Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meinrad Kneer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meinrad Kneer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

piątek, 17 stycznia 2025

The Evil Rabbit and two-year output: Temporal Driftness! Synomilies! Monk on Viola! Live at Pariser Platz!


Charakterystyczne ciemno-brązowe, kartonowe opakowania, owalny otwór, w którym odczytujemy tytuł wykonawczy i nazwę albumu, na rozkładówce insert z albumowym credits i grafiką (tę upubliczniamy poniżej) oraz krążek CD z numerem katalogowym, wreszcie na back coverze powtórzone nazwiska muzyków i tenże numer z charakterystycznym królikiem, Złym Królikiem.

Tak, definitywnie kojarzymy albumy holenderskiego labelu Evil Rabbit, prowadzonego przez niemieckiego kontrabasistę Meinrada Kneera! Jak dotąd świat ujrzał 38 woluminów, ostatnio dostarczanych na ogół w cyklu dwa tytuły na rok. Dziś zaglądamy na fonograficzny efekt działań labelu z lat 2023 i 2024, czyli cztery płyty z jak zawsze wyśmienitą muzyką improwizowaną. Odczytujemy je w odwrotnej kolejności, zatem zaczynamy od tej najnowszej, z numerem katalogowym 38. Welcome!



 

Floridis/ Bauer/ Hertenstein Temporal Driftness

Zentrifuge, Berlin, luty 2023: Floros Floridis – klarnet, klarnet basowy i saksofon altowy, Matthias Bauer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedenaście utworów, 46 minut.

Temporal Driftness, to swobodna, kolektywna improwizacja trzech znamienitych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, zakorzeniona równie silnie w post-jazzie, jak i współczesnej kameralistyce. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście zwartych, pięknie udramatyzowanych opowieści, trwających od dwóch do siedmiu minut, najczęściej trzy-czterominutowych. Uznanie ich za mistrzów krótkiej formy wydaje się zatem oczywistością. A mistrzami są nie tylko w tej dziedzinie.

Muzycy wchodzą w nagranie twardą, post-jazzową stopą - rozśpiewanym klarnetem basowym, gęstym, kontrabasowym pizzicato i trzymającym dynamikę, precyzyjnym drummingiem. Począwszy od drugiej odsłony w rękach kontrabasisty pojawia się smyczek, który niejako definiuje dalsze plany artystów. Kameralny tembr nie stanowi tu jednak jakiejkolwiek przeszkody w budowaniu gęstych i trzymających tempo improwizacji. Oczywiście muzycy chętnie też płyną w wolnych, wręcz leniwych rejestrach, sączą tłuste, na poły martwe bluesy (w trzeciej opowieści), czy mroczne post-ballady (w ósmej), tudzież śpiewają nostalgiczne pieśni zdeformowanego post-baroku, unerwione strzępami jazzu (w piątej). Tuż przedtem, w odsłonie czwartej łapią bakcyla tańca, popadają w jego objęcia, jakby nic innego nie zamierzali już robić w życiu. W szóstej części zdają się być zabawnie rozkołysani i skorzy do figli - stają na palcach i znoszą się pod nieboskłon. W części siódmej, po minimalistycznej introdukcji kontrabasu, po raz pierwszy na czoło pochodu foruje się lekki klarnet, z którym bezceremonialnie zrasta się strumień smyczkowej melodii, współtworząc arię wygłodzonych kojotów na prerii. Opowieść dziewiąta (jedna z dwóch siedmiominutówek) dorzuca do palety najpiękniejszych kolorów świata także barwy preparacji, efektowne strumienie matowych dźwięków. Intrygujące interludium w samym środku utworu wypełnia krótkie solo perkusji, a potem muzycy wyruszają w podróż na sporej dynamice. Końcowe dwie improwizacje bazują na nostalgicznie rozśpiewanym smyczku, rezonujących talerzach i świszczącej tubie saksofonu altowego. Ten ostatni dociera tu na sam koniec, ale ma dość czasu, by także pozostawić po sobie oszałamiające wrażenie.



 

Van Huffel/ Kneer/ Dimitriadis Synomilies

Berlinaudio, Berlin, styczeń 2022: Peter van Huffel – saksofon altowy i barytonowy, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Yorgos Dimitriadis – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 50 minut.

Przed nami trio w podobnym zestawie instrumentalnym, znów spore porcje kameralnych konotacji (za sterami kontrabasu kolejny doskonały muzyk zza naszej zachodniej granicy!), ale też znacząca kontrybucja swobodnego jazzu, który incydentalnie śmiało sięga po atrybuty free. Osiem opowieści trwa tu niewiele ponad trzy kwadranse, zatem domniemanie, iż ta trójka muzyków także świetnie panuje nad formą bliskie jest pewności.

Początek tej historii jest dalece kameralny – rezonujące talerze, mroczny dron barytonu i post-perkusjonalne akcje smyczka na gryfie kontrabasu. Kolejna ekspozycja stawia na dynamikę, budowaną zarówno soczystymi frazami saksofonu, jak i temperamentnym, rozzuchwalonym smyczkiem i koherentnym, niemasywnym drummingiem. Trzecia odsłona zdaje się być kolejnym krokiem tu estetyce free, a zasadza się na duecie dęciaka i perkusji, który utwór otwiera i kończy, w tak zwanym międzyczasie pozostawiając dużo przestrzeni dla popisów smyczkowych. Czwórka wydaje się tu być repryzą jedynki, z kolei piątka śmiało stawia znak równości pomiędzy tym, co do tej pory, a zapowiadanym, ognistym free jazzem. Świetne chwile odnotowuje tu krwisty baryton. Szósta opowieść, to lekka niczym pawie pióro miniaturka, szyta wysoko, z ujmująco taneczną rytmiką. Ostatnie dwie improwizacje chętniej sięgają po rozwiązania kameralne. Nie brakuje efektownych partii preparowanych, szczególnie perkusisty i kontrabasisty, krótkich wdechów i długich wydechów saksofonisty, ale też bardziej dynamicznych interwałów, stanów emocjonalnego rozdygotania. Końcowa narracja w fazie początkowej zdaje się być pożegnalną meta balladą, nasyconą smutkiem smyczka i trwogą barytonu. Znów wszakże w umysłach artystów kiełkuje rytm, który wpycha puentę albumu w jazzowe rozkołysane, a potem zaprasza na żmudną wspinaczkę na finałowe wzniesienie. Także tu, niemal u kresu podróży, garść akcji kontrabasisty znamionuje prawdziwe mistrzostwo kreacji.




George Dumitriu Monk on Viola

Bimhuis, Amsterdam, czerwiec 2022: George Dumitriu – viola. Dziewięć utworów, 44 minuty.

Tytuł nie jest tu jakąkolwiek metaforą. To album, na którym altówka całkiem swobodnie … improwizuje mając za punkt wyjścia kompozycje słynnego pianisty. Nie są to jakieś trzymane w szufladkach, nikomu nieznane rarytasy, ale same theloniousowe hity! Oczywiście muzyka Monka jest dla Dumitriu pretekstem, punktem dramaturgicznego zaczepienia, a znanych i lubianych melodii mistrza trzeba tu szukać nadstawiając dodatkową parę uszu. Nagranie wszakże jest wyśmienite, zawiera brzmienia od soczystego post-baroku do preparowanych eksperymentów i cieszy każdą sekundą swojego trwania.

Na początek niepowtarzalny Evidence! To rytmiczna kołysanka podana szorstkim tembrem, zmyślnie przepoczwarzona w post-barokową balladę. Po niej kolejny nieśmiertelnik Round Midnight – od suchych preparacji po zgrzebną, połamaną melodykę. W kolejnych utworach altowiolinista dostarcza zgrabne post-barokowe riffy uformowane w marszowym szyku, minimalistyczne frazy nasączone echem muzyki dawnej i śpiewne, post-folkowe podrygi, które zdają się być jedynie pretekstem do klecenia bolesnych, umierających fraz. Dezynwoltura estetyczna i stylistyczna dopada nas na każdym kroku i tylko wzmaga poziom zadowolenia z odsłuchu Monk on Viola. Altówka nieustannie łapie tu bakcyla melodii, ale kreatywność wykonawcy sprawia, iż zawsze znajdzie się pretekst do zduszenia brzmienia, złamania rytmu, rozebrania strumienia dźwiękowego na pojedyncze elementy, czy wywrócenia pozornej melodyki do góry nogami. Kolejny evergreen Trinkle Tinkle, grany w wysokim rejestrze z post-klasycznym sznytem, zdaje się pętlić melodię w nieskończoność i szukać ukojenia w pokrętnej, post-monkowskiej dynamice. Album wieńczy pożegnalna pieśń wytargana z samego dna głębokiej krypty. Smutne rozkołysanie, nerwowe szarpanie za struny, gorzki smak czasu, który już nie powróci.

 


Aoa Impro Group Live at Pariser Platz

Der Künste Akademie, Pariser Platz, Berlin: październik 2020: Almut Kühne – głos, Elena Kakaliagou – rożek francuski, Antonio Borghini – kontrabas, Dag Magnus Narvesen – perkusja oraz Floros Floridis – saksofon sopranowy, klarnet basowy. Cztery utwory, 38 minut.

Przed nami międzynarodowy kwintet, która stara się żenić ze sobą tak wiele pod względem estetycznym i stylistycznym, iż w trackie niedługiej ekspozycji zdarzają mu się momenty dramaturgicznego zawahania. Dodatkowo sama rejestracja sprawia niekiedy wrażenie, jakby dźwięki ze sceny chwytane były jednym mikrofonem posadowionym w pewnym oddaleniu od piątki wyjątkowych artystów. Ten album, mimo drobnych ambiwalencji, także zasługuje na miano wyjątkowego. Decyduje o tym choćby wokalistka o tysiącu twarzy, którą znamy z … doskonałego koncertu w Dragonie w towarzystwie zupełnie innych muzyków. Reasumując, cieszymy się tym, co mamy i czekamy na tak zwany ciąg dalszy.

Koncert składa się z ponad dwudziestominutowej części głównej oraz trzech kilkuminutowych, bardziej zwartych dramaturgicznie opowieści. Początek szyty jest niemal klasycznym ściegiem – wysoko posadowionym saksofonem sopranowym i kontrapunktującym go rożkiem. Reszta wchodzi do gry trzymając emocje pod pełną kontrolą. Kameralny songbook z gracją przepoczwarza się tu w rozbudowane, fantazyjne improwizacje, stylowo zagęszczane, a potem gaszone w mrocznych szuwarach. Puentą utworu jest powolny blues posadowiony na intrygująco rozchwianej harmonii. Drugą historię najpierw buduje dysonans nerwowego chamber i łagodnego śpiewu wokalistki, a potem roztańczone pizzicato kontrabasu, który inspiruje kwintet – tu z klarnetem basowym - do efektownego lotu wznoszącego. Kolejna odsłona albumu bazuje na frazach drżących i skowyczących, zdobionych krzykiem wokalistki, dętymi post-melodiami i emocjami nisko posadowionego smyczka. Finałowa część startuje z pozycji wystudzonej kameralistyki, a na etapie rozwinięcia zyskuje zaskakująco silny posmak jazzu, nie bez swingu i synkopy. Ekspresyjna narracja gaśnie na rozmarzonym smyczku, w oparach zalotnej wokalizy.

 

 

piątek, 17 maja 2024

The May’ Round-up: Massaria! Builder! Canaries On The Pole! Slight Deform! Bertheau! Surreal Voyagers! Larrard & Bec! Yaremchuk & Bursov!


Zbiorówka świeżych recenzji równie świeżych albumów z muzyką improwizowaną gotowa do czytania!

Chciałoby się krzyknąć: nareszcie! Nasza ulubiona forma komunikacji z Czytelnikami jakoś w tym roku szwankuje. Jedna zbiorówka łączyła aż dwa miesiące, druga był krótka i wyłącznie skandynawska, a w kwietniu po prostu zabrakło dla niej miejsca! Ale teraz jest! Gorąca, fascynująca, nasycona mnóstwem intrygujących dźwięków!

Przed nami osiem albumów z Niemiec (aż trzy!), Danii, Katalonii, Polski, Francji i pewnego kraju, którego flagi nie wolno pokazywać. A w ujęciu gatunkowym - improwizowany fussion free jazz, kompozycja na depresyjne organy, saksofon altowy i trio smyczkowe, pokaźny pakiet swobodnych improwizacji, która lubią dźwięki preparowane, gęsta smuga dark ambientu, a na koniec dużo jazzu, zarówno skomponowanego, jak i swobodnie improwizowanego. Innym słowy – dla każdego coś miłego!

Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Massaria/ Kneer/ Hertenstein The Absence Of Zero (Setola di Maiale, CD 2023)

Berlinaudio, Berlin, listopad 2021: Andrea Massaria – gitara, efekty, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 45 minut.

Zaczynamy z wysokiego „C”! Oto wielowymiarowe, ponadgatunkowe trio, które łączy równie subtelną, jak i post-psychodeliczną gitarę, żyjącą wedle reguł godnych spuścizny Alana Holdswortha, kontrabas, który balansuje od poziomu masywnego groove po kompulsywny post-barok i perkusję, która smakuje zarówno free jazzem, jak i fussion rockiem. Swoboda dramaturgii, dynamika interakcji, zdrowe emocje soczystych improwizacji, to podstawowe atrybuty Nieobecności Zera.

Pierwsza opowieść doskonale wprowadza nas w klimat opowieści – minimalistyczna gitara na pogłosie, wszędobylski bas i gęsty ścieg perkusji kroją zgrabną, fussion jazzową narrację. Zaraz potem dostajemy się w wir preparowanych fonii, łamanych rytmów i nade wszystko mocy kontrabasowego smyczka, który zaczyna rządzić i dzielić na scenie. Każdy z artystów stawia tu indywidualny stempel jakości, choć konstytucją tria jest zdecydowanie praca kolektywna. Pick-up’owe szmery i błysk talerzy budują z kolei aurę otwarcia trzeciej improwizacji. Ambientowy strumień fonii zostaje tu zgrabnie skontrapunktowany smyczkową pulsacją. Opowieść kreuje urokliwy suspens i zostaje równie udanie podsumowana akcjami perkusisty. Na początku czwartej części każdy instrument staje się perkusjonalnym narzędziem zbrodni. Na etapie rozwinięcia gitara pulsuje, choć jest nad wyraz delikatna, czym buduje niebanalny dysonans w kontekście nerwowych akcji basu i perkusji. Ostatnia odsłona, to rodzaj albumowego résumé. Na starcie małe perkusjonalia i kontrabasowe pizzicato & arco formują się w duet. Gitarowe frazy, zanurzone w głębokim pogłosie, wydobywają się na powierzchnię dopiero po kilku minutach. Na etapie rozwinięcia kontrabasowy smyczek szyje już prawdziwe cuda emocjonalnego post-baroku, podpierając się dobrym drummingiem i zastygłą w didaskaliach gitarą.



 

Calum Builder Renewal Manifestation (Dacapo Records, CD/LP 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Calum Builder – saksofon altowy, kompozycja, Svend Hvidtfelt Nielsen – organy oraz CRUSH String Collective: Maria Jagd – skrzypce, Pauline Hogstrand – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela. Cztery utwory, 35 minut.

Builder, australijski rezydent Kopenhagi, to artysta o wielu twarzach, a każde jego wydawnictwo wnosi do tego wizerunku nowe wątki. Tym razem saksofonista konfrontuje masywnie brzmiące organy z triem smyczkowym, sobie pozostawiając rolę dętego komentatora wydarzeń na scenie. Efektem jest mroczna, dronowa improwizacja ścisłe … trzymająca się ram kompozytorskich zamysłów Caluma.

Pierwsze dwa utwory, to rozbudowane, kilkunastominutowe ekspozycje, dwa kolejne, to krótkie dopowiedzenia, rodzaj podsumowujących encore. Początek albumu wydaje się być dość spokojny, choć podszyty nerwowym szemraniem instrumentów. Organy dość szybko stawiają tu wielopłaszczyznowy dron, wokół którego snują się strunowe frazy i altowe westchnienia. Z czasem organy schodzą w niższe partie, dzięki czemu cała ekspozycja gęstnieje. Na kolejnym etapie organy zaczynają szukać rytmu, stają się lżejsze, dając asumpt do krótkich, niekiedy wręcz tanecznych zagrywek strings i saksofonu. Otwarcie drugiej opowieści, to już organowy nalot dywanowy. Pełne spektrum akcji pozostaje tu w jurysdykcji organisty. Ów ambient szaleńca sprawia, iż pozostałe instrumenty konają w alkowie. Gdy organy schodzą w niższe rejestry powstaje przestrzeń dla rozśpiewanych akcji strunowców i saksofonu. Za czasem ten ostatni zaczyna parskać, a te pierwsze nerwowo riffować. Pod koniec opowieść lepi się w efektowne crescendo, po czym zgrabnie dogorywa w chmurze nerwowych akcji zaczepnych wszystkich uczestników spektaklu. Trzecia opowieść zostaje oddana w ręce instrumentów strunowych, z kolei ostatnia zdaje się być post-melodyjną, niemal sakralną adoracją. Organy znów wiodą tu prym, strings pozostają na dalszym planie, a saksofon nuci strwożone frazy.



 

Canaries On The Pole It Isn't Really What It's Like (Acheulian Handaxe, CD 2023)

LOFT, Kolonia, wrzesień 2022: Georg Wissel – saksofon altowy, klarnet, Jacques Foschia – klarnet, klarnet basowy, shakuhachi, Mike Goyvaerts – instrumenty perkusyjne oraz Christoph Irmer – skrzypce. Cztery improwizacje, 55 minut.

Kanarki na biegunie, to dalece swobodna improwizacja na cztery akustyczne ośrodki dźwiękowe. Ta niemiecko-belgijska kooperacja ma już za sobą kilka odsłon. Jak zwykle nęci wielobarwnymi, niekiedy sprytnie preparowanymi frazami, cieszy poziomem wzajemnych interakcji, czasami wszakże dręczy brakiem umiaru w ferowaniu akustycznych podwojów. Z pewnością druga improwizacja mogłaby trwać kilka minut krócej.

Album wydaje się być najciekawszy w pierwszej i czwartej odsłonie. Improwizacja jest wtedy wielowątkowa, nie brakuje w niej dynamicznych, ekspresyjnych spiętrzeń, muzycy dobrze czują się także w mrocznych i spowolnionych momentach. Takie free chamber potrafi kąsać urodą, bywa efektownie wyrywne i gibkie, nie stroni też od sytuacji bardziej humorystycznych. Pod względem dramaturgicznym dużo jakości wnosi tu klarnet basowy, z kolei saksofon altowy chętnie staje się zaczynem drobnych pożarów, czy też wchodzi w dialog ze skrzypcami. W drugiej, zdecydowanie nazbyt rozbudowanej części, podobać się mogą fazy preparacji, tudzież budowanie improwizacji metodą call & responce. Ciekawa zdaje się być także melodyjna faza dalekowschodnich zaśpiewów, tak dętych, jak i skrzypcowych oraz finałowa kulminacja, oparta głównie na barkach klarnetu basowego. W trzeciej odsłonie muzycy prowadza ciche, wytłumione gry na małe pola, nie stronią od fraz preparowanych, a ekspresyjne wolty stanowią tu zjawiska incydentalne. Finałowa improwizacja rodzi się z dramaturgicznego zaniechania, lepiona jest niemal z pojedynczych fraz. Z czasem zyskuje pewną dynamikę i poziom interakcji znamionujący pracę mistrzów gatunku.



 

Slight Deform Still life #2 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

El Pumarejo, L'Hospitalet de Llobregat, listopad, 2023: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – piano elektryczne. Trzy improwizacje, 38 minut.

Kataloński duet powraca do nas regularnie. Still life #2, to wbrew nazwie ich trzecie ujawnienie wydawnicze. Dwa pierwsze bazowały, obok gitary elektrycznej, na brzmieniu fortepianu, tym razem Lai zasiadła za klawiaturą piana elektrycznego. Taka sytuacja zmieniła wiele w tembrze duetu, ale nie zmieniła rzeczy fundamentalnej – to doprawdy wciąż zjawiskowa struga dźwięków.

Pierwsze dwie improwizacje trwają tu przynajmniej po piętnaście minut, trzecia ledwie przekracza pięć. Początek zdaje się być specjalnością barcelońskiego zakładu – doskonale nam znana sekwencja fake sounds, czyli parada dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Clara brzmi tu dość syntetycznie, z kolei Ferran skupia się na budowaniu matowo brzmiącego ambientu. Z czasem piano nabiera posmaku post-hammondowskiego, gitara zaś plecie minimalistyczne flażolety, kolejną specjalność zakładu. Druga improwizacja w znaczącej części płynie w chmurze oniryzmu. Piano pulsuje basowo, gitara łapie dubową poświatę, przy czym oba instrumenty frazują wręcz imitacyjnie. Ów piękny moment nabiera dodatkowych barw, gdy narracja niespodziewanie eskaluje. Powrót do jaskini ciemności i mroku jest przez to jeszcze bardziej efektowny. Zakończenie tej odsłony albumu formuje się w płaskie drony, które niespodziewanie nabierają wysokości i melodii. Ostatnia część albumu wydaje się być najbardziej żywym, na poły dynamicznym epizodem. Piano pulsuje tu w niskich rejestrach, z kolei gitara szuka mocy w pogłosie, przy okazji łypiąc do nas niemal post-bluesowym okiem.

 


Bertheau/ Chmiel/ Monchocé Darkness Within (Scatter Archive, DL 2024)

Taborkirche, Kreuzberg, Berlin, listopad 2023: Romain C Bertheau - pipe organ, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé - flety, saksofon altowy. Jedna improwizacja, 33 minuty.

Z tym międzynarodowym triem zetknęliśmy się całkiem niedawno przy okazji kompaktowego dysku dostarczonego przez Antenna Non Grata. Dziś trio, stanowiące jakże kreatywne połączenie organów, wielobarwnego strumienia elektrokaustyki i instrumentów dętych, zabiera nas na niedługi spektakl do berlińskiego Kreuzbergu. To kolejna mroczna, niekiedy silnie dronowa ekspozycja, znów nasączona po brzegi jakością.

Nim muzycy wydadzą tu pierwszy dźwięk sycić możemy się ciszą oczekiwania, szmerami i oddechami publiczności. Na początek organy ledwie stemplują półdźwiękami martwą przestrzeń koncertu, w tle drżą obiekty, szumią dęte frazy głęboko zanurzone w pogłosie. Mroczne misterium wyczekiwania generuje napięcie godne deathmetalowej introdukcji. Gdy w końcu improwizacja uformuje się w linearny strumień narracji, nastrój staje się wręcz demoniczny. Organowy dron, rozhisteryzowane flety i perkusjonalne inkrustacje, skąpane w elektronicznej pożodze, systematycznie wznoszą się ku górze, po czym napotykają chmarę hałaśliwego ptactwa. Po wytłumieniu narracja osiąga stan nerwowej medytacji. Długiemu pasmu organowego smutku towarzyszą teraz głównie tajemnicze szmery i szelesty. W międzyczasie pada tu deszcz, biją dzwony kościelne, pracuje młot pneumatyczny. Z tego urokliwego chaosu formuje się jakże efektowne crescendo, nasycone dźwiękami niewiadomego pochodzenia. Całość osiąga punkt kulminacyjny w okolicach 30 minuty, po czym zapada w śmiertelny letarg zakończenia.



 

Surreal Voyagers Seeking Mother (Antenna Non Grata, CD 2024)

Musica Polonica Nova Festival 2022, Galeria Dźwięku, Wrocław: Aleksander Wnuk – instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Michał Lazar – gitara elektryczna, elektronika. Trzy utwory, 45 minut.

Czas na gęste, smoliste strumienie dark ambientu! Wydanie krajowe, bardziej niż udane, bystrze wpisujące się w sam rdzeń nurtu, który jednocześnie budzi grozę i koi zszargane nerwy.

Pierwszy utwór stanowi tu więcej niż połowę całej płyty i zdaje się być kluczowy nie tylko z tego punktu widzenia. Introdukcja płynie do nas z ciszy i jest dość delikatna, ale od pierwszej sekundy definitywnie mroczna, by nie rzec czarna w swojej ambientowości. Flow nabiera masy i bogatej faktury niemal w mgnieniu oka. W fazie rozwoju dzieje się tu naprawdę wiele, a niemal każda pętla przynosi nowe pasma smolistych dźwięków i kolejne pokłady demonicznego nastroju. Z czasem w potoku zdarzeń coraz wyraźniejsze są frazy gitarowe, jakby wytrącane z gęstego strumienia ambientu. W końcowej fazie utworu trudno nie dosłyszeć wyrazistych plam syntetyki i niemal dubowej poświaty klejącej się do gitary. Druga odsłona wita nas porcją wyżej posadowionego i czystszego w brzmieniu ambientu. W tumulcie zdarzeń zdaje się, że słyszymy coś na kształt sakralnych zaśpiewów. Nie brakuje też niskich, basowych pasm i metalicznego rezonansu. Narracja wszakże wydaje się tym razem być bardziej zbita, odrobinę matowa, a w swej fazie końcowej doposażona w odrobinę melodyki. Finałowa ekspozycja trwa siedem minut i płynie nade wszystko z gitarowego gryfu. Wysokie, czyste frazy lepią się tu do bardziej mrocznych, ale jakby szczyptę relaksacyjnych dźwięków. Ów nieco wampiryczny ambient z czasem staje w miejscu, a potem spokojnie zasypia.



 

François de Larrard & Mathieu Bec Poecordes/ Floating (Bandcamp’s self-released, DL 2024)

Brontosaure, Bron, Francja, styczeń: François de Larrard – fortepian oraz Mathieu Bec – perkusja. Piętnaście kompozycji, 67 minut.

Tym razem oddajemy się w szpony jazzu, niekiedy nawet main-streamowego, przynajmniej z punktu widzenia pianisty, który co do zasady nie opuszcza rejonów klawiatury. W tej odrobinę przewidywalnej i z pewnością zbyt długiej opowieści naszą uwagę nade wszystko przykuwa drummer, którego dobrze znamy z innych, definitywnie bardziej swobodnych wypowiedzi muzycznych.

Ponadgodzinna opowieść podzielona jest na piętnaście części. Początek wyznacza tu jazzowy marsz budowany minimalistyczną melodią i zdrową, drummerską synkopą szyjącą na poły taneczny rytm. W kolejnych równie zwartych i nieprzegadanych opowieściach wrażenia recenzenta falują niczym wzburzony ocean. Od post-romantycznych ballad, tudzież post-bluesowych interludiów i swingujących miniatur, które generują potrzebę ciągłego spoglądania na zegarek, po akcje bardziej urozmaicone, szyte mniej banalnymi środkami wyrazu. W ramach tych ostatnich z pewnością warto zwrócić uwagę na opowieść czwartą, z dobrze zbudowanym suspensem, pełną brzmieniowych niuansów i urokliwie kanciastych form. Podobnymi walorami charakteryzuje się dziewiąty utwór, gdy muzycy emanują dobrze rozumianą agresją i pracują na ciekawej, połamanej rytmice. Opowieść jedenasta bazuje na post-klasyce, która topi się w bardziej mrocznych, molowych klimatach. Muzycy szczególnie dobrze reagują na siebie w utworze trzynastym, z kolei w czternastym bazując na bystrym tempie szyją nam taneczną, efektownie rozhuśtaną ekspozycję.



 

Yuriy Yaremchuk & Ivan Bursov Six States Of Four Wooden (Extra Notes Records, CD 2024)

GITIS Recording Studio, listopad 2023: Yuriy Yaremchuk – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Ivan Bursov – saksofon tenorowy, klarnet. Sześć utworów, 70 minut.

Sześć stanów czterech drewniaków – jakże precyzyjny, zasadny tytuł albumu! Dwa saksofony i dwa klarnety w rękach dwóch muzyków pozostających w permanentnym, improwizowanym dialogu w estetyce swobodnego jazzu i niebanalnej kameralistyki. Na ogół w brzmieniach czystych, a jeśli już preparowanych, to czynionych z klasą i umiarem w zakresie stosowania tzw. technik rozszerzonych. W sumie album, że palce lizać, poza drobną uwagą krytyczną, jak zawsze rodzącą się w głowie recenzenta, gdy płyta jest zdecydowanie dłuższa niż nasze ulubione trzy kwadranse.

Pierwsza, kilkunastominutowa improwizacja mówi wszystko o zawartości albumu. To opowieść pełna swobodnego jazzu realizowanego w ciekawej dynamice, w momentach spowolnienia sięgająca po atrybuty kameralne. Techniczna sprawność wykonawcza, niekiedy hacząca o wirtuozerię, zaawansowany zmysł dramaturgiczny, ponadgatunkowa wyobraźnia, całkiem niewymuszona melodyjność i bardzo szeroka paleta barw, to podstawowe przywary muzyków i ich instrumentarium. Artyści mogą tu pozwolić sobie niemal na wszystko, ale zupełnie naturalna w ich wypadku samodyscyplina zdaje się budować dodatkową jakość. W drugiej opowieści odnajdujemy sporo mrocznych klimatów i momentów posadowionych blisko ciszy, w trzeciej z kolei na pierwszy plan sforują się niemal free jazzowe galopady. W kolejnych częściach napotykamy na błyskotliwe dialogi w formule call & responce, wyjątkowo zjawiskowe drony realizowane na nisko ugiętych kolanach (klarnet basowy i saksofon tenorowy!), zreasumowane melodyjną kołysanką, wreszcie w improwizacji końcowej soczyste garście kameralnych subtelności, niepozbawionych wszakże brawurowych zakrętów i fraz odrobinę bardziej zadziornych.

 

 

piątek, 8 grudnia 2023

Puna & Der Zweite Streich! Two shots from Meinrad Kneer!


Sięgamy dziś po dwie niemieckie płyty, które łączy osoba kontrabasisty Meinrada Kneera. W trio napotykamy na soczystą, swobodnie improwizowaną narrację, z kolei w kwintecie – podpisanym przez wyżej wymienionego – natrafiamy na wyrafinowany jazz, który lubi ponadgatunkowe inspiracje, świetnie radzi sobie w improwizacjach, ale punktem wyjścia jest tu zawsze zgrabnie skonstruowana kompozycja.

Oba nagrania powstały w tym samym studiu nagraniowym w Berlinie, tego samego roku. Muzyka zawarta na obu krążkach zdaje się po części pokazywać przeciwlegle krańce zainteresowań kontrabasisty. Nade wszystko prezentuje nam jednak doskonałego artystkę, który świetnie funkcjonuje w każdych okolicznościach stylistycznych i gatunkowych.



 

Puna

Gitarzysta Olaf Rupp i perkusista Rudi Fischerlehner grywają razem w duecie Xenofox (szukajcie recenzji na tych łamach!). Teraz do swych ognistych, niekiedy post-psychodelicznych narracji dołączyli Meinrada Kneera, który zdaje się być zarówno free jazzowym zwierzem najczystszego chowu, jak i kameralnym, smyczkowym wirtuozem i kolorystą. Mieszkanka powstała z tego piorunująca, śmiało już teraz mieszcząca Punę na liście najlepszych płyty mijającego roku.

Początek nagrania nie zwiastuje jeszcze burzy z piorunami. Smyczek ślizga się po strunach, gitara szuka echa amplifikatora, a perkusja szeleści. Zło czai się jednak z każdej strony i już po kilku pętlach improwizacja zdaje się być gęsta, reaktywna i zadziorna. Wewnątrz tego tygla emocji rodzi się pewna rytmiczna struktura, ale jest ona tylko jednym z elementów budowania linearnej opowieści. Jeśli flow przyspiesza, od razu kipi psychodelią, jeśli zwalnia, mroczna kameralistyka bierze nas we władanie i zaciska pętlę na dygoczącej szyi. Muzycy i ich szalone instrumenty efektownie zawłaszczają tu każdy skrawek przestrzeni dźwiękowej. Emocje rosną, opowieść nabiera rockowych kolorów, ale kontrabas wciąż pracuje w trybie arco, co sprzyja budowaniu jeszcze większej jakości. Po upływie jedenastej minuty dynamika narracji spada i zaczynają wiać boczne wiatry – rezonują talerze, kontrabas niespodziewanie wchodzi w tryb pizzicato, a gitara zasypuje nas coraz większymi garściami flażoletów. Z każdego zakamarka sceny zaczyna teraz sączyć się kwaśny odczyn, który na etapie finalizacji zbuduje kolejną gęstą opowieść.

Kolejne dwie improwizacje są nieco krótsze, ale nasycone podobnym ładunkiem ekspresji. Ta pierwsza startuje na pełnym gazie. Strumień dźwiękowy nabiera mocy z każdą sekundą, a jego ważnym elementem jest znów jakże swawolny smyczek. Narracja faluje, bywa mroczna, niemal kąpie się w odmętach czarnego ambientu, za moment staje się dla odmiany niezwykle ekspresyjna. Cały czas pnie się jednak ku górze, a po osiągniecia punktu przegięcia delikatnie przygasa, płynąc frazami post-jazzu w wprost z gryfu gitary. Także kolejna opowieść startuje z pełnymi ustami emocji – ścieg narracji szyty tu jest rockiem i funkiem. Basowy groove, rozhuśtana gitara i perkusja, która każdy splot dramaturgicznych okoliczności lepi w zwartą opowieść. Puna przez moment zasługuje na miano prawdziwego power trio, ale nie byłaby sobą, gdyby nie popadała w psychodeliczne didaskalia. Improwizacja przez większą część nagrania płynie na kontrabasowym pizzicato, ale gaśnie pod urokliwym i jakże przemożnym wpływem smyczka.

Ostatnia improwizacja daje nam chwile rezonującego oddechu, przynajmniej w fazie początkowej. Artyści zasypują nas teraz drobnymi, preparowanymi frazami. Znów aktywny jest smyczek, który nie szczędzi strun, efektownie w nie uderzając. Z tego galimatiasu fonii powstaje masywna i typowa dla tria gęsta opowieść. Tu doposażona w warstwę rytmiczną silnie akcentowaną przez kontrabas i perkusję. Dla odmiany gitara znajduje teraz przestrzeń dla pick-up’ owych swawoli. Dźwięków i emocji przybywa, ale pomiędzy nimi wciąż mieści się dużo powietrza. Faza tłumienia wiecznego ognia post-psychodelii czyniona jest na wyjątkowo efektownym wydechu – syci się ambientem, budowanym przez wszystkich.



 

Der Zweite Streich

W przeciwieństwie do tria Puna, w składzie kwintetu Kneera znajdujemy anonimowych dla nas muzyków. Zatem przywołajmy tu jedynie bardzo dobrze brzmiące na papierze instrumentarium – trzy dęciaki (puzon, alt i trąbka), perkusja i kontrabas lidera. Sytuacja startowa jest zatem intrygująca i od razu zaznaczmy, iż także na końcu tej podróży jesteśmy zadowoleni. Album, to oczywiście propozycja dla fanów jazzu, którzy lubią from time to time wdawać się w niezbyt intensywne igraszki z free jazzem. Kompozycje Meinrada, zgodnie z liner notes, zdają się korzystać z dalece wielogatunkowych inspiracji, za każdym razem są także świetnym otwarciem dla procesu niekiedy całkiem swobodnej, choć silnie ukierunkowanej jazzowo, improwizacji.

Pierwszy temat podaje sekcja rytmu, a rola dęciaków skupia się na odpowiednim opatrzeniu go melodyką. Rytm wydaje się być dość masywny, w kontrze do ulotnej melodii. Ekspozycje solowe należą tu do altu i trąbki, a prowadzone są na bazie dobrze pracującego kontrabasu i perkusji. Drugi temat tytułem nawiązuje do Ornette Colemana, jest silnie emocjonalnym bluesem, który w fazie ekspresji chętnie sięga po estetykę Alberta Aylera. Trzeci utwór otwiera solo kontrabasu. Temat podany tu jest kolektywnie i zdaje się mieć dość niebanalne metrum. Zwraca uwagę świetne solo puzonu. W kolejnej części kwintet brzmi jak mała orkiestra swingowa. Temat do śpiewania i tupania noga, utwór zwieńczony ekspresyjnym solem perkusji.

Piąta kompozycja w fazie otwarcia jest … swobodną improwizacją saksofonu i kontrabsu. Temat utworu pojawia się dość późno, a cała opowieść nabiera interesującej dynamiki. Szóstą część ponownie otwiera kontrabas, tym razem traktowany smyczkiem. Smutna, molowa narracja zostaje bardzo bogato zaaranżowana dętymi zdobieniami. Tu muzycy początkowo zdają się koncentrować na ogrywaniu tematu, nie zaś ekspozycjach solowych. Te ostatnie pojawiają się później i są nieco przegadane. Siódma opowieść stawia na dynamikę i stylowy groove basu. Znów nieco molowy temat podają tu same dęciaki. Ostatni utwór po części stawia na swobodną improwizację, tu bogaconą plejadą dźwięków preparowanych. Temat utworu jest balladowy i nieco mniej intrygujący, z kolei faza improwizacji zdecydowanie trzyma poziom jakże udanego otwarcia. Szczególnie podobać się może solo basu wsparte na perkusji. Zakończenie skrzy się ciekawą, na poły semicką melodyką.

 

Rupp, Kneer & Fischerlehner Puna (Klanggalerie, CD 2023). Olaf Rupp – gitara elektryczna, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, styczeń 2021. Cztery improwizacje, 46:11.

Meinrad Kneer Quintet Der Zweite Streich (Jazzwerkstatt, CD 2023). Sebastian Piskorz – trąbka, Peter Van Huffel – saksofon altowy, Gerhard Gschlößl – puzon, Meinrad Kneer – kontrabas, kompozycje oraz Andreas Pichler – perkusja. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, listopad 2021. Osiem utworów, 65:25.



 

piątek, 8 lipca 2022

Udo Schindler! Three Of a Perfect Pair!


Niemiecki saksofonista, klarnecista, muzyk prawdziwie multiinstrumentalny, Udo Schindler kończy w tym roku 70 lat i zdaje się obchodzić tę zacną rocznicę w sposób niebywale huczny. Nowe nagrania sypią się jak z rogu obfitości, nie sposób ich wszystkich ogarnąć jedną parą receptorów słuchu, ani tym bardziej, opisać wszystkie zgrabną i pokrętna metaforyką Pana Redaktora. Ale ponieważ jubileusz, to rzecz ważna, redakcja zwarła szyki i przygotowała dla swych ukochanych Czytelników skromny wybór nowości artysty.

Zapraszamy na odczyt i odsłuch trzech duetów. Dwa z nich popełnione zostały w towarzystwie szczególnie na tych łamach hołubionych, swobodnie improwizujących kontrabasistów – Petera Jacquemyna i Meinrada Kneera, trzecia zaś powstała w wyniku kooperacji z pianistą Michelem Wintschem, muzykiem niezwykle intrygującym, który z pozycji wyciszonego kameralisty potrafi w ułamku sekundy przejść na pozycję dyktującego warunki gry. Na tle tych muzyków nasz jubilat wypada doprawdy imponująco. Sięga po cały arsenał instrumentów dętych, nie tylko drewnianych, ale także blaszanych i brnie w swobodne strumienie dźwiękowe z gracją godną nie jednego jubileuszu.

So, welcome to the world of Udo!



 

Fragile Eruptions with Peter Jacquemyn

Album zawiera dwa różne koncerty, a otwierające go sześć improwizacji tworzy pierwszy z nich. Na wejściu dostajemy się w mroczne opary prychającego, dużego klarnetu i zapętlonego smyczka kontrabasowego. Od pierwszej frazy akcje są zadziorne, dynamiczne, z pewną ulotną tanecznością. Od noise acoustic po upalone post-chamber! W kolejnej części intrygujący posmak industrialu - preparacje, krótsze lub dłuższe drony i pierwszy raz gardłowy śpiew kontrabasisty. Przy okazji mały dysonans - dęciak wydaje się być delikatny, kontrabas zaś skrzy się mocą i wielokolorową poświatą. W trzeciej odsłonie pojawia się instrument blaszany, nisko zawieszony, dość niedelikatny w brzmieniu – mruczy i syczy na wprost smyczka, która pracuje bardzo nisko na nogach. Dwa niedźwiedzie walczą tu o względy ukochanej, ale po chwili spoglądają ku niebu i postanawiają wybrać się na wspólną przebieżkę. Czwarta improwizacja budowana jest w trybie pizzicato i wyśpiewywana przez duży klarnet. Pachnie tu szybkim jazzem, a temperatura nagrania systematycznie rośnie, mimo dość czystego frazowania z obu stron. Finał ginie w uroczych drobiazgach. W piątej odsłonie muzycy prezentują nam dość fizjologiczne dźwięki. Czujemy nieprzyjemny zapach i śpiew cedzony przez zaciśnięte zęby. Dużo imitacji, wzajemnych przekomarzań, a także gardłowe jodłowanie. Ostatni antrakt pierwszego koncertu syci się mrocznym klimatem, nisko zawieszonymi frazami smyczka i dużego klarnetu. I tu narracja pnie się ku grze i dobrze eskaluje emocje, na zakończenie lepiąc się w jeden strumień dźwiękowy.

W trakcie drugiego koncertu muzycy zamieniają się stronami. Kontrabas schodzi na lewo, dęciaki okupują stronę przeciwną. Początek należy od intensywnie post-barokowego smyczka i saksofonu, który syczy zimnym powietrzem. Kontrabasista wpada tu w furię, saksofonista trzyma jednak dystans. Są i modlitwy, i pijackie zaśpiewy. Potem muzycy delikatnie tłumią emocje, ale nie przestają być niebezpieczni. W drugiej części dość długiej improwizacji bystry tryb pizzicato sprawia, iż całość zionie ogniem free jazzu. Peter zbiera tu same laury, gra całym ciałem i budzi realną trwogę! W kolejnej części Udo serwuje nam festiwal zaskakujących dźwięków. Nie wiemy, jakiego używa instrumentu, może nawet więcej niż jednego! Bas wpada w pętle, ciężko oddycha i szuka melodii. Z dętych znaków zapytania wyłania się w końcu śpiewny saksofon. Narracja łyka dużo jazzu w żagle, znów szczyptę jodłowania i drobnych preparacji. Dziewiąty trak na dysku, to ledwie miniatura - żale wielkopostne i dęte rezonanse. A tuż po nich opus magnum albumu! Nisko zawieszony smyczek, blaszane pomruki i zaśpiewy. Kontrabasista znów idzie w tango - śpiewa barok, dewastuje struny i buduje drony, pod które podczepia się zasapany blaszak. Wrzaski, jęki i kocie skomlenia, what a game! Ostatnia improwizacja musi leczyć rany. Post-barokowy, ale brudny smyczek i popiskujący saksofon w pozie lamentu. Pod sam koniec spod pach artystów dobywa się delikatny swąd free jazzu.



 

Mit.Gegen.Sprech with Meinrad Kneer

Kolejny duet z kontrabasistą stawia na bardziej kameralne frazy, nieco temperuje emocje, ale dzięki temu, w niektórych momentach, wydaje się być jeszcze smakowitszy. Początek niemal post-klasyczny – zrównoważony klarnet i wytłumiony smyczek budują cierpliwie spokojną, ale wewnętrznie emocjonalną opowieść. W drugim epizodzie pojawiają się drobne naleciałości jazzowe, wynikające zarówno z trybu pracy kontrabasu, jak i charakteru dętych podmuchów. Tymczasem klarnet basowy bierze sprawy w swoje ręce i daje nam mały koncert preparowanych dźwięków. Z kolei rozhuśtany kontrabas stawia na permanentne zmiany, dzięki czemu improwizacja mieni się wszelkimi kolorami tęczy, zwłaszcza, gdy w grze pojawia się smyczek. Post-barok, dronowe imitacje, drobne wzniesienie i finałowa, rozległa dolina. W trzeciej odsłonie do gry wkracza kornet, którego głębokie westchnienia zdobione są smyczkowymi preparacjami. Narracja pnie się ku górze z dużą swobodą, pełna urokliwego brzmienia. W kolejnej części powraca klarnet basowy i open jazzowe frazy kontrabasu, pojawiają się także akcenty percussion. I tu emocje rosną, a nastroje muzyków robią się całkiem taneczne. Krzyczą na siebie i swawolą.

Początek piątej improwizacji oddycha wraz z ciszą. Preparowane, delikatne frazy płyną ze strony obu muzyków. Smyczek ledwie muska struny, w tubie klarnetu świszcze zimne powietrze. Kontrabasista pociąga tu za sznurki, klarnecista woli smutne kwilenia na stronie. W drugiej części tej urokliwej ekspozycji pojawia się nieco humoru i taneczności, a w trybem pizzicato narracja pokonuje w niezłym tempie całkiem efektowne wzniesienie. Szósta improwizacja zaczyna się na samym dnie. Drobne, tajemnicze frazy - z jednej stronie końskie rżenie, z drugiej barokowe lamenty. Narracja z czasem pęcznieje, rogowacieje, leje się coraz szerszym korytem. W siódmej, dość krótkiej opowieści powraca kornet i jazzowy step kontrabasu. Niezłe tempo improwizacji sprawia, że dość szybko docieramy do ostatniej części, najdłuższej, definitywnie najbardziej efektownej. Zaczyna ją smyczek, który snuje się po podłodze. W tubie klarnetu basowego dygocze powietrze. Narracja kreuje niebywały suspens, a klimatem blisko jej do muzyki dawnej! Ocean drobiazgów eksploduje tu czystą urodą. Smyczek pnie się ku górze, dęciak płynie w poprzek głównego nurtu. Niektóre dźwięki przypominają tu gregoriańskie śpiewy, choć płyną niebywale głęboką doliną. Wszystko zaczyna narastać, lepić się w jeden dron. Muzycy wydają się całkowicie wyswobodzeni z jarzma jakichkolwiek konwencji. Piękne zakończenie albumu!



 

Le Démon De L'Analogie with Michel Wintsch

Trzeci z prezentowanych dziś duetów, to kolejny krok w kierunku wyważonej kameralistyki – otwartej, swobodnej, ale doskonale panującej nad naszymi emocjami. A także wspólna cecha z poprzednimi albumami – z każdym utworem jakość improwizacji rośnie i znów finał jest tym, co najlepsze, definitywnie intrygujące po ostatni dźwięk. Samo otwarcie koncertu (na płycie podanego jednym strumieniem fonii) wydaje się dość delikatne, smukłe, wyciszone – post-klasyczne piano i ciepłe podmuchy z tuby klarnetu, trochę wewnętrznej rytmiki i zatrwożonego śpiewu, pod koniec już saksofonowego. W kolejnej części kilka preparowanych fraz, jakby zajawka tego, co może zdarzyć się w przyszłości. Narracja przypomina tu morskie fale, kategorycznie stroni jednak od zbyt banalnych rozwiązań. Tuż potem trochę kameralistyki uprawianej w pobliżu ciszy, a po niej kolejna zmysłowa ekspozycja. Delikatne, filigranowe piano buduje tu szlak, po którym płynie zaniepokojony losem świata saksofon. Emocje falują, raz sycą się smutkiem, innym razem szukają efektownych wzniesień.

Piąta narracja dość krótka w formie, dalece wysublimowana w brzmieniu. Tylko rezonujące podmuchy z tuby klarnetu i akcenty percussion, ale radości z odsłuchu ogrom. Kolejna improwizacja schodzi w dół, pełna jest mroku i niedopowiedzeń, ale w drugiej fazie nabiera pewnej dynamiki i podprowadza nas pod dwie ostatnie części, zgodnie z anonsem, definitywnie najpiękniejsze na całym albumie. W siódmej części saksofon i głęboko zanurzone w mroku inside piano kreują suspens mając za plecami echa post-jazzowych fraz. Z jednej strony mikro eskalacje, z drugiej pełna gama kolorów fortepianowej klawiatury. Kierunek podroży wszakże wspólny dla obu artystów – kind of free jazz!  Wreszcie dwuminutowy finał, jakże nerwowy splot zdarzeń – rytm piana i klarnetowe plejady zadziornych westchnień. Improwizacja brzmi niczym klekot mew i gaśnie z wyjątkowym urokiem.

 

Udo Schindler & Peter Jacquemyn Fragile Eruptions [LowToneStudies#7] (FMR Records, CD 2022). Udo Schindler – klarnety, saksofony i instrumenty blaszane oraz Peter Jacquemyn – kontrabas i głos. Nagrania koncertowe – 98th Salon für Klang+Kunst oraz Galerie arToxin, Monachium, 28 i 29 listopada 2019 roku. Jedenaście improwizacji, 62 minuty.

Udo Schindler & Meinrad Kneer Mit.Gegen.Sprech (Self-released, DL 2022). Udo Schindler – klarnety i kornet oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Nagranie koncertowe - 94th Salon für Klang+Kunst, Monachium, 28 lipca 2019 roku. Osiem improwizacji, 48 minut.

Udo Schindler & Michel Wintsch Le Démon De L'Analogie (FMR, CD 2022). Udo Schindler – klarnety i saksofony oraz Michel Wintsch – fortepian. Nagranie koncertowe - 67th Salon für Klang#Kunst, Monachium, 30 września 2016 roku (lub 2015). Osiem improwizacji, 42 i pół minuty.

 

piątek, 4 marca 2022

The Rodrigues Family still on the road! Four autumn releases!


Kolejny sezon niekończącego się serialu kameralnych improwizacji w wykonaniu Rodziny Rodrigues czas zacząć! Zapraszamy na cztery najnowsze płyty Ernesto Rodriguesa i jego syna Guilherme, upublicznione minionej jesieni, zarówno w formie wygodnych płyt kompaktowych, jak i plików elektronicznych, dostępnych na bandcampowych stronach obu artystów.

Zestaw ów wydaje się nad wyraz ciekawy, albowiem altowiolinista i wiolonczelista doprosili do swoich nagrań sporą rzeszę muzyków, który parają się nie tylko swobodnie improwizowaną kameralistyką, ale także grywają niekiedy całkiem soczysty free jazz! W tym gronie znajdziemy zarówno męskich weteranów, jak i kobiece aspirantki, saksofonistów, kontrabasistów, pianistkę, wokalistkę, puzonistę, perkusjonalistę, a także tropiciela dźwięków terenowych.  Jak na dość hermetyczny świat Panów Rodrigues, paleta propozycji dalece szeroka.

 


Mia Dyberg, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Johan Moir & José Oliveira  Palimpsest (Creative Sources, CD 2021)

Przegląd zaczynamy od nagrania najstarszego, zarejestrowanego w zamierzchłym roku 2018, na dwunastej edycji lizbońskiego festiwalu CreativeFest, w świetnie nam znanym miejscu O'Culto da Ajuda. Na scenie kwintet w składzie: Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Johan Moir – kontrabas oraz José Oliveira – perkusjonalia. Jedna, dramatycznie krótka improwizacja – niespełna 27 minut.

Idea swobodnych improwizacji Rodriguesów opiera się na dwóch fundamentach. Narracja tworzona jest głównie z drobnych, niekiedy urywanych fraz, wszyscy zaś uczestnicy spektaklu wyjątkowo uważnie się słuchają, zgodnie z najlepszymi wzorcami deep listening. Początek koncertu oczywiście spełnia te wszelkie normy, jakkolwiek od samego startu improwizacja zdaje się być prowadzona z dużą werwą, pojawia się w niej naprawdę dużo dźwięków, a kolektywna praca saksofonu, kontrabasu i perkusjonalii nie pozwala improwizacji zbyt często uciekać w kameralne suspensy. Dynamika ekspozycji wiedziona jest wprost z bardzo aktywnych perkusjonalii. W podmuchach dęciaka niekiedy czuć woń zmysłowego free jazzu. Także wiele dobrego dzieje się na strunach kontrabasu, równie często wykorzysującego technikę pizzicato, jak i arco. Artyści sumienie odrabiają lekcję z mechaniki tarcia i szorowania, chętnie też uciekają w mroczne klimaty pogrobowych westchnień i melancholii. Ten ostatni przypadek trafia im się już po upływie 6 minuty - piękna bojaźń, równie zmysłowe drżenie, nerwowo tłumiona kompulsywność chwili.

Narracja wije się soczystą strugą dźwięków bez specjalnych zakrętów. Mamy fazę wyjątkowo urokliwego free chamber wiolonczeli i altówki, którym za tło robi szum post-jazzowego instrumentarium. Tuż potem bardziej energiczne podrygi prowadzą muzyków na efektowną równię pochyłą – oto swobodna kameralistyka, która zdaje się nie mieć jakikolwiek ograniczeń gatunkowych. Tuż przed upływem 20 minuty narracja formuje się w efektowny dron, który opada w tumulcie polerowanych strun. Kolejny kwiatek do kożuszka, to zaśpiewy saksofonu i kilka bardziej kołyszących fraz wiolonczeli. Ciągle dużo dzieje się w obszarze perkusjonalii. Samo zakończenie koncertu śmiało uznać możemy za drobną eskalację ekspresji.

 


Simon Rose, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Meinrad Kneer  Birds & Humans (Creative Sources, CD 2021)

Kolejna porcja swobodnej kameralistyki, to spotkanie kwartetowe z maja ubiegłego roku, z Berlina. Oto muzycy: Simon Rose – saksofon barytonowy, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Meinrad Kneer – kontrabas. Improwizacja sformowana tu została w siedem odcinków, które trwają ponad 65 minut.  

Angielsko-portugalsko-niemiecka opowieść budowana jest na pewnym dramaturgicznym dysonansie. Z jednej strony dwa kameralnie usposobione strunowce – wiolonczela i altówka, a drugiej ociekający post-jazzem saksofon i kontrabas, który zdaje się stać w małym rozkroku. Ten ostatni dość szybko łapie wspólny front z barytonem, ale też często sięga po smyczek i staje się wtedy dalece kameralnym orężem. Muzycy czynią wiele kroków w kierunku czupurnej, przesyconej preparowanymi dźwiękami narracji, z drugiej zaś strony duża część ich aktywności znajduje ujście w czystym, niemal neoklasycznym frazowaniu. Początkowa faza nagrania stawia dużo znaków zapytania, ale nade wszystko epatuje bardzo efektownym brzmieniem. Dostarcza sporo kameralnych emocji, kołysze się na wietrze i nasączona jest masą bystrych interakcji, serii zwinnych pytań i jeszcze bardziej przebiegłych odpowiedzi. W drugiej części na strunowych gryfach rodzi się niecierpliwa dynamika, z kolei saksofon buduje spokojne i wyważone drony, ale potrzebuje jednego głębszego oddechu, by wynieść improwizacje na poziom niemal freejazzowy. Następna improwizacja koncertuje się na drobnych, urywanych frazach, też syci się nerwową dynamiką, a pełną kompatybilność osiąga w końcowej fazie, która emanuje czystymi frazami.

Czwarta i piąta opowieść, to zdaje się crème de la crème całego albumu! Najpierw plejady dętych oddechów i prychów oraz strunowych szarpnięć. Opowieść płynie drobnym wzniesieniem, po osiągnięciu którego rozpoczyna się rzewna serenada altówki. Narracja staje się jakby delikatniejsza, bardziej wystudzona, chwilami urokliwie fermentuje post-barokowym smyczkiem kontrabasu i ponownie znajduje ukojenie w czystych frazach. W piątej części muzycy proponują nam trochę mechaniki tarcia i fizyki szarpania. Z jednej strony baryton w roli mąciciela, z drugiej małe strunowce, które udanie poszukują melodyki. We wnętrzu narracji tli się intrygujące, nerwowo tempo, które kreuje dodatkową jakość. Szósta improwizacja zaczyna się rewelacyjnie, budowana dzięki prepared short-cuts, potem przechodzi w dość mdławe rozwinięcie, by w fazie finałowej schować się za dark ambientową kotarą i snuć jeden z piękniejszych momentów nagrania. Finałowa improwizacja zdaje się być bystrą dogrywką swej poprzedniczki. Dużo mrocznych dronów, wystudzonych reakcji, ale też żywy śpiew ptaków, które być może posadowiły się w trakcie nagrania na framugach okien, stając się jednym ze składowych tytułu płyty.

 


Ligia Liberatori, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Davide Piersanti  Radical Flowers (Creative Sources, CD 2021)

Pozostajemy w majowych okolicznościach przyrody roku ubiegłego, także miejsce spotkania nie ulega zmianie. Kolejny kwartet, to: Ligia Liberatori – głos, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Davide Piersanti – puzon. Tym razem improwizacja ułożona została w dwanaście odcinków, które trwają ponad 52 minuty.

Włosko-portugalski ansambl postanowił nas permanentnie zaskakiwać! I tak, po prawdzie, dzieje się w każdej z dwunastu improwizacji. Intrygujący, kobiecy głos o tysiącu twarzy, który szepce, śpiewa, rży, burczy i skomle, zdaje się dysponować gamą możliwości nie mniejszą niż mistrz gatunku Phil Minton. Raz za razem wchodzi on w konstruktywne dialogi i równie piękne, wzajemne imitacje z puzonem, posadowionym na przeciwległym krańcu narracji. Portugalskie struny pracują tu w swoim trybie – plenią miliony drobnych fraz i układają je w jakże efektowną całość. Nastrój improwizacji bywa mroczny, ale też często szczerzy zęby i figlarnie dygocze na lekkim wietrze. W drugiej części Ligia sięga po niemal operowe frazy, ale bystrze mutowane jej kreatywnością, a całość sprawia wrażenie swobodnej kameralistyki uprawianej na sporym rauszu! Trzecia część pachnie wręcz neofolkiem, budowana w dużej mierze stosunkowo płynnymi frazami wiolonczeli i puzonu. Muzycy na każdym kroku nie szczędzą nam preparacji, ale w pierwszej fazie albumu technikę maltretowania instrumentów stosują jedynie w sytuacjach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w czwartej improwizacji.

Piąta i szósta część zaskakuje jeszcze bardziej. Najpierw niemal post-klasyczne frazy - zmysłowa, barokowa serenada głosu i altówki, pięknie kontrapunktowana puzonem i kolejnymi mintonówkami. W następnych, coraz bardziej intrygujących opowieściach muzycy częściej sięgają po dronowe pasaże i całe plejady preparowanych dźwięków. Ósma część, to prawdziwa huśtawka nastrojów, od dołu do samej góry i z powrotem, a wszystko w całkiem niezłym tempie! Z kolei dziewiąta budowana jest nie tyle z drobnych fraz, co po prawdzie z dźwiękowych strzępów. Figlarna zabawa w pytania i odpowiedzi kreowana tu jest dysonansem kameralnych westchnień i wręcz post-industrialnych tarć. Dziesiąta opowieść trwa najdłużej. Też budują ją kontrasty, zmiany kierunku narracji i dramaturgicznie niuanse, zaś szczególnie urokliwe zdaje się być samo zakończenie, pełne szmerów i szeptów. Dwie ostatnie części znów szyte są sami drobiazgami, bogacone zaś wyjątkowo rozśpiewanym puzonem, który chwilami tanecznie podryguje. Finał płyty eksploduje urodą. Każdy dokłada tu niespodziewany dźwięk czy frazę, a całość pnie się ku górze nie bez improwizacji czynionych metodą call & responce.

 


Eva Maria Houben/ Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Carlos Santos  Falling into wide spaces (Creative Sources, DL 2021)

Ostatnie nagranie w dzisiejszym zestawieniu jest dość nietypowe, ale … jak najbardziej pandemiczne! Czterech muzyków przygotowało separatywne ścieżki dźwiękowe w różnym czasie i przestrzeni, a czwarty z nich z plejady elektroakustycznych różnorodności uplótł dwie rozbudowane narracje. Zwał, jak zwał, przed nami jednak kwartet: Eva Maria Houben (fortepian i organy, Berlin, grudzień 2020), Guilherme Rodrigues (wiolonczela, Berlin, marzec 2021), Ernesto Rodrigues (zither, Lizbona, kwiecień 2021), Carlos Santos (field recordings, Gerez, wrzesień 2018, geophone oraz piezo recordings, Ayamonte, sierpień 2019 oraz Lizbona, 2020, wreszcie mix i mastering). Całość nagrania, to 79 minut i kilka sekund.

Przed nami elektroakustyczna symfonia minimalizmu, kreatywnego zaniechania i żmudnego budowania wielowątkowej narracji, której na ogół bliżej jest do gęstej ciszy niż jakichkolwiek pokładów hałasu. Na starcie mamy wrażenie, że słyszymy świst powietrza. Pojedynczy klawisz fortepianu, echo, incydentalne szarpanie na struny i głucha, nieokreślona, mroczna przestrzeń, w której rodzą się ochłapy fonii. Opowieść z czasem formuje się w drony, ale długość ich życia nie jest przesadnie długa. Oto narracja w trybie stand by, która cedzi dźwięki przez silnie zaciśnięte wargi. O istnieniu żywego świata wokół świadczą jedynie dźwięki otoczenia, odgłosy ptaków i zwierząt domowych. Zdaje się, że upływający leniwie czas jest tu także elementem budowania dramaturgii. W trakcie tej prawie 40-minutowej części pojawiają się nieco dłuższe frazy strunowe, które brzmią nad wyraz boleśnie. W tle, na dalekim backgroundzie coś grzmi, ale ma definitywnie nierealny wymiar.

Druga opowieść toczy się w aurze jeszcze mroczniejszej. Zapominamy o odgłosach żywej materii, raczej znajdujemy się w bezdennej przestrzeni martwego kosmosu. Wokół ściele się post-industrialny ambient, ktoś ściska żywe struny, dołem tli się organowy dron i bardziej delikatne dźwięki strunowe. Te ostatnie, to zapewne brzmienie zithera, a może to efekt działań w trybie inside piano. Sama narracja nasycona jest bardziej płynnymi, nieco dłuższymi frazami, mniej w niej ciszy i zaniechania. Syntetyczne fonie grzmią od czasu do czasu, a te akustyczne zdają się pozostawać w głębokiej defensywie. Wielowątkowy, elektroakustyczny dron zdobią pojedyncze, preparowane dźwięki strunowe. Kolejne 40 minut upływa bardzo wolno, a samo zakończenie serwuje nam kilka dodatkowych dźwięków akustycznych, przypominających, iż powoli wracamy do realnego świata.