Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Francois Pauvros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Francois Pauvros. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2024

FOU Records: Marteau Rouge & Haino Keiji! Lazro, Léandre & Lewis!


Kontynuujemy naszą letnią przygodę z francuskim labelem FOU Records, prowadzonym od kilkunastu lat przez Jean-Marca Foussata. Dziś bierzemy na recenzencką tapetę dwa starsze nagrania koncertowe. Najpierw cofniemy się w czasie o piętnaście lat, potem o całe czterdzieści!

Na krążkach odnajdujemy wyłącznie zacne nazwiska sceny francuskiej, a także japońskiej i amerykańskiej. Wszelkie introdukcje uznajemy zatem za zbędne. Welcome to great music!



 

Marteau Rouge & Haino Keiji Concert à Luz 2009 (CD 2022). Haino Keiji – gitara, głos oraz Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, Jean-François Pauvros – gitara, głos, Makoto Sato – perkusja. Nagranie koncertowe, Marquee of Luz-Saint-Sauveur, Jazz à Luz, Francja, lipiec 2009. Dwanaście części, 61 minut.

Trio Marteau Rouge świetnie znamy z albumów nagranych z Evanem Parkerem. Tym razem spotykamy ich w towarzystwie legendy japońskiej, rozszalałej gitary, zatem ryzyko, że odpłyniemy w bezmiar psychodelicznej the way of no return jest niemal stuprocentowe. I bardzo dobrze! Okoliczność jest definitywnie koncertowa, niemal w rockowym rozumieniu tego pokrętnego terminu – album zawiera werbalną introdukcję, część główną podzieloną na dziesięć odcinków, jakkolwiek stanowiącą nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych, i wielosekundową burzę oklasków.

Kwartet ognistej psychodelii wchodzi w magmę rockowej improwizacji bez specjalnych ceregieli. Gitary sprzęgają zawieszone w smogu syntetycznych plam, a aktywne, rozbujane circle drums dają moc przetrwania. Opowieść płynie szeroką strugą fonii, choć na wstępnym etapie nie jest podsycana basowym backgroundem elektroniki. Gitarzyści strzygą uszy i atakują szerokim frontem, połamana perkusja bystrze stymuluje dramaturgię chwili. Gdy tylko syntezator włączy tryb basowego dopalania opowieść szybko wita się ze ścianą dźwięku. Flow potrafi tu gęstnieć, a potem rozlewać się w szerokim korytem niemal w ułamku sekundy. Na incydentalnych na tym etapie koncertu spowolnieniach muzycy tryskają mocą utraconych melodii, chętnie korzystają z bagażu gatunkowych inspiracji. Szczególnie gorąco robi się w momentach, gdy obaj gitarzyści idą w zwarcie, jak dzieje się choćby w czwartej części albumu. Równie ciekawie jest wtedy, gdy narracja nabiera funkowych rumieńców, a syntetyczne akcje w tle przybierają na sile.

Improwizacja ma swój pierwszy znaczący punkt zwrotny w okolicach odcinka siódmego. Na jednej z gitar pojawia się wtedy smyczek, a kompulsywne tłumienie emocji sięga po całkiem kameralne metody. Post-industrialne zło szybko jednak powraca na front, a muzycy po raz kolejny tego wieczoru stają w ogniu krwistego hałasu. Opowieść od dłuższej chwili dzieli się już na wyraźnie wyseparowane epizody. Pojawiają się wokalizy, płomienne, gitarowe hymny w etyce fussion jazzu, ale rockowa psychodelii pozostaje w zanadrzu, w każdej chwili gotowa ponownie opanować scenę. Po kolejnym, noise’owym spiętrzeniu, na starcie części dziesiątej, pojawia się nowy wątek gitarowy, który brzmieniem przypomina frazy typowe dla … Steve’a Albiniego. Zaraz potem mamy ekspresyjne solo perkusji i kolejne garście gęstej psychodelii. Opowieść balansuje na granicy przesteru, ale incydentalnie potrafi unosi się w powietrzu i niemal lewitować, korzystając z eskalowanego od czasu do czasu pogłosu gitar. Wielki finał koncertu jest prawdziwie ognisty, grany na kompulsywnym wydechu. Na odchodnym swoje trzy grosze dokładają jeszcze syntetyczne pulsacje i wielowarstwowe wokalizy.




Daunik Lazro, Joëlle Léandre & Georges Lewis Enfances à Dunois le 8 janvier 1984 (CD 2020). Daunik Lazro – saksofon altowy, Joëlle Léandre – kontrabas, głos, George Lewis – puzon, zabawki. Nagranie koncertowe, 28 Rue Dunois, Paryż, styczeń 1984. Dziesięć części, 57 minut.

Koncert sprzed czterdziestu lat z dzisiejszej perspektywy zdaje się być prawdziwym spotkaniem na szczycie mistrzów improwizacji, ale po prawdzie także w roku 1984 nie wyglądał na wydarzenie mało istotne. Lazro - już wtedy pierwszy saksofon francuskiego free jazzu, Léandre - młoda adeptka kontrabasu o … niebywałym potencjale wokalnym i Lewis, gość zza Wielkiej Wody, znaczący przedstawiciel legendarnego AACM, stały współpracownik Anthony’ego Braxtona. Dodajmy, iż fragment tego koncertu (około 20-minutowy) został wydany przez szwajcarski HatHut na autorskiej płycie Lazro już w roku 1985. Dziś dostajemy wprost w nasze uszy całość koncertu, na który składają się zgrabne miniatury, rodzaj gier, tudzież zabaw w dźwięki oraz trzy rozbudowane improwizacje. Te ostatnie pokazują walory artystyczne całej trójki w sposób szczególnie dobitny.

Pierwsze cztery improwizacje, to anonsowane miniatury, z których tylko ta ostatnia znacząco przekracza dwie minuty. Artyści prezentują się tu nie tylko jako wyjątkowo sprawni i kreatywni instrumentaliści, ale także aktorzy teatralni, zabawni kabareciarze, mistrzowie ciętej riposty, skeczu, a także wokalnych i słownych igraszek. Lewis chętnie korzysta ze swojego dodatkowego akcesorium, wydając mnóstwo równie zabawnych, jak i tajemniczych dźwięków. Zdaje się, że w tej fazie koncertu więcej korzysta właśnie z nich, niż z samego puzonu. Lazro operuje bardziej jazzowym frazowaniem, nie stroni od ulotnych melodii, stara się porządkować przebieg narracji, musi być bardzo czujny, albowiem partnerzy często podsyłają mu drobne, foniczne prowokacje. Léandre frazuje z gracją zarówno swobodnym pizzicato, jak i zwiewnym, ale chwilami wyostrzonym arco. Jej eskapady wokalne dodają przebogatym improwizacjom dodatkowego smaczku. W ostatniej z czterech improwizacji otwarcia pojawia się pierwsza zajawka bardziej linearnej narracji, wyposażona w rytm basu, śpiew altu i puzonowe zdobienia.

Piąta i szósta odsłona koncertu, to rozbudowane improwizacje, trwające łącznie ponad dwa kwadranse. Tą pierwszą otwiera kontrabasistka wyposażona w smyczek i śpiewająca niemal operowym głosem. Partnerzy wznoszą okrzyki zachęcając ją do eskalowania procesu. Jeden z nich smutno zawodzi, drugi trochę błaznuje. W dalszej części utworu następują ekspozycje solowe, z których szczególnie efektowna jest partia Lewisa. Człowiek orkiestra, nadworny błazen i wytrawny preparator instrumentu i obiektów pochodnych. Powrót do tria oznacza tu sprawność kameralnego jazzu i humor teatralnych gagów. Artyści często operują teraz krótkimi frazami, bogacąc flow zabawnymi incydentami. Z czasem show zaczyna kraść Léandre, której frazowanie arco zdaje się być coraz bardziej temperamentne. Do tego garść kolejnych popisów wokalnych, bo tu przecież wszyscy kochamy Kabaret! Drugą z rozbudowanych improwizacji otwiera intuitywny duet puzonu i altu. Muzycy rozmawiają półsłówkami, zadają pytania i zwinnie odpowiadają. Po kilku minutach idą w niemal free jazzowe tango, do którego podłącza się smyczek kontrabasistki. Ta ostatnia ma tu także efektowne solo. Pod koniec, już we trójkę, muzycy ślą nam bukiet bardziej melodyjnych fraz.

Siódma część lepi się z szumów, szmerów i groteskowych odgłosów, wydawanych chyba narządami węchu – całość zdaje się być krótkim odpoczynkiem przed kolejną eksplozją. Ósma opowieść trwa prawie dziewięć minut i śmiało zaliczyć ją możemy do najmocniejszych punktów koncertu. Rozhuśtany post-jazz bazuje tu na bardzo szerokim spektrum dźwięku i ekspresji. Chwilami smakuje bluesem, chwilami popada w intrygującą medytację. Z jednej strony melodia, z drugiej puzonowe grepsy i smakowite preparacje, śpiewy i żarciki. Na zakończenie akt kreacji bierze na swoje barki ekspresyjny saksofon. Ostatnie dwie opowieści zgrabnie reasumują ów szaleńczy koncert. Najpierw jest to garść okrzyków, potem kupiona narracja rodząca się w ciszy, z czasem przepoczwarzająca się w linearną opowieść, która łapie ogień free jazzu. Ostatnia prosta budowana jest mrocznymi dronami.




wtorek, 9 lipca 2024

FOU Records: Quartet un peu Tendre! Catalogue!


Czas na drugie tego roku (i nie ostatnie) spotkanie z francuskim labelem FOU Records. Tym razem sięgamy po dwa najświeższe wydawnictwa – pierwsze jest tym ostatnim roku 2023, drugie … tym pierwszym roku 2024.

Zdaje się te dwa albumy dzieli wszystko – gatunkowa konotacja, rozmach realizatorski, czy wreszcie długość trwania samego nagrania. Łączy wszak jedna i zasadnicza kwesta – FOU potrafi zaskoczyć w każdej sytuacji dramaturgicznej!

Najpierw Mały Czuły Kwartet w dwóch elektroakustycznych, epickich opowiadaniach, potem post-rockowe trio, które garściami czerpie z historii noise’ rocka, a swe artystyczne życie toczy już … piątą dekadę. Na liście płac wyłącznie zacne, francuskie nazwiska - nie traćmy czasu na zupełnie zbędne w tym wypadku introdukcje.



 

Sophie Agnel/ Kristoff K. Roll/ Daunik Lazro Quartet un peu Tendre (CD 2023). Sophie Agnel - fortepian, Daunik Lazro – saksofon barytonowy oraz Carole Rieussec & J-Kristoff Camps (jako Kristoff K.Roll) – urządzenia elektroakustyczne. Zarejestrowane w dwóch różnych miejscach we Francji – grudzień 2020 (utwór 1), listopad 2021 (2). Łącznie 72 minuty.

Odsłuch Kwartetu warto rozpocząć od dokładnej lustracji okładki albumu, a szczególnie dwóch rozległych stołów, na których posadowione zostało elektroakustyczne instrumentarium, jakim operuje duet o nazwie własnej Kristoff K. Roll – przedmioty codziennego użytku, akustyczne instrumenty, laptopy i kable. Ów bezkres dźwiękowych możliwości uzupełniają fortepian i saksofon barytonowy. Artyści serwują nam dwie długie opowieści, które zdają się być dobrze zaplanowaną … improwizacją. Każda z nich ma odrębną dramaturgię - ta pierwsza sprawia wrażenie teatralnej kontemplacji z wystudiowanym głosem lektora, ta druga nerwowego manifestu politycznego, gdzie akcja goni akcję, a wysamplowany chór protestujących raz za razem dosyła ważne (być może) treści. Nade wszystko skupmy się jednak na dźwiękach muzycznych, a tych w trakcie ponad siedemdziesięciu minut albumu odnajdujemy niekończący się kosmos.

Spektakl rozpoczyna głos lektora, wokół którego panoszą się plamy akustyki i polirytmiczny szmer ze stołów pełnych dźwiękowych cudów. Narracja, choć toczy się w dalece majestatycznym tempie, zdaje się być pełna wydarzeń - spokojna praca preparowanego piana i barytonu, struga zagadkowej, intrygującej elektroakustyki i glosy, zarówno męskie, jak i damskie. Ponadgatunkowa nieoczywistość tej sterowanej improwizacji nie skłania do umieszczania akcji kwartetu w jakichkolwiek ramach estetycznych. Narracja wydaje się w pełni kontrolowana, choć raz za razem docierają do nas fonie, które zaskakują. Z jednej strony pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość – wszak lepiej zgrać mniej niż przegadać frazę, z drugiej - zgoda na akcenty brawury, zwłaszcza ze strony duetu samplującego. Świetnie w tym tyglu zdarzeń odnajdują się oba instrumenty akustyczne. Nie forsują emocji, są dokładnie tam, gdzie być powinny, by emocje opowiadania utrzymywały wysoki poziom. Recenzentowi nie pozostaje nic innego, jak odnotowywać szczególnie ciekawe momenty opowieści, która trwa trochę ponad dwa kwadranse. W 9 minucie słyszymy ciekawy passus basowych, syntetycznych pulsacji, w okolicach 17 minuty piękne, saksofonowe drony oblepione elektroakustycznym pyłem, a niedługo potem krótką fazę post-akustyki realizowaną wyłącznie ze stołów. Z kolei od 24 minuty kwartet wpada w post-melodyjny sen, odbywa somnambuliczny spacer po bezdrożach dźwięków. Ostatnie kilka minut opowieści, to melodia Cotrane’a Love, która zostaje wplątana w sieć elektroakustycznych zasieków. Jej finał okazuje się być dalece kompulsywną kulminacją, po której ambient umiera jako ostatni.

Druga opowieść trwa ponad 40 minut, ale zaczyna się w bezruchu fonii otoczenia, głosów dorosłych i dzieci, szmerów, rozmów naładowanych emocjami, być może prowadzonych na ważne tematy. Dźwięki żywych instrumentów zdają się pozostawać na uboczu, zastygać w obliczu samplowanych fraz nieznanej rzeczywistości ulicy. Można odnieść wrażenie, że część fraz saksofonu i piana jest tu elektroniczne przetwarzana. Po upływie 7 minuty w strukturze opowieści zaczynają pojawiać się głośniejsze incydenty, a całość nabiera dramaturgicznych rumieńców. Z jednej strony syntezatorowe melodie, z drugiej nerwowe, urywane frazy instrumentów akustycznych, akcenty percussion i plamy basowej syntetyki. Opowieść faluje, ale rzadko wystudza się do poziomu szumiącej ciszy. Artyści dbają o emocje, cały czas podsyłają nam dźwięki ulicznej manifestacji – okrzyki, piski, głośne rozmowy. W okolicach 15 minuty większą aktywność zgłasza saksofonista. Tu parska oblepiony plamami różnorodnych fonii. Nie brakuje dźwięków inside piano i barwnych plam ambientu. W 20 minucie dostajemy się w wir elektroakustycznych zgrzytów i szmerów, doposażonych w taneczny flow barytonu. Z jednej strony śpiew dętego, z drugiej złowroga rzeczywistość za oknem. Opowieść wspina się na szczyt, po czym ginie w ciszy. I tak dzieje się niemal do końca – opowieść zdaje się dzielić na epizody wyznaczane krótkimi plamami wystudzenia. Znów dużo spoczywa na barkach saksofonisty, który w okolicach 30 minuty doprowadza narrację do stanu niemal free jazzowej kipieli. Wszystko teraz krzyczy, pulsuje, syci się wewnętrznym rytmem, aż umiera wprost w strumień … lejącej się wody. Ostatni epizod niesie jeszcze więcej emocji – swoje momenty kulminacji ma tu zarówno warstwa syntetyczna, jak i akustyczna. Do tego samplowane frazy werbalne zostają poddane syntetycznej obróbce i stają się pasmem dotkliwej fonicznie elektroniki usterkowej. Saksofon i piano szukają fraz godnych unieść bagaż emocji, konają w konwulsjach, z kolei syntetyka i post-akustyka umierają w spokoju, zastygają w poczuciu rezygnacji. Garść ludzkich oddechów i gwizdów wieńczy dzieło. Aż chciałoby się zapytać, jaki los spotkał krewkich manifestantów.



 

Catalogue Assasins (CD 2024). Gilbert Artman – perkusja, Jac Berrocal – trąbka przetworzona, głos oraz Jean-François Pauvros – gitara elektryczna. Czas i miejsce nagranie nieznane. Trzy utwory, 21 minut.

To doprawdy niebywałe, ile energii i chęci zdrowego pohałasowania mieści się w głowach trójki francuskich weteranów muzyki kreatywnej. Trio Catalogue założyli na początku lat 80. ubiegłego stulecia. Nie nagrywają często, raczej traktują ten band jako odskocznię, możliwość powrotu do młodzieńczych fantazji. A grają z niebywałą mocą – z jednej strony gitarowy punk & noise w klimatach Steve’a Albiniego, a szczególności formacji Shellac (choć ta jest/ była młodsza o całą dekadę), z drugiej psychodeliczne fussion preparowanej trąbki i głosu, które zlepione w jedną strugę dźwięków potrafią postawić na nogi niejednego umarłego. Ten album, jakże stosownie zatytułowany, trwa ledwie 21 minut, ale zdaje się pozastawiać w nas niezatarte wspomnienie!

Nagranie stanowi nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, podzielony na trzy odcinki. Startuje gitara, która szyje ostre, niczym skalpel riffy. Perkusja podłącza pod nie bystry, niemal punkowy beat idealnie sklejony z gitarową akcją. Narracja pachnie tu post-bluesem, ale wejście zmutowanej trąbki, która krzyczy strugą gęstego, białego szumu wywraca konwencję stylistyczną do góry nogami. Dynamika i coraz bardziej siarczyste brzmienie klecą ów wyziew psychodelicznego post-punka. Krótkie spowolnienie, wejście w strefę przesterów i sprzężeń wyznacza drugi track dysku. Moment kompulsywnego chaosu niweluje kolejny gitarowy riff. Akcja nabiera dynamiki i mocy, której dodają wszyscy uczestnicy tego urokliwego horroru. Opowieść ewidentnie zagęszcza ścieg i zionie ogniem, co przy okazji staje się zaczynem trzeciego tracku. Gitara tnie coraz głębiej, perkusja wrzuca kolejny bieg, a trąbka nierozerwalnie związana krzykiem wokalisty dopełnia dzieła zniszczenia. Nim opowieść ostatecznie skona mamy jeszcze drobne, silnie psychodeliczne interludium, w trakcie którego perkusja na moment milknie. A potem czeka nas już tylko końcowy wybuch.

 

 

 

piątek, 3 maja 2024

Marteau Rouge & Evan Paker have a Gift for us!


Niedawna obecność redakcji na 80.urodzinach Evan Parkera w londyńskim Cafe OTO, to nie tylko moc wrażeń wizualnych i dźwiękowych, podsumowanych na tych łamach zaraz po powrocie ze światowej stolicy Freely Improvised Music, ale też niemały plecaczek płyt zakupionych we wskazanym wyżej miejscu. Pośród nich znalazły się zarówno cudowne starocie, jak i całkiem interesujące świeżynki. Na jedną z tych ostatnich pragniemy teraz zwrócić Waszą czujną uwagę.

Album Gift, wydany pod koniec ubiegłego roku, dokumentuje koncert, jaki miał miejsce w Paryżu lat temu piętnaście, ale jest definitywnie pierwszą edycją tego nagrania. Pokazuje ona zwarcie saksofonu tenorowego Parkera z elektroakustycznym triem Marteau Rouge (Czerwony Młot), pełne emocji, intrygujących splotów dźwiękowych i takiż interakcji pomiędzy czwórką artystów, dla których nie było to bynajmniej pierwsze spotkanie sceniczne. Inny ich koncert możemy odnaleźć na krążku Live, dokumentującym nagranie o rok starsze (In Situ, CD 2009).

Dodajmy dla mniej wtajemniczonych, iż Marteau Rouge konsumuje personalnie legendę francuskiej, ponadgatunkowej improwizacji, Jean-Marca Foussata, którego podstawowym narzędziem pracy jest syntezator oraz dwóch jego bystrych, stałych partnerów w osobach gitarzysty Jean-François Pauvrosa i perkusisty Makoto Sato.

Do słynnego, paryskiego Instants Chavirés zapraszamy na prawie siedemdziesiąt minut!



 

Koncert składa się z dwóch mniej więcej trzydziestominutowych setów oraz kilkuminutowego encore. Start jest delikatnie leniwy - na werblu szamoczą się jakieś przedmioty, słychać szmer elektroniki i gitarowego amplifikatora, saksofon charakterystycznie wzdycha. Artyści potrzebują kilku chwil, by sformować w miarę zwartą, linearną opowieść. Gitara przypomina teraz bas, syntezator zaczyna znaczyć teren pokazując, iż jest tu bardzo ważnym uczestnikiem gry, perkusja oplata wszystko gęstym ściegiem. W tym gronie tenor wydaje się być na tym etapie najspokojniejszy. Pierwsze drobne spiętrzenie zostaje wygaszone swobodną plejadą niezobowiązujących interakcji, którym nie brak meta rockowego posmaku. Kolejne spiętrzenie, w okolicach 10 minuty, definitywnie zasługuje już na miano free jazzowego. Leje się gęsta lawa, szczególnie z okablowania syntezatora. Po drobnym spowolnieniu improwizacja przechodzi w kolejne, coraz bardziej intrygujące fazy – najpierw szczypta psychodelii, potem garść rozkołysanego ambientu, wreszcie smyczek na gryfie gitary, rozmodlone jęki saksofonu i elektroakustyczne szumowisko. Końcowe frazy pierwszego setu mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Gęsta, syntetyczna psychodelia, efektowny drumming i … nagłe zejście w dół, skomentowane niemal folkową melodyką syntezatora i gitary ze smyczkiem.

Drugi set otwiera syntezator, a w roli komentatora występuje saksofon, który sugeruje melodyjną ścieżkę rozwoju improwizacji. Po kilku chwilach zawahania tajemniczy, męski głos wzywa kwartet do akcji! Formuje się dość zwarta, kolektywna narracja, która ma jasno wyznaczony kierunek, a u jej stóp ściele się mroczny dron syntetyki. Po chwili żwawej przebieżki improwizacja staje w obliczu mrocznej ciszy szeleszczących talerzy i pogłosu zastygającej gitary. Perkusja zdaje się być teraz najbystrzejsza i circle drummingiem zaczyna budować podwaliny nowej rozgrywki. Pomaga jej basowy dron syntezatora i post-jazzowe pląsy gitary. Na ów delikatnie chaotyczny moment koncertu nakłada się silnie pobudzony saksofon, który porywa kwartet do kolejnego freejazzowego lotu. Tempo rośnie, intensywność także, jedynie gitara staje w poprzek ogólnej tendencji i slajsuje bluesem. Tu faza wytłumienia dostarcza mam kilka podwójnych fraz gitarowych, tak, jakby syntezator prowadził coś na kształt live processingu. Znaczące uspokojenie wyznacza teraz upływ siedemnastej minuty seta. Tymczasem po raz kolejny dramaturgię koncertu ogarnia perkusista, dając asumpt do budowania kolejnego spiętrzenia. Tym, który najbardziej korzysta z tej okoliczności jest rozszalały syntezator. Tenor początkowo stara się tłumić emocje, ale po chwili idzie już w tango, podobnie jak cały kwartet. Narracja hamuje wprost w drobne zabawy na werblu, które znamy z początku koncertu, po czym wpada w stan delikatnego rozkołysania. Pojawiają się incydentalne preparacje, męski głos, wreszcie zaskakujący tu chyba wszystkim zaśpiew godny muezina! To zdaje się być dzieło gitarzysty! Wobec takiej wolty finalizacja seta nabiera intrygującej dynamiki i intensywności.

Koncertowy bis bynajmniej nie ma w planach kojenia naszych nerwów, jest równie dynamiczny i mięsisty, jak końcówka drugiego seta. Free jazz pełną gębą, dodatkowo okraszony permanentnym, ponadgatunkowym fermentem gitary. Po bisie oklaski wydają się być jeszcze bardziej burzliwe, niż po części zasadniczej. 

 

Marteau Rouge & Evan Paker Gift (Fou Records, CD 2023). Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, obiekty, Jean-François Pauvros – gitara elektryczna, głos, Makoto Sato - perkusja oraz Evan Parker – saksofon tenorowy. Nagranie koncertowe, Instants Chavirés, Francja, grudzień 2009. Trzy improwizacje, 69 minut.




poniedziałek, 25 lipca 2016

Daunik Lazro – francuski łącznik


Daunik Lazro, wybitny francuski saksofonista wolnej muzyki improwizowanej, kolejna być może ofiara dominacji kultury anglosaskiej we wszechświecie (bo permanentnie niedoceniany przez całą swoją muzyczną przygodę, trwającą ponad cztery dekady), trafił już na te łamy przy okazji omawiania trzech genialnych kwartetów jego nieco młodszej koleżanki znad Sekwany, Joelle Leandre. Na zapowiadane wtedy kilka słów o nim i jego muzyce przyszedł dziś odpowiedni moment.

Dyskografia autorska muzyka, urodzonego 71 lat temu w Chantilly, nie jest nadmiernie rozbudowana. Znacząca jej cześć powstała z udziałem improwizujących rodaków i wydana została we Francji. O kolaboracjach z Leandre (choćby Paris Quartet i Madly You) już pisałem, warto także wspomnieć o niejednokrotnych spotkaniach z wyjątkowym francuskim sopranistą Michelem Donedą i takimż portugalskim skrzypkiem Carlosem Zingaro. Jeśli chodzi o świat anglosaski, częstym partnerem Daunika bywał Joe McPhee. Osobiście po raz pierwszy usłyszałem tembr jego saksofonów w trakcie zwarcia trzech instrumentów dętych, drewnianych, na krążku bez tytułu, który dwadzieścia lat temu wydała oficyna Vand’Oeuvre – wraz z Lazro dmuchali na niej, wspomniany przed momentem McPhee i Evan Parker.

Dziś szerzej zajrzymy na dwa wydawnictwa już z bieżącej dekady (ich wspólną cechą kosmiczna jakość muzyki tam zawartej), a także rzucimy okiem i uchem na trzy starsze krążki, które z jakichś względów warto dziś uznać na wysoce interesujące.


Promieniowanie niepozbawione sensu

Zacznijmy od wydanej dwa lat temu płyty Sens Radiants (Dark Tree Records). To swoiste międzypokoleniowe spotkanie trzech znamienitych francuskich improwizatorów. Najmłodszy z tego grona, aktywnie muzycznie dekadę z okładem, kontrabasista Benjamin Duboc, dekadę starszy perkusista Didier Lasserre i nasz weteran, od połowy lat 70. aktywny na scenie free, Daunik Lazro, tu jedynie na saksofonie barytonowym. Wspomniany krążek jest dokumentacją fonograficzną koncertu, jaki odbył się 20 września 2013r. w na festiwalu Ecouter pour I’Instant w Le Fliex, Francja. Przy okazji nagranie z oklaskami jest muzyczną kontynuacją pierwszego spotkania tego tria, w okolicznościach studyjnych, w sierpniu 2010r., które swój wyraz wydawniczy odnalazło na krążku Pourtant Les Cimes Des Abres (Dark Tree Records, 2011).






Nie mam w zwyczaju, recenzując jakąkolwiek płytę, rozpoczynać od porównania do znanego już zespołu, czy nagrania. Ale w wypadku tria Lazro-Duboc-Lasserre, nie potrafię się powstrzymać, by nie porównać ich muzyki do dokonań legendy free improvisation, angielskiej formacji AMM! Oszczędna w środki wyrazu, skupiona, chwilami minimalistyczna improwizacja trzech muzyków niezwykle silnie wyczulonych na pojedyncze interakcje, potrafiących także budować oniryczny klimat, a nawet transową narrację, operując przy tym zwartymi i przeplatającymi się wzajemnie plamami dźwięków. Perkusista funkcjonujący w trakcie koncertu na sporym pogłosie (nie znam miejsca, zatem nie wiem, czy to efekt zamierzony, czy jedynie zastana rzeczywistość), często operuje pałkami na glazurze talerzy, niczym Eddie Prevost, potrafi też napędzać kolegów nieoczywistym rytmem, czy nawet jego sugerowaniem. Saksofonista działa z zaplecza, często milknie na długie minuty, by powrócić w absolutnie kluczowym momencie i zdynamizować improwizację (uwaga! tu potrafi być głośno i drapieżnie, choć nie są to charakterystyki dominujące w muzyce tria). Ciekawie wykorzystuje sonorystycznie swój baryton, grając chwilami w naprawdę wysokich rejestrach, jawiąc się kolorystą dużego formatu, przy okazji nie po raz pierwszy, udowadniając wysokie kompetencje. Wreszcie kontrabasista, zdaje się w tej zabawie jednak postacią centralną i to nie tylko z uwagi na miejsce, z którego dociera do nas tembr jego instrumentu, niski, mocny i nieznoszący sprzeciwu. Dużo gra smyczkiem, budując przy tym klimat swoistego niepokoju i nieprzewidywalności, lubi ostro tym smykiem uderzać w gryf instrumentu, czym nadaje całej improwizacji siłę wyrazu i jakość przekazu. Muzyka całego trio, korzystając z amm-owskiej podpórki… trwa i jest to jedyny niezaprzeczalny fakt, jeśli chodzi o jej percepcję.

Płyta studyjna składa się z czterech fragmentów o różnym poziomie intensywności gry, koncert zaś jest nieprzerwanym, ponad 55-minutowym ciągiem dźwięków. Wydane we Francji, w małej oficynie o niebogatym dorobku, Dark Tree. Jeśli gdziekolwiek da się kupić te krążki, zróbcie to koniecznie.




Pod wpływem Kurary

Czas na niezwykłe spotkanie trzech fascynujących postaci – francuskiego, eksperymentującego gitarzysty Jean-Francois Pauvorsa, doskonale nam znanego free drummera Rogera Turnera i bohatera dzisiejszej opowieści, tu z rurą barytonową i altową. Na krążek Curare (NoBusinness Records, CD/LP 2011) złożyły się dwie okoliczności koncertowe – pierwsza w znanym klubie Instant Chavires w roku 2008, druga w trakcie festiwalu Jazz en Franche-Comte, dwa lata później. Intrygujące spotkanie lekko wycofanego saksofonisty, ekspresyjnego gitarzysty (wszakże bez specjalnych doświadczeń w zakresie improwizacji o choćby odrobinę jazzowych korzeniach) i perkusjonalisty kameleona, który odnajdzie się w każdych okolicznościach estradowych. Pauvros, facet o wyglądzie wychudzonego Williama Burroughsa w długich włosach, trzymając swe różne gitary w ręku, nie ma żadnych ograniczeń w sposobie gry i doborze środków wyrazu. Wyobraźnia miota nim po scenie, a my możemy tylko konstatować, co pewien czas: ja bym na to nie wpadł… Raz brzmi jak Joe Morris, innym razem stosując technikę slajdową, ślizga się i płynie po gryfie umoczonymi palcami, niczym bluegrassowy wyjadacz. Gdy sytuacja w procesie improwizacji tego wymaga, zamienia się w gitarzystę basowego i napędza całe trio, niczym silnik atomowy. Stanowi bezsprzecznie inspirujący dysonans estetyczny i stylistyczny dla pozostałej dwójki muzyków. Lazro na początku całej zabawy czai się jak tygrys na żerowisku, nieco ustępuje pola gitarzyście, ale to efekt zamierzony i dramaturgicznie uzasadniony. Gdy przyjdzie jego moment, barytonem wydzierga marszrutę improwizacji dla całej załogi, a groteskowość sytuacji scenicznej podkreśli komentarzem gardłowym. Zgrabnie dyscyplinuje szaleństwo koncertowe, pyskatym i śpiewnym altem. Gdy improwizacja przebiera bardzo skupiony charakter, gdy wydawanie dźwięku przypomina wyciskanie soku z nadgniłej cytryny, jest królem tego rytuału i jedynym sprawiedliwym. Turner jest wszędzie, w każdym momencie podkreśla tupaniem wyczyny kolegów i dynamizuje w ujęciu dramaturgicznym całą improwizację. Pod koniec nie zabraknie też szczypty psychodelii (Lazro palcuje jak Coltrane, to chyba przypomina jedną z jego kompozycji!) i onirycznego pląsania na finał.
Kurara, indiańska trucizna do smarowania grotów strzał. Trafiony, zatopiony!





Starsze incydenty, personalnie różnorodne

Cofnijmy się w czasie o blisko dwie i pół dekady. W dyskografii Lazro niewiele jest pozycji, w których jest on głównym podmiotem wykonawczym (poza sporadycznymi ekspozycjami solowymi). Tu – wyjątek potwierdzający regułę. Podwójna winylowa płyta Daunik Lazro Sweet Zee (Hat Art, 1985), niestety do dziś niewznowiona na nośniku cyfrowym. Pierwszy krążek, to fantastyczne, prawdziwie rozwichrzone free improv w pasjonującym personalnie kwartecie – dwaj faceci odpowiedzialni za niskie częstotliwości, Tristan Honsinger (wiolonczela, głos) i J.J. Avenel (kontrabas), wyjątkowy Toshinori Kondo na trąbce (także głos) i Lazro na saksofonie altowym. Blisko trzy kwadranse improwizacyjnego szaleństwa o brudnym soundzie i piekielnym, mimo braku perkusji, ładunku dynamizmu. Sweet Zee I i II, zarejestrowane na festiwalu jazzowym w szwajcarskim Willisau, w sierpniu 1983r. Drugi czarny krążek dzielą między sobą dwie formacje trzyosobowe. Najpierw alt Lazro zaplątany został między struny gitary Raymonda Boni i skrzypiec Carlosa Zingaro – ponad 23-minutowa perła precyzyjnej, acz śmiałej estetycznie improwizacji (koncert na Sens Music Meeting, Francja, maj 1983r.). Na koniec kolejna formacja bez backgroundu rytmicznego – Joelle Leandre (kontrabas i głos), George Lewis (puzon z przystawkami), no i Lazro znów tylko na alcie. Tym razem aż pięć drobnych miniatur swobodnej improwizacji, godnych każdej naszej chwili do zmarnowania (rejestracja francuska ze stycznia 1984r.). Po odsłuchu całości można tylko zadać sobie pytanie, która z czterech stron Sweet Zee, uwiodła nas najbardziej. Pytanie jest cokolwiek retoryczne. Doskonała muzyka.

Ciekawym wydawnictwem jest płyta Periferia (in Situ, 1995), sygnowana przez demokratyczny kwartet w składzie – Daunik Lazro (alt, baryton), Carlos Zingaro (skrzypce, także w wersji elektrycznej), Sakis Papadimitriou (piano) i Jean Bolcato (kontrabas, głos). Każdy z muzyków przygotował na okoliczność spotkania w Vando’eure-Les-Nancy (kwiecień 1994r.) po dwie kompozycje, które zostały poddane kolektywnej, acz skupionej i wrażliwej na szczegół brzmieniowy improwizacji. Ciekawa okazja, by poznać muzykę Daunika w atmosferze zupełnie odmiennej od szaleństwa Słodkiej Zee.




Pozostańmy przy kontrabasie Bolcato i dodajmy doń perkusję Christiana Rolleta. Tych dwćch Panów doprosił Daunik Lazro (alt, baryton) do realizacji pomysłu, firmowanego trojgiem nazwisk, A.H.O And His Orchestra (Blue Regard, 1997). Znów na pulpitach studyjnych pojawiły się kompozycje każdego z muzyków (także Steve’a Lacy i Charlesa Tylera), które na wysokim poziomie kooperacji zostały nam podane w wersji silnie improwizowanej. Bardzo jazzowa propozycja, której wiele fragmentów granych jest unisono, a my możemy zachwycać się fantastycznym brzmieniem instrumentów i telepatycznym wręcz zrozumieniem muzyków. Piękna płyta!



Ps. Uwaga! Trybuna udaje się na zasłużone wakacje, w trakcie których nie planuje nowych publikacji (choć licho nie śpi..). Nowych zwariowanych opowieści o jeszcze bardziej zwariowanych muzykach oczekujecie po 15 sierpnia.