Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terrie Hessels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terrie Hessels. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2022

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler! When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf! *)


Na jednym z najciekawszych europejskich festiwali muzyki kreatywnej, austriackich Konfrontacjach w Nickelsdorfie, lądujemy dokładnie w roku 2018. Na scenie trójka muzyków - dwóch prawdziwych weteranów holenderskiej sceny improwizowanej, jeden pełnokrwisty jazzman, drugi tytan punkowej gitary, a wraz z nimi dużo od nich młodsza pianistka, ścisłe związana z tamtejszą sceną, ale pochodząca ze Słowenii, artystka, której przy odrobinie semantycznej swobody śmiało możemy przypisać miano wschodzącej gwiazdy gatunku.

Mimo różnic pokoleniowych i estetycznych muzycy znają się świetnie, grali ze sobą w przeróżnych konfiguracjach personalnych i artystycznych, ale niewykluczone, iż w takim dokładnie trio grają po raz pierwszy. Zatem złota zasada Dereka Baileya może zadziałać! A jak się okazuje po odsłuchu – zadziałała ze świetnym skutkiem! W ręce muzyków oddajemy się na niecałe 40 minut, z góry zaznaczając, iż każda z nich warta będzie naszej wzmożonej uwagi.



 

Otwarcie koncertu przypomina stąpanie gołą stopą po zroszonej deszczem łące. Spokojne klawisze piana, wysoko podwieszony tenor i przeciągane struny gitary, doposażonej w niemały prąd. Niezobowiązujące small talks wydają się być wstępem do czegoś bardziej kompulsywnego, ale na razie to jedynie przypuszczenia, albowiem dłuższe zdania urywane są na ogół w pół słowa. Pianistka od czasu do czasu zagęszcza swój flow, saksofonista śpiewa i pokrzykuje, gitarzysta szuka pierwszych zadziornych fraz. Oto post-classic spotyka Aylera podpartego post-rockiem. Co ciekawe, ośrodkiem dowodzenia w zakresie dynamiki ekspozycji zdaje się być nade wszystko Kaja. Ab i Terrie jątrzą, ale podają się jej dyktatowi. W okolicach 10 minuty Pani Kapitan zarządza krótkie, bardzo spokojne solo gitary, a po nim otwiera fazę drobnych preparacji i subtelnej wymiany zdań. Emocje i dynamika rodzą się tu jakby mimowolnie. Każdy frazuje coraz gęstszym ściegiem, każdy zdaje się wypuszczać nagromadzone w płucach powietrze. Eksplozja godna free jazzu jest w takiej sytuacji jedynie kwestią czasu. Kaja atakuje z wnętrza piana, Ab stawia na kompulsywną ekspresję, Terrie brnie w efektowne sprzężenia i bluzga krwią. Szczyt zostaje osiągnięty w mgnienia oka, po czym muzycy swobodnie lądują w oparach ciszy.

Chroboczą fortepianowe młoteczki, oddychają saksofonowe dysze, struny gitary błyszczą w księżycowej poświacie. Oto ze spokojnych, wyważonych fraz budowana jest nowa opowieść. W okolicach 20 minuty kierunek podróży wskazuje na kolejne wzniesienie. Tempo jest jednak pod pełną kontrolą muzyków, a dawki ekspresji na razie głęboko skrywane. W ustach Aba pojawia się klarnet, który z całej tej łobuzerskiej czeredy wydaje się być najmniej cierpliwy. Tymczasem piano szumi, a gitara szuka brudu pomiędzy strunami. Powrót do fortepianowych klawiszy daje tu sygnał do budowania czegoś znacznie potężniejszego. Po 25 minucie śmiało możemy skonstatować, iż artyści pną się ku górze. Narracja dostaje niemal tanecznej dynamiki, a rozkazy znów idą wprost z klawiatury. Nowy szczyt staje się udziałem wszystkich muzyków, choć wkładu dźwiękowego klarnetu nie słyszymy zbyt wyraźnie. Wraz z wybiciem 31 minuty scenę na powrót spowija gęsta cisza. Pojawia się japoński flet, który przez moment zostaje sam. W tle towarzyszą mu jedynie nanofrazy gitary. Pianistka głęboko oddycha, nie jest skora do wydawania innych dźwięków, zdaje się, że w trakcie finalizacji koncertu jej rola sprowadzi się jedynie do postawienia kropki nad „i”. Ostatnia prosta pachnie post-ethno, to znak znamionujący pytanie, na które artyści nie zdążą już znaleźć odpowiedzi.

 

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Ab Baars – saksofon tenorowy, klarnet i shakuhachi, Terrie Ex – gitara elektryczna oraz Kaja Draksler – fortepian. Nagranie koncertowe, Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, 21 lipca 2018 roku. Jedna improwizacja, 39:14.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została, całkiem niedawno, szczęśliwie opublikowana



piątek, 17 stycznia 2020

Kaja Draksler & Terrie Ex! How much they like The Swim!


Choć zostało nam jeszcze sporo płyt z roku 2019 do omówienia (myślę, że ze stosiku wydawnictw z tą datą wygrzebiemy się nie wcześniej niż w drugiej połowie lutego), czas dziś jak najbardziej odpowiedni, by zaprezentować na łamach Trybuny pierwszą płytę wydaną już z kosmiczną datą 2020! Tym bardziej, iż ma ona właśnie swoją światową premierę!

Ona jest wyjątkowo uzdolnioną, młodą, piękną pianistką, on starym, cudownym, jakże kreatywnym punkiem, który zaczynał publicznie szarpać gitarowe struny w czasach, gdy tej pierwszej nie było jeszcze na świecie. Dziś każdy z tych dwojga ma już bogaty dorobek, także w sferze muzyki swobodnie improwizowanej. Do tej pory  – pamięć recenzenta bywa zawodna – nie spotkali się chyba ze sobą na jakimkolwiek wydawnictwie. W roku 2018 z pewnością jednak natknęli się na siebie na niewielkiej scenie londyńskiego Cafe Oto i zagrali intrygujący koncert. Teraz, pod tytułem The Swim, możemy go wspólnie odczytać i odsłuchać (w formacie LP/DL dostarcza go holenderski Terp Records). Dwie improwizacje, 43 minuty, bez 6 sekund.

Panie i Panowie!

Kaja Draksler na fortepianie oraz Terrie Hessels (tu, pod swoim punkowym pseudo – Ex) na gitarze elektrycznej!




Głuche dźwięki strun fortepianu i gitary, jakby czerpane z samego dna ich pudeł rezonansowych, narracja klecona małymi frazami i spiętrzeniami elektrycznej mocy. Być może Kaja ma w ręce gumową piłkę i uderza nią w struny, tworząc efekt intrygującego percussion. Innymi słowy - przedmioty i preparowane dźwięki w spokojnym marszu swobodnej improwizacji. Pierwsze, pojedyncze frazy z klawisza czynią opowieść odrobinę bardziej dynamiczną. Dźwięczność w oparach szumu i elektroakustycznego skwierczenia. W połowie 5 minuty Terrie na chwilę zostaje sam w efektownej meta ciszy. Struny fortepianu zdają się mimowolnie szeleścić. Emocje tlą się po podłodze, powabny, oniryczny nastrój, niczym dym na rockowym koncercie, spowija stopy muzyków. W 10 minucie, kolejny łyk mikrodynamiki – zmutowane ciepłem dłoni klawisze i silnie preparowane struny gitary (ciekawe, jakimż to przedmiotem Terrie je maltretuje). Po kolejnych 150 sekundach koncert znów spowija aura mroku i wyciszenia – Kaja repetuje, Terrie liczy struny, w parze zaś łapią garść zwinnych imitacji, robiąc krok ku bardziej głośnym frazom. Dwa kroki do przodu, dwa kroki w tył – małe piano i struny, które oddychają pod mikroskopem.

Po dwudziestej minucie, nie pierwsza tego dnia, faza doskonałych preparacji na obu instrumentach. Jeśli Kaja stuka, to Terrie rwie struny, ale za moment sytuacja może ulec odwróceniu. Muzycy zdają się mieć wobec siebie mnóstwo respektu, często po krótkotrwałej eskalacji – bez zbędnej zwłoki – szukają w swoich zachowaniach znamion ciszy, każdemu dźwiękowi towarzyszy wtedy separatywna reakcja, a całość narracji budowana jest skupieniem i dbałością o elektroakustyczne niuanse. Bywa też, że niektóre wątki muzycy porzucają jakby przedwcześnie, jakby obawiali się, że za rogiem może czaić się dramaturgiczna pułapka. W połowie 28 minuty kolejna faza intensywnych preparacji, skomentowana słodko-gorzką strugą fonii z czarno-białych klawiszy. Marsz i gitarowe slajsy, czynione na sporej dynamice, wyposażone w odpowiedni ładunek mocy – to kolejna faza tego koncertu. Po 32 minucie, powrót do stonowanej repetycji i gry w pojedyncze dźwięki doprowadza set do końca i sporej porcji oklasków.

Set drugi, a raczej kilkuminutowy encore, rodzi się z preparowanych dźwięków gitary. Fortepian prosi o łyk wody, ktoś gra na grzebieniu, gitara trzeszczy w szwach – bukiet tajemniczych dźwięków o nie do końca rozpoznanym miejscu pochodzenia. Ktoś podśpiewuje pod nosem, ktoś wprawia struny piana w suchy rechot, ktoś rytmicznie czyni na gryfie gitary energetyczne przepływy. Finał stawia na akustyczne niespodzianki – klawisze repetują bukietem contemporary stuff, gitara stempluje znaczki pocztowe pędzlem post-rocka. Gaszenie światłą zdaje się być nad wyraz urokliwe.



czwartek, 17 stycznia 2019

Brom! New Monuments! Dead Neanderthals! Webster! Quam! Nazary-Ex-Stadhouders! Birchall! How the noise could smell calm!


Uwaga, przed nami siedem płyt, które mogą zabić! Intensywnością przekazu, poziomem hałasu i … jakością artystyczną!

Niektórzy muzycy młodzi i bezczelni, inni doświadczeni, ale niezmanierowani. Na ich płytach będzie głośno, niepokornie, frywolnie i anarchistycznie. A na koniec szczypta minimalistycznego slajsu na nylonowych strunach… gitary, albowiem to ona wystąpi dziś w roli głównej. Czasami nie będzie jej w ogóle na scenie, ale wtedy inne instrumenty udowadniać będą, iż potrafią hałasować nie gorzej niż zakurzone wiosło upalonego rockowca, podłączone pod linię wysokiego napięcia!

Naszą dzisiejszą podróż zaczniemy w Moskwie, potem odwiedzimy Nowy York, holenderski Nijmegen, Londyn, Paryż, Amsterdam, by na koniec powrócić do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Moc piorunujących (i zapewne szatańskich!) wrażeń przed nami!




Brom  Sunstroke (Trost Records, LP 2018)

Słowo się rzekło, zaczynamy na ostro! Wrzący tygiel muzycznych emocji, zanurzony po kolana w historii fussion jazzu i hardcore punk, wysmarowany po czubek głowy estetyką noise, zakochany w improwizacji i braku jakichkolwiek zahamowań gatunkowych (uwaga! będziemy grać także standardy!), innymi słowy – Brom! Moskiewskie studio DTH, czerwiec 2017, a nim trójka muzyków: Dmitry Lapshin na gitarze basowej, Anton Ponomarev na saksofonie altowym oraz Yaroslav Kurilo na perkusji. Formacja istnieje już wiele lat, ostatnio tworzy ją kwartet muzyków, jednakże krążek Sunstroke (siedem utworów, 47 minut bez kilku sekund) powstał w trio.

Elementy składowe tej niebywałej mieszanki, to gitara basowa i perkusja, które tworzą twardą jak skała sekcję rytmiczną - samozwańczy szwadron śmierci, a także saksofon, ostry niczym brzytwa rockowej gitary. Pierwszy z wymienionych instrumentów buduje bazę rytmiczną każdej narracji, prowadzi orszak muzykantów, dyktuje warunki, nie stroni wszakże od melodii i zwinnego, jazzowego frazowania, pełnego synkop i aranżacyjnych niuansów. Saksofon oscyluje, co prawda między krzykiem, a wrzaskiem, ale w wielu momentach razi precyzją i wyrafinowaniem godnym Johna Zorna. Brom, to przykład noise free jazz-rocka, precyzyjnego niczym klasycy amerykańskiego hardcore punk sprzed dwóch czy trzech dekad (pamiętacie Minutemen, czy Victims Family?). Narracja większości utworów przypomina konsystencją ciekły ołów, wulkaniczną lawę, która nigdy nie zastyga. Pełna jest wszakże melodyki, śpiewności i ani przez moment jarzmo tej muzyki nie ogranicza naszych zdolności percepcyjnych.

Po pieśni otwarcia, którą można nazwać prawdziwym trzęsieniem ziemi, dostajemy się w szpony klasyka Dizziego Gillespie (Tuna) i śpiewamy motyw przewodni, dotkliwie kalecząc się przy porannym goleniu. Bass stawia zasieki, maltretuje oryginał, zmienia tempo, kruszy strukturę rytmiczną, rwie do przodu na złamanie karku. Saksofon śle bogate, niemal rockowe riffy, po czym, wypełniony jazzem po sam brzeg tuby, zwinnie improwizuje. Równie dosadnie wbija nas w fotel czwarty utwór (Queue), ponad dziewięciominutowy. Znów pełni spazmów, śpiewamy melodyjny motyw, jakbyśmy spotkali rozbawionego Petera Brotzmanna w ciemnych zakamarkach berlińskiego metro, kilkadziesiąt lat temu. Stalowe riffy, deathmetalowe brzmienia i orzeźwiające synkopy! Taniec, zabawa i krew na rękach! Bez wątpienia Brom zaprowadzi nas wprost do piekła, równie skutecznie, jak dobre dragi i piękne kobiety!

Kolejna parzysta pieśń (Hematoma, znów ponad 9 minut) zabiera nas przed oblicze ciemnej strony mocy. Narracja istotnie spowalnia, smakuje niczym heavy ambient. Po paru minutach mantrycznie narasta. Dramaturgiczna finezja muzyków serwuje nam po chwili kolejne spowolnienie, szmer szczoteczek i gitarowe pasaże niczym Bill Frisell! A saksofon, po kolejnym tej nocy orgazmie, tańczy już chyba swój ostatni taniec. To jednak nie koniec emocji – na sam finał dostajemy Mingus 30’C, kolejny porażający klasyk. Swingujący noise rock! Na wejściu tylko drum’n’bass. Potem kilka nutek z saksofonu i zabójcze solo perkusji. Basówka komentuje na przesterze. Niechybnie idziemy w ostatnie tango! *)




New Monuments  New Earth  (Pleasure Of The Text Records, CD 2018)

Z Moskwy, najszybszym dżambodżetem, przenosimy się do Nowego Jorku! Ben Hall na perkusji (trap set), Don Dietrich na saksofonie tenorowym (plus elektronika) i C. Spencer Yeh na skrzypkach (także elektronika). Na krążku New Earth znajdujemy pięć improwizacji z niebanalnymi tytułami (patrz: niżej) - łącznie 65 minut i kilkadziesiąt sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu nagrania).

Trio Nowe Pomniki winniśmy znać choćby z ich poprzedniej płyty, którą wydał krajowy Bocian Records (Long Pig). Ekspresja, konstruktywny hałas, moc kompulsywnych emocji, rzec można, klasyka nowojorskiego, improwizowanego noise. Znów dźwięki twarde jak skała, zwiewne niczym obłok postnuklearny. Saksofon, który operuje na granicy percepcji naszego słuchu, pełen energii, wrzasku i zdrowego hałasu, dobrze wspomagany elektroniką, która działa tu zarówno jako wzmacniacz i dekonstruktor żywego dźwięku, jak i twórczy partner w procesie budowania brzmienia całej improwizacji. Perkusja stylowa, progresywna, z założenia prosta, podszyta punkowymi skreczami. Wreszcie skrzypce, zanurzone w elektronice i plątaninie kabli, tu w rękach doprawdy wyjątkowego muzyka, którego bywalcy tej strony winni kojarzyć z doskonałymi nagraniami Nate’a Wooleya i jego Seven Storey Mountain.

Zaczynamy wszakże od Starych Pomników. Narracja budowana tu jest poprzez, umieszczone na przeciwległych flankach, drony żywych i syntetycznych dźwięków, centralnie punktowanych niezwykle dynamiczną i w pełni żywą maszyną perkusyjną. Drony kompulsywne, acz akustycznie separatywnie (absolutnie komfortowy odsłuch!) gnają na zatracenie, mając za plecami całą historię free jazzu, a być może, epokowy Machine Gun w szczególności. Spazmy skrajnie agresywnej fonii, świetnie jednak konsumujące jazzowy temperament Dietricha i post-elektroniczną wrażliwość Yeha. Muzycy mają także odrobioną lekcję z klasyki plądrofonii (szczególnie skrzypek). W trakcie Białych Włosów, Które Krwawią Na Pomarańczowo narracja delikatnie zdejmuje nogę z gazu, a my głębiej zanurzamy uszy w elektronice. Grube warstwy dźwiękowej politury: modular noise ze strony skrzypka, saksofonista przyczajony, szuka nowych brzmień na najgrubszym z kabli. Drummer, niczym bicz wodny, konsekwentnie trzyma partnerów w szyku dramaturgicznym. Trzecią opowieść (Wesołe Kopulatory) zaczyna saksofon, który rży niczym koń z poderżniętym gardłem. Obok doom drumming i zwarcia na kablach. Rodzaj psychodelii tuż po przedawkowaniu! Zamazany obraz muzycznych kopulacji, wrzask połyskliwej elektroniki. Dietrich po przebiciu się na powierzchnię, dmie w róg, niczym Brotzmann podniesiony do ósmej potęgi.

Wymiotując Czyimś Ciałem, to z kolei przykład elektroakustycznego mariażu saksofonu i skrzypiec, toczonego w dość wysokich częstotliwościach. Orgazm Yeha ma taneczny wymiar, aż Dietrich ryczy z podziwu. Gdy obaj Panowie rozpoczynają solowe ekspozycje (doskonałe!), dostajemy się w obszar rażenia prawdziwej wojny światów! Moment, w którym kompulsywna meta akustyka góruje nad chwilowo uśpioną elektroniką. Nie mniej dosadny artystycznie jest sam finał tej niebywałej płyty – Sygnał. Mroczny, bardzo spokojny start, niczym pierwsze kadry wysokogatunkowego horroru. Z czasem pętla fonii zaciska się na naszych szyjach. Skrzypce płyną rockową, psychodeliczną lawą (brawo!), a saksofon, zatopiony w białym szumie elektroniki, intensywnie szuka drogi ucieczki. Finał płyty jest ekstatyczny i grzmi w naszych uszach jeszcze wiele minut po ustaniu ostatniego dźwięku.




Dead Neanderthals  Gestation (bandcamp, DL 2018)

Gdy życie rosło w jej wnętrzu, zastanawiała się, jak dostało się do środka (z opisu płyty Gestation/ Ciąża)

Czas na chwilę wytchnienia? Zapomnij! Nowa, sylwestrowa epka (to już tradycja!) naszych ulubionych Dead Neanderthals czeka na odczyt i odsłuch! Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja i syntezator. Osiemnastominutowy potok dźwięków na poły żywych, na poły syntetycznych. Jesienna, studyjna rejestracja.

Monotonna doom metalowa perkusja, a obok niej dwa syntezatorowe pasma fonii, płynące zwartymi strumieniami. Być może jedno z nich, to saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia, ale recenzent nie ma pewności. Jeden dron, ten niższy, drży i pohukuje, drugi, nieco wyższy, śle pozdrowienia z samego łona matki. Plotą urozmaicone opowieści, wszakże nade wszystko repetują. Oto jakby ciąg dalszy historii, która toczy się na kolejnych epkach Dead Neanderthals, udekorowanych tajemniczymi okładkami, każda z bliżej nieokreśloną częścią ludzkiego ciała. Jak na muzyczne kanony duetu, Ciąża toczy się nad wyraz spokojnie i raczej unika hałaśliwych eskalacji, być może nawet – zachowując proporcje - jest nieco chill-outowa! Pełna zadumy, smutku i transcendentalnego strachu przed życiem.

Z minuty na minutę pasma syntezatorów skrupulatnie, choć ledwo dostrzegalnie narastają. Ściana dźwięku jednak nie kruszeje. W 10 minucie narracja zostaje doładowana nowym, jeszcze niższym pasmem. Płynny epicki kolos toczy się dalej, jak zwykle w przypadku DN, z żelazną konsekwencją. W 15 minucie z trzeciej galaktyki dociera do nas heavy-harshowy krzyk wciąż żywego saksofonu, który buduje intrygującą ekspozycję. A napięcie wciąż rośnie, aż po kres 17 minuty! Nagranie kończy pulsujące, kilkudziesięciosekundowe, syntezatorowe wybrzmiewanie. **)




Colin Webster  Hiss (Raw Tonk Records, Cassette 2018)

Czy solowa płyta na saksofon altowy i barytonowy może dziś dla nas stanowić ratunek, dać chwilę niezbędnego odpoczynku? Recenzent wkłada to pytanie do przegródki – retoryczne! Soundsavers Studio, Londyn i kolejny ulubieniec redakcji, Colin Webster. Na pierwszej stronie kasety Hiss użyje altu, na drugiej zaś barytonu. Łącznie 24 minuty z sekundami (uwaga! to bardzo ważna wiadomość dla mniej tolerancyjnych akustycznie).  

Oto przed nami potok harsh electronic noise made by acoustic magic! Podmuch powietrza z tuby saksofonu zostaje poddany kompresji, a następnie czynności określanej przez muzyków i realizatorów dźwięku jako equalling. Syk szumu, oddech wampira, dron lodowatego powietrza z rozgrzanej tuby – to efekt powyższych działań. Choć charakter dźwięku, jaki słyszymy tego nie sugeruje, recenzent jest pewien, że ustnik saksofonu znajduje się w posiadaniu absolutnie żywej postaci, która wdmuchuje weń powietrze z własnych płuc. Altowy dron fonii przypomina nalot dywanowy wojny sześciodniowej. Szczęśliwie muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego.

Hiss, to po solowych płytach Alexa Reviriego i Christiane Bopp (patrz: lista the best 2018!), kolejna skrajnie nowatorska plyta, która ewidentnie pcha muzykę ku nieustannemu rozwojowi, tu pokazując przy okazji, jak niesamowitym instrumentem może być drewniany dęciak, a moc akustyki, jaką produkuje, zdewastować może bez trudu narząd słuchu każdego fana zaawansowanej noise elektroniki.

Monotonny flow narracji, będący skutkiem artystycznej konsekwencji i determinacji muzyka, na stronie barytonowej przyjmuje postać dwuelementową. Jakbyśmy słyszeli dwa, niezależne od siebie komponenty – górny, silnie szumiący i dolny, równie ekspresyjnie drżący. Są i momenty masywnych przegięć fonii. Po czasie dolna warstwa przymiera, a w naszych uszach pozostaje już czysty biały harsh szum, który zdaje się nie mieć końca. Prawdziwie dewastujące, ale i oczyszczające zjawisko przedmuchiwania wielkiej rury, prowadzącej na samo dno piekła lub na skraj tego samego nieba ***).




Farida Amadou / Timothée Quost / Tom Malmendier  QUAM! (Raw Tonk Records, CD 2018)

Czas na stuprocentowych debiutantów na łamach Trybuny! Pozostajemy przy późnojesiennych premierach Raw Tonk i co ważne - przy kilka chwil towarzyszyć nam będzie nieco spokojniejsza muzyka (oczywiście z pewnymi wyjątkami!). Trio w składzie: Farida Amadou na elektrycznym basie, Timothée Quost na trąbce (plus mikrofon i mikser) oraz Tom Malmendier na perkusji. Kwiecień 2017, Paryż i sześć dalece swobodnych improwizacji, łącznie 41 i pół minuty.

Na wejściu w proces improwizacji odnajdujemy muzyków zatopionych w akustycznej i elektrycznej sonorystyce – szmer studia nagraniowego, drżące perkusjonalia, sucha tuba trąbki, macanki na gryfie basówki czynione kobiecą ręką, rozcieranie szorstkich powierzchni płaskich. Muzycy ciekawie budują sieć dźwięków, stopniowo podnosząc poziom głośności. Bas dudni i drży, trąbka szumi niczym wielki wentylator w trakcie tropikalnego upału, perkusja czuwa i robi swoje. Zmysłowy poemat swobodnej improwizacji. Realizacja Drugiego Tytułu zajmuje muzykom dokładnie 69 sekund – gęste zwarcia, ciało w ciało, odrobina konstruktywnej agresji i przykład na to, że trąbka i bas elektryczny potrafią się zwinnie imitować. Trzeci Tytuł znów odpalony zostaje w klimatach deep sonore. Farida snuje spokojny walking, daje nawet kilka wyższych dźwięków. Obok Timothée i tłusta pajęczyna trębackich nieoczywistości (doskonałe!). Perkusista Tom opowiada swoją historię niemal w zupełnej ciszy. Cała trójka zmysłowo szeleści, czyniąc mnóstwo molekularnych interakcji. Po 10 minucie mała eskalacja, po kolejnych trzech cuda na gryfie – metal o metal. Prawdziwie epicka improdrama. Po 16 minucie nawet garść jazzowych zachowań, rodzaj powykręcanego fussion funk! Bijąca stopa i całusy trąbki, aż do 20 minuty! Brawo!

Czwarty odcinek trwa … 9 sekund, słyszymy głównie talerze. Piąty zaś mało dyskretnie przypomina nam o ogólnym charakterze dzisiejszej zbiorówki – noise power fussion! Trąbka brzmi jak gitara, może jak przepalony syntezator, a bas gotuje się w 100 stopniach Celsjusza. Potem jest i harsh noise, i elektroakustyczna pulsacja blaszaka, wreszcie charkot basu i wciąż bijąca stopa. Jakże gęsta historia! Na finał bystre uspokojenie, szukanie rozwiązań akustycznych i tajemniczo zagubionej ciszy. Dużo przestrzeni, czasu i głębokich oddechów. Finał pełen emocji i odrobiny szaleństwa ze strony trębacza.




Jason Nazary/ Terrie Ex/ Jasper Stadhouders  Live at Space is the Place (Doek Raw, DL 2018)

Amsterdam klub Space is The Place, listopad 2016. Na scenie dwaj gitarzyści z prądem – Terrie Hessels, świetnie znany nam z punkowego The Ex, oraz równie poważny gracz, bardziej wszakże na scenie free jazz/ free improv, Jasper Stadhouders (w niektórych momentach grał będzie także na gitarze basowej). Towarzyszy im na perkusji Jason Nazary. Muzycy będą dość swobodnie improwizować przez 35 minut i 32 sekundy.

Oddajemy się we władanie dwóch elektrycznych gitar, spętanych w post-rockową improwizację, wspieranych zwinnym, free jazzowym drummingiem. Będzie hałas, będą emocje, nie zabraknie wszakże chwil wyciszenia i poszukiwania, głęboko zaszytych pomiędzy strunami, pokładów niebanalnej gitarowej sonorystyki.

Od startu czujemy, że muzycy świetnie się czują ze sobą na scenie, tryskają prawdziwie koncertowym, rockowym temperamentem. W 4 minucie, po stronie Hesselsa, słyszymy połacie bardzo basowych dźwięków, ale to wciąż gitara, która szuka dna swojego brzmienia, przy okazji frazując na jazzowo. Pierwsze poważne tłumienie emocji następuje w okolicach 7 minuty, by po niedługim czasie, znów uderzyć w dzwon i bez trudu eksplodować na nowo. Gitarzyście prowadzą błyskotliwy dialog ponad gatunkowymi podziałami. Są jednocześnie agresywni i zmysłowo oniryczni. Drummer trzyma środkowe pasmo i kontroluje przebieg wydarzeń bardzo komunikatywnym bębnieniem. W 12 minucie Jasper sięga po gitarę basową, wchodzi w dynamiczny dialog z perkusją, po czym kreśli bystrą i technicznie doskonałą ekspozycję solową. Muzycy stopują po 20 minucie – duża echa i pogłosu po stronie Jaspera, rytmiczne parskania po stronie Terrie’ego. W tej improwizacji dzieje się naprawdę dużo, choćby po kolejnych pięciu minutach, świetny duet Terrie i Jason, pod który podłącza się Jasper silnie rozciągając struny i wchodząc w niełatwą dramaturgicznie imitację. Im dalej brniemy w ten koncert, tym bardziej nam się podoba. Na finał znów porcja niskich dźwięków (i to z flanki Terrie’ego!), także skuteczne poszukiwanie ostatniego dźwięku, niepozbawione nieco kokieteryjnej nieśmiałości. ****)




David Birchall  Dusk + Tongues EP (Vernacular Recordings, CD + DL 2018)

Oto dobiegliśmy do końca naszej wyjątkowo dziś dynamicznej zbiorówki. Na sam koniec prawdziwy chill-out przy akustycznych dźwiękach gitary z nylonowymi strunami! Brytyjski gitarzysta David Birchall (znamy się z wielu mniej subtelnych wcieleń) zaprasza nas do własnego domu na gitarowe, improwizowane piosenki bez słów, wykonywane samotnie o zmierzchu. A tuż potem - na deser - kilka bardziej absorbujących intelekt gitarowych opowieści - z prądem, elektroniką, a nawet szczyptą plądrofonii.

Najpierw wszakże rzeczony Dusk i siedem historyjek, łącznie 40 minut. Delikatne, czyste, nylonowe struny, spokojne, minimalistyczne akordy, czas na wybrzmienie i spore połacie ciszy pomiędzy dźwiękami. Mały pokój, chwilami otwarte okno, ciche oznaki życia na zewnątrz. Filozofia relaksu, zadumy, poszukiwania drugiego dna muzyki improwizowanej. Czynności wykonywane przez artystę wyłącznie dla siebie, jakby nieco przez przypadek udostępnione szerszemu odbiorcy. Rodzaj akustycznej terapii dla umęczonych rzeczywistością zastaną receptorów słuchu. Każda z piosenek wydaje się inną, choć wszystkie są do siebie niezwykle podobne.

Krótka płyta Tongues przenosi nas do zupełnie innego, choć również domowego świata. Gitara, przetworniki, pick-upy, mbira, moc elektroakustycznych generatorów dźwięku, zapewne także domowy laptop (pięć opowieści, łącznie 17 minut). Preparacje, kind of guitar sonore, szczypta mikroelektroniki. Opowieść tkana z małych dźwięków, mikro dewastacji, pętli i niemiarowych zniekształceń. Intrygujące puzzle post-rocka, post-improwizacji, post-elektroniki… Druga historia syci nasze uszy niebanalną plądrofonią, łamanymi półdźwiękami, w pełni syntetycznymi. Trzecia stawia na dekonstrukcję akustycznego brzmienia gitary, szmery i rezonanse. Czwarta, to gitarowy ambient, piękna miniaturka. Finałowy fragment znów szuka zadziorów i dewastuje dźwięk - sample, szmery, kind of electronic noise. Naprawdę udana wprawka, taka mała wycieczka w nieznane – David, we are waiting for more!




*) Kwartet BROM zagra niebawem trzy koncerty w Polsce – w Krakowie 11 lutego, we Wrocławiu 12 lutego, a w poznańskim Dragonie 13 lutego: https://www.facebook.com/events/367512687315254/


***) free downloading available! https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/hiss

****) free downloading available! https://doekraw.bandcamp.com/album/live-at-space-is-the-place