (czas Pana Redaktora nie jest z gumy!), zatem dziś nadrabiamy tę drobną, acz jakże istotną zaległość i zapraszamy na odczyt, tudzież odsłuch trzech doskonałych płyt Nate’a Wooleya. Pierwsza, to jego autorski, rzecz można flagowy projekt, czyli szalona koncepcja Seven Storey Mountain*). Zaraz potem pewien litewski, jednorazowy kwartet, a na koniec trio, które nie gra ze sobą zbyt często, ale mimo to, możemy już cieszyć się jego trzecią płytą.

 


Nate Wooley  Seven Storey Mountain VI (Pyroclastic Records, CD 2020)

Pod koniec listopada 2019 roku, w miejscu zwanym Oktaven Audio, Nate Wooley (trąbka, amplifikator, kompozycja) zebrał trzynastu muzyków, by wykonali szóstą edycję jego Siedmiopiętrowej Góry. Oto oni: Samara Lubelski oraz C. Spencer Yeh (skrzypce), Chris Corsano, Ben Hall oraz Ryan Sawyer (perkusje), Susan Alcorn (pedal steel guitar), Julien Desprez oraz Ava Mendoza (gitary elektryczne), Isabelle O’Connell oraz Emily Manzo (instrumenty klawiszowe), Yoon Sun Choi, Mellissa Hughes oraz Megan Schubert (głosy). Szósta edycja Seven Storey Mountain, to tradycyjnie jeden trak, który zaczyna się w ciszy i tamże kończy swą podróż, po drodze ryjąc nam berety emocjami rzadko spotykanymi na niwie muzyki improwizowanej. Trwa 45 minut i jedną sekundę.

Ceremonia otwarcia spektaklu przypada w udziale chórowi kobiecych głosów. Panie mruczą melodyjnie, niczym feministyczny odłam zakonu krzyżackiego, który za moment wyruszy na meta religijne, wojenne łowy. W roli skromnego akompaniamentu frazy z gitary. W tle zaczyna się jednak rodzić życie dużego, orkiestrowego potwora. Samo zło zdaje się iść od strony elektroakustycznych świergotów, mikro przesterów i plastrów ambientu. Pojawia się piano i akcenty perkusjonalne, ale sama podróż, jak na razie, odbywa się we względnej harmonii, w dość łagodnej tonacji. Po wybiciu 7 minuty szczoteczki rozbudowanej sekcji perkusyjnej zaczynają kreować pewien rodzaj dynamiki. Atmosfera wokół nich zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Efekt wzmacniają pierwsze pasaże z keyboardów, które snują wątki niemal fussion-jazzowe, ale bez eskalowania poziomu głośności. Narracja krok po kroku zaczyna wspinać się na Siedmiopiętrową Górę. Żmudna to, ale efektowna wspinaczka. O emocje dbają przede wszystkim skrzypce i gitary, wyposażone w dużą moc energii elektrycznej i adekwatny pogłos. Opowieść nabiera kwasowości i posmaku niemal transowej psychodelii. Wielobarwny kalejdoskop dźwięków, jednak nie bez onirycznej poświaty. Niektóre wątki rozbłyskują, inne pętlą się i obumierają.

Po upływie 18 minuty zaczyna się już mała wojna światów – perkusje wybijają jednostajny rytm, ale na dalszym planie wszystko wydaje się być już wyzwolone z jarzma koncepcji kompozytorskiej. Gitary kołyszące się na przetwornikach, tajemnicze głosy, szumiące warstwy usterkowych fonii, nerwowe podrygi z klawiatur – wszystko to ubarwia flow, ale jednocześnie sprawia, iż całość jakby rozłaziła się w szwach. Do ognia dokładają perkusje, zaś gitary i skrzypce tańczą wokół własnej osi, swawolą, skaczą i z piskiem upadają na samo dno. Plejada drobnych incydentów kipi niczym gotująca się woda. Makrokosmos wielkiej góry eksploduje – dynamiczne, ostre frazy, chwilami nawet drapieżne, ale schowane jakby za mgłą. W 25 minucie flow niebezpiecznie zbliża się już do ściany dźwięku. Wszyscy muzycy eskalują swoje poczynania, robi się naprawdę ogniście. Gitary i skrzypce toczą kolejną wojnę w złej sprawie. Krzyki, wrzaski, prawdziwy heart attack in fussion-psycho-noise, który nie jest jednak wyłącznie hałasem, ma bowiem swoją egzystencjalną, jakże bolesną poświatę.

Pora okiełznać to wspaniałe szaleństwo! Wraz z wybiciem 34 minuty jako pierwsze milkną perkusje. Tło niezmiernie pulsuje, nabiera ambientowej szklistości, klawisze płynną wąską strugą. Strzępy gitarowych fraz, coś śpiewa na ultrapogłosie, może to trąbka. Chmura oniryzmu spowija scenę i nie pozwala na bezpieczną ucieczkę z pola bitwy. Wraz z 37 minutą powraca chór kobiet, które snują wokalizy na silnym pogłosie. Powraca początek - diabelska repryza, siła wiecznego powtórzenia. Łagodne piano tworzy klimat refleksji, a głosy zaczynają śpiewać finałową pieśń z tekstem. Głosy multiplikują się - samokopiująca orgia zakończenia. You can’t scare me…, You can’t scare me

 


Nate Wooley / Liudas Mockūnas / Barry Guy / Arkadijus Gotesmanas  NOX (NoBusiness Records, LP 2020)

Na osi czasu pozostajemy w trakcie ciepłej jesieni 2019 roku. Przenosimy się wszakże na Litwę, na cykliczną imprezę Improdimensija, która odbywa się w Wilnie. Na scenie odnajdujemy fantastycznie zapowiadający się kwartet w składzie: Nate Wooley (trąbka), Liudas Mockūnas (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), Barry Guy (kontrabas) oraz Arkadijus Gotesmanas (perkusja i instrumenty perkusyjne). Na czarnym krążku, dokumentującym ów intrygujący koncert, znalazły się trzy swobodne improwizacje, które trwają łącznie prawie 36 minut.

Kwartet zaczyna koncert małymi frazami, typowymi dla improwizacji składu stworzonego ad hoc, mających za zadanie rozpoznanie dyspozycji partnerów i warunków zewnętrznych spektaklu. Narracja spoczywa na barkach kontrabasu, saksofon sopranowy i trąbka śpiewają zgodnie na stronie, a całość spinają perkusjonalne błyskotki. Opowieść z czasem zagęszcza się, ale muzyka nie traci walorów typowych dla pięknego, zmysłowego post-chamber. W ramach wisienki na torcie tej części płyty rozgrzane pióro recenzenta odnotowuje świetne szczytowanie sopranu. W ramach komentarza trochę brudu na ustniku trąbki i wzrost dynamiki perkusji. W okolicach 9 minuty na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wraz z perkusjonaliami kreśli skromne, ale urocze expo w ducie. Tuż potem natrafiamy na równie efektowne duo dęciaków (przy okazji sopran zostaje zastąpiony przez tenor!). Na koniec pierwszej, niedługiej strony winyla muzycy najpierw wpadają w drobną, ale jakże ognistą kipiel, potem zaś w ramach rozbiegówki bawią się w bystre pytania i odpowiedzi.

Otwarcie kolejnej improwizacji przypada w udziale perkusjonaliom i dzwoneczkom wprost ze świątecznej choinki. Bas ogranicza się do skromnych szarpnięć za struny. Trąbka pojawia się po kilkudziesięciu sekundach ze śpiewem na ustach. Jakby w kontrze, ale dopiero po 5 minutach, do gry wchodzi masywny klarnet kontrabasowy. Wyjątkowo urodziwe slow motion stawia każdy krok z dużą rozwagą dramaturgiczną. Znów świetny moment notuje Liudas, a smyczek Barry’ego równie skutecznie dba o wzrost dynamiki. Emocje rosną, a Nate decyduje się na bardziej jazzowe frazowanie (szczoteczki Arkadijusa okazują się bardzo pomocne w budowaniu narracji). Klarnet przywraca na moment do życia cały kwartet, po czym już samotnie, ale jakże precyzyjnie gasi płomień narracji. Ostatnią, najkrótszą część koncertu otwierają dęciaki (odnotujmy powrót tenoru). Sekcja rytmu szybko doskakuje im do gardeł, a całość opowieści stawia na dynamikę. Dobre tempo sprzyja bystrym interakcjom, zwłaszcza pomiędzy trąbką, a saksofonem. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam kolejny odcinek pytań i odpowiedzi, kreowany przez smyczek kontrabasu.  Na zakończenie koncertu wszyscy zdają się tańczyć i swawolić bez umiaru. Frywolność godna największych mistrzów! Brawo!

 


Icepick  Hellraiser (Astral Spirits, LP 2020)

Pod wskazaną wyżej nazwą własną kryje się trzech świetnie nam znanych muzyków: Nate Wooley (trąbka), Ingebrigt Haker Flaten (kontrabas) oraz Chris Corsano (perkusja). Artystów zastajemy w sytuacji koncertowej (Chicago, luty 2018 roku). Znów trzy swobodne improwizacje umieszczone na winylowej płycie, łączny czas niespełna 35 minut.

Muzycy znają się świetne, a zatem bez wstępnych amorów rzucają się w wir niemal freejazzowej improwizacji. Całuśna, agresywna, ale jednocześnie rozśpiewana trąbka, kontrabas i perkusja stawiające stemple mocy, ale i zdolne do szeptu i stąpania na palcach. Nate tryska energią i emocjami, idzie na sto procent i nie chce się zatrzymać! A recenzentowi pozostaje jedynie wymienianie określeń na literę k – kolektywnie, kreatywnie, kompaktowo, kompulsywnie… Narracja przyspiesza i natychmiast spowalnia, bije po twarzy, by zaraz potem głaskać po skroni. Trąbka raz hałasuje na granicy acoustic noise, innym razem śpiewa przez zaciśnięte wargi. Kontrabas pozwala sobie na szybkie expo solo, a perkusja wszystkim, co wpada w ręce drummera lub zaświta w jego głowie, jest w stanie kreować nowe rozwiązania. Druga improwizacja rodzi się na glazurze rezonujących talerzy. Na stronie kwili cicha, łagodna trąbka. Bas wchodzi do gry po upływie ponad dwóch minut. Slowly & melancolic motion powoli nabiera kantów i zadziorów. Chris ciągnie w kierunku free jazzu, Nate śpiewa i zdaje się mieć ochotę na każde rozwiązanie, a Ingebrigt umiejscawia szaleństwa partnerów w bruździe czerstwego bluesa! Na finał części jeszcze drobna przebieżka bez trąbki i solo perkusji.

Druga strona winyla w jednym traku. Zaczyna ją smyczek, wokół którego podryguje perkusja, a trąbka preparuje na stronie. To tu swoje pięć minut, a może i całą wieczność, dostaje Nate i używając głosu, a także wentyli swojego rozgrzanego blaszaka wynosi narrację tria na absolutne szczyty. Bystra perkusja i repetujący bas ścielą mu drogę chwały samymi smakołykami. Raz zwalniają, raz pędzą na złamanie karku. Gasną, by zaraz powstać z kolan. Same cuda! W okolicach 12 minuty to szaleństwo musi znaleźć swój kres. Spore wytłumienie emocji, chwila refleksji, ale także małe rozdroże dramaturgiczne (bo cóż można zagrać po czymś takim!). Rozchełstana śpiewem trąbka zdaje się budować nowy wątek, nie stroni od repetycji i czeka na partnerów. Drummer nie daje się długo zapraszać do tanga. Kreuje rytm, niemal hard-bopowy, podsyca emocje, a potem równie zgrabnie odnajduje zakończenie, nie bez udziału wciąż rozśpiewanej trąbki.

 

*) po więcej szczegółów dotyczących koncepcji kompozytorskiej redakcja odsyła do recenzji poprzedniej części Seven Storey Mountain.

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/06/nate-wooley-siedmiopietrowa-gora-ksiega.html

 

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Julien Desprez & Theo Ceccaldi at Jazz Em Agosto! The French Apocalipse Now!


Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, Trybuna śle skromną relację z pobytu redakcji na jednym dniu największego portugalskiego festiwali jazzowego, Jazz Em Agosto, który każdego lata odbywa się w pięknej Lizbonie.

Festiwal, jak co roku zdominowany był przez muzyków amerykańskich, którzy zgodnie z mottem imprezy, dzielnie stawiali opór (Resistance), my zaś bystro poszukiwaliśmy wykonawców z tej strony oceanu, którzy także na każdą edycję festiwalu bywają tu zapraszani.

Dzień portugalski udał się doskonale, niestety z przyczyn niezależnych od redakcji, odbył się bez naszego udziału. Najpierw solowy występ gitarzysty Abdula Moimeme (dwie gitary na stole i moc elektroniki), potem zaś kwartet z udziałem Ricardo Toscano (saksofon), Rodrigo Pinheiro (fortepian), Miguela Miry (wiolonczela) i Gabriela Ferrandiniego (perkusja). Jak wieść gminna niesie, a sami muzycy potwierdzają, koncert udał się niezmiernie, zatem ze zniecierpliwieniem czekamy na nagrania nowej formacji. W tym gronie nowym dla nas muzykiem zdaje się być saksofonista, który postrzegany dotąd raczej jako muzyk mainstreamowy, tu wypuszczony na pole bardzo swobodnej improwizacji, wypadł ponoć doskonale (na poparcie mych słów warto sięgnąć po relację zamieszczoną na Free Jazz Blog).




Na dzień francuski redakcja dotarła już w komplecie! Najpierw, w Sali Auditorio 2 (pod dachem), jeden z naszych trójkolorowych faworytów – gitarzysta Julien Desprez, zaprezentował nowe trio o nazwie Abacaxi. W jego składzie także Max Andrzejewski na perkusji (muzyk z Berlina) i Jean François Riffaud na gitarze basowej.  Muzycy zagrali trzy długie improwizacje z tytułami (łącznie niemal 50 minut), które nazwać można - całkowicie legalnie - ekstremalnie powykręcaną dramaturgicznie, w pełni improwizowaną wariacją na temat … ciężkiego rocka. Artyści wykorzystywali nie tylko instrumenty, ale także improwizowali ze światłem stroboskopowym, które gasło i rozbłyskiwało zgodnie z meandrami gęstej narracji, rockowymi riffami, tudzież brutalnymi zmianami tempa i sposobu artykulacji dźwięków. Niebywały (jakże doskonały) występ tria, to oczywiście skutek świetnych działań artystycznych wszystkich muzyków, ale nie sposób nie wskazać mistrza ceremonii w osobie Despreza. Grał całym ciałem, jego gitara wydawała dźwięki, jęczała, charczała, wyła i drżała ze strachu. Była chwilami dość nieludzko traktowana przez muzyka, uderzana, wyginana i przystawiana do podłogi. Muzyk miał też pod stopami (tylko dwiema, dodajmy, co nie jest takie oczywiste w kontekście dynamiki i intensywności koncertu) zestaw gitarowych przetworników, po których chwilami niezwykle ekspresyjnie skakał. Pełną moc triu dawał niemiecki drummer, niezwykle energetyczny muzyk, precyzyjny i grający w punkt niczym saper, tudzież mistrz połamanych hc-punkowych zwarć. Najspokojniejszy w tym gronie basista też dokładał do ognia, zrywał podłogę, ale nie stronił od klimatycznych pasaży wyważonego … noise. Pierwsze dwa utwory łamały wszelkie konwencje stylistyczne (drugi zwał się Mainstrean Disaster!), były gęste i naładowane treścią. Trzeci, najdłuższy, rozpoczął się w podobnej estetyce, ale po kwadransie uciekł w dark-ambientową powłokę i przez wiele minut cudownie wybrzmiewał. Dodajmy, iż w jego trakcie muzycy improwizowali także z użyciem zasilania, grając zmysłowe riffy raz to z prądem, a raz bez niego, surową akustyką niemal pustych przebiegów. Kapitalny koncert!




Po dwóch godzinach oczekiwania w pobliskich barach, przyszedł czas na koncert wieczoru, który na ogół odbywa się na scenie amfiteatralnej. Nie inaczej było też 8 sierpnia. Na scenie szóstka muzyków pod wszystko mówiącą nazwą Freaks! Szefem tego przedsięwzięcia, kolejny doskonały francuski muzyk, skrzypek Theo Ceccaldi. Kolejny tego dnia band, który w muzycznym DNA ma wpisaną estetykę rockową, punkową, tudzież psychodeliczną. Mocna jak dąb sekcja rytmiczna (ultra dynamiczny perkusista Etienne Ziemniak i najstarszy w tym gronie, gitarzysta basowy Stephane Decolly), świetny gitarzysta (Giani Caserotto), choć nieco schowany w tle, no i front – dwa saksofony (tenor – Quentin Biardeau oraz alt naprzemiennie z barytonem – Mathieu Metzger) i na samym środku, kipiący emocjami skrzypek. Muzycy grali długie kompozycje, które tuż po podaniu często niezwykle zgrabnego i zabawnego tematu, przeradzały się w długie sety improwizacji w podgrupach, dobrze zaplanowane dramaturgicznie i wyśmienicie rozegrane. Pomiędzy nimi punkowe i free jazzowe interludia. Nikt, po obu stronach sceny, nie nudził się na tym koncercie choćby przez ułamek sekundy. Sześciu wyśmienitych improwizatorów i niemal kongenialny skrzypek, który był w stanie zagrać dosłownie wszystko. Od ckliwych melodii, do których pośpiewywał sprośne (tak myślę) teksty, po pełne furii, fussion jazzowe eksplozje. Na finał dwa bisy i standing ovation! Bez cienia wątpliwości!

wtorek, 25 czerwca 2019

Desprez & Rasmussen! Lopes & Guillotine! Nuno! Azul! Stapp & Morris! Torn! KaMaSz! Strętwa! The Real Guitar City as june summary!


Krajowy czerwiec tym razem w aurze tropikalnych upałów, tudzież braków w zakresie wody pitnej i … tradycyjny ból głowy redakcji z nadmiaru bardzo dobrej improwizowanej muzyki! Czas na czerwcową zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych!

Dziś w roli głównej gitara we wszelkich jej wymiarach. Będzie głośno, będzie też spokojnie, raczej mniej rocka, więcej swobody i zdrowego pomyślunku. Zaczynamy od zeszłotygodniowej premiery płytowej, potem jeszcze siedem innych, niemal tak samo pachnących, wydawnictw (ledwie jedna datowana na roku ubiegły). Najpierw miting francusko-duński, potem blok płyt z Portugalii, a następnie po dwa wątki amerykańskie i polskie.




Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch (Dark Tree, CD/LP 2019) ‎

Na początek naszej dzisiejszej opowieści niezwykle świeży duet – Desprez (gitara elektryczna) i Rasmussen (saksofon altowy) – postaci bardzo już medialnych, jak na reguły europejskiej muzyki improwizowanej i prawdziwie energetyczna porcja dźwięków, której nadali zgrabny tytuł Właz. Przy okazji odnotujmy powrót do działalności edytorskiej francuskiego Dark Tree Records (Happy to see you again, Bertrand!). Siedem bardzo swobodnych historii o istocie dźwięku, których odsłuch zajmie nam dokładnie trzy kwadranse bez dwóch sekund (koncert z września 2016 roku - Music Unit, Montreuil, Francja).

Roztańczony, free jazzowy alt i gitara z dużym prądem, która z lisią zręcznością pląsa wokół i zwinnie improwizuje – oto aktorzy, z którymi skaczemy w ogień żarliwego free improv, granego z dużą klasą, wyczuciem formy, budowanego w atmosferze bardzo dobrej komunikacji wewnętrznej. Sowity duet, mocny przekaz, brak dramaturgicznych wątpliwości – już po minucie muzycy bez trudu wchodzą w pierwsze mikroeskalacje, kreują dźwięk, który ma brzmienie, siłę wewnętrzną i nieodparty urok osobisty. Po kolejnej minucie pierwsze garście hałasu i rytm, który podaje Julien. Mette tańczy wokół niego, zalotnie spogląda w stronę gitarzysty i zdaje się być po brzegi ust naładowana emocjami. Po chwili przerwy już niemal gada do niego przez ustnik, a alt, niczym taśma przesyłowa, ubarwia narrację dętym … notokiem. Gitarzysta nie pozostawia tego bez reakcji – tryska różnorodną fonią, aż iskrzy na scenie. Liczy ołowiane struny, kreuje nowe plamy hałasu, wchodzi w krótkotrwałe imitacje, a na finał buduje zmysłowy dron. Trzecia historia zdaje się być sucha na wiór – alt mimowolnie prycha, gitara grzmi i mruczy. Kierunek działania – preparacje. Dość szybko narracja osiąga niemal industrialną gęstość. Od ciszy po hałas, pasmo jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. W 6 minucie symfonia wysokich dronów, potem odrobina zalotnych spojrzeń – szorstka, męska zabawa obojga płci.

Czwartą opowieść buduje czysty, ekspresyjny alt. Gitara podaje rytm i brzmi niczym czereda groźnych basów. Oto początek ballady dla złych. Z każdą sekundą sieć dźwięków gęstnieje, nabiera brudu i smoły w brzmieniu. Alt ciągnie ku górze coraz intensywniej, niemal spirytualnie. Na gryfie kawalkada wydarzeń, mrok fonii, która rozbłyska ogieniem. Corowy numer płyty kończy się krzykiem, poprzedzonym paradą hałasu i eksplozją temperamentów obu muzyków. Chwila odpoczynku tuż potem – dialog krótkich fraz, gitara niczym maszyna wysokoprężna (tu nie ma dźwięku, którego nie można by zagrać), alt raczej dba o niuanse brzmieniowe, ale w ramach kropki nad „i” daje do wiwatu! Szósta historia znów stawia pióro recenzenta do pionu – dynamiczny potok suchych westchnień wprost z rozgrzanych dysz altu zostaje świetnie komentowany przez filigranowe, metaliczne dźwięki z gryfu. Mette ciągnie flow pod sklepienie niebieskie, potem Julien łamie go zmyślnym meta rytmem. Tańce, swawole i obopólne drony na wytłumieniu. Wreszcie sam finał tej ekscytującej podróży – parada szumów z tuby i milczącego amplifikatora. Efektowne intro, z którego wyłania się post-industrialna kawalkada coraz bardziej wilgotnych fonii. Po krótkim stoppingu, zabawa w sonorystykę użytkową, tuż nad gęstym strumieniem modulowanego basu. Last minute – szorstki tembr altu ginie w siarczystym dronie, budowanym przez zakrzywione fale radiowe, wprost z umęczonej gitary, odciętej od zasilania.




Guillotine  Guillotine  (Clean Feed, CD 2019)

Przed nami melanż portugalsko-francusko-norweski, wydany, co widać powyżej, w kraju tej pierwszej nacjonalizacji. Pod jakże ostrym tytułem własnym spotykamy trzech muzyków: Luís Lopes – gitara elektryczna, Valentin Ceccaldi – wiolonczela (uwaga! podłączona pod prąd wielkiej mocy!) oraz Andreas Wildhagen – perkusja. Nagranie z czerwca ubiegłego roku, Golden Poney Studios w Lizbonie. Cztery improwizacje, 42 minuty i 4 sekundy.

Choć spodziewamy się po Gilotynie sporej dawki zdrowego hałasu (co w istocie rzeczy stanie się naszym udziałem), pierwsze trzy minuty upływają nam w potoku ambientowej niemal ciszy, budowanej na talerzach zestawu perkusyjnego. Gitara i cello na finał tej zaskakującej rozbiegówki uderzają w dzwon narracji niezwykle silnie i pieśń otwarcia toczyć się może właściwym torem. Pierwsze wrażenia są nie dość, że rockowe, to wręcz kraut-rockowe. Wiolonczela brzmiąca niczym metalowa basówka, rozchełstana gitara, skora do wszelkich figli, masywna perkusja. Na przeciwległych flankach oba strunowce toczą małą wojnę, kto głośniej. W 9 minucie, to gitara milknie jako pierwsza. Po dwóch minutach powraca, a siła rażenia tego powered power trio zdaje się być jeszcze większa. Wybrzmiewanie też z nutą zaskoczenia – najpierw harsh-ambient, potem klimat z Woodstock, tego właściwego, sprzed 50 lat. Druga część nie może nie zacząć się łagodnie. Cello prycha pizzicato, leniwe talerze komentują. Znów muzycy potrzebują niemal trzech minut, by wejść na wyższy poziom obrotów. Pierwsza w taniec idzie - oczywiście - wiolonczela! Kardynalny rytm ze smyka nie pozostawia wątpliwości. Gitara kłębi się i swawoli, perkusja trzyma sztamę z cello. Piękna, zdrowa, rockowa kipiel w strumieniu swobodnej improwizacji! Emocje i ponadgatunkowa przepychanka trwa parę chwil, a pojednanie smakuje wyrafinowanym noise!

Trzecia historia rodzi się z ciszy i szumu wystudzonych amplifikatorów. Obcierki i polerki, czekanie na sygnał do wzmożenia aktywności. Proces zdaje się być cokolwiek przewlekły. Gitara szuka inspiracji na południu Iberia, talerze tyczą szlak donikąd. Rodzaj meta ballady, granej the day after. Bogata ekspozycja cello na tle leniwego szczoteczkowania. Sygnał do ataku zostaje dany dopiero w 8 minucie. I znów leje się rockowa krew – rytm ze smyka, psycho-guitar, drive drumming i finał w hałasie. Czas na zmyślnego rozchodniaczka, mniej niż pięć minut, które rozpoczyna cello frazując na jazzowo. Narracja toczy się na delikatnie złamanym rytmem, z drobną synkopą. Dobre momenty perkusisty, śpiewająca gitara i czas na gaszenie płomienia, swobodnie rozbujanego na ostatniej prostej Orgasmic Dance.




Jorge Nuno/ Rômulo Alexis/ Victor Vieira-Branco/ Rafael Cab  Connection (Creative Sources/ Big Papa Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek portugalski. Gitarzystę Jorge Nuno poznaliśmy niedawno przy okazji jego ogniście rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dziś zapraszamy na spotkanie z całkiem wyswobodzoną improwizacją. Przenosimy się do brazylijskiego Sao Paulo, gdzie muzyk bardzo skutecznie poszukiwał interesujących Koneksji artystycznych. W ramach kwartetu towarzyszyli mu w tym zacnym dziele: Rômulo Alexis – trąbka i elektronika, Victor Vieira-Branco – wibrafon oraz Rafael Cab – perkusja. Nagrania studyjne (data nieznana), pięć utworów, 42 minuty i 9 sekund.

W ramach introdukcji wytłumiona gitara i rezonujący wibrafon prowadzą niebanalny dialog. Po minucie brudna trąbka, wsparta perkusyjnymi zgrzytami, burzy ład i sieje dobry ferment. Rodzaj fussion grane bez pięciolinii, z ambicjami w zakresie dalece swobodnej improwizacji. Oryginalna, post-psychodeliczna gitara w towarzystwie dalece kompetentnych instrumentalistów. Bez pośpiechu, na dużym luzie, no i trąbka, która już na starcie brzmi niczym upalony klarnet basowy (muzyk będzie siał podobny dysonans poznawczy niemal przez całą płytę). Drugi numer skaluje dynamikę, a muzycy ochoczo ruszają na podbój świata. Aktywny drumming, szybki wibrafon, riffująca gitara, która zaczyna już poszukiwać dubowej przestrzeni. Na finał tej trzyminutówki ostra kipiel na gryfie. Trzeci numer zaczyna trębacz. Jego instrument brzmi tym razem, jak baby toy, gumowa kaczka. Ponownie bystry perkusista i swawolny gitarzysta budują dobry flow. Wokół moc tajemniczych, post-akustycznych dźwięków. Nuno zdaje się stać nieco z boku, raczej stymuluje młodszych kolegów do improwizacyjnych bojów. Na finał tej części gra jazzowe duo z wibrafonem.

Część czwartą, choćby z racji długości trwania, uznać można za kluczową Koneksję. Na wejściu trąbka brzmi jak trąbka! Dwa słowa ze strony wibrafonu i przyczajona gitara, która grzeje piec. Po niemal trzech minutach Nuno daje sygnał do gęstego galopu. Garść psychodelii, trąbka, która już zdążyła zamienić się w saksofon sopranowy, wreszcie czupurna meta sekcja wibrafonu i perkusji. Free rock like fired fussion! W okolicach 7 minuty małe wytłumienie i bardzo udane poszukiwanie nowej formy. Szczypta ambientu z gitary i bukiet bardzo swobodnych improwizacji pozostałych instrumentów. W 10 minucie na gryfie strzeliste wichry wojny – prawdziwy popis Nuno, który stanowi introdukcję to kolejnego galopu. Na finał odcinka improwizacyjne rozlewisko wyłącznie udanych dźwięków. Ktoś podśpiewuje, ktoś bawi się przetwornikami gitarowymi. Brawo! Wreszcie pieśń zamknięcia, również rozbudowana czasoprzestrzennie. Trąbka, gitara na dużym pogłosie, oddech wszechświata. Dla przeciwwagi aktywny drumming i zmysłowe tło wibrafonu, który brzmi niczym marimba. Zmiana goni zmianę. Ogień i woda, krzyk i dub. Po 6 minucie plamy psychodelii, a finałowe wytracanie mocy pod światłym przewodnictwem, doskonałego na całej płycie, trębacza! Ostatnie dźwięki należą do gitary, swobodnie płynącej na nostalgicznym pogłosie.




Carlos Bica & Azul  ‎Azul In Ljubljana (Clean Feed, 2018)

Po trzech porcjach sporych emocji, definitywnie zasłużyliśmy na kilka chwil jazzowego relaksu. Przed nam trio Azul, któremu szefuje od dawien dawna portugalski kontrabasista Carlos Bica. W dziele budowania dobrych melodii i zwinnych, niezobowiązujących improwizacji, wspomagają go - niemiecki gitarzysta Frank Möbus i amerykański drummer Jim Black (onegdaj ikona improwizowanej perkusji). Koncert ze słoweńskiej Ljubljany z roku 2015, dziesięć kompozycji (!), 54 i pół minuty.

Piłkę do gry wprowadza ciepło brzmiący gitarzysta, który nie jedno piwo wypił w towarzystwie Billa Frisella. Wtóruje mu kontrabas, prowadzony bardzo silną ręką i dość prosty, para rockowy drumming. Muzycy z godnym podkreślenia ładem i spokojem, grają coś na kształt bluesa, któremu nigdzie się nie śpieszy. All that jazz z gitarą, która w fazie improwizacji potrafi pokazać lwi pazur. Drugi utwór brzmi niemal pop-rockowo, można podśpiewywać i tupać nogą, ale dramaturgii wydarzeniu znów dodaje iskrzącą na zakrętach gitara. Trzecią historię można skwitować określeniem dobry jazz użytkowy. Na czwartą, najdłuższą, zdecydowanie warto jednak nadstawić ucha – bas zwinnie repetuje temat, gitara płynie szczeliną transu, z posmakiem zadumy i kiściami saudade pomiędzy strunami. Prosta, wyjątkowo urokliwa i niezwykle melodyjna ekspozycja. W piątej piosence warto podkreślić pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu. Po chwili wstępu trio idzie w półgalop, zwinnie kreowany przez mocny flow basu i delikatnie psychodelizującą gitarę. W improwizacjach muzycy osiągają nawet stan pełnego galopu. W kolejnym utworze jest dokładnie odwrotnie - temat budzi nas do życia, improwizacje zaś usypiają.

O ile siódmą kompozycję znów możemy zapisać po stronie nudy, o tyle sam finał płyty, jego trzy ostatnie akordy, to bez wątpienia perły w tej nieco ciernistej koronie. Ósma kompozycja, to dwuminutowa galopada, niemal speedowa gitara, full drumming i kontrabas, który ma jeszcze czas, by parę razy ciekawie zapętlić narrację. W kolejnej pieśni intrygująca jest linia melodyczna kontrabasu, a gitara, która znów przypomina Frisella, na ostatniej prostej delikatnie eksploduje. Wreszcie sam finał – znów bardzo dynamicznie, z progresywnym drummingiem i doskonałą linią melodyczną gitary, która lekko zmutowała swoje brzmienie. Ekspresyjne, rockowe solo dla podkreślenia ładunku emocji, jakie niesie zakończenie płyty.




Ben Stapp/ Joe Morris Feat. Stephen Haynes  ‎Mind Creature Sound Dasein (Fundacja Słuchaj! ‎CD, 2019)

Duży krok przez Wielką Wodę i jesteśmy w studyjnej części słynnego amerykańskiego Klubu Firehouse 12. Młody adept sztuki improwizacji (poniekąd uzurpujący sobie prawo do tytułowania go twórcą muzyki zawartej na płycie), tubista Ben Stapp (także euphonium i inne przedmioty akustyczne), jego starszy kolega, co ważne dla przebiegu dzisiejszej opowieści - gitarzysta, Joe Morris i wspierający obu Panów w czterech utworach, kornecista Stephen Haynes. W listopadzie 2017 roku muzycy zarejestrowali 11 fragmentów, których odsłuch zajmie nam 63 minuty i 6 sekund.

Tuba bywa zaskakującym akustycznie zwierzem instrumentalnym, tu zamiennie stosowna z jej odrobinę tylko mniej masywnym wydaniem, czyli euphonium, zatem moc wrażeń fonicznych będzie z nami od pierwszej do ostatniej minuty płyty. Zaczynamy bawolim porykiwaniem na skraju puszczy i szczyptą wciągania nosem dość chłodnego jeszcze powietrza. Na przeciwległej flance (tu, lewej), spokojna gitara o delikatnie zabrudzonym brzmieniu. Dęty dron i klasycyzująca gitara – pieśń otwarcia za nami. Drugi utwór trzyma klimat wstępu, pachnie nawet lekko wygłodniałym jazzem. Swobodna wymiana poglądów i myśli. Trzecia część zaprasza nas w głąb gęstego lasu – szczypta sonore z tuby, która po chwili brzmi jak saksofon, obok Morris, który liczy struny na gryfie i rysuje meta pętle. Duża zmienność akcji, technik artykulacji i sposobów prowadzenia dialogu. Kreatywność Stappa na krzywej wznoszącej – pod koniec odcinka sprawia wrażenie, jakby grał przynajmniej na trzech instrumentach.

W czwartym odcinku do gry wchodzi kornet (uczyni to jeszcze trzykrotnie i dodajmy od razu – każdorazowo podnosząc jakość improwizacji, który choć jest – wedle słów wydawcy – zaplanowana, to jednak w praktyce sprawia wrażenie dalece swobodnej). Pierwsza piosenka w trio jest dość dynamiczna – tuba stawia na innowacje, gitara na tradycję, kornet zaś ochoczo podśpiewuje. W kolejnym – więcej spokoju, artystycznego lenistwa i niebanalnego niechlujstwa. Stapp dmie w euphonium, Haynes całuje zimne powietrze, Morris ślizga się po strunach i szuka psychodelii. W szóstym epizodzie powracamy do formuły duetu – strumienie niskich pasm dźwięków, trochę zabawy i dużo luzu. W siódmym znów do gry wchodzi kornet – ze strony wszystkich muzyków więcej agresji, wysokich, zadziornych fonii, odrobina preparacji. Na flankach ciężka praca, po środku (kornet!) dzikie igraszki. Morris zdobi opowieść wąskim pasem transu.

Kolejne trzy opowieści, to znów duet. Ósmy razi spokojem ducha i stylowością narracji, dziewiąty wprowadza nowy akcent – Morris sięga po smyczek i brzmi jak stylowe, barokowe skrzypce. Gdy ten ostatni wpada w taniec, jego partner zdaje się rozdzierać szaty i zmysłowo prosić o łyk wody. Moc ekspresji jest udziałem obu artystów. W dziesiątym euphonium złorzeczy, gitara (jak bałałajka) śle wyłącznie pozytywny przekaz. Wreszcie rozbudowany finał tej chwilami doskonałej płyty – kilkanaście minut emocji, na powrót w trio! Garść filigranowych ekspozycji - gitara atakuje z zaskoczenia, kornet czyści wentyle, dęciak snuje epicką opowieść bez tytułu. Zdaje się, iż mistrz Bill Dixon stoi na kurtyną i bije gromkie brawa. W 6 minucie gitara nabiera siarczystości, dęciak popada w trans, a kornet snuje piękne, dixonowskie zakończenie. Liczenie strun gitary w ramach dźwięków ostatnich.  




David Torn/ Tim Berne/ Ches Smith  Sun Of Goldfinger (ECM Records, CD 2019)

Kontynuujemy wątek amerykański. Jeden z naszych historycznie ulubionych saksofonistów, Tim Berne, w towarzystwie swoich niemalże stałych partnerów, z których gitarzysta - David Torn (także elektronika i live-looping) - zdaje się tu być postacią najważniejszą. Formułę tria uzupełnia perkusista Ches Smith (także elektronika i tanbou). Panowie grają w trio dwa dość swobodnie improwizowane utwory (choć zapewne nie bez scenariusza), które na płycie przedzielone zostały inną, rozbudowaną kompozycją Torna. W tej części wzięli także udział: Craig Taborn na fortepianie (również elektronika), dwóch gitarzystów – Mike Baggetta i Ryan Ferreira oraz smyczkowy Scorchio Quartet. Nagrania pochodzą z lat 2015 i 2018 – łączny czas, to 69 minut bez trzech sekund.

Bogata w dźwięki i rozwiązania dramaturgiczne narracja toczy się na triowych utworach na wielu płaszczyznach, kreowana przez bardzo zmienne parametry aranżacyjne. Gitara obrośnięta elektroniką, syntetyczno-akustyczny drumming z niebanalnymi elementami percussion, wreszcie saksofon altowy, jedyny w swoim rodzaju, natychmiast rozpoznawalny, choć w warstwie dźwiękowej niczym niezaskakujący dla obeznanych w temacie. Jeśli pamiętamy flirty Berne’a z elektroniką w ramach takiej choćby formacji, jak Science Friction, nic na tej płycie nie powinno być dla nas nadmiernie obce. Muzyka toczy się bardzo plastycznie, decyzje podejmowane są kolektywnie, a cała trójka czuje się doskonale w formule improwizacji. Tu, począwszy od 5 minuty, flow opowieści gęstnieje z sekundy na sekundę, głównie z inicjatywy alcisty. Każdy z muzyków, sukcesywnie, dokłada do tej wspólnej historii własne, ciekawe wątki. Po 13 minucie masywność dźwięków każe nazwać całość niemalże free jazzowym industrialem. Warta podkreślenia jest także harsh-rockowa ekspozycja Torna (17-18 minuta).
  
Introdukcja drugiej części, tej skomponowanej, jest czyniona z niezwykłym, niemal filharmonicznym rozmachem. Instrumenty smyczkowe grają temat, reszta komentuje i sieje stylistyczny ferment. Z narracją zasadniczą mamy do czynienia po upływie 5 minuty. Jeśli trio grało na bogato, to w rozbudowanej formule mamy już prawdziwie barokowy przepych, a całej opowieści (ponad 22 minuty), z pewnością dobrze zrobiłyby nożyce cenzorskie. Szczęśliwie w drugiej części utworu, trio zasadnicze przejmuje stery i ucho bardziej wymagającego odbiorcy ma się czym nacieszyć. Świetne zmiany daje Berne, ciekawie i wysoko eksponuje się gitara, a Smith sięga po etniczny instrument perkusyjny tanbou i dolewa oliwy do ognia. Warto też skupić uwagę nad onirycznymi, półambientowymi przebieżkami gitary (16-18 minuta), a także docenić, iż każdorazowe użycie elektroniki (uwaga dotyczy całej płyty) znamionuje rozwaga i artystyczna wyrazistość.

Na finał płyty (znów ponad 20 minut) powraca formuła tria. Znacząca część tej opowieści toczy się leniwie, nieco ślamazarnie, ale niepozbawiona jest momentów godnych uwagi. Alt zaczyna brudnym brzemieniem, nie brakuje ambientu i dobrze stosowanego pogłosu. Oczywiście wciąż pomysł goni tu pomysł, czasami warto by było powściągnąć kreację, ale nagrania słucha się bardzo dobrze. Muzycy zagęszczają flow dopiero po 11 minucie. Po kolejnych kilku minutach delikatnie stopują i rozpoczynają budować nową opowieść, która sukcesywnie gęstnieje aż do osiągnięcia stanu ciekłego ołowiu, dodatkowo podszyta połamanym rytmem syntetyki. Na finał scenę opanowuje ogień emocji, a dźwięki pachną dobrym noise. Gaszenie płomienia spoczywa na barkach altu – Berne, jak zawsze, jesteś tu mistrzem!




KaMaSz - Kądziela/ Mazurkiewicz/ Szmańda  Eight rocks from grandma's box (Multikulti Project, CD 2019)

Finiszujemy w ramach dzisiejszej zbiorówki świeżynek, czas zatem na akcenty krajowe! Marek Kądziela – gitara i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – kontrabas i elektronika oraz Krzysztof Szmańda – perkusja i instrumenty perkusyjne, czyli trio KaMaSz i Osiem skał odnalezionych w skrzynce babci (dodajmy, po czteroletnim leżakowaniu). Muzycy donoszą, iż all music composed by, my zaś niezwłocznie uzupełniamy – in fully improvised way. Odsłuch całości zajmie nam 42 minuty i 14 sekund.

Pierwsza skała składa się z iskierek gitary, mocnego tembru kontrabasu i talerzowych zdobień, dozowanych z dużą swobodą i sporą dawką powietrza. Flow trzyma w rękach kontrabas, gitara udanie szuka psychodelii, a całość stanowi zaczyn do fussion jazzowej przebieżki. Narracja budowana ze smakiem, bardzo kolektywnie. Druga skała, a także – uprzedźmy przebieg wypadków – siódma skała odwołuje się do jazzowego idiomu, pachnie swingiem i śmiało nadaje się do tańca i tupania nogą. To dźwięki, które słyszeliśmy już na wielu płytach, mniej lub bardziej utytułowanych kolegów naszych muzyków. Zatem z radością przechodzimy do omówienia tych mniej przewidywalnych odcinków kamaszowych fonii. Trzecia skała zdaje się ginąć w elektroakustyce gitary i kontrabasu. Smakuje analogiem, mgławym ambientem, dobrym pomysłem gitarzysty, nie do końca podchwyconym przez partnerów.

Prawdziwe dobro na tej płycie zaczyna się od skały czwartej - gitarowe plamy zanurzone w elektronice, pojedyncze grzmoty basu, zwinne perkusjonalia.  Kądziela cudownie rozpływa się w psychodelii, a sekcja rytmiczna, niczym klasycy brytyjskiego drum’n’bass, zabiera nas w podróż bez wytyczonego punktu docelowego. Piąta skała daje wytchnienie, budowane ambientem, biciem półrytmu i kontrabasem, traktowanym smyczkiem. Mantra snuje się wokół pokrętnych myśli i dobrych intencji. Mazurkiewicz zdaje się grać na upalonym syntezatorze, co stanowi niebanalny podkład pod rockowe pasmo Kądzieli. Szósta skała wynurza się z ciszy - rezonujące misy, talerze i inne tajemnicze przedmioty. Szmańda ma swoje pięć minut i nie zmarnuje choćby sekundy.

Siódma skała została już skomentowana, czas zatem na finał płyty, który niespodziewanie jest dynamicznym, psycho-rockowym rozchodniaczkiem. Kontrabas proponuje nawet funkowe pochody, na które świetnie reaguje zadziorna i skora do rozróby gitara. Ognisty finał bardzo dobrej płyty, która wyższy status osiągnęłaby niechybnie po kasacji drugiej i siódmej skały. Wybrzmiewanie ciepłą elektroniką i suchą elektryką też zapisujemy po stronie kamaszowych aktywów.




Strętwa Dno (Plaża Zachodnia, Kaseta 2019)

Jeśli na dwóch ostatnio omówionych płytach elektronika była dodatkiem, to na tej płycie będzie ona już sercem i mózgiem narracji, nie bez wszakże kreatywnego udziału gitary, która jest przecież dzisiejszym bohaterem głównym. Strętwa sięga Dna (bynajmniej nie w wymiarze artystycznym!) w składzie: Maciej Maciągowski - syntezator modularny, Paweł Doskocz - preparowana gitara oraz Patryk Daszkiewicz - samplery i czarne myśli (!). Nagrano podczas improwizowanych sesji pewnych ciepłych dni w 2017 roku, w poznańskim Dragonie. Cztery odcinki, 28 minut z sekundami.

Pieśń otwarcia buduje robotyka gitary z prądem, tworzącej dron w towarzystwie masywnej syntetyki. O ile gitara zdaje się śpiewać, o tyle syntetyka trwa, niczym niezniszczalne od ponad 50 lat dźwięki formacji AMM. Myśli i sample, niezależnie od odcienia chwili, siedzą zaś w samym środku opowieści i dygoczą nieśpiesznie. Modular not full string trio w czerstwej powłoce Dna – gęstwiny, zarośla, ślimaki. Drugi odcinek toczy się pod dyktando małej, drobnej, meta melodycznej gitary. Subtelna narracja, okraszana perkusjonalną syntetyką w fazie skromnych preparacji. Jakby dwie dekady temu laptopowy Christian Fennesz miksowany był przez post-technoidalnego Jana Jelinka. Wieczne pętle, choć grane chyba na żywo, sprośna uroda repetycji, zgrzyty post-elektroniki. Pod koniec nagrania modularna ekspozycja delikatnie spycha gitarę na boczny tor, ale tylko delikatnie.

Syntetyka w trakcie trzeciej historii trzyma się mocno. Puste echo trwania dźwięków. Gitara rodzi się z samego wnętrza metafizycznego już Dna. Rysowanie strun za progiem, oniryzm narracji lepiącej się w kwaśny dron. Tuż obok wysokie pasma syntetyki – leksykalnie kategoria noise in progress! Wreszcie czwarta opowieść – u jej progu grzmoty syntetyki, mruczenie gitary traktowanej perkusjonalnie. Z kolejnej płaszczyzny Dna jakby rodziło się nowe pasmo post-gitarowego drona. Pokrętny beat post-post-techno w ramach komentarza. Na ostatniej prostej już tylko syntetyka, z bijącym sercem na zgliszczach żywych dźwięków. 


czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.



czwartek, 29 listopada 2018

Luis Lopes em fase de forte crescimento*)! With Julien Desprez and Big Bold Back Bone!


Rok 2018 dużymi krokami zbliża się już do swego zasłużonego końca. Nadchodzi czas podsumowań, upiornych list the best of the year i innych tego typu zawodów na cierpliwość muzyków i wydawców, czy aby na pewno, ktoś zauważył nas w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

Rok 2018 po raz kolejny udowodnia, iż muzycy improwizujący z naszej ulubionej Portugalii mają się naprawdę doskonale. Rodrigo Amado, swoim amerykańskim kwartetem, wszedł już na prawdziwy free jazzowy piedestał. Świetny rok odnotowuje Luis Vicente, o czym donosił Pan Redaktor na swoim profilu najpopularniejszego w galaktyce portalu społecznościowego (obok doskonałych płyt, także dalece spektakularna trasa koncertowa dwóch triów w naszym pięknym kraju!). Nie próżnują Goncalo Almeida (ten także na polu noise’ rocka!), Susana Santos Silva, czy Pedro Sousa i Gabriel Ferrandini. Do zacnego grona beneficjentów roku 2018 nie sposób nie zaliczyć brazylijskiego rezydenta podlizbońskiej Sintry, Yedo Gibsona. W ramach nepotycznego lansu, warto zauważyć, iż większość z w/w muzyków wydała w tym roku płyty w ramach serii wydawniczej Spontaneous Music Tribune i Multikulti Project.

Wreszcie, niewspomniany dziś jeszcze, gitarzysta z Lizbony Luis Lopes. O doskonałym nagraniu Lisbon Freedom Unit pisaliśmy na tych łamach parę tygodni temu (look here!). Rok bieżący przyniósł także inne, niemniej wyśmienite realizacje tego muzyka. Dziś nad trzema z nich dogłębnie zawiesimy nasze uszy i oczy. Jedna, co prawda ma w dacie wydania rok 2017, ale tak silnie łączy się z inną, wydaną już obecnie (ta sama sesja nagraniowa), iż śmiało uchodzić może za smakowitą świeżynkę.




Boa Tarde! Dzień Dobry!

Zaczynamy od ognistego duetu gitar elektrycznych! Lopesowi w lizbońskim studiu Namouche towarzyszy Julien Desprez, muzyk francuski, którego winniśmy kojarzyć choćby z doskonałym trio Tournesol. Efekt pracy, jaka miała miejsce w sierpniu 2016 roku, poznamy dzięki czarnemu krążkowi Boa Tarde (Shhpuma Records, 2018). Cztery swobodne improwizacje z tytułami (imiona kobiece) trwają około 43 minut.

Opowieść zaczyna się w oparach dość skromnego ambientu, generowanego przez jęki amplifikowanych strun. Płynna, trwająca narracja dwóch postawnych gitar, klimat dzwonów rurowych. Skupienie, kreatywna powolność, w tle strzępy cichego noise’u. Ta historia ślimaczo się pętli, ale sukcesywnie narasta. Trochę rockowych skojarzeń, jeśli chodzi o brzmienie obu wioseł. Późne Velvet Underground, wczesne Sonic Youth, jeśli pytacie o szczegóły. 8 minuta podkreśla ów charakter narracji – kilka rockowych, zmutowanych riffów z lewej flanki. Atmosfera zaczyna delikatnie wrzeć, a muzycy robią śmiały krok w kierunku estetyki noise. Na wybrzmieniu grzmiący, szary ambient, lekko podlany psychodelią. Urocze! Na finał pierwszej strony winyla, kilkuminutowe, na poły rockowe encore. Błyskotki z rozgrzanego pieca, świst pary, swąd industrial, plastry hałasu. Instynkt wytrawnego recenzenta podpowiada, iż najprawdopodobniej za lewą flankę odpowiada temperamentny Desprez.

Po wywróceniu krążka, trafiamy na kolejne opiłki noise’u, znów silniejsze z lewej strony. Błyskotliwe, zwinne, niebanalne pasaże dobrych dźwięków. Prawdziwy popis obu gitarzystów! Lopes łapie kontakt na meta poziomie, ale brnie w narrację nieco mniej agresywnie, bardziej nastawiony jest na budowanie struktury. Piece grzewcze buzują i idą niemal w elektro – świdry, sprzężenia, meta koniunkcje, siła halucynogenów. Innymi słowy – pełne spektrum gitarowej ornamentyki z prądem. Brawo! Ta eskalacja szczególnie wartościowa jest między 7 a 10 minutą nagrania. Potem pojawia się delikatnie sugerowany rytm, tuż spod powierzchni strun. Dwa pasma gitar płyną w sonicznej symbiozie, tak zawarte, iż trudno chwilami wskazać źródła dźwięków. No i jakże pięknie wybrzmiewają – zielony i niebieski ambient przenikają się wzajemnie. Mały świderek w ramach resume fragmentu. Ostatni odcinek tej barwnej opowieści rodzi się ponownie w klimatach godnych gitary Thurstona Moore’a. Masywne drżenie, siła amplifikacji, zgrzyt przetworników gitarowych, fuzja mocy i wyobraźni. Kosmiczna otchłań brzmienia w służbie improwizacji. Muzycy wpadają w torsje i konwulsje, pulsują, brną po kolana w lepkim noise’ie. Meta narracja, gęsta niczym sceny wyrwane z Dzikości Serca. Oj, słuchaj tego głośno! Na ostatniej prostej historia toczy się już na spalonej ziemi. Szum wieńczy płytę.




Immerge and Emerge! Zanurzanie i Wynurzanie!

Na osi czasu cofamy się o kilka miesięcy. Dokładnie do dwóch ostatnich dni listopada 2015 roku. Znów Namouche Studios, a w nim czwórka muzyków, która funkcjonuje pod nazwą własną Big Bold Back Bone: Luis Lopes – gitara elektryczna i obiekty, Travassos – elektronika, Marco Von Orelli – trąbka (także slide), Sheldon Suter – perkusja preparowana. Dwaj pierwsi reprezentują, co oczywiste, Portugalię, dwaj pozostali Szwajcarię. Rejestrują kilometry muzyki, która trafia na dwa kompaktowe krążki. Długa, jednotraktowa improwizacja Immerge wypełni płytę In Search Of The Emerging Species (Shhpuma Records, 2017), zaś siedem nieco krótszych dostaniemy dzięki wydawnictwu Emerge (Wide Ear Records, 2018). Czas trwania każdego CD, to około 43 minuty z sekundami.

By rozpocząć podróż w poszukiwaniu wynurzających się fragmentów, musimy się najpierw zanurzyć. Swobodna improwizacja (nazwana z powodów merkantylnych kompozycją) zaczyna się w oparach dźwięków, które przypominają smyczek oparty o struny kontrabasu. Ale to złudzenie, takiego instrumentu wszak nie ma w studiu nagraniowym. Obok rezonujące talerze, cykady z tuby trąbki, ledwo słyszalne ślady elektroniki, wreszcie struny gitary gotowe na wszystko, ale na razie pozostające w stanie delikatnego odrętwienia. Po kilkudziesięciu sekundach te ostatnie dają jednak o sobie znać – szorstka, suwnicowa narracja nosząca znamiona sonorystyczne. Brawo! Opowieść robi się gęsta, płynie posuwistymi krokami. Dobry, konkretny, precyzyjny drummer - dzwonki, powierzchnie płaskie i dobrze dokręcone śruby. Lopes na boku głaszcze struny. Tło skrzy się pod Travassosem. W 9 minucie gitara zwinnie repetuje, ciekawie kreując strukturę całej opowieści. Trąbka sonoryzuje, jest sucha i dociekliwa. Mała, molekularna przygoda elektroakustyczna ze zdecydowana przewagą akustyki. W 13 minucie narracja łyka kolejne porcje przestrzeni, szumi i delikatnie skwierczy. Pogłos, trzaski i dramaturgiczny rwetes. Na tak bystrym tle rodzi się drobiazgowa ekspozycja Lopesa – jakby muzyk zrywał strunę po strunie, czyniąc to wszakże z gracją baletnicy. Narracja z akcentami minimalistyki, z dalekim, bardzo plastycznym tłem elektroniki. Ta ostatnia przed 20 minutą ciekawie pulsuje, a potem stapia się z gitarowym ambientem i dźwiękami ponownie sugerującymi obecność smyczka na kontrabasie. Bardzo aktywny na początku drummer, tym razem tonie w preparacjach i bliżej mu do wyczynów Travassosa, niż Lopesa i Orelli’ego. Świetna improwizacja, w trakcie której co raz częściej gubimy źródła dźwięku! Precyzyjna dramaturgia całości, przemyślane zmiany akcji, płynne, ale nieśpieszne reakcje (czyżby akcenty predefinicji procesu improwizacji?). 26 minuta przynosi mikro hałasy wprost z gryfu gitary, zapewne także z innych, bliżej nierozpoznanych przedmiotów. Narracja zdaje się być coraz bogatsza, a nowych dźwięków wciąż przybywa. Po 30 minucie kolejna bystra gra Lopesa, choć tym razem w bardziej konwencjonalnej stylistyce. Tło zaś skwierczy, pulsuje, szuka zaczepki, stąpa po kruchym lodzie. A na finał ballady, znów moc sonicznych nieoczywistości. Budzi się perkusja, pozostałe instrumentu także aktywizują swoje poczynania (świetna ekspozycja trąbki!). Jest i wyimaginowany smyczek, teraz zapewne na gryfie gitary. Ostatnie tchnienie narracji wydaje perkusyjna stopa. Brawo!




Czas na wynurzenie! Tu, czynione w siedmiu odcinkach. Sceneria startu jest następująca – niskie drony, mała trąbka z czystym brzmieniem, szumy, stopa perkusji, spokojny, nieinwazyjny flow narracji. Wyższy dron, tuż potem, rodzi się na gryfie gitary. Dźwięki sączą się, niczym ciepła krew z jeszcze żywego trupa. Urocze, konsekwentne, masywne. Akt drugi – gitarowe, metaliczne, molekularne intro. Wsparcie idzie wprost z kabli, meta zachowania trąbki i perkusji. Milknące syczenie, dotyk werbla. Stylowa narracja in extenso. Trzeci fragment wzbudza dubowo brzmiąca gitara. Trąbka nieśmiało spogląda w kierunku historii jazzu. Szorstkie, lepkie szumy tuż pod nią. Choć drummer nie daje rytmicznej bazy, cała narracja toczy się nad wyraz dynamicznie, zapalczywie i namiętnie. W dalszej części perkusja włącza się jednak do gry i rysuje narrację, oliwi tryby maszyny. Trąbka nadal czyści przestrzeń studia. Czwarty epizod – mały industrial na dobry początek. Trąbka snuje małe drony, reszta drży, stoi w miejscu i złorzeczy. Gitara wydobywa się na front, perkusja preparuje na werblu. Ta pierwsza budzi moc psychodelii, podczas gdy tło skwierczy na przypalonych kablach. Na finał trąbka jęczy niczym kot, ale nie napotyka na zrozumienie. Co innego perkusja… Piąty akt – gitara sprzęga się sama ze sobą, trąbka szuka brudu w brzmieniu (nareszcie!), drummer kreuje dynamiczną sytuację sceniczną – dobry free improve z jazzowym drive’em. Świetny moment! Szósty – gitara brnie bardziej konwencjonalnie, sporo elektroakustyki w powietrzu, preparacje trąbki i perkusjonalii. Drobny dysonans estetyczny – zdaje się, że ciekawiej dzieje się w obszarze elektroniki, niż akustyki. Ostatni epizod startuje w poziomu werbla i talerzy. Niebanalna trąbka, trochę mantry i rockowego szlifu ze strony gitary. Pogłos zza światów. Muzycy zdają się porzucać elektroniczne inkrustacje, ale to nie jest chyba najtrafniejszy wybór. Płyta kończy się w nieco zbyt oczywisty sposób, jakby Travassos dostał przedwcześnie wolne. Na wybrzmieniu trąbka czyni jednak samo dobro.


*) port. w fazie intensywnego wzrostu