Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Gibbs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Gibbs. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Gibbs, Metcalfe, Northover & Magliocchi! The Visitors! Also in your house!


Muzyczne przygody Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego w świecie absolutnie swobodnej improwizacji śledzimy na tych łamach na bieżąco. Nie dalej, jak kilka tygodni temu zachwycaliśmy się płytą Sea Of Frogs. Dobrze znamy też, i niezwykle cenimy, ich nagrania w ramach The Runcible Quintet czy kwartetu Sezu. Każdorazowo pisząc o muzyce Anglika i Włocha, zawsze kierujemy zainteresowanie słuchaczy w stronę artystycznej spuścizny po niezapomnianym Johnie Stevensie i jego muzycznej idei, archetypie free improv - Spontaneous Music Ensemble. Być może tych właśnie dwóch gentlemanów zasługuje współcześnie na miano najbardziej wartościowych kontynuatorów muzyki formacji, która m.in. dała nazwę stronie, którą właśnie czytasz.

Dziś nadstawiamy ucha nad nagraniem The Visitors, poczynionym w marcu bieżącego roku w jednym z londyńskich studiów nagraniowych. Spotkało się tam czterech muzyków: Marcello Magliocchi na perkusji (głównie instrumentach perkusyjnych), Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, Neil Metcalfe na flecie (jako jedyny z tego grona grywał w Spontaneous Music Ensemble!) i Phil Gibbs na gitarze. Sześcioczęściowa improwizacja trwa 64 minuty i 46 sekund, a dostarczą ją brytyjski FMR Records. Album w formacie CD, to jedna z jesiennych premier labelu.




Arrival. Szum szczoteczek perkusyjnych, mały flet, skromna gitara i saksofon sopranowy, którego dźwięk początkowo dociera do nas z tak zwanego drugiego, a nawet trzeciego planu – oto elementy składowe swobodnej improwizacji, dla której ważny jest szczegół, pojedynczy dźwięk, budowanej z precyzją i bez nadmiernego pośpiechu. Większość instrumentów zdaje się być zestrojona bardzo wysoko, a elementem konstytuującym przebieg improwizacji jest intensywna kreacja na talerzach bardzo rozbudowanej podsekcji zestawu perkusyjnego. Muzycy od pierwszej sekundy studyjnego koncertu budują opowieść bardzo kolektywnie. Tworzą ją często z mikrofraz, delikatnych dźwięków, które świetnie ze sobą konweniują. Zatem szczególna zwiewność, pewna dramaturgiczna ulotność czystej akustyki, to maturalne atrybuty tej smakowitej improwizacji. Artyści są w stanie wejść w tryb dynamicznej narracji dosłownie w mgnieniu oka. Równie błyskawicznie pokonują drogę powrotną. Oto demokracja, która w pierwszej odsłonie, po fazie wprowadzenia, zdaje się tworzyć pod niezwykle światłym przewodnictwem saksofonu sopranowego. Wiele dzieje się tu w górze, a za dolne dźwięki odpowiada prawie wyłącznie gitara, która jednak wcale nie pędzi jakimś szczególnie niskim strojem. To właśnie gitara kreuje ciekawą narrację w okolicach 5 minuty, gdy flet i saksofon plotą pierwszy ważny dla tej płyty dialog. Nic wszakże na tej płycie nie dzieje się bez udziału bardzo rozbudowanej armii perkusjonalii, którą – jak już wspomnieliśmy – tworzą głównie talerze, a także delikatne krawędzie werbla i tomów. W 8 minucie napotykamy na kolejny smakowity dialog – tym razem gitary i fletu, a zaraz potem saksofonu (już altowego!) i perkusjonalii. Dużo zmienność akcji, częste zagrywki w podgrupach (challenge zdaje się tu gonić challange!), to kolejna cecha tej bystrej zabawy w dźwięki. Na finał pierwszej odsłony – jakże wysmakowana, bardzo energetyczna ekspozycja kwartetowa, świetnie wytłumiona, niczym najlepsze momenty z zacnej historii Spontaneous Music Ensemble!

Dispersal. Druga opowieść rodzi się na strunach gitary i w tubie fletu. Oba instrumenty frazują bardzo melodycznie, jakby tworzyły ad hoc ścieżkę dźwiękową do filmu noir. Z dalekiego świata, wsparcia udzielają talerze i saksofon sopranowy. Opowieść zwinnie się nawarstwia, gęstnieje pięknym dialogiem na flankach, czynionym przez posadowione tam instrumenty dęte. W 6 minucie gitara plecie swoją mantrę, saksofon szumi pustą tubą, a talerze tańczą po nieboskłonie – piękny moment! Potem flet studzi nieco emocje, a narracja zaczyna pachnieć niczym chamber noir exposition! W 9 minucie – tu nie ma pustych przebiegów! – kwartet odnajdujemy już w bystrym galopie. Muzycy zdają się przekraczać dopuszczalne normy prędkości, ale że są świetnymi kierowcami, hamowanie jest wyjątkowo bezpiecznie, czynione długimi frazami, które klimatem nawiązują do początku tej improwizacji. Brawo!

Encounters. Tańczący flet inauguruje kolejną opowieść. Perkusja stawia na pojedyncze uderzenia, gongi lśnią czystym dźwiękiem. Po chwili saksofon altowy i gitara (z samego dołu), zaczynają budować narrację właściwą, znów od szczegółu do ogółu, ze świetną podpórką ze strony armii talerzy. Moment wygaszenia uczyniony zostaje w idealnym momencie, jakby na sygnał batuty niewidzialnego dyrygenta. Kolejną część opowieści kreuje flet przy wsparciu filigranowej gitary (przy okazji perkusjonalia znów robią swoje!). Po 7 minucie kwartet zdaje się skakać z kwiatka na kwiatek, ale uroda narracji jakby jeszcze na tym zyskiwała. Zaraz potem swoje trzy grosze wtrąca gitara, a w tle pozostałe instrumenty bystrze preparują niemal każdy dźwięk. Jest komentarz fletu, a zaraz potem krótkie solo sopranu. Finał znów staje się niezwykle ognisty.

Estrangement. Preparacje gitary oraz wysokie komentarze fletu i saksofonu, to aura otwarcia czwartej historii. Piękne ornamenty perkusjonalii, posmak kameralistyki w najlepszym rozumieniu tej kategorii estetycznej. W 6 minucie opowieść ciągnie ku górze flet, gitara płynie niżej, wydaje się lekka, jak pawie pióro, perkusja szumi. Powrót sopranu zwiastuje dynamizację narracji na samym jej finiszu, co zdaje się być już tradycją tej płyty. Także bystry stopping!

Propagation. Piąta partia –  na starcie saksofon i gitara w łagodnym spacerze po gęstym skraju urwiska. Flet wchodzi po ponad dwóch minutach, talerze wraz z nim. Znów wzrost dynamiki, znów zwinne hamowanie - gitara rysuje pętle, flet śpiewa w nieodkrytej jeszcze do końca estetyce post-chamber. Saksofon altowy wypuszcza drony suchego powietrza, po czym prycha zalotnie. Do pary ma flet, który prosi o łyk wody. Komentarz perkusji … nad wyraz perkusyjny, a kanty gitary pełne zadziorów. Oto kwartet, który nabiera mocy i bystrze galopuje ku chwale świetnej partii altu. Hamowanie spoczywa, nie pierwszy już raz, na barkach fletu. Pod koniec najdłuższej opowieści na płycie, każdy z instrumentów próbuje dronowej estetyki. Wszyscy kończą jednak ze śpiewem na ustach! Magiczne sztuczki perkusjonalne znajdują ostatni dźwięk.

Departure. Finał tej wyśmienitej płyty nie trwa nawet dwie minuty. Mamy wrażenie, że to fragment większej całości, poddanej presji nożyc edytorskich. Kolektywny popis w oczywistej w tym wypadku estetyce SME – quite dynamic, quite calm! Flet tańczy z saksofonem, a gitara czyni obowiązki gaszącej światło.                                                                                                                                                                                                                            

poniedziałek, 19 listopada 2018

Sezu Quartet! The Runcible Quintet! … and a Duo! Modest of Exaltation in British Free Improve!


Brytyjskie królestwo muzyki swobodnie improwizowanej zdaje się być autentycznie wielopokoleniowe, ewidentnie nosi znamiona zjednoczonego, nadto skrupulatnie i z należytym szacunkiem czerpie ze swego dziedzictwa.

Dziś przed nami trzy smakowite kąski z tegoż ogródka, stworzone zarówno przez muzyków doświadczonych, jak i tych, których winniśmy wciąż zaliczać do młodego pokolenia. Odnajdziemy tu istotnie wartościowy akcent włoski, także japoński, a nad wszystkim unosić się będzie legenda Spontaneous Music Ensemble, w szczególności zaś dokonań Johna Stevensa, Trevora Wattsa i Dereka Baileya.

Jeśli którejkolwiek współczesnej swobodnej improwizacji najbliżej jest do dziedzictwa SME, to są nimi dokonania kwartetu Sezu i kwintetu The Runcible. Tuż po nich kilka słów o pewnym duecie, który świetnie się w tematykę naszych dzisiejszych rozważań wpisuje, tak artystycznie, jak i personalnie.




Phil Gibbs/ Marcello Magliocchi/ Adrian Northover/ Maresuke Okamoto  Sezu (FMR Records, CD 2018)

Garaż Joe’ego w Bristolu (nie wiem, czy to prawdziwy garaż, czy nazwa klubu), marzec 2017 i czterech muzyków: Phil Gibbs – gitara i banjo, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy, Maresuke Okamoto – wiolonczela i głos. Siedem improwizacji, godzina zegarowa bez parudziesięciu sekund.  

Od samego startu muzycy tkają delikatną, ale gęstą pajęczynę dźwięków. Pierwsze skojarzenie doświadczonego recenzenta prowadzi do strunowej edycji SME, która tu, w intrygującym kwartecie Sezu, doposażona zostaje w jazzowo frazującą gitarę elektryczną. Od pierwszego dźwięku silnie akcentuje swoją obecność Magliocchi, aktywny, kreatywny, zwinny jak kot. Northover ciągnie piękne frazy sopranowe, rozszarpywane na strzępy temperamentem godnym Trevora Wattsa, szczególnie z okresu, gdy przywołany w preambule tego tekstu najważniejszy zespół free improve, był duetem. Strunowe instrumenty szeroko rozstawione na przeciwległych flankach, oba nie stronią od amplifikacji. Narracja jest czerstwa, ale dramaturgicznie błyskotliwa. Muzycy tańczą jak gołębie na mocno rozgrzanym od słońca dachu. Na finał otwarcia moc sonorystycznych akcentów z cello i zadziornego saksofonu. Obok mikro drumming z samego dna werbla. Drugi fragment zaczyna się nieco spokojniej, choć struktura improwizacji jest równie gęsta. Gitara łyka więcej prądu, a cały kwartet już po 2 minutach śmiało galopuje. Precyzja, dobra komunikacja - słyszę, co gra mój partner, wiem, po co jestem w Zespole. Świetny flow sopranu na wybrzmieniu. Trzeci odcinek zdecydowanie ucieka w inną stylistykę. Elementem budującym narrację jest melorecytacja Okamoto w języku ojczystym. Szumy z tuby, drżące tło, kilka elementów elektroakustycznych, mały rytm spod werbla. Rodzaj post-industrialnej mantry. Gitara wtrąca jazzowe, małe frazy, czyniąc skromny dysonans poznawczy. Dla przeciwwagi, dużo zwinnej sonorystyki ze strony perkusjonalii.

Czwarty odcinek także startuje z poziomu kojącego uspokojenia. Saksofon repetuje, gitara wpada w pętle. Drums & cello suną szorstkimi suwnicami. Narracja nabiera gęstości, interakcje zazębiają się. Alt wiedzie cały kwartet naprawdę wysokim wzgórzem, przy świetnym backgroundzie wiolonczeli i dynamicznej perkusji, która stroni od jakichkolwiek rozwiązań okołorytmicznych. Piąty otwiera szum z tuby saksofonu i stukot z werbla, tarcie na gryfie wiolonczeli, jest także – jedyny raz na płycie – czysty dźwięk banjo. Choć gęsta, ale jednak ulotna narracja. Saksofon rwanym flow znów przywołuje nam dobry tembr SME. Na starcie odcinka szóstego gitara powraca z jazzowymi frazami, saksofon dmie na alarm, a perkusjonalia szukają nowych rozwiązań dźwiękowych. Ponownie gęsta pajęczyna zdrowych interakcji. Alt brnie w estetyce gitary, ale nie brakuje mu psychodelii w ustniku. Galopada naprawdę zwinnych słoni! Po chwili brawurowy i piękny stopping. Po restarcie także szczypta transu, drobiny oniryzmu, kapitalny dialog sax & guitar, potem galop i kolejne hamowanie. Chyba najlepszy moment tego nagrania! Pieśń finałowa zaczyna się na gryfie lekko slajdującej gitary, wiolonczela przypomina mocny kontrabas, mały drumming w tle. Błyskotliwa, prawdziwie molekularna narracja. Gitara idzie przodem, świetnie wspierają ją perkusjonalia. Kołysanie i spadanie – świetna dramaturgia finału. Na ostatniej prostej tej doskonałej płyty rodzaj chocholego tańca, a także ponownie, zapach geniuszu spod kurateli Johna Stevensa. Brawo!




The Runcible Quintet ‎ Four (FMR Records, CD 2018)

Magliocchi i Northover zostają z nami! Dołączają do nich: Neil Metcalfe na flecie i Daniel Thompson na gitarze akustycznej oraz w drugiej część płyty, John Edwards na kontrabasie, który dopełnia skład tytułowego kwintetu. Dwa incydenty z klubu IKLECTIC – październikowy z roku 2017, wyjątkowo w kwartecie i tegoroczny, marcowy już w pełnym składzie. Cztery epizody, godzina zegarowa i jedna minuta swobodnej improwizacji.

Przygodę z kwartetem rozpoczynamy spokojnymi pasażami fletu Metcalfe’a, muzyka, który incydentalnie grywał w SME pod koniec jego zacnej historii. Saksofon sopranowy, bystre perkusjonalia i filigranowa gitara też świetnie pasują do tej układanki. Wedle niepisanych reguł gatunku, kreatywne call & response, czynione dzięki doskonałej komunikacji w zespole. Małe dźwięki, krótkie frazy. Narracja od czasu do czasu gęstnieje, na ogół pod dyktando Magliocchiego. Każdy z muzyków stosuje bardzo rozbudowany wachlarz sposobów artykułowania dźwięków, a cała improwizacja podlega nieustannym zmianom. Spokój, rozwaga, tłumienie emocji i dla przeciwwagi - miniatury w galopie. Muzycy pięknie się supłają, a potem bystro rozplątują. W 13 minucie doskonały, ptasi dialog saksofonu i fletu z dużą dawką imitacji. W 17 minucie małe zawody sonorystyczne – przeciąganie liny, tarcie metalem o struny. A potem znów krótki galop. 20 minuta - cisza przez ułamek sekundy, a potem ponownie dialog Adriana i Neila. W komentarzu moc akustycznych piękności ze strony Marcello i Daniela. Na finał części kwartetowej, 5 minutowy encore – intro gitary, przywołujące ducha Dereka Baileya. Tuż po nim, kolektywna, spokojna, precyzyjnie konstruowana opowieść. Wysoki sopran, wciąż szukający fletowego stroju. Dużo dobrego na talerzach i finałowy komentarz saksofonu pod rękę z fletem.

Mija pół roku, The Runcible powraca do IKLECTIC, już z Johnem Edwardsem. Startujemy z poziomu ciszy, przy wtórze szumu z tuby, małej ornamentyki na talerzach i smyczka zaczepionego na gryfie kontrabasu. Także małej gitary i fletu, który wchodzi do gry z pewnym opóźnieniem. Edwards staje na środku sceny i ma postanowienie, iż wiele w trakcie tego koncertu dziać się będzie za jego przyzwoleniem, w wyniku jego trafnych (uprzedźmy wypadki) decyzji dramaturgicznych. Mocny tembr jego strunowca udowadnia, iż kwintet to jednak coś więcej niż kwartet! Gdy na moment milknie, dostajemy w prezencie piękny dialog fletu i gitary. Smak improwizacji ala SME znów jest wyczuwalny w powietrzu! Znów tryb narracji ulega ciągłym zmianom. W 8 minucie zmysłowe call & responce, z udziałem kontrabasu, gitary i perkusji, potem saksofonu, kontrabasu i fletu. A w tle błyskotliwy drummer, czuwa i pilnuje sekwencji działań. John Stevens może być dumny! Na finał bystre przeciąganie liny, rytmiczny akcent gitary i wysoko zawieszony saksofon! Brawo! Drugi epizod kwintetowy rozpoczyna Marcello skromnym wprowadzeniem. Niepierwsza rozmowa fletu i saksofonu, a po nich wejście smoka, czyli kontrabas, który staje na czele pochodu swobodnej improwizacji. Centralny sygnał do galopu już w 3 minucie! Wspaniałe imitacje w podgrupie gitara – perkusja – kontrabas, a w tle uroda dętych dźwięków. Świetny moment! Na wybrzmieniu mantryczna gitara i niski smyczek na gryfie kontrabasu. 8 minuta - rodzaj polifonicznego pasażu (jak oni świetnie się czują w swoim towarzystwie!). W 12 minucie rozbudowana, solowa ekspozycja sopranu, pod którą podłącza się wyjątkowo niecierpliwa perkusja. What a duo! Po chwili już trio, bo doszedł kontrabas. No i finałowe hamowanie! Małe dźwięki i nietypowy, suchy flet! What a game!




Edward Lucas & Daniel Thompson  Six by two and three by one (Earshots Recordings, download 2018)

Na finał dzisiejszej egzaltacji brytyjską swobodną improwizacją, skromny duet gitary akustycznej i puzonu. Po poprzednim występie zostaje z nami Daniel Thompson, a dołącza do niego Edward Lucas. Panowie zagrają dziewięć miniatur (z czego trzy, zgodnie z tytułem, będą nagraniami solowymi), które potrwają łącznie 30 minut bez kilkudziesięciu sekund. Nagranie z roku 2016 (miejsce nieznane).

Zaczynamy puzonem suwnicowym, któremu towarzyszy molekularna, tocząca się ekspozycja gitarowa. Ten drugi instrument zdaje się mantrycznie tańczyć, ten pierwszy ma zmutowane, szorstkie brzmienie. W drugiej części gitarowy flow haczy się o struny, pętli, gęstnieje, jak stygnący budyń. Puzon swawoli, ale jest bardzo suchy u nasady tuby. Piękne kanty gitarowe i płynący z prądem rzeki, śpiewny, acz złowrogi puzon. Trzeci fragment, to solowa ekspozycja dęciaka. Intrygujące brzmienie, krok w kierunku sonore, a potem odwrót. Narasta i pęcznieje, a potem rozdaje całusy i tańczy. I tak przez prawie pięć minut. Czwarty – powrót duetu, dużo niuansów. Klasycznie piękny Daniel dłubie pomiędzy strunami i płynnie przechodzi do części piątej, która jest tylko jego udziałem. Kropelkowa, błyszcząca cekinami opowieść. Gitarzysta zwinny jako kot, ślizga się po strunach, prawdziwy akrobata (także 5 minut!). Szósty - puzon burczy jak niedźwiedź, a gitary kwili, tańczy, potem rezonuje sama ze sobą i puszcza wiązki psychodelii płynąc na minimalu. Puzon wtyka swoje trzy grosze pomiędzy jej struny, efektem błyskotliwa psychodrama dwóch wyzwolonych instrumentów. Brawo! Metal o metal, blacha o blachę! Siódmy, to drugie solo puzonu. Szumi, gadcze, kurzy i popieli. Dynamika, taniec i … szybki koniec. Ósmy – szumy i smaganie strun, gwizd, świst i polerka. Daniel znów szczytuje w oparach modelowego sonoryzmu. Edward nie czyni niczego innego. Dialog na dużym luzie. Dziewiąty, czyli finał – puzon dynamicznie szumi, gitara skacze po strunach. Jakże błyskotliwa wymiana poglądów. Prawdziwa perła, choć każe nam wyłączyć odtwarzać przed upływem 30 minuty.


Dla przypomnienia – recenzja poprzedniej płyty The Runcible Quintet, a także innych płyt Daniela Thompsona, Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego, dostępna jest dokładnie w tym miejscu   look here! 


czwartek, 30 czerwca 2016

Paul Dunmall i trio trzymające głębię


Derek Bailey zwykł mawiać, iż naprawdę udana swobodna improwizacja ma miejsce jedynie wtedy, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Każde kolejne spotkanie z już rozpoznanym partnerem generuje schematy gry i nie jest odpowiednio kreatywne.

Bardzo cenię sobie radykalizm pewnych poglądów na muzykę i świat tego zacnego gitarzysty, ale akurat z tą tezą zupełnie się nie zgadzam. Gdy słucham płyt z udziałem Paula Dunmalla i jego imiennika Rogersa, mam wrażenie, że konstatacja Baileya ma dokładnie odwrotne zastosowanie w ich muzyce. Im więcej Panowie mają za sobą wspólnych nagrań, tym są one po prostu lepsze, a podstawowe parametry dobrej improwizacji – synergia w grupie i wzajemna empatia – rosną w tempie geometrycznym.

Powód do przywołania personaliów tych dwóch znaczących postaci brytyjskiego free improv/free jazzu jest w istocie bardzo konkretny i namacalny. Oto bowiem jedna z ich ciekawszych aktywności muzycznych – Deep Whole Trio – przybrała po raz trzeci postać edytorską, a dodatkowo zauważmy, iż stało się to w Polsce, za sprawą poznańskiego wydawnictwa Multikulti Project. Od kilkunastu dni w sprzedaży dostępna jest płyta Paradise Walk rzeczonego tria, w którym tym trzecim jest perkusista Mark Sanders, także znamienita postać brytyjskiej i europejskiej muzyki improwizowanej.

Nim jednak nakreślę Czytelnikom Trybuny kilka zdań na temat wspomnianego wydawnictwa, jedno zastrzeżenie. Osobiście nie zajmuję się sprzedażą jakichkolwiek płyt, a za tryliony słów, jakie przez ostatnie dwadzieścia lat napisałem o muzyce improwizowanej nie dostałem ani złotówki (co najwyżej raz na kilkaset lat dostanę jakiegoś gratisa do recenzji i to raczej od muzyków, rzadziej od wydawców). Jeśli jednak ktokolwiek z czytających te słowa uzna za nepotyzm recenzowanie płyty, w wydaniu której uczestniczyłem – pisząc stosowne liner notes – to niech dalej nie czyta tego tekstu.




Po tym skromnym oświadczeniu woli, mogę – mam nadzieję - śmiało przystąpić do omówienia Rajskiego Spaceru, uzupełniając go kilkoma wskazówkami dla tych, którzy mieliby ochotę częściej sięgać po przepastne zbiory nagrań 63-letniego saksofonisty Paula Dunmalla.

Jak już wcześniej zasygnalizowałem, Panowie Dunmall, Rogers i Sanders, mimo, iż w różnych konfiguracjach personalnych nagrali wspólnie ogromną ilość płyt, to w tym zestawie trzyosobowym popełnili …dopiero trzecią płytę. Po debiutanckim krążku Deep Whole (FMR Records, 2007), który dał nazwę formacji, po kilku latach ukazał się That Deep Calling (FMR Records, 2014), a obecnie rzeczony Paradise Walk (Multikulti Project, 2016). Ten ostatni zarejestrowany został w Konserwatorium w Birmingham, w listopadzie 2014. Po prawdzie nie wiem, czy w nagraniu uczestniczyła jakakolwiek publiczność, w każdym razie na płycie jej nie słychać. W trakcie 72 minut nagrania, podzielonego na pięć części, opatrzonych zgrabnymi tytułami, trójka wybitnych improwizatorów śmiało puszcza wodze narracji i w delikatnie zarysowanej estetyce jazzowej, snuje piękne opowieści. Elementy telepatycznego porozumienia między muzykami, głęboka empatia, znajomość partnera i umiejętność wpisywania się w jego pomysły, czy błyskawicznego reagowania na zaczepki lub podpowiedzi, sprawia, iż mimo braku zarysowanego kręgosłupa muzycznego Panowie pędzą po rajską szczęśliwość, nie natrafiając na jakiekolwiek rafy, niedopowiedzenia, czy ogniska zapalne, poddające w wątpliwość przyjęty kierunek działań improwizatorskich. A teza Baileya postawiona na początku tego tekstu po raz kolejny wali się w gruzy.

Od samego początku Mema mamy wrażenie, że całą maszynę improwizacyjną napędza swym siedmiostrunowym instrumentem basowym Paul Rogers (wyjątkowe połączenie kontrabasu, wiolonczeli i … sitaru!). Brzmienie ma oczywiście potężne, wypełnia nim przestrzeń Konserwatorium, niczym gaz łzawiący, choć lekko szorstkie. Być może to pokłosie warunków akustycznych pomieszczenia, a niekoniecznie zamysł muzyka, czy realizatora dźwięku. Dunmall zaczyna spokojnie na saksofonie sopranowym, ale już w kolejnym fragmencie A Road Less Travelled, po precyzyjnym wstępie Rogersa, dynamizuje grupową improwizację agresywnym altem. Rogers mu nie odpuszcza, wspomagając się smyczkiem, a Sanders dopowiada na perkusji do drugiego miejsca po przecinku, kontratakując ostrą synkopą. Involuntary Music For Others otwiera spokojnymi dzwonkami Sanders, sugerując bardziej ludyczny fragment płyty. To dobry trop! Po długim solo siedmiostrunowca w wyższym rejestrze, wchodzi Dunmall ze swoimi niesamowitymi bagpipes, czemu towarzyszy zaskakujący zjazd Rogersa w głębokie odmęty niskich częstotliwości. Piszczałki dostają lekkiego pogłosu, a my mamy wrażenie, jakby się fonicznie multiplikowały. Tymczasem kooperacja trójki świetnych kumpli wchodzi na kosmiczny poziom – kocia zwinność, tygrysia telepatia, łapanie w lot rozwichrzonych harmonii i uciekających quasi melodii instrumentu dętego. Wspaniały moment! Dzieło wieńczy Rogers bardzo… barokowo i kwieciście (jakież możliwości brzmieniowe ma ten siedmiostrunowiec!). W czwartym fragmencie Absorbtion Dunmall sięga po swój kolejny instrument i na bazie solowego popisu Rogersa zabiera wszystkich na tenorową podróż z zaskakującymi kontrapunktami. W finałowym fragmencie tytułowym powraca z altem i wprawia improwizację w ostry galop, który opanować może jedynie zdecydowanym soundem Rogers, a właściwie jego niebywały siedmiostrunowiec. Pięknie kwili przy delikatnym drummingu Sandersa, na co wchodzi z lekką awanturą sopran i trzyma klimat mini zadumy. Po chwili jednak dynamizuje dyskusję, ostrymi pasażami łamiąc kanony improwizacji w wysokich rejestrach, podczas gdy Sanders niespodziewanie łapie rockowy feeling. Na to Rogers zjeżdża najniżej jak potrafi, mając zdecydowanie inne zdanie niż partnerzy. Dunmall wchodzi w dyskurs, a nam zdaje się, że jednak trzyma w ustach alt. Rogers chce mieć oczywiście własne zdanie i przy wtórze perkusyjnego backgroundu, może już śmiało zmierzać ku skutecznemu finałowi. Godzina i blisko kwadrans mijają w mgnieniu oka.




Jeśli z perspektywy kilkunastu lat słuchania muzyki Paula Dunmalla, miałbym dziś wskazać jego najbardziej wartościowe płyty, to bez ryzyka popełnienia większego błędu, winienem przegląd ten zacząć od nagrań z udziałem … Paula Rogersa. Nie policzę w tej chwili, ile ich dokładnie było, ale po każdą zapewne warto sięgnąć. Tych duetowych jest wszakże dziewięć, a na dwie z nich chciałbym zwrócić uwagę największą. Najpierw może Awarenes Response (Emanem, 2004) – trzy swobodnie improwizowane opowieści o jazzowych korzeniach, z wykorzystaniem w każdym z nich innego instrumentu – bagpipes, tenoru i sopranu. I być może właśnie tu rzeczony siedmiostrunowiec Rogersa brzmi najpiękniej. Dalece inną ich duetową płytą jest … czterodyskowy zestaw koncertowy Folks History (DUNS Limited Edition, 2009). Tytuł bardzo adekwatny, gdyż muzycy doszukują się tu swych szkockich korzeni, improwizując na bazie tradycyjnych melodii ludowych. Niesamowita przygoda, zrealizowana w połowie lat 90. ubiegłego stulecia (dodajmy, że Dunmall sięga tu także po flet i klarnet).




Kolejnym wartym polecenia wątkiem współpracy Dunmalla i Rogersa, są trzyosobowe płyty z bardzo ciekawym i oryginalnym gitarzystą Philipem Gibbsem. Doliczyłem się…. dziewięciu rejestracji. Zdecydowanie moją ulubioną w tym układzie personalnym jest realizacja Don’t Take The Magic Out Of Live (DUNS Limited Editions, 2006). Lubię też sięgać po The State Of Moksha (DUNS Limited Editions, 2002). Muzyka tego tria jest bardzo swobodnie improwizowana, a dzięki akustycznej gitarze Gibbsa interesująco oddala się od jazzowego stygmatu i z lekkością ożywczej bryzy znad Atlantyku, ucieka w quasi folkowy wymiar.




W tym miejscu warto też przywołać duetowe ekscesy Dunmalla i Gibbsa. Tych jest dokładnie sześć, a mój odtwarzacz chętnie zapełniany jest krążkami All Sorts Of Rituals (DUNS Limited Editions, 2001) i The Vision (DUNS Limited Editions, 2002). W tej muzycznej przygodzie Dunmalla, proces odchodzenia od estetyki jazzowej ulega pogłębieniu, a w grze Gibbsa możemy doszukać się wpływów i skal arabskich. Wyjątkowo smakowite!

Chcąc w obcowaniu z muzyką Paula doznawać częstych i zaskakujących ekscytacji, koniecznie winniśmy posłuchać krążka Sun Inside (FMR Records, 2011). Dunmall, Rogers, Gibbs i … flecista, doskonale nam znany z wielu rejestracji brytyjskiego free improv, Neil Metcalfe. Nasz bohater gra tu jedynie na sopranie i klarnecie basowym, Rogers zaskakująco lekko brzmi na swym siedmiostrunowcu, a sama muzyka wymyka się wszelkim klasyfikacjom i zapewne niejeden krytyk złamał sobie pióro, próbując wpakować ją do jakiejś szuflady. Być może najlepsza płyta w bogatym dorobku Dunmalla!




Z płyt mniej typowych dla Dunmalla, zdecydowanie bez udziału Rogersa, warto sięgnąć po krążek z doskonałą free improvisation, poczynioną z udziałem Johna Edwardsa i Johna Butchera Hit and Run (FMP Production, 2001). Na początku słuchamy improwizacji Dunmalla i Edwardsa, potem Edwardsa i Butchera, by na koniec zachwycić się improwizacją w trio. Świetna płyta!

Jeśli szukamy w grze Paula jazzowych korzeni, to bez trudu odnajdziemy je w trakcie odsłuchu jego duetów w niezwykle dynamicznym, amerykańskim perkusistą Tony’m Bianco. W ostatnich kilku latach ukazało się kilka trybiutów dla Johna Coltrane’a, z których osobiście najbardziej lubię dwupłytowy zestaw Homage To John Coltrane (SLAM Productions, 2015). Muzycy kapitalnie improwizują na bazie kompozycji Johna, a my możemy po wielokroć przekonać się o kompetencjach Dunmalla jako tenorzysty. Prawdziwa torpeda!

Wracając do współpracy z Markiem Sandersem, dobrze pamiętamy, iż Paradise Walk nie jest pierwszą płytą Dunmalla, wydaną w Polsce. Przedtem był krążek Asunder Trio The Lamp (Kilogram Records, 2012). Trzecim w tym gronie – duński gitarzysta Hasse Poulsen.

Dzisiejszą opowieść mógłbym ciągnąć w nieskończoność. Dyskografia ogromna, płyt wartościowych całe mnóstwo. Ale ponieważ powoli tekst ten zbliża się do dziesięciu tysięcy znaków (ze spacjami), co być może jest granicą ekranowych możliwości czytania ze zrozumieniem, to szybko przechodzę do reasumpcji.

Trzy lata temu, główny wydawca Paula Dunmalla, label Trevora Taylora – FMR Records – wydał dość szczególny box, o którego zawartości doskonale mówi sam tytuł: Paul Dunmall The Entire 50 CD Collection on FMR Records. Piękny prezent na 60 urodziny dla wspaniałego saksofonisty.




W latach 1999-2010 Paul Dunmall, muzyk wyjątkowo aktywny i często koncertujący, w ramach własnego, cd-rowego wydawnictwa DUNS Limited Edition, upublicznił aż 68 tytułów, absolutnie ciekawych i bardzo zróżnicowanych stylistycznie spotkań muzycznych. Jeśli pragniemy posłuchać Paula grającego z sitarem, muzykującego z małżeństwem Tippett, czy zagłębiającego się w improwizacje w iście współczesnym, kameralistycznym wydaniu, to warto sięgnąć przynajmniej po część tej kolekcji (zresztą kilka z nich już dziś poznaliśmy). Znajdziemy tam także popisy Paula w wersji solowej – na każdym z instrumentów, po które sięga on w swym muzycznym życiu. Szczególnie polecam dwie rejestracje piszczałkowe Solo Bagpipes I (1999) i  Solo Bagpipes II (2001). Co ciekawe, jedynie kilka tytułów Dunmall udostępnia odpłatnie. Zdecydowana większość, za jego zgodą, dostępna jest w plikach audio na blogu Inconstant Sol (należy jedynie sprawdzić, czy wszystkie pliki są jeszcze dostępne w sieci – jeśli mnie pamięć nie myli, większość została tam umieszczona w latach 2013-2014).

Zapraszam do słuchania! Na Rajski Spacer!