Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liba Villavecchia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liba Villavecchia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

piątek, 29 grudnia 2023

Barcelona makes the world go round: Isysxae! Chant! Garcia & Guionnet! Pricto! Nonetheless! AX!


Nic lepszego nie mogło nas spotkać na koniec spontanicznego, umierającego już niechybnie roku 2023 niż zestaw pełnokrwistych nowości z naszej ukochanej Barcelony!

Czeka dziś na nas sześć wyjątkowo smakowitych świeżynek – pewien koncert z poznańskiego Dragona (jakże być inaczej!), dwie premiery nowego labelu Hera Corp., założonego przez Alexa Reviriego (z silnymi akcentami baskijskimi i francuskimi), wreszcie trzy najnowsze dziecięcia Discordian Records, a pośród nich pierwsza solowa płyta El Pricto!

So, welcome and dance to the end of the year 2023!



 

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland (Bandcamp’ self-released, kaseta 2023)

Dragon Social Club, Poznań, Fast Forward 6th Spontaneous Music Festival, październik 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna, Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Pere Xirau – perkusja. Trzy improwizacje, 14 minut.

Katalońskie trio zagrało na deskach poznańskiego Dragona 32-minutowy set. Na potrzeby albumu muzycy wykroili z niego ledwie trzy fragmenty – niespełna dwuminutowy, niespełna ośmiominutowy, wreszcie niespełna czterominutowy. Oczywiście decyzja artysty bywa rzeczą świętą, niemniej tych, którzy ów koncert widzieli w całości zdaje się dopadać niewymowny żal nieodwracalnej straty. Ów konceptualny minimalizm w zakresie formy zdaje się być jednak znakiem rozpoznawczym Isysxae – ich debiutancki, studyjny album trwał całe … 22 minuty. Wszystkie te dywagacje możnaby puścić w niebyt zapomnienia, gdyby nie drobny fakt, iż muzyka Fagesa, Chanta i Xirau, to jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej, europejskiej scenie free impro.

Pierwsza plama krwi, to post-rockowy wymiot, ulepiony z riffu ciężkiej gitary, kompulsywnego wrzasku saksofonu tenorowego i porcji circle drums, która oplata wszystko niczym gęsta, tłusta pajęczyna. Lepki, siarczysty pomiot dźwięku, zastygająca plama napalmu o zbyt filmowym poranku. Drugi wyziew fonii tworzą preparowane frazy wprost z rozgrzanego werbla, tuba saksofonu rżąca jak dobijany koń, wreszcie gitarowe plamy sprzężeń i narastającego przesteru. Lawa zdaje się tu być już całkowicie zastygła, stygmatyzuje dźwięk, buduje ścianę post-industrialnego hałasu. Zdaje się, że wszystko tu wyje, rozdziera szaty, dotkliwie samokaleczy się. Perkusja w wiecznej pętli, saksofon z tubą ryjącą dziurę w ziemi i gitara w stadium umierającej post-fonii. I to wszystko wydaje się być podejrzanie lekkie, jakby zaczynało unosić się w powietrzu. Trzeci strzęp koncertu w fazie początkowej tonie w echu gitarowej amplifikacji, wdechów wprost do tuby i perkusjonalnych zdobień. Represyjny dub zaczyna pulsować, towarzyszy mu szczebiot rozklekotanej perkusji, z kolei saksofon rysuje pętle niczym pijany lunatyk. Umierający spektakl post-dźwięku przypomina gasnące ognie sztuczne rozproszone w złotym palenisku.



 

Tom Chant Solo (Hera Corp., Kaseta 2023)

La Isla (Kraj Basków?), czas nieznany: Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Tom Chant pozostaje z nami, by zaprezentować swoją pierwszą (!) solową płytę. Trzy improwizacje na saksofon tenorowy, tyleż na sopranowy, a wszystko z permanentnym wykorzystaniem tzw. technik rozszerzonych, czyli przekładając na język bardziej zrozumiały – nie będzie melodii, jedynie samo cierpienie. A że barceloński Brytyjczyk, to mistrz tego typu dętych eksploracji, płyta Solo nie może nam nie sprawić gigantycznej radości z odsłuchu.

Pierwsza tenorowa zawierucha zdaje się mieć całkiem naturalistyczny wydźwięk. Przypomina niedźwiedzia w trakcie czynności fizjologicznej, tudzież dzikie koty w pogoni za sforą nieznośnych myszy. Soundtrack do kreskówek Walta Disneya? Muzyk stosuje krótkie odcinki fonii, a oddziela je przerwami na wzięcie oddechu. Pracuje jak żywy człowiek, ale czasami przypomina post-industrialną maszynę do generowania szumów i pisków. Naturalność całej sytuacji scenicznej podkreśla piejący w oddali kogut, z którym muzyk zdaje się wchodzić w drobne interakcje. W części drugiej narracja bardziej skłania się ku onirycznym dronom z odrobiną melodii. Muzyk rzeźbi teraz skałę łyżeczką do herbaty. W części trzeciej można odnieść wrażenie, że Chant szuka granicy akustycznego przesteru, ponownie woli krótkie, urywane frazy. Sopranowa część albumu nie jest bynajmniej bardziej łagodna. Artysta szuka swojego dźwięku, szyje frazy, które przypominają pracę silnika elektrycznego, a może zepsutego wentylatora. Tuba jego instrumentu jest tu chyba zamknięta od pierwszej do ostatniej sekundy. Drżenie powietrza i półwrzask rozgrzanych dysz, a wszystko jakby doprawione posmakiem tajemniczej syntetyki. W finałowej ekspozycji muzyk początkowo szuka echa, a może ściany, od której odbijają się dźwięki jego instrumentu. Można także odnieść wrażenie, że nie tylko generuje dźwięki instrumentalne, ale także przemieszcza się z saksofonem kreując dodatkowe fonie. A na koniec znów przypomina leśne zwierzę szukające ofiary.



 

Miguel A. García & Jean-Luc Guionnet Duo (Hera Corp., Kaseta 2023)

Sala Bastida, Azkuna Zentroa (Bilbao), czas nieznany: Miguel A. García oraz Jean-Luc Guionnet – elektronika, elektroakustyka (instrumentarium nieoznaczone). Dwie improwizacje, 41 minut.

Bask i Francuz, to artyści, których znamy z wielu elektroakustycznych eksploracji, tego drugiego także z soczystych, saksofonowych wycieczek w nieznane. Tu spotykamy obu zaplątanych w niekończące się zwoje kabli. Ich elektroniczny i akustyczny ekwipunek zdaje się funkcjonować w symbiozie, jakkolwiek dźwięki syntetyczne pozostają w dużej przewadze. Estetyka duetu, to może nie jest do końca nasza bajka, ale trzeba artystom oddać, iż z plejady różnorakich, mniej lub bardziej tajemniczych fraz są w stanie budować zwarte, linearne, na poły dronowe improwizacje, które są udaną puentą obu długich, wielominutowych minutowych odcinków.

Pierwsza, nieco dłuższa improwizacja zdaje się unaoczniać tezę zawartą w poprzednim zdaniu w sposób szczególnie dobitny. Muzycy startują z poziomu drobnych, rwanych fonii i swobodnie płyną od szmeru ciszy do mikro eksplozji hałasu. Efektem ich wielominutowych eksploracji jest oniryczny dron, upstrzony plejadą nieinwazyjnych mikro usterek. Druga część wprowadza do zastanej estetyki nowe elementy. Na starcie zgrzyty i piski zdają się być niesione tajemniczym rytmem. Muzycy wchodzą w intrygujące interakcje, dodając raz za razem nowe dźwięki. W połowie improwizacji tłumią elektroakustyczne emocje i na dłuższą chwilę zanurzają się w chmurze martwego ambientu. Z czasem, metodą jaką znamy z pierwszej części, tworzą wspólny, dźwiękowy front, rodzaj półpłynnej lawy pełnej drobnych post-fonii. Tu ostatecznym rezultatem ich prac jest ściana dźwięku, definitywnie pobudowana z materiałów łatwopalnych.



 

El Pricto Moonburnt (Discordian Records, DL 2023)

Miejsce akcji nieoznaczone, Barcelona (?), 2019-2022: Prictopheles - syntezatory, prictar, klarnet i głos. Dziesięć utworów, 32 minuty.

Kolejna znacząca, barcelońska postać muzyki kreatywnej z debiutanckim albumem solowym! Oto i El Pricto, muzyk, który już kilka lat temu porzucił saksofon na rzecz instrumentarium elektronicznego – na ogół analogowego, także własnej produkcji. Jego płyta przynosi nam mnóstwo wrażeń. O ile w części pierwszej artysta stawia na umiar i precyzję wypowiedzi, o tle w drugiej uwalnia swój temperament i szyje nam kilka kompulsywnych opowieści w klimatach noise & harsh. Ta druga odsłona solowego Pricto zdaje się być przeznaczona jedynie dla wielbicieli gatunku, reszcie pozostaje zachwyt nad bezgraniczną kreatywnością muzyka.

Początek albumu jest dalece dynamiczny. Tworzy go kilka zwinnie uformowanych warstw trzasków, zgrzytów i drobnych przesterów, którym w tle towarzyszy pasmo ambientu. W kolejnych opowieściach Pricto bogaci flow akcentami perkusyjnymi, którym nadaje okazjonalnie posmak dubowy, a które ciągle wzmacnia strumieniem ambientu. W tym tyglu zdarzeń nie brakuje też pasm, które wydają się być post-akustycznymi melodiami, niczym wspomnienia dawno utraconej młodości. Elektroakustyczna burza śnieżna zaczyna się od utworu numer cztery i wypełnia nasze receptory słuchu aż do ostatniego, znów bardziej stonowanego fragmentu. Muzyk kreuje tu na ogół krótkie, noise’owe frazy, które szereguje w potoki mniej lub bardziej inwazyjnych fonii. Czasami jego narracja przypomina taśmę magnetofonową puszczoną od tył. W ostatniej opowieści melodie utraconej młodości zdają się triumfalnie powracać. Rozdygotany ambient w bogatym bukiecie akcji post-percussion cudownie koi nasze zmysły i pozwala wspominać całe nagranie w bardziej ciepłych kolorach.



 

Nonetheless This Is Not Existing (Discordian Records, DL 2023)

The Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2021: João Braz – wiolonczela, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna oraz Prictopheles – syntezator, prictar (utwór 5), noise box (3). Pięć utworów, 35 minut.

Wenezuelski magik od analogowej elektroniki zostaje z nami, by wraz z argentyńskim gitarzystą i portugalskim wiolonczelistą zaserwować nam pikantne, swobodnie improwizowane danie o niepoliczalnych walorach smakowych. Gęste, oleiste, ale i lekkie, niemal ulotne. Nade wszystko zaś pokazujące, iż łącznie wody i ognia, tu elektroniki i dźwięków akustycznych, tudzież elektrycznych może dokonywać się w warunkach całkowicie pokojowych, bez jakiegokolwiek rozlewu krwi. Wystarczy klasa samych artystów!

Pierwsze trzy improwizacje możemy tu uznać za rodzaj gry rozpoznawczej, podprowadzenia pod główny utwór albumu, ten czwarty, trwający kilkanaście minut. Najpierw trochę zaskoczeń – syntetyka brzmi tu niebywale delikatnie, podczas, gdy akcje obu strunowców wydają się masywne, twardo brzmiące i niekiedy hałaśliwe. Całość wszakże śmiało możemy zaliczyć do typowego dla sceny Barcelony festiwalu fake sounds. Konia z rzędem temu, kto precyzyjnie wskaże źródła poszczególnych dźwięków. Bywa, że wszystko brzmi tu jak gitara, bywa, że każdy staje się perkusjonalistą. Druga opowieść pachnie eksperymentalnym rockiem – odbiorcy pozostaje wybór najtrafniejszego skojarzenia. King Crimson z okresu Red? Krautrock? Rock in Opposition? Trzecia historia lepi się z drobnych faz wchodzących w wyjątkowo udane interakcje. Wreszcie danie główne, mieniące się niezliczoną ilości kolorów, mające kilka zasadniczych faz. Najpierw to delikatna kameralistyka, potem dark ambient, wreszcie efektowne rozwinięcie, pełne zaskakujących wydarzeń, dźwięków preparowanych i całkiem sporej dawki hałasu. Album wieńczy niespełna trzyminutowa koda, która miast koić emocje, jeszcze je wznieca. Syntetyczne post-percussion, jazzowa gitara i dynamiczne, wiolonczelinowe pizzicato - jakże udane podsumowanie jeszcze bardziej udanej całości.



 

Ehsan Sadigh/ Liba Villavecchia/ Vasco Trilla AX (Discordian Records, DL 2023)

T.U.R.F. (Thriller's Underground Recording Facilities), Barcelona, maj 2021: Ehsan Sadigh – gitara, syntezator gitarowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja. Siedem utworów, 43 minuty.

Na zakończenie przeglądu barcelońskich nowości kolejne trio, tym razem udanie łączące typical bcn sound perkusjonalii i saksofonu z gitarą elektryczną, która na specjalną sesję nagraniową dotarła z dalekiego Iranu. Efekt prac trójki improwizatorów zdaje się być dalece ponadgatunkowy, a międzykontynentalne koincydencje intrygujące, ale trzeba przyznać, iż w mniej dynamicznych ekspozycjach muzycy sprawiają wrażenie przeładowanych pomysłami i potencjalnymi kierunkami, w jakich mogłyby się rozwijać poszczególne improwizacje. Zdecydowanie najciekawiej jest tu w dynamicznych, naznaczonych piętnem psychodelicznego rocka, niekończących się opowieściach z krainy tysiąca i jednej nocy.

I właśnie od takiego, ekspresyjnego utworu zaczyna się album. Gitara bazuje tu na funkowym loopie, perkusja bije rytm, a saksofon zmyślnie ogrywa go jazzowymi strumieniami ekspresji. W utworach parzystych muzycy stawiają na zadumę, rezonujące frazy, saksofonowe drony i gitarę, która wypełnia pustą przestrzeń ambientem, tudzież przeistacza się w syntezator gitarowy, snujący melodyjne opowieści. Z kolei utwory nieparzyste konsekwentnie bazują na rytmie i niosą wiele ciekawszych zdarzeń. Trzecia część, to rodzaj tanecznej narracji z intrygująco połamanym metrum, z kolei w części piątej mamy free jazzowe otwarcie saksofonu i perkusji, pod które podłącza się ekspresyjna gitara niosąca dużo rockowego fermentu. Podobać się może także pieśń pożegnalna, z tym wszakże zastrzeżeniem, iż winna swoje dynamiczne podwoje zakończyć po mniej więcej czterech minutach. Ekspresyjna ostatnia prosta nie jest tu bowiem w stanie zrekompensować kilkuminutowego, dramaturgicznego rozdroża, jakie artyści fundują sobie w trakcie zbyt długiej improwizacji. 

 

 

piątek, 8 września 2023

Lesiak & Damasiewicz On the Way to Skawa!


Współpraca gitarzysty Grzegorza Lesiaka i trębacza Piotra Damasiewicza zacieśnia się! Intrygująco łączy, z jednej strony wieloletnie doświadczenie improwizującego gitarzysty rockowego w ramach wyjątkowo oryginalnej formacji Tatvamasi, z drugiej jazzowe portfolio trębacza, którego zwykliśmy kojarzyć z wieloma odmianami zacnego gatunku z synkopą w herbie rodowym.

Lesiak i Damasiewicz zaprezentowali w ostatnich miesiącach dwa wspólne nagrania, które scalają nie tylko ich drogi artystyczne, ale także … naszych ulubionych muzyków z Barcelony! Postawili na improwizację, którą być może delikatnie predefiniowali, ale na ogół rzucali się w wir swobodnych zabaw dźwiękowych. Obie zatem plyty świetnie się uzupełniają, choć są od siebie nieco różne. Ich dość wnikliwą analizę uzupełnimy ostatnim nagraniem rzeczonej formacji Tatvamasi, która także postawiła na improwizację. A kto w roli jednego z gości kwartetu? Oczywiście Piotr Damasiewicz! Zapraszamy na trzy krwiste podróże, każda z dużą dawką zdrowych, improwizowanych emocji.



On the Way

Na dobry początek spotkanie z czerwca ubiegłego roku, z Lublina. Wówczas do pary naszych dzisiejszych bohaterów dołączyła najlepsza sekcja rytmiczna wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego, czyli kontrabasista Alex Reviriego i perkusista Vasco Trilla. Koncert nagrany został na jednym oddechu, ale na potrzeby płyty podzielonym na cztery części. Ta ostatnia trwa niemal 25 minut i wykonana została w zasadzie w trio, albowiem nie słyszymy trąbki, ani harmonium Piotra. Być może używa on w tej części koncertu, opisanych w albumowym credits, instrumentów perkusyjnych.

Muzycy na starcie koncertu wykonują dość powolne ruchy, ale nie przeszkadza im to budować masywnego, kwartetowego strumienia dźwiękowego. Bazą jest tu groźnie brzmiący kontrabas, który choć preparuje, nie przestaje kreować linearnej narracji. Trębacz także szuka ciekawych dźwięków (dodatkowo recytuje), a gitara płynie szmerem, który dobrze komponuje się z talerzowymi ekspozycjami drummera. Narracja nabiera rumieńców dynamiką perkusji i ostrym, czystym frazowaniem trąbki, kreując urokliwy spiritual free jazz w tendencji wzrostowej. W drugą część koncertu wchodzimy przy dźwiękach harmonium i ambiencie gitary. Potem pojawia się kontrabasowy smyczek i gamelanowe brzmienia perkusjonalii. Ów intrygujący folk free chamber nabiera niespodziewanie mrocznej poświaty. Jest wokaliza trębacza i fermentacja gitary. Wszystko z czasem lepi się w hałaśliwy dron, pięknie uzupełniany armią przedmiotów drżących na werblu.

Dramaturgiczne spowolnienie jest tu okazją do zmiany numeru traku na dysku i zmysłowej inwokacji kontrabasu w trybie pizzicato. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej preparowane frazy trąbki niosą nas niespodziewanie do małej świątyni post-jazzu. Kwartet rośnie tu w siłę w pełni kolektywnie, a dodatkowe emocje gwarantuje rozhisteryzowany smyczek. Trąbka stawia na free jazz, gitara na psychodelicznego rocka! Ognisty strumień zamienia się tu ostatecznie w masywny dron. Po tym wydarzeniu spotyka nas chwila ciszy i dość niemrawa ekspozycja otwarcia części czwartej. Szmery i gitarowy ambient, trzeszczenie na werblu, post-jazzowe plamy. Opowieść nabiera mocy z każdą chwilą, aż uformuje się w szyk bojowy godny miana power trio (z milcząca trąbką, dodajmy). Nim jednak do tego dojdzie artyści serwują nam wielki bukiet preparowanych wspaniałości. Ów zapowiadany peak ekspresji następuje w okolicach 15 minuty, po nim zaś chwila w konwencji drum’n’bass i powrót gitary zagubionej w post-bluesowych pląsach. Na wytłumieniu znów dostajemy garść pięknych, preparowanych fraz kontrabasowego smyczka i gitarowych westchnień. Finał koncertu dostarcza nam mnóstwo tajemniczych, wyjątkowo urokliwych dźwięków. Smyczek, gitarowe przetworniki i słynne, drżące robaczki perkusjonalisty.



Skawa

Następne spotkanie Grzegorza i Piotra (a także Alexa i Vasco!) ma miejsce w Suchej Beskidzkiej, w październiku ubiegłego roku. Na scenie zatem czwórka muzyków, którzy kilka miesięcy wcześniej improwizowali w Lublinie i … kolejny gość z Barcelony, saksofonista Liba Villavecchia, muzyk osadzony w jazzowej, a szczególnie free jazzowej tradycji. Improwizacja nabiera tu silnie post-aylerowskiego klimatu, melodyjności i pewnej dramaturgicznej prostoty. Jest też bardziej zwarta w formie, choć czujemy, iż to, co dostajemy na krążku jest jedynie częścią nagrania, jakie zarejestrowano w Beskidach.

Kwintet startuje w pełni kolektywnie. Trąbka i saksofon snują melodię, pod nimi pracuje gęsty, masywny kontrabas, w tle zaś dygoczą z zimna rezonujące talerze i drobne, gitarowe półdźwięki. Narracja powoli wspina się na szczyt, w rytuale dostojnie free jazzowym. Sygnał do eskalacji daje tu solowa ekspozycja alcisty, wtóruje mu rozśpiewana trąbka. Po wybiciu dziewiątej minuty opowieść wchodzi w bardziej kameralna fazę. Kolejne kilka chwil koncertu należy do kontrabasu, który w trybie pizzicato serwuje nam dość energetyczne solo. Po nim artyści jakby wracali do początku swojej opowieści, dyktując dobre tempo, wyposażeni w odpowiednią porcję melodyjności. Post-barokowy smyczek, perkusjonalne świecidełka i jątrzące na boku dęciaki w dobrej komitywie z gitarą, to kolejne elementy składowe tej układanki. Końcowa część dwudziestominutowej improwizacji kipi od emocji. Najpierw dęte smażą nam smakołyki na samym podkładzie perkusji, potem rockowe oblicze pokazuje gitara. Efektowna kulminacja zgrabnie przygasa w melodyjnym trybie.

W drugiej części płyty pojawiamy się delikatnie spóźnieni. Opowieść trwa w najlepsze i właśnie przechodzi w stan perkusyjnego sola. Po niedługiej ekspozycji Vasco do gry podłączają się pozostali muzycy. Trochę dętych śpiewów i porcja gitarowego post-hałasu. Wspólnym wysiłkiem muzycy budują teraz bystrą, post-jazzową narrację. Dynamika i intensywność rosną - gitara dba o ponadgatunkowe zdobienia, reszta załogi idzie w jazzowe tango. Finalizacja tego dość krótkiego epizodu spoczywa tym razem na barkach kontrabasu. Trzecią odsłonę nagrania otwiera gitarzysta. Dęte znów śpiewają, a gęsty bas trzyma emocje na nisko ugiętych kolanach. Narracja nie szuka tempa, ale pęcznieję od dramaturgicznych spiętrzeń i smukłych melodii. W końcowych partiach improwizacji najwięcej do powiedzenia ma gitara, która nie szczędzi nam jazzowych fraz.



Etad Vai Tad

Jesienią 2019 roku Tatvamasi improwizowali w Lublinie w towarzystwie dwójki gości – wokalistki Marty Grzywacz i rzeczonego Piotra Damasiewicza. Kwartet, który na większości swoich dotychczasowych płyt bazował na materiale kompozytorskim Grzegorza Lesiaka, tym razem wypłynął na szerokie wody oceanu improwizacji bez jakichkolwiek podpórek scenariuszowych. Dodajmy, uprzedzając wypadki, iż bynajmniej nie zatonął.

Opowieść o tajemniczym tytule uformowana została w sześć odcinków dramaturgicznych. Pierwszy z nich bazuje na dysonansie – z jednej strony masywność basu i jego brzmieniowa usterkowość, z drugiej kraina łagodności głosu, gitary, trąbki i perkusyjnych szczoteczek. Narracja ma zgrabną strukturę, wiele akcji dzieje się w swobodnie tworzonych podgrupach. Trąbka udanie gada tu zarówno z saksofonem, jak i wokalem. Druga część bazuje na post-rockowej gitarze i perkusji, która kreuje rytmiczny szyk improwizacji. Całość klei się balladową dynamiką, pojawiają się też akcenty pianistyczne (tu zarówno Marta, jak i Piotr mogą być sprawcami zajścia). I to właśnie piano odpowiada tu za drugą, bardziej dynamiczną odsłonę tej części spektaklu. W trzeciej, która przypomina rozhuśtaną kołysankę, pojawiają się akcenty jazzowe (gitara) oraz dźwięki preparowane (trąbka). I tu opowieść po wstępnych dywagacjach łapie rytm i emocje opowiadania, które bez trudu wyswobodziło się z jarzma notyfikacji.

Czwarty fragment jest dość krótki, nie brakuje w nim rytmicznego piana i dialogów na linii gitara-trąbka. Jak zwykle swoje emocje dokłada tu kłębiący się w pomysłach basista. Piąta improwizacja skupia się na szczegółach i brzmieniowych subtelnościach. Tekst w recytacji, burza pomysłów dramaturgicznych, trochę gry na małe pola i końcowa eksplozja mocy. Finałowa opowieść toczy się pod dyktando basisty, który nie tylko rządzi i dzieli w kwestiach rytmicznych, ale także dodaje emocji swoimi recytacjami, a nawet okrzykami. Wybuchowe zakończenie dobrze konsumuje jakość całego nagrania. Ekspresja, ponadstylistyczna bezczelność i gigantyczna swoboda działania. Ot, cała uroda improwizacji!

 

Grzegorz Lesiak Essence connecting to Piotr Damasiewicz On the Way (L.A.S., CD 2022). Piotr Damasiewicz - trąbka, harmonium, głos, instrumenty perkusyjne, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, The Third Ear Music vol.7, Lublin, czerwiec 2022. Cztery utwory, 60 minut.

Piotr Damasiewicz/ Liba Villavecchia/ Grzegorz Lesiak/ Alex Reviriego & Vasco Trilla Skawa (L.A.S., CD 2023). Piotr Damasiewicz – trąbka, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Grzegorz Lesiak – gitara, Alex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w domu Vinchu, Śpiwle, Sucha Beskidzka, październik 2022. Trzy utwory, 33 minuty.

Tatvamasi Etad Vai Tad (Requiem Records, CD 2022). Marta Grzywacz – głos, piano, Piotr Damasiewicz - trąbka, piano, Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Grzegorz Lesiak – gitara, daxophone, Łukasz Downar – gitara basowa oraz Krzysztof Redas – perkusja. Nagrane w Szeligowski Music School, Lublin, listopad 2019. Sześć utworów, 44 i pół minuty.



piątek, 9 września 2022

The Barcelona’ new outfit: Slight Deform! Tàlveg! Tholos Gateway! Les Capelles! Villavecchia Trio!


Tydzień z muzyką improwizowaną z Barcelony zapoczątkowaliśmy w ostatni wtorek, prezentując najnowsze dzieło Liquid Trio. Dziś kontynuujemy omawianie nowych albumów powstałych w Barcelonie, stworzonych przez muzyków szczególnie przez nas cenionych.

Na początek zaprezentujemy dwa nagrania z udziałem gitarzysty Ferrana Fagesa – z nowym duetem i triem, z którym współpracuje już od kilku lat. W dalszej kolejności pochylimy nasze recenzenckie zmysły nad trzema płytami z udziałem kontrabasisty Àlexa Reviriego i perkusisty Vasco Trilli. W pierwszej kolejności będzie to wyprawa do świata mrocznego ambientu (w towarzystwie kanadyjskiego basisty Colina Marstona), potem kwartet elektroakustyczny, w pełni już iberyjski i równie mroczny, a na końcu trio saksofonisty Liby Villavecchii, dla którego mocną, jazzową sekcję rytmu stworzyli dwaj wcześniej wspomniani artyści.

Dodajmy, iż Ferran Fages, Àlex Reviriego i Vasco Trilla będą gośćmi najbliższej edycji Spontaneous Music Festival. I to już za cztery tygodnie, w poznańskim Dragonie! Welcome!



 

Slight Deform  Inside (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

14 i 15 listopada 2020, Studios Rosazul, Barcelona; Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Szesnaście części, ponad pięć kwadransów minut. 

Fages i Lai zapraszają nas do konceptualnej medytacji. Swoją długą opowieść podzielili na dwie części. Najpierw proponują nam siedem odcinków Inner (wewnętrznych), potem piętnastosekundową pauzę i osiem części Sided (jednostronnych). Jednocześnie w trakcie całego albumu stosują dwa typy instrumentacji – fortepian z klawiatury i gitara w jednej tonacji lub inside piano, tudzież dźwięki preparowane i gitara w tzw. zmiennej tonacji. Dostajemy zbiór kilkunastu improwizacji, od ledwie kilkudziesięciosekundowych do dziesięciominutowych, silnie ustrukturyzowanych, których naczelną konstytucją jest kreatywny minimalizm, ale którym choćby przez ułamek sekundy nie brakuje emocji. Ogromną wartością tego nagrania jest także brzmienie obu instrumentów, szczególnie gitary (typowe dla Fagesa!), choć w wielu momentach brudne i zniekształcone, w każdej sekundzie intrygujące.

Historia zwana Inner w swych pierwszych trzech odcinkach, to jakby kanon zachowań minimalistycznych ze strony obojga artystów. Najpierw oba instrumenty grają z echem, potem ich frazy nabierają większej dźwięczności, wilgotności, tudzież iluzorycznej gęstości. Programowe slow motion z czasem nabywa cechy ledwie dostrzegalnej dynamiki. W epizodzie czwartym i szóstym muzycy zmieniają tryb narracji – efektowne, gęste, dalece nieminimalistyczne frazy inside piano i rozkołysanej, kwaśnej gitary z namiastką sprzężeń. Pomiędzy tymi epizodami mamy jeszcze powrót do klawiatury i chłodnej, flażoletowej gitary. Z kolei część siódma zdaje się być wariantem pośrednim. Piano pracuje na granicy inside i outside, gitara zaś wpada w delikatny rytm, który przypominać może Different Trains Steve’a Reicha.

Historia zwana Sided trzyma się zadanej konwencji, ale z pespektywy całości zbudowana jest z większej ilości dźwięków i częściej udaje się jej wyrwać ze szpon minimalistycznej stylistyki. W dziewiątej opowieści fortepianowe klawisze napotykają gitarowy rezonans, który czerpie moc z mikro sprzężeń. W dwóch kolejnych częściach artyści dostarczają narracje wręcz dynamiczne, które płyną zarówno z klawiatury, jak i rozhuśtanej, niemal post-rockowej gitary. W opowieści dwunastej gitara nabiera kwasowości, a piano startujące na klawiaturze dość szybko schodzi do podziemi instrumentu. W kolejnym epizodzie gitara nabiera onirycznej powłoki, jakby muzyk liczył struny swojego instrumentu, a chwilę potem - dla odmiany - z gryfu płyną post-bluesowe slajsy. Dwie ostatnie opowieści zdecydowanie kwalifikujemy do trybu preparowanego. Ręce pianistki krążą po obudowie instrumentu, z kolei gitarzysta płynie strumieniem zmysłowej post-psychodelii, jego gitara sprzęga się, a nawet dudni.

 


Tàlveg  Live Series III (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

21 stycznia 2022, l'Auditori Sala 3, Barcelona; Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Trzy wybrane fragmenty z koncertu, łącznie 23 minuty.

Tàlveg, to jedna z trzech trzyosobowych formacji, w których regularnie macza palce i struny Fages (obok Phicusa i Isysxae). Być może najbardziej z nich oryginalna, bazująca na swobodnych, chwilami minimalistycznych i nad wyraz refleksyjnych improwizacjach, upstrzona dźwiękami gitary o onirycznym i niezwykle tajemniczym brzmieniu. Od pewnego czasu trio podsyła nam krótkie fragmenty swoich koncertów, które upublicznia pod nazwą Live Series. Trzecia edycja tego minicyklu nie dość, że serwuje nam największą jak dotąd porcję dźwięków, to jeszcze prezentuje na niej, jak na standardy grupy, dość dynamiczne i ekspresyjne improwizacje.

Początek mini albumu nie zwiastuje jeszcze zapowiadanej dynamiki i ekspresyjnych wybuchów. Gitara drzemie na pick-upach, pulsuje głęboka glazura werbla, a saksofon wypuszcza obłoki suchego powietrza. Ów mglisty, spopielony post-rock nabiera delikatnej mocy gitarowymi flażoletami, dętymi półmelodiami i rezonującym talerzem. W kolejnym epizodzie muzycy brudzą brzmienie swoich instrumentów, zniekształcają frazy i po ponad dwóch minutach łapią drive wprost z perkusyjnych tomów. Narracja nabiera free jazzowego posmaku i post-psychodelicznej gracji. To, co definitywnie najlepsze zaczyna się w epizodzie trzecim. Start znów bardzo leniwy - z gitarą, która szkli się lazurowym ambientem i saksofonem, który pod rękę z perkusją snuje meta melodyjne przebiegi. Energia do życia ponownie płynie od strony perkusji. Saksofon sięga głębiej i cedzi coraz bardziej ekspresyjne frazy. Gitara też łapie emocje, choć na swoim, jak zwykle niebywale onirycznym poziomie. Dynamika nagrania osiąga tu drobny szczyt, po czym improwizacja gaśnie, generując dźwięki jedynie z zestawu drummerskiego. 



 

Tholos Gateway  II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas powstania nieznany, dźwięki zarejestrowane w Barcelonie i Kanadzie (tamże dokonano także miksu); Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – tympani, gong i dzwonki, Colin Marston – elektroniczna perkusja, syntezator gitarowy, mellotron. W roli gości: Mick Barr – gitara w utworze czwartym i Yoshido Ohara – głos w utworze szóstym. Łącznie osiem części, prawie 47 minut.

Druga edycja formacji katalońsko-kanadyjskiej kontynuuje dzieło zapoczątkowane na albumie debiutanckim. To dwuelementowa, niemal dwubiegunowa narracja, która swobodne, gęste, akustyczne improwizacje kontrabasu i perkusjonalii wtłacza w chmurę równie gęstego ambientu, elektronicznej perkusji i syntetycznych plam gitarowego syntezatora. Całość zdaje się być wyjątkowo mroczna, chwilami demoniczna, przesiąknięta aurą godną macierzystej formacji Marstona, czyli deathmetalowego Gorguts.

Pierwsze cztery części są zgrabnie skrojone i wydają się być niedługą ścieżką, prowadzącą do utworów piątego i szóstego, które z pewnością uznać winniśmy za albumową kulminację. Początek, to głęboki, mroczny ambient, skowyt kontrabasu pod zwinnym smyczkiem i perkusjonalne zdobienia. W drugiej części dominują rezonujące dźwięki, a do gry wkracza circle electronic drumming, który stanowić tu będzie o wielu kwestiach i nie zawsze sycić dark ambientową narrację właściwą porcją kreatywności. Trzecia opowieść ma strukturę niemal epickiego marsza, którego dołem płynie gęsta struga kontrabasu, zaś mgliste niego wypełniają plamy syntezatora. W czwartym epizodzie odnotować należy udział żywej gitary, która ponadgatunkowym flow wzbudza całkiem interesujący dysonans brzmieniowy. W kolejnych dwóch częściach, najdłuższych na płycie, zdecydowanie najmroczniejszych, emocje pną się ku górze w każdej fazie nagrania. Szorstka, matowa narracja syci się tu zarówno bolesnymi, kontrabasowymi preparacjami, jak i gęstością syntetycznych strumieni. W szóstym utworze pojawia się wokalistka, a emocje zdają się sięgać zenitu. Śpiew i wokalizy, ale także dzikie wrzaski, które sieją niemal egzystencjalny niepokój. Tu kontrabas budzi się do życia dopiero po kilku minutach i rwie na strzępy dolne warstwy narracji. Ostatnie dwie części sprawiają wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Dźwiękowe epizody, które zdają się być repryzą poprzednich części. Dominacja syntetycznych fonii każe tu zadać pytanie o brak (tudzież niesłyszalność) akustycznych fraz Trilli. Szczęśliwie smyczek Reviriego czyni tu swoje z należytą pieczołowitością.



García/ Navas/ Reviriego/ Trilla  Les Capelles (The Tripticks Tapes, CD 2022)

Czas powstania nieznany, nagranie koncertowe, Convent de Sant Agustí, Barcelona; Miguel A. García – elektronika, Garazi Navas – akordeon, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 43 i pół minuty.

W preambule dzisiejszego zbioru katalońskich nowości kwartet ten obsłużyliśmy epitetem elektroakustycznym i po prawdzie tak dzieje się w rzeczy samej, jakkolwiek nagranie wcale nie leży w jakimś szczególnym oddaleniu od estetyki Tholos Gateway. Sporo długich, rozciągniętych w czasie strumieni dźwiękowych i znów bardzo mroczny nastrój całości, budowany akustyką kontrabasu i perkusjonalii, elektroniczną poświatą i strumieniami akordeonowych fraz, które intrygująco sytuują się na pograniczu brzmień akustycznych i syntetycznych. Cokolwiek by jednak o Les Capelles nie rzec, to trzy kwadranse dużych, niebanalnych emocji i plejada dźwięków, których urodzie naprawdę trudno się oprzeć!

Każda z trzech improwizacji trwa tu kilkanaście minut i sprawia wrażenie świetnie skonstruowanej budowli dźwiękowej. W pierwszej z nich definitywnie króluje akustyka. Trilla generuje rezonans z wielkiego talerza, niczym Eddie Prévost, kontrabas Reviriego burczy i lepi się do tłustej podłogi, z kolei delikatny akordeon Navasa lśni oniryczną syntetyką i szuka powinowactwa z elektroniką Garcii, która pracuje w dalekim tle i wypełnia resztki wolnej przestrzeni. Całość doposażona wydaje się być w post-industrialny smaczek, a akustyka obiektu sakralnego, w którym odbywa się koncert, zdaje się być piątym elementem improwizacyjnej układanki. Spokojnie budowana narracja efektownie narasta, głównie dzięki perkusjonalnej kreatywności Trilli. Druga część śmiało może pretendować do miana koncertowej kulminacji. Wyrasta z ciszy i początkowo przebiera ambientowy kształt. Chmurę rezonansu budują tu chyba wszystkie instrumenty, także nieco aktywniejsza elektronika. Opowieść gęstnieje i lepi się w jednorodny dron niesiony basowym dołem i perkusjonalnymi robaczkami, świetnie rozpoznawalnym brzmieniem z bogatego arsenału Trilli. Bez trudu narracja osiąga tu niemal epicka intensywność, przypomina wielką, filharmoniczną orkiestrę w efektownym crescendo. Trzecia narracja nie jest już tak jednorodna estetycznie jak dwie pierwsze. Tworzy ją wiele, czasami separatywnych akcji poszczególnych muzyków. Dużo do gry wnosi tu akordeon, a także delikatnie preparowany flow kontrabasowego smyczka. W połowie tej części muzyków spotyka małe, dramaturgiczne rozdroże wypełnione ciszą. Po niej budują nową ekspozycję, czerpiąc inspiracje z wielu indywidualnych pomysłów. Samo zakończenie spoczywa na barkach akordeonu i repetującego kontrabasu.



 

Liba Villavecchia Trio  Zaidín (Clean Feed Records, CD 2022)

22 i 23 sierpnia 2021, Underpool Studios, Barcelona; Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Siedem kompozycji, 44 i pół minuty.

Villavecchia kocha kreatywny jazz, czemu daje wyraz w albumowych liner notes, a na samym krążku serwuje nam siedem bystrych kompozycji, z których pięć przygotował osobiście, jedną pożyczył od Thomasa Chapina, a jedną wyimprowizował wspólnie z partnerami. Utwory melodyjne, zadziorne, taneczne, dobrze osadzone w tradycji … brytyjskiego free jazzu (kłania się Trevor Watts!), nade wszystko zaś dające dużo przestrzeni każdemu z muzyków na efektowne improwizacje, zarówno toczone kolektywnie, jak i w duetach, czy wreszcie samotnie. A że Liba wybrał sobie do tria muzyków doskonałych, niebywale kreatywnych, którzy dobrze czują się w każdej stylistyce, efekt całości musi dawać odbiorcy całe mnóstwo przyjemności z odsłuchu.

Pierwszy utwór mówi nam wiele o konwencji całego albumu. Melodyjny temat początkowo grany jest jedynie przez saksofon altowy i kontrabasowy smyczek. Wejście perkusji daje narracji free jazzowy drive. W strefie ekspozycji solowych każdych z muzyków śle nam garść improwizowanych smakołyków. Powrót do tematu – najpierw w trio, potem w duecie - wieńczy dzieło. Druga odsłona budowana jest wedle podobnego schematu, ma wszakże ciekawy, synkopowany flow o delikatnym posmaku latino. Wydaje się lekka, zmysłowa, do śpiewania i swobodnego tańca. Trzecia część, to kolektywna improwizacja, która ukazuje wszelkie walory każdego z muzyków, syci się także dźwiękami preparowanymi i perkusjonalnymi, brzęczącymi robaczkami. Początek czwartej części stawia na bystry, kolektywny, po części agresywny flow, a melodyjny temat pojawia się po pewnym czasie, niejako w efekcie udanego intro. W tej części warto pochylić ucho nad improwizacjami, które smakują tu wyjątkowo wybornie. Piąta odsłona bazuje na kontrabasowym riffowaniu, znów zdobi ją zmysłowa melodia i bardzo swobodne improwizacje. Szósta narracja, to kompozycja Chapina, w swej początkowej fazie bardzo łagodna, potem nabierająca wigoru, a koniec smakująca już, jakby była kompozycją Liby. Finałowa opowieść ma formę ballady, która otwarta zostaje zmysłowym intro kontrabasu i perkusyjnych talerzy. Zakończenie płyty w klimacie slow Ayler zdaje się być tu efektowną wisienką na torcie.

 

 

wtorek, 21 września 2021

Hung Mung! The Place Of Dead Roads!


Barcelońska formacja, której nazwa sławi imię chińskiego boga chaosu Hung Mung, debiutowała fonograficznie w styczniu ubiegłego roku. Działo się to na srebrnym krążku kompaktowym w naszej krajowej, iberyjskiej serii wydawniczej. Owa płyta, to jednak ledwie początek góry lodowej! Dziś, u progu jesieni kolejnego roku grupa dostarcza nam już swoje … ósme wydawnictwo (wszystkie kolejne dostępne jedynie w plikach elektronicznych w zacnych szeregach Discordian Records). W tak zwanym międzyczasie grupa udanie koncertowała w Polsce, na poznańskim Spontanicznym Festiwalu, a u progu nowego roku rozrosła się już na stałe z tria do rozmiarów kwartetu.

Nagrania z najnowszej płyty The Place Of Dead Roads pochodzą dokładnie z tej samej sesji, w trakcie której powstały nagrania do poprzedniego albumu The Art Of Chaos. Jeśli pierwszy rzut dźwięków z owej płodnej sesji studyjnej jawił się nam jako całkiem dynamiczny, o tyle ten najnowszy tonie w półmroku zmysłowych, jakże powolnych improwizacji. Oto Hung Mung i jego dźwiękowe yang & ying.

 


Pierwsza improwizacja tkana jest z drobnych, niemal filigranowych fraz, które budzą się do życia doposażone w sporą porcję echa. Muzycy prowadza skromne gry rozpoznawcze, badają wzajemnie swoje skłonności do kreacji. Syczące tło, będące zapewne efektem pracy syntezatora, ślamazarna, post-rockowa gitara, równie ślimaczy tryb pracy perkusji i saksofon, który zdaje się brzmieć niczym zepsuta sygnałówka. Na tym etapie utworu pęcznieje głównie flow kreowany przez syntetykę, sprawiając, iż cała opowieść zaczyna pachnieć post-industrialnie. Niewielkiej porcji oliwy do ognia dolewają także udane dialogi tejże syntetyki z budującym coraz większe emocje saksofonem. Całość przypomina wszakże mroczną meta balladę, zatopioną w brzmieniach post-rocka i matowej elektroniki.

Druga opowieść przenosi nas na kilka minut do świata typowych dla sceny barcelońskiej fake sounds. Mnożą się pytania, kto odpowiada za dany dźwięk, w jakich okolicznościach powstaje dźwięk kolejny. Coś stuka, coś rezonuje, coś szumi i oddycha czerstwym, brudnym powietrzem. Ślimacze tempo improwizacji wcale nie sprzyja ocenie zastanej sytuacji fonicznej. Ów niemal programowy brak dynamiki zdaje się być efektem dużej konsekwencji i determinacji muzyków w budowaniu swobodnej improwizacji. Pozostaje nadstawiać uszu i zastanawiać się, kto kryje się za tymi coraz bardziej frapującymi dźwiękami. Zatrważająco piękny dysonans poznawczy dobrze koreluje tu z niemal medytacyjnym charakterem całej improwizacji. Frazy budowane na zaciągniętym hamulcu ręcznym wydają się smakować nam równie dobrze, jak salwy ekspresji, którymi ten skład raczył nas na swojej poprzedniej płycie, powstałej wszak tego samego dnia.

W trzeciej improwizacji muzycy na moment opuszczają jaskinie złych mocy i wyjątkowo powolnych narracji. Intensywnie drżące perkusjonalia i nieśmiało podśpiewujący saksofon czynią duetowe wprowadzenie. Po niedługiej chwili pozostałe instrumenty także wchodzą w ów tygiel niespodzianek – elektronika syczy, a gitara znajduje garść całkiem jazzowych zagrywek. Tempo opowieści wydaje się być bardziej żwawe, a nowe porcje ekspresji znaczą kolejne fazy utworu. Na finał tej części dramatu gitara łapie pod koła nieco rockowych emocji, a syntezator nabiera niespodziewanej taneczności. Utwór ostatni na powrót wtłacza nas do mrocznej komnaty dramaturgicznej powolności. Pierwsze dźwięki być może pochodzą ze strony perkusjonalii, być może są jednak efektem pracy syntezatora. Dźwięki saksofonu giną w głuchej przestrzeni echa. Flow ponownie przechodzi w tryb niezobowiązującej medytacji. Uroczy suspens, niemal rytualne zawieszenie narracji, która leniwie czeka na tak zwany ciąg dalszy. Opowieść wydaje się zmierzać delikatnie ku górze, tak przynajmniej stara się frazować saksofon. Gitara najpierw broczy po kolana w dark ambiencie, potem ślimaczy się post-rockowymi frazami. Garść niespodzianek serwuje perkusjonalny arsenał dźwięków niemożliwych. O tło znów udanie dba syntezator, który także teraz nie ma zamiaru wychodzić przed szereg i ciągnąć improwizację za uszy. Woli pozostawać w tyle i siać dramaturgiczny niepokój. Oto, jak Martwe Drogi zdają się jakże uroczo odwzorowywać mroczną stronę Sztuki Chaosu. Ostatnie dźwięki toną w ciemnościach, płyną długimi strumieniami, które zmierzają donikąd.

 

Hung Mung The Place Of Dead Roads (Discordian Records, DL 2021). Liba Villavecchia – saksofon altowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, El Pricto – syntezator modularny oraz prictar (utwór 4), Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w lutym 2021 roku, Heartwork Recordings, Barcelona. Cztery improwizacje, łącznie: 36 minut bez kilku sekund.



piątek, 28 maja 2021

The Barcelona’ Art Of Chaos: Hung Mung, Trilla & Villavecchia, Caicedo and Tholos Gateway! So finally, Saavedra!


Najnowsza płyta w katalogu barcelońskiego Discordian Records ma tak fantastyczny tytuł, iż mógłby on zdobić każdą naszą opowieść, a nawet być dodatkowym podtytułem Trybuny Muzyki Spontanicznej.

The Art Of Chaos! Tak nazywa się najnowsza płyta formacji Hung Mung, która debiutowała fonograficznie ledwie kilkanaście miesięcy temu, a już jej katalog zbliża się do końca pierwszej dziesiątki tytułów! Co ważne, od całkiem niedawna trio stało się kwartetem, a jego świeżynka powstała już w składzie czteroosobowym.

Jak to często bywa na płodnej scenie stolicy (zawsze wolnej) Katalonii, do nowej produkcji Hung Mung z miejsca podczepić możemy nowe płyty jej członków – album duetu Trilla i Villavecchia (to ten czwarty do brydża!), dwie solowe płyty Caicedo, a także całkiem nowe trio wspominanego Trilli (uwaga, z udziałem basisty legendarnej formacji death metalowej – Gorguts!). Na finał naszego barcelońskiego przeglądu nowości, drobna przyległość z Valencii – solowa płyta perkusisty Avelino Saavedry.

Sześć płyt, sześć mocnych ciosów prosto w szczękę! Zapraszamy!

 


Hung Mung  The Art Of Chaos (Discordian Records, DL 2021)

Miejsce zwane Heartwork, Barcelona, luty roku bieżącego: Liba Villavecchia – saksofon altowy, El Pricto – syntezator modularny oraz prictar (elektroakustyczny instrument w typie percussion, zbudowany specjalnie dla muzyka!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne. Odsłuch sześciu improwizacji zajmie nam mniej niż 32 minuty.

Trwające niewiele ponad dwa kwadranse improwizacje HM zdają się być bardzo precyzyjnie skonstruowane, a każda z opowieści ma swój własny, indywidualny kręgosłup dramaturgiczny. Pierwsza zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem – wiadomo – jest jeszcze lepiej! Gęsta, wolna narracja budowana masywnym brzmieniem syntezatora, freejazzowym saksofonem i gitarą, która płynie niejako w podwójnej roli (kreując także przestrzeń na ogół zarezerwowaną dla gitary basowej). Kolejna część, to duetowa miniaturka. Na scenie … dwie gitary - dopiero po chwili orientujemy się, iż ten drugi instrument, to jednak ów tajemniczy prictar. Urocze fake duo! Trzecią część otwiera lejące się jak ciekły ołów trio, które rysuje abstrakcyjne frazy impro rocka, z Frankiem Zappą w tle, który szczerzy zęby z zadowolenia. Saksofon wchodzi tu na wydłużony finał, pokrzykuje wolnym jazzem, współtworząc mulistą opowieść, która pachnie też czerstwym bluesem.

Czwarty utwór też rodzi się w łonie tylko trzech instrumentów - wysokie frazy percussion, saksofon i syntezator konsekwentnie mulący flow. Brudny sound, żwirowe wzgórze bez punktu przegięcia. Gitara, pełna post-rockowego ambientu wchodzi tu na gotowe i zagęszcza coś, co wydaje się już śmiertelnie gęste. W piątym utworze tym, który czeka na stand by jest tym razem perkusista. Gitara i syntezator znów brzmią jednym głosem, saksofon skrzeczy śpiewnym free jazzem. Taki eksplozywny trój-skowyt barwią incydenty perkusjonalne, słyszalne dopiero na samo zakończenie. Wreszcie ostatni słup zostaje wbity w ziemię. Rodzi się w chmurze syntetyki i saksofonu podłączonego pod nieskończony pogłos. Harsh-impro, które stymuluje armia wibratorów tańczących na werblu, wijących się w konwulsjach post-miłości. Gitara nie gra tu zwykłych fraz, jedynie charczy zepsutymi pick-upami. Znów narracja wydaje się gęstsza od poprzedniej, choć to niemal niemożliwe. Jeszcze tylko kilka finalnych metafor zagotowanego recenzenta - Wichry wojny! Wrzask ponowoczesności! Spazm post-awangardy! Total Art Of Chaos!

 


Vasco Trilla & Liba Villavecchia  Asebeia (FMR Records, CD 2021)

Po prawdziwym trzęsieniu ziemi, warto byśmy niezobowiązująco podryfowali po delikatnie niespokojnym oceanie free jazzu i jego post-psychodelicznych wyziewów. Połowa Hung Mung zostaje z nami: Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Miejsce akcji to samo (Heartwork), nagranie z grudnia 2020. Osiem improwizacji, 45 minut z sekundami.

Płytę pod względem dynamiki i narracyjnej intensywności podzielić możemy na dwie części. Najpierw dostajemy się wir swobodnego, nienachalnego free jazzu, który lepi śpiewne, nieagresywne, ale zadziorne frazy saksofonu altowego, świetnie znającego historię gatunku i nie wahającego się czerpać nawet ze spuścizny Charlie Parkera oraz wytrwany drumming, który w tej fazie nagrania dba o dynamikę, adekwatne emocje, rytm i wielowarstwową, bardzo efektowną narrację (chwilami można odnieść wrażenie, że grają dwa zestawy drummerskie!). W tej części płyty wyjątkiem zdaje się być trzecia improwizacja, którą Trilla buduje na rezonujących talerzach, a Villavecchia snuje wysoko zawieszone, chwilami nieco uduchowione opowieści.

Od utworu numer pięć muzycy delikatnie odpływają nam w zaświaty post-jazzu, improwizowanej psychodelii, kreowanej bardzo różnymi metodami. Trilla zamienia się w mistrza no drumming percussion, zaczyna budować skomplikowane i błyskotliwe struktury dźwiękowe, które kwestię rytmu i dynamiki pozostawiają na dalszym planie. Uruchamia swoje elektryczne robaczki, które łaskoczą glazurę werbla, a jeśli już decyduje się na wybijanie pewnych powtarzalnych sekwencji dźwiękowych, czyni to na dużym pogłosie, bardzo matowym i wyciszonym tembrem. Jeszcze dalej zdaje się odpływać saksofonista. Patrzy daleko na wschód, szuka kosmicznego pogłosu, śpiewa smutne pieśni o zagubionych kochankach, przypomina zaklinacza węży na rozgrzanej pustyni. Muzycy snują gęste strumienie chill-outu, trochę nerwowe, a jednak kojące emocje. W niektórych momentach sięgają sacrum, w innych urokliwie taplają się w profanum. Doskonałym wszakże podsumowaniem ich dychotomicznej podróży jest ostatnia improwizacja. Trilla uruchamia narzędzia pracy, których nie znaliśmy dotąd. Zaczyna brzmieć niczym silnik elektryczny, który pracuje na wolnych obrotach. Saksofon początkowo zdaje się pytać o drogę, po czym łapie czystsze frazy i plecie swoją historię. W rezonans wpada jeden z talerzy i efektownie naśladuje dęte frazy. Improwizacja dobiega końca z kilkoma znakami zapytania, ale jako całość album definitywnie zapisujemy do stronie aktywów obu artystów.

 


Diego Caicedo  Processus Stabilis & Live at 23Robadors (Self-bandcamp, DL 2021)

Dwa nowe, solowe albumy Diego Caicedo (gitara elektryczna), to jakby yin i yang jego osobowości artystycznej. Studyjne nagranie pochodzi z roku 2019 (DCL studio), koncertowe z roku 2018 (klub 23Robadors). Pierwsze, trwające 37 i pół minuty, zaprasza nas do onirycznego świata swobodnej improwizacji, pełnej preparowanych dźwięków, w miejsca, w które czasami zaglądają nieśmiało promienie słoneczne. Drugie sięga 40 minut i zdaje się być prawdziwą emanacją mroku, metafizycznej trwogi i dźwięków godnych black and death true story. Oba nagrania łączy, poza osobą wykonawcy, fakt, iż każde składa się z pięciu części.

Processus Stabilis rozpoczyna się na poły rytmicznymi podrygami gitary, której brzmienie przypomina matowy sound gitary basowej pozbawionej odpowiedniego wzmocnienia. Narracja repetuje post-rockiem, podnosi się i opada, gęstnieje i rzednie, by na koniec kłębić się w oparach martwego funku. Kolejna opowieść, to jakby nerwowy post-ambient, którą tworzą mnożące się wątki gitarowe, będące efektem pracy przetworników, delayu i innych tajemniczych narzędzi pracy gitarzysty. Po pewnym czasie na gryfie gitary rodzi się nowy wątek, brudny od preparowanych dźwięków, ale nad wyraz żywy, dający się dotknąć gołą dłonią – chrobocze i metalicznie trzeszczy. Trzecia historia tkana jest z drobnych fraz, delikatnie parska melodią i wewnętrznym rytmem, przypomina frazy małego post-jazzu, zagubionego w niekończącej się przestrzeni. A na wybrzmieniu pozostają już tylko gołe, usterkujące struny. Kolejną część budują akordy, które zdają się nie stroić, fałszywe, matowe półdźwięki, zatopione w mrocznym pogłosie. Surowa krew narracji budowanej na wdechu, kryjącej swoje bogactwa za kotarą dark ambientu, który na zakończenie całkowicie spowija scenę. Ostatnia improwizacja na tyle dekonstruuje brzmienie gitarowych strun, iż początkowo słyszymy jedynie oddechy psujących się przetworników, a dźwięki docierają do nas jakby z samego wnętrza gitary. Znów pogłos, który budzi lęk i spora porcja mechanicznych dźwięków, niczym muzyka konkretna. Tę część, jak i całe nagranie, efektownie reasumuje finałowa porcja rockowego, choć oczywiście silnie zniekształconego brzmienia. Powstaje efektowny dysonans, który bierze w nawias całą zawartość albumu i zostawia nas z porcją pytań, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi. Co tu jest prawdziwym dźwiękiem, co tylko jego efektownym złudzeniem?

 


Koncert ze słynnego klubu Robadors zadaje już zdecydowanie mniej pytań, wystawia słuchacza na globalną wojnę emocji, która dla pewnej grupy odbiorców może okazać się całkiem śmiertelna! Zaczyna ją wybuch z samego środka ziemi – wielkie gitarowe sprzężenie, które od startu miażdży nas meta hałasem. Po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni wpadamy w strefę działania fali uderzeniowej, która po pewnym czasie milknie w poświacie białego szumu. Kolejna porcja gitarowego sprzężenia zostaje wzbogacona przez black metalowy motyw, pełen wewnętrznej drapieżności i wszelkich atrybutów rockowego frazowania (bystrych przejść i dramaturgicznych zakamarków). Wszystko wszakże dzieje się w dużej chmurze harsh-ambientu, która pozwala uciec od zbyt prostych skojarzeń gatunkowych. Czujemy za rogiem oddech speed-metalowej sekcji, która chce wejść do gry, ale kraty ambientu na to nie pozwalają. Kolejną opowieść muzyk buduje na bazie pętli siarczystej distorted guitar. Nowa fala uderzeniowa, to jakby powłoka dźwięków zagubionych na niekończącej się skali radiowej. Opowieść pęcznieje, mnożą się wątki pełne usterek, preparacji, wszelkich kosmicznych brudów i złych napięć. Czwarta improwizacja daje nam chwile wytchnienia, a raczej … egzystencjalnej trwogi. Giniemy w dark ambiencie i nikt już nie słyszy naszego wołania. Kolejna misterna plecionka wątków narracyjnych, które podprowadzają nas pod wyjątkowe zakończenie tej płyty. Oto bowiem czeka na nas prawie 10-minutowa epopeja doom metalu. Gitarowe sprzężenia, uderzenia mocy i pulsacje. Zdaje się, że słyszymy zagubioną ścieżkę z albumu Low Vertigo. Ale ten doom Caicedo żyje, skomle, ryje mroczne korytarze, przepoczwarza się i unosi ku niebu, by na koniec rozlać się, jak gorąca lawa i ostatecznie skonać w gitarowym sprzężeniu.

 


Tholos Gateway  Tholos Gateway (Self-bandcamp, DL 2021)

Kolejna płyta powstała dwuetapowo. Najpierw przygotowano warstwę akustyczną, za którą odpowiedzialni byli nasi barcelońscy ulubieńcy: Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – kocioł i gong. Przygotowane w Katalonii pliki dźwiękowe trafiły do studia nagraniowego Colina Marstona (być może w Kanadzie). Ten dodał dźwięki elektronicznej perkusji, instrumentów klawiszowych, basu elektrycznego i tzw. warr guitar. Wszystko przepuścił przez kilometry kabli, podrasował elektronicznie, a w ramach wisienki na torcie, w trzecim utworze dodał wokalizę Jarboe (tak, to ta Pani z formacji The Swans!). Powstał niesamowity miks elektroakustycznych dźwięków, które śmiało zakwalifikować możemy do awangardy post-ambientu, budowanego chwilami bardzo intrygującymi komponentami dźwiękowymi. Płyta składa się z siedmiu części i trwa mniej więcej trzy kwadranse.

Początek nagrania uwypukla jego akustyczne walory – masywny dron kontrabasu, rezonujące talerze, perkusjonalne błyskotki. Jesteśmy na razie obiema stopami w Barcelonie. Ale pracuje też tło, delikatna elektronika, która buduje syntetyczną powłokę i bierze w nawias piękne frazy Katalończyków. Ów intensywny flow z czasem słabnie i przekształca się w chmurę strings in ambient. Druga opowieść, to leniwa post-cisza, która dopiero po dłuższej chwili nabiera soczystej mięsistości. Pracuje gong, jakiś syntetyczny loop i nisko posadowiony kontrabas, którego smyczek żłobi tym razem nieco mniejsze bruzdy. Trzecia opowieść jest najdłuższa i zdaje się być małą kulminacją Tholos Gateway. Zaczyna się niewinną akustyką (bass in arco and pizzicato, matowy drumming) i syntetycznymi perkusjonaliami. Flow jest jednak nerwowy, jak się okaże, nie bez zasadnie. Oto nadciąga bowiem nawałnica ambientu, dynamicznego, wspieranego wybudzoną ze snu zimowego armią elektrycznych robaczków i wibratorów Trilli. A na to wszystko wielkim cieniem kładzie się rozpływająca się w bezmiarze łączy internetowych wokaliza Jarboe. Nie słyszymy jednak echa The Swans, nasze skojarzenia wiodą bardziej ku formacji Dead Can Dance w jej najlepszej, na poły demonicznej postaci z drugiej polowy lat 80. Akustyka schodzi do totalnej defensywy, ale nie umiera, czego dowodzi etap wybrzmiewania, gdy ambient gaśnie, a kontrabas i perkusjonalne akcesoria zdają się pozostawać w świetnej formie.

Koleje cztery utwory na płycie wydają się być pewną reminiscencją tego, co stało się w części trzeciej. Gojenie ran, kojenie emocji, czerstwy chill-out. Piąta historia budowana jest z drobnych, czasami filigranowych fraz kontrabasu, gitary basowej i deep drummingu, oddychających cudownym echem nieskończoności. Kolejną część mogłybyśmy nazwać roboczo – fake rhythms in motion! Każdy z muzyków pracuje tu rytmem, choć używa odmiennych narzędzi. Trzy wątki, z których każdy pracuje w innym tempie. Część szósta stawia kolejne znaki zapytania o źródła pochodzenia serwowanych nam dźwięków – elektroakustyczny melanż tajemniczych fraz. Wreszcie sam finał, który zdaje się być udaną repryzą pierwszego utworu. Dron kontrabasu, rezonujące przedmioty, elektroniczna poświata. Echo ambientu, groza mroku - opowieść, która stoi w miejscu i czeka na swój koniec.

 


Avelino Saavedra  DRM (Discordian Records, DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszego spaceru po pustych ulicach pięknej Barcelony, mały skok do położonej trzysta kilometrów na południe Valencii. Zapraszamy na spektakl teatru jednego aktora - Avelino Saavedra improwizuje na kolejnych elementach prostego zestawu perkusyjnego, takich jak: hi-hat, werbel, talerze, kocioł i bęben basowy. Siedem odcinków powstało w znanym już nam miejscu Önilewaland, w marcu bieżącego roku, a trwa łącznie niespełna 30 minut.

Ten zestaw perkusyjnych i post-perkusyjnych miniatur Saavedra skomponował w dwa podzbiory nagrań i finałowe resume. W pierwszych trzech utworach jest nade wszystko drummerem, który bawi się w kolejnymi elementami perkusji, preparuje jej dźwięki i brzmienia. Zaczyna od interakcji rezonującego talerza i żywego drummingu na którejś z powierzchni płaskich zestawu. W drugiej improwizacji skupia się na bębnie basowym. Pojedyncze uderzenia, echo, rezonans – kinetyka materii ożywionej, mechanika muzyki konkretnej. W trzeciej z kolei części chwyta za perkusyjne szczoteczki i uprawia lekki drumming, połączony z delikatnym ugniataniem rzeczonych szczoteczek na glazurze werbla. Ta ostatnia aż piszczy z zadowolenia, a muzyk zdaje się mieć w dłoniach setki przedmiotów.

Na kolejne trzy improwizacje Saavedra przeistacza się w udaną reinkarnację Vasco Trilli i zaczyna uprawiać gatunek, który na potrzeby muzyka z Barcelony nazwaliśmy kiedyś no drumming percussion. Najpierw buduje akustyczny ambient rezonując kolejnym elementem zestawu perkusyjnego. Śpiewny efekt jego działań ciekawie komponuje się z szelestem perkusjonalnych błyskotek i mantrą dobrego powtórzenia. W kolejnej części muzyk opuszcza jakiś przedmiot na werbel lub kocioł, ten zaś odbija się i wybrzmiewa. Swoiste królestwo nadakustyki, powiew transcendencji, choć sama czynność wydaje się dość banalna. Zaraz potem muzyk umieszcza na płaskiej powierzchni wiele mikro przedmiotów, która zaczynają wchodzić w akustyczne interakcje z podłożem. Znów celem nadrzędnym zdaje się tu być wzbudzanie rezonansu. Wreszcie finał płyty, budowany bardzo skromnymi środkami (zresztą całą płytę możemy zaliczyć do gatunku minimal impro). Rytuał ugniatania, ballada wdechów i wydechów.