Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal Marzan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal Marzan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2021

Ivo Perelman London String Project! Strung Out Threads!


O pracowitości brazylijskiego saksofonisty Ivo Perelmana powiedzieliśmy na tych łamach już niemal wszystko. Nagrań przybywa w tempie geometrycznym, ale w przypadku tego artysty, nie wiązalibyśmy owego faktu z typową dla czasów pandemii nadprodukcją dźwięków. Po prostu nowojorski rezydent mieszka w studiu nagraniowym!

Ostatnim czasy Trybuna zachwyca się na ogół dokonaniami Perelmana czynionymi w towarzystwie Nate’a Wooleya, ale równie skrupulatnie śledzi muzyczne przygody jego saksofonu z instrumentami strunowymi. Poza serią nagrań Strings (także z udziałem nowojorskiego trębacza) oraz smakowitym nagraniem z Arcado Strings Trio, Perelman poczynił również kilka strunowych rejestracji w Londynie (dokładnie pod koniec stycznia 2020). O nagranym wówczas duecie z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem (CD Dust Of Light/ Ears Drawing Sounds) pisaliśmy całkiem niedawno.

Dziś proponujemy nagranie z tej samej sesji nagraniowej. Tym razem do duetu saksofonu i gitary podłączają się trzy inne instrumenty strunowe, tworząc ekscytujący personalnie skład, który nazwano London Strings Project. A zatem: Ivo Perelman – saksofon tenorowy, Phil Wachsmann - skrzypce, Benedict Taylor - altówka, Marcio Mattos – wiolonczela oraz Pascal Marzan - dziesięciostrunowa gitara akustyczna. Muzycy przygotowali dla nas dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 95 minut (uwaga: spis utworów zawiera błędy, proszę się nim zatem nie sugerować, jeśli będziecie poznawać tę muzykę bezpośrednio z nośnika CD). Wydawcą jest włoski label Setola Di Maiale (premiera miała miejsce pod koniec minionego roku).

 


Na początek pierwszego dysku (dodajmy, znacznie krótszego niż drugi) muzycy proponują nam dwie zwarte, dynamiczne i krótkie improwizacje, coś na kształt efektownej rozgrzewki. Płyną do nas kolektywnym strumieniem dźwięków, pełnym kantów, zadziornych fraz, granych nisko lub wysoko, raczej głośno niż cicho, częściej w formie okrzyków niż słów cedzonych przez zęby. Dobre pytania, cięte riposty, zgrzytliwe preparacje, garść melodii i szczypta dąsów. Opowieść jest gęsto usiana dźwiękami, podawana w dobrym tempie, z przytupem i artystyczną bezczelnością.

Kolejne improwizacje mają już bardziej rozbudowaną strukturę, choć nie przekraczają 10 minut. W trzeciej na małych strunach pojawia się więcej melodii, do których szczególnie chętnie lepią się saksofonowe podmuchy. Cello płynie dołem i trzyma kontakt z podłożem, gitara - dla odmiany - śle pozdrowienia wysokim wzgórzem. W dalszej fazie nagrania muzycy po raz pierwszy wyraźnie zwalniają. Dostajemy frazy grane pizzicato, a całość improwizacji przyjmuje formę rozkołysanych przyśpiewek, czynionych wszakże z łobuzerskim zębem. Kolejną część otwiera wysoko podwieszona altówka, której wtórują gitara i skrzypce. Saksofon wchodzi po kilku pętlach i w pełni rozochocony zabiera wszystkich na zmysłowy trip. Muzycy niczym stado gołębi, równie ochoczo wpadają sobie w ramiona, jak i skaczą do gardeł. Nadal wszystko czynią kolektywnie, nabierają tempa, emocji, a na koniec gasną w strugach westchnień i gorzkich żali.

Piątą improwizację kreuje saksofon, który zdaje się rzucać myśl i czekać na reakcje strunowców. Te ślą mu smakowite short-cuts, ale i dłuższe wypowiedzi. Opowieść z pozoru toczy się w nostalgicznym klimacie, ale w obrębie London String Project jedna fraza zdolna jest zradykalizować pracę wszystkich instrumentów, z kolei smukła, pojedyncza riposta smyczka jest w stanie zepchnąć narrację na samo dno. Na finał tej części bryluje gitara, która buduje piękną, filigranową i dość abstrakcyjną opowieść. Ostatni akt pierwszego dysku początkowo znów stawia na zadumane i niemal relaksacyjne frazy. Ciepły saksofon, delikatnie szarpane struny i kolejna niespodzianka brzmieniowa ze strony gitary. Plejada zwinnych akcji i bystrych reakcji, tudzież subtelnych zadziorów, zagęszcza jednak flow – tu bowiem każdy chce być częścią każdej sekundy tego nagrania!

Drugi dysk (trwający 55 minut) zaprasza nas na dłuższe improwizacje, zwłaszcza trzy pierwsze w zestawie. Otwarcie przypada w udziale wiolonczeli i gitarze. Saksofon budzi się po minucie, a małe strunowce po kolejnej. Dęciak pląsa łagodnym tembrem, strings wręcz przeciwnie – zadziorne, rozhuśtane, niesforne. Narracja ma kilka faz, także tę uroczą, powolną z mikropreparacjami. Saksofon zdaje się wychodzić ze skóry, by stawiać strunowcom coraz wyższe wymagania, czasem śpiewa niemal kobiecym głosem. Flow pełen jest subtelności i niuansów, ale także dramaturgicznego napięcia. W kolejnej części saksofon przypomina sobie, iż lubi jazz. Początkowo samotnie, potem z altówką i gitarą buduje opowieść pełną gwizdów i frywolnych salw - prawdziwy ptasi pomiot w zalotach! Po czasie wszystkie instrumenty zaczynają mantrycznie zawodzić. Gitara trzyma swoją stronę, zdaje się być zdolna do wszystkiego. Na finał wszyscy popadają w niemałą histerię.

Trzecia improwizacja sięga po bardziej kameralne akcesoria. Nastrój robi się posępny – cello tyczy szlak, skrzypce i altówka łkają, gitara znów plecie swoje, a sytuację sceniczną stara się porządkować saksofon. Delikatnie przegadana opowieść na koniec kipi jednak dobrymi emocjami. Tuż potem improwizacja, która stawia niemal same stemple jakości – gęsty, czupurny flow, strunowe pulsacje i gitarowe mikroeksplozje. Tym razem saksofon ze zdaniem odrębnym, kąsa ciepłym tembrem. Muzycy zdają się docierać do granic szaleństwa. Saksofon piszczy jak kot, by po kilku sekundach siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Każdy dodaje tu jakiś nowy pomysł, jakby długość improwizacji była z gumy!

Dwa ostatnie utwory winny nas już kołysać do snu, ale … wszystko po kolei. Najpierw trochę strunowego riffowania i saksofon wspinający się na palce, prężący tors w oczekiwaniu na uwielbienie. Cello znów li.. podłogę, gitara i skrzypce stroszą piórka. Na gryfie altówki tli się kilka akustycznych perełek, do których mizdrzy się roześmiany saksofon! Tańce i swawole, przeciąganie liny i inne sporty walki! Wreszcie finał, budowany od samego dołu – molowe frazy, smutne pomruki, akcenty percussion. Muzycy zdają się balansować na linie, sam saksofon skomle jak ranne zwierzę. Strunowce krokiem pizzicato budują dodatkowy suspens. Małe wichry namiętności gasną jednak snem sprawiedliwych.

 

 

czwartek, 22 października 2020

Alex Ward! The three of the perfect pairs!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward ma na tych łamach stały abonament, a każda jego płyta jest szczegółowo omawiana i niemal w każdym przypadku kwitowana wytryskiem szczerych zachwytów.

W pandemicznych miesiącach artysta przygotował dla nas trzy nowe ekspozycje – wszystkie duetowe. Każda warta należytej uwagi, trzyma poziom adekwatny dla większości dokonań Alexa, czyli na ogół … kosmiczny. Realia nowej rzeczywistości sprawiają, iż dwie z trzech nowości docierają do nas jedynie w formie plików, ale pierwsza z dziś omawianych – także w formacie CD. Po wszystkie nagrania możecie sięgnąć (i kupić!!!) na stronie bandcampowej artysty. Pamiętajcie, by wspierać muzyków w czasach zarazy!

Najpierw Ward zaprezentuje się w duecie z gitarą (sam zagra tylko na klarnecie), potem w duecie z saksofonem sopranowym lub tenorowym (zagra na klarnecie i gitarze), wreszcie w duecie z saksofonem altowym (zagra tylko na gitarze). Enjoy!

 


(VU) by Pascal Marzan & Alex Ward (CD)

Na początek zapraszamy do londyńskiego Stowaway Studios na odsłuch dwóch sesji nagraniowych – ze stycznia i marca ubiegłego roku. Alex Ward na klarnecie oraz Pascal Marzan na 10-strunowej, mikrotonalnej gitarze akustycznej zagrają dla nas sześć swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niemal pełne 69 minut.

Delikatna gitara, łagodny, ale tajemniczy klarnet, budujący narrację niepozbawioną semickiej nostalgii, to aura otwarcia tej rejestracji. Nerw nadchodzącej dramaturgii wydaje się być jednak zaszyty niezbyt głęboko. Sieć dźwięków pleciona jest bardzo precyzyjnie, a po kilku pętlach nabiera już należytej gęstości. Gitara snuje glissandowe pasaże, klarnet patrzy w niebo i pięknie śpiewa, modulując swój tembr. W okolicach 6 minuty muzycy na chwilę schodzą w obszar ciszy zupełnej, po czym zaczynają kreować nowy wątek improwizacji z drobiazgów i filigranowych ochłapów dźwięku. Całość ma bystrą dramaturgię i wyjątkowo smakowite, akustyczne brzmienie. Na finał części muzycy dorzucają garść ekspresji, dobrego mięcha free impro. Druga historia budzi się do życia przy swawolnych łkaniach obu instrumentów. Flow ciągnie ku górze klarnet, gitara buduje zaś background rytmicznymi frazami … post-flamenco. Dużo powietrza, zadumy i kameralistycznego niepokoju. Na koniec – to już tradycja? – kilka bardziej dynamicznych przebiegów.

Kolejna improwizacja wycieka spod pięknie rozbrzmiewających strun gitary. Klarnet jest tuż obok, wije się wokół nich, niczym jadowity wąż. Ballada, która w połowie 5 minuty nabiera intrygującej dynamiki. Opowieść jest bardzo efektowna pod względem brzmieniowym, stanowczo uwypukla także kosmiczną jakość warsztatu obu muzyków, którzy nawet w galopie nie tracą nic ze swej precyzji. W drugiej części klarnet wpada w czeluść małego drona, preparuje dźwięki, a gitara syczy w tle meta akordami. W czwartej improwizacji muzycy od pierwszej sekundy stawiają na dynamikę i ekspresję. Nie stronią wszakże od drobnych preparacji, które czynione w żwawym tempie wydają się być jeszcze bardziej atrakcyjne dla ucha odbiorcy. W połowie kilkunastominutowej narracji muzycy schodzą w obszar ciszy, ale wcale nie tracą dynamiki (brawo!). Gdy ostatecznie zwolnią, klarnet zaczyna śpiewać, a gitara pulsować echem i pogłosem. Beauty slow motion doczeka się wszakże … dynamicznego zakończenia!

Piąta opowieść stawia na delikatność, przestrzeń, smukłe preparacje, liczenie strun i garść innych, onirycznych, jakże tajemniczych fraz. Muzycy równie szybko wchodzą w tryb dynamiczny, jak i zmysłowo zwalniają. Czasami efekt tłumienia emocji zamienia się w czerstwy szum (brawo!), innym razem kończy się suchym galopem. Zakończenie odcinka – tradycja! – stawia na dynamikę i niemal cyrkowe preparacje ze strony obu instrumentalistów. Wreszcie finałowa improwizacja (jeśli ta doskonała płyta ma jakąś wadę, to jest nią jej długość) – oniryczne, ledwie żywe półfrazy, mikroskopijne dźwięki. Śpiew ptaków i minimalistyczne riffy gitary. Muzycy budują sieć dźwięków, jak dwa zwinne pająki. Opowieść nabiera mocy (repety gitary!), tryska emocjami i na ostatniej prostej – jakaż to tradycja! – kipi dynamiką, imponuje tempem i … zmysłowymi preparacjami!

 


Proper Placement by Alex Ward & Sam Weinberg (DL)

Na osi czasu pozostajemy w marcu roku ubiegłego, ale przenosimy się na Brooklyn, by posłuchać duetu w składzie: Alex Ward na klarnecie i gitarze elektrycznej oraz Sam Weinberg na saksofonie sopranowym i tenorowym. Sześć dalece swobodnych improwizacji, 53 minuty bez paru sekund.

Zaczyna para małych ptaszków – klarnet i saksofon sopranowy, która bardzo efektownie otwiera płytę dwoma improwizacjami. Od startu muzycy plotą bardzo żwawy i niebanalny dialog. Świetnie na siebie reagują, a żadna akcja nie pozostaje bez kreatywnej reakcji. Nie brakuje zwinnych półmelodii, paru zadziorów i kilku kantów, ale narracja prowadzona jest w bardzo zdyscyplinowany sposób. Muzycy mogą pozwolić sobie na wszystko, ich technika użytkowa budzi bowiem respekt od pierwszego dźwięku. Pod koniec pierwszej części stawiają na imitacyjny rezonans, a potem na siebie pokrzykują. Druga opowieść zaczyna się w bardzo kameralistycznej estetyce. Potem tempo rośnie, a następnie spada i muzycy chwytają się dronowej, wytłumionej narracji. Na finał emocje skaczą ku górze – małe dęciaki warczą i skomlą z podkulonymi ogonami.

Trzecia opowieść sięga po duży kaliber – gitara z prądem i saksofon tenorowy! Alex funkuje, Sam podśpiewuje. Wet za wet, niedaleko od hałasu! Po drodze muzycy zanurzają się w małej psychodelii, sięgają po post-jazzowe grepsy. Początkowo nie forsują tempa, potem wręcz przeciwnie - wszak dobrej baletnicy nie przeszkadza jakikolwiek rąbek spódnicy. Gdy zejdą w echo ciszy, endorfiny recenzenta po prostu eksplodują. Gdy tempo rośnie na powrót, wraca też posmak dobrego rocka, trochę imitacji, a także eksperymentów na gitarowych pick-upach. Na finał mała eksplozja psychodelii. W czwartej części powraca duet małych ptaszków. Dialogi na cztery nogi, dynamicznie i nostalgicznie – faza prychania, faza zalotów i faza zadziorów, whatever you want! Kilka fraz metodą call & responce, na finał zaś partia rozchełstanego post-chamber z obłym posmakiem jazzu. Brawo!

W piątej improwizacji kombinacja, której jeszcze nie było - klarnet vs. tenor! Dialog prowadzony na zasadach, jak poprzednio, tyle, że odrobinę niżej, bo masa tenoru nie pozwala na zbyt wysokie skale (obyśmy się nie pomylili, tenże tenor zdolny jest do wszystkiego!). Dancing and singing, but not swinging! Wszystko realizowane tu jest w świetnej komunikacji, na dowód czego wspaniała imitacja na zakończenie traka. W szóstej, ostatniej improwizacji powraca masywny duet z części trzeciej. Otwarcie całkiem jazzowe (zwłaszcza gitary), potem pojawiają się jednak emocje rocka i free jazzu. Tygiel smaków, ocean wrażeń. Emocje małych ekspozycji - jakże efektowne resume doskonałej płyty.

 


Metallurgy by Sarah Manning & Alex Ward (DL)

Na ostatni duet powracamy do Zjednoczonego Królestwa, do świetnie nam znanej Hundred Years Gallery. Koncert zarejestrowano w maju 2017 roku, a głównymi aktorami byli: Sarah Manning na saksofonie altowym oraz Alex Ward na gitarze elektrycznej. Znów sześć improwizacji (!), niewiele ponad trzy kwadranse muzyki.

Saksofon płynie do nas na delikatnym pogłosie, gitara z prądem zdaje się silniej trzymać podłoża. Gra wstępna (to pierwsze spotkanie tych muzyków) na post-jazzową modłę, czyniona wszakże w tempie chamber slow motion. Gitara brnie ku ambientowi, saksofon kreśli dłuższe frazy. Druga improwizacja bardziej rwie dźwięki i od początku wszystko dzieje się tu nieco dynamiczniej. Dobre akcje, jeszcze lepsze reakcje, zadziorne frazy, bez wzajemnego przymilania się. Garść imitacji, a na finał mała kameralistyka z preparacjami.

Trzecia opowieść definitywnie w klimatach call & responce. Rwane frazy, które wręcz przypominają Flower Stevensa i Wattsa. Gitara pcha improwizację ku dynamice, saksofon zdaje się być nieco nieśmiały. Jakkolwiek pasaż szybkich akcji dobrze robi tej narracji. Finałowa, psychodeliczna medytacja, wbrew pozorom – także!  Czwarta część zaczyna się nieco balladowo. Dźwięki nabierają gramatury w jazzowy sposób, ale muzycy zdają się być dalece otwarci na każde rozwiązanie. Saksofon zerka w kierunku free, gitara też popuszcza lejce. Potem jeszcze kilka perełek z gryfu gitary i dalece zbyt łagodne wybrzmienie.

Przedostatnia opowieść wydaje się być dość abstrakcyjna. Spokojne frazy, które zaczynają się jednak zazębiać i bystrze na siebie reagować. Gdy muzycy wejdą w stadium bardziej dynamiczne, ciekawie brną w niebanalne imitacje. Ostatnia część koncertu stawia już na dużą swobodę i definitywny brak pośpiechu. Płynna, na poły ambientowa ekspozycja gitary, lenistwo saksofonu. Razem skomlą, miałczą i rzewnie śpiewają. Na finał garść pocałunków, ale i kilka zdań odrębnych, kreślonych na niezłej dynamice.

 


czwartek, 25 lutego 2016

John Russell – dekadowe resume jako skutek udanego incydentu koncertowego


Nie po raz pierwszy na tym blogu, zapewne też nie ostatni, inspiracją dla powstania kolejnej muzycznej opowieści jest wspomnienie wyjątkowego koncertu.

Jej bohaterem angielski gitarzysta John Russell, wytrwały wojownik na polu swobodnej improwizacji, który całkiem niedawno świętował 60 urodziny. Rocznica ta zresztą zaowocowała stosownym wieczorem w gronie przyjaciół w londyńskim Cafe Oto, który udokumentował na płycie Martin Davidson (John Russell With…, Emanem Records 2015). Ale nie to spotkanie koncertowe miałem na myśli rozpoczynając ten tekst.



W czerwcu ubiegłego roku na małej scenie warszawskiego Pardon, To Tu wystąpił kwartet wytrawnych improwizatorów – John Russell, Steve Beresford (z zawodu pianista, tu raczej w roli dekonstruktora przewidywalnej rzeczywistości akustycznej – najogólniej mówiąc: amplifikowane przedmioty różne), John Edwards na kontrabasie i po prawdzie inspirator całego zajścia, dużo młodszy od kolegów, norweski perkusjonalista Ståle Liavik Solberg (poznaliśmy go przy okazji VC/DC Gjerstada i Lonberga-Holma). Przez godzinę zegarową ich wspólnego występu działo się naprawdę wiele. Kompetentnym improwizacjom wyciszonego Russella i szalejącym na scenie Edwardsowi i Solbergowi (ten drugi co rusz zmuszał starszych kolegów do wzmożenia aktywności), towarzyszył rubaszny humor Beresforda, który wieloma dźwiękami generowany przez dziwne przedmioty (różnej proweniencji) puentował pomysły interlokutorów.

Koncert ów – dodam od razu, że smakowity po brzegi możliwości naszej zdewastowanej codziennością percepcji – był dla mnie przy okazji pierwszym spotkaniem z Johnem Russellem w konwencji na żywo. Muzyka tego cenię od lat i właśnie temu uczuciu chciałbym dać wyraz, przywołując w pamięci kilka udanych pozycji wydawniczych z jego udziałem, powstałych w ostatniej dekadzie lat. Z drugiej wszakże strony koncert pokazał, iż mój bohater nie jest najlepszego zdrowia, przez co, być może, nasze spotkanie warszawskie w przyszłości nie będzie miało swojego ciągu dalszego. Ale obym był złym prorokiem…



Grzebiąc w pamięci, te drobne resume dokonań Russella zacznijmy od… rejestracji spotkania w/w kwartetu w … St. Mary/s Old Church w listopadzie 2013r., która dotarła do nas dzięki płycie Will It Float? (Va Fongool, 2015), firmowanej czterema nazwiskami jej twórców. I tu swobodna improwizacja jest chlebem powszednim każdego z muzyków, a zadziornych dialogów i kolektywnych uniesień nie brakuje. Może jedynie Beresforda odnajdujemy w nieco mniejszym poczuciu humoru, wszak miejsce zdarzenia dużo poważniejsze niż skromne progi klubu w stolicy erpe. Nagranie dostępne jest zarówno w wersji winylowej, jak i CD (to drugie zawiera ponad 70 minut muzyki, zatem czarny krążek kupcie jedynie dla ładnej okładki).



Tuż obok Will It Float? na waszej półce z płytami wylądować powinien duet Russella z Solbergiem, nagrany pół roku wcześniej niż powyższe spotkanie sakralne w kwartecie, a wydany w roku 2014 przez Hispid pod krótkim tytułem No Step. Przyjemność z odsłuchu bardzo konkretna, acz niestety, podobnie jak tytuł, bardzo krótka, urywa się bowiem po 33 minutach...


Wszyscy wiemy doskonale, iż słuchanie muzyki improwizowanej wymaga pewnej dozy skupienia oraz warunków czasoprzestrzennych, które nie utrudniają odsłuchu i pozwalają docenić niuanse mikrodźwiękowych igraszek. Jest po prawdzie zajęciem generującym samotność i brak okazji na interpersonalne zaistnienie. Z tym większą zatem radością witam w moim domu płyty z muzyką improwizowaną, które śmiało można zapuścić w gronie niestowarzyszonej rodziny. Taką pozycją jest duet Russella z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem Translations (Emanem Records, 2011). Dwie gitary bez prądu uroczą dyskutują o swej wyższości akustycznej nad światem hałasu, na wskroś wypełnionym gitarowymi popisami rockowych szarpidrutów. Free improvisations w edycji relaksacyjnej? Bezwzględnie!


Jeśli chcecie sięgnąć po płyty Russella poczynione z Evanem Parkerem, odsyłam Was do przewodnika zawartego w drobnej monografii tego drugiego „W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości”, której kolejną już aktualizację umieściłem na tym blogu kilka dni temu. Śmiało też możecie zaryzykować i wrzucić w szpony waszych odtwarzaczy wspólne nagrania z innym weteranem brytyjskiej sceny free improv, genialnym perkusjonalistą Rogerem Turnerem (Birthdays i The Second Sky, Emanem 1996 i 2001). Z tymże Turnerem nasz gitarzysta zarejestrował także kilka spotkań w składzie trzyosobowym. Uwagę naszą, wobec powyższego, chciałbym skierować na wydawnictwo The Cigar That Talks (Editions Piednu, 2010), na którym dwójce wojowniczo nastawionych Angoli towarzyszy francuski mistrz improwizacji na saksofonie sopranowym – Michel Doneda. Ten ostatni to wyjątkowo ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej. Muzyk ukształtowany artystycznie w dużej odległości od paradygmatów jazzowej improwizacji, przez co jego ujawnienia free improv noszą zazwyczaj znamiona niezwykłej oryginalności. Piękna płyta!



Szukając w ostatniej dekadzie innych udanych spotkań w formule trio, nie sposób nie zahaczyć uchem o wydawnictwo Birds (dEN, 2012), firmowane przez Matsa Gustafssona, Johna Russella i Raymonda Strida. To bodaj pierwsze spotkanie Gustafssona i Russella wydane na płycie. I choć między Panami nie ma wyjątkowej magii, a drobiny synergii są tu jedynie ornamentem, ja chłonę tę improwizację z dużą dozą satysfakcji (bo i Strid!). A że mogło być bardziej genialnie, sami muzycy wiedzą lepiej ode mnie. Uwaga: strona edytorska płyt z dEN, to zabawa z cyklu „znajdź, gdzie jest płyta” – od razu zalecam opakowanie zastępcze dla krążka.

Chcąc udanie zamknąć perspektywę ostatnich 10 la w życiu artystycznym Johna Russella, przywołam tu jeszcze znamienitą rejestrację z roku 2006 (choć jeden track ma datę ’04), upublicznioną światu przez niezrównany Emanem pod tytułem Analekta. Być może to krążek, od którego należałoby zacząć przygodę z muzyką Johna. Zawiera trzy duety – z saksofonistą Garry Toddem, przez lata zapomnianym, acz doskonałym improwizatorem, który pierwsze kroki na scenie free improv stawiał jeszcze w latach 70. (szukaj: Teatime, Incus 1975/ Emanem 2010; tamże również duet z Russellem), z trębaczem Henry Lowtherem (metrykalnie weteran wyższego stopnia), wreszcie z saksofonistką i perkusjonalistką w wieku młodszych córek Russella, o ile takie posiada – Chefą Alonso. Po blisko 50 minutach bardzo udanych konwersacji w parach, dostajemy na Analekcie godny finału deser – blisko pół godzinną improwizację Oktetu, zgrabnie łączącego gitarę, piano, dęciaki, głos ludzi, skrzypce i śmiałe pasaże konstruktywnej elektroniki (Beresford!).


Już naprawdę w ramach epilogu – w końcówce stycznia br. kolekcja nagrań z udziałem Johna Russella wzbogacona została o wyjątkowo atrakcyjny czteropak, dokumentujący edycję obwoźnego Festiwalu Mopomoso z roku 2013 (inicjatywa tych improwizatorskich spotkań jest po części udziałem Russella od wielu już lat). Rzecz nazwano Mopomoso Tour 2013 Making Rooms (Weekerloft, 2016) i zawiera  m.in. nagrania Russella w trio z Evanem Parkerem i Johnem Edwardsem (cały dysk pierwszy). Kolejne dyski to solowy występ pianisty Pata Thomasa, popisy tria smyczkowego (Benedict Taylor, Alison Blunt, David Leahy), a na koniec spotkanie klarnetu Alexa Warda z głosem Kay Grant. Na pewno muzyka warta jest każdego grzechu, zatem czym prędzej biegnę do sklepu, acz czy taki znajdę w tej części rzeczywistości non wirtualnej, to już opowieść na zupełnie inną okazję.