Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebi Tramontana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebi Tramontana. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 maja 2022

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter! *)


Idea swobodnej improwizacji zasadza się na założeniu, iż muzycy spotykają się na scenie i bez wstępnych ustaleń grają, co im dusza dyktuje, czego wyobraźnia nie ogranicza, a uważne słuchanie partnera podpowiada. Historia gatunku zna wiele tradycji swobodnego muzykowania, zarówno kleconego ad hoc, jak i w formie dalece zorganizowanej (ta druga opcja, to choćby Company Dereka Baileya, czy Mopomoso Johna Russella, by daleko nie szukać). A rzeczywistość świata improwizacji tu i teraz potwierdza każdym swoim ujawnieniem celowość podobnego kształtowania procesu wspólnego muzykowania. Muzycy zbierają się na scenie w większej lub mniejszej liczbie, dobierają w pary, tria i czy większe formacje, a także improwizują pełnym składem, gdy najdzie ich taka ochota lub/i gdy poczują, iż są do tego mentalnie i artystycznie przygotowani.

Dokładnie na takiej zasadzie skonstruowana została impreza pod nazwą Sound Scape. Inicjatorem tego przedsięwzięcia jest fiński saksofonista (berliński rezydent) Harri Sjöström. Pierwsze spotkanie pod tym szyldem miało miejsce w Berlinie w roku 2013, kolejne w Helsinkach w latach 2016 i 2018 (te drugie usłyszeć można na podwójnym krążku Balderin Sali Variations, Leo Records 2020). Ostatnie jak dotąd spotkanie Dźwiękowego Krajobrazu miało miejsce w październiku roku ubiegłego, a dwupłytowy album, który właśnie omawiamy jest fonograficzną dokumentacją dwudniowego spotkania w Monachium.

Na scenie spotykamy czternastu muzyków, wyposażonych w cztery instrumenty dęte, dwa kontrabasy, dwa zestawy perkusyjne, skrzypce (z elektroniką), fortepian, gitarę, ćwierćtonowy akordeon, wibrafon i w ramach kreatywnego uzupełnienia tzw. live processing. Zasady organizacyjne w ramach tego festiwalu są stale i rygorystycznie przestrzegane – festiwal otwierają wszyscy muzycy, potem dzielą się na mniejsze grupy, by na koniec drugiego dnia znów zagrać pełnym składem. Uwaga! Każda improwizacja ma swoje ograniczenie – może trwać maksymalnie 15 minut. Na albumie dostajemy czternaście takich improwizacji, przy czym niektóre z nich być może zostały skrócone, tak by pomieściły się na dwóch kompaktowych dyskach. Tak, czy inaczej, przed nami ponad dwie i pół godziny efektownych improwizacji. Zapraszamy!

 


Zgodnie z regułami serii płytę otwiera nagranie 14-osobowej orkiestry. Pierwsze dźwięki płyną z cichych westchnień małych instrumentów, z mroku kameralnej, niemal neoklasycznej dyscypliny scenicznej. Armia akustycznych źródeł dźwięku osnuta jest poświatą elektroakustyki, będącej efektem pracy na kablach. Emocje na ogół głęboko jeszcze skrywane, incydentalnie znajdują światło dziennie i definitywnie zdobią początkową fazę improwizacji. Całość z czasem nadyma się i nabiera pewnej nierównomiernej dynamiki, ale skupienie i kreatywne zaniechanie także stanowią tu atrybuty aktywności muzyków. Rozbudowana sekcja rytmu, jeśli w tym wypadku można użyć takiego określenia, stwarza udaną bazę dla swobodnych dialogów w podgrupach. Szczególne aktywne wydają się być oba puzony, które chętnie wchodzą w dyskurs poznawczy z instrumentami strunowymi. Swoje czynią tu także dwie aktywne perkusje. Oto chamber, które po zrzuceniu gatunkowej skorupy zdaje się pięknieć z każdą sekundą. W środkowej części improwizacja tętni dynamicznym życiem, w dalszej skupia się raczej na drobiazgach, szyje narrację w podgrupach, nie stroni od zachowań typu call & responce. Na finał w rolę free jazzowego wichrzyciela wciela się pianista.

Zabawę w swobodną improwizację w mniejszych składach zaczynamy od tria gitary, fortepianu i perkusjonalii. Ciekawa opowieść, która w wartkie strumienie dźwiękowe wplata tłumione emocje. Piano w formie preparowanej i klawiszowej, leniwa jazzowa gitara i nerwowy pre-drumming osiągają tu po niedługim czasie poziom dalece ekspresyjny, zdobiony salwami niemal rockowych wydechów gitarzysty. Zaraz potem dostajemy się w wir działań dźwiękowych zgrabnego kwartetu – wibrafon, skrzypce, kontrabas i puzon. Drobne, preparowane frazy, garść czystych westchnień, trochę kameralnych pisków i dętych zaśpiewów, a wszystko skontrapunktowane aktywnym wibrafonem. Narracja nabiera pokrętnej dynamiki głównie za sprawą gęstego pizzicato kontrabasu. Gdy zbliży się do ciszy, moc krnąbrnych subtelności podsyła nam skrzypek, delikatnie umoczony w poświacie niezbyt jeszcze rozbudzonej elektroniki.

Kolejne dwa epizody, to duety. Pierwszy z nich, to jedna z najsmakowitszych improwizacji w całym zestawie! Akordeon i lekki saksofon! Ten drugi rozśpiewany, ten pierwszy wypuszczający drony niczym wielkogabarytowa tuba! Utuleni pięknym brzmieniem muzycy ruszają w tango i nie stronią od wyszukanej melodyki. Saksofon stawia na zadziorne frazy, akordeon puszcza oko i śmieje się od ucha do ucha. Doskonała improwizacja jeszcze zyskuje na jakości, gdy muzycy osiągają naprawdę ekspresyjny poziom dynamiki. Kolejny duet ma chyba za zadanie ukoić nasze rozhuśtane emocje. To klarnet i puzon w fazie ptasiego gaworzenia, w imitacyjnym marszu, realizowanym nie tylko na wdechu. Kameralna intryga dwóch samców nie stroniąca od akustycznych niespodzianek.

Po sporej dawce czystej akustyki czas na kwartet z procesorem dźwięku. I jeszcze dwie perkusje, i wibrafon. Prawdziwie elektroakustyczna przygoda. Najpierw garść subtelności, które lepią się w zgrabną pajęczynę powiązań - trochę rezonujących fraz i wibrafonowych preparacji. W drugiej fazie improwizacji muzycy skupiają się na post-perkusyjnych spiętrzeniach, tworząc nieoczywistą, oniryczną chmurę hałasu. Na finał pierwszego dysku znów duet, tym razem puzonu i skrzypiec, no i kolejne westchnienie zadowolenia recenzenta! Na początek imitacyjne półśpiewy z kameralnym rynsztunkiem, w duchu dość minimalistycznym, pięknie skąpane w elektronicznym backgroundzie, który delikatnie osiada na akustycznych frazach. A potem już same popisowe role, najpierw puzonu, potem skrzypiec. Na zakończenie mała eksplozja ekspresji – śpiew, krzyk i desperacja! Brawo!

Z radością przeskakujemy tymczasem na drugi dysk koncertowej dokumentacji z Monachium! Na początek większe gabaryty - dwa kwintety i jeden kwartet! Zaczynamy zmysłowym rozwinięciem duetu, który kończył dysk pierwszy – zatem puzon i skrzypce, a na dokładkę perkusja, kontrabas i saksofon. Zadziorne, niemal free jazzowe combo, które lubi kameralne emocje. Sporo ostrych wymian dźwięków, dęte strzały i strunowe riposty, a wszystko skąpane w nerwowym strumieniu całkiem dynamicznych fraz. Kolejnym kwintetem zjeżdżamy na samo dno! Dwa kontrabasy, klarnet basowy i dwa zagubione puzony w roli czerstwej wisienki na torcie. Drony i zamaszyste strugi pizzicato w chocholim tańcu bez uśmiechów. Z kolei zapowiadany kwartet, to efektowny powrót procesora, fortepian, skrzypce i saksofon. Początkowo dość filigranowo, potem zdecydowanie bardziej masywnie - preparowane frazy i rytmiczne podrygi. Najpierw emocje skaczą ku górze, potem toną w elektroakustycznym ambiencie. Finał zaś odtańczony zostaje z niemal filharmonicznym rozmachem.

Czas na chwilę oddechu? Zdecydowanie tak, w czym pomagają wibrafon i puzon. Garść preparacji tego pierwszego i dość minimalistyczna postawa tego drugiego. Emocje mamy tym razem wystudzone, ale dynamiczny wibrafon stara się ów stan rzeczy zmienić. Nie bez skutku! Dobrze zatem przygotowani wchodzimy w dynamiczny, niemal free jazzowy kwartet – kontrabas, perkusja, klarnet basowy i fortepian. Rozgrzane pizzicato, agresywne piano, dużo perkusjonalnych szczegółów i dęte podmuchy! Spory lądunek emocji zwinnie ugaszony tu zostaje spokojnymi preparacjami.

Szósta improwizacja drugiego dysku, to kolejna perełka w koronie! Gitara, akordeon i procesor - intrygujący zestaw, jeszcze lepsza muzyka! Opowieść zaczyna się w elektroakustycznym mroku, budowana dronami i drżeniem gitarowego gryfu. Zmiana goni tu zmianę - gitara od onirycznego ambientu po rockowe emocje, świetna robota live processing i akordeon, który zdaje się tu mieć nieskończoną ilość twarzy. A wszystko delikatnie podlane psychodelicznym sosem. Czas zatem na finał! Orkiestra tutti! Zaczynają nisko nad podłogą, basowymi dronami. W górze śpiewają dęciaki. Nerwowa atmosfera potrzebuje tu ekspresji i dynamiki! Obie charakterystyki pojawiają się w ułamku sekundy, ku powszechnej radości ogółu. Basy ryją strugę pizzicato, puzony lamentują, a reszta też nie trwoni czasu na zbędne frazy. Narracja przypomina tu wielkie, free jazzowe crescendo, które wspina się mozolnie na szczyt. Finałowe zejście w ciszę chyba jeszcze piękniejsze, zdobione tłumionymi, strunowymi frazami.

 

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2022). Matthias Bauer – kontrabas, Lawrence Casserley – signal processing instrument, Floros Floridis – klarnet i klarnet basowy, Emilio Gordoa – wibrafon, Steve Heather – perkusja, instrumenty perkusyjne, Wilbert De Joode – kontrabas, Kalle Kalima – gitara, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Libero Mureddu – fortepian, Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne, Giancarlo Schiaffini – puzon, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, altowy i sopranino, Sebastiano Tramontana – puzon oraz Philipp Wachsmann – skrzypce i elektronika. Nagrane 1 i 2 października 2021 roku, Bayerische Rundfunk, Schwere Reiter, Monachium. Czternaście swobodnych improwizacji, łącznie 152 minuty i kilkanaście sekund.

 

*) Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

piątek, 22 października 2021

The Rodrigues’ Next Story: Guilherme with or without Ernesto! A son, a father and the holy ghost!


Portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues był ważnym elementem ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, jaka odbyła się w poznańskim Dragonie na początku bieżącego miesiąca. Redakcja wciąż żyje dźwiękami, jaki wtedy powstały, zatem z ogromną ochotą słucha także nagrań, jakie uczestnicy imprezy zostawili po sobie kończąc udział w festiwalu.

Nowych nagrań wspomnianego wiolonczelisty, a także jego ojca Ernesto, który improwizuje najczęściej na altówce, przybywa w tempie geometrycznym, ale i tak można odnieść wrażenie, iż Trybuna śledzi dokonania obu muzyków, realizowane zarówno osobno, jak i wspólnie, w miarę regularnie. Dziś pochylimy nasze receptory węchu nad dwoma wspólnymi nagraniami Rodriguesów (trio i kwartet), które zostały światu upublicznione w ostatnich tygodniach, tudzież miesiącach, ale także nad dwoma nieco starszymi nagraniami, które Guilherme popełnił w formule duetowej. 

 


Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Stephan Bleier  Anamorphose (Creative Sources, CD 2021)

W wypadku pierwszej z płyt rodzinny klan Rodriguesów, wyposażonych w wiolonczelę i altówkę, spotykamy w towarzystwie kontrabasisty Stephana Bleiera. Nagranie powstało w Berlinie, w maju bieżącego roku, a składa się z pięciu swobodnych improwizacji, które trwają łącznie 43 minuty.

Aura otwarcia zdaje się być odrobinę przewidywalna. Struny chroboczą gwałcąc ciszę introdukcji, coś pomrukuje, niczym instrument dęty, ktoś generuje szybkie oddechy i głębokie westchnienia – bowed strings in minimal dance! Narracja gęstnieje spokojnymi frazami, które budują klimat niemal pre-industrialny, mogący w każdej chwili eksplodować swoją uśpioną ekspresją. Instrumenty śpiewają, zawodzą, skrobią o szybę wilgotnymi palcami. Ich na poły bezdźwięczna mechanika jest w stanie dotrzeć zarówno do granic hałasu (tu, bystrymi preparacjami), jak i zanurzyć się czystymi, kameralnymi frazami w bezmiarze swobodnej narracji. U progu kolejnej części struny jęczą pod pręgieżem kreacji artystów. Na dole opowieści snuje się nić melodii, przypominająca portugalskie saudade rodzące się w wyjątkową ciemnym pokoju. Two arco, one pizzicato! Śpiewne frazy cello uroczo haczą o estetykę muzyki dawnej. Trzecia opowieść trzyma się zamierzchłej historii kameralistyki. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby stali na schodach berlińskiej filharmonii i odgrywali smyczkową symfonię. Łabędzie tańce na bazie basowych pomruków, plejada nieskażonych preparacjami czystych fraz strunowych.

Czwarta historia wybudza nas z kameralnych stanów dźwiękowego ukojenia. Złowrogie szorowania strun, uderzania smyczkiem po gryfie instrumentu - wszystko w oparach gęstej ciszy, w tle której tworzą się małe melodie, frazy gotowe do intonowania żałobnych pieśni pogrzebowych. Przez moment mamy wrażenie, że muzycy pracują na samych strunach, jakby ich instrumenty zostały pozbawione drewnianej obudowy. Trzy strunowce, niczym klucz dzikiego ptactwa zdaje się płynąć lotem wznoszącym, prowadząc przy tym niezobowiązujące rozmowy o życiu. Rezonujące dźwięki wiolonczeli i altówki dobrze lepią się tu z basowym pizzicato, które repetuje, tworząc zmysłową bazę dla ich melodyjnych pomysłów. Czas na finał tej strunowej przygody. Zaczyna wiolonczela, która ostro riffuje, pełna niemal rockowego temperamentu. Kontrabas burczy, a altówka kompulsywnie śpiewa. Dynamika improwizacji efektownie rośnie, jej faktura gęstnieje, a emocje rodzą się dzięki drastycznym szarpnięciom za struny największego z instrumentów. Opowieść zaczyna przypominać mała burzę z piorunami. Trzy smyczki idą tu w tango i świetnie się w tym czują! Na sam koniec schodzą w pobliże ciszy, kwilą na stronie, ktoś wydaje ludzki odgłos, a kontrabas chrząka frazami niepozbawionymi agresji.

 


Guilherme Rodrigues, Mariana Carvalho, Ernesto Rodrigues & João Valinho  Eclipse (Creative Sources, CD 2021)

Na drugie spotkanie z Rodriguesami przenosimy się lizbońskiego studia Naumoche, dodatkowo cofamy w czasie o niemal trzy lata, do listopada 2018. Przed nami rozbudowana, dwuczęściowa ekspozycja kwartetu w składzie: Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Mariana Carvalho – fortepian, Ernesto Rodrigues – harfa i elektronika (bez altówki!) oraz João Valinho – instrumenty perkusyjne. Pierwsza część zwie się Solar Eclipse, druga dla odmiany - Lunar Eclipse. Całość trwa ponad 68 minut.

Słonecznie… U progu nagrania wita nas mrok ambientu, całkiem nieznanej proweniencji. Głucha przestrzeń oddycha, po brzegi wypełniona ciszą, skwierczącą dźwiękowym niebytem. Bije dzwon, pojawiają się pierwsze pół drony, zapewne ze strun i piana, ale także smugi elektroakustycznej poświaty, jaką generuje ogół narzędzi pracy muzyków. Opowieść nabrzmiewa, jak ropa na zakażeniu, płynie niczym parostatek w ciemnej mgle. Struny trzeszczą, piano drży, harfa podpięta pod elektronikę i perkusyjne talerze rezonują. Kilka akcentów deep drumming rozpoczyna proces wyłaniania się z mgły elektroakustyki prawdziwych, żywych dźwięków. Odbiorca przez pewien czas pozostaje w dysonansie poznawczym, albowiem wiele fraz, czy półdźwięków dociera do nas z bliżej nieokreślonych miejsc i przedmiotów. Po czasie narracja formuje się ponownie w delikatny, akustyczny dron, niemal niezauważalnie wspierany nagą elektroniką. Opowieść przypomina starsze nagrania AMM, trwa niczym foniczna zawiesina na nieboskłonie. W połowie seta zostaje ona jednak sprowadzona do postaci sygnału elektroakustycznego, który staje się podwaliną nowego wątku improwizacji. Ten lepi się z matowych, niemal niesłyszalnych fraz, obłoków szumu i plejady szmerów. Znów musimy trochę poczekać, by w strumieniu dźwiękowym zacząć wyróżniać dźwięki czysto akustyczne. Misterium skupienia znów trwa, niczym kolejny koncert AMM. Na zakończenie improwizacja formuje się w jednorodny strumień fonii, oblepiony czerstwą syntetyką i rezonującą akustyką. 

Księżycowo… Druga historia definitywnie kwalifikuje się już do odsłuchu słuchawkowego! Drżące struny, pomiędzy które wpychana jest perkusyjna pałeczka, multiplikująca się cisza, dźwięki z najgłębszych zakamarków piana, szumiące talerze, sycząca harfa i pomruki wiolonczeli. Tym razem bez znamion dźwięków syntetycznych, tudzież elektrycznych. Filigranowa, akustyczna podróż po ciemnym pokoju, wypełnionym obumierającym robactwem. Lunatyczny trip po gęstym lesie, bez jakichkolwiek drogowskazów. Nano-preparacje, gęste pasma ciszy, celebracja rytuału zaniechania i wyczekiwania. Po upływie kwadransa dźwięki harfy zapraszają do dźwiękowego współistnienia pewien nieakustyczny ochłap fonii, który przypomina pracę starego wzmacniacza gitarowego. Aura nabiera tajemniczości, a ilość dźwięków niezidentyfikowanych rośnie na osi czasu. Gra toczy się na małych polach, muzycy generują wyłącznie krótkie, urywane frazy, wciąż balansując na granicy ciszy. W tle sączy się już wartkim strumieniem elektroakustyczny szum. Tworzy się coś na kształt osi dramaturgicznej, opowieści, która po ślimaczemu pęcznieje i nadyma się niczym przeterminowane drożdże. Kilka rezonujących dźwięków, pojedyncze szarpnięcia za struny, takież uderzenia w klawiaturę. Po wybiciu kolejnego kwadransa improwizacja umiera nad wyraz cierpliwie, na końcu dając nam wyłącznie ów ochłap skwierczącego, nieistniejącego wzmacniacza gitarowego.

 


Sebi Tramontana & Guilherme Rodrigues  Han Jiae (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Wracamy do Berlina! W lutym roku ubiegłego, w okolicznościach studyjnych, spotykamy włoskiego puzonistę Sebi Tramontanę i Guilherme Rodriguesa, tradycyjnie wyposażonego w wiolonczelę. Muzycy grają siedem zgrabnych i dość zwartych dramatycznie, swobodnych improwizacji. Łączy czas ich trwania, to niespełna 28 minut.

Muzycy budują dramaturgię swojego duetowego expose często na zasadzie przeciwieństw, które niczym dodatnie i ujemne ładunki elektryczne, efektownie się przyciągają! Choćby sam start – wiolonczelista dusi struny masywnym smyczkiem, otwiera podwoje free chamber, puzonista zaś pośpiewuje z uśmiechem na ustach i rozpościera ocean jazzowych skojarzeń. Zaraz potem ów smyczek uderza po strunach, następnie kroczy dostojnym pizzicato, a puzon z zamkniętą tubą rechocze porannymi serenadami. W kolejnej części Portugalczyk sięga po preparacje, Włoch charczy i rzęzi niczym gruźlik ze swoim ostatnim papierosem. Muzycy szybko łapią imitacyjny flow, a starszy z nich dopieszcza narrację własnym głosem. Emocje rosną jak grzyby po deszczu. W czwartej części cello silnie brudzi swoje brzmienie, z kolei puzon wydaje się lekki, wręcz rubaszny. Improwizacja gęstnieje i łapie intrygujący posmak zapomnianej muzyki dawnej.

Na zasadzie kontrastu improwizacja piąta – trzaski, uściski, spowolnione suplesy, preparacje i akcenty percussion, znów komentowane puzonowymi zaśpiewami. Zgrzyty i parsknięcia, dwa strumienie fonii, choć tak od siebie różne, lepią się w całość w mgnieniu oka. Opowieść nabiera tempa i bystrej kompulsywności. A emocje wciąż na krzywej wznoszącej, albowiem przedostatnia historia rodzi się z wiolonczelowych riffów i puzonowych okrzyków. Free chamber znów kocha tu open jazz, znów ze wzajemnością! Tym razem tempo zdaje się być dalece dostojne, wręcz rozmarzone, definitywnie post-romantyczne. Gdy w końcu dynamika dopada muzyków, wpychają opowieść na drobny szczyt, pełni niemal rockowego temperamentu, po czym topią ją w oparach czerstwego baroku. Finał tej szybkiej ekspozycji śle nam kolejne preparowane pozdrowienia! Puzon bucha suchym powietrzem, struny cello skrzypią pod naporem wilgotnego smyczka. Muzycy roześmiani, dalece szczęśliwi, pchają narrację na skraj ostatniego dźwięku.

 


Harri Sjöström & Guilherme Rodrigues  The Treasures Are (Creative Sources, CD 2019)

Na zakończenie dzisiejszej mini sagi rodzinnej Rodriguesów, kolejny duet Guilherme (wiolonczela), tym razem poczyniony z fińskim saksofonistą Harri Sjöströmem (sopran i sopranino). Muzycy spotkali się w 2018 roku, prawdopodobnie w Berlinie (obaj tam rezydują). Zagrali długi strumień niezwykłych dźwięków, który na potrzeby płyty został podzielony aż na 20 miniatur, na ogół stanowiących nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych (jeśli już pojawia się mikro pauza, to trwa ona nie dłużej niż ułamek sekundy). Całość tego efektownego przedsięwzięcia artystycznego (tytuł zobowiązuje!), to 52 minuty z sekundami.

Muzycy przestępując do tej dźwiękowej realizacji postanowili dawkować nam emocje, nad wyraz delikatnie wprowadzać nas do jaskini dźwięków mniej pokornych. Zaczynają wysokimi, czystymi frazami, śpiewnie, niemal melodyjnie. Można nawet odnieść wrażenie, iż grają dźwięki wcześniej zaplanowane, a nawet zapisane na kartce papieru. Bez trudu wszakże schodzą niżej na kolanach i szykują kilka bardziej zabrudzonych fraz. Szczebiot saksofonu i poślizgi cello zdobią nam wiele początkowych fragmentów nagrania. To plejada klasycyzujących form, które gotowe są jednak w każdej chwili eksplodować. Taka sugestia wypływa już wprost z trzeciej części. Chwilami opowieść przypomina wrzask zarzynanych piskląt, chwilami pisk kocich emocji. Jedno wszakże nie podlega dyskusji – wszystkie dźwięki, jakie produkują artyści fantastycznie do siebie pasują, łączą się w imitacyjne potoki piękna. Przypominają zabrudzony post-barok, który nie unika post-romantycznych fantazji.

W okolicach szóstej części muzycy zaczynają sięgać po dźwięki preparowane, ugniatać improwizację niczym ciasto na wysokokaloryczną pizzę. Sięgają po ekspozycje dronowe, czasami nawet na siebie krzyczą, zdają się zbliżać do akustycznego hałasu. Nie stronią jednak od barokowej nostalgii, a czasem zgłębiają się w bardziej mroczne, tajemnicze miejsca (choćby w jedenastej, najdłuższej części). Znów pełno w ich frazach śpiewnych melodii, a nawet średniowiecznych punktów odniesienia. W części trzynastej na moment sięgają po post-jazzowe akcesoria, ale zaraz potem powracają do meta barokowych zagrywek. Na sam finał szykują nam jednak danie specjalne. W siedemnastej części cello brzmi siarczyście niczym psycho-rockowa gitara. Sopranino pełne trwogi wola o pomoc! Sekunda wystarczy, by obie, jakże dalekie od siebie akcje foniczne złączyły się w jeden strumień złych mocy, który zaczyna wyć do księżyca. Jeszcze tylko kilka akcentów percussion, kilka śpiewnych salw i przyczajonych melodii. Ostatnia prosta, to krzyki i wrzaski, ale także pomruk recenzenckiego entuzjazmu. Doskonałe nagranie!

 

 


środa, 17 stycznia 2018

Chaosophy! Stoffner! Schindler! Shepherds of Cats! Camões! Jacobson! Dead Neanderthals! – Kolejna garść świeżaków wymierzonych prosto w twarze nudziarzy odgrzewających stare kotlety!


Nowy Rok wystartował z kopyta! Już mamy okazję słuchać płyt, które w dacie wydania mają wpisany rok 2018! Za moment jedna z nich!

Stary rok wszakże nie odpuszcza, zatem jeszcze czas jakiś będziemy sięgać po nagrania datowane na 2017. Tuż po pierwszej tegorocznej świeżynce, kilka płyt, które dotarły do redakcji w ostatnich dniach grudnia lub pierwszych stycznia. Będzie też nowość wydana w ostatni dzień roku!

I znów przed nami sporo nowych nazwisk, muzyków ambitnych i chętnych przenosić góry, niezmanierowanych złą sławą improwizatorów, gotowych na każde artystyczne ryzyko! Będzie – co oczywiste - muzyka iberyjska, nie zabraknie akcentów polskich, szwajcarskich, niemieckich, włoskich, francuskich i holenderskich. Zapraszam do lektury, a zaraz potem do odsłuchu.




Chaosophy  Who are these people and what do they believe in? (Discordian Records/ Liquen Records, 2018)

Na początek naszej zbiorówki, przykład imponującego tempa edytorskiego. Rejestracja studyjna z początku grudnia ub.r., udostępniona światu już 5 stycznia. I to nie tylko w wersji elektronicznej, albowiem produkcja Discordian ma też wersję CD (dzięki drugiemu wydawcy; patrz: wyżej).

Hiszpańska Walencja, trzech muzyków, którzy przejęli bardzo efektowną nazwę Chaosophy: El Pricto – saksofon altowy i piano elektryczne, Josep Lluis Galiana – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Avelino Saavedra - perkusja i … coyote call. Płyta zwie się prowokacyjnie Who are these people and what do they believe in?, składa się z pięciu utworów, które trwają 44 minuty. Muzycy dość swobodnie improwizują, a opis wydawnictwa nie sugeruje, iżby pracowali na wcześniej przygotowanym scenariuszu.

Błyskotliwa batalia na wyostrzone saksofony (Galiana po lewej, Pricto po prawej) i dynamiczny drumming w estetyce Elvina Jonesa. Free jazz pełną gębą, a nawet pełnymi tubami! Rodzaj Filozofii Chaosu? To jednak nie zawody, a raczej wielowątkowa pyskówka. Tembr altu jest bardzo zabrudzony, tenor zaś brzmi czyściej, przez co zdaje się być bardziej spolegliwy w tej bystrej improwizacji. Ognisty taniec, pełen mikro wybuchów w trakcie. Drugi fragment, niczym cisza po burzy, przynosi sonorystyczne wyciszenie, wypełnione plastrami zadumy, które lepią ujścia każdej z tub. Perkusista jest równie wyrafinowany akustycznie i dobrze buduje relacje z saksofonistami. W trzecim odcinku do gry wchodzi electric piano i aura nagrania przyjmuje walory fussion jazzu. Gęsta, dynamiczna ekspozycja, tłusta i do tupania nogą, albo kciukiem po blacie stołu. Free fussion, oczywiście! Gdy Pricto wybija się przed szereg, jego solowe pasaże pachną kwaśnym Return to Forever. Brawo! Kolejny utwór snuje się, jak oniryczna ballada dla tych, którzy boją się inaczej. Intro piana zwinnie komentuje drummer, który przyoblekł się w szaty hippisa. Po niedługiej chwili w rękach Pricto ponownie ląduje alt. Dialog z sopranem jest odrobinę imitacyjny, potem przeradza się w somnabuliczny taniec w wysokich rejestrach. Perkusja ponownie zachęca dęciaki do bardziej energicznych zachowań i czyni to wyjątkowo skutecznie. Ostatni odcinek zaczyna się w dość umiarkowanym tempie. Silna ekspozycja tenoru, z wyrafinowanym, nieco psychodelicznym komentarzem piana, do którego – w międzyczasie - powrócił Pricto. Dynamika samego już finału dobrze reasumuje wartość całego nagrania. Sznyt eklektyzmu wpisany w kod DNA discordiańskiego wydawcy, i tu znajduje swoje odbicie! Świetna płyta!




Florian Stoffner/ Paul Lovens/ Rudi Mahall ‎ Mein Freund Der Baum (Wide Ear Records, 2017)‎

Jakże frapujące spotkanie trzech pokoleń europejskich improwizatorów! Weteran sceny, perkusista zacny i wielbiony, Paul Lovens na małym drumsecie, Rudi Mahall na klarnecie basowym, no i najmłodszy w tym gronie, szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner. Płyta‎ Mein Freund Der Baum konsumuje w sobie dwa koncerty tria z kwietnia 2016 roku. Łącznie godzina zegarowa muzyki, cztery części. Panowie zagrają – cytuję za okładką płyty - Composed Free Improvisations.

Zürich. Od startu gitara Floriana (z prądem!) zacina bardzo baileyowsko, palce muzyka ślizgają się po strunach, robią pętle i stawiają zasieki, wchodzą w krótkie utarczki słowne z klarnetem basowym. Lovens, wiadomo, mistrzowsko czyni swoją powinność. To improwizator, który lubi ochłapy rytmu i energii rocka, wpychać pomiędzy szprychy dalece swobodnej improwizacji. Klarnet Mahalla – też bez zaskoczenia – preferuje mikro melodie, sprytne, taneczne synkopy, modulowane kipiącym z każdej części ciała muzyka dobrym humorem. Narracja upstrzona jest krótkimi eskalacjami, które oddzielają wielominutowe, spokojne, acz niepozbawione elementów konfrontacji, przebiegi improwizacji. Stoffner, najbardziej aktywny na scenie, wciąż szuka na gryfie gitary nowych rozwiązań, bez ustanku stara się zaskakiwać starszych partnerów rozwiązaniem dramaturgicznym, techniką artykulacji, czy szalonym pomysłem w stylu a może jednak zagram w ten sposób. Eksploduje pomysłami na molekularne incydenty wyzwolonej improwizacji (recenzent nie potrafi odnaleźć w tych wyczynach wątku composed). Każdy z muzyków snuje jakby swoją odrębną opowieść, jakkolwiek ilość punktów stycznych i interakcji zadowolić może najbardziej wybrednego słuchacza. Muzycy są stale aktywni, ciągle proponują nowe rozwiązania, a ilość ekspozycji solowych przyjmuje na stałe wartość zerową.

Lisbon. Pięć dni później. Początek dynamiczny, wręcz skoczny (ach, ten Rudi!). Gitarowe zawijasy Floriana, jego podstępna nadpobudliwość, potrafią jednak hamować temperament Ojca i Dziadka. Ciekawy pasus – Rudi i Paul grają call & responce, podczas gdy Florian wypełnia cały środek narracji separatywną, wielowątkową powieścią kryminalną! Świetnie się to czyta! Jego niebywałe pomysły narracyjne, przedziwne figury stylistyczne są solą tej improwizacji. Tak, zdecydowanie Derek Bailey może już odpoczywać w spokoju! Uczeń jest nad wyraz pojętny i wyjątkowo kreatywny! W 12 minucie muzycy ekstatycznie schodzą w obszar ciszy. Modulowana gitara snuje się po ścianach i onirycznie wyje do księżyca. Klarnet śpiewa swoje piosenki, lubi dąć w wysoki rejestr. Drumset czyni cuda na talerzach. Wyklucie się z tego pata narracyjnego błyskotliwej eskalacji, to jeden z najlepszych momentów tej dalece wartościowej płyty. Introdukcja ostatniego odcinka pachnie hymnicznym Aylerem. Mistrzowski komentarz gitary! 7 minuta, to przykład perfekcyjnej kooperacji wewnątrz trzyosobowego ciała muzycznego. Wszystko tu do siebie pasuje, aż miło! Tuż potem największy galop na płycie, który tradycyjnie urywa się po kilkudziesięciu sekundach. Na finał oniryczne interludium, po którym muzykom pozostaje już ostatni szczyt do pokonania!




Udo Schindler/ Korhan Erel/ Sebastiano Tramontana  Sound Energy Transformation. 10 bagatelles for electronic & winds (FMR Records, 2017)

Dziesięć opowiastek na elektronikę i instrumenty dęte. To jedna z wielu ubiegłorocznych premier płytowych Udo Schindlera, niemieckiego klarnecisty, saksofonisty, kompozytora i … architekta. Jego muzyczne przygody często koncentrują się na konfrontowaniu żywych instrumentów dętych i elektroniki, skąpanych często w gęstym, elektroakustycznym sosie. Nie wszystkie pozycje, póki co, zryły beret Pana Redaktora, ale jedna – ta najnowsza - warta jest z pewnością prezentacji, być może, jako asumpt do bardziej pogłębionych eksploracji.

Jesteśmy na koncercie w Monachium (Ars Musica, Stemmerhof). Końcówka lipca 2017, a na scenie: Udo Schindler – klarnety, saksofon sopranowy i euphonium, Korhan Erel – komputer i tzw. controllers oraz Sebastiano Tramontana – puzon. Ilość odcinków muzycznych jest już nam znana, a całość potrwa 48 minut z sekundami.

Transformacja energii dźwięku, to kolejny element składowy tytułu płyty, który może być dla nas drogowskazem. Dwa dęciaki, wspierane elektroniką, elektroakustyką, rękoma, które leczą (to a propos controllers). Dziesięć miniatur free improve, z pewnością delikatnie stymulowanych scenariuszami przedprodukcyjnymi (szczegółów jednak nie znamy), które wiodą nas za uszy, szczęśliwie jednak nie na zatracenie. Urywane frazy, klejone elektrowstrząsami Erela, a w opozycji do nich, zwinne, nieco dłuższe pasaże ciekawie brzmiących, żywych instrumentów. Dobra elektronika, która stanowi pomost dla klarnetu i puzonu, rodzaj pasa transmisyjnego dla skutecznej komunikacji. Posadowiona w środku przestrzeni fonicznej koncertu, kreuje niebanalne obrazy. Nie ucieka w schematy rytmiczne, nie jest nachalna, nie ma cech przywódczych. Puzon zaś głównie śpiewa, a klarnet basowy raczej stawia krwawe stemple, ale i on nie jest pozbawiony drobin melodii. Być może w zachowaniu trójki muzyków chcielibyśmy dostrzec więcej emocji, bardziej spontanicznych zachowań, mniej zaś kalkulacji i zadęcia, charakterystycznego dla muzyki współczesnej. Czy te epizody dźwiękowe można nazwać elektroakustyczną kameralistyką? Recenzent nie znajduje dopowiedzi. W każdym razie, zejścia w akustyczną sonorystykę bardzo dobrze robi tej wykalkulowanej momentami improwizacji. W trzecim odcinku narracja potrafi nabrać walorów tanecznych, czego nie spodziewalibyśmy się przed momentem. A wewnętrzny rytm wcale nie jest dyktowany przez elektronikę. W czwartym nasze uszy słyszą dźwięki strunowe i perkusjonalne, co być może jest skutkiem działań Erela. W piątym puzon brzmi jak baryton, a może to jedynie zmutowany sopran. Niespodzianek nie brakuje, a wraz z upływem czasu, rośnie także przyjemność z odsłuchu. Muzycy poruszają się jakby swobodniej, są rozgrzani i gotowi na podejmowanie większego ryzyka. W siódmym napotykamy na rodzaj quasi sonorystycznej ballady, ciekawie zdobionej okruszkami elektroniki. W ósmym burczenie i gadulstwo puzonu, w kooperacji ze świetnymi komentarzami sopranu, budzą uśmiech i radość po obu stronach sceny. W dziewiątym Erel brzmi jak piano, a w finale, który jest uroczym slow bluesem, gra na nieistniejącym zestawie afrykańskich bębnów. Doprawdy, jest tu na czym zawiesić ucho. Być może jedynie tytuł płyty brzmi nieco zbyt groźnie.




Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka  Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka (Fanfare, 2017)

Z polsko-brytyjską formacją Pasterzy Kotów zetknęliśmy w ubiegłym roku dwukrotnie, omawiając ich produkcje dla manchesterskiego Tombed Visions. Dziś pochylamy się nad inną ich ubiegłoroczną produkcją, wydaną w ramach własnej inicjatywy artystycznej Fanfare. Tradycyjnie już wydawnictwo SoC nie ma tytułu, ma zaś rozbudowany aparat wykonawczy. A zatem: Ayako Ogawa – glos i fortepian, Darek Błaszczak - gongi, misy tybetańskie, różne obiekty ceramiczne oraz przedmioty życia codziennego, Adam Webster – wiolonczela i głos, Aleksander Olszewski - różne bębny etniczne i piszczałki, Jan Fanfare -gitara. Sesja miała miejsce w Ośrodku Postaw Twórczych we Wrocławiu, 29 i 30 kwietnia 2016. Przed nami 50 minut sporych emocji, podanych w sześciu odcinkach!

Shepherds of Cats to przykład muzycznej anarchii w najczystszym wcieleniu! Postrockowy sznyt wrośnięty w tę muzykę, konstytuuje zachowania muzyków. Pulsuje rytm, który zdaje się być zaszyty w rdzeniu kręgowym dość swobodnie prowadzonych improwizacji. Instrumenty strunowe, przedmioty nieprawdopodobne, niebanalny etno-sztafaż, prąd i energia. Kocia zwinność (a jakże!), umiejętność budowania napięcia, snucia niepokoju, pełnego wokalnych ornamentów, ponadgatunkowa, artystyczna bezczelność – wszystko to wpisane jest w DNA formacji. Nie brakuje transu, zdrowej psychodelii, kwaśnych rozwiązań dramaturgicznych. Szczypta elektroakustyki, field recordings i tego, co pod ręką. Gitara, która plecie separatywne mantry, stoi na straży ładu i porządku tego kreatywnego chaosu, niczym kurator szaleństw uprawionych przez pozostałych muzyków. Wrzący tygiel emocji i nadprodukcja wyłącznie konstruktywnych pomysłów na rozwój poszczególnych opowieści. W składzie nie ma instrumentu odpowiedzialnego za niskie częstotliwości, ale mimo to, ziemia aż drży w posadach. Bębny pulsują, a gitara rysuje synkopy na hartowanym szkle. Muzycy nie mają jakichkolwiek hamulców, a dźwięki płyną wartkimi strumieniami, nie napotykając na rafy, czy przeszkody nie do pokonania. W czwartym odcinku dopada ich obsesyjny rytm, który zdaje się decydować o wszystkim. Gitarzysta, stale przyczajony na prawej flance, opowiada swoje i ma duże grono słuchaczy. Nagle inwazja piana wywraca ten pociąg do góry nogami i tworzy niebywały dysonans akustyczny. Niczym wejście smoka! A na koniec dostajemy kocie wokalizy. W piątym fragmencie pachnie oniryzmem na dwa kilometry. Pikantnie i złowieszczo. Narracja rozkwita jak łąka wiosenną porą, pełna koniczynek w fazie wzrostu. Ale narasta, jak diabelska burza. Gitara obsesyjnie repetuje, zwiastując finał płyty, w trakcie którego muzycy doskonale bawią się stertą happy toys, odnalezionych na dnie kufra! Piękna podróż dobiega kresu!




João Camões/ Jean-Luc Cappozzo/ Jean-Marc Foussat  Autres Paysages (Clean Feed, 2017)

Nie pierwsze dziś spotkanie żywych instrumentów z progresywną, współczesną elektroniką. Mieszanka młodości z doświadczeniem, a bodaj ten najbardziej obyty w świecie muzyki improwizowanej pracować będzie na kablach! A zatem poznajmy muzyków w kolejności, w jakiej zostali oni wymienieni na okładce płyty: João Camões – altówka i obój, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn i flet (harmoniczny) oraz Jean-Marc Foussat – elektronika, przedmioty różne i głos. Dysk Autres Paysages, który dostarcza znany edytor portugalski, trwa 54 minuty i składa się z trzech improwizacji, zarejestrowanych w trakcie dwóch studyjnych okoliczności, we Francji, w roku 2015 i 2016.

Multiplikujące się stado dzikich ptaków tapla się w nawałnicy rytmu, opuszczanej na muzyków wprost z nieboskłonu. Wielowymiarowe środowisko elektroakustyczne drży i wibruje. O tak, na kablach Jean-Marca można wyczarować każdą rzeczywistość. Tuż obok, nie zawsze w środku tego tygla czarów fonicznych, zagnieździły się dwa żywe instrumenty – trąbka i altówka. Niemniej narracja jest zwarta, dość płynna, kolektywna, z odrobiną przestrzeni na akustyczne fanaberie Cappozzo i Camõesa. Rodzaj współczesnej kameralistyki, upstrzonej elektroniką, która nie lubi tracić niczego z pola widzenia. Z czasem poziom jej inwazyjności szczęśliwie maleje, dzięki czemu recenzent ma o czym pisać. E-music komentuje, buduje most pomiędzy trąbką, a altówką, czasami sprawia też wrażenie parasola ochronnego. Oczywiście na końcu języka piszącego te słowa, zawiesza się kilka pytań retorycznych o tzw. wartość dodaną, jaką wnoszą do tej improwizacji manipulacje na kablach. Muzycy, jakkolwiek, nie generują na tym etapie występu nadmiaru energii kinetycznej, raczej dawkują nam emocje. Być może całej narracji przydałby się kontakt z nożycami producenckimi. Z drugiej jednak strony, każde takie działanie pozbawiałoby nas kilku naprawdę frapujących dźwięków, zwłaszcza tych, za które odpowiedzialny jest portugalski altowiolinista. Mimo wszakże kilku wyżej zasygnalizowanych ambiwalencji, recenzent musi przyznać, że finał pierwszego utworu jest bardziej niż ekscytujący. Napięcie rośnie, muzycy napinają muskuły, wyobraźnia buzuje. Trąbka osiąga stan wrzenia, viola rysuje dynamiczne pasaże, a e-music sieje grozę, godną każdego odcinka nowej serii Twin Peaks. A samo wybrzmiewanie jest traumatycznie błyskotliwe! Na starcie drugiego odcinka znów spod kabli wysnuwają się złowieszcze klimaty, tu odrobinę oniryczne, smukłe i strzeliste. Pląsy żywych kreślą linię zycia, która może się za moment urwać w pół zdania. Nadmiar tych ostatnich na przedzie narracji mobilizuje Foussata do większej aktywności, co nie sprzyja jakości improwizacji w tym akurat momencie. Wszakże 15 minuta i garść udanych imitacji trąbki i altówki ratuje smak estetyczny tego fragmentu. Ostatni utwór płyty wnosi trochę nowych dźwięków, zarówno tych syntetycznych, jak i akustycznych. Słyszmy … szczekające psy, które zwiastują dobrą, zwinną eskalację (co służy przecież każdej improwizacji), a na finał dźwięki oboju i fletu, trochę na zasadzie dramaturgicznej przekory, choć na wysokim artystycznie poziomie. Ostatni dźwięk dopada wszystkich w atmosferze wzajemnego zrozumienia.




Il Sogno  Birthday (Gotta Let It Out, 2017)

Moonbow  When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End (ILK Music, 2016)

Przed nami krótka wizyta w Kopenhadze. Tam właśnie rezyduje polski kontrabasista Tomo Jacobson (przy okazji, syn Marcina, znanego w dawnych czasach animatora kultury muzycznej w kraju nad Wisłą!). Najpierw trio, potem septet, każdorazowo z tym właśnie muzykiem w roli wiodącej.

Trio zwie się Il Sogno. Obok kontrabasisty tworzą je: Oliver Laumann na perkusji i Emanuele Maniscalco na fortepianie. Płyta Urodziny dostępna jest na winylu i trwa 35 minut, przynosząc dziesięć utworów (rejestracja studyjna z Brescii, wrzesień 2015r.). Trzy odcinki powstały na pięciolinii (dwa autorstwa Toma, jeden Ennio Morricone), pozostałe zaś są stosunkowo swobodnymi improwizacjami.

Każdy dźwięk płynie tu melodycznym korytem. Minimalistyczna pracy pianisty i kontrabas w stanie ciągłego, nerwowego ruchu, udanie wspierany przez perkusistę. Trochę, jak ilustracja do filmu w stylistyce noir. Już jako druga w zestawie, piosenka Morricone, którą zna chyba każdy, piękna, do wielokrotnego nucenia. Następujące potem improwizacji są zgrabne, precyzyjnie ułożone w głowach muzyków, wykoncypowane do drugiego miejsca po przecinku i dalece… swobodne. Dużo w nich ciszy, nieśpieszności, ale także tajemniczości, wielokropków i niedopowiedzeń, zdań i myśli urywanych w pół słowa. Narracja jest wartka, nasączona melodiami. Trio jest strukturalnie niezwykle demokratyczne, poziom synergii wysoki, a kooperacja nienaganna. Najbardziej wszak kreatywnym muzykiem zdaje się tu być właśnie Tomo. Miesza narracje, zmienia techniki gry, robi szum wokół siebie. Pianista woli pozycję wyczekującą, bez potu na rękach. Drummer najlepiej zaś czuje się w roli niebanalnego akompaniatora. Reasumując – bez rewolucji, dla samej przyjemności słuchania.




Moonbow, czyli septet grający kompozycje Tomo i płyta z roku 2016, o być może najdłuższym tytule w historii nowoczesnej Europy: When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End. Ten winyl składa się z sześciu utworów, trwa 38 minut i tyleż sekund. Nim przejdziemy do jego omówienia, lista płac: Danielle Dahl i Maciej Kądziela – saksofony altowe, Mads Egetoft  - saksofon tenorowy, Kresten Osgood – perkusja, Anton Jansson – gitara elektryczna, Lucas Leidinger – fortepian (grand piano), Tomo Jacobson – kontrabas. Nagranie studyjne z Kopenhagi (data nieznana redakcji).

Start tego bardzo ciekawego wydawnictwa upływa nam przy niebanalnym intro gitarzysty. Trochę zadziorów, szczypta kwasu i możemy zacząć dynamiczną ekspozycję pierwszego tematu na płycie. Jest zwinny, ma silnie zarysowaną linię niskich częstotliwości (walking Tomo na ostro!). Dęciaki skwierczą melodycznie, są kolorowe i wesołe. Piano wchodzi tuż potem i jest kompatybilne ze współpartnerami. Tylko gitara wciąż miesza, nieustannie staje okoniem i zdaje się być tu elementem… najbardziej kreatywnym. Improwizacje tuż potem zdecydowanie na temat, nieprzegadane i celne artystycznie. Prawdziwy jazz, Man! Tematy i melodie skomponowane przez Jacobsona smakują komedowskim polotem i rysunkiem dramaturgicznym. Zdecydowanie dają się śpiewać i tupać nogami (no i ta iskrząca gitara, rodzaj fermentu, dysonansu akustycznego, niczym wisienka na torcie!). Narracja jest gęsta, dzieje się naprawdę wiele, a każda indywidualna improwizacja czyni radość w uszach słuchacza. W trzeciej piosence dopadają nas rzewne, molowe zaśpiewy saksofonów, które płoną słowiańskim temperamentem, choć nasi są tu w mniejszości. Nawet jeśli temat kompozycji podany jest precyzyjnie, a ramy czasowe ekspozycji solowych wyznaczone co do sekundy, muzyka potrafi lubieżnie rozwarstwić się i uciec w kolektywne, i dojmująco urocze improwizacje, posadowione dramaturgicznie wyjątkowo daleko od zadanego tematu. W czwartym dzieje się podobnie. Melodia jakby się mutowała, gęstniała jak ciepły budyń. Upalone lonty śmiało prowadzą muzyków na free jazzowe pole całkowitej swobody wyboru. I tak dzieje się w istocie! W piątym i szóstym odcinku duch Alberta Aylera płonie i oświetla drogę do finału płyty. Gitara – w międzyczasie - znów stawia krwawe stemple: psychodelia w służbie noise! Brawo! A słowiańskie dusze saksofonów czynią swą powinność i zwiastują uroczyste zakończenie.




Dead Neanderthals  Organ Donor (bandcamp selfreleased, 2017)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem?

Ten cytat z bandcampowej strony formacji Dead Neanderthals nie mógł nie paść w tej recenzji, zwłaszcza, że przed nami 15 minutowa petarda muzyczna o jakże kojącym tytule Dawca Narządów!

Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Napisane i nagrane w grudniu 2017 roku, wydane ostatniego jego dnia. Kursywa użyta przed momentem zdaje się być konieczna, albowiem fakty są następujące: Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.



czwartek, 3 marca 2016

Joëlle Leandre – trzy kwartety na dobry początek


Światowa dominacja kultury anglosaskiej jest faktem bezspornym i nie wymaga w tym miejscu szerszego uzasadnienia. Co ciekawe, dyktat ów jest także udziałem sceny muzyki improwizowanej, a nawet tak ekstremalnie niszowej odmiany, jaką jest free improvisation, czyli z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej jej postaci najistotniejszej i budzącej największe zainteresowanie. Innym słowy szybciej poznamy wszystkie płyty Evana Parkera, czy Anthony Braxtona, niż sięgniemy po nagrania np. muzyków francuskich, o ile wcześniej nie natrafiliśmy na nich, słuchając kolejnego boga z Anglii lub zza wielkiej wody, z którym udanie kooperowali.
Przyznaję, że samemu nie raz doświadczyłem tego bzdurnego schematu myślenia. Wystarczy, że przywołam całkiem świeży przypadek - dopiero po wielu utraconych szansach (koncertowych), dotarło do mnie, że niejaki Frode Gjerstad z dalekiej Norwegii, to jednak geniusz (a i tak wpadłem na tę niegłupią myśl słuchając jego nagrań …z Johnem Stevensem – czyli schemat ani chybił zadziałał modelowo).

To przydługie intro wszakże, to jedynie nieudolna próba usprawiedliwienia się przed światem żywych, że dopiero całkiem nie dawno pojąłem swym małym rozumkiem, że Joëlle Leandre – francuska kontrabasistka, wokalistka, improwizatorka i kompozytorka - winna być stawiana na piedestale wybitnych improwizatorów muzyki współczesnej od wielu już lat, a przynajmniej od lat trzydziestu, gdy wraz z przyjaciółmi wydała na świat płytę, od omówienia której rozpocznę listowanie dowodów na prawdziwość powyższej tezy.


Kwartet Paryski, wiosna 1987 i dwa lata wcześniej

Dwa paryskie spotkania czworga przyjaciół, pierwsze w Teatrze Dunois w 1985r., drugie – dwa lata później - w Muzeum Sztuki Współczesnej Miasta Paryż (tłumaczę z francuskiego, nie znając języka, zatem z góry przepraszam za ewentualne przekłamania). Przekornie to efekt fonograficzny tego późniejszego zajmie pierwszą stronę winyla, którego szwajcarski Intakt Records wyda po kolejnych dwóch latach i – o, zgrozo – nie wznowi do dnia dzisiejszego. Już się pewnie domyślacie, że nagranie spotkania wcześniejszego znajdzie się na drugiej strony wyżej wspomnianej płyty. Razem uzbiera się blisko 50 minut muzyki.



Paris Quartet (Intakt, 1989) – bo to o tym wydawnictwie mówimy – to spotkanie szwajcarskiej pianistki Irene Schweizer i trójki improwizatorów francuskiego miotu - Joëlle Leandre (kontrabas, głos), Yves Robert (puzon) i Daunik Lazro (sax alt). Jako tytuł wykonawczy na okładce widzimy te cztery nazwiska, jakkolwiek nie w tej kolejności. Dodajmy z czysto statystycznego punktu widzenia, iż przy epitecie kompozytor na poszarzałej okładce winyla widnieje nazwisko Leandre, jakkolwiek informacja ta nie ma specjalnego waloru poznawczego z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na Paryskim Kwartecie jest … całkowicie improwizowana. Jeśli zręby wcześniej przygotowanych pomysłów na muzykowanie znalazły się w formie papierowej w momencie rejestracji muzyki, to niechybnie posłużyły jedynie za podstawek pod filiżanki z kawą.

Oszczędna w dźwięki pianistka, wycofany i lekko ironizujący puzonista, figlarny i estetycznie pokrętny alcista, wreszcie wojująca kontrabasistka w ostrogach, smagająca smyczkiem ledwo żywe struny swego wielkiego instrumentu. No i wisienka na tym wyjątkowo smakowitym torcie – wokalizy tej ostatniej, piękne i drapieżne jednocześnie, uzmysławiające niedoedukowanemu słuchaczowi (niżej podpisanemu), że możliwości głosowe Pani Leandre daleko wykraczają poza okowy niszowej muzyki improwizowanej. Boże, co za głos1?!
Trzynaście tytułów na trakliście, jedynie dla ozdoby (wszak francuski język pięknym jest bez cienia wątpliwości) i wygody słuchającego, bo muzyka na tej płycie, jak się już zacznie, to trwa do ostatniej sekundy bez zbędnych przerw i ochłapów ciszy.

Genialna płyta, który już sama w sobie - na półce pośród miliona innych, popełnionych przez tabuny nieznanych nikomu muzyków, które kupiliście nie zawsze wiedząc dlaczego -  wystarczy, by tezę postawioną w drugim akapicie tej opowieści bezczelnie ukonstytuować. Ale że w jej tytule padło, że będzie o … trzech kwartetach, to czas na prezentację drugiego.


Kwartet Szaleńczy, wczesna wiosna 2001

Minęło półtorej dekady lat, a Joëlle Leandre znów spotyka Daunika Lazro i nagrywa z nim w kwartecie. Brakujące dwie nogi tego improwizującego czworokąta uzupełnili wówczas podejrzanie nam znani – Paul Lovens (perkusjonalia) i Carlos Zingaro (skrzypce). Spotkanie miało miejsce na koncercie, w ramach Forum de Blanc-Mesnil, w trakcie Festiwalu w Banlieues Bleues (znów Paryż, na północ od 19. Dzielnicy, informacja dla turystów silnie poszukujących wrażeń). Na scenie wypocili dwa fragmenty improwizacji, łącznie spędzając na niej blisko godzinę zegarową.



W pewnej opozycji do Kwartetu Paryskiego sprzed lat kilkunastu, muzyka płynie stosunkowo wartko, a udział perkusisty miary Lovensa nadaje wyczynom kwartetu nieco inny wymiar w aspekcie estetycznym. Jeśli zachwytu nam starczy po szaleństwach dokonywanych przez kontrabas i alt, zamiennie z barytonem, ucho zawieśmy na pięknych pasażach skrzypiec Zingaro (wszak ich brzmienie, lekko rozwibrowane, poznamy nawet w odmętach śmierci klinicznej, po przedawkowaniu free improv). W niespełna dwanaście miesięcy później pewien francuski label wyda to na srebrnym krążku i zatytułuje po prostu Madly You (Potlatch, 2002), co okaże się zarówno tytułem wykonawczym, jak i nazwą płyty.


Kwartet Sudo, wczesna wiosna 2011

Mija kolejna dekada, a my wciąż krążymy w ramach aglomeracji Paryskiej (jakie to paskudnie wielkie miasto!). Tym razem jesteśmy bowiem w miejscowości Bobigny, a na scenie Salle Pablo Neruda bynajmniej nie kwili kilku niespełnionych poetów, a kolejny wyśmienity kwartet z wielkim wiosłem Joëlle Leandre. W zasadzie ci sami muzycy, co dekadę wcześniej, albowiem brakuje jedynie Daunika Lazro, którego udanie zastępuje włoski trębacz o pięknie brzmiących personaliach – Sebi Tramontana.



Niewiele ponad godzina muzyki, zarejestrowanej na żywo, podzielonej na pięć niezależnych części, innymi słowy - innych wątków swobodnie improwizowanych dialogów czworga doskonałych muzyków (a jakże pięknie brzmi tu puzon!). Znów w doskonałej formie odnajdujemy Zingaro, Lovens jest precyzyjny i dosadny, niczym niemiecki saper (już im odpuśćmy tę drugą wojnę…), a Leandre trzyma całe towarzystwo w ryzach, śmiało manipulując smykiem i snując oryginalne wokalizy (choć po prawdzie, w niższych rejestrach, niż te wspaniałe z Paris Quartet - cóż minęło jednak ćwierć wieku).

Całość edytorsko – w ramach produkcji na ziemi litewskiej - nazwano Sudo Quartet Live At Banlieue Bleue (NoBusiness Records, 2012). Tytuł skąd inąd jednoznacznie sugeruje, że byliśmy w tym samym festiwalu, na którym tak udanie, dziesięć lat wcześniej, produkował się kwartet Madly You.


Po odsłuchach obowiązkowych - lektury nadprogramowe

Jeśli ze smakiem przebrnęliście przez trzy wspaniałe kwartety z niewątpliwie znaczącym i decydującym udziałem Joëlle Leandre, a teza postawiona w drugim akapicie jest już Wam całkowicie bliska, rzućcie okiem na tę drobną listę lektur nadobowiązkowych. Jeśli bowiem chcecie celująco zaliczyć kurs świadomego miłośnika free improvisation, winniście i te pozycje mieć na rozkładzie.




Segregator pt. Leandre/ Schweizer stanowczo możecie wypełnić fiszkami z wrażeń, jakie dostarczy odsłuch The Stroming Of The Winter Palace (Intakt Records, 1988; reedycja CD 2000), dysku firmowanego przez kwintet, gdzie duetowi naszych bohaterek towarzyszy wspaniała szkocka wokalistka Maggie Nicols (nota bene te trzy Panie popełniły kilka płyta jako Les Diaboligues, a samą Maggie słusznie kojarzymy ze Spontaneous Music Ensemble) oraz zaciąg męski w osobach puzonisty George’a Lewisa i perkusisty Guntera Sommera. Warto też spędzić kilka chwil z płytą sygnowaną jedynie nazwiskiem Schweizer (Live At Taklos, Intakt, 1986/2005), na której odnajdujemy tych samych muzyków, wszakże improwizujących w mniejszych podgrupach. Połowa płyty to nagranie tria Leandre/ Schweizer/ Lovens.



W inny segregator - Leandre/Tramontana - wepnijcie spostrzeżenia po obcowaniu z dwoma pozycjami nagranymi przez ten tandem. Najpierw może wspaniały E’vero (Leo Records, 1999), a zaraz szybko potem wydawnictwo The Chicken Check In Complex (Leo Records, 2002), gdzie duet wspomagają ckliwe skrzypce… Carlosa Zingaro.



Po dzisiejszej lekcji winien Wam pozostać jeszcze jeden, nieco skromniejszy segregator: Leandre/ Lazro. Póki co wypełnijcie go ich duetem „litewskim” Hasparren (NoBusiness, 2013).

A ja  - tak naprawdę - dopiero otwieram tę opowieść. Możecie śmiało liczyć na szereg kolejnych historii o życiu i szalonej twórczości Joëlle Leandre. Poniekąd, choć wcale nie przy okazji, oczekiwać należy na Trybunie osobnej opowieści o Dauniku Lazro. Stosowne zobowiązania poczynione!