Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Thomas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Thomas. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2026

The Shrike Records’ two fresh: Transgressive Coastlines! Drawn!


Londyński Shrike Records dba o dobry humor miłośników freely improvised music i systematycznie dostarcza nowych wydawnictw. Koniec roku przyniósł dwa tytuły – solowy projekt gitarowy i post-jazzowy kwartet. Ten drugi z drobnym dysonansem poznawczym, albowiem okładka sugeruje wydanie płyty w roku 2025, z kolei oficjalna premiera na bandcampie miała miejsce w pierwszych dniach stycznia 2026 roku.

W niczym to nie przeszkodziło Trybunie, by album owego kwartetu zaliczyć do grona 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025!

 


Caroline Kraabel/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble Transgressive Coastlines (CD 2025/26)

The Vortex Jazz Club, Dalston, Londyn, kwiecień 2025: Caroline Kraabel – saksofon, głos, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy improwizacje, 59 minut.

Cztery znamienite postaci londyńskiej sceny free jazz/ free impro, koncertowa sytuacja w słynnym Vortexie, prawie godzina improwizacji w definitywnie post-jazzowym klimacie. To oczywiście nie mogło się nie udać, ale wcale nie musiało szczególnie nas zaskoczyć, jeśli znamy dokonania tych artystów na przestrzeni kilku ostatnich dekad. A jednak album Transgressive Coastlines, to istotne wydarzenie roku ubiegłego, nie tylko na scenie brytyjskiej.

Każda z wielominutowych części tego koncertu ma specyficzną dramaturgię. Szczególnie udana wydaje się odsłona otwarcia, budowana z mozołem, niestroniąca od minimalizmu, skupiona na szczególe, pojedynczym dźwięku, daleka od free jazzowych wybuchów nie do końca kontrolowanej ekspresji. Pierwsze dźwięki, to ledwie strzępy, drobne preparacje, szelest saksofonu i talerzy, odgłosy z dna fortepianu. Kameralny suspens od razu buduje jakość, a chwile, gdy pod pręgieżem kontrabasowego pizzicato, opowieść wynurza się z mroku zdają się być ledwie incydentami. Mistrzynią ceremonii tej części spektaklu jest Kraabel, która umiejętnie dawkuje dęte frazy i ubarwia je akcentami głosowymi. Opowieść ma zmienne tempo, dostarcza kilka intrygujących zagęszczeń, smakołyków spod kontrabasowego smyczka, tudzież dialogów saksofonu najpierw z rzeczonym smyczkiem, potem z fortepianem. Finał stawia na dynamikę, ale nie brakuje w nim intrygujących didaskalii.

Druga improwizacja z miejsca stawia nas w innych okolicznościach – jest nerwowo, każda fraza pulsuje, a opowieść syci się mnóstwem drobnych zwarć. Po niedługiej fazie dark & slowly narracja osiąga istotny, niemal free jazzowy szczyt, potem tapla się w rezonansie wszystkiego, co zdolne jest wydawać metaliczny dźwięk. Powraca głos, swoje dokłada wszędobylski smyczek, akcje piana i perkusji są wyważone, zawsze adekwatne dramaturgicznie. Zakończenie znów jest bardzo żwawe, po części nawet taneczne. Ostatnią część koncertu inicjuje sekcja rytmu, która formuje zalążek rytmu, który będzie towarzyszył muzykom z różną intensywnością do końca nagrania. Ta opowieść ma fazę definitywnie kameralną, ma też moment zastoju w pozie smutnej melodii. W końcowej części głos, rytm i skłonność do repetycji budują dramaturgię godną zwieńczenia tego wyśmienitego albumu. A ostatnie frazy należą do smyczka i saksofonu.

 


Alex Ward Drawn (CD 2025)

Stowaway Studios, London, grudzień 2023: Alex Ward – gitara elektryczna. Sześć utworów, 43 minuty.

Dyskografia tego klarnecisty i gitarzysty jest bardzo bogata, także w wymiarze solowym. Album jaki tu omawiamy, to wedle słów samego artysty kontynuacja dwóch poprzednich solowych performansów na gitarę elektryczną, które udostępnił światu w czasach pandemicznych i post-pandemicznych. Nagranie jest nieprzerwanym ciągiem fonicznym, podzielonym/ potytułowanym na części dla wygody odbiorcy i może być prezentowane/ słuchane w … dowolnej kolejności.

Pierwszy utwór obiecuje naprawdę wiele. Minimalistyczne otwarcie z akcentami zarówno jazzowymi, jak i rockowymi stwarza bazę dla dynamicznego i ekspresyjnego rozwinięcia. Flow jest bogaty w wydarzenia, a zmiana goni tu zmianę. Po krótkim interludium, które zdaje się być onirycznym post-bluesem, spuentowanym garścią gitarowej elektroniki, w kolejnym utworze Ward powraca do tempa i emocji, jakie poznaliśmy w gemie otwarcia. W strukturze narracji pojawia się coraz więcej melodii. W drugiej fazie tego utworu muzyk schodzi na pozycję balladową, ubarwia opowieść drobną porcja zmysłowej psychodelii. I wiele wskazuje na to, iż dokładnie w tym momencie narracja traci moc kreacji i długoterminowo przekształca się w smutne, melodyjne, niekiedy dość leniwe akcje pozbawione pazura, jaki charakteryzował początek płyty. Ward zdaje się szukać dalszej drogi w zakamarkach gitarowej post-klasyki, okazjonalnie brudzi brzmienie, często zmienia wątki i skutecznie usypia słuchacza.

 

 

 

piątek, 19 grudnia 2025

Company lives! Improvised London strikes again!


Wasz dzielny trybunowy reporter dotarł w połowie grudnia do Londynu, albowiem tam właśnie (w Cafe Oto, bo gdzieżby indziej!) miała miejsce dwudniowa celebracja dwudziestej rocznicy śmierci jednego z ojców założycieli swobodnej improwizacji, brytyjskiego gitarzysty Dereka Baileya. Dodajmy, iż dzień wcześniej odbyła się także projekcja filmu o muzyku, a dzień później koncert dodatkowy. Dwa dni wcześniej nasze reporterskie macki zaliczyły także kolejną edycję duetowego impro-meetingu BRÅK, jaki odbywa się w uroczym barze piwnym waterintobeer w południowym Londynie.

Skupmy się wszakże na Baileyu! O jego wkład w ukształtowanie idiomu freely improvised music toczą się od lat dyskusje, ale dotyczą jedynie stopnia wpływu koncepcji artystycznych gitarzysty na rozwój gatunku (innymi słowy, czy był najważniejszy, czy może równie ważny jak John Stevens, czy Evan Parker). Jedno w każdym razie dyskusji nie podlega – idea improwizowanych spotkań artystów i łączenia ich w składy, w których spotykali się ze sobą na scenie po raz pierwszy, to definitywnie modus operandi wybitnego improwizatora i zjawisko, które na stale zapisało się jako metoda twórcza muzyki swobodnie improwizowanej. Bailey takie spotkania zaczął organizować w drugiej połowie lat 70. i kontynuował niemalże do końca swych dni, a przynajmniej do początkowych miesięcy trzeciego tysiąclecia. Nazywał je Company, i tak też została nazwana impreza, która uświetnić miała dwudziestą rocznicę jego śmierci.

 


Za kształt artystyczny przedsięwzięcia odpowiedzialni byli muzycy, którzy wielokrotnie w spotkaniach Company brali udział – John Butcher i Mark Wastell. Do udziału w improwizacjach zaprosili oni grono artystek i artystów, zarówno tych uznanych i doświadczonych we współpracy z Baileyem, jak i tych młodszych, których dane personalne nie są nadmiernie przegrzane na londyńskich plakatach koncertowych. Zwał, jak zwał, tym razem Company stworzyli: Khabat Abas (wiolonczela), Julia Brüssel (skrzypce), John Butcher (saksofony), Teresa Hackel (flety, recorders), Charles Hayward (perkusja), Petra Haller (tap dance), Pat Thomas (fortepian, elektronika), Matt Wand (elektronika), Alex Ward (gitara elektryczna, klarnet) oraz Mark Wastell (instrumenty perkusyjne).

Mniej więcej godzinę przed pierwszym dźwiękiem muzycy zebrali się w kręgu i wówczas Mark Wastell przedstawił im zasady koncertu – artyści będą wywoływani na scenę przez konferansjera i dopiero wtedy dowiedzą się z kim będą za moment grać. Każda improwizacja będzie trwała około piętnastu minut, a zestaw dwóch kolejnych improwizujących składów stworzy jeden koncertowy set. Każdy dzień składać się będzie z trzech setów, czyli łącznie publiczność Cafe Oto obejrzy dwanaście improwizujących składów. Dodajmy, iż parytet będzie pilnie strzeżony – każdy z artystek i artystów wystąpi na scenie dwa razy dziennie, każdorazowo w innym towarzystwie.

  



Pierwszego dnia imprezy wysłuchać nam było dane dwóch duetów, jednego trio, dwóch kwartetów i na finał kwintetu. Dnia drugiego z kolei - jeden duet, trzy tria, kwartet i znów na zakończenie kwintet. Próżno wyróżniać pośród nich te najciekawsze, albowiem każda kilkunastominutowa improwizacja na to miano zasługiwała. Oczy i uszy kierowaliśmy często na kobiecą część składu Company, gdyż dla niżej podpisanego były to pierwsze spotkania sceniczne z artystkami. Każda z nich wnosiła do wizerunku wydarzenia mnóstwo jakości, wszystkie one wchodziły w wyśmienite interakcje ze starszymi kolegami. Może jedynie, od czasu do czasu, brakowało im odrobiny brawury, tudzież śmiałości, by weteranom gatunku postawić jeszcze wyższe wymagania. Szczególnie udanie prezentowała się na scenie Cafe Oto skrzypaczka Julia Brüssel, która balansowała pomiędzy post-klasyczną melodyką, zwinnymi preparacjami i frazami amplifikowanymi całkiem pokaźną skrzyneczką przetworników, szczególnie przydatną w momentach, gdy partnerzy nie szczędzili mocy i nieakustycznych środków wyrazu. Taka sytuacja miała miejsce choćby w trakcie ostatniego odcinka dwudniówki, który realizowali Thomas (na elektronice), Butcher (na sopranie), Wand (na elektronice), Hayward (na perkusji) i rzeczona Brüssel. Na wyjątkową uwagę zasłużyły dwa składy różniące się poziomem intensywności od innych ekspozycji – duet preparowanego fortepianu Thomasa i wielkich, rezonujących talerzy Wastella oraz minimalistyczne trio z udziałem elektrycznej gitary Warda, elektroniki Wanda i fletów Hackel. Truizmem należy określić fakt, iż każdorazowa obecność na scenie Butchera, naprzemiennie z tenorem i sopranem, gotowała serca miłośników free impro. Tejże sceny choćby na moment nie opuszczał duch i słowa samego Baileya, które zabawnie wplatał w zapowiedzi kolejnych improwizacji Stewart Lee.

  


W uzupełnieniu raportu ze sceny Cafe Oto dodajmy, iż w przeddzień imprezy odbyła się premiera filmu dokumentalnego Iana Greavesa „So Watt Special: Derek Bailey - New Sights, Old Sounds”. Materiał zawierał dużo nagrań archiwalnych, a także garść słowa mówionego, podkreślającego bardzo specyficzne poczucie humoru i artystyczną bezkompromisowość gitarzysty, która niekiedy okazywała się po prostu szczerością i prostolinijnością jego werbalnego przekazu. Londyńską celebrację podsumował zaś środowy koncert dodatkowy w clubie Vortex, gdzie improwizowali Thurston Moore na gitarze i Mark Wastell na perkusji, do których po mniej więcej dwudziestu minutach dołączył Alan Wilkinson na saksofonie altowym. Muzycy rozpoczęli w dalece post-psychodelicznym duecie, niemal onirycznym w klimacie, by po rozwinięciu w trio popaść w urokliwe spazmy free jazzu.

 


Londyński pobyt Trybuny, to nie tylko uczestnictwo w baileyowskim święcie. W sobotę 13 grudnia Wasz wysłannik gościł na kolejnej edycji festiwalu BRÅK, w trakcie którego na małej scenie baru piwnego w Brockley wystąpiły jak zawsze trzy duety. Najpierw improwizowali Tom Challanger na saksofonie tenorowym oraz Alex Bonney na trąbce, potem John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz Colin Webster na saksofonie barytonowym, wreszcie Tom Ward na klarnecie, flecie i saksofonie altowym oraz Will Graser na floor percussion. Każdy set był definitywnie smakowity, szczególnie ten środkowy, w którym szyki zwarli przedstawiciele dwóch pokoleń wybitnych londyńskich saksofonistów.

 

 Zdjęcia własne, nieobjęte prawami autorskimi:

1) Alex, John i Matt

2) Teresa

3) Julia, Charles, John i Matt

4) John i Colin



 

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




piątek, 7 marca 2025

John Butcher in Unlockings Quartet & Lower Marsh Duos!


Najwyższy czas zakończyć na tych łamach obchody 70. urodzin Johna Butchera! Przez cały ubiegły rok nieustannie pisaliśmy o tym artyście omawiając jego płyty, zapraszając na koncerty, tudzież relacjonując przebieg licznych festiwali, które świętowały zacny jubileusz saksofonisty.

Z ubiegłorocznych edytorskich żniw zostały nam do omówienia dwa ostatnie albumy Butchera, oba winylowe, oba dostarczone przez luxemburskie Ni Vu Ni Connu i zawierające prawie wyłącznie nagrania poczynione jednego dnia w londyńskim Iklectik niemal dokładnie trzy lata temu. Najpierw kwartet, potem duety Johna z kolejnymi artystami tworzącymi ów kwartet, tu uzupełnionymi o dwa duety z pewnym kontrabasistą, który muzykował z Johnem w tym samym miejscu, ale dwa miesiące wcześniej. Zapraszamy na prawie osiemdziesiąt minut obcowania z niezwykłymi dźwiękami swobodnej improwizacji w wykonaniu najlepszym z możliwych.



 

Unlockings

Anonsowany kwartet stworzyli z Butcherem skrzypaczka Angharad Davies, perkusista Mark Sanders i obsługujący elektronikę Pat Thomas. Muzycy uformowali swoją barwną opowieść w cztery epizody, trwające po mniej więcej dziesięć minut każdy. Otwarcie jest usłane subtelnościami, drobnymi frazami, przypomina grę inicjacyjną artystów, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy (co w tym wypadku nie miało oczywiście miejsca). Coś drży, coś ociera się o siebie, nie brakuje metalicznego rezonansu, drobnych pisków, subtelnych okaleczeń - akustyka szumi, elektronika delikatnie skwierczy, a wszystko dość sprawnie zaczyna wchodzić w interakcje. Narracja chętnie łapie ulotną dynamikę, ale równie chętnie ją traci. Raz za razem skrzy się drobnymi, preparowanymi incydentami fonicznymi, które dodają urody każdej fazie nagrania. Tą najbardziej hałaśliwą wydaje się tu być skrzypaczka, tym najbardziej mrocznym elektronik. Drummer dba o dynamikę, wystudzony sopran koi emocje. Pierwsza improwizacja dokonuje żywota w efektownym, dronowym rozlewisku.

Druga część budzi się w onirycznej flaucie, plejadą drobnych, niemal niesłyszalnych fraz. Ciszę skupienia intrygująco mąci ciepły tembr saksofonu tenorowego, który tapla się w smudze nieinwazyjnej elektroniki i syczących skrzypiec. Pojawia się melodia, która udanie niesie się na strudze analogowo brzmiącej syntetyki. Ta ostatnia przez chwilę zdaje się być nazbyt natarczywa, ale nie trwa to zbyt długo. Dość specyficznie brzmi też tenor. Opowieść zyskuje z czasem ciekawą dynamikę, a wieńczy ją niebanalne wzniesienie.

Trzecia improwizacja zdaje się tu być tą najbardziej ekscytującą. Kolektywne otwarcie, to garść bolesnych fraz skrzypiec i saksofonu, szum z werbla i plamiąca elektronika. Nerwowy, dżdżysty poranek w oczekiwaniu na pierwsze promienie słoneczne. Opowieść nabiera intensywności, radości tworzenia, melodyjności i pięknie eksponuje skrzypce. Potem studzi się i przechodzi do akcji w podgrupach. Z jednej strony moc melodii, z drugiej mrok niedopowiedzenia. Narracja nabiera szczególnej urody w fazie finalizacji, która przybiera formę duetu skrzypiec i saksofonu. What a duo!

Końcowa improwizacja jest najkrótsza, ale być może najbardziej intensywna. Otwiera ją elektroniczna nawałnica, która inspiruje resztę do wzmożonej aktywności. Skrzypce sytuują się w pozycji zaczepnej, tenor gotowy jest do kontrataku, a skłębiona perkusja skłonna nadać całości adekwatny rytm. Po osiągnięciu szczytu opowieść studzi się wprost w objęcia duetu sax & drums, który oplata oniryczna porcja elektroniki. Samo zakończenie pełne jest emocji, tajemniczych, postrzępionych fraz. Ktoś gwiżdże, ktoś podśpiewuje pod nosem.



 

Lower Marsh

Sekwencję duetowych ekspozycji saksofonisty otwiera spotkanie z Patem Thomasem i jego wyjątkowo lekką w tym momencie elektroniką. Muzycy rozpoczynają od wymiany prostych, niemal melodyjnych komunikatów. Z jednej strony rozanielony sopran, z drugiej … soczysta maszyna parowa. Dysonans estetyczny jest jednak pozorny, a dźwięki z obu stron po chwil brzmią niemalże bliźniaczo. Z czasem gra nabiera rumieńców, a samo zakończenie jest intensywne, niestroniące od brudnych, tłustych dźwięków.

Dwa kolejne epizody, to spotkania z Johnem Edwardsem. Kontrabasista pracuje tu w swoim ulubionym trybie arco & pizzicato in one moment. Czasami sięga po jazz, czasami śpiewa post-barokiem, w każdej chwili gotowy jest na zaskakujące zagranie, a zamysł dramaturgiczny tradycyjnie ma w jednym palcu. Butcher w pierwszej opowieści korzysta z saksofonu tenorowego, w drugiej z sopranowego. W pierwszej roli bywa kompulsywny, w tej drugiej unosi się ku górze, niczym stado przepiórek. Od łagodnej boleści po melodyjne westchnienia. Tu każdy wariant jest możliwy.

Czwarte spotkanie, to intrygujący dialog z Angharad Davies i jej skrzypcami. Muzycy zaczynają od szorowania glazury swoich instrumentów, ale czynią to w bardzo zróżnicowanym tempie. Chętnie płyną dronowymi strugami, równie chętnie zmysłowo preparują. John wspina się na palce i przez moment nie wiemy, czy to jeszcze sopran, czy już tenor. Finalizacja jest rozkołysanym, wyjątkowo pięknym dronem.

Ostatni duet, to Mark Sanders i jego rozbudowane akcesoria perkusyjne. Początek, to szczoteczkowa aktywność, która łapie świetny kontakt z tenorowymi post-melodiami. Saksofon ma intrygującą chrypkę, atuty perkusjonalne co najmniej tysiąc twarzy. Artyści są tu równie urokliwi, gdy biorą głęboki oddech, jak i wtedy, gdy na ekstremalnym wydechu gaszą wszystkie płomienie tego świata. Obaj szukają rytmu, obaj prześcigają się w propozycjach nowych rozwiązań. Na sam koniec idą na szczyt, po czym perfekcyjnie z niego schodzą.

 

John Butcher in a quartet with Angharad Davies, Mark Sanders and Pat Thomas Unlockings (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 41 minut

John Butcher in duos with Angharad Davies, John Edwards, Mark Sanders and Pat Thomas Lower Marsh (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, John Edwards – kontrabas, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022 (utwory 1, 4 i 5) oraz luty 2022 (utwory 2 i 3). Pięć improwizacji, 37 minut.




 

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



piątek, 13 grudnia 2024

The Shrike Records’ collection: Hazard Calls! The Worm Turns! Fulcrum! Good Friday Plowshares Missile Silo Witness! If Only Silence Was Round!


Londyński Shrike Records z dumą wieńczy czwarty rok działalności edytorskiej. Dwadzieścia dwa albumy, a na nich śmietanka brytyjskiej sceny w swobodnych akcjach free impro (na ogół w premierowych zestawieniach personalnych), a także garść okazjonalnych gości z innych części świata. Bezmiar udanych koincydencji dźwiękowych, barwna, jakże konsekwentna linia graficzna (brawa dla Johna Trice’a) i organizacyjna koherentność (brawa dla Marka Daviesa) – wszystko to sprawia, że po ptasie albumy sięgamy zawsze z ogromną przyjemnością.

Dziś zanurzamy nasze receptory słuchu i wzroku w ostatnich pięciu albumach SR, które ukazały się od kwietnia do września bieżącego roku. Na kompaktowych dyskach sami dobrzy znajomi z ofertą swobodnego post-jazzu i mnóstwem ponadgatunkowych naleciałości, z kolei na winylach garść niespodzianek, zarówno personalnych, jak i brzmieniowych – to jakby rodzaj estetycznej awangardy w stosunku do wątku podstawowego wydawnictwa. 

So, welcome to Free London!



 

Alex Ward/ Dominic Lash/ Mark Sanders Hazard Calls (CD, 2024)

Alex Ward – klarnet, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Lake Street Community Centre, Oxford, kwiecień 2024. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Tych artystów słyszeliśmy w tysiącu swobodnie (i nie tylko) improwizowanych konfiguracjach. Ward i Lash grają ze sobą niemal od kołyski, a cała trójka jest znakiem jakości tak wielu sesji nagraniowych i koncertów, iż nie sposób zreasumować tego w kilku słowach. Ich spotkanie z Oxfordu nosi wszakże sporo znamion wyjątkowości. W takim zestawieniu personalnym nie grywali często (jeśli w ogóle), dodatkowo Ward sięga tu jedynie po klarnet, a swą temperamentną gitarę elektryczną pozostawia na backstage’u. Między innym dzięki temu ich soczysta, jakże wytrawna improwizacja zyskuje silnie kameralny sznyt, często zatapia się w czupurnej liryce i chętnie porusza po oceanie wystudzonych emocji. W tej sytuacji scenicznej wszelkie spiętrzenia i drobne wybuchy ekspresji mienią się jeszcze piękniejszymi barwami.

Muzycy podzieli opowieść na pięć odcinków. Cztery pierwsze są kilkunastominutowe, ten ostatni nieco krótszy. Początek jest definitywnie kameralny, a tworzą go nerwowy klarnet oraz zawieszona w czasie i przestrzeni post-jazzowa sekcja rytmu. Narracja jest precyzyjna, nieśpieszna, choć demon free jazzu zdaje się być przyczajony w każdym jej zaułku. Balansuje na krawędzi ekspresji, lepi się z lamentów smyczka, skomleń klarnetu, drżących talerzy i czujnego, punktowego drummingu. Otwarcie drugiej historii tonie w rezonansie, którego porcje dokłada po kolei każdy z muzyków. Leniwa, wystudiowana post-ballada, poruszająca się wężowym krokiem, z czasem przekształca się w koherentny półgalop. Trzeci epizod introdukowany jest jeszcze precyzyjniej. Szum ciszy, szmer talerzy, roztargnione stemple basu w poszukiwaniu dramaturgicznego punktu zaczepienia. Improwizacja najpierw pęcznieje mocą pizzicato, dociera na drobny szczyt, po czym zwalnia niesiona nostalgią arco wprost w mrok wyrafinowanych preparacji. Puenta improwizacja jest na powrót dynamiczna, definitywnie efektowna.

Kolejna opowieść jest nerwowa od pierwszych sekund. Coś trzeszczy na werblu, klarnet prycha z irytacji, bas drży jak osika. Całość przypomina taniec na rozgrzanym dachu. Falująca ekspresja zostaje tu skutecznie stonowana post-barokowym interludium smyczka. W oparach ciszy o nasze emocje dba pogrążony w dronowej ekspozycji klarnet. Ostatnia historia jest najbardziej dynamiczną częścią albumu. Otwiera ją klarnecista pogrążony w oszczędnym rytmie. Podobnie zachowują się drummer i kontrabasista, a wszyscy przypominają roztańczone pasikoniki na wilgotnej, porannej łące. Tempo rośnie, a o wzrost ekspresji dbają nisko osadzony smyczek, klarnet uciekający ku niebu i ruchliwe, perkusyjne szczoteczki. Ów kompulsywny wyziew energii towarzyszy nam do ostatniego dźwięku.



 

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns (CD, 2024)

Darin Gray – bas bezprogowy, preparacje, elektronika, Pak Yan Lau – fortepian preparowany, syntezator, toy piano, gong rods, elektronika, Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – klarnet, klarnet basowy, saksofon altowy, głos. Cafe Oto, Londyn, maj 2023. Cztery improwizacje, 40 minut.

Oto sytuacja dość typowa dla SR - koncert muzyków, którzy wcześniej nie improwizowali w zadanej konfiguracji personalnej (z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”) zarejestrowany w londyńskim Cafe Oto. Niebanalny zestaw instrumentalny (niespodzianki możliwe w każdej sekundzie występu), ponadpokoleniowy zestaw artystów i wielokolorowy melanż stylistyk, estetyk i sytuacji dramaturgicznych. Kwartet rozpoczyna definitywnie w kłębach soczystego free jazzu i tamże koncert swój kończy, ale w tak zwany międzyczasie (część druga i trzecia) dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe, śmiało konstytuujące jakość całego przedsięwzięcia.

Rzeczone, free jazzowe otwarcie ewoluuje od agresywnych, ciętych short-cuts po ocean rozległych i ekspresyjnych wydechów. Bas daje na poły syntetyczny background, piano cielesność melodii, klarnet basowy chwile grozy, a perkusja precyzję narracyjną. Opowieść niesie się na ogół efektownymi wzniesieniami, ale nie unika kameralnych dolin. Wilkinson dokłada glos, a każdy z pozostałych garść brzmieniowych niuansów. Początek drugiej części obiecuje wiele i nie zawodzi. Perkusja inicjuje, inside piano zachęca do kooperacji, szeleszczą struny, elektronika snuje się po podłodze, a dęte pomruki dopełniają obrazu onirycznej trwogi sytuacyjnej. Po fazie wznoszenia i opadania improwizacja nabiera rumieńców, niesiona ekspresją klarnetu i porcją fraz preparowanych z każdego ośrodka dźwiękowego. Z czasem wszystko przepoczwarza się w strugę polirytmicznej narracji, niesionej niemal gamelanowym tembrem.

Start trzeciej opowieści trzyma się zadanej estetyki, choć tworzą ją filigranowe akcje inside piano i instrumentów perkusyjnych. Narracja formuje się w drony, w smudze których rozpoznać możemy jedynie brzmienie klarnetu basowego, reszta jest bowiem plejadą fonicznych zagadek. Opowieść balansuje teraz na krawędzi post-jazzu i abstrakcyjnej kameralistyki, okazjonalnie bywa bardzo ekspresyjna. Subtelna elektronika świetnie podkreśla wyśmienite akcje klarnecisty i multimedialnej w tej chwili pianistki. W fazie finałowej tej części koncertu towarzyszą nam dęte rozśpiewanie, smyczek na gryfie basu, szeleszczące inside & outside piano i perkusyjne, tudzież perkusjonalne stemple jakości. Zgodnie z anonsem na ostatnie sześć minut albumu muzycy powracają do estetyki free jazzu, tu lepionej z melodyjnych fraz saksofonu altowego i drżących z emocji basu, piana z klawiatury i perkusyjnej dynamiki. Improwizacja przez kilka chwil wydaje się dość przewidywalna, ale rozdygotany, emocjonalny finał wiele rekompensuje.



 

Rachel Musson/ John Edwards/ N.O. Moore/ Steve Noble Fulcrum (CD, 2024)

Rachel Musson – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas, N.O. Moore – gitara elektryczna oraz Steve Noble – perkusja. Iklectik Arts Lab, Londyn, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 58 minut.

Kolejny kwartet w zestawie shrike’owych nowości dostarcza już samo free jazzowe mięcho! Nie grozi nam wszakże odium przewidywalności, albowiem na scenie (bez oklasków) odnajdujemy czworo na tyle kreatywnych artystów, iż cokolwiek by nie zakiełkowało w ich szalonych głowach, efekt foniczny stawia nas do pionu i każe bez ustanku popadać w zadowolenie.

Umiarkowanie ekspresyjny początek tylko rozbudza oczekiwania. Bas i perkusja tyczą twardy szlak, dęciak swobodnie pokrzykuje, a gitara kłębi się w oparach amplifikacji. Podróż od wystudzonego post-jazzu do korpulentnego free nie trwa tu długo, a jedynym interwałem jest moment kameralnego oddechu w okolicach ósmej minuty. Opowieść pulsuje emocjami, raz za razem podsycanymi akcjami pizzicato & arco kontrabasisty. Dość szybko osiąga szczyt i przenosi ciężar odpowiedzialności na mantrujący smyczek. Tu narracja, wbrew pozorom, staje się jeszcze gorętsza! Zdaje się, że w tym kwartecie każdy może być ogniskiem zapalnym. Wyraźne uspokojenie ma miejsce dopiero po dwudziestej minucie. Muzycy pochylają się wtedy nad pojedynczymi frazami, a opowieść zyskuje tajemniczy, post-bluesowy posmak. Pojawiają się akcenty preparowane, szczególnie ze strony perkusisty i gitarzysty, dosyłających zgrzyty i ambientowe plamy. Finał pierwszego seta, który trwa dłużej niż dwa kwadranse, znów pełen jest kreatywnych akcji z każdej strony, odrobinę wszakże pozbawiony mocy, jaka dewastowała opowieść kilka chwil wcześniej.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, w każdym wymiarze nieco inny od pierwszego. Inicjacja prowadzona kolektywnie skupia się na ciszy, szeleszczących przedmiotach, drobnych piskach i obcierkach. Nie brakuje brudu i fraz na poły dronowych. Narracja rozwija się tym razem bardzo powoli, ale konsekwentnie, głównie dzięki pieczołowitości drummera. Moc tym razem idzie nade wszystko od strony gitarzysty, który definitywnie wybudza się z letargu, w jakim przebywał przez dużą część pierwszej odsłony albumu. Muzyk wrzuca rockowy bieg i zaczyna taniec szaleństwa. Niesie kwartet na wzgórze, syci opowieść soczystą solówką godną stadionów świata. Po chwili kameralnego zawahania improwizacja płynie najpierw gęstą strugą power trio, a po powrocie saksofonu pełnowymiarowym power quartet! Następnie scena zostaje oddana na wyłączność saksofonistce. Gdy koledzy wracają, wraca też moc i prawdziwie free jazzowy ogień. W fazie finalizacji najpierw następuje jeszcze większe zagęszczenie, ale bez udziału perkusji, potem – na końcowe trzy minuty - improwizacja przyjmuje postać pożegnalnej post-ballady, której swobodny rytm wystukuje perkusista.



 

Bruce Russell & Thierry Monnier via Fermata Ark Good Friday Plowshares Missile Silo Witness (LP, 2024)

Bruce Russell – gitara, amplifikacje, elektronika, field recordings, rozmowy, tape machine, Thierry Monnier – gitara, amplifikacje, elektronika, Fermata Ark – post-produkcja, aranżacja, syntezatory, elektronika oraz Mark Wastell - tam tam (utwór 2), Dirty Electronics - elektronika (2). Lyttelton, Nowa Zelandia, luty 2020. Dane dotyczące miejsca i czasu post-produkcji nieznane. Cztery utwory, 45 minut.

Album o bodaj najdłuższym tytule w historii labelu zdaje się być także nagraniem najbardziej odległym od typowej dla SR estetyki. Dwie gorące, skąpane w ogniu artyleryjskiego ostrzału gitary elektryczne, słowo mówione, sporo elektroniki na wejściu, ale i etapie post-produkcji, międzynarodowe towarzystwo i jeszcze dalekie Antypody w ramach miejsca realizacji dźwięków bazowych. Dobry Piątek… bez wątpienia zasługuje na miano wydawnictwa szczególnego.

Z dziką i niebezpieczną aurą albumu zaznajamia nas głos z offu i syczenie amplifikatorów. Gitarowy zgiełk, który po chwili opanowuje szerokie spektrum nagrania płynie gęstym wzniesieniem i mulistą doliną, dodatkowo rozsiewany elektroniką realizowaną na żywo i zapewne tą post-produkcyjną. Od awangardy ciężkiego rocka, po abstrakcję swobodnej improwizacji. Sporo dzieje się także na backgroundzie, gdzie królują brzmienia elektroniczne, field recordings, głosy i samplowane komentarze. Incydentalnie pojawiają się akcenty rytmu, ambientowe rozwarstwienia, tudzież psychodeliczne, złowrogie pasma post-dźwięków. Tutaj the sky is not a limit! Przez moment uciekamy w chmurę ptasich igraszek, mówi do nas głos z tekstem, po czym wracamy do hałaśliwego pogorzeliska rocka. Zakończenie pierwszej strony winyla śmiało mogłoby stanowić soundtrack do głośnego w czasach zimnej wojny obrazu The Day After.

Drugą stronę krążka inicjuje gitarowa pętla, dość wysoko osadzona, zaciskająca się na szyi bezbronnej ofiary. W czwartym utworze, drugim na tej stronie, gitary zdają się frazować nieco lżejszym, odrobinę mniej brudnym tembrem. Z jednej strony zgliszcza prog-rocka, z drugiej kolejne stadium gitarowej fermentacji. Syntetycznie rozwarstwiająca się narracja przypomina teraz stłumiony krzyk, a nastrój monotonnej, ale narastającej grozy potęgują zniekształcenia i usterki. Zdaje się, że P.H.Lovecraft czułby się w takim środowisku, niczym ryba w wodzie. Samo zakończenie albumu jest tyleż ambientem, co hukiem kołującego myśliwca. Jeszcze tylko głos z offu dokłada ostatni komentarz.



 

Albert Newton (Charles Hayward/ John Edwards/ Pat Thomas) If Only Silence Was Round (LP, 2024)

Charles Hayward – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Pat Thomas – elektronika. Lewisham Arthouse, lipiec 2023. Sześć improwizacji, 47 minut.

Nawiązując od preambuły dzisiejszego omówienia - co może być awangardą w stosunku do swobodnej, atonalnej i upiornie nielinearnej improwizacji? Może połamane rytmicznie post-electro, może rozhuśtany fussion-funk, a może gęsta, niefiltrowana magma post-industrialu? Tajemniczy Albert Newton w trzech osobach – perkusisty, kontrabasisty i elektronicznego pianisty – podsyła nam pewien trop!

Start jest gęsty, grany masywnym kontrabasem, tu jak zwykle zawieszonym pomiędzy zwiewnym pizzicato, a turbulentnym arco, połamanym rytmem perkusji i elektroniką, która strzyka moczem jak złośliwy kocur, albo cedzi zwarte strumienie fonii, niczym post-romantyczny syntezator. Pod powierzchnią tej strugi korpulentnych dźwięków czai się coś bezczelnie funkowego, a nawet punkowego. Słuchać to doskonale w momentach, gdy narracja łapie rytm, gdy przyspiesza i wyswobadza się z uścisku gęstych, tłustych zapętleń. Bywa, że elektronika ucieka w wyższe pasma, tudzież atakuje pełnym spektrum hałasu. Akustyczna sekcja post-rytmu łapie wtedy definitywnie rockowy, tudzież post-rockowy flow. Na starcie trzeciej odsłony tempo na kilka chwil opada, a opowieść, która z pewnością nosi znamiona improwizacji, nasiąka mulistym, zgrzebnym post-industrialem. Z kolei zakończenie pierwszej strony winyla, czyli utworu czwartego, stawia na upiorną klimatyczność, przypomina soundtrack do niemego filmu o podboju kosmosu.

Druga strona, to dwie opowieści. Początek jest spokojny, by nie rzec minimalistyczny. Muzycy dość szybka łapią jednak rytm i uciekają w dalece taneczną ekspozycję. Potem dostają się w obszar spiętrzeń, turbulencji i silnego wiatru. Ale gdy ponownie wpadną w sidła rytmu, nie odpuszczą do samego końca. Opowieść nabiera jeszcze bardziej funkowego odczynu i syci się szczyptą psychodelii niesioną post-melodyjnym flow syntezatora. Po upływie kwadransa, już w trakcie drugiej części tej strony, narracja spowalnia, z trudem łapie oddech, ciężko dygocze. Do końca albumu króluje już leniwa melodia pchana filuternym post-rytmem.




wtorek, 29 października 2024

John Butcher at 70! The report from Cafe Oto!


Siedemdziesiątkę Johna Butchera obchodzimy już od końcówki lata. Wtedy to, w połowie września, saksofonista spędził trzy pracowite dni w Berlinie. Potem był poznański Spontaneous Music Festival, okraszony czterema setami jubilata, wreszcie przed momentem, w trakcie minionego weekendu, efektowna, choć kameralna trzydniówka w londyńskim Cafe Oto, przypadająca dokładnie w terminie urodzin, które celebrowano odegraniem symbolicznego sto lat w piątek 25 października. Wasz niestrudzony obserwator życia i twórczości jednego z najwybitniejszych twórców freely improvised music był wtedy w Dalston i śpiewał owe chóralne życzenia. Zatem czas na kilka słów o tym, co tam się ostatecznie wydarzyło i kto z kim owe urodzinowe toasty wznosił pięknymi dźwiękami przez trzy kolejne wieczory.



 

Czwartkowy koncert wypełniły dwa duety jubilata – pierwszy z Rhodrim Daviesem na harfie i elektronicznym oprzyrządowaniu, drugi z pianistką Sophie Agnel. Walijczyk grywa z Butcherem już od ćwierćwiecza, z kolei Francuzkę raczej winniśmy sytuować w roli okazjonalnych współpracowników saksofonisty. Oba sety wypadły wyśmienicie, jeśli wierzyć zdaniu przyjaciół obecnych na koncercie, albowiem niżej podpisany do Londynu wyruszył dopiero kolejnego poranka.

A zatem w piątek, już w ramach stuprocentowej obecności w Cafe Oto, kolejne trzy sety (choć dwa pierwsze nieprzedzielone stosowną przerwą) przepłynęły przez moje receptory słuchu i wzroku silnym strumieniem emocji, i … co zupełnie nie dziwi, pozostawiły wieczne, niezatarte wspomnienia. Butcher rozpoczął od solowego występu na saksofonie tenorowym. W trakcie kilkunastominutowego seta skupiony był na brzmieniu i poszukiwaniu efektownych strzępów melodii, a sam występ sprawiał wrażenie świetnie zorganizowanej rozgrzewki przed tym, co miało wydarzyć się tuż potem. Po kilkudziesięciosekundowej przerwie na scenie pojawił się kolejny wieloletni partner Johna, amerykański perkusista i perkusjonalista Gino Robair. Obaj artyści korzystali w trakcie ponad półgodzinnego setu z analogowej elektroniki, dzięki czemu akustyczny sound ich podstawowego instrumentarium zyskał mroczną, syntetyczną poświatę. Robair tryskał energią, gdyby to tylko było możliwe, wraz z tonującym jego temperament partnerem odleciałby w kosmos. Butcher w trakcie seta częściej korzystał z saksofonu sopranowego. Bywało, że generował nim dźwięki nie dotykając ustnika. Wszakże najbardziej efektowny był sam finał, gdy John (już na tenorze) i Gino zbudowali gęste, nisko osadzone, post-akustyczne drony.

Ostatni piątkowy set zbudowany został przez kwartet, który – mimo, iż jego twórcy pracowali ze sobą wcześniej w różnych konfiguracjach personalnych – bez wątpienia stanowił formację skleconą ad hoc. Do jubilata dołączyli - muzykująca z nim dzień wcześniej Sophie Agnel, skrzypaczka Angharad Davies (siostra występującego także wtedy Rhodriego) oraz perkusista Mark Sanders. Narracja jakże swobodnie improwizującego kwartetu przypominała wzburzony ocean, który jednak raz za razem uspakajał się i emanował wyjątkową urodą stuprocentowo akustycznych interakcji. Opowieść rozrastała się i efektownie gasła (najwcześniej na barkach skrzypaczki), nabierała kameralnej zadumy, by za moment wpaść w spazm błyskotliwych akcji zaczepnych.




Jak to bywa w przypadku wybitnych osobistości, także świata pozamuzycznego, okrągłe urodziny, to nie tylko powód do świętowania, ale także okazja do budowania czegoś nowego, czy wręcz rzucania sobie ambitnych wyzwań artystycznych. Wspólne, duetowe improwizowanie z francuską wokalistką i klarnecistką Isabelle Duthoit, to dla Johna Butchera nowa sytuacja sceniczna. Jak sam stwierdził przed koncertem, spotkali się do tej pory tylko raz w ramach jego dużego składu +13, w trakcie koncertu, który miał miejsce trzy lata temu. Francuzka jest rzecz jasna świetnie znaną postacią europejskiej muzyki improwizowanej, znamy ją z kilku naprawdę znakomitych płyt, ale kto nie widział jej na żywo, ten nie wie, z jak niebywałą artystką mamy do czynienia. Z jednej strony możliwości wokalne, szerokie spektrum akcji, zmysł dramaturgiczny, zdaje się, że także żelazne struny głosowe, z drugiej przebogata mimika, bez wątpienia talent aktorski, do tego niezaprzeczalny wdzięk i niebywały temperament. Isabelle wyniosła Cafe Oto na najwyższe szczeble nieba, fantastycznie kooperowała z saksofonami jubilata, a nawet sprawiała, iż ten ostatni wznosić się musiał na szczyty swojej kreatywności (co zresztą jest dla niego sytuacją całkowicie naturalną), by nie tylko zwinnie podążać za Isabelle, ale także stwarzać nowe sytuacje dramaturgiczne. Innymi słowy – genialny, niespełna 40-minutowy set.



 

Po kilkunastominutowej przerwie Butcher wrócił na scenę ze swoimi stałymi współpracownikami – pianistą i elektronikiem Patem Thomasem oraz perkusistą Ståle Liavikiem Solbergiem. Panowie mają w dorobku dwie płyty, które – jak się okazuje – są zapisem ich jedynych koncertów w tym składzie. Zatem na urodzinowym przyjęciu Johna zagrali ze sobą po raz … trzeci w życiu. Muzycy zaprezentowali zgrabny, odrobinę stonowany set, który po trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce na początku tego dnia, zdał się być przewrotną formą … relaksacji. Thomas operował wyłącznie dość delikatnymi dźwiękami syntetycznymi (de facto generowanymi dwoma niewielkimi, okablowanymi tabletami), Solberg czynił jak zawsze swoją perfekcyjną doskonałość filigranowego post-drummingu, Butcher zaś pozostawał w roli inspiratora, demiurga, która wsłuchuje się w akcje partnerów, będąc na scenie delikatnie wycofanym. Być może była to chwila oddechu po szaleństwach z Isabelle i … przed ich kolejną porcją.

Finał soboty, czyli zakończenie urodzin, to kolejny na imprezie kwartet ad hoc, który kompilował całą czwórkę muzyków, jaka tego dnia zameldowała się w Cafe Oto. Thomas tym razem sięgnął po brzmienie fortepianu (zarówno inside piano, jak i wprost z klawiatury), Solberg postawił na jeszcze większą molekularność przekazu dźwiękowego, a środek sceny należał do Duthoit i Butchera, którzy zachwycili nas kilkadziesiąt minut wcześniej. John w tradycyjnej sekwencji tenor-sopran-tenor, Isabelle poza głosem, także klarnet. Ten spektakl można by w zasadzie skwitować tymi samymi komplementami, jakimi obdarzyliśmy duetowy performance Anglika i Francuzki. Duthoit rządziła na scenie, na klarnecie wchodziła w post-melodyjne dialogi z Butcherem, permanentnie inspirowała parterów, ci zaś reagowali wprost wspaniale, czyniąc ów występ kolejnym złotym momentem wspaniałych urodzin Johna. Uff…

See you next time Dear John! Cafe Oto, happy to be here again!

 

Zdjęcia własne, bez praw autorskich: John (1), Angharad i John (2), Isabelle i John (3).