Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerry Hemingway. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerry Hemingway. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2026

Georg Graewe & Sonic Fiction draw Banding Patterns!


Georg Graewe, niemiecki pianista, kompozytor, improwizator, człowiek wielu talentów prowadzi nie od dziś własny band, który zwie się Sonic Fiction. Choć artystę tego znamy z wielu free jazzowych uniesień (temperamentu nigdy mu nie brakowało), w rzeczonym ensemble bardziej koncentruje się na współczesnej kompozycji, która równie dużo czerpie z post-jazzu, jak i muzyki definitywnie kameralnej.

Szczególnym przykładem takiego podejścia do muzyki jest ostatnia płyta Sonic Fiction, nagrana w intrygującej formule kwartet+. Fortepian lidera, klarnety Franka Gratkowskiego, perkusja Gerry’ego Hemingwaya, altówka Laury Strobl, a w roli gościa Earl Howard obsługujący subtelną, nienachalną elektronikę i okazjonalnie dmiący w saksofon altowy. Danie wyszło z tego przepyszne, zatem bez zbędnej zwłoki posłuchajmy i poczytajmy.

  


Na album składa się sześć kilkuminutowych, dobrze udramatyzowanych opowieści i trzyczęściowy, trwający prawie kwadrans finał. Kameralne otwarcie nisko brzmiącego piana, klarnetu i perkusyjnych talerzy dość szybko przekształca się w ruchliwą akcję zaczepną dzięki rozkołysanej altówce i oplatającej akustykę strudze filigranowej elektroniki. Całość wydaje się dość precyzyjnie zadekretowana, ale jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni każdemu artyście w indywidualne podejście do dyrektyw kompozytorskich. Druga historia na starcie wydaje się jeszcze delikatniejsza, pleciona z wyjątkowo krótkich fraz, ale ledwie po kilku pętlach zwinnie przepoczwarza się w zwarty, niemal free jazzowy galop. W tym tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się altówka, która soczystymi preparacjami bez trudu odnajduje dialog z bardziej masywnymi instrumentami. Utwór trzeci daje chwile kameralnego wytchnienia, wszystko zdaje się tu być pod pełną kontrolą, ale emocji i jakości, i tym razem nie brakuje.

Z kolei otwarcie czwartej części jest nerwowe, świetnie ulepione drummingiem i elektroniką. Po kilku bardziej intensywnych wdechach flow studzi się i uwalnia przestrzeń na kolejną garść altówkowych smakołyków. W piątym utworze pierwsze frazy pochodzą z samego dna każdego z instrumentów. Szmery, preparacje, głębokie wdechy i szum elektroniki. Na szczyt wiedzie tu wszystkich klarnet basowy, ale zaraz po nim nadpływa głęboka dolina soczystego ambientu, okraszona niemal post-klasycznymi frazami fortepianu. W kolejnej opowieści rządzą dwa interesujące duety, które stają w delikatnej opozycji. Najpierw piano i basowy klarnet w pozie kameralnej, potem altówka i saksofon altowy w opcji free impro. Puentą jest post-jazz podany w definitywnie atrakcyjnym tempie.

Album wieńczy trzyczęściowa opowieść początkowo osnuta wokół brzmienia altówki, delikatnie multiplikowanej elektroniką. Potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i strwożony klarnet basowy. Wszystko grane jest na wdechu, dzięki czemu zyskuje na czysto akustycznym pięknie. Tym razem rolę dramaturgicznego kontrapunktu pełni smuga syntetycznie brzmiącego ambientu. Pojawiają się molowe melodie, ale i kilka nerwowych reakcji. Zakończenie albumu animuje porcja wielowymiarowych, multiinstrumentalnych preparacji. Altówka śpiewa, wtóruje jej równie melodyjna elektronika. Opowieść nosi znamiona farewell song, ale wydaje się zaskakująco nerwowa, szarpana, pełna niepokoju. Emocje studzi w końcu oniryczne tło elektroniki i kameralne lamenty altówki.

 

Sonic Fiction Special feat. Earl Howard Banding Patterns (Random Acoustic, CD 2026). Earl Howard – elektronika, saksofon altowy, Frank Gratkowski – klarnety, Laura Strobl – altówka, Georg Graewe – fortepian oraz Gerry Hemingway – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Kolonii, marzec 2025. Dziewięć utworów, 49 minut.



 

piątek, 19 stycznia 2024

Izumi Kimura & Gerry Hemingway! Kairos!


Fundacja Słuchaj! zaprasza na spotkanie pewnej japońskiej pianistki, którą znamy już z kilku wstrząsająco udanych albumów wydanych przez ten label i pewnego amerykańskiego perkusisty, który bez cienia wątpliwości jest legendą muzyki improwizowanej. Być może nie wszyscy wiedzą, iż w autorskim portfolio tego jegomościa są także albumy, na których rzeczony muzyk śpiewa. Tu, na albumie Ikaros czyni to także! I to jak pięknie! Definitywnie Gerry Hemingway poradziliby sobie doskonale na scenie popowych wokalistów! A Izumi Kimura? Poza wszelkimi innymi walorami, trudno na scenie muzyki improwizowanej znaleźć bardziej wrażliwą na niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne pianistkę.

Na album Kimury i Hemingwaya składają się zarówno nagrania studyjne ze Szwajcarii, jak i koncertowe z Irlandii. Zdecydowana większość materiału podpisana jest w ujęciu autorskim wspólnie, pojedyncze utwory są dziełami każdego z artystów, a siódmy utwór to traditional, zapewne rodem z Japonii, w którym to właśnie wokalnie udziela się drummer.




Początek płyty szyty jest wyjątkowo minimalistycznym ściegiem. Rytualne slow motion opiera się tu na leniwych klawiszach piana i perkusji wykorzystywanej do pary z wibrafonem. Najefektowniejszy jest jednak finał utworu, gdy narracja staje się wyjątkowo mroczna, ale i delikatna. Tworzą ją muśnięcia werbla i ciche frazy inside piano. Druga opowieść zdominowana jest przez rytm kreowany nie tylko przez perkusję. Improwizacja dostarcza tu nad wyraz dużo emocji. W trzeciej opowieści przenosimy się na jeden utwór z Lucerny do Dublina. Rozbudowana opowieść pełna jest dźwięków preparowanych perkusji i rytualnych akcji piana. Najpierw muzycy mają w głowie minimalizm, potem szukają jazzu, by po niedługiej chwili obudzić się w chmurze ekspresji godnej miana free jazzu. Na zakończenie opowieść efektownie tłumi się wprost w abstrakcyjne, ponadgatunkowe impro.

Czwarty utwór, podobnie jak pieśń finałowa, to ledwie kilkudziesięciosekundowa miniatura. Ta przesączona jest emocjami open jazzu i zdominowana rytmem perkusji. Kolejna dwa utwory znów powstały w Dublinie. W piątej opowieści Kimura swobodnie przenosi nas do krainy post-klasycznej łagodności. Japonka idzie tu zdecydowanie w pierwszym szeregu, przez moment nawet bez asysty Hemingwaya. Ten wraca na etapie kody i syci narrację porcją zdrowego jazzu. W utworze szóstym dominuje delikatność i filigranowość. Z jednej strony wytłumione frazy inside piano, z drugiej subtelne dźwięki marimby i wibrafonu. Dialog artystów z czasem nabiera tu jazzowych rumieńców. Wreszcie siódma, tradycyjna melodia. Zaczyna się post-klasycznym fortepianem. Potem słyszymy dźwięk, który wydaje się być dziełem instrumentu dętego, zaraz potem wydaje nam się, że to harmonijka ustna. Ciągle jesteśmy jednak w błędzie. Owe zmysłowe pomrukiwanie, to głos perkusisty, który z czasem przechodzi w fazę melodyjnego śpiewu. Piosenka nabiera cech typowej amerykańskiej ballady w rozległą prerią w tle. Album wieńczy wspomniana już wcześniej miniatura. Tym razem tworzą ją głęboko osadzone fazy piana i wibrafonu, pozostające w stanie delikatnego dygotu.

 

Izumi Kimura & Gerry Hemingway Kairos (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Izumi Kimura – fortepian oraz Gerry Hemingway - perkusja, marimba, wibrafon, głos. Nagrane w Lucernie, sierpień 2022 oraz National Concert Hall, Dublin, maj 2022. Osiem utworów, 42:47.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została dawno, dawno temu opublikowana



 

piątek, 8 kwietnia 2022

Kamarilla! Litterjug! Archer! Carvalhais! Orquesta Inorgánica! Otto! MingBauSet! The April Round-up with quite jazzy mood!


Kwietniowa zbiorówka recenzji świeżutkich płyt, jakie przetoczyły się w ostatnich tygodniach przez redakcyjne odtwarzacze, tym razem pod znakiem jazzu! I to nie tylko tego swobodnego, ognistego, w pełni improwizowanego, ale także – i przed wszystkim! – bazującego na dobrych kompozycjach, bogatych i niebanalnych aranżacjach, zatem na tym wszystkim, co znamionuje jakość we współczesnym jazzie!

Nasza dzisiejsza podróż będzie jednakowoż trochę szalona i nad wyraz kolorowa! Zaczniemy po katalońsku, bystrym septetem naszych dobrych znajomych, a zaraz po nim kopenhaskie trio z polskim akcentem, grające thrash jazz (!) i brytyjski skład trzyosobowy, wypełniony muzykami mniej znanymi w tych łamach. Po nich prawdziwie main-streamowy sekstet z Portugalii (trochę międzynarodowy) z posmakiem dobrego, starego fussion i duża orkiestra z Argentyny, która tak samo kocha jazz, jak i swobodną kameralistykę. Tuż przed końcem totalny hit! Bach zaaranżowany i grany na jazz-rockowo, tu we francuskim wydaniu! Wreszcie na finał improwizacja tria, które obok jazzu stawia także na rockowe emocje i folkowe skale!

So, Welcome to the House Of Fun!

 


Albert Cirera & Kamarilla  Aquella Cosa (Underpool Records, CD 2022)

Kataloński septet pod światłym przywództwem Alberta Cirery (saksofon tenorowy i sopranowy oraz kompozycje, jedna inspirowana chorałem Bacha!), to obok lidera następujący muzycy: Marcel-lí Bayer – saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy, Iván González i Pol Padrós – trąbki, Vicent Pérez – puzon, Martin Leiton – bas elektryczny oraz Ramon Prats – perkusja. Dziewięć utworów (prawie 68 minut) zarejestrowano latem ubiegłego roku w Barcelonie (studio UnderPool).  

Jeden z najbardziej innowacyjnych współczesnych saksofonistów, prawdziwy emancypator rozszerzonych technik gry zaprasza nas … na spotkanie z jazzem! Jak najbardziej autorskim, wypełnionym własnymi kompozycjami, świetnymi aranżacjami, wreszcie całą porcją zabawy i czystej radości z grania. Do septetu dobrał sobie dobrych znajomych (także naszych!), świetnych improwizatorów, facetów, co to z niejednego pieca chleb jedli. Efekt w wielu momentach nie może nas nie zachwycać, mimo, iż Cirera trzyma się jazzowych kanonów, niczym tonący brzytwy. W jego muzyce pobrzmiewa echo colemanowskich harmonii i melodii, aylerowskich zaśpiewów i hymnów chwalących uduchowioną egzystencję, wszystko zaś przesycone jest dobrą energią, świetną komunikacją, no i nade wszystkim zmysłem wyjątkowo bystrego kompozytora.

Pierwszy temat Kamarilli pełen jest dynamiki i zwiewnej taneczności, budowanej przez pięć dziarskich instrumentów dętych, które swawolą w rytmie, kreowanym przez elektryczny bas i zwinną perkusję. Druga i trzecia kompozycja, to ulubione momenty recenzenta. Ta druga, poszarpana po colemanowsku, pełna jest melodii i emocji płynących z soczystych improwizacji. Z jednej strony duże porcje ekspresji, z drugiej wręcz wirtuozerska aranżacja dętych eksplozji. Trzecia część, mająca barokową bazę, stawia na preparacje, z których wykluwa się mroczna, post-jazzowa ballada. Kolejna opowieść powraca do dynamiki, nieźle swinguje, początkowo łagodna w brzmieniu, uroczo pęcznieje free jazzowymi emocjami, nie bez colemanowskiego sznytu w tle. Piąta kompozycja pachnie Aylerem, ciągnięta ku górze przez saksofony i zdobiona molowym komentarzem pozostałych, szósta zaś przypomina latynoski evergreen grany do tańca, świetnie zrekapitulowany doskonałą ekspozycją solową puzonu. Siódma część, to ciekawy dysonans. Najpierw zgiełk rozkrzyczanych dęciaków, napotykający na agresywną ripostę sekcji rytmu, a potem zaskakujący krok ku cool-jazzowej balladzie. Przedostatnia kompozycja ma bardziej stabilną dynamikę, bazuje na rytmie, a zdobi ją ponownie solówka puzonu. Wreszcie najdłuższa, ostatnia opowieść, która najpierw jest słodką balladą, potem zaś wpada w szalony rytm i sięga free jazzowego nieba. Sporym zakończeniem są … finałowe oklaski, wygląda na to, iż w trakcie utworu przenieśliśmy się na koncert Kamarilli!

 


Litterjug  Litterjug (Gotta Let It Out, CD 2022)

Międzynarodowe trio, zlokalizowane w Kopenhadze, zwie się jak wyżej wskazano, a tworzą je: Andrius Dereviancenko – saksofon tenorowy i klarnet, Szymon Gąsiorek – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Asger Thomsen – kontrabas, obiekty, kompozycje. Tych ostatnich na płycie bez tytułu jest dokładnie siedem, trwają 37 minut z sekundami, a powstały w Kopenhadze, w miejscu zwanym Panalama (czas akcji nieznany).

Pozostajemy w obrębie jazzowych kompozycji, ale tym razem stanowią one jedynie pretekst do krwistych, free jazzowych, swobodnie realizowanych improwizacji. Muzycy określają swoją muzykę szalonym mianem thrash jazzu, ale po prawdzie brzmienie instrumentów, niemal rockowy temperament wykonawców i moc masy, tudzież konstruktywnej agresji zawartej w dźwiękach i pomiędzy nimi, sprawia, że im dłużej słucha się tej naprawdę świetnej plyty, tym bardziej przyznajemy rację. Yes, indeed, this is truely thrash jazz!

Start jest ostry, soczysty, niepozostawiający złudzeń, co do niecnych planów artystów. Kontrabas brzmi tu jak walec, szyje połamany rytm, w tubie tenoru gotuje się free jazz, a perkusja bębni aż miło. Muzycy koncertują się na ogrywaniu bystrej struktury rytmicznej, po czym przepięknie osiągają bolesny padół doskonałych preparacji. W drugiej kompozycji dokładają nieco colemanowskiej melodyki, sycąc improwizację sporą porcją dynamiki. Ich swinging & punky drive niesie ze sobą dużo nerwowej taneczności. Z kolei w trzeciej odsłonie artyści początkowo sprawiają wrażenie, iż bardziej panują nad emocjami. Kolektywny i dość żwawy temat niespodziewanie ugina się tu pod ciężarem basowych strun i zaczyna płynąć powolnym, surowym strumieniem zastygającej lawy. Kilka wyważonych fraz daje oddech i pozwala zebrać siły na finałową eksplozję! Czwarta ekspozycja, to krótka opowieść, tkana smyczkiem, klarnetowym tembrem i całymi plejadami preparowanych dźwięków. Nerwowa dark ballada dla nadmiernie strapionych. Tuż po niej opus magnum tej niezwykłej thrash zone! Zaczyna ją ryjący bruzdy w ziemi, brudny smyczek, a kontynuuje fikuśny rytm, który rzuca nas od ściany do ściany. Ale jakby było mało – faza smyczkowych preparacji doszczętnie niszczy nasze narządy słuchu! Żelazna narracja szyta tu jest permanentną zmianą. Szósta opowieść podkręca tempo, znów pachnie po colemanowsku, melodią zszarganych emocji. Pokrętna taneczność wyprowadza na szczyt saksofon, który daje najlepsze, co ma w tubie. Ostatnia kompo-improwizacja, niczym wisienka na torcie! Znów smyczkowe intro, garść melodii i perkusyjne szaleństwa w tle. Muzycy na finał obrali sobie efektowne wzniesienie - krzyczą, preparują, przedrzeźniają każdą frazę! 

 


Martin Archer Trio  See You Soon Or See You Sometime (Discus Music, CD 2022)

Kolejne trio pochodzi z Wielkiej Brytanii. To muzycy mniej znani na tych łamach, ale powszechnie na tamtych ziemiach rozpoznawalni, szczególnie saksofonista, który pośród wielu aktywności prowadzi także label, wskazany jako wydawca niniejszej plyty. Zatem: Martin Archer – saksofon tenorowy, sopranino i saxello, Michael Bardon – kontrabas i wiolonczela oraz Walt Shaw – perkusja i instrumenty perkusyjne. Muzycy przygotowali dla nas sześć improwizowanych utworów, z których przynamniej część sprawia wrażenie, iż bazuje na materiale skomponowanym. Nie wiemy, kiedy i gdzie powstały te nagrania, wiemy jednak, iż trwają łącznie prawie 57 minut.

Pierwsze trzy improwizacje, bazujące na open jazzowym frazowaniu, budowane są przez artystów niebywale spokojnie, bardzo swobodnie, z dużą dbałością o detale brzmieniowe i dramaturgiczne. Archer zaczyna od saksofonu tenorowego, ale często też sięga po lżejsze odmiany instrumentu, także w trakcie tego samego utworu. Trio zdaje się kreować narrację jakby na przednówku free jazzu. Czasami wystarczy krok, by uciec w ciekawą ekspresję, ale co do zasady, wszystkim się tu donikąd nie spieszy. Opowieść pełna jest otwartych, nieskalonych nadmiarem dźwięków przestrzeni. Nawet jeśli muzycy trzymają się balladowego tempa, to często szyją ścieg całkiem nerwowymi frazami. Gdy stawiają na dynamikę, choćby w trzeciej części, ich półgalop pięknie definiuje się pojęciem kind of free jazz. Wrażliwy kontrabasista snuje tu na ogół jazzowe opowieści, ale gdy sięga po smyczek, jego flow natychmiast nabiera zmysłowego, kameralnego posmaku. Równie stylowy jest tu perkusista, który nie skupia się wyłącznie na drummingu, ale też pięknie koloryzuje w dowolnie zadanej estetyce. W drugiej improwizacji muzycy udanie eksplorują faktury dźwiękowe metodą pytań i odpowiedzi. W trzeciej ciekawie żonglują tempem i technikami gry, nie stroniąc od nieprzegadanych ekspozycji solowych.

Czwarta opowieść ucieka w melodykę neo-folkową, a w grze pojawiają się wiolonczela i saxello. W dwóch ostatnich utworach muzycy wracają do estetyki open jazzu. Improwizację zdobią perkusjonalnymi świecidełkami, udanie prowadzą grę zarówno na wdechu, jak i wtedy, gdy delikatnie puszczają cugle ekspresji. Ponownie nie stronią od preparacji i poszukiwania kameralnych zaułków. W finałowej części szczególnie dobrze realizuje się kontrabasista, która gra w jednym ciągu dramaturgicznym frazy pizzicato i arco. Stabilne tempo daje szansę na dostrzeganie wielu niuansów i wewnętrznej melodyki całej opowieści.

 


Hugo Carvalhais  Ascetica (Clean Feed Records, CD 2022)

Lecimy do Portugalii! Trzy spotkania studyjne w trzech różnych miejscach i sześcioosobowy skład pod kierunkiem kontrabasisty (wyposażonego także w elektronikę) i kompozytora całości Hugo Carvalhaisa. Obok niego: Emile Parisien – saksofon sopranowy, Liudas Mockunas – saksofon tenorowy i klarnet, Fábio Almeida – saksofon altowy i flet, Gabriel Pinto - piano, organy, syntezator oraz Mário Costa – perkusja. Nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, zawiera dziesięć kompozycji, których wykonanie zajęło muzykom prawie 50 minut.

Spotkanie z jazzem środka, jaki proponuje nam sekstet Carvalhaisa, to dla miłośnika fire music i swobodnej improwizacji duże wyzwanie estetyczne, po prawdzie w wielu momentach nie do końca akceptowalne, ale muzyka z tego albumu ma przynajmniej dwa atrybuty, które stanowią, iż warto ostatecznie sięgnąć po to nagranie. Narracja wielu fragmentów tej płyty płynie spokojnym, delikatnym, chwilami wręcz przesłodzonym brzmieniem saksofonów i piana, szczególnie akustycznego, ale opowieść cały czas podszyta jest elektroakustycznym backgroundem. To mąci spokój opowieści, buduje ciekawy suspens, wreszcie sprawia, iż całość nie do końca przyobleka szaty jazzowego chill-outu. Czasami owo tło budowane jest przez plamy syntezatora lub organów, które brzmią mrocznie, wręcz złowieszczo, kreując efektowny dysonans w stosunku do nurtu głównego narracji. Biorąc zaś całość propozycji portugalskiego kontrabasisty pod recenzencką lupę, można dostrzec w niej posmak fussion jazzu i całą masę skojarzeń z tego typu muzyką z lat 70. ubiegłego stulecia, w szczególności z wczesnymi nagraniami Return To Forever.

Wśród najciekawszych momentów albumu warto wskazać samo jego otwarcie. Oto dynamiczny fussion jazz z wyeksponowanym, ciepłym, niemal elektrycznie brzmiącym kontrabasem, chwilami powykręcanym metrum, całkiem bogatym pakietem niuansów aranżacyjnych oraz niedługich, solowych improwizacji, często prowadzonych także w duetach. Kolejnym udanym momentem, niemal rodzynkiem w zalewie balladowych, jazzowych opowieści jest utwór czwarty, który rozpoczyna się biciem perkusyjnej stopy i drobnymi preparacjami, potem zaś skrzy się wyjątkowo bystrymi interakcjami pomiędzy muzykami. Wreszcie podoba nam się dziewiąta część. Tutaj dużą rolę odgrywają organy i dynamiczny drumming. W dalszej części utworu swoje dodaje saksofon tenorowy (Mockunas!), który bodaj jedyny raz na płycie przemyca kilka bardziej gorących i ekspresyjnych fraz.

 


Jorge Torrecillas’ Orquesta Inorgánica  Noctámbulos (Neue Numeral, DL 2022)

Najwyższy czas opuścić Europę! Zapraszamy do argentyńskiego Tandil i studia Haciendo Discos na spotkanie z dużym składem dowodzonym (przynamniej w aspekcie kompozytorskim!) przez dobrze nam znanego saksofonistę Jorge Torrecillasa (alt i tenor). Jesienią ubiegłego roku powstało nagranie, w którym uczestniczyli także: Maria Eugenia Irianni – flet, Ana Vocaturo Alfonso – klarnet, Fabian Bullotti – saksofon sopranowy, tenorowy i flet, Sandra Chariatti – saksofon altowy i flet, Aníbal Tobos Vergara – saksofon tenorowy, digeridoo, instrumenty perkusyjne, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Juan Torrissi – saksofon barytonowy, Nahuel Bugarini – gitara, Mario Alba – kontrabas, Dai Grierson – perkusja, Juanita Flores Arce – wokal oraz Alicia Larsen – recytacja. Album trwa 63 minuty z sekundami.

Trzynastu artystów, osiem bogatych w improwizowane wydarzenia kompozycji, całe mnóstwo pomysłów, niemal w każdym przypadku udanie przetransponowanych w zgrabne interwały muzyczne - w trakcie odsłuchu Orkiestry z Argentyny nie grozi nam chwila nudy! Oto, jak kipiący emocjami, wytrawny jazz spotyka się z wyrafinowaną kameralistyką, która uwielbia taplać się w zmysłowej improwizacji. Ośmioro muzyków władających czeredą instrumentów dętych (mnóstwo fletów!), rozbudowana sekcja rytmu i kobiece głosy, choć incydentalne, to dobrze umiejscowione w dramaturgii całości. Nic, tylko się zasłuchać!

Początek podróży od razu wystawia nas na działanie dynamicznej i ekspresyjnej narracji. Freejazzowe wyziewy z gitary, radosny temat grany tutti, rockowe przełomy i częste zmiany tempa godne Johna Zorna, wreszcie kameralne interludia z bogatym orszakiem fletowych zdobień. Pojawia się też wokal, a na koniec post-psychodeliczne solo gitarzysty. Druga opowieść bazuje najpierw na instrumentach dętych, które prowadzą kameralną improwizację pełną pytań i odpowiedzi. W połowie nagrania narrację udanie przejmują gitara i kontrabas. Trzecia historia, silnie ustrukturyzowana wolą kompozytora, zagłębia się w brzmienia bliskie tzw. trzeciego nurtu w muzyce. Z kolei czwarta powraca do estetyki dynamicznego jazzu, bogato zdobionego improwizacjami, szczególnie saksofonów i gitary, w konsekwencji których zakończenie pełne jest ekspresyjnego free. Kolejne trzy kompozycje, znów pozostawiające muzykom dużą przestrzeń na improwizację, czerpią inspirację z kameralnych zainteresowań kompozytora. W piątej ciekawa mieszanka – kontrabas ciągnie w kierunku jazzu, gitara ku psychodelii, saksofon woli chamber, a na koniec głos recytuje tekst w jakimś skandynawskim języku! W szóstej części rządzą flety, opowieść zdaje się być dość mroczną, a w jej tle skrzą się preparowane frazy. Siódma opowieść pachnie cool-jazzem, zdobionym frisellowską gitarą, w ósmej zaś, tej na zakończenie, powraca jazzowa estetyka - to kolektywna narracja z saksofonem w roli przewodnika improwizacji.

 


Otto  Danses (Circum-Disc, CD 2022)

Na Stary Kontynent wracamy z przytupem, by pośpiewać i potańczyć przy nieśmiertelnych kompozycjach Jana Sebastiana Bacha! Na jazzowy i rockowy warsztat jego piękne, jakże improwizowane (!) melodie wzięli: Ivann Cruz – gitara elektryczna oraz Frederic L’Homme – perkusja. Nagrania powstały ubiegłej wiosny we Francji, w trakcie trzech ciepłych majowych dni. Trzynaście utworów mistrza baroku trwa tu około 50 minut.

Na tych łamach nie jesteśmy szczególnie biegli w interpretacjach muzyki Bacha, preferujemy raczej naturalne wykonania, najlepiej na instrumentach z epoki, ale … to, co zrobili francuscy improwizatorzy z kompozycjami mistrza baroku nie może nie budzić naszej powszechnej radości. Oto bowiem otrzymujemy muzykę z rockowym zębem (perkusji), wirtuozersko wykonaną (przez gitarę), kipiącą jazzowymi emocjami, a nade wszystko zwiewną, taneczną, melodyjną, w pełni bachowską wizję dobrej zabawy z dźwiękami. Pośród trzynastu utworów ledwie dwa trwają dłużej niż cztery minuty. Reszta to dobrze skrojone piosenki bez tekstu, na ogół zgrabnie konsumujące bachowską melodię, zmysłowo i filigranowo improwizowane, trzymające się formy i dramaturgicznej dyscypliny. W tych dwóch pozostałych muzycy efektownie odpływają w zaświaty, ale o tym już w kolejnym akapicie.

Początek albumu ma rytm, stonowane, nieco frywolne emocje, pachnie bluesem i bachowską melodyką, która w ostatecznym rozrachunku dominuje. W drugiej części gitara nabiera rockowego, sfuzzowanego brzmienia, z kolei w trzeciej, to perkusja łamie konwencje, bystrze miesza rytm i kręci urocze pętle. Czwarta opowieść trwa sześć minut i po raz pierwszy pokazuje nieco psychodeliczne oblicze gitary. Oto ballada z nerwowym rytmem perkusji, w trakcie której Bach pojawia się dopiero pod koniec narracji. Piąta etiuda pachnie jazzem i podobnie, jak kolejna opowieść, zbudowana jest na dysonansie rytmicznym. Perkusja gna do przodu, gitara śpiewa leniwym głosem. Siódemka dokłada do obrazu całości prawdziwie rockowy rytm i całkiem bystre tempo. No i ósemka, prawie 14 minut! To tu Cruz i L’Homme pięknie odpływają w psychodeliczne zaświaty. Post-rockowa ucieczka w trans i medytację. Gitara śpiewa rozlewającym się tembrem, a echa Bacha mogą być dostrzegalne jedynie w trakcie samego zakończenia tej szalonej podróży. Ostatnie cztery części, to urocze miniatury. Znajdujemy w nich rockowy drive z riffami, całe pasma niskich, niemal basowych pochodów gitary, także delikatnego walczyka do tańca i wreszcie prawdziwie barokową, końcową balladę zagraną czystym tembrem, filigranową, znów idealną do śpiewu i dobrej zabawy.

 


Ming Bau Set (Gerry Hemingway / Vera Bauman / Florestan Berset)  Yakut's Gallop (Fundacja Słuchaj, CD 2021) *)

Amerykański perkusista Gerry Hemingway, choć jest legendą jazzu i free jazzu, nie przestaje poszukiwać nowych artystycznych środków wyrazu. Śmiało sięga w takich okolicznościach po swobodną improwizację. Trio MingBauSet, uzupełnione przez dwójkę młodych muzyków ze Szwajcarii, doskonale wpisuje się w ów wątek jego twórczości. A zatem Gerry - perkusja, głos i harmonika, Vera Baumann - śpiew oraz Florestan Berset eksplorujący możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej. Ich nagranie powstało w szwajcarskim Stalden (we wrześniu 2020 roku), trwa 53 i pół minuty, składa się z sześciu epizodów. 

Jeśli mielibyśmy osadzić gatunkowo improwizację, jaką proponuje nam trio Ming Bau Set, to wskazać winniśmy na wiele tropów. Z jednej strony odnajdujemy tu oczywiście bagaż dziedzictwa free jazzu, tudzież konceptualnej, jazzowej improwizacji spod znaku Anthony’ego Braxtona (Hemingway spędził w jego kwartecie tyle lat, iż piętno mistrza nie może nie być elementem jego warsztatu). Z drugiej strony prawdziwy powiem młodości, która płynie szerokim strumieniem gitarowej, post-rockowej, a nawet psychodelicznej improwizacji i jakże intymnej, neo-folkowej wokalistyki, która bazuje na ekspresji, ale sięga też po bardziej wyrafinowane środki wyrazu.

Płyta zaczyna się dość dynamicznie, pokazując w kilka chwil wszystkie istotne atrybuty tria, jakie omówiliśmy w poprzednim akapicie. Po uzasadnionym dramaturgicznie spowolnieniu narracja skutecznie szuka ciszy i buduje suspens oparty na brzmieniu gitary. Druga opowieść, to bodaj najlepsze kilka minut całej płyty. Trochę preparacji na werblu, nerwowy splot gardłowych dźwięków i zadziorna, grająca w poprzek nurtu głównego gitara. Całość doposażona zostaje tu w pakiet emocji nieobliczalnej improwizacji. Trzeci utwór, to ledwie miniatura, ale także stawiająca przy dokonaniach tria duży plus. Klei się z gitarowych pick-upów, dźwięków harmoniki i oddechu przestraszonej wokalistki. Kolejne trzy opowieści, każda trwająca powyżej dziesięciu minut, mają już problem, by na stałe przykuć naszą uwagę. Dużo w nich ciekawych rozwiązań, dramaturgicznych spięć, ale także momentów zawahania, czy też nadmiernego żonglowania stylistyką. W piątej części narracja przez moment zamienia się w soczysty ambient, ale kierunek podróży zostaje szybko zmieniony. Z kolei w ostatniej improwizacji dużo do powiedzenia ma gitarzysta, ale nie może się samookreślić. Post-rockowe, swobodne pasaże z dubowym echem zdobi jazzowymi gresami, które burzą nastrój chwili. Oddać wszakże należy muzykom, iż narracyjne mielizny potrafią każdorazowo przekuwać w bystre, intrygujące zakończenia.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 


wtorek, 7 kwietnia 2020

Gerry Hemingway! A Couple for Eternal Happiness!


W pewnym doskonałym, współczesnym włoskim filmie, główny bohater, artysta, kończy właśnie 65 lat i mówi: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności!

Amerykański drummer, Gerry Hemingway, mistrz wielu fantastycznych sytuacji jazzowych i improwizowanych, wieloletni współpracownik Anthony'ego Braxtona, w tym roku także skończył owe zacne 65 lat. Dzięki krajowemu wydawcy - Fundacji Słuchaj! - możemy delektować się dwoma nowymi wydawnictwa z udziałem zacnego jubilata. Najpierw duet, potem trio! Zapraszamy do czytania i słuchania!




Composition O by Vincent Glanzmann/ Gerry Hemingway *)

Legenda światowej, jazzowej i improwizowanej perkusji, Amerykanin Jerry Hemingway w parze ze szwajcarskim młodziakiem Vincentem Glanzmannem, w kompozycji O na dwa zestawy instrumentów perkusyjnych, składającej się z sześciu części (pozostającej wszakże nieprzerwanym strumieniem dźwięków), a trwającej 36 minut i 33 sekundy. Vincent używał będzie talerzy, bębna, perkusjonalii i kontrolowanej amplifikacji, Gerry zaś – talerzy, perkusjonalii, harmoniki i głosu, a także kontrolowanej amplifikacji. Nagranie pochodzi z roku 2017. Zaglądamy do środka w celu poszukiwania intrygujących dźwięków i znamion improwizacji. Uprzedźmy przebieg wydarzeń – znajdziemy jedno i drugie!

Spektakl dźwiękowy otwierają rezonujące talerze (a jakże!), a także inne przedmioty płaskie, które nie pozostają obojętne na ów proceder. Jeden z muzyków podaje też rytm, który kreśli oś dramaturgii początku nagrania. Gong, który drży nieco wolniej i szemrząca elektroakustycznie amplifikacja, to kolejne elementy składowe układanki zwanej O. Dźwięki płyną do nas swobodnie, ale z pewnością wedle precyzyjnie zaplanowanego scenariusza (grafika wewnątrz okładki płyty dla niektórych może okazać się pomocna – jako żywo, przypomina twórcze bazgroły Anthony Braxtona, co nie dziwi, gdy weźmie się pod lupę artystyczny życiorys Hemingwaya). Finał części pierwszej jest bardzo efektowny akustycznie, niepozbawiony elementów polirytmii.

Fajerwerki na suchych talerzach, które zwinnie introdukują część drugą, równie błyskotliwie gasną, by dać początek pulsującej ciszy, rezonującej metalicznie. Muzycy preparują dźwięki, konsekwentnie budują narrację, stawiają na działania zaplanowane i pewną powtarzalność zjawisk (rytm!), na sekwencję fonii na poły elektroakustycznych (amplifikatory nie zasypiają!). Kolejne dwa fragmenty rozwijają koncepcje preparowania i meta rytmicznego drummingu, choć akt czwarty trwa ledwie minutę i toczy się niemal wyłącznie na glazurze talerzy.

Część piąta, najdłuższa, stawia na elektroakustykę już pełną gębą! Amplifikatory szumią, przestrzeń drży, śpiewa i pomrukuje (to tu pojawia się harmonijka i głos Hemingwaya). Narracja niepozbawiona pustych przebiegów toczy się jednak intrygująco, a samych dźwięków jakby przybywało. Talerze zarówno rezonują, jak i stanowią bazę na dynamizującego całość drummingu. Finał odcinka pęcznieje od zdarzeń, niepozbawionych nawet aury perkusjonalnego dark ambientu. Ostatnia część kompozycji O stawia na krótsze frazy, a nawet pojedyncze dźwięki. Wszystko w tym miejscu spektaklu zdaje się drżeć, rezonować ze sobą i budować zmyślny, elektroakustyczny post-ambient. Ostatnia prosta nie może nie należeć jednak do samotnych, czystych akustycznie talerzy.




Concertgebouw Brugge 2014 by Graewe/ Reijseger/ Hemingway **)

Pianista Georg Graewe, wiolonczelista Ernst Reijseger i perkusista Gerry Hemingway znani są na światowej scenie muzyki jazzowej i improwizowanej od lat, ale być może niewielu z nas pamięta, iż jako trio debiutowali 30 lat temu. Na tę okoliczność Fundacja Słuchaj! proponuje nam ich koncert, zarejestrowany na … 25 lecie tria, albowiem nagranie Concertgebouw Brugge 2014, zgodnie ze swą nazwą, powstało pięć lat temu. Płyta w formacie CD jest dostępna od listopada ubiegłego roku.

Wprowadzenie w atmosferę koncertu odbywa się nad wyraz spokojnie. Łagodne, klasycyzujące piano, wysoki smyczek na strunach delikatnej wiolonczeli, wreszcie wytłumiony drumming – swobodne chamber z post-jazzowymi korzeniami. Jeśli coś te trio wyróżnia na tle innych tego typu składów trzyosobowych, to jest nim z jednej strony, użycie wiolonczeli (miast narzucającego się jazzowymi schematami kontrabasu), z drugiej zaś istotny fakt, iż Hemingway dość swobodnie i autorytarnie, co pewien czas, przesiada się z perkusji na marimbę. Tak właśnie dzieje się już po czterech minutach koncertu. Najpierw muzyk włącza się w dynamiczną ekspozycję, potem zdaje się być prowodyrem pierwszego spowolnienia. Narracja toczy się bardzo kolektywnie, w świetnej akustyce sali koncertowej, bez freejazzowych szarż pianisty (!), raczej w kameralnym skupieniu i precyzji, nawet w sytuacjach dynamicznych. Po ósmej minucie perkusja powraca i kreuje bardziej jazzowy odcinek narracji. Jeśli którykolwiek z instrumentów wydaje się mieć minimalną przewagę dramaturgiczną w procesie improwizacji tria, to jest nim wiolonczela. Raz gna zwinnym pizzicato, innym razem, dzięki smyczkowi, wprowadza niemal barokowy ład i porządek. Nie stroni także od krótkich, ale bardzo efektownych ekspozycji solowych. Taka sytuacja ma miejsce choćby po trzynastej minucie spektaklu. Po kolejnym powrocie marimby, aura dźwiękowa nabiera mroku, choć nie traci wewnętrznej dynamiki. Na finał pierwszej części sytuacja dramaturgiczna jawi się w sposób następujący - dynamiczna perkusja, która nie dość, że trzyma rytm narracji, to jeszcze bystrze preparuje swoje dźwięki, piano zaś systematycznie dokłada do ognia. Wulkan nagromadzonej w międzyczasie ekspresji, miast jednak eksplodować, przygasa w efekcie działań smyczka na wiolonczeli i prawdopodobnie także na którymś z elementów zestawu perkusyjnego, również traktowanego fragmentem silnie naciągniętego końskiego włosia.

Drugi fragment koncertu otwiera frywolna wiolonczela, który brzmi jak … gitara. Piano wchodzi po chwili marszowym krokiem, perkusja zaś wielobarwnym półrytmem, czyniąc całą introdukcję nieco klasycystyczną. Po pięciu minutach śmiały krok w kierunku open jazzu, dyktowany przez perkusję. Cello początkowo jest „na tak”, potem zmienia jednak zdanie i zaczyna jątrzyć wilgotnym smyczkiem, stanowić prawa i obowiązki, charakterystyczne dla zmysłowego post-chamber. Po chwili powraca marimba i wkleja się w barokowy flow wiolonczeli. Szczególnie piękny wydaje się fragment po dziesiątej minucie – piano gra abstrakcyjne frazy, a mały strunowiec buduje nisko zawieszony dron. Po chwili zostaje sam na scenie, ze strunami wysuszonymi na wiór. Powrót pozostałych instrumentów zwiastuje wzrost emocji - zwinne i nerwowe free improv. Pod koniec utworu – cello brzmi jak stukot końskich kopyt, piano frazuje post-jazzem, a perkusja wrze. Zejście w mrok ciszy, to oczywiście zadanie dla Reijsegera.

Ostatni fragment koncertu, definitywnie najkrótszy, zaczyna się w estetyce minimal – pojedyncze uderzenia w talerz, dźwięki wydawane otworem gębowym przez jednego z muzyków, rwane struny – skromne, ale stylowe call & responce! Piano wkracza do gry dopiero po 90 sekundach, znów pełne jest abstrakcyjnych dźwięków, które wzmagają efekty preparacji wiolonczeli i perkusji. Narracja nabiera zadziorności, dramaturgicznych kantów i dobrej dynamiki. Wiolonczelista zdaje się grać jednocześnie techniką pizzicato i arco, a po chwili jego instrument znów brzmi, jak gitara. Nim muzycy osiągną finałową ciszę, będą jeszcze kilkukrotnie zmieniać tempo i poziom scenicznych emocji. Sporo weźmie na siebie pianista, nie zabraknie marimby i smyczków, które ostatecznie zgaszą płomień narracji.


*) recenzja powstała na potrzeby jazzarium.pl i tamże została opublikowana
**) recenzja powstała na potrzeby jazzarium.pl i tamże ... zostanie niebawem opublikowana 

wtorek, 23 kwietnia 2019

Izumi Kimura! Barry Guy! Gerry Hemingway! Illuminated Silence!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.


Brytyjski kontrabasista Barry Guy nie ustaje w dostarczaniu nam nowych, jak zwykle ekscytujących nagrań! Z doskonałym amerykańskim perkusistą Gerry Hemingwayem nagrał nie jedną płytę, zdaje się jednak, iż z japońską pianistką Izumi Kimurą, w Dublinie (w Kościele Św. Anny), niemal dokładnie rok temu, zagrał po raz pierwszy. Koncert trwał 63 minuty z sekundami i złożyło się na niego osiem utworów (trzy z nich to improwizacje, pięć pozostałych, to kompozycje). Tytuł płyty widnieje w tytule niniejszej opowieści.




Początek spektaklu zwiastuje grzmot kontrabasu, krótka introdukcja perkusji, także efektowne wejście pianistki – wszystko czynione z przytupem! Przyczajona, zwinna, dobrze skomunikowana opowieść w formule całkowicie wolnej od zapisów z pięciolinii. Guy, prawdziwy lew, król puszczy, Kimura, bystra tygrysica, wreszcie Hemingway, orzeł o sokolim wzroku, mistrz chłodnej, ale jakże skrupulatnej narracji. Fortepian prowadzony jest kobiecą ręką, początkowo bardzo klasyczny w wyrazie, z każdą wszakże chwilą gotowy na realizację szalonych pomysłów starszych kolegów. Kontrabas, jak to zwykle w rękach Barry’ego, brzmiący niczym oratorium wielkanocne, często traktowany bywa smyczkiem dla podkreślenia dramaturgii wydarzeń, wprowadzenia odrobiny smutku do opowiadanej historii, nastroju nostalgii, czy artystycznej tęsknoty. Perkusja z jazzowym pazurem, precyzyjna niczym saper na polu minowym. Muzyka tria toczy się płynnie, nie ma w niej zakrętów, ani znaków zapytania. Od chamber do free improv artyści przechodzą w pół sekundy. Droga powrotna zajmuje im jeszcze mniej czasu.

Opowieść zwinnie, bez zbędnej przerwy, przechodzi od drugiej części, którą stanowi kompozycja Guya Blue Horizon, znana z innych wydawnictw kontrabasisty. Narracja jest zwarta, muzycy zdają się być bardzo ciasno posadowieni na scenie. Kimura płynie po klawiaturze soczyście, pewną ręką, jakkolwiek pełną artystycznego niepokoju. Guy i Hemingway czynią wszystko, byśmy z ogromną przyjemnością wspomnieli, pełne liryzmu, nagrania tria Aurora. Trzecia część ponownie zabiera nas w świat dramaturgicznej swobody – Improvisation on a Painting. Fortepianowe intro, potem salwa wyzwolonego impro! Piękny odcinek, perła za perłą - moc skupienia, precyzji, akustycznej nadwrażliwości. Kolejna historia zbudowana została na pięciolinii przez Japonkę, a zwie się The Willow Tree Cannot Be Broken By The Snow. Wstęp bardzo spokojny, klasycyzujący, godny mistrzów konserwatoriów. Kontrabas i perkusja dodają jednak utworowi takiej mocy, iż narracja szybko osiąga free jazzową masywność i adekwatną dynamikę. Bystre solo Hemingwaya, separatywny komentarz basu i powrót do słodyczy tematu na klawiaturze.

Piąta część, znów swobodnie rozgrywana, Improvisation on Light and Shadow, rodzi się tajemniczym intro, budowanym przez smyczek nisko zawieszony na gryfie kontrabasu. Dźwięki fortepianu zdają się być lekkie jak puch. Jakby pianistka tylko zbliżała opuszki palców do białych i czarnych klawiszy. Odrobina sonorystyki ze strony obu Panów dodaje fantastycznego smaczku całej narracji. Gdy Guy, na tle tych niebywałych mikro ekspozycji, rozpoczyna rytmiczny taniec techniką pizzicato, recenzent aż unosi się w powietrzu! Najlepszy jak dotąd fragment koncertu puentuje szybkie wejście w swobodną eskalację, dzięki bystrości umysłu Hemingwaya. Utwór nie kończy się, ale niespodziewanie, bardzo płynnie przechodzi w kompozycję numer sześć Ancients, która wyszła spod pióra Guya. Klasycyzująca solowa ekspozycja Japonki, trochę w słodkim smutku ECM-owskiej wrażliwości. W tej sytuacji scenicznej, pójście w bystry, otwarty jazz, zdaje się być mistrzowskim posunięciem męskiej części tria. Efektem niemal free jazzowa kipiel, a potem bardzo miękkie lądowanie.

Finałową część płyty rozpoczyna piękna, stylowa, minimalistyczna kompozycja Agusti Fernandeza How To Go Into A Room You Are Already In. Kontrabasowa introdukcja, małe piano sunące niemal jednym dźwiękiem, garść preparacji na gryfie. Eksplozja piękna! Kimura zdaje się nucić pod nosem piosenkę z dzieciństwa, kontrabas ckliwie zawodzi, piano repetuje, a perkusja milczy. Ostatnia kompozycja koncertu Finding It (Guy), nie pierwszy raz tego wieczoru, mocno zaskakuje – jazzowy, niemal bluesowy walking kontrabasu, perkusja z wykręconą do wewnątrz synkopą, dynamiczne frazy z klawiatury. Od galopu do ciszy i z powrotem! Free z elementami call & responce, powrót do bluesa – prawdziwy rollecaster! Emocje eksplodują po obu stronach sceny. Po wybrzmieniu, nie może być inaczej – standing ovation!




środa, 15 czerwca 2016

Frank Gratkowski – incydent elektroakustyczny skutkujący drobnym podsumowaniem


Jeśli mielibyśmy wskazać – oczywiście bez istotnej przyczyny – najbardziej niedocenionego muzyka improwizującego, rezydującego po naszej tronie Atlantyku, to być może błąd nasz byłby najmniejszy, gdybyśmy wskazali na Franka Gratkowskiego.

Doskonały alcista i klarnecista, kilka lat po 50 urodzinach, wychowany z matki Niemki, artystycznie rezydujący głównie w Kolonii, niezwykle rzadko dostępuje zaszczytu bycia wyróżnionym, czy hołubionym na próżnym rynku free jazzowych, improwizujących wyjadaczy. A to pomyłka iście kardynalna, albowiem Frank należy – w moim przekonaniu – do wąskiego grona naprawdę wybitnych muzyków współczesnych.

Tę śmiałą i bezczelną tezę postaram się udowodnić omawiając jedną z jego stosunkowo świeżych produkcji, a także dokonując skromnego resume dotychczasowego dorobku płytowego.


Zacznijmy zatem od… SKEIN!

Tak bowiem nazywa się wydawnictwo, zapewne po części także nazwa formacji (co sugerowałaby notyfikacja na portalu discogs.com), nad którą właśnie się pochylamy. Panowie Achim Kaufmann (piano), Wilbert de Joode (kontrabas) i Frank Gratkowski (saksofon altowy, klarnet i klarnet basowy) znają się jak łyse konie, a od ponad dekady w trio grają wysokiej klasy free improvisation (dorobek płytowy – za czas jakiś). Nie dalej jak trzy lata temu postanowili delikatnie urozmaicić tę trzyosobową zabawę, dopraszając do pewnego koncertu w Alte Feuerwache w Mannheim aż trzech muzyków – zaprawioną w bojach improwizacyjnych, wiolonczelistkę Okkyung Lee, perkusistę o wielowątkowych zainteresowaniach (także rockowych) Tony’ego Bucka oraz wybitnego specjalistę od elektroniki i dekonstrukcji dźwięków generowanych na żywo Richarda Barretta (którego pamiętamy świetnie choćby z Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera). Od razu dodajmy, iż w takim układzie personalnym było to pierwsze spotkanie tej szóstki doskonałych improwizatorów.




Blisko 70-minutowa swobodna improwizacja podzielona została na sześć odcinków, opatrzonych fikuśnymi tytułami, w nie do końca rozpoznanym języku. Startowe Tycho początkowo delikatnie kwili na elektroakustyczną modłę, kreśląc intrygującą sonorystycznie pajęczynę mikrodźwięków, na co drastycznie nabiega wiolonczela Lee, która nawet bez amplifikacji, ani dekonstrukcji ze strony Barretta, brzmi bardzo…. elektroakustycznie (czyli jest ok.!). Buck dotyka swego instrumentu perkusyjnego, jakby go nieco parzył, co jednak nie przeszkadza mu w procesie dynamizowania kolektywnie wijącej się improwizacji. Do gry wchodzą pozostali muzycy, a Lee ewidentnie podłącza się do prądu, co skutkuje u bardziej wrażliwych słuchaczy koniecznością redukcji poziomu głośności nagrania (czyli jest super!). W kolejnym fragmencie Axoneme nic nie zakłóca przebiegu wydarzeń, wszakże atmosfera rośnie, a prym wieść zaczyna Barrett, który swymi zmyślnymi, elektronicznymi dekonstrukcjami dźwięków, granych przez kolegów i koleżankę, sieje zdrowy ferment. Niespodziewanie jesteśmy już w odcinku Schacht, który z perspektywy całości zdaje się fragmentem kluczowym (i jest przeto najdłuższy). Pałeczkę przodownika kolektywnej pracy przejmuje Buck, który śmiało czerpie ze swego rockowego rodowodu, wprowadzając do tej coraz ciekawszej zabawy element zdecydowanie rytmiczny. Wiolonczela także przypomina sobie o swym gitarowym powinowactwie i zaczynamy dość ostrą jazdę, w której przez kilka chwil trudno odnaleźć się akustycznej frakcji sekstetu. Kaufmann spokojnie frazuje na boku, de Joode szuka drogi ucieczki, a Gratkowski najwyraźniej milczy… Ale to pozory. Barrett robi swoje, szukając nowych punktów zaczepienia dla zadziornych improwizacji, a na to wszystko wchodzi wybudzony z letargu Gratkowski i klarnetem komentuje bez cienia żenady wysiłki interlokutorów. Dynamika nagrania delikatnie przygasa, ciekawie preparowane jest piano, a klarnet ciężko dyszy… czekając na jakiś drogowskaz od partnerów. Zupełnie zaskakującym elementem okazują się w zaistniałej sytuacji subtelne dzwonki (zapewne to robota Bucka!). W odpowiedzi na ekscesy kolegów od żywych instrumentów, Barrett zrzuca płaszcz winylowych szumów i ta wspaniała, ponad 20 minutowa improwizacja może śmiało osiągać zasłużony finał. Nie czas jednak na odpoczynek – Adze startuje z drobnymi, elektroakustycznymi przekomarzaniami, które brutalnie gwałci rytmem perkusista. Następuje chwila zadziwiającej konsternacji, której puentą będzie … metronom! Jego tykanie – w tej nieoczywistej zabawie – też zdaje się być elementem mocno zaskakującym (a o to przecież tu chodzi!). No i czas na Limation, kolejną dłuższą opowieść. Elektronika spokojnie przyprósza akustykę pozostałych instrumentów, ugniata je delikatnie, jak ciasto na świąteczne pierogi. Alt Gratkowskiego rozpoczyna wężowy taniec godowy, generowany jakby z zamkniętej przestrzeni, krzycząc nieco upalonym soundem (miód!). Na dyskusję w podgrupie mają ochotę kontrabas i delikatnie zmutowana wiolonczela (ale pyskówka!). Robi się nastrojowo, czemu sprzyja niezobowiązująca kołderka z nieagresywnej elektroniki. Wszystko udanie puentuje Thrum, dynamicznym, kolektywnym i jakże konstruktywnym hałasem finałowym! Uff, co za uczta !?! Chcecie jeszcze? Play It Again!!!

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, iż fonograficzna dokumentacja powyższego koncertu jest dostępna od roku 2014, dzięki Leo Records, pod pełnym tytułem wykonawczym - Frank Gratkowski/ Achim Kaufmann/ Wilbert de Joode/ Okkyung Lee/ Richard Barrett/ Tony Buck  SKEIN.


Akustyczna praprzyczyna elektroakustycznego incydentu

Jak już wyżej zasugerowałem, Panowie Kaufmann, de Joode i Gratkowski od lat nastu tworzą ewidentny workband i dostarczają nam regularnie garść smakowitych, wolnych improwizacji na fortepian, kontrabas i zestaw instrumentów dętych. Pod trojgiem nazwisk mają na rozkładzie pięć krążków – Unearth (Nuscope Recordings, 2004), Kwast (Konnex, 2004), Palae (Leo Records, 2007), Geader (Gligg Records, 2013) i Oblengths (Leo Records, 2016).




Muzyka tria potrafi być nieśpieszna, a narracja często egzystuje w niskich rejestrach, zwłaszcza, gdy prym w procesie żmudnych, kolektywnych improwizacji przejmują kontrabas i klarnet kontrabasowy. Nie brakuje wszakże dynamicznych pasaży i nieoczywistych zagrywek Kaufmanna, którego jednak z perspektywy tych kilku płyt (ostatnia jeszcze do mnie nie trafiła) odnajduję jako element subdoskonały. Jeśli miałbym wskazać najbardziej wartościową pozycję tego tria, to bez zbędnej chwili zastanowienia wskazuję na krążek chronologicznie środkowy, czyli Palae. To tu poziom charakterystycznej dla tria zadumy i lekko klasycyzującego zadęcia jest istotnie zdominowany przez improwizacyjne wojny de Joode i Gratkowskiego.


Inne historie fortepianowe

Pierwowzorem dla powyższego tria może być – skąd inąd dalece doskonały – krążek Gratkowskiego poczyniony w towarzystwie pianisty Georga Graewe i wyśmienitego basisty Johna Lindberga – Arreas (Red Toucan, 2001). Dynamika smagania smyczkiem kontrabasu nadaje tej muzyce niebywałego smaku i ekwiwalentnej zadziorności. Tych cech nie brakuje też płycie GratHovOx (Nuscope, 2002), nagranej przez naszego bohatera z weteranami europejskiego free, czyli Fredem van Howe (piano) i Tony Oxleyem (perkusja). Ciekawa i pokrętnie melodyjna jest duetowa ekspozycja Ardent Grass (Red Toucan, 2010), gdzie partnerem Franka jest duński pianista Jacob Anderskov. Podobny charakter ma spotkanie Franka z holenderskim weteranem Mishą Mengelbergiem, na krążku pod wszystko mówiącym tytułem Frank Gratkowski Vis-a-vis Misha Mengelberg (Leo Records, 2006). Jedną z najstarszych rejestracji Gratkowskiego jest natomiast krążek VicissEtudes (Random Acoustic, 1993), poczyniony wspólnie z Georgiem Graewe, przy okazji - w mojej ocenie – najspokojniejszy i dalece mniej intrygujący od innych fortepianowych wydarzeń w życiu artystycznym Gratkowskiego (etiudy, etiudy… nie da się ukryć).


Kompozycja w służbie kompetentnej improwizacji

Bycie wytrawnym improwizatorem nie zaspakaja bynajmniej ambicji Franka Gratkowskiego. Alcista i klarnecista z Niemiec realizuje się – i to od lat – jako sprawny i kompetentny kompozytor. Głównym medium tej aktywności jest jego kwartet, funkcjonujący od półtorej dekady w niezmienionym składzie. Obok instrumentów lidera, jest tu miejsce na puzon Woltera Wierbosa, kontrabas Dietera Manderscheida i perkusję Gerry’ego Hemingwaya. Dotychczasowy dorobek dyskograficzny kwartetu zamyka się w czterech pozycjach – Kollaps (Red Toucan, 2001), Spectral Reflections (Leo Records, 2003), Facio (Leo Records, 2004) i Le Vent Et La Gorge (Leo Records, 2012). Już sama lektura tytułów kompozycji (zwłaszcza na debiucie), ich wielowymiarowość (bywają podzielone na wiele części), czy sam tytuł krążka drugiego, dowodzą dobitnie dużej pracy twórczej Gratkowskiego na etapie strukturyzowania utworów, czy kreślenia nutek na zawiłych arkuszach pięciolinii. Efekt wszakże tych literackich ekscesów jest dla mnie piorunujący. Zarysowane efektownie pod względem dramaturgicznym kompozycje stają się kapitalną bazą dla improwizacji, zarówno w ujęciu solowym, jak i całkiem kolektywnym. Partnerzy Franka aż rażą kompetencjami, a dodatkową rozumieją się telepatycznie, przez co stać ich na realizację najbardziej karkołomnych instrukcji szefa. Wreszcie Frank Gratkowski, doskonały saksofonista i wyśmienity kompozytor, jest tak cudownie braxtonowski w swej odsłonie kwartetowej, że Wasz Autor nie może kończyć odsłuchu tej muzyki w innej pozycji niż na kolanach! Nie będę polecał jakiejkolwiek z tych czterech płyt, albowiem wszystkie są … genialne. Dodam, że Facio jest najbliższe tej niebywałej zwiewności i taneczności najlepszych kwartetów Anthony'ego  Braxtona z lat 70. Lepszej rekomendacji ten przejaw muzycznej aktywności Franka chyba nie potrzebuje.







Warto też wiedzieć, że bazą doświadczalną dla wyżej opisanego kwartetu  było trio Gratkowski/ Manderscheid/ Hemingway, działające w dekadzie wcześniejszej. Zostały po nim dwa – oczywiście wyśmienite – krążki: Gestellen (Jazz Haus Music, 1996) i The Flume Factor (Random Acoustic, 1998). Z tego samego okresu pochodzi też brawurowy koncert z kolońskiego Loftu, w którym Gratkowskiemu i Manderscheidowi partnerowali Matthias Schubert (tenor sax), Ernest Reijseger (wiolonczela) i Achim Kramer (perkusja). Wydał 2nd Floor Edition pod tytułem Loft Exil 3 (1998).




A uzupełnieniem całej opowieści o muzyce komponowanej, transponowanej przez wybitnych muzyków w genialne poematy improwizacji, niech będzie… przyjęcie z okazji 40 urodzin Franka.  Na Festiwalu w Moers Frank zebrał smakowity Oktet. Swój sztandarowy kwartet uzupełnił o drugi bas (Wilbert de Joode!), drugą perkusję (Michael Vatcher!), drugi saksofon i klarnet (Tobias Delius!) i trąbkę (Herb Roberston!). W kolońskim Lofcie muzyki zagrali dwa ekstatyczne koncerty, które udokumentował na CD niezrównany Leo Feign i wydał pod szyldem Frank Gratkowski Project Lotf Exil V (Leo Records, 2 CD, 2004).


Robertson i Nabatov – partnerzy idealni

Wróćmy do muzyki swobodnie improwizowanej (czy też marginalnie komponowanej). Czas najwyższy na wskazanie w naszej dzisiejszej Gratkowski Story dwóch jakże istotnych partnerów/ przyjaciół niemieckiego saksofonisty i klarnecisty.



Pierwszym niech będzie, przed momentem wywołany do tablicy, amerykański trębacz i kornecista Herb Robertson, drugim zaś Amerykanin rosyjskiego pochodzenia, pianista Simon Nabatov. Całą trójką spotkali się bodaj tylko raz. Znów w kolońskim Lofcie, na początku roku 2006 zagrali całkowicie improwizowany (lub skomponowany przez wszystkich uczestników koncertu – dla mnie synonim) koncert. Dodajmy, iż grupa przyjęła format kwartetu, a tym czwartym został … Dieter Manderscheid. Na krążku Leo Records rzecz ukazała się pod wiele mówiącym tytułem Celebrations (2007). Prawdziwa celebracja muzyki swobodnie improwizowanej, muzyki w oczywisty sposób spontanicznej i niewymownie pięknej. Sonorystyka najwyższego lotu, wsparta nieograniczoną wyobraźnią i przekraczającym wszelkie granice przyzwoitości poziomem empatii każdego z muzyków. I te wspaniałe ryby na okładce !?

Z Robertsonem Frank spotyka się także w ramach formacji Space Cadets. To trio, funkcjonujące jako zespól Herba, także dryfuje na wielkim polu free improvisation. Trzecim w tej układance jest francuski saksofonista Julien Pettit. Panowie mają w dorobku wyśmienity krążek Sketches From The Other Side (Ruby Flower Records, 2006), na którym część materiału została przez Herba rozpisana na role, stanowiące wszakże jedynie pretekst do wolnych improwizacji, tak w wymiarze solowym, jak i trzyosobowym. Formację tę ma w swoim portfolio także rodzime Not Two Records. Myślę o koncercie z Alchemii, gdy do pełzającego tworu free improv doklejono, nieco wbrew naturze, jazzowe nogi…. w osobach Bartka i Marcina Olesiów. Efekt końcowy nie zawsze zabija (Herb Robertson Trio + Barłomiej Brat Oleś & Marcin Oleś Live At Alchemia, 2007), ale to właśnie przy tamtej okazji po raz pierwszy zachwyciłem się solowym popisem na alcie niejakiego Franka Gratkowskiego – czyli per saldo, jednak było warto!




Na koniec tego wątku sięgnijmy po nagranie kwartetu Simona Nabatova Nature Morte (Leo Records, 2001). Oczywiście wśród muzyków Frank Gratkowski, także puzonista Nils Wogram, no i przede wszystkim wyjątkowy, improwizujący wokalista Phil Minton. Płyta jest ekscytująca, przeplata wyjątkowo kąśliwe popisy free improv z muzyką komponowaną, graną ze swadą i dużym polotem, a także wyśpiewywaną subtelnym, czystym tenorem(?) Mintona. Kolejna perła w dorobku Gratkowskiego, no i bez dwóch zdań Nabatova.


I dalej na swobodnie, czyli grupy z nazwą

Sięgnijmy po krążek In Just formacji pod ciekawą, geograficzną jak się okazuje, nazwą DUH (Red Toucan, 2011). Gratkowski i jego rodak Martin Blume (perkusja i perkusjonalia) zwierają braterskie szyki z parą Węgrów – wiolonczelistą Albertem Markosem i skrzypkiem Szilardem Mezeiem. A kwartet zwie się Deutchland Und Hungary! Bardzo uwolniona improwizacja, prowadzona na ogół w spokojnych tempach, pięknie żeniąca drapieżność dęciaka i perkusji z aksamitną zwiewnością dwóch konkretnych instrumentów strunowych.




Nie mniej frapująca zdaje się być płyta formacji Shift, która łączy akustyczne wyczyny kwartetu o bardzo jazzowych parametrach (dęciak, piano, bas, perkusja) z analogową elektroniką, niestroniącą także od drobnych preparacji ad hoc (opis płyty nie zawiera stosownych danych, wszakże słyszą je moje uszy). Na krążek Song From Aipotu (Leo Records, 2011) zapracowali bardzo kolektywnymi i dalece swobodnymi improwizacjami, bez zbędnych, jazzowych grepsów – poza Gratkowskim – także Martin Blume (jak wyżej), Dieter Manderscheid (oczywiście kontrabas), Philip Zoubek (piano) i odpowiedzialny za te trzy grosze elektronicznego fermentu Thomas Lehn. Przewaga liczebna po stronie akustyki, ale intencje i chęci wszystkich sprawiają, że całość brzmi nad wyraz elektroakustycznie i przeto nie może nam się nie podobać. Doskonała płyta!

Nie sposób nie wspomnieć o jedynej polskiej płycie Franka, mianowicie krążku Kanata, trzyosobowego składu, ukrywającego się pod szyldem Oirtrio (Not Two Records, 2012). Saksofoniście towarzyszą tu Sebastian Gramss na kontrabasie i Tatsuya Nakatani (perkusjonalia). Płyta oczywiście cieszy każdego wielbiciela talentu Gratkowskiego, jakkolwiek w trakcie odsłuchu uszu nie zalewa nam potok euforii. Być może wynika to z faktu, iż Frank, muzyk introwertyk, w mojej ocenie, nie do końca łapie chemię z ekstrawertycznymi i ekspresyjnymi perkusistami. Do podobnych wniosków można dojść odsłuchując duet Gratkowskiego z Hamidem Drakiem, wydany bez tytułu przez Valid Records (2010).


A co tam jeszcze na półce …

Wróćmy na sam koniec do współpracy Gratkowskiego z Thomasem Lehnem.
Ponad dekadę temu Panowie zmierzyli swe siły (przy współudziale tubisty Melvyna Poore’a) w okolicznościach koncertowych (na pewno zaskoczy nas informacja, iż miało to miejsce w … kolońskim Lofcie) i z incydentu tego powstał zgrabny krążek Triskaidekaphonia (Leo Records, 2006). Muzyka tam zawarta – podobnie jak jej tytuł – jest dość trudna w odbiorze, a zdominowana została przez gęstą elektronikę Lehna. Podobna estetycznie jest także inna próba swobodnego improwizowania w oparach dźwięków syntetycznych, w trakcie której akustyczne dywagacje Gratkowskiego i Nabatova (także preparacje) wpadają wprost do komputera Marcusa Schmicklera, a efekt trafiający do naszych uszu nie koniecznie łagodzi obyczaje. Całość dostępna jest na płycie Deployment (Leo Records, 2010).

Pisząc o wyczynach improwizatorskich Franka nie możemy pominąć jego twórczego udziału w dwóch bardzo ciekawych krążkach kwartetu puzonisty Carla Ludwiga Hubscha, pod równie ciekawą nazwą Primordial Soup. Pierwsza z nich nosi właśnie ten tytuł (Red Toucan, 2007), druga zaś ukazała się światu jako Souped-Up (Jazzwerkstatt, 2011). W kwartecie swoje istotne trzy po trzy wnoszą także Axel Doerner (trąbka) i Michael Griener (perkusja). Improwizacje ostro haczą o współczesną kameralistykę, ale przeto mają duży walor oryginalności. Polecam bez jakichkolwiek uprzedzeń.

A jak już po tej wyczerpującej lekturze dokonań Gratkowskiego ruszycie na wielkie zakupy, pamiętajcie, że nasz bohater czyni też od czasu do czasu próby solowego traktowania saksofonu altowego. A że efekty są bardziej niż ciekawe, przekonanie się sięgając choćby po Artikulationen I i II (2nd Floor Edition, 1991/ 2000).