Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frédéric Blondy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frédéric Blondy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2026

Éliane Radigue! Asymptote Versatile and other acoustic stories!


Ta muzyka, to medytacja nad stanem niestabilności, to metafizyka chaosu i niepewności.

Tymi słowami, zawartymi w albumowym credits, Gascia Ouzounian zachęca nas do sięgnięcia po podwójne wydawnictwo Naldjorlak, które konsumuje dwa wykonania kompozycji Éliane Radigue na wiolonczelę solo. Podmiotem wykonawczym jest tu Charles Curtis, a oba koncerty (paryski i kalifornijski) dzieli czternaście lat.

Kompozycje, wykonania i krążące wokół tych tajemniczych słów podobne im określenia rzadko pojawiają się na blogu poświęconym muzyce improwizowanej. Sama francuska kompozytorka gości wszakże na Trybunie nie po raz pierwszy. Nie dalej jak kilka tygodni temu album Asymptote Versatile (1963-64) został autorytarnie uznany za jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Radigue jest tu rzecz jasna kompozytorką, a wykonawcą dwunastoosobowy ansambl dęto-strunowy pod artystyczną opieką świetne nam znanego walijskiego harfisty Rhodri Daviesa. Temu albumowi poświecimy kilka zdań w dalszej części naszej dzisiejszej contemporary story.

 


Éliane Radigue kilkanaście dni temu ukończyła … 94 lata (Happy Birthday!), od mniej więcej ćwierćwiecza jest niekwestionowaną królową awangardowej kompozycji współczesnej (jakkolwiek idiotycznie nie brzmi ów epitet), a jej dzieła zdają się wypełniać portfolia artystów i orkiestr całego świata, oczywiście tych, które w muzyce szukają odpowiedniego poziomu kreacji i czegoś więcej niż prostych melodii i równie zbytecznych tonacji. Nie będziemy dziś pisać biografii tej niezwykłej artystki – odsyłamy do sieci globalnej, coraz bardziej nowoczesnych generatorów AI, a także do krajowego czasopiśmiennictwa, które na okoliczność twórczości Francuzki zdołało popełnić kilka intrygujących tekstów.

Sama Radigue komponowanie dla innych artystów, szczególnie na instrumenty akustyczne, rozpoczęła dopiero w nowym milenium, po latach samowykonawstwa przy użyciu instrumentarium elektroakustycznego, głównie eksperymentowania z taśmami magnetycznymi i feedbackiem. Obszar twórczości akustycznej Éliane interesuje nas szczególnie i bez cienia wątpliwości godny jest uwagi także miłośników swobodnej improwizacji. Jej kompozycje nie są notyfikowane graficznie, to na ogół zbiór instrukcji, które kompozytorka przekazuje wykonawcom na etapie prób i długich rozmów na temat potencjału danego instrumentu i kreatywności samego muzyka. Efektem tego wszystkiego są niekończące się dronowe ekspozycje o walorach zdecydowanie medytacyjnych, śmiało wpisujące się w pojęcie deep listening, czyli tzw. głębokiego słuchania. To z całą pewnością strumienie fonii dedykowane do skupionego odsłuchu słuchawkowego. Tym wspanialej realizują się one w cichych, stonowanych, niekiedy mrocznych ekspozycjach na instrumenty akustyczne.

  


Takim właśnie nagraniem jest anonsowany wyżej album Asymptote Versatile (1963-64). Sześć instrumentów strunowych i tyleż dętych w rękach i ustach artystów, których znamy zarówno ze współczesnej sceny free impro, jak i wielokrotnego wykonawstwa kompozycji Radigue. Prezentowany na albumie utwór nie był zapewne pisany w kontekście instrumentarium akustycznego, zdaje się być przeto jeszcze bardziej intrygujący.

Koncert zarejestrowano na festiwalu muzyki współczesnej w brytyjskim Huddersfield ponad dwa lata temu. Wypełnia go jeden, ponad czterdziestominutowy minutowy strumień dźwiękowy, który niczym epistoła typowa dla legendarnego AMM nie ma początku, ani końca. Muzyka faluje jak wystudzony ocean, płynie dętymi wdechami i długimi strunowymi wydechami. Jest na swój sposób powtarzalna, stroni wszakże od minimalizmu, ma posmak medytacji, ale czynionej mocą wielkiej orkiestry. Narracja miewa chwile postoju i tonie wtedy w ciszy, ale to ledwie krótkie inteludia, które wynoszą opowieść na kolejne szczeble dramaturgicznego wtajemniczenia. W toku wielominutowej opowieści strumienie dęte i strunowe nakładają się na siebie, przenikają wzajemnie, interferują, niekiedy groźnie pomrukują. Szczególnie ciekawie robi się w sytuacjach, gdy dzieło kreacji biorą na swoje barki niskie dęciaki – klarnet basowy i basowy puzon. Dla tych ostatnich przeciwwagą są skrzypcowe uniesienia - wszystko wszakże pozostaje w stanie brzmieniowej i dramaturgicznej równowagi. Stabilny, dobrze kontrolowany finał poprzedza passus melodii, któremu mogliśmy śmiało nadać miano post-barokowej. Ostatnia prosta przypomina wielki wydech, choć czyniony w trwodze zaniechania. Ta piękna podróż, jak niemal każda z muzyką Radigue, mogłaby się nigdy nie kończyć.

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64) (Amgen, CD 2025). Xavier Charles – klarnet, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Julia Eckhardt – altówka, Bertrand Gauguet – saksofon altowy, Susan Geaney – flet basowy, Dominic Lash – kontrabas, Thierry Madiot – puzon basowy, Aonghus McEvoy – gitara, Hannah Miller – rożek francuski, Ailbhe Nic Oireachtaigh – altówka, Carol Robinson – klarnet basowy. Kompozycja Éliane Radigue, nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, listopad 2023. Jeden utwór, 44 minuty.

 

*****

 

Jeśli pragniemy zanurzyć się w strumieniu jak najbardziej współczesnych kompozycji Radigue, tych po części medytacyjnych, minimalistycznych, budowanych z mozołem i wyjątkowo cierpliwie przez wąskie, zaufane grono wykonawców, winniśmy sięgnąć po cztery albumy zatytułowane Occam Ocean, a wydane w latach 2017-2021 przez francuski label Shiiin (niestety nieposiadający strony bandcampowej).

 


Album Occam Ocean 1 (pomieszczony na dwóch dyskach kompaktowych) zawiera pięć kompozycji w wykonaniu trojga artystów, którzy m.in. współtworzyli album omówiony kilka chwil wcześniej – Carol Robinson na instrumentach dętych, Julie Eckhardt na altówce i Rhodri Daviesa na harfie. Wydawnictwo zawiera trzy solowe wykonania, kobiecy duet i finałową ekspozycję współtworzoną przez całą trójkę. Szczególnie pięknie brzmi ostatni utwór zatytułowany Occam Delta II, bazujący na pulsujących, preparowanych frazach harfy, altówki i klarnetu basowego – dwadzieścia pięć minut nerwowej medytacji, której nie powstydziłby się żaden festiwal muzyki … swobodnie improwizowanej.

Kolejne dwie pozycje cyklu Occam Ocean śmiało rywalizować mogą o miano tych najpiękniejszych, najdobitniej obrazujących akustyczny wymiar muzyki Radigue. Wydawnictwo Occam Ocean 2 zawiera jedną, prawie godzinną kompozycję w wykonaniu francuskiej orkiestry ONCEIM, którą znamy także z dokonań na polu muzyki improwizowanej. Na czele 30-osobowej formacji stoi pianista Frederic Blondy, który tu wciela się jedynie w rolę dyrygenta. Kilka wykonań rzeczonej kompozycji na orkiestrę można obejrzeć na najpopularniejszym portalu z obrazkami. Okazuje się, iż zadanie Blondy’ego sprowadza się jedynie do obserwowania muzyków i dawania incydentalnie drobnych sugestii, co do poziomu natężenia dźwięku. Muzyka znów jest tu wielkim oceanem, delikatnie szarpanych przez strumienie instrumentów strunowych, dętych i perkusyjnych. Szczególnie efektownie brzmi, gdy prym wiodą te ostatnie.

Occam Ocean 3, to trzy kompozycje oddane we władanie wyłącznie instrumentom strunowym i trójce artystek – Deborze Walker (violincello), Julii Eckhardt (altówka) i Silvii Tarozzi (skrzypce). Album otwiera duet violincello i skrzypiec, potem słuchamy solowej ekspozycji violincello, a nagranie wieńczy kompozycja na wszystkie trzy instrumenty. Utwór inaugurujący ten wyjątkowy album w pierwszej fazie opiera się na zlęknionym, na poły melodyjnym śpiewie obu strunowców, czynionym na prawdziwie egzystencjalnym wdechu. W dalszej fazie nagrania opowieść gęstnieje, by ostatecznie osiągnąć stan oleistej zawiesiny. Jeszcze efektowniej brzmi violincello w utworze drugim, który płynie z samego dna ciszy, pełen boleści i trwogi, nabierając z czasem intrygującej, niemal post-barokowej postaci. Finał grany w trio wystawia nas na doznania, z których trudno otrząsnąć się przez kilka kolejnych godzin.

Nieco innych wrażeń dostarcza nam Occam Ocean 4, gdyż bazuje na brzmieniach instrumentów dętych i głosu, a udział jedynego instrumentu strunowego ma charakter bardziej okazjonalny. Ponownie to rejestracja trzech kompozycji Radigue w wykonaniu trójki artystów – saksofonisty altowego Bertranda Gaugueta, wokalisty i altowiolinisty Yannicka Guedona (tu viola da gamba) oraz Carol Robinson, która frazuje na dętym instrumentarium. Ta opowieść wydaje się mniej płynna, bardziej obudowana frazami zatrzymanymi w kadrze i pulsująca niczym dawne, elektroakustyczne instrumentacje Radigue. Środkowy fragment albumu to ekspozycja wokalna (barytonowa), która sieje niepokój i wydaje się bardzo daleka od medytacyjnego charakteru większości akustycznych kompozycji Éliane. Sama w sobie intrygująco dopełnia paletę estetyczną Occam Ocean, ale z perspektywy trybunowego podsłuchiwacza wydaje się mniej interesująca.

 


Parę akapitów temu ustaliliśmy, iż celem dzisiejszej epistoły nie jest kreślenie biografii kompozytorki, zatem zatrzymajmy naszą uwagę jeszcze na trzech albumach z bogatego portfolio kompozycji na instrumenty akustyczne (lub prawie akustyczne).

Szczególną atencją warto otoczyć kompozycję Occam Delta XV, przygotowaną dla kanadyjskiego kwartetu smyczkowego Quatuor Bozzini (Clemens Merkel, Alissa Cheung, Stéphanie Bozzini, Isabelle Bozzini). Klasycznie zestawiony skład instrumentalny (podwójne skrzypce, altówka i wiolonczela) prezentuje na płycie dwa wykonania tej samej kompozycji. To niebywale emocjonalna, żarliwie smutna, urokliwie piękna strunowa opowieść/ medytacja, która w pierwszej wersji zdaje się być pełna życia, w drugiej niepodziewanie gaśnie i ewidentnie obumiera, choć zapewne oba wykonania powstały w oparciu o ten sam scenariusz zdarzeń wypracowany przez kompozytorkę i czwórkę muzyków, która także … gościła na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025 (w tym przypadku z kompozycjami Jürga Freya).

 


Do grona najznamienitszych kompozycji akustycznych Radigue z pewnością zaliczyć możemy album bez tytułu zawierający dwa utwory: Occam - Hepta I w wykonaniu Ensemble Dedalus i Occam XX w wykonaniu Ryoko Akamy. Szczególnie ten pierwszy wyzwala w niżej podpisanym prawdziwe eksplozje endorfin. Septet w składzie Deborah Walker (violincello), Didier Aschour (gitara), Pierre-Stephane Meuge (saksofon), Thierry Madiot (puzon), Christian Pruvost (trąbka), Cyprien Busolini (altówka) oraz Silvia Tarozzi (skrzypce) zaczyna swój występ w głębokiej ciszy i tam też go kończy, a w tak zwanym międzyczasie faluje/ pulsuje/ medytuje na delikatnie wzburzonym oceanie paletą równie soczystych, jak i niepokojących dźwięków dętych i strunowych, niejako konsumując wszelką jakość jaką dostarczają akustyczne kompozycje naszej dzisiejszej bohaterki. Album uzupełnia druga kompozycja, która wykonywana jest przez Ryoko Akamę na syntezatorze i może doskonale przenieść słuchacza do świata syntetycznych kompozycji Francuzki.

  


Na definitywne zakończenie dzisiejszej opowieści jeszcze jedna rekomendacja. Kompozycja Elemental II na gitarę basową i kłębowisko kabli w wykonaniu Kaspera T. Toeplitza. Nagranie rodzi się w gęstej chmurze elektronicznych szumów i drobnych zgrzytów, w dalszej fazie intrygująco ucieka w mroczny, post-gitarowy ambient. Znów skupienie, niepowtarzalne brzmienie i niekończąca się medytacja - balansowanie na linie, głębokie oddychanie i takież słuchanie. Najlepiej w dobrych słuchawkach.

 

Po szczegóły dyskograficzne albumów prezentowanych w drugiej części tego tekstu zapraszam na podstronę discogs.com dedykowaną Eliane Radigue.

 

 

 

piątek, 10 października 2025

Michel Doneda & Frédéric Blondy in Points of Convergences!


Dwóch Królów francuskiej, swobodnej improwizacji, obiekt sakralny w samym sercu niepowtarzalnego Paryża i prawie sto minut dźwięków jedynych w swoim rodzaju. To nic, że musieliśmy czekać na nie całe jedenaście lat. Najlżejsze odmiany saksofonów i fortepian wyposażony w długie struny i wielkie pudło rezonansowe. Odpływamy w niebyt odsłuchu, gubimy tropy, zacieramy ślady. Nie planujemy drogi powrotnej.

 


Nagranie Michela Donedy i Frédérica Blondy’ego powstało jednego wieczoru i składa się z ośmiu opowieści, które trwają od ledwie kilku minut, to dwóch pełnych kwadransów. Ta pierwsza rozpoczyna się dość leniwie. Z tuby saksofonu snuje się melodia niesiona spokojnych oddechem cyrkulacyjnym. Obok szeleszczą struny fortepianu. Wszystko zdaje się z czasem popadać w stan postępującego rezonansu, chwilami nabierając niemal post-industrialnej faktury. Frazy wiją się niczym węże gaszone mrokiem ciemnych korytarzy. Druga opowieść wybudza wszystkich z głębokiego snu. Saksofon pokrzykuje, klawisze piana stawiają stemple kardynalnej obecności. Hałaśliwa dęta biel w opozycji do masywnej, fortepianowej czerni. Niektóre akcje artystów noszą znamiona substancji free jazzowej.

W trzeciej odsłonie parada świstów i szumów o dużym poziomie intensywności, powleczona niewidzialną, nieistniejącą warstwą elektroakustyki. Piano wpada w nostalgię delikatnych klawiszy, sopran wznosi ku górze strzeliste drony. W kolejnej opowieści oba instrumenty drżą i rezonują donośnym śpiewem. Narracja nie po raz pierwszy tego wieczoru wydaje się nad wyraz głośna, niemal noise’owa, ale toczy się w tempie marsza pogrzebowego. To jakby ceremonia umierania, ale też ulotna lewitacja. Na odchodnym saksofon nabiera masy i sprawia wrażenie groźnego zwierza.

Początek drugiego albumu w zestawie otwiera monumentalna, prawie trzydziestominutowa improwizacja. To rodzaj wystudzonej, niekończącej się medytacji. Od mrocznego dna, po nieosiągalne szczyty górskie. Wszystko podszyte minimalizmem i nerwem rytmu skrytym głęboko w pudle rezonansowym piana. Dla kontrastu szósta, kilkuminutowa opowieść, to erupcja dynamiki, ekspresji, siły saksofonowej, okazjonalnie preparowanej tuby i mocy dynamicznych klawiszy.

W trakcie przedostatniej części muzycy znów zabiera ją nas na lewitujący spacer w nieznane, gdzie pojęcie upływającego czasu jest paradygmatem nieistotności. Ukojenie, szorstki spokój, szczypta perkusjonalnych akcji piana i saksofonowego przedechu. To rodzaj kołysanki dla jeszcze niewystygłych umarlaków. W pudle rezonansowym dzieją się post-akustyczne cuda, nie brakuje pokrętnego rytmu, w tubie saksofonu mości się sporo brudnych, wykolejonych fraz. Finał płynie wszakże z ciepłej klawiatury i melodyjnie usposobionego dęciaka. Ostatnia historia niespodziewanie sięga po atrybuty jazzu. Z klawiatury, z dużą dawką melodii, z niemal klasycznym sznytem czystości gatunkowej. To skoczne i radosne zakończenie.

 

Michel Doneda, Frédéric Blondy Points of Convergences (Relative Pitch, 2CD 2025). Frédéric Blondy – fortepian oraz Michel Doneda – saksofon sopranowy, sopranino. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, czerwiec 2014. Osiem improwizacji, 96 minut.




 

wtorek, 17 września 2024

Frédéric Blondy in two Relative Pitch’ drones!


Francuski pianista Frédéric Blondy nie często bywa gościem mediów skoncentrowanych na muzyce improwizowanej. To artysta na tyle wszechstronny, zorientowany ponadgatunkowo, iż poszukiwanie go w jakiejkolwiek szufladzie stylistycznej wydaje się być z góry skazane na niepowodzenie.

Szczęśliwie nowojorski The Relative Pitch Records letnim czasem dostarczył nam aż dwa nowe albumy z udziałem rzeczonego artysty, dla których improwizacja jest główną metodą pracy. Jeden z nich, to Onceim - orkiestra nowych kreacji, eksperymentów i improwizacji, której Blondy jest szefem (dyrektorem artystycznym), drugi album, to ekspozycja pracującego wspólnie od lat kwintetu Hubbub, którego jedną piąta potencjału stanowi osobowość artystyczna pianisty.

Co niezmiernie intrygujące, obie formacje mają pod względem estetycznym wiele ze sobą wspólnego. Prowadzą żmudne, skupione, równie post-kameralne, jako i post-eksperymentalne improwizacje, które tylko od czasu do czas popadają w spazm nadekspresji. Rozbudowana, ponad 30-osobowa orkiestra potrafi być niebywale subtelna, z kolei kwintet w stadium rozbłysku bywa efektowny, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Oba albumy łączy jeszcze jedna cecha – są doprawdy wyśmienite i już teraz - z niemal stuprocentową pewnością - trafiają na naszą coroczną listę best-off.



 

Onceim

Trzynaście instrumentów strunowych (w tym dwie gitary), trzynaście instrumentów dętych, fortepian, akordeon, trzy zestawy perkusyjne i dwa wyposażone w elektronikę, wreszcie osoba dyrektora artystycznego, który jedynie czuwa na całością wykonu, albowiem nic nie wskazuje, by pełnił rolę instrumentalisty lub dyrygenta. Oto Onceim w pełnej krasie, którego moc rażenia wydaje się przeogromna. Album zawiera trzy utwory – ten pierwszy trwa prawie pięćdziesiąt minut, dwa kolejne to już krótsze formy. Nagrania pochodzą z lat 2018-2020, czyli swoje odczekały, by ujawnić światu swe niewątpliwe powaby.

Otwarcie lepi się z fonii, którym nie sposób w każdym przypadku nadać miano instrumentalnych – plejada szmerów i szumów, pojedyncze szarpnięcia za struny, delikatnie drżące smyczki, akcenty percussions i zatrwożone, dęte wyziewy jeszcze nieuformowane w drony. Wielka machina w uśpieniu, dyszy i leniwie dygocze. Gdy flow zaczyna niewinnie narastać, zdaje się od razu eksplodować wielowarstwową urodą i zmysłową linearnością. Pięknie zgrzyta, pojękuje, ale i kąsa mikro melodiami. Nim wybije kwadrans opowieść zaczyna piąć się ku górze niesiona rytmicznymi dźwiękami gongu. Całość nabiera pewnej ptasiej ulotności, przypomina mewy w locie wnoszącym i tupot gęsich stóp, ale i grzmoty nadchodzącej letniej burzy, piąta pora roku Vivaldiego po przedawkowaniu. Po upływie dziesięciu minut orkiestra zaczyna szukać ciszy. Proces skutkuje jednak plejadą nerwowych, także elektroakustycznych incydentów i po ledwie kilku minutach opowieść formuje się w efektowne crescendo. Ale i tu w końcu artystów dopada mrok ciszy. Wzdychają, nucą strzępy melodii, kołyszą się na wietrze. Dobijają do końca w stanie niemal ceremonialnego rozmodlenia.

Druga część tego niezwykłego albumu nie trwa nawet dziesięciu minut. Dociera do nas z gęstej mgły, obleczona poranną rosą, nasycona dramaturgicznym zawahaniem. Tworzą ją oniryczne pasaże dętych, skrzypienia i szelest talerzy. Ta kołysanka ma jednak prawdziwie złowieszczy background. Buduje linearną narrację korzystając z minimalistycznych fraz kontrabasów. Dość szybko wchodzi w stan finalizacji, który zdaje się być trudnym, górskim podejściem realizowanym w trakcie szybko nadchodzącego zmierzchu. Trzecia improwizacja, choć powstała w tej samej lokalizacji, co pierwsza, brzmi inaczej, bardziej przestrzennie, operuje jeszcze szerszym spektrum dźwięku, choć jako całość wydaje się dość matowa. Instrumenty dęte preparują, perkusje pracują tuż przy podłodze, strunowce gaworzą z elektroakustyką i zgrzytają zębami. Kilkuminutowy proces narastania sprawia, iż Onceim przez moment sprawia wrażenie wielkiej, freejazzowej maszyny śmierci. Po czasie krzyki, lamenty, demoniczne westchnienia szyją niemal monumentalną, dronową ekspozycję. Po upływie dziesiątej minuty narracja zaczyna przygasać. Pozostaje jednak kłębowiskiem nerwowych akcji i równie kompulsywnych interakcji. Dopiero ostatnia prosta niesie iskierkę nadziei, post-melodyjnego uspokojenia.



 

Hubbub

Na spotkaniu kwintetowym odnajdujemy trójkę muzyków, którzy uczestniczyli w ekscesach orkiestrowych. To samo miejsce, zbliżony punkt na osi czasu. Piano, dwa saksofony, gitara i perkusja w dwóch rozbudowanych improwizacjach – ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga prawie dwadzieścia.

Rezonujące, saksofonowe drony, talerze eksponowane skromnym drummingiem, drobne incydenty wprost z klawiatury piana i gryfu gitary tworzą kameralne otwarcie, pełne echa utraconych melodii i mantry niedopowiedzenia. Dość sprawnie uformowany, linearny flow zdaje się tu być czteroramiennym dronem, upstrzonym minimalistycznym, perkusyjnym stepem. Dużo dobrego w tle czyni gitara – rezonuje, pulsuje basowo. Gdy kwintet narasta na pełnym wydechu, mamy wrażenie, że znów znaleźliśmy się na koncercie Onceim. Ale tu, w małej grupie improwizatorów, zamiana w źdźbło ciszy następuje w ułamku sekundy. Narracja w dalszej fazie utworu jest nade wszystko dronowym up & down. Gitara stawia na minimalizm, ale jakże twórczy, kontrapunkty piana i perkusji stymulują emocje, dęte westchnienia koją nerwy. W połowie opowieści pojawia się śladowy rytm wprost z gitary, a flow zdaje się być bardziej intensywny. Po kilku minutach energia zdaje się jednak opuszczać muzyków. Improwizacja wchodzi w stadium onirycznej lewitacji. Nim ostatecznie skona, nabiera jeszcze krwi i efektownie pęcznieje mocą ludzkich mięśni. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, drżą czarne klawisze piana, dęte nadymają się, a perkusja stawia nerwowe stemple.

Drugą opowieść otwiera dęty dron płynący z samego dna. Szeroko, ze szczebiotem dysz i rezonującymi tubami. W tle sączy się szum gitarowej amplifikacji i rezonują talerze. Narracja pęcznieje dzięki kolektywnym preparacjom, wydaje się być bardziej intensywna niż w pierwszej odsłonie albumu. Zgiełkliwa, prawdziwie diabelska kołysanka szuka hałasu i niemal go odnajduje. Improwizacja wchodzi teraz w fazę dramaturgicznego zawahania. Są ślady rytmu perkusji, ale nie podjęte przez resztą załogi. Drony nabierają trwogi, ale stają się dość minimalistyczne. Dygocząca, ale powolna narracja chłostana bywa perkusyjnymi blastami, które brzmią niczym grom z jasnego nieba. Po upływie kwadransa opowieść pnie się jednak ku górze. Ów kompulsywny dygot podkreślają smyczek i drżące tuby. Tracenie mocy obydwa się w bardzo nerwowej aurze. Wszystko przypomina tu agonię wielkiego zwierza w ciemnym lesie.

 

Onceim Laminaire (CD, 2024). Onceim (Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisations Musicales): Frédéric Blondy – dyrektor artystyczny, Patricia Bosshard, Prune Bécheau – skrzypce, Cyprien Busolini, Elodie Gaudet, Julia Robert – altówki, Félicie Bazelaire, Anaïs Moreau, Deborah Walker – wiolonczele, Sébastien Beliah, Benjamin Duboc, Frédéric Marty – kontrabasy, Giani Caserotto, Jean-Sébastien Mariage – gitary, Xavier Charles, Jean Dousteyssier, Jean-Brice Godet, Joris Rühl – klarnety, Pierre-Antoine Badaroux, Bertrand Denzler, Benjamin Dousteyssier, Stéphane Rives – saksofony, Louis Laurain, Franz Hautzinger – trąbki, Alexis Persigan – puzon, Jean Daufresne, Vianney Desplantes – saxhorns, Alvise Sinivia – fortepian, Pierre Cussac – akordeon, Rémi Durupt, Antonin Gerbal, Julien Loutelier – perkusje, instrumenty perkusyjne, Arnaud Rivière, Diemo Schwarz – elektronika. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, październik 2020 (utwór 1), La Muse en Circuit, Alfortville, styczeń 2020 (2) oraz Eglise Saint-Merry, Paryż, kwiecień 2018 (3). Łącznie 75 minut.

Hubbub abb abb abb (CD, 2024). Frédéric Blondy – fortepian, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy, Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy, Jean-Sébastien Mariage – gitara elektryczna, Edward Perraud – percussion – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, sierpień 2019. Dwie improwizacje, 57 minut.



piątek, 10 grudnia 2021

Le GGRIL & Sommes! The birthday postcard!


Wielka Regionalna Grupa Wolnej Improwizacji (Le Grand groupe régional d’improvisation libérée), zwana skrótowo GGRIL, pochodzi z francuskojęzycznej części Kanady i gości na łamach Trybuny przy okazji każdej swojej nowej płyty. Od dwóch prawie lat Kanadyjczycy pod organizacyjnym przywództwem basisty Érica Normanda wybierają się do Europy, by uczcić 15-lecie swojej pracy artystycznej. Jeśli wieczna zaraza pozwoli, wiosną przyszłego roku (w ramach trzeciego podejścia!), akcja ta zostanie zakończona powodzeniem. A jeśli zaistnieje jeszcze kilka innych okoliczności, GRRIL zawita także do Poznania!

Nim ów ekscytująco zapowiadający się event dojdzie do skutku, śmiało możemy zasłuchiwać się w nowym, trzypłytowym wydawnictwie Orkiestry, które zbiera nagrania z lat 2013-2021 i prezentuje je w pięknej oprawie graficznej. GRRIL, jak to zwykle ma w zwyczaju, improwizuje grupowo wedle wskazań zawartych w materiale wcześniej przygotowanym, a jubileuszowa płyta nie stanowi wyłomu w tej dziedzinie. Na trzech efektownych krążkach znajdujemy siedemnaście utworów, które skomponowali następujący artyści: Frédéric Blondy, Robert Marcel Lepage, Lisa Cay Miller, Malcolm Goldstein, Caroline Kraabel, Allison Cameron, Martin Arnold, Lori Freedman, Michel F. Côté, Jean Derome oraz Gus Garside (brak danych potwierdzających, iż są to utwory stworzone wyłącznie na potrzeby tej akurat orkiestry).

Nim zaś zanurzymy się słowach opisujących dźwięki zawarte na krążku Sommes (Tour De Bras, 3CD 2021), poznajmy muzyków, którzy wykonują rzeczone kompozycje (albumowe credits nie rozbija składu na poszczególne utwory): Alexandre Robichaud – trąbka, Alexis Gagnier-Michel – wiolonczela, Antoine Létourneau-Berger - instrumenty perkusyjne, syntezatory, gitara akustyczna, Catherine S. Massicotte – skrzypce, Clarisse Bériault – obój, Éric Normand – bas elektryczny, kontrabas elektryczny oraz elektronika, Gabriel Rochette-Bériau – puzon, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, głos, Jonathan Huard – instrumenty perkusyjne, Luke Dawson – kontrabas, Marc-Antoine Mackin-Guay – barytonowa gitara elektryczna i gitara akustyczna, Mathieu Gosselin – saksofon barytonowy, Olivier D'Amours – gitara akustyczna i elektryczna, Pascal Landry – gitara klasyczna, Patricia Ho-Yi Wang – skrzypce, Robert Bastien – gitara elektryczna, słowa, Robin Servant – akordeon diatoniczny, Rémy Bélanger de Beauport – wiolonczela, bas elektryczny, Sébastien Côrriveau – klarnet basowy, gitara elektryczna, bas elektryczny, Thomas Gaudet-Asselin – bas elektryczny, słowa, Tom Jacques - instrumenty perkusyjne i gitara akustyczna oraz w roli gości: Martin Arnold – banjo i Quatuor Bozzini (Isabelle Bozzini – wiolonczela, Stéphanie Bozzini – altówka, Alissa Cheung – skrzypce, Clemens Merkel – skrzypce). Dodajmy, iż w rolę dyrygentów wcielają się tu: Jonathan Huard, Robert Marcel Lepage, Éric Normand, Allison Cameron, Martin Arnold, Rémy Bélanger de Beauport, Guido del Fabbro oraz Luke Dawson. Całość odsłuchu zajmie nam – bagatela! – prawie 190 minut! Welcome!

Analizując skład instrumentalny kanadyjskiej Orkiestry, nie sposób nie zauważyć, iż jest to dość specyficznie skonstruowany ansambl. Otóż w składzie GRRIL (niemal 20-osobowym, nie licząc gości) dominują gitary, także basowe oraz inne instrumenty strunowe, a reprezentacja instrumentów dętych ogranicza się do ledwie czterech takich przypadków. Nie ma w tym składzie perkusji - jedynie drobne zestawy instrumentów perkusyjnych, nie zawsze zresztą biorące udział w grze. Odnotujmy także śladowy udział dźwięków syntetycznych i elektronicznych.

 


Nagrania zawarte na trzypłytowym boxie Sommes, zarejestrowane na przestrzeni dziewięciu lat, zapewne w bardzo różnych zestawach personalnych, to prawdziwy kalejdoskop zdarzeń i wrażeń artystycznych. Co oczywiste, nie wszystkie nagrania trzymają kosmiczny poziom, który znamy z innych, bardziej jednorodnych koncepcyjnie płyt Orkiestry. Niektóre z nich zdają się być delikatnie przegadane, inne zbyt skoncentrowane na realizacji zamysłów kompozytów, ale błyskotliwych fraz, nietłumionych niczym emocji i kąśliwych, drużynowych improwizacji nie brakuje na każdym etapie nagrania. Po prawdzie najwyższy poziom trzyma pierwsze i ostatnie pół godziny tego wielopaku. Te momenty omówimy za moment szczegółowo, w przypadku pozostałych zaś utworów skupimy się na tak zwanym wrażeniu ogólnym, wskazując te chwile, które szczególnie przypadły nam do gustu.

Pierwsza, ponad 25-minutowa kompozycja znanego nam kanadyjskiego pianisty, to orkiestrowy majstersztyk! Zaczyna się niemal w zupełnej ciszy, od drobnych odgłosów ze sceny, szmerów, szurania nogami, mikro melodii z dętych tub. Jakże efektowne, ale wytłumione do granic kind of acoustic field recordings. Owo strunowe dark chamber z dętymi boleściami zostaje efektownie zgwałcone post-rockowym spiętrzeniem w okolicach 5 minuty. Narracja po tym ciosie chwieje się na nogach, rozlewa szerokim strumieniem i stara łapać na nowo oddech. Pojawia się intrygujący, elektroakustyczny posmak i ambientowe tło. Opowieść zaczyna gęstnieć, formować się w wielowymiarowy dron i nabierać post-industrialnych rumieńców (basy elektryczne robią swoje!). Jeszcze tylko kilka tajemniczych, niezidentyfikowanych fraz, garść syntetycznych wymiocin i Orkiestra w pełnym rynsztunku może zacząć wspinać się na bardzo efektowny szczyt. Po 20 minucie niespodziewany stopping! Wybudzenie następuje dzięki perkusjonaliom, kilku rytmicznym frazom serwowanym unisono i samotnemu klarnetowi basowemu. Niepokój sieje riff kontrabasu, a całość formuje się w koślawy marsz w kierunku efektownego zakończenia. Dźwięki umierają w obłokach szumów i post-akustycznych szmerów. Drobnym, ale wartościowym uzupełnieniem doskonałego początku płyty jest druga kompozycja, którą stanowi ledwie 2 i półminutowa ekspozycja minimalistycznej wiolonczeli.

Równie wyśmienicie wypadają kompozycje końcowe, których zestaw otwiera, również krótki, elektroakustyczny spazm szumów wypełniający trzynasty utwór. Zaraz po nim następuje kompozycja prawie 7-minutowa, doskonale obrazująca dalece ponadgatunkowy wymiar dokonań artystycznych GRRIL. Najpierw urywane frazy strun kontrapunktowane są przez pozostałe instrumenty, które zdają się sugerować post-jazzową intrygę. Nerwowe odgłosy, także ludzkie, coś na kształt połamanego rytmu. Wreszcie ostry smyczek, który zdaje się kroić narrację niczym brzytwa wstęgi jedwabne. Narracja nabiera śpiewności, pewnej dalekowschodniej melodyjności, pojawiają się echa post-rocka, a nawet uformowanego w zwarty strumień dźwięków avant-popu! Zaraz potem kolejne solowe interludium, które kreuje świszczący smyczek, przenoszący nas bezboleśnie do dwóch ostatnich kompozycji, które wynoszą poziom artystyczny orkiestry na szczyt godny kompozycji otwierającej Sommes. Pierwszą z nich (niespełna 5-munutową) otwiera chór basów, które niebywale nisko osadzone ryją bruzdy w ziemi. Jakże efektowne post-chamber, które zaprasza do zabawy pozostałych uczestników gry! Ci podłączają się z pewną dozą nieśmiałości, ale każdy wnosi tu swój indywidualny znak jakości. Nagle opowieść staje w miejscu i wszystko zaczyna przeradzać się w kompulsywny, elektroakustyczny szum. Dęte okrzyki, rytm od gitar i basów - cały konglomerat zmian. Pomysł goni tu za pomysłem, na ogół trafiając do celu. Wreszcie czas na wielki finał, tu prawie 11-minutowy. Do roli introduktorów znów stają basy, które zabierają ze sobą w podróż także klarnet basowy. Black chamber snuje dronowe, mrożące krew w żyłach strumienie dźwiękowe. Odzywają się także wyjątkowo smutne instrumenty dęte, które pną się z ku górze z piskiem, ale i pewną filigranowością. Znów wszystko staje w miejscu, a prym przyjmuje chór prawdziwie ludzkich głosów. Powrót instrumentów wyznacza szlak efektownej, choć kameralnej eskalacji. Po osiągnieciu szczytu opowieść obumiera molowymi dronami, na skraju których czeka na nas ostatni krzyk żywych gardeł!  

A cóż intrygującego dzieje się w tak zwanym międzyczasie - począwszy od trzeciej, a skończywszy na dwunastej kompozycji? Ta trzecia stawia na emocje, czasami wręcz rockowe, ale też tapla się w mroku i zadaje mnóstwo pytań, a ładnie zdobią ją preparowane perkusjonalia. Czwarta przypomina jarmarczny gwar sprośnych rozmów i kuglarstwa. Budowana jest trochę na zasadzie stylistycznej dychotomii post-rock vs. chamber, upstrzona drobinkami jazzu, a nawet wątkami trzecionurtowymi. Piąta wykreowana jest wyłącznie przez instrumenty akustyczne! Zlepiona z drobiazgów nabiera mocy kilkukrotnie, ale równie często ją traci. Szósta sięga po klasyczne dla jazzu i rocka grepsy, po czym konfrontuje je z mroczną kameralistyką. Siódma i ósma, to solowe interludia, odpowiednio gitary akustycznej i puzonu. Dziewiąta początkowo przypomina pop-chamber, z czasem zyskuje jednak na emocjach, faluje jak zimny ocean, kipi niczym wulkaniczny gejzer. Dziesiąta stworzona zostaje wyłącznie z dźwięków akordeonu i fraz strunowych, niepozbawionych melodii i dalekowschodnich naleciałości. Nie bez dłużyzn w pierwszej części, zyskuje na jakości dzięki improwizacyjnym fermentom rozsiewanym z wielu miejsc. Jedenasta ponownie stawia na dysonans, kołysze się od ciszy do wrzasku, bywa równocześnie oniryczna i kompulsywna. Obiecuje wiele, ale ewidentnie, nie ona jedna, przeładowana jest pomysłami, charakteryzuje się nadmierną zmiennością akcji. No i dwunasta kompozycja – sklecona z tysiąca małych dźwięków, które czasami wchodzą w bystre interakcje, innym razem toczą się obok siebie, potęgując wrażenie dramaturgicznego chaosu. Dobrze całości robi tu natomiast wątek wielośladowych gitar, rytmiczna postawa akordeonu i ciekawe, pijackie zaśpiewy trąbki. Post-jazzem pachnie w momencie, gdy ekspozycję duetową realizują perkusjonalia i coś, co brzmi jak wibrafon. Everything you want!



piątek, 19 listopada 2021

Michel Doneda, Frederic Blondy & Tetsu Saitoh! Spring Road 16!


Czasy znów mamy bardzo ciężkie - statystyki zapowiadały się na dużo lepsze, niż są w realu, na granicach dzieją się dziwne i niebezpieczne rzeczy, do tego jest płochy i przewilgocony listopad. Jednym słowem – umierać, nie żyć!

Na szczęście nasza ukochana swobodna improwizacja zawsze przyjść może z pomocą! Dziś bez specjalnych wstępów francusko-japońska petarda, wystrzelona przez muzyków znanych i doświadczonych, ale też takich, którzy przy każdym spotkaniu są nas w stanie zaskoczyć!

Doneda, Blondy i być może ten najważniejszy – Saitoh! Niespełna 39 minut muzyki, która na pewno zagości na naszym rocznym podsumowaniu płyt wybitnych a.d. 2021! Here we go!

 


Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnego kontrabasu, który od startu buduje jakby dwie narracje. Z jednej strony ryje bruzdy w ziemi smyczkowym dronem, z drugiej rysuje zmysłowe, lekkie, zadziorne frazy arco. Czy muzyk gra tu dwoma smyczkami, czy ma trzecią rękę, niech pozostanie tajemnicą tych, którzy widzieli ową rejestrację w pieleszach paryskiego studia nagraniowego. Saitoh nie zawłaszcza jednak całej przestrzeni tej definitywnie bardzo swobodnej narracji, pozostawia bowiem miejsce na lekki, frywolny sopran Donedy i mikro ekspozycje Blondy’ego na gołych strunach fortepianu. Narracja płynie wartkim strumieniem - na gryfie kontrabasu (który niepodzielnie rządzi sceną!) ciągłe zmiany sposobu maltretowania strun, saksofon skacze i opada, ale mimo swej pozornej lekkości, wciąż kąsa intrygującymi frazami, piano zaś dobrze się czuje w roli cerbera dramaturgicznego ładu i koherentności parametrów dynamiki improwizacji. Opowieść pulsuje intensywnością, ale bez trudu wpada też w nastrój melancholii, refleksji i egzystencjalnego oddechu.

Tymczasem narracja bez sekundy przerwy przenosi nas do drugiej części płyty. Muzycy na ten czas serwują nam piękną chwilę dramaturgicznego suspensu. Kontrabas piszczy jak kot wysokim arco, drży i szeleści, by po chwili rwać włosy z głowy post-jazzowym pizzicato. Saksofon konsekwentnie charczy i skrzypi, piano zaś wciąż w trybie minimal, duma nad losem steranej ludzkości. Tuż potem następuje krótka faza imitacji saksofonu i smyczka, ale znów z basowym tłem pełnym mrocznych odcieni. Emocje rosną, z każdej strony sceny wieje grozą, a etykieta acoustic industrial wcale nie wydaje się złym określeniem tego momentu opowieści. Zresztą zmiana goni tu zmianę, jak na karuzeli. Nagle kontrabas wchodzi w ostry tryb pizzicato i ciągnie improwizację na efektowne wzniesienie. Dynamika idzie tu także wprost z repetujących klawiszy piana. Saksofon nie chce być gorszy i wpada w całkiem niemałą eksplozję. Narracja faluje, jak na wzburzonym oceanie, nie bez iskierek oniryzmu, pewnej, niemal egzystencjalnej tajemnicy. Muzycy wodzą nas za nos, robią z nami, co tylko chcą. Mamy się śmiać? Mamy płakać? Uczynią wszystko, byśmy kołysali się rozhuśtanymi emocjami.

Nim upłynie kwadrans drugiej części płyty Saitoh zaczyna ekspresyjnie piłować struny, preparować dźwięki, burczeć i rzęzić jak gruźlik. Ale tym razem to minimalistyczne piano sprawia, iż improwizacja urokliwie tuli się do pierwszej napotkanej porcji ciszy. Wychodzenie na powierzchnie zdaje się tu być jeszcze bardziej piękne, ale i tajemnicze. Docierają do nas piskliwie dźwięki, ale konia z rzędem temu, kto powie, kto je wydaje? Piano? Trzecia ręka kontrabasisty? Saksofonowy ustnik? Muzyka czasami przypomina tu narastanie letniej burzy, czasem zdaje się być gęstą śnieżycą, innym razem przypomina chłodny i dżdżysty listopad! Nim wybije 20 minuta scenę zaczynają spowijać bardziej agresywne dźwięki, muzycy ewidentnie szukają zwady. Podniosły nastrój grozy wzmaga piano, które nagle przechodzi w tryb wyjątkowo czarnych, masywnych klawiszy. Nerwy i emocje pikują ku górze.

Finałowe ekscesy trójki improwizatorów zaczynają się mniej więcej 7-8 minut przed końcem. Najpierw dronowa faza imitacji saksofonu i smyczka (to już drugi raz!), która niespodziewanie przyobleka szaty brudnego post-baroku. Tymczasem opowieść zaczyna płynąć coraz szerszym korytem. Sprawia wrażenie smutnej, zatroskanej, by po chwili wejść w bardziej dynamiczny tryb i kierować się na ostatnie wzniesienie. Bas schodzi coraz niżej na kolanach, ale improwizacja pnie się ku górze. Powraca posmak zdrowego, akustycznego industrialu. Tuż po osiągnieciu szczytu narracja obumiera żywymi parsknięciami niemal pojedynczych dźwięków. What a game!

 

Michel Doneda, Frederic Blondy & Tetsu Saitoh Spring Road 16 (Relative Pitch Records, CD 2021). Tetsu Saitoh – kontrabas, Frederic Blondy – fortepian, Michel Doneda – saksofon sopranowy i sopranino. Nagrane w kwietniu 2016 roku, w studiu Radio Paris, jedna improwizacja podzielona na dysku na dwie części, łącznie 38 minut i 40 sekund.



wtorek, 6 listopada 2018

Paul Lovens & Anemone! A Wing Dissolved In Light!


Paul Lovens, wybitny niemiecki perkusista i perkusjonalista, przybywa do Polski na kilka koncertów! Wraz ze szwajcarskim gitarzystą Florianem Stoffnerem i swym rodakiem, klarnecistą Rudi Mahallem, zagra od 7 do 10 listopada w Warszawie, Poznaniu, Łodzi i Bydgoszczy.

Lovens, to obok dumnych synów Albionu, Paul Lyttona i Rogera Turnera, z pewnością najważniejsza postać swobodnie improwizujących perkusjonalii w historii gatunku. Dodajmy, iż Paul Lytton gościł w Polsce w ubiegłym miesiącu (z Orkiestrą Barry Guya), a Roger Turner zawita do naszego pięknego kraju także w najbliższych dniach. W duecie z pianistą Witoldem Oleszakiem zagra w Bydgoszczy, Poznaniu i Łodzi (odpowiednio 9, 10 i 11 listopada).

Nim obu tych wspaniałych muzyków zobaczymy na koncertach, pochylmy ucho i oko nad jedną z ostatnich płyt z udziałem Paula Lovensa, poczynioną zresztą w prawdziwie – nawet jak na kanony free improve – gwiazdorskim towarzystwie.




Wydarzenie koncertowe miało miejsce niemal dokładnie 5 lat temu, na Festiwalu Tampere Jazz Happening. Płyta dokumentująca to nagranie zwie się A Wing Dissolved In Ligh (LP, NoBusiness Records, 2017), a składa z dwuczęściowego nagrania… Une Aile Dissoute Dans La Lumiere. Przed nami kwintet, który przyjął nazwę Anemone: Peter Evans – trąbka piccolo, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Frédéric Blondy – fortepian, Clayton Thomas – kontrabas oraz Paul Lovens – jak to ma w zwyczaju: selected and unselected drums and cymbals. 50 minut swobodnej improwizacji, zapewne ze względów komercyjnych, określonej jako music composed by.

W ramach introdukcji drony z saksofonu, smyczek zawieszony na strunach, drżenie perkusjonalii, rodzaj narracji free improve granej… unisono. Zaraz potem głębokie piano, mała trąbka i przykład pierwszej, dalece sonorystycznej ekspozycji. Bogata faktura dźwięków kwintetu gwiazd, które lśnią od pierwszego rozdania. Improwizacja zdaje się być mocno osadzona w estetyce free jazzowej, ale raz za razem szuka fundamentalnego wyswobodzenia. W 5 minucie napotykamy na świetny dialog obu dęciaków, czyniony na tle zadziornej sekcji, a w niej skromny, ale błyskotliwy, skrupulatny i dynamiczny Lovens! Solowa ekspozycja Evansa zaraz potem, płynie po samych szczytach i pięknie wytłumia cały kwintet. Tuż obok, a może w samym środku wydarzenia, ornamenty na talerzach Lovensa, cuda w ustniku Butchera, no i smak wykwintnych preparacji Blondy’ego. Nowe rozdanie buduje się uroczymi dronami (w doskonałej komunikacja!). W 13 minucie trąbka i kontrabas snują jazzowy wątek. W sukurs idą im piano i sopran, kreśląc także swoją historię. Znów gęsto od dźwięków o bogatej fakturze. Kolejne wybrzmiewanie spotyka nas w 20 minucie. Pachnie dobrym jazzem na kilometr, ma klimat ecm-wski, ale to nie czyni tej sytuacji dyskomfortową dla recenzenta. Po chwili parada dźwięków lepi się do siebie, niczym w barwnej symfonii, pod bystre dyktando dęciaków. Pulsujący finał pierwszej strony czarnego krążka, tuż obok robótki ręczne Lovensa. 

Druga strona winyla, rzecz jasna, kontynuuje narrację, wszak jesteśmy na tym samym koncercie. Sonore z trąbki, pojedyncze akordy, szumy i mikrofazy, przykład uroczego minimal free improve! Od 5 minuty muzycy zwinnie rozpoczynają procesy eskalacji, tak indywidualne, jak i po czasie, zbiorowe. Butcher dmie w sopran, Lovens intensywnie korzysta z werbla. Zaraz potem Evans, Blondy i znów Lovens - fantastyczna parada mikroliderów. 10 minuta – brzęczący tenor i wspaniały mikro drumming, obok nich niemniej upalona trąbka - kolejna faza festiwalu small groups w ramach bazowego kwintetu. 14 minuta – początek etapu wybrzmiewania: preparacje w pudle fortepianu, szumy, drżenie i kołysanie w głębinach dźwięków. Nowa narracji rodzi się w bólu, pulsuje, pełna jest skupienia i małych dronów, powykręcanych meta rytmów Lovensa, czynionych do pary z sopranem. W tej opowieści nie ma pustych przebiegów, każdy muzyk chce być przy głosie, nie chce zmarnować choćby chwili, dać z siebie wszystko. W ramach podchodzenia do lądowania, zwinne expo piana, ale wprost z klawiszy. Tuż po nim rodzajowe call & response (przewodnik Evans!) wieńczy tę doskonałą płytę!