Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nina Hitz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nina Hitz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 października 2023

Hydra Ensemble & Águas!


Portugalski improwizator, kompozytor, basista i kontrabasista Gonçalo Almeida, to prawdziwy człowiek renesansu! Prowadzi niezliczoną liczbę projektów muzycznych, grywa solo, świetnie sprawdza się w niemal każdych okolicznościach gatunkowych. Nie ma sensu na tych łamach wymieniać więcej szczegółów, wszak Almeida gości tu przy okazji każdej swojej nowej płyty.

Dziś spotykamy go z powodu świeżej produkcji kwartetu Hydra Ensemble. To jeden z kilku kameralnych pomysłów Portugalczyka na improwizację, który łączy akustyczne instrumenty strunowe (kontrabas i dwie wiolonczele - Lucija Gregov i Nina Hitz) i realizowaną na żywo elektronikę Rutgera Zuydervelta, którego miłośnicy dźwięków syntetycznych doskonale znają od nazwą własną Machienfabrik.

Nowa płyta Hydry jest nagraniem w pełni koncertowym, które z jednej strony pokazuje kunszt wykonawczy muzyków, z drugiej unaocznia fakt, iż kreatywny elektronik nie potrzebuje zacisza studia nagraniowego, by świetnie wykonać swoją robotę.



Sytuacja sceniczna jest tu następująca – po lewej stronie wiolonczela, w środku kontrabas, po prawej druga wiolonczela, a wszędzie wokół chmura mniej lub bardziej słyszalnej elektroniki. Pierwsze trzy części koncertu zdają się być wielką wspinaczką na efektownie uformowaną ekspozycję skalną. Emocje rosną tu z każdym metrem błyskotliwej podróży, która wieńczy dzieło wraz z otwarciem części czwartej. Kolejne epizody koncertu wskazują wiele możliwych dróg rozwoju improwizacji, ale także trwonią czas na dramaturgiczne rozterki i elektroakustyczne didaskalia. Jeśli w trakcie trzech pierwszych, jakże wspaniałych części elektronika pracuje w tle i błyskotliwie zdobi punkty kulminacyjne, o tyle potem często wychodzi na czoło pochodu niezdecydowanych improwizatorów i tyczy szlak narracji dużą ilością powtórzeń, tudzież na poły rytmicznych zdobień.

Na starcie koncertu towarzyszy nam ambientowe tło pozostające w niemal idealnej symbiozie z długimi, smyczkowymi frazami strunowymi. Całość przypomina lekko wzburzone fale oceanu. Narracja pulsuje, nabiera pewnej śpiewności i nie stroni od dekonstrukcji post-barokowych ekspozycji strunowych. W centrum wydarzeń pozostaje tu kontrabas, który zmiennymi metodami frazowania zdaje się wytyczać kolejne odcinki tej post-kameralnej przygody. Druga część koncertu, to właśnie przejście Almeidy z trybu smyczkowego na tryb pizzicato. W tym samych czasie obie wiolonczelistki rytmicznie piłują struny swoich instrumentów, a elektronika dorzuca do improwizacji garść drobnych, elektroakustycznych usterek. W tej fazie koncertu narracja szczególnie mocno przybiera na intensywności. Po osiągnieciu pierwszego szczytu improwizacja wpada w efektowną huśtawkę nastrojów, zwłaszcza, gdy kontrabasista powraca do smyczka i zaczyna systematycznie spychać strumienie dźwiękowe w coraz niższe rejony. Start trzeciego traku na dysku wyznacza tu kolejna zmiana trybu pracy kontrabasisty. Tym razem Almeida uderza w struny i buduje perkusyjną narrację. Wiolonczele rzewnie śpiewają niemal jednym głosem, a elektronika także szuka bardziej melodyjnych środków wyrazu. Emocje rosną tu szybko, a narracja zyskuje rockowe stygmaty.

Tuż potem startuje anonsowana już część czwarta - minimalistyczne wytłumienie i przejście w drugą fazę koncertu, niemniej urokliwą brzmieniowo, ale naznaczoną dramaturgicznymi rozdrożami. Improwizacja lepi się teraz z drobnych uderzeń smyczków, oddechów, strunowych westchnień i chmury post-elektronicznych szumów i szmerów. W bukiecie fonii słyszymy coś na kształt wibrafonu, nie brakuje dźwięków preparowanych ze wszystkich dostępnych na scenie źródeł. Emocje falują, generowane przez fonie rwane, szarpane, doposażone sporą ilością elektronicznych repetycji. Kontrabasista przechodzi z arco na pizzicato i odwrotnie nad wyraz często. Z jednej strony dostajemy się w wir post-barokowych emocji, z drugiej dostrzegamy na scenie pewien elektroakustyczny rozgardiasz. Emocje nie ustają, ale zdaje się, że mocno tęsknimy za linearnością pierwszej części koncertu. W części szóstej odnotowujemy jeszcze solową ekspozycję wiolonczeli na prawej flance. Start ostatniej części wyznacza pizzicato kontrabasu i kolejna porcja żałobnych pieśni obu wiolonczelistek. Pożegnalna faza koncertu prowadzona jest w dość leniwym tempie, bez specjalnych wzlotów i upadków.

 

Hydra Ensemble Águas (Cylinder Recordings, CD 2023). Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Nagranie koncertowe, 31 stycznia 2022, Pletterij, Haarlem, Holandia. Jeden strumień dźwiękowy podzielony na siedem części, 46 minut.



piątek, 2 września 2022

Dirk Serries and A New Wave of Jazz: two trios, quartet and two duos!


Belgijski label A New Wave Of Jazz funkcjonuje artystycznie od roku 2014 i ugruntował już sobie markę nie tylko na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Ironiczna nazwa, kreatywny szef i nieustające morze pomysłów na tworzenie dobrych, muzycznych koincydencji, to recepta na sukces przedsięwzięcia kierowanego przez gitarzystę Dirka Serriesa.

Sięgamy dziś po cztery czerwcowe premiery labelu, wszystkie wydane na CD, które przynoszą nam wiele udanych dźwięków, choć niczym nie zaskakują. Jak zwykle odnajdujemy na nich w pełni swobodną improwizację, na ogół akustyczne brzmienia i całe rzesze znajomym muzyków, widniejące na takich samych szarych okładkach, tworzonych od początku wedle jednej layoutu i zawsze doposażonych w liner notes autorstwa Guya Petersa.

Na nowych albumach (od numeru katalogowego 049 do 052) odnajdujemy nade wszystko dokonania artystyczne szefa wydawnictwa. Pośród nich dwa akustyczne tria – jedno w pełni strunowe, z kolejną gitarą i kontrabasem, drugie z dwoma instrumentami dętymi, wreszcie duet z perkusistą Onno Govaertem (podwójny, albowiem w szranki impro batalii z rzeczonym drummerem rusza także pianistka Martina Verhoeven). Zestaw nowości uzupełnia elektroakustyczny kwartet Gonçalo Almeidy, który w katalogu dość hermetycznych, tak stylistycznie, jak i personalnie, nagrań labelu stanowi definitywnie świeży element. 



 

049: Today And All Tomorrows by Serries/ Thompson/ Verhoeven

9 sierpnia 2019, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Dirk Serries – gitara akustyczna, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Martina Verhoeven – kontrabas. Sześć improwizacji, 44:13

Akustyczne gitary posadowione na przeciwległych flankach i kontrabas na samym środku, doposażony w smyczek, to sytuacja przestrzenna improwizacji. Początek improwizacji, to gra na małe pola - bystre pytania i równie efektowne odpowiedzi. Kameralny zaduch nie przeszkadza budować tu pewnej leniwej dynamiki, ale zdaje się wypełniać też studio grubymi plastrami ciszy. W drugiej opowieści pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki. Stonowane zgrzyty i martwe oddechy. Prym wiedzie tu smyczek, który w początkowej fazie szuka dna, zaś w końcowej rwie trio do delikatnego lotu wznoszącego. Kolejna narracja wydaje się bardziej skupiona, minimalistyczna, budowana mikro elementami post-perkusjonalnymi i subtelnymi riffami. Kontrabas przypomina tu leniwego byka, obie gitary kwilące ze strachu owieczki. Całość zostaje bardzo efektownie zgaszona suchym smyczkiem.

Na starcie czwartej opowieści tłumione emocje zdają się przelewać zamkniętymi dyszami. Gitary popiskują, smyczek jęczy z wysiłku. Ciche dźwięki i statutowy minimalizm w połowie improwizacji tracą nagle rację bytu. Muzycy łapią wiatr w żagle i zaczynają budować uroczą gęstwinę tłustych dźwięków. Początek następnego epizodu znów jest bolesny - ukradkowe frazy cedzone przez zaciśnięte zęby, strzępy melodii na lewej gitarze. Narracja systematycznie jednak pęcznieje i lepi się wokół mozolnie konstruowanego pizzicato kontrabasu. Opowieść kipi od emocji, które raz zdają się być uwalniane, innym razem tłamszone do samej podłogi. Finałowe zejście w ciszę jest doprawdy mistrzowskie! Ostatnia improwizacja, to stemple kontrabasu i gitarowe minimalizmy. Brudny barok dużego strunowca szuka tu przyjaciela w post-rockowych westchnieniach obu gitar. Balladowy posmak i źdźbła melodii pomiędzy suchymi strunami nie przeszkadzają muzykom wykreować małego spiętrzenia, po którym smyczek może już gasić płomień improwizacji.

 


050: Translucence by Rennie/ Roberts/ Serries

12 stycznia 2020, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Tullis Rennie – puzon, Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 45:19

W kolejnym trio sytuacja sceniczna jest następująca: puzon stacjonuje po lewej, saksofon po prawej stronie, a środkową oś narracji kontroluje gitara. Owo narracyjne centrum i prawa flanka zaczynają na raz, z posmakiem free jazzu, z kolei puzon najpierw bierze kilka głębszych oddechów, a dopiero po chwili rzuca garść niebanalnych fraz. Narracja kołysze się na wietrze, bywa nerwowa, ale i leniwa. Tym, który sieje intrygi jest tu nade wszystko gitarzysta, z kolei dęciaki wolą rozmowy na stronie i cięte komentarze. Część narracji sprawia wrażenie nieco zaplanowanej, całość płynie jednak dość swobodnie, z daleka od kameralnej zadumy, raczej z tendencjami do poszukiwania jazzowych emocji. Każdy z muzyków raz za razem puszcza tu oko i zasiewa dramaturgiczny niepokój ciekawą zagrywką. W drugiej improwizacji pojawiają się dźwięki preparowane, między innymi dzięki akcjom smyczka na gryfie gitary. Trochę śpiewu przez łzy, trochę końskiego parskania i kilka dobrych pytań skonsumowanych jeszcze bystrzejszymi odpowiedziami.

Początek trzeciej opowieści wydaje się niespodziewanie dynamiczny, dyktowany tempem puzonu i saksofonu. Gitara wchodzi w post-jazzowe narracje, ale improwizacja po kilku pętlach jakby traciła lwi pazur. Kilka zakrętów, tudzież zaskakujących rozdroży, z których udaje się wyjść na prostą dzięki, jak zawsze skutecznej, metodzie call & responce. Przy okazji odnotowujemy kolejne intrygujące fraz ze strony puzonu. Finałowa improwizacja syci się pewną melodyką, budowana jest małymi riffami i dętymi zaśpiewami. Najpierw kilka krótkich uderzeń, potem więcej przeciągłych westchnień. Każdy z artystów szuka tu nowych rozwiązań, co dobrze robi całej ekspozycji. Nie brakuje mrocznych zakamarków i dobrze postawionych pytań o kierunek dalszej drogi. Końcowe przebudzenie smakuje post-jazzem, niepozbawione jest także szczypty nostalgii.

 


051: Vistas by Hydra Ensemble

16 kwietnia 2021, Worm; Gonçalo Almeida – kontrabas, Lucija Gregov – wiolonczela, Nina Hitz – wiolonczela oraz Rutger Zuydervelt – elektronika. Pięć improwizacji, 49:42

Swobodna kameralistyka uwikłana w kable współczesnej elektroniki, to idea tej Hydry. Jej drugi album wydaje się być bardzo sprytnie zaprojektowany. Oto bowiem to, co najlepsze, najbardziej frapujące i ekscytujące dostajemy na początku i na końcu nagrania. To, co pomieszczone jest pomiędzy utworami otwarcia i zamknięcia także zdaje się być nad wyraz interesujące, ale chwilami można odnieść wrażenie, jakby muzycy traktowali te fragmenty jako pole do eksperymentów i poszukiwania nowych środków wyrazu.

Pierwszą improwizację buduje dudnienie kontrabasu, szeleszcząca mgła elektroniki i długie, posuwiste frazy obu wiolonczeli. Najpierw artyści serwują nam dużo matowego smutku, potem niemałą porcję emocji nasączonych jakimś stymulującym wywarem roślinnym. Kolejna opowieść bazuje na frazach pizzicato, początkowo głównie ze strony kontrabsu, potem także wiolonczeli. Znów dużo dobrego niesie nam warstwa elektroniczna, która chwilami przypomina live processing. Improwizacja kończy się tu strugami smyczkowych pląsów mniejszych strunowców. W trzeciej części nie brakuje stylowych drobiazgów. Narracja przypomina pajęczynę filigranowych fraz, pomiędzy którymi intrygująco przemykają elektroniczne strugi zaskakujących fonii. W drugiej fazie improwizacji dzieje się już naprawdę dużo, co jest efektem świetnej roboty każdego z muzyków. Czwarta opowieść płynie wyjątkowo nisko przy powierzchni ziemi. Dronowe, post-barokowe ekspozycje kontrabsu najpierw szukają zwady, potem oddają pole minimalistycznym inicjatywom elektroniki i obu wiolonczeli. Finał pnie się ku górze kolektywnymi strugami pizzicato. Anonsowana już wcześniej, ostatnia improwizacja stawia na emocje i całkiem wyszukaną dynamikę. Smutny, molowy początek zwinnie przekształca się w narrację sycącą się energią własną fraz pizzicato i gęstymi plamami elektroniki. Nerwowa, dobrze ugaszona porcja smakowitości. 



052: Twofold by Onno Govaert + Verhoeven/ Serries

18 października 2021, Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht; Onno Govaert – perkusja, Martina Verhoeven – fortepian (dysk 1) oraz Dirk Serries – amplifikowana gitara akustyczna (dysk 2). Trzy improwizacje - 45:38 (1), jedna improwizacja - 42:11 (2)

Jeśli duet perkusji i fortepianu zaliczyć moglibyśmy do post-kameralistyki, która zwinnie łapie bakcyla free jazzu, to duet tejże perkusji z gitarą akustyczną (całkiem silnie amplifikowaną) najudaniej byłoby pomieścić w szufladzie nerwowego post-rocka, który równie chętnie wpada w sidła free jazzu, jak toczy boje na skraju avant-rockowej improwizacji. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – podwójny album prezentuje wyjątkowo smakowite oblicze Onno Govaerta, drummera, którego nagrania śledzimy od ponad dekady, a którego artystyczny rozwój zdaje się nie mieć granic.

Improwizacja pierwszego duetu podzielona została na trzy części o nieco zmiennej dramaturgii. Początek zdaje się być nerwowy, a każdy z muzyków niecierpliwy. Narracja, wyzwolona z wszelkich uwarunkowań gatunkowych, ma tu pokrętną dynamikę i buduje emocje w sposób dalece niepowtarzalny. Od free jazzowej furii po post-kameralne subtelności. Te drugie atrybuty zdają się kreować szczególnie dobitnie drugą część. Dużo akcji minimalistycznych, pracy fortepianowego wnętrza i rezonujących talerzy. Zmysłowy chill-out szybko sięga tu free jazzowego nieba, choć każdy ruch muzyków wydaje się być ulotny i nieoczywisty. W podobnej atmosferze toczy się trzecia odsłona tego duetu. Małe porcje preparowanych fraz powstające blisko ciszy i znów zagadkowy rytm, ledwie sugerowany, jakby w zawieszeniu, wokół którego toczy się improwizacja. Zakończenie albumu z jednej strony jest dość dynamiczne, z drugiej nasączone mrokiem i tajemniczością. Sam finisz zaś doprawdy fenomenalny - potężne pokłady energii kinetycznej stają się tu szelestem fortepianowych młoteczków.

Kolejny duet podany zostaje na dysku w jednym traku, choć ewidentnie składa się z czterech epizodów, które trwają po około dziesięć minut. Początek, to bijąca stopa na bębnie basowym i gitara, która rozsiewa meta rockowe zarazki. Chropowata, czerstwa narracja, po pokonaniu kilku zawiłych wiraży efektownie piętrzy się i skrzy free jazzowymi emocjami. Jeśli Onno stawia tu na dynamikę, to Dirk często zwalnia i sięga po dźwięki preparowane. Muzycy jednocześnie stymulują i temperują wzajemne reakcje. Każdy z owych podepizodów wydaje się mieć dość zbliżoną dramaturgię. Celem każdorazowo jest pewne spiętrzenie, metody zaś dojścia do niego subtelnie się od siebie różnią. W trzeciej i czwartej fazie improwizacji gitara frazuje niekiedy dość basowo, a w jej brzmieniu doszukać się możemy fraz godnych pedal steel guitar. Narracja na ogół toczy się kolektywnie, a fragmenty solowe traktować możemy jako incydenty. Ciekawy jest sam finał. Muzycy zdają się tu dawać upust swoim rockowym, by nie rzec punkowym temperamentom. Jest głośno i naprawdę czupurnie.



 

środa, 5 maja 2021

Hydra Ensemble and Voltas!


Jednym z wiecznie powracających tematów redakcyjnych dyskusji jest rola brzmień elektronicznych w żmudnym procesie swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny raz za razem dochodzi do małych wojen żywych i syntetycznych dźwięków, a recenzenckie emocje często kierują się ku deprecjonowaniu muzyki elektronicznej w kontekście improwizujących, w pełni akustycznych instrumentów. W naszej ultra subiektywnej ocenie elektronika, z racji swych nieograniczonych możliwości kreowania brzmień i struktur narracyjnych, często wiedzie prym w improwizacji, a sami artyści zdają się mieć dużo większe problemy z temperowaniem swoich namiętności niż operatorzy żywych instrumentów.

Dziś chcielibyśmy zaprosić do odczytu i odsłuchu płyty, która wydaje się idealnie godzić żywe, akustyczne dźwięki z intrygującą poświatą elektroniki. Tak właśnie, poświatą – do takiej roli sprowadzamy elektronikę, taka syntetyka podoba nam się najbardziej w zetknięciu z żywymi dźwiękami. Owa nieco złośliwa uwaga nie dotyczy jednak muzyki elektronicznej samej w sobie. Jeśli tylko ona rządzi sceną, nasza percepcja zjawiska jest zupełnie inna. Ale nie o tym dzisiejsza epistoła.

Zapraszamy do starego obiektu sakralnego w Rotterdamie, gdzie latem ubiegłego roku muzykowali artyści wyposażeni w trzy instrumenty akustyczne i jeden zestaw urządzeń, który dla uproszczenia nazwali electronics. Prawdziwie ekumeniczne towarzystwo – Portugalczyk Gonçalo Almeida na kontrabasie, Szwajcarka Nina Hitz i Chorwatka Lucija Gregov na wiolonczelach oraz Holender Rutger Zuydervelt (szerzej znany światu jako Machinefabriek) zatopiony w kablach. Artyści przygotowali dla nas sześć improwizacji, które trwają łącznie 45 minut z sekundami. Wydawcą płyty CD jest słoweński label Inexhaustible Editions (premiera miała miejsce w marcu br.).

 


Zakręty otwiera epicka, ponad 15-minutowa improwizacja, której dramaturgia rodzi się leniwie, w niemal minimalistycznej estetyce. Zaczyna kontrabasista, który dotyka struny smyczkiem lub delikatnie je szarpie. Po czym czeka, aż dźwięki ładnie wybrzmią. Po kilku chwilach na prawej flance coś zaczyna drżeć i wydawać pierwsze oznaki życia. Podobnie rzecz ma się na drugiej flance. Wiolonczelistki stawiają pierwsze kroki z dużą rozwagą – ich instrumenty skrzypią, dygoczą ze strachu, rysują małe drony, które lepią się z dużym dronem kontrabasu. Każdy z muzyków produkuje tu mikro preparacje, w początkowa rola elektroniki sprowadza się do wzmacniania strumienia dźwiękowego trzech strunowców. W połowie utworu czeka nas zmiana. Przez moment pozostajemy zatopieni w mgle ambientu. Wiolonczele schodzą do krypty i zaczynają pojękiwać. Kontrabas powraca z akcentami percussion. Zaczyna się nowa opowieść, odrobinę bardziej dynamiczna. Strings swobodnie tańczą, stojąc po kolana w gęstniejącym ambiencie. Syntetyka wybudza się z letargu i nerwowo skwierczy, zwiastując finał tego niebywałego kwadransa post-kameralnych emocji.

Kolejne cztery improwizacje są znacznie krótsze – trwają od trzech do sześciu minut. Druga zaczyna się od zmysłowego współistnienia obu sfer improwizacji – trzy swobodne smyczki i elektronika, która wstaje z kolan i przez moment hałasuje. W ramach reakcji obronnej strunowce wypuszczają się w cudowny, post-barokowy flow, którego jakość podkreśla minimalistyczne pizzicato kontrabasu. Kolejna opowieść budowana jest na dysonansie – elektronika skwierczy i pulsuje, struny oddychają i kreują małe, dronowe ekspozycje. Dramaturgia rośnie, choć dźwięków wcale nie przybywa. Piękne, nerwowe chamber z preparowanymi dźwiękami i zmysłową poświatą syntetyki. Część czwarta zmienia klimat. Wszystkie strunowce podrygują lekkimi, stylowymi ruchami, kreowanymi techniką pizzicato. Elektronika też stawia na drobne, rwane frazy. Całość narracji zdaje się unosić w powietrzu, a dźwięki strun rezonować delikatnie syntetycznym echem. Kolejna opowieść stawia na długie, efektownie brzmiące potoki dźwiękowe, posadowione nisko, niemal przy podłodze – uroczy post-barok z elektroniką, czającą się za rogiem.

Skąpani w cudownościach świetnie skonstruowanej, kameralnej elektroakustyki być może nie jesteśmy dobrze przygotowani na finał Zakrętów. Niemal 10-minutowa improwizacja, w trakcie której elektronika zaczyna pokazywać swoje nieco bardziej demoniczne oblicze. Narrację otwiera pizzicato kontrabasu, które napotyka na syntetyczne zasieki wielowątkowej, niemal stojącej w miejscu e-muzy. Wiolonczele zdają się być pełne niepokoju i egzystencjalnych wątpliwości – delikatnie, smutnie cmokają i pojękują. Oto opowieść, którą moglibyśmy nazwać electro chamber with jazz taste (ten ostatni atrybut z racji trybu pracy kontrabasu). Wszyscy aktorzy tej części widowiska szczęśliwie wchodzą we wzajemne interakcje, a sama syntetyka nie ma ambicji zdominowania sceny. Emocje jednak rosną, a dźwięki z kabli nie odpuszczają. Ostatnie frazy brzmią wyjątkowo zmysłowo. Po peaku elektroniki płyta umiera w poświacie czerstwego ambientu i rozleniwionych podrygów kontrabasu.

 


środa, 14 marca 2018

Gonçalo Almeida and his black & white Cylinder! The label overview!


Znacie cały katalog netlabelu Cylinder Recordings? Nie? Spory błąd!

Konieczna staje się zatem ściągawka, zarówno dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to za inicjatywa, jak i dla tych, którzy wiedzą, ale nie poznali jeszcze wszystkich elementów składowych.

Uważni Czytelnicy Trybuny oczywiście doskonale rozpoznają Gonçalo Almeidę. Wiedzą, iż gra na kontrabasie, gitarze basowej i wyśmienicie improwizuje. Że jest Portugalczykiem, ale mieszka w Rotterdamie. Że od kilku lat prowadzi Cylinder Recordings i publikuje tam swoje nagrania w przeróżnych konfiguracjach personalnych.

Dokonamy dziś przeglądu wydawnictw Cylinder Recordings, w ramach którego, od marca 2015 do lutego 2017 roku, ukazało się w sumie 16 tytułów. Omówienie katalogu zaczniemy od dwóch najświeższych pozycji. Pierwsza z nich, nie ukrywamy, jest ulubioną cylindrową płytą Pana Redaktora, tuż obok tej, którą przypomnimy na samym końcu. Nad drugą nowością także warto zwiesić nie jedno ucho! Potem zagłębimy się w kilka improwizacji z dęciakami, w przypadku których, wybór tych bardziej wartościowych nie będzie wcale tak oczywisty, jak wskazywałaby na to pobieżna lektura danych personalnych uczestników tychże spotkań. W dalszej kolejności posłuchamy muzyki zaplątanej w kable, przy czym – od razu zastrzegamy – być może, to najlepsze dawki improwizacji z udziałem elektroniki, jakie przewinęły się w ostatnich kwartałach przez odtwarzacze redakcji. Nadstawimy także ucha nad improwizacjami stricte strunowymi. Na finał zaś przypomnimy recenzje płyt CR już wcześniej publikowane.

  
Piętnastka i szesnastka na dobry początek

(CR015) Out Room  by Luis Lopes (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rogier Smal (perkusja). Nagranie studyjne z kwietnia 2016 roku (De Nieuwe Ruimte); 3 utwory, 33 minuty bez kilku sekund.




Wprowadzenie kontrabasu i perkusji charakteryzuje się spokojną poetyką, ma dość jazzowe flow. Gitara pojawia się, niezwykle nieśmiało, dopiero w 3 minucie improwizacji. Skupiona, precyzyjna ekspozycja talerzy w oparach ciszy. Lopes stawia drobne, gitarowe znaczniki na błyskotliwym walkingu Almeidy. Proces dynamizacji rozpoczyna się w 5 minucie. Zwarta narracja, w której udział rozgrzewającej się gitary rośnie z minuty na minutę. Pod koniec utworu smyczek na gryfie kontrabasu buduje artystyczny zadzior, który dodatkowo komplikuje strukturę narracji. W tle zmyślne repetycje Lopesa, dziergane mikroakordami. Fragment drugi (uprzedźmy wydarzenia – kluczowy dla jakości płyty i najdłuższy) rozpoczynają sonorystyczne igraszki – świst strun, polerowanie powierzchni płaskich, smyk i szczypta psychodelii wprost z dna morza. Drobny, ale niezwykle aktywny drumming. 3 minuta stawia na agresywny kontrabas. Tymczasem gitara ucieka w blue-ambient, błyskotliwie rezonuje na dużej przestrzeni. Wyjątkowo urocza ekspozycja całego tria – niski smyczek, symultaniczna gitara i precyzyjna perkusja (small like Smal!). Brawo! 6 minuta, solo Almeidy, znów niski i mocny tembr. Lopes ślizga się po strunach, background Smala znów wyśmienity! Gitarzysta eskaluje się na tle tłustego i sfuzzowanego kontrabasu. Power noise metal improve! Gdy zostaje na moment sam, rżnie niebywałe solo i stawia stempel doskonałości na 10 minucie tego nagrania. Tuż po nim, spokojny dialog drum & bass, snuty jednakże w dalece niepokojącym stylu. Wspaniała mantra z ornamentami gitary nie zwiastuje wcale końca utworu, lecz początek nowej, jeszcze bardziej ekscytującej narracji. Piękny surfing na gryfie sześciostrunowca. Pachnie zdrowym fussion! A prawdziwe wybrzmiewanie dopada nas dopiero po 15 minucie. Na finał płyty spora dawka rytmu z kontrabasu, pulsująca gitara w metalicznej repetycji i small drumming Smala. Almeida na przedzie orszaku, reszta tworzy zjawiskowy background. Rolę nadającego rytm przejmuje perkusista, co stwarza przestrzeń dla genialnych wprost improwizacji obu strunowców, silnie ze sobą skorelowanych, łeb w łeb. What a game! Dirty dancing! Szaleństwo na gitarowych przetwornikach pcha nas niechybnie ku finałowi. Na wybrzmieniu, perkusja i kontrabas podsumowują niezwykłą sesję nagraniową.


(CR016) Duas Margens  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, obiekty). Koncert z Pletterij (Harlem), z marca 2016 roku; 1 utwór, 26 i pół minuty.




Spokojne pizzicato na obu gryfach miękko wprowadza nas w klimat koncertu na dwa duże strunowce. Odrobina wzajemnych imitacji, szczypta separatywnych ekspozycji. Głębokie, bardzo niskie brzmienie. Pierwszy przejaw bardziej dynamicznych działań, to 3 minuta. Trochę agresji, sporo technicznych fajerwerków, akcenty perkusjonalne. Szczera rozmowa starych przyjaciół, którzy ciągle mają sobie dużo do powiedzenia. 6 minuta, to gong, który obwieszcza zejście do strefy sonore. Kontrabas na lewej flance ma już smyczek w użyciu, tnie dźwięki na nierówne połowy. Prawy po chwili czyni dokładnie to samo. Ostra, swingująca polerka! Nawet perkusjonalne szczoteczkowanie i dźwięki imitujące dęciaki. Prawdziwa orkiestra! Taniec we dwóch – teraz jeden z nich płynie bardzo nisko, drugi zaś wysoko. Piękny dysonans! 14 minuta, fragment kropelkowej improwizacji, prowadzonej jednak przez obu muzyków bardzo energicznie. Kolejne zejście w sonorystyczną głębię ma smak i klasę, zwłaszcza, że wykluwa się z tego krótki pasaż wręcz noise’owy. Po chwili znów ostro, z przytupem, w poszukiwaniu nowych, nawet perkusyjnych dźwięków. Tembr obu kontrabasów aż skwierczy. Whaw! Like harsh electronic! Do samego już końca występu, dużo błyskotek technicznych, szczególnie ze strony kontrabasu grającego nieco wyżej (Almeida?). Acoustic power drum & bass drones! Panowie potrafią doprawdy wszystko! Koniecznie sięgnijcie po ich starszy duet! A o nim parę akapitów niżej.


Kwartet, trio i duet

(CR004) Down the Pipe  by Daniele Martini (saksofon tenorowy, pętle i efekty), Lukas Simonis (gitara, pętle i efekty), Gonçalo Almeida (bas, pętle i efekty) & Marco Franco (perkusja). Siedem lat temu w Rotterdamie; 6 improwizacji, 40 minut bez kilkunastu sekund.




Już pobieżna lektura składu instrumentalnego sugeruje odbiorcy, iż w trakcie tego nagrania naprawdę dużo działo się będzie w wymiarze sound & noise. Każda sekunda tej muzyki konstytuuje poprzednią tezę. Gęste, jazz-rockowe improwizacje z elektroniką u boku. Gitara gotuje się od startu, sfuzzowany bass jątrzy, trzeszczy i buzuje energią. Wprowadzenie, choć spokojne, nawet dostojne, pełne jest metalicznego szczebiotu gitary, psychodelii i hałasu, który czai się za rogiem. Saksofon przyczajony na trzecim plamie, tryska dronowymi ekspozycjami, ale nie wchodzi w interakcje z gitarą i basem (bo któż śmiałby). Ta para idzie po swoje, nie bierze jeńców i doprowadza pierwszą improwizację do stanu wrzenia w okolicach 6 minuty. Błyskotliwa ściana dźwięku, silnie akcentowana dobrym, rockowym drummingiem. Odcinek drugi zaczyna dron z piekła rodem. Narracja stoi w miejscu, jak lepka, tłusta maź, która klei się do butów. Rodzaj elektroakustyki w estetyce black metal, pozbawionej, szczególnie na początku tempa. Gdy dochodzi dynamika, gdy narracja narasta, do gry wchodzi saksofon i podpala lont. Gitara czyni szaleństwa na gryfie, to jakby zasada tej płyty. Power improve! Finał fragmentu z niebywałą pyskówką obu wioseł. Trzecia improwizacja rodzi się przy umiarkowanie spokojnym flow gitary i perkusji. Ta pierwsza szuka rozwiązań bez konieczności eskalowania poziomu hałasu. Saksofon podaje dźwięki, jakby z zaryglowanej tuby. Śpiewa i tańczy. Perkusja ocieka dobrym rockiem. Narracja kroczy i stroszy pióra. Rytm plącze się pomiędzy silnym fuzzem basu, a metalicznie brzmiącą gitarą. Po raz kolejny, precyzyjna dynamizacja zostawia nas w obliczu ściany dźwięku na wybrzmieniu. Czwarty fragment od startu odbywa się przy aktywnym udziale saksofonu. Sekcja pogrywa i komentuje zmutowany tembr dęciaka. Delikatnie upalone brzmienie – boxed sound! Wejście basu, jak prawdziwe trzęsienie ziemi! Obok post-rockowa, wytłumiona gitara szybko łapie pętlę za pętlą. Free Noise Jazz Rock! Black Doom Fussion! Piąty zaczyna gitarowa… synkopa! Nawet z odrobiną swingu! Dynamicznie, energicznie, kolektywnie, a jakze! Rytm, tonacja, melodia podszyte krzykiem, zlepione rockowym nerwem. Wszystko czynione tanecznym krokiem, z gitarą, która co chwila wypuszcza niespodziewane dźwięki (cuda na kablach!). Na finał gitarowa huśtawka, rockowy drive, tłusta sekcja (Almeida – hardcore punk!). Gitara, nie po raz pierwszy, eskaluje się nieco separatywnie, ale to ona jest tu języczkiem uwagi, wnosząc do tej niebywałej opowieści pierwiastek czystego szaleństwa i niebanalnego dysonansu estetycznego. Na ostatni dźwięk – dużo hałasu, brudu i smrodu niebywałej urody!

  
(CR009) The Creature  by John Dikeman (saksofon tenorowy) Goncalo Almeida (kontrabas) & George Hadow (perkusja). Koncert z klubu Zaal 100, Amsterdam; 3 traki, 32 minuty bez parunastu sekund.




Gęsta sekcja (nie może być inaczej w obecności Almeidy!), niski kontrabas, twardy tenor, żywiołowy drumming. Free jazz od startu kapie muzykom z czoła, nie ma zaskoczeń, myśl pędzi za myślą. Walking Almeidy tłusty, zawłaszcza dużo przestrzeni fonicznej (po części to także efekt nieperfekcyjnej jakości dźwięku). W 7 minucie kontrabasista zmienia sposób artykulacji, snuje dość separatywną opowieść. Saksofonista dba zaś głównie o siebie i nie traci czasu na bliższe interakcje. Po 120 sekundach kontrabas milknie, a duet sax-drums snuje nieco spokojniejszą narrację. Po kolejnych kilku chorusach Dikeman zostaje sam i to jemu przypada w udziale sfinalizowanie pierwszego odcinka. Jego smutne swingi nie czynią nieba, ale zwinnie doprowadzają do startu drugiej opowieści. Długo oczekiwany powrót sekcji raduje nie jedną duszyczkę. Almeida i Hadow plotą wyrafinowane septymy i stawiają saksofoniście dość wysoko poprzeczkę. Ten zaś nie do końca potrafi wyzbyć się free jazzowej sztampy. Wzrost dynamiki cieszy recenzenta, ale być może zaciemnia obraz sytuacji scenicznej. Finał koncertu odbywa się przy śpiewie smyczka na gryfie, w towarzystwie komentującego drummingu, przy milczącym saksofonie. Muzycy dość szybko schodzą w wolniejsze tempa. Narracja gęstnieje, toczy się jak walec. W 6 minucie eskalacja saksofonu w wysokim rejestrze, czemu nie towarzyszą szczególnie gorące westchnienia recenzenta. Te ostatnie, znów dedykowane głównie świetnej robocie Almeidy i Hadowa. Ostatnia prosta z samotnym smykiem, to jakby upalony, zapodziany fragment muzyki dawnej. Wyjątkowo zaskakująca puenta!

  
(CR006) Into the Grey Zone  by Henk Bakker (klarnet basowy) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam ponad siedem lat temu, studio; 5 utworów, 26 i pół minuty z sekundami.




Barokowy kontrabas ze smyczkiem, kameralistyczny klarnet basowy w spokojnej, nieśpiesznej narracji. Jeśli klarnet wysoko, to kontrabas nisko. Bywa także odwrotnie. Bakker płynie na swym dużym dęciaku bardzo szerokim pasmem (intrygujące!). Eskalacja na gryfie jątrzy spokój balladowo nastrojonego klarnetu, mającego delikatne inklinacje w kierunku sonore. Próby interakcji metodą call & response, głównie z inicjatywy Almeidy. Gdy ten ostatni brnie w ciszę, reakcje klarnetu są bardziej niż ciekawe. Dużo subtelności, niuansów dramaturgicznych. Co chwila jest na czym zawiesić ucho, dużo zmienności w procesie improwizacji. Trzy pierwsze utwory tej płyty są jednym strumieniem dźwiękowym, co dobrze służy tej opowieści. Rodzaj zadziornej, niebanalnej kamerylistyki, która z procesu improwizacji czyni wartość dodaną. Udane imitacje, bystre interakcje (z obu już stron). Pomruki niedźwiedzie na wybrzmieniu. Czwarty tytuł budowany jest już zupełnie inaczej. Muzycy eksponują się separatywnie. Najpierw solo kontrabasu pizzicato. Potem klarnet w szumie. Tuż po nim gęsty ścieg strun, a dla przeciwwagi bardzo melodyjny klarnet. I tak na przemian, raz jeden, raz drugi instrument, za każdym razem nieco inne artykulacje. Razem grają dopiero w 8 minucie! I jak pięknie wybrzmiewają! Finał – smyk, szczypta uderzeń w pudło rezonansowe, wysoki i znów melodyjny klarnet. Rodzaj dość tanecznej rozmowy przy herbatce. Na wybrzmieniu, dobra, nisko zawieszona kameralistyka współczesna.


Spętani w kable

(CR010) Doze Ruínas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Studyjne dokonania z września 2015 roku; 12 traków, 18 minut i kilkadziesiąt sekund.

(CR012) Jangadas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Koncert z lutego 2016 roku; 1 trak, równo 20 minut, z zegarkiem w ręku.




Dwa spotkania duetu - błyskotliwie spajającego żywe dźwięki kontrabasu i syntetyczne ekscesy foniczne szeroko rozumianej elektroniki (także sample, live processing etc.). Najpierw dwanaście miniatur, potem koncert. W sumie mniej niż 40 minut muzyki, zatem warto zagłębić się niemal w każdy dźwięk. Sam zbiór miniatur jest niezwykle pasjonujący, choć każde z wydarzeń sprawia wrażenie szkicu, próbki dźwięku, nie do końca edytorsko okrzesanej. Poszukująca elektronika i wulgarny tembr kontrabasu na sam początek. Już w drugim epizodzie symbioza elektroakustyczna zostaje w pełni osiągnięta. Lekki pogłos, delikatna, oniryczna poświata, szczypta gadających sampli. W trzecim harsh attack! A kontrabas w roli imitatora. Nie brakuje zapachu dobrego post-techno, a loopy i amplifikacje, zdaje się, że są także udziałem Almeidy. W szóstym odcinku mamy już chyba do czynienia z real time processing, albowiem recenzent słyszy aż trzy kontrabasy, a wszystko na tle intensywnego skwierczenia sterty kabli. W siódmym napotykamy na drony, które zdobione są pojedynczymi dźwiękami perkusyjnymi. Urocze, jakże niebanalne improwizowanie, w trakcie którego nie trudno zagubić źródło dźwięku, choć w zderzeniu realnego instrumentu z zaawansowaną elektroniką, wydawałoby się to mało realne. W ósmym, znów dekonstrukcja żywych dźwięków dostarcza nam ogromu dodatkowych przyjemności fonicznych. Kind of post-double bass music! W dziesiątym, nie pierwszy atak harsh noise! Stan permanentnego zaskoczenia elektroakustycznego w obrębie wydawnictwa, które jest krótsze niż standardowa zawartość jednej strony winyla. Na finał coś na kształt muzyki post-ancient. Piękne, błyskotliwe! Dekonstrukcja baroku! Noise post-baroque!




Wszelkie ekscytacje recenzenta znajdą swoje odzwierciedlenie w nagraniu koncertowym tegoż samego duetu. Na starcie żwawy walking kontrabasu inkrustowany doskonałą post-elektroniką, także processing, post-produkcja żywych ekspozycji, cały czas na zasadzie komentarza, twórczego rozwijania pomysłu kontrabasisty. W 3 minucie piękne drony strunowca, jakby z drugiego planu, na które nakładają się inne drony, te już bardziej syntetyczne. W 7 minucie doskonałe zejście w ciszę. Sonorystyka na gryfie i dźwięki like dirty percussions. Niebywała, głucha meta przestrzeń, rodzaj elektroakustycznej ciszy. 9 minuta – molekularna improwizacja, która zwinnie zagęszcza się i dynamizuje (znów doskonałe dźwięki z kabla). W 14 minucie – dla odmiany – wyważony, dostojny pasaż niezwykle żywego kontrabasu na tle post-radiowego pogłosu, szumów charakterystycznych dla post-techno, tego klasycznie berlińskiego, dwie i pół dekady temu. Eskalacja, która następuje po chwili, ma wymiar czysto akustyczny, choć wiemy, że to nie może być zgodne ze stanem faktycznym. 17 minuta – rytm prosto z kabla wyznacza ramy zmysłowej improwizacji na wysokich, miękkich strunach kontrabasu. Na wszystko opada chmura pogłosu, dźwięki mutują się i ulegają jakby … autoprocesowaniu. Potencjometry są już uwolnione, a nasze uszy wypełnia ostatni, nierozpoznawalny dźwięk. Brawo! Wybiła 20 minuta koncertu.


(CR005) Live at OCCii by Jasper Stadhouders (gitara) & PQ (elektronika). Koncert z Amsterdamu, kwiecień 2014; 1 trak, 17 i pół minuty.




Uwaga, jedyna pozycja w katalogu CR, w której nie maczał palców Almeida! Jakkolwiek dokładnie nie wiemy, kto ukrywa się pod pseudonimem PQ… Krótki epizod koncertowy na hard electronic i naładowaną ogromną dawką pozytywnej energii gitarę elektryczną. Konwulsyjna narracja, tworzona jakby przez dwa istotnie upalone wiosła z dużą ilością strun. Klincz w półdystansie, który multiplikuje emocje i determinuje poziom ekspresji. Interlokutorzy ledwie dyszą, ale jadowicie kąsają. Noise vs. noise! Elektronika nie oddaje pola na potencjometrze! 3 minuta, to pierwszy oddech, klimat elektrycznego oniryzmu, sytuacji, w której każdy z muzyków szuka powodu do kolejnej zaczepki, pretekstu do nowej eskalacji. Ta ostatnia zgrzytliwa, ale niezbyt dynamiczna. Czasami muzycy tak zwinnie się imitują, iż można zagubić w kwestii używanego przez nich instrumentarium. Dobrze się słuchają, prawidłowo reagują. 10 minuta, to spora porcja industrialnej wręcz psychodelii na obu flankach. Oj, chciałby się więcej niż te skromne 17 i pół minuty! Na finał gitarowe pasaże ala punkowy The Ex! A wszystko na tle metalizującej elektroniki. Same fajerwerki! Brawo!


Strings

(CR008) Duets  by Nina Hitz (wiolonczela) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, studyjnie, brak daty; 6 utworów, 31 i pół minuty.




Od pierwszej sekundy, skowyt strunowców na pogorzelisku. Wysoko, pod górę, strzeliste smyki snują delikatnie imitujące się opowieści. Muzyka dawna, wersja piekielna. Drugi fragment, paluchami po strunach, także moc dźwięków nieoczywistych w tej sytuacji scenicznej – szmery i szumy, groźne opowieści z krypty, kind of death sonore. Całość perfekcyjna akustycznie! Uszy płoną endorfinami! Wiolonczela brzmi jak kontrabas, kontrabas brzmi jak wiolonczela. Trzeci odcinek, repryza skowytu. Teraz jednak niżej, bliżej podłogi. Popołudniowa, klasycyzująca herbatka we dwoje, ale smyki schodzą tak nisko, że czar pryska, a wielbiciele free ancient improve aż krzyczą z zachwytu! Dostojne tempo, ale groźne i mroczne. Tak wita nas czwarta część tej historii. Brudny tembr, zimny pot na czole. Gęsto i siarczyście. We fragmencie piątym jesteśmy już naprawdę pod ziemią. Piękna sonorystyka, niemal ucieczka od dźwięku. Pizzicato na kontrabasie na moment przypomina nam, że jednak jesteśmy po stronie żywych. Barokowy dialog z zaszytym mikrorytmem, raczej na zasadzie kontrapunktu. Błyskotliwe dźwięki, które zdają się multiplikować – śmiało można już rozpocząć chocholi taniec. Najdłuższa, prawie 10 minutowa opowieść, która na wybrzmieniu przeradza się w prawdziwy konkurs piękności. Co za pasaże! Na finał głos kobiecy, moc obiektów różnych, szczypta kąpieli w sonorystycznym sosie, dużo pozytywnego szaleństwa. No i pokrętny rytm na ostatniej prostej, który konstytuuje bardzo wysoka ocenę dla Duetów.


(CR003) Dialogues,Quarrels and other Conversations  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Friso van Wijck (perkusja, instrumenty perkusyjne). Rotterdam, kiedyś; 1 fragment; 22 minuty i 21 sekund.




Niski smyczek na gryfie i agresywne akustycznie incydenty na rozbudowanym instrumentarium perkusjonalnym (głównie dotkliwe talerze!). Skowyt kontrabasu w opozycji do strunowych zachowań interlokutora, który także szarpie, od czasu do czasu, za bliżej nieokreślone … struny. Wycieczka w poszukiwaniu harmonii, której wszakże nikt chyba nie utracił bezpowrotnie. 4 minuta, odrobina rytmu z gryfu, pleciona akordami, komentowana przez ścianę orkiestry talerzy, która nie jest jednak wyposażona w narząd słuchu. Trudna akustyka w wysokich rejestrach, którą bezskutecznie próbuje okiełznać bardzo aktywny i kreatywny kontrabasista. Gdy Almeida sięga ponownie po smyk, druga strona jakby na moment traci rezon, a narracja nabiera wartości. Każdy fragment opowieści, w którym kontrabasista oddaje pole perkusjonaliście nie kończy się szczęśliwie. W 12 minucie duży strunowiec cudownie śpiewa, ale perkusyjny stukot skutecznie go zagłusza. Nastrój pryska, narracja nabiera hałasu w usta. Huta szkła?! Na finał dynamiczny walking kontrabasu na tle zbyt wysoko zestrojonych cymbałów. Ostatni dźwięk, jak kościelne wyniesienie. Szybko przechodzimy do kolejnej płyty…


(CR001) Monologues Under Sea Level  by Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, kiedyś; 8 utworów, 35 i pół minuty.




Kontrabasowe pizzicato z melodią, na jazzowo, z odrobiną zadumy, ukrytej pomiędzy strunami. Konstruktywna repetycja, ciekawe zmiany metrum, dronowe wybrzmiewanie. Drugi – hałaśliwy smyk, brudne brzmienie, barok smażony w piekle bez środków znieczulających – prawdziwe akustyczne cacko! Raz nisko, raz wysoko. Dynamicznie, konwulsyjnie, z ostrym zakończeniem. Trzeci – kontrabas w galopie. Niezbyt głośnym, ale niezwykle dynamicznym. Techniczne fajerwerki jako wartość dodana. Czwarty – szczypta minimalistyki, pojedyncze akordy i smyk z samego dna – mruczy, skowycze i trzeszczy. Piąty – znów smyk, ale jakby wyżej, niczym upalone cello. Dostojne schodzenie na poziom zero, a może już poniżej poziomu morza (under sea level!). Trochę agresji na gryfie. Szósty – powrót do minimalu, modulacja dźwięku, to w dół, to w górę. Gęstym ściegiem, bez smyka. Siódmy – wraca smyk, przychodzi z krypty, jeszcze wieko trzeszczy. Niski tren pogrzebowy. Kontrabasowa polifonia, jakże piękne! A na finał krok ku górze – opus magnum tej solowej perełki Almeidy. Ósmy – rezonujące struny, szarpane opuchniętymi palcami nieistniejącej dłoni. Pasaż z wewnętrznym rytmem, szerokim brzmieniem wiedzie nas na finałowe zatracenie. Brawo!


W ramach repryzy

Katalog CR uzupełnia kolejnych pięć wydawnictw, które były już na tych łamach recenzowane. Tym razem jednak, zamiast linkowych kierunkowskazów do starych tekstów, przypomnienie napisanych o nich słów niemal w całości. I ważna informacja – prezentowana na samym końcu płyta Buku trafiła na listę najlepszych płyt roku 2016, według skrajnie subiektywnych sądów Pana Redaktora.

(CR002) Dikeman/ Lonberg-Holm/ Almeida/ Hadow by John Dikeman (saksofon tenorowy), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela, efekty), Gonçalo Almeida (kontrabas, efekty) & George Hadow (perkusja). Poortgebouw, Rotterdam, maj 2014; 2 części, niespełna 34 minuty.




(…) Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (…), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).

Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza (…). Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


(CR007) Live at ZAAL 100  by Goncalo Almeida (kontrabas), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) & Wilbert de Joode (kontrabas). Amsterdam, marzec 2012; 3 improwizacje, 41 minut z sekundami.




(…) Improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa także w trakcie koncertu, że cała trójka szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (…). Bywa, że trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!


(CR011) Earcinema  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, wiolonczela, obiekty). Rotterdam, studio, kiedyś; 8 obrazków, 41 minut.




Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).

Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywała klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygująco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


(CR013) Descanso Del Dopo Popo  by Tetterapadequ - Daniele Martini (saksofony), Giovanni di Domenico (fortepian), Gonçalo Almeida (kontrabas) & João Lobo (perkusja). Gdzieś, kiedyś; 6 utworów, 24 minuty z sekundami.




(…) Omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, który jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut.

Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera…(…).


(CR014) Buku  by Susana Santos Silva (trąbka), Jasper Stadhouders (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Gustavo Costa (perkusja). Sonoscopia, Porto, kiedyś; 13 improwizacji, mniej więcej trzy kwadranse.




Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych zarejestrowana została… w Porto (…). Susanę poznaliśmy już na Trybunie i myślę, że (…) Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (…). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Goncalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i nie pytania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetycznie doskonała podróż w nieznane!



Muzykę wyżej opisaną słuchaj uważnie na www.cylinderecordings.bandcamp.com


Uwaga, kilka pozycji z katalogu jest dostępnych także na nośnikach fizycznych. Kupuj muzykę i płać za nią. Zarówno muzycy, jak i wydawcy także mają rachunki!