Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Signe Emmeluth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Signe Emmeluth. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2025

The Relative Pitch’ spring outfit: Exhaust! Hyperboreal Trio! Cimini! Sanchez!


Lato wystartowało z kopyta, czas zatem najwyższy, by sięgnąć po … wiosenne premiery jakże płodnego The Relative Pitch Records. W kwietniu i maju nowojorski label zrealizował osiem produkcji, z których do wnikliwego omówienia wybieramy cztery. Wszystkie, jak zawsze, dostępne są w poręcznym formacie dysku kompaktowego.

Najpierw na recenzencki warsztat weźmiemy dwa post-jazzowe albumy zrealizowane w składach trzyosobowych, w których wodzirejskie, saksofonowe role pełnią Panie – jedna z Argentyny, druga z Danii. Potem sięgniemy po dwa albumy solowe, bardziej eksperymentalne – tu w roli podmiotu wykonawczego znów Panie – w pierwszej kolejności Amerykanka, potem Argentynka. Duże emocje przed nami, so welcome!



 

Camila Nebbia, Kit Downes & Andrew Lisle Exhaust

Morphine Raum, Berlin 2023: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Kit Downes – fortepian oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć improwizacji, 40 minut.

To trio, konsumujące gorące nazwiska na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, gościliśmy w Polsce pod koniec marca. Album, który dociera do nas kilka tygodni później potwierdza wszelkie walory tej trójki. Swoboda działania, mistrzowski warsztat, dobra kontrola emocji, definitywnie zróżnicowane i niebanalne frazowanie. To album, którego nie sposób nie polubić, choć po prawdzie niczego wielkiego nie odkrywa.

Po swobodnym, niezobowiązującym, jakże jazzowym otwarciu, muzycy w drugiej, najdłuższej opowieści odbywają intrygującą drogę od mrocznej ballady do krwistego free jazzu. Droga powrotna wiedzie przez klasycznie brzmiący duet perkusji i piana, a jej koniec znów płynie strugą mrocznej ballady, okraszonej blaskiem rezonujących talerzy. W kolejnej odsłonie ponownie leniwy, mroczny start z Nebbią w roli głównej, która zbiera frazy z samego dna, a po nim jakże intrygujący rozbłysk, niesiony nerwowym, niepowtarzalnym drummingiem Lisle’a. Czwarta opowieść jest filigranowa, lepiona z drobiazgów, ale bodaj najpiękniejsza na całym albumie. W ostatnich dwóch opowieściach odnajdujemy sporo dynamicznych, post-jazzowych, ale i post-klasycznych fraz ubranych w zwinne, niebanalne opowieści. W tej pierwszej bywa bardzo śpiewnie i niekiedy dość łagodnie. W tej drugiej nade wszystko zadziornie, niemal free jazzowo. Improwizacja zaczyna się wprawdzie w katakumbach cool-jazzu, ale kończy na ostatnim piętrze nowojorskiego loftu.



 

Emmeluth, Håker Flaten & Filip Hyperboreal Trio

Northern Studios, Trondheim, Norwegia, maj 2023: Signe Emmeluth – saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Axel Filip – perkusja. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Kolejne trio także twardo stąpa po post-jazzowym gruncie. Zadziorna, nerwowa, ciągle gotowa do ataku saksofonistka, kontrabasista szyjący raz za razem kolejne pętle ciekawej narracji i wszędobylski perkusista, która pełni tu nie tylko rolę odpowiedzialnego za dynamikę i domykanie wątków. Wartka opowieść nie ma słabych punktów, jakkolwiek wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej wydaje się zbyt często powielać pomysły i rzadko urozmaicać środki artystycznego wyrazu.

Pierwsza improwizacja konsumuje wszelkie atrybuty, jakimi obdarzyliśmy muzyków w preambule recenzji. Połamany tembr saksofonu, zwinna perkusja i kontrabas, który rządzi i dzieli, ale nie zawłaszcza nadmiernie przestrzeni narracji. A wszystko grane na „k” - kolektywnie, kompulsywnie i koherentnie. W kolejnych opowieściach nie brakuje smaczków, niebanalnych introdukcji, niekiedy prowadzonych indywidualnie. Pod stopą kontrabasu mości się dużo swingu, a w ustach artysty pomrukiwania i drobnego gadulstwa. Muzycy rzadziej pochylają się na drobiazgami i preparują, ale jeśli już to czynią, jak w czwartej opowieści, jest więcej niż dobrze. Szósta improwizacja trwa tu trzynaście minut, ma swoją dramaturgię, ale jest przegadana, nieco przewidywalna, bez błysku kreatywności. Intryguje samo zakończenie płyty. Rodzaj walczyka, może martwego bluesa, która na etapie finalizacji szczęśliwie nabiera wigoru i udanie puentuje cały album.



 

Amy Cimini See You When I Get There

Studio A, UC San Diego, maj 2022: Amy Cimini – altówka. Pięć improwizacji, 36 minut.

Amerykańska altowiolinista zabiera nas tu w niesamowitą podróż. Jako rzecze sieć globalna, Cimini ma niemal ćwierćwiekowe doświadczenie w uprawianiu rockowej psychodelii i świetnie je wykorzystuje w trakcie niedługiego, bystrze unerwionego i bardzo emocjonalnego seta. Pełna rekomendacja!

Pierwsza piosenka trwa ponad jedenaście minut i doskonale wprowadza nas w klimat nagrania. Najpierw parada riffów, które toną po kolana w pogłosie, bo swoje robi tu dobrze sparametryzowana amplifikacja. Narracja w schemacie down and up nasączona jest kwaśnym posmakiem i udekorowana post-rockową ekspresją. Samą zaś puentą … post-barokowe śpiewy. Druga opowieść przypomina delikatne drgania tektoniczne. Smyczek ślizga się po strunach i łapie melodykę. Potem artystka szarpie za struny i szuka post-klasycznej elegancji, wreszcie ucieka w mroczne, pulsujące preparacje. Kolejna odsłona dramatu przypomina śpiewy o mglistym poranku. Post-melodyjne lamenty nabierają tu tajemniczej intensywności, a potem brudu w szprychy. W czwartej historii struny zdają się mieć więcej prądu i delikatnie skwierczą. Tu narracja nabiera intrygującego, perkusjonalnego anturażu i kona w szumie wydychanego powietrza. Ostatni utwór także niesiony jest niebanalną rytmiką. Altówka skacze jak pasikonik po zroszonej deszczem łące. Ta urokliwa, minimalistyczna ballada niesie jednak na plecach mrok i niemal egzystencjalną trwogę. Na ostatniej prostej powracają riffy, które spinają całość dramaturgiczną klamrą.



 

Paula Sanchez Pressure Sensitive

Berno, Szwajcaria, styczeń 2021: Paula Sanchez – wiolonczela, celofan, modulator pierścieniowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Zabawne, że wiolonczela i celofan brzmią po angielsku bardzo podobnie. Ta koincydencja w kontekście albumu Argentynki nie jest chyba przypadkowa. Artystka zabiera nas bowiem na półgodzinną wyprawę, w trakcie której serwuje masywną porcję preparowanych dźwięków, związanych zapewne z pocieraniem strun wiolonczeli celofanem. A na dokładkę drobny modulator. Jest naprawdę groźnie - to eskapada dla wyjątkowo wytrwałych i odpornych słuchaczy. Sam tytuł albumu mówi wszak bardzo wiele.

Intensywny szmer z głębokiej krypty, to pierwsze fonie, jakie docierają do naszych uszu. To dron brudu, kurzu i mechanicznego cierpienia. Smyczek, zapewne do pary z syntetyczną materią, zrywają ze strun wszystkie żywe warstwy – do gołej skóry, rzekłby niewprawiony chirurg. O tych jakże sound-artowych akcjach Pauli powiedzieć, że to preparacje, to jakby nic nie powiedzieć. Może odnieść wrażenie, że każdy dźwięk ma tu kolor krwi. W trzeciej odsłonie to już chyba tylko zgrzyt i pisk. W czwartej opowieści przez moment docierają do nas strzępy żywych, by nie rzec prawdziwych dźwięków wiolonczeli. A może to jedynie efekt zmęczenia receptorów słuchu. Efekt fonicznej grozy buduje także coraz bardziej mroczne echo. W piątej części wydaje się, że artystka przeniosła się do większej przestrzeni. Ale definitywnie industrialne cierpienie trwa bez ustanku. Ostatnia akcja zdaje się wyjątkowo dłużyć. Być może ten bardzo przecież krótki album powinien nieść w sobie choćby źdźbło ratunku. Jakiś dźwięk, który daje nadzieję.

 

 

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku.