Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hakon Berre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hakon Berre. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



czwartek, 6 czerwca 2024

Elektroakustyczne Teeth na zakończenie wiosennych koncertów Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na ostatni przed wakacjami koncert muzyki improwizowanej. Do świata fonicznej anarchii, której paleta dźwięków została poszerzona do granic możliwości, zaprowadzi nas skandynawskie trio Teeth, które zagra w Poznaniu we wtorek 11 czerwca, punktualnie o godzinie 19.00.



 

Teeth istnieje już od dekady i zrzesza trzech niezwykle interesujących muzyków poruszających się w świecie dźwięków elektroakustycznych - Duńczyka Andersa Filipsena, Szweda Hermana Müntzinga i zdecydowanie z tego grona najbardziej rozpoznawalnego, wielokrotnie goszczącego w Dragonie, Norwega Håkona Berre. Żywa perkusja tego ostatniego i głos tego drugiego skąpane są tu w oceanie dźwięków syntetycznych i amplifikowanych dźwięków akustycznych.

Jak zwykli pisać o sobie sami artyści, Teeth tworzy nieziemskie pejzaże dźwiękowe wykraczające poza gatunki i wyobraźnię – od świszczącego stada ptaków po schizofreniczne bohomazy i rytmy godne dnia zagłady. Osobista ekspresja każdego z muzyków przyczynia się do budowania całości, tworzenia synergicznej ściany dźwięków. Trio wydało, doceniony przez krytyków, debiutancki album „Open Up” w uznanym, skandynawskim labelu ILK w listopadzie 2018 roku.

Znany recenzent Eyal Hareuveni tak opisuje muzykę Skandynawów: „Teeth brzmią jak coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałeś. Możesz sobie wyobrazić obcy organizm, który wysyła pilne wiadomości do zdesperowanych Ziemian, drażniąc się i testując ograniczony zakres uwagi ziemskich istot oraz ich zdolność do rozszyfrowania ekscentrycznych tekstur słuchowych”.

 

Spontaneous Live Series Vol. 63: TEETH

11 czerwca 2024, godz. 19.00, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Anders Filipsen (DK) – instrumenty klawiszowe, pokrętła

Herman Müntzing (SE) - elektronika, obiekty wzmacniane, głos

Håkon Berre (NO) - perkusja, obiekty, elektronika

Bilety on-line: https://kbq.pl/130845



 

Anders Filipsen jest aktywny na duńskiej scenie jazzowej i improwizowanej od ponad dekady, zarówno jako kompozytor, jak i improwizator, wydaje albumy we wspomnianej wytwórni ILK. Aktywnie współpracuje z zespołami i projektami takimi, jak The Black Nothing, Firebirds i Mesmer.

Mieszkający w Malmö Herman Müntzing, to jeden z najoryginalniejszych artystów szwedzkiej sceny elektronicznej, zajmujący się zarówno urządzeniami elektronicznymi, jak i akustycznymi, posługujący się także swoim domowym instrumentem „Flexichord”. Oprócz nauczania w Akademii Muzycznej w Malmö, aktywnie współpracuje z zespołami i projektami takimi, jak Morph Ensemble, Rhododendron String Band i Diers/Müntzing.

Håkon Berre, pochodzący z Norwegii, ale mieszkający w Kopenhadze, jest bardzo aktywnym improwizatorem biorącym udział w szerokiej gamie projektów, zarówno pracujących z dźwiękami akustycznymi, jak i dźwiękami poddawanymi obróbce elektronicznej. Jego pomysłową i energiczną grę na perkusji można usłyszeć w dyskografii obejmującej ponad czterdzieści albumów. Wiele z nich zostało wydanych przez Barefoot Records, label, którego Håkon jest jednym ze współzałożycieli. Aktywny z zespołami i projektami takimi, jak Ytterlandet, Ericson/Nästesjö/Berre, czy Liudas Mockunas Trio. Dwie pierwsze z w/w formacji gościliśmy już w naszym cyklu i były to jedne z najlepszych momentów w historii serii, która trwa już szósty rok.

 


środa, 3 kwietnia 2024

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na wiosenne koncerty cyklu Spontaneous Live Series. W trakcie sześciu wieczorów posłuchamy w Poznaniu ognistego, punkowego free jazzu w wydaniu brazylijsko-portugalskim, ponadgatunkowego projektu, który łączy improwizatorów z krajów tzw. Grupy Wyszehradzkiej, klasyków improwizowanego dark ambientu, międzynarodowego kwartetu, który kojarzy kwiat iberyjskiej improwizacji z muzykami ze stolicy Niemiec, a także dwie formacje ze znaczącym udziałem muzyków skandynawskich – obie swobodnie improwizujące, jedna w pełni akustycznie, druga z kolei elektro-akustycznie.



 

Wiosenna edycja spontanicznego cyklu koncertowego rozpocznie się we środę 17 kwietnia. Do Dragona wróci wtedy jeden z naszych ulubionych improwizujących saksofonistów Yedo Gibson, a wraz z nim basista Felipe Zenícola oraz perkusista João Valinho. Tego ostatniego, podobnie jak Gibsona, świetnie znają miłośnicy albumów wydawanych przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, z kolei Zenícola to m.in. stały uczestnik jednego ze składów Paala Nilssena- Love, czyli New Brazilian Funk. Ta trójka zwie się MOVE i gra wyjątkowo energetyczną muzykę improwizowaną, którą śmiało można otagować takimi określeniami, jak punk-rock, free-funk, noise-rock, czy też skojarzyć z takimi formacjami, jak PainKiller, czy Altered States. Koncert MOVE poprzedzi intrygująca, ponadgatunkowa eksploracja w wydaniu krajowym – zagrają gitarzysta Michał Sember i akordeonista Ryszard Lubieniecki.

Jeszcze w kwietniu, dokładnie 28-ego, do Poznania zawita improwizowany projekt wyszehradzki Quadrilateral Sound Exchange. Pod egidą węgierskiej inicjatywy JazzaJ czwórka artystów z Polski, Słowacji, Czech i Węgier – saksofonistka Paulina Owczarek, obsługujący elektronikę Daniek Kordik, gitarzysta i skrzypek Jan Mikyska oraz perkusista Attila Gyárfás – będzie swobodnie improwizować w formule ad hoc, zatem spotkają się na scenie po raz pierwszy. Obok Bratysławy, Pragi i Budapesztu ważną stacją trasy koncertowej będzie właśnie Poznań. W roli lokalnego suportu wystąpi ad hoc trio – saksofonista i klarnecista Michał Giżycki, gitarzysta Paweł Doskocz oraz perkusjonalista Michał Joniec. Dodajmy, iż projekt przewiduje także warsztaty instrumentalne, które poprzedzą koncert główny wieczoru.

Maj także przyniesie dwa wydarzenia koncertowe. Najpierw w niedzielę 12-ego zagra duet The Void Of Expansion, czyli belgijski gitarzysta Dirk Serries i norweski perkusista Tomas Järmyr. Obaj są bez wątpienia klasykami Improwizowanego dark ambientu, współtworzą m.in. formację Yodok III. To prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. Ten koncert, to powrót do Dragona Serriesa, festiwalowego headlinera z roku 2019, którego znamy również z wielu swobodnie improwizowanych nagrań na gitarze akustycznej.

Z kolei 23 maja do Dragona zawita trio swobodnie improwizujących artystów, których zaliczyć możemy do grona młodych gniewnych europejskiej muzyki kreatywnej – japońska pianistka Rieko Okuda, duński kontrabasista Asger Thomsen oraz niemiecki saksofonista Jonas Engel. Z pewnością wielbiciele tzw. technik rozszerzonych i dźwięków posadowionych blisko ciszy będą tego wieczoru zachwyceni.

W wymiarze spontanicznym wiosna, tak jak w kalendarzu gregoriańskim, kończy się w czerwcu. Wtedy to właśnie będą miały miejsce kolejne dwa wieczory z muzyką improwizowaną. Pierwszego dnia miesiąca zagra międzynarodowy, free jazzowy kwartet Gravelshard, który tworzą niemiecki gitarzysta Olaf Rupp, świetnie znani w Polsce przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego – portugalski trębacz Luis Vicente i katalońsko-portugalski perkusista Vasco Trilla, wreszcie niemiecki Amerykanin, kontrabasista John Hugnes.

Na koniec wiosennej przygody czeka nas formacja Teeth, która zabierze nas w zdecydowanie elektroakustyczną podróż. Grupę tworzą Skandynawowie: Anders Filipsen na instrumentach klawiszowych, Herman Müntzing obsługujący elektronikę oraz najbardziej rozpoznawalny w tym gronie, wielokrotny uczestnik spontanicznych wydarzeń w Dragonie, perkusista Håkon Berre. Każdy z artystów w arsenale swoich środków rażenia będzie miał także tzw. obiekty, na ogół amplifikowane. Ten koncert odbędzie się 11 czerwca.

 

Wiosenne koncerty Spontaneous Live Series:

17 kwietnia, Vol. 58 – MOVE: Yedo Gibson - saksofon, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja + Michał Sember - gitara/ Ryszard Lubieniecki – akordeon

28 kwietnia, Vol. 59 – Quadrilateral Sound Exchange: Paulina Owczarek – saksofon altowy, Daniel Kordik – elektronika, Jan Mikyska - viola da gamba, gitara elektryczna i Attila Gyárfás - perkusja, gardon + Ad Hoc Trio: Michał Giżycki – saksofon, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

12 maja, Vol. 60 - The Void Of Expansion: Dirk Serries - gitara, Tomas Järmyr – perkusja

23 maja, Vol. 61 – Trio: Asger Thomsen – kontrabas, Rieko Okuda - fortepian, Jonas Engel – saksofon, modyfikowana trąbka kieszonkowa

1 czerwca, Vol. 62 – Gravelshard: Olaf Rupp - gitara, Luis Vicente – trąbka, John Hugnes - kontrabas, Vasco Trilla – perkusja

11 czerwca, Vol. 63 – Teeth: Anders Filipsen – instrumenty klawiszowe, Herman Müntzing – elektronika, obiekty amplifikowane, Håkon Berre – perkusja, obiekty, elektronika




piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

środa, 8 lutego 2023

Wrong Dials, Bauer & Glass oraz Kavekanem, czyli spontaniczny luty w poznańskim Dragonie!


(informacja prasowa)

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na kolejne spotkania z muzyką improwizowaną, realizowane w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. W lutym na deskach klubowych pojawią się muzycy dalece różnych proweniencji. Do naszych uszu wleje się elektronika w wydaniu krajowym, performatywna elektroakustyka z Berlina oraz definitywnie swobodna akustyka ze Skandynawii.

W najbliższy czwartek 9 lutego odbędzie się pierwsze z zapowiadanych spontanicznych spotkań, które w porównaniu do ostatnich koncertów cyklu przeniesie nas na drugi biegun muzyki improwizowanej. Skupimy się tym razem na improwizacji samej w sobie, nie koncertując się na narzędziach (instrumentach), lecz na procesie i efekcie końcowym. Podczas długiego dragonowego wieczoru wysłuchamy dwóch setów w wykonaniu przedstawicieli młodej sceny europejskiej improwizacji i awangardy.



Pierwszym czwartkowym artystą będzie Mateusz Rosiński, którego twórczość solowa skrywana jest pod pseudonimem Wrong Dials. Muzyk w swoich poczynaniach dźwiękowych, do których wykorzystuje szeroko rozumianą elektronikę, zorientowany jest głównie na improwizację, jednak nie stroni też od działań konceptualnych, to zwolennik pracy zgodnie z zasadą „minimum formy – maksimum treści”. Rosiński współtworzy szczecińsko-gorzowskie trio Dynasonic oraz kilka innych kooperacji. Jest również twórcą muzyki do spektakli i wystaw artystycznych.

W drugim secie wieczoru pojawi się Eric Bauer, którego mieliśmy okazje gościć podczas ostatniej edycji „Spontaneous Music Festival”. Niemiec tym razem improwizował będzie w towarzystwie swojego rówieśnika Maximiliana Glassa. Duetowa kreacja Glassa i Bauera opiera się na eksploracji fonicznej pomieszczenia, w którym odbywa się spektakl i wykorzystywaniu znajdujących się w nim przedmiotów. Podejścia akustyczne wahają się między „wyzwalaniem” ręcznym, a mechanicznym – od łuków, patyczków szaszłykowych aż po małe silniczki – wszystko może stać się tu narzędziem pracy improwizatora. Poprzez używanie/ nieużywanie puszek, dzwonków, telefonu i innych przedmiotów codziennego użytku wytwarza się tymczasowa, ale i nowa koncepcja rzeczywistości. Artyści budują i niszczą podtrzymując sam proces kreacji przy życiu.

 

SLS VOL. 39: Wrong Dials (Mateusz Rosiński) / Eric Bauer & Maximilian Glass

9 luty 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godz.20.00.

Bilety są już dostępne on-line: https://www.kupbilecik.pl/imprezy/91410/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/

A tu dostępne są dźwięki samych artystów:

https://hisscollective.bandcamp.com/releases

https://ericbauer.bandcamp.com/album/pakete

 



W czwarty piątek bieżącego miesiąca, tj. dokładnie 24 lutego, do Dragona zawita trójka muzyków ze Skandynawii - pianistka Margaux Oswald, perkusista Håkon Berre i saksofonista Sture Ericson. Tworzą oni międzynarodową grupę Kavekanem, a ich korzenie sięgają odpowiednio Szwajcarii, Norwegii, Szwecji i ich wspólnego domu - Kopenhagi.

Na koncert tej trójki improwizatorów czekaliśmy wyjątkowo długo. Termin wydarzenia był przekładany kilkukrotnie, a powodem wcale nie były względy pandemiczne, a raczej organizacyjne i logistyczne. Ale w końcu do nas dotrą! Perkusistę i saksofonistę gościliśmy w Dragonie wielokrotnie, za każdym razem ich występ stawiał nas do pionu. Czy było to trio z kontrabasistą Johannesem Nästesjö czy gitarzystą Henrikiem Olssonem, zawsze kończyliśmy go z wypiekami na twarzy. Dziś Norweg i Szwed przybędą do nas w towarzystwie szwajcarskiej pianistki, dla której będzie to nie tylko pierwszy występ na scenie Dragona, ale także w Polsce!

Sami artyści wyjątkowo udanie opisują muzykę i cele, jakie realizują w ramach tria, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak oddać im glos.

Nazwa zespołu pochodzi z łaciny i oznacza „Strzeż się psa”. Ale jakiego psa możemy się spodziewać słuchając tego zespołu? Russel teriera? Berneńskiego psa pasterskiego? Może spaniela Cavalier King Charles, albo korgi Pembroke Welsh? Tak jak etykieta „Dog” zawiera dużą liczbę wariacji na temat psiej formy, o różnych kształtach, rozmiarach, kolorach i osobowościach, tak sama muzyka kryjąca się pod nazwą Kavekanem jest wieloraka w swojej dźwiękowej tożsamości. Swobodnie improwizowana, ale zachowująca silne poczucie formy i celu, do którego zdąża - począwszy od delikatnych, subtelnych i lirycznych fraz, po hałaśliwe i niepohamowane, wysokooktanowe podmuchy energii, które przypominają wielkich przedstawicieli free jazzu lat 60. I późniejszych. Czerpiąc zarówno z wyczucia niuansów, jak i detali brytyjskiego środowiska swobodnej improwizacji, a także czerpiąc z tętniącej życiem undergroundowej sceny muzycznej w Kopenhadze, ta międzynarodowa formacja stanowi przykład nowoczesnego, swobodnie improwizującego małego zespołu - zakorzenionego w przeszłości (przeszłościach) i z pewnością skierowanego ku przyszłości muzyki improwizowanej.

 

SLS VOL. 40: Kavekanem (Oswald, Berre, Ericson)

Margaux Oswald - fortepian

Håkon Berre - perkusja

Sture Ericson – saksofony

24 luty, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godz. 20.00.

 

Bilety będą dostępne niebawem, a dźwięki tria już teraz:

https://soundcloud.com/user-773440591/sets/margaux/s-9jVwzaOeoqB

 

wtorek, 23 listopada 2021

Ytterlandet from 66°33′48.7″ N!


Jeśli cyfry zawarte w tytule dzisiejszej opowieści wpiszemy w dowolne urządzenie nawigujące, poprowadzi nas ono bezpośrednio pod koło podbiegunowe północne. Jeśli chcemy posłuchać dźwięków, jakie trzech Skandynawów zarejestrowało u progu tegorocznego lata i opatrzyło takim właśnie cyfrowym tytułem, wystarczy wrzucić srebrny dysk do odtwarzacza lub banalnie kliknąć w kafel znajdujący się na bandcampowej stronie wydawcy płyty!

Podróże polarne i słuchanie muzyki improwizowanej nie mają być może wiele elementów wspólnych, ale z pewnością obie te czynności przypisywane bywają ludziom szalonym! Tak przynajmniej twierdzą ci, który nie lubią podróży lub/i ich percepcja muzyki ogranicza się do akceptowania jedynie fraz granych w metrum 4/4.

A dla całej reszty – Ytterlandet! Trio zagrało w listopadzie br. dwa koncerty w Polsce i dostarczyło fantastyczną płytę o tytule stanowiącym parametry geograficzne koła podbiegunowego północnego! Koncert w poznańskim Dragonie dość zgodnie określony został mianem wydarzenia roku, sama zaś płyta zdaje się zasługiwać na równie efektowny poklask! Zatem bez zbędnej zwłoki oddajemy się w ręce dwóch Szwedów i jednego Norwega, którzy w duńskich okolicznościach przyrody naparzyli nam wyjątkowy napój! Welcome!

 


Drobne, urywane frazy, przypominające gazetowe ścinki, od startu tej opowieści lepią się do siebie, niczym plastry miodu, konweniują ze sobą, budują szklaną pajęczynę nierozerwalnych połączeń dźwiękowych. Na lewym skrzydle posadowiony jest nieco skonfundowany, ironiczny saksofon, środkiem płyną perkusjonalia złożone z tysiąca mikroskopijnych elementów, które w każdej sytuacji zdolne są pokazać zupełnie inne oblicze, wreszcie na skrzydle prawym gitara z niewielkim prądem, tworząca narrację poza wszelkimi podziałami gatunkowymi – zna rocka, ceni jazz, ale nade wszystko kocha swobodną improwizację! Całość z każdą sekundą swojego życia nabiera mocy, intensywności, pozostając wszakże lekką, zwiewną, nieklasyfikowalną plejadą zdarzeń fonicznych. To taniec pijanych na szkle, radosne pląsy beztroskich małolatów, których stać na prawdziwie szelmowskie uśmiechy. Pierwsze dźwięki drugiej improwizacji wydają się być wytargane z samego jądra ciszy. Nano frazy instrumentu dętego, źdźbła perkusyjnych krawędzi, niezauważalne strużki fonii wprost z gitarowych strun. Narracja przypomina delikatnie tłuczone szkło, które w małym zakładzie szlifierskim spada na obrzeża zepsutej sprężarki powietrza, w tle której wirują opiłki metalu o nieznanych właściwościach. Tu pajęczyna zdaje się być jeszcze bardziej misterna. Dźwięki dochodzące z trzech, może czterech, czy nawet pięciu ośrodków dowodzenia bez trudu lepią się w jeden strumień życia. A na sam koniec wszystko pachnie rockiem!

Trzecią opowieść otwiera nostalgiczny saksofon. Obok kłębi się mała gitara, która pachnie post-jazzem. Perkusja wchodzi do gry po pewnym czasie i szyje bardziej dynamiczną dramaturgię, zaprasza na ludyczny taniec nieoczywistych skojarzeń. Jesteśmy na karuzeli, pełnej różowych huśtawek. Królem tej części polowania wydaje się być drummer, który rozsiewa zarazki, by po chwili zbierać obfite plony dźwiękowej infekcji. Muzycy reagują na siebie, jakby byli jednym ciałem o trzech głowach. Pięknie się imitują, syczą przez zaciśnięte zęby i kreślą piękne bohomazy, gęstniejąc w bezruchu. W kolejnym epizodzie rolę introduktora przyjmuje na siebie gitarowy pick-up. Coś się sprzęga, coś generuje szum. Narracja przypomina oniryczne plamy dźwięków wprost z debiutanckiej płyty Sonic Youth. Saksofon szyje drony, perkusja preparuje, festiwal fake sounds trwa w najlepsze - urocza slowly dead ballad bezskutecznie szuka swego końca. Drobne usterki na strunach podkreślają umowność sytuacji dramaturgicznej. Improwizacja nieustannie zadaje pytania, które nie wymagają jednak jakichkolwiek odpowiedzi.

Po ułamku jakże zbędnej ciszy słyszymy dęte nawoływanie. Tuż obok gitarowe preparacje szyją kolejną pętlę wątpliwości. Na glazurze werbla żyją tajemnicze przedmioty. Być może muzycy chcą iść w tango, ale dygresyjna natura ciągnie ich na stronę i sieje post-intelektualny ferment. Krygują się, budują suspens, wypalają kolejne papierosy. W roli naczelnego wichrzyciela znów post-rockowa, oniryczna gitara. Saksofon nuci smutne piosenki, perkusja raz za razem zaskakuje dźwiękiem niewiadomego pochodzenia. Kolejna slowly dead ballad szuka martwej dynamiki, sięga po post-jazzowe frazy, wspina się na drobne wzniesienie. Po nim już tylko niespełna trzyminutowe resume, stylowy ekstrakt z doskonałej całości. W roli przodownika pracy tym razem saksofon, który rozsyła ochłapy jazzu i zaprasza na finalny free dance. Kilka westchnień w nieznanym kierunku i mikro solo na gitarze, zakończone krwistą ripostą, wyprowadzają nas tuż przed oblicze ciszy. Play it again, boy!

 

Ytterlandet 66°33′48.7″ N (Barefoot Records, CD 2021). Sture Ericson – saksofon sopranowy, altowy, tenorowy i barytonowy, Henrik Olsson – gitara, Håkon Berre – perkusja. Nagrane w czerwcu 2021 roku, w miejscu zwanym Christianshavns Beboerhus (Kopenhaga). Sześć swobodnych improwizacji, czas trwania - 37:35.



poniedziałek, 11 marca 2019

Ericson! Nästesjö! Berre! Ausfahrt Freihalten! Keep the exit clear!


Skandynawia obfituje w ciekawe zjawiska na scenie free jazz/ free improv niemal od zarania gatunku. Dzieje się tak zapewne nie tylko z powodu opiekuńczego charakteru organizacji państwowych w tej części świata. Czasami ma się wrażenie, że północ Europy, jej stereotypowy chłód, aż skłania do przyjacielskiego improwizowania!

W dzisiejszej opowieści trójka muzyków, których znamy, cenimy, choć w zakresie przynależności pokoleniowej i dotychczasowego dorobku artystycznego, zdaje się, że więcej ich dzieli niż łączy. Jakkolwiek jako trio o roboczej nazwie ENB, po ponad czterech latach wspólnego muzykowania, wreszcie dorobili się debiutanckiej płyty, która bodaj dziś ma swoją światową premierę, a dokładnie jutro mieszkańcy Poznania będą mogli poznać jej zawartość w trakcie okoliczności koncertowej!

Płyta zwie się Ausfahrt Freihalten, wydana została przez Barefoot Records, a nagrało ją trio w składzie: Sture Ericson na saksofonie altowymi klarnecie, Johannes Nästesjö na kontrabasie i Håkon Berre na perkusji (zgodnie z opisem, każdy muzyk także preparował brzmienie swojego instrumentu). Miejsce zwane Arts Center w szwedzkim Malmö, listopad 2017 roku. Osiem odcinków z tytułami, jak sami muzycy wskazują – 43 minutes of pure improvised music!




Ostry tembr kontrabasu, przyczajony saksofon altowy, dokładna, zawsze grająca w punkt perkusja, to okoliczności przyrody, które niechybnie zwiastują ciekawy spektakl. Swobodna improwizacja zanurzona korzeniami w jazzie, ale czerpiąca z niego tylko tyle, ile w danym momencie potrzebuje. Narracja gęsta, niemal ciało w ciało, prowadzona w bardzo zdyscyplinowany sposób, świetnie skomunikowana we wszelkich aspektach procesu improwizacji. Kontrabasista sięga po smyczek, wprowadzając dzięki temu nastrój niebanalnego dysonansu estetycznego. Muzycy przechodzą od zadumy do krwistego galopu w mgnieniu oka. Podobnie zwinnie pokonują dystans pomiędzy ciszą, a hałasem. Finał pierwszej części płyty wieńczy małe, ale błyskotliwe solo na perkusji. Część druga startuje smykiem na gryfie kontrabasu i szmerami wokół niego. Drobne inskrypcje na talerzu, śpiewny flow z tuby saksofonu i ledwie sekunda wystarcza, by narracja zaczęła poszukiwać sonorystycznych odniesień. Do słuchacza zdają się docierać gorące podmuchy powietrza z każdego niemal źródła dźwięku. Pudło rezonansowe kontrabasu aż trzeszczy. Balet i taniec, bez rytmu i tonacji. Piękne!

Trzecia opowieść rodzi się z mgły perkusyjnych preparacji. Kontrabas drży i ciężko oddycha. Dęciak szeleści. Małe frazy, krótkie spięcia, zabawa z ciszą. Jakże zmysłowo muzycy przykuwają naszą uwagę do swoich dźwięków. Drobne incydenty klarnetowe i pizzicato kontrabasu, które dynamizuje przekaz, płynie zwartym strumieniem samym środkiem sceny. Garść imitacji na przeciwległych flankach. Na finał krok w swobodny galop, ale zwinnym, kocim trybem. Czwarta piosenka startuje zwartym, kolektywnym, free jazzowym rytmem. Znów kocia zwinność, do tego tygrysia zapalczywość. Świetna komunikacja – demokracja, socjalizm, wewnętrzna kompatybilność. Akcję tej części ciągnie buńczuczny, śpiewny alt. Kontrabas i perkusja gnają na zatracenie, a potem pięknie stopują.

Piąty odcinek, preparacje na kontrabasie, obok dociekliwy saksofon, która szuka wciąż nowych środków wyrazu, chrobocze, szeleści i prycha. Zdaje się, że Sture umieścił w tubie jakiś bliżej nieokreślony przedmiot. Subtelne percussion podkreśla grozę sytuacji. Na takiej bazie, muzycy w mistrzowski sposób budują kolejną zwartą i dynamiczną narrację. Mnóstwo aktywności, ocean pomysłów i świetne decyzje, co do wyboru akurat takich, a nie innych rozważań. Moc małych, ale niezwykle intensywnych dźwięków. Tu, zamiast sugerowanej eskalacji, bystre wytłumienie. Opowieść staje w miejscu i poszukiwać zaczyna dna pojedynczych fonii. Szósty fragment znów startuje w oparach preparacji i sonorystyki. Klarnet zdaje się jednak zgłaszać zdanie separatywne i podśpiewuje małymi frazami. Kontrabas szumi włosiem smyczka, talerze rezonują. Wszystko na scenie zdaje się już śpiewać i skowyczeć. Eskalacja budowana jest z saperską precyzją, z dbałością o każdy dźwięk. Brawo!

Siódmy odcinek, małe percussion, smyczek na gryfie, urywane pętle czystego altu. Narracja buduje się jakby samoczynnie, w mgnieniu oka. Saksofon indywidualnym flow ciągnie pozostałych do góry, na szczyt. Stopping odbywa się na barkach barokowo brzmiącego kontrabasu. Drummer kłębi się wokół własnej osi, niemal podśpiewuje. Moment kameralnej zadumy, wyzwolonej wszakże ze wszelkich konwenansów. Wreszcie pieśń zamknięcia, a na jej starcie prawdziwa kipiel w tubie dęciaka - w jego środku, jakbyśmy słyszeli zdarte gardło samego Phila Mintona! W komentarzu small drumming i cisza na gryfie. Potem krok w kierunku preparacji. Narracja rodzi się kolektywnie, zapewne z uśmiechem na ustach. Każdy z muzyków ma nogę na gazie i robi z tego użytek! Mocne dźwięki, połamany rytm. Alt, niczym sygnałówka, zwołuje wielkie polowanie, nawołuje do artystycznej anarchii. Galop w blasku słońca, swoboda gestów, dźwięków i scenicznych obyczajów. Emocje buzują! Instrumenty skąpane w ogniu! Świetny, turbulentny finał doskonałej płyty! Berre w furii, Sture znów z dziwnym przedmiotem w tubie, walking Johannesa niczym stado antylop! Po punkcie przegięcia, piękne wygaszanie płomienia na smyku kontrabasu, przy wtórze perkusjonalii i małych dźwiękach altu.



Koncert tria w poznańskim Dragonie (ul. Zamkowa 3) odbędzie się 12 marca o godzinie 20.00.

piątek, 15 grudnia 2017

Shelton! Tarwid! Jacobson! Berre! – Strachy na Lachy! Tylko Nadzieje!


Szczęśliwie muzyka improwizowana nie ma narodowości, nie zna granic, ani nie toleruje wulgarnie kolorowych flag, tudzież innych przejawów nadtożsamości lokalnej. Jest wolna, jak jasna cholera, a wszystkim jej partycypantom wyjątkowo dobrze z tym faktem!

Dziś płyta, która jest efektem duńskiego spotkania muzyków polskich, muzyka amerykańskiego i norweskiego, pod intrygującym tytułem Hopes and Fears. Poniżej w kilku żołnierskich, ponadnarodowych słowach, Trybuna postara się udowodnić tezę, iż bezwzględnie warto sięgnąć po to nagranie i niejednokrotnie zanurzyć się w nim po sam koniec nosa.




Ad rem zatem – jesteśmy w Monastic Studios w Kopenhadze, jest 25 stycznia br. Przypięci do swoich instrumentów, następujący mężczyźni: Aram Shelton - saksofon altowy, Grzegorz Tarwid - fortepian, Tomo Jacobson - kontrabas i Hakon Berre - perkusja. Muzycy będą improwizować przez niespełna 39 minut, a efekty ich pracy zostaną nam przedstawione w trzech częściach z tytułami. Wydawcą jest Multikulti Project (seria Improvised Music), zaś tytułem wykonawczym same nazwiska muzyków, wydrukowane na okładce w kolejności, w jakiej przed momentem ich przedstawiłem.

Hopes and Fears. Kontrabas drży i pomrukuje, saksofon i perkusja plamią przestrzeń drobnymi dźwiękami, piano zaś droczy się z pozostałymi uczestnikami zabawy bystrymi akordami. Pozorny zdaje się być spokój pianisty, który operuje bardzo oszczędnie, ale ewidentnie prowokuje kolegów do działania. Wolna improwizacja wyrastająca z jazzu na kilometr! Uwolniona od lukrowanego swingu i natarczywych synkop. Rwana, krótkodcinkowa narracja. Zwinne, demokratycznie kolektywne mikroeskalacje. Od lewej do prawej – piano, sekcja i saksofon. Już w 6 minucie piękny krok w chmury! Precyzyjny Tarwid, narowisty Shelton! Tuż potem, szybkie, udane wybrzmienie. Kwartet kompetentnych i elokwentnych muzyków w stanie permanentnej wymiany poglądów, dźwiękowych przekomarzań. Alt zaś, w częstej dla siebie roli, napędzającego improwizację (świetny moment w 15 minucie).

Daydreams and Terrors. Skromna, ale precyzyjna preparacja wewnątrz fortepianu (recenzent w pełnym uśmiechu!). Tłumione emocje z czterech równoprawnych ośrodków decyzyjnych. Drobne, molekularne incydenty, drobinki sonorystyki. Pójście na wymianę ciosów z materią dźwięków, to doskonały, na tę chwilę, pomysł dramaturgiczny. Alt płynie silnie zabrudzonym soundem, piano skacze do chmur, a sekcja kotłuje się ze sobą i pętli, nie żałując pary! Dobra komunikacja podkreśla jakość tej improwizacji. Na finał znów udane wytłumienie, błyskotliwe zejście w ciszę.




Ambitions and Doubts. Dominacja twardych dźwięków nad próbami ekspozycji sonorystycznych. Skoczna, nawet taneczna, bardzo jazzowa narracja. Świetny, głęboki tembr kontrabasu, przyklejona do niego perkusja o kocich ruchach, soliści na flankach w żywiole eskalacji (szczególnie, doskonały alt!). W 4 minucie ciekawa ekspozycja kontrabasu, który wychodzi przed szereg i ma kilka niebanalnych pomysłów do zrealizowania. Ale reszta też nie stroni od dźwięków. Największy instrument kwartetu zdaje się rządzić tą częścią improwizacji. Ponownie świetna komunikacja na flankach – jakże udane próby imitacji piana i saksofonu. Piano like drums! Sax like zoombie! 10 minuta – kolektywny flow, trochę przypominający melodykę najlepszych kwartetów Williama Parkera sprzed nastu lat. Eskalacja na finał na wagę dodatkowej gwiazdki w recenzji! Shelton! What a game! Expose Tarwida - błyskotliwe! Duży konkret! 39 minuta i koniec, który brzmi, jak wyrok dla słuchacza. Ciąg dalszy bezwzględnie oczekiwany!