Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konstantin Samolovov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konstantin Samolovov. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2021

Reviriego! Faustino! Ward! Bagnasco! Massaria! Samolovov! The collection of solo improvisations as anti-pandemic weapon!


Solowe nagrania być może są najważniejszym wyróżnikiem czasów pandemii w obszarze szeroko rozumianej muzyki improwizowanej. Oczywiście tuż obok horrendalnej nadprodukcji muzyki, ale o tym zjawisku opowiadamy na tych łamach niemal codziennie.

Wielu muzyków w trakcie lockdownu, tudzież w okresach międzylokdałnowych, podjęło próby zmierzenia się z samotną, jakże wyczerpującą emocjonalnie improwizacją graną do lustra. W gronie muzyków, których lubimy lub o których często piszemy, próby te na ogół kończyły się powodzeniem, a niektóre przypadki pokazały nawet, iż potencjał kreatywności skończonej grupy improwizatorów jest dalece większy niż dotychczas podejrzewaliśmy. Oczywiście znamy też przykłady negatywne, ale te dostrzegamy na ogół w muzyce bliższej jazzowi, tudzież łagodnemu free jazzowi. Innym słowy – w najlepszej kategorii świata, czyli muzyce swobodnie improwizowanej, tak zwanych wtop było relatywnie najmniej.

Zatem z pełnym spokojem zapraszamy na nie pierwszą na tych łamach kolekcję recenzji płyt z solowymi improwizacjami, czasami przyobleczonymi w ramy kompozycji, czy też koncepcji artystycznej. Sześć smakowitych płyt, oczywiście bardzo różnych, choć w sumie bardzo sobie bliskich – dwa kontrabasy, trzy gitary elektryczne, a na koniec perkusja, ale wystawiona na szwank szalejących, prawie syberyjskich żywiołów natury.

Zaczniemy na ostro, nie pierwszą jakże challangową ekspozycją Àlexa Reviriego. Muzyk ten zdaje się przeciągać granice możliwości tzw. rozszerzonych technik gry na kontrabasie daleko poza widnokrąg międzyplanetarny. W dalszej kolejności, definitywnie dla kontrastu, silnie stąpający po ziemi solowy występ Hernaniego Faustino, który skutecznie przywróci nas do świata żywych. Autorem kolejnej płyty będzie Alex Ward, który zrobi dla nas krótki przegląd podgatunków muzyki … rockowej, używając do tego gitary z prądem. Kolejni dwaj gitarzyści solowi, także elektryczni, to Luciano Bagnasco i Andrea Massaria. Oba albumy tak samo do siebie podobne, jak zupełnie od siebie różne. Ach, ta nasza kochana free improv! Na finał Konstantin Samolovov, który wystawi swe członki oraz pewne elementy zestawu perkusyjnego na działanie silnego wiatru. Gwarantujemy duże emocje i całą masę niesamowitych dźwięków.

 


Àlex Reviriego  Raben (Tripticks Tapes, Kaseta 2021)

Druga solowa płyta katalońskiego kontrabasisty nagrana została zimą 2019 roku w miejscu zwanym V20, zapewne w ślicznej Barcelonie. Muzyk wystawia nasze uszy na ujmująco trudne dźwięki preparowanego kontrabasu w dziewięciu odcinkach, które trwają mniej więcej 41 minut.

Reviriego nie idzie w swej artystycznej drodze na skróty i wielka mu za to chwała. Jego solowe eksploracje czasami rzeczywiście nadwyrężają nasze receptory słuchu, ale też nie sposób się od nich uwolnić. Dodatkowo poziom kreatywności muzyka sprawia, iż trwająca niemal trzy kwadranse kanonada zrównoważonego acoustic noise nie nudzi choćby przez ułamek sekundy. Bezwzględnie zatem warto Katalończykowi te kilka chwili wieczności poświecić z należytą uwagą.

Na początku muzyk prawdopodobnie pociera smyczkiem o pudło rezonansowe kontrabasu. Szuka rezonansu i pierwszego dźwięku. Zaraz potem buduje nisko zawieszony dron, który jednocześnie drży i pulsuje, po czym szuka meta hałasu i bez trudu go odnajduje. W kolejnej części mamy wrażenie, że pudło rezonansowe oddycha, a skrzypienie smyczka po czasie wydawać się zaczyna ptasim skowytem. W czwartej opowieści muzyk gra czystym, post-barokowym tembrem, ale jakby zmodyfikowanym genetycznie. Po paru chwilach bawi się w rytmiczne, całkiem dynamiczne szorowanie strun, a flow improwizacji zdaje się nabierać wymiaru niemal elektroakustycznego. Szczególnie piękny wydaje się odcinek szósty, gdy muzyk zapuszcza się w rejony dark ambientowej ekspozycji. Jego strunowiec brzmi tu niczym zdezelowana melodica. Po chwili rży jednak niczym głodny niedźwiedź. Siódma historia trwa niewiele ponad minutę i jest pasmem nieokreślonego z imienia skowytu strun. Część przedostatnia, to pracująca, ale zepsuta szlifierka. Bardzo brudny sound sięgający głębokiej piwnicy. Na finał Alex przywraca nas do świata żywych. Gra czystym tembrem post-barok z każdą sekundą coraz mocniej uginając kolana.

 


Hernâni Faustino  Twelve Bass Tunes (Phonogram Unit, CD 2021)

Zgodnie z wcześniejszym anonsem improwizowana podroż kolejnego kontrabasisty, Portugalczyka Hernaniego Faustino, definitywnie przywróci nas do świata właściwie słyszących! Bardziej tradycyjna w formie i treści, ale nawet o włos niemniej frapująca! Dwanaście improwizacji, trwających niespełna 40 minut, powstało w najsłynniejszym studiu nagraniowym Lizbony, Namouche, w styczniu ubiegłego roku.

Muzyk stosuje na swojej pierwszej solowej płycie (lepiej późno niż wcale!) wszelkie dostępne sposoby gry na dużym instrumencie strunowym, ale nie przesadza z nadmiernymi preparacjami i absolutnie nie ma zamiaru dokonywać jakiejkolwiek rewolucji w tym zakresie. Na ogół stosuje technikę pizzicato, którą incydentalnie łączy w jednej improwizacji z techniką arco (jak choćby w części dziewiątej). Grywa spokojnie, grywa też nerwowo, czasami delikatnie pląsa, z rzadka galopuje. Czuć w tej grze rasowego jazzowego kontrabasistę, ale chwilami muzyk skory jest także pokazać nam swój rockowy, w jego przypadku jakże korzenny, sznyt emocjonalny (choćby w utworze trzecim). A wszystkie dostępne metody gry stosuje w utworze otwarcia, który zdaje się być małym przeglądem jego artystycznego portfolio.

Definitywnie najciekawiej dzieje się w improwizacjach, w których muzyk pracuje wytrwale smyczkiem. W części czwartej jego smyczek zgrzyta zębami, pracuje w trybie minimalistycznym, ale nie unika też skowyczących, pięknych zaśpiewów – zmysłowy post-barok w postaci klinicznej! W części szóstej smyczek delikatnie frazuje i czeka na echo, które uroczo komentuje zagrane przez artystę dźwięki. Improwizacja pachnie średniowieczem, stylową muzyką dawną. W części siódmej smyczek skacze po strunach i buduje całkiem perkusjonalną ekspozycję. Wreszcie finałowa, dwunasta improwizacja – piękny deep bowed bass, którego dźwięk dociera do nas z głębokiej krypty. Ecstatic slow motion dance to the end!

 


Alex Ward  The Trade (Café Oto, DL 2021)

Pierwsze dwa miesiące covidowego lockdownu, to czas wykluwania się koncepcji tego albumu, zaś sam akt rejestracji nagrania miał miejsce 28 maja ubiegłego roku. Alex Ward, jeden z naszych brytyjskich faworytów, tym razem bez klarnetu, wyłącznie na gitarze elektrycznej, proponuje nam trzy improwizacje, które trwają łącznie 43 minuty.

Ward przystępuje do dzieła z dużą energią i mocą sił witalnych, jakże niecharakterystycznych dla epoki lockdownu. Szyje nam zgrabnym, gęstym ściegiem post-rockowe, improwizowane opowieści. Przez moment sprawia nawet wrażenie, jakby nakładał na siebie ścieżkę gitary i basówki. Rysuje zadziorne frazy, stosuje dramaturgiczne przełomy i łamańce godne najlepszych wzorów amerykańskich bandów hc-punk z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Zmiana goni tu zmianę - tempa od umiarkowanych do niemal speed metalowych. Muzyk proponuje nam coś na kształt przeglądu rockowych gatunków, jakby pisał elementarz zagrywek dla adeptów sztuki gitarowej. Wszystko oczywiście czyni z mistrzowską klasą i techniką użytkową godną pozazdroszczenia przez wielu improwizujących gitarzystów. W połowie pierwszej improwizacji delikatnie zwalnia tempo, szuka psychodelii, dokleja nawet frazy pozbawione prądu. Raz za razem sprawia wrażenie, jakby przypominał sobie nowe wątki ze swojego bogatego dzieciństwa rockowego. Na finał tej części wpada w rozmazany ambient.

Część druga, najdłuższa zdaje się przenosić nas do krainy zachowań bardziej minimalistycznych, ale szukających też niemal post-bluesowych korzeni. Dopiero w połowie ponad 20-minutowej improwizacji Ward powraca do rockowej dynamiki, sięga nawet po post-metalowe grepsy. Pod koniec zwalnia i na kilka chwil wpada w post-gitarowy, oniryczny flow pełen tajemniczych fraz. Część ostatnia, dla odmiany najkrótsza, stawia na brudniejsze brzmienie, ale znów szuka rockowych, niemal klasycznych punktów odniesienia. Opowieść ma balladowe inklinacje, ale w jej środku tli się nerw niepokoju. Z czasem nabiera tempa, ale niespodziewanie rozpływa się w pogłosie. Na sam koniec mamy ochotę zapalić światełko lub uruchomić latarkę w telefonie, jak na prawdziwym rockowym koncercie gwiazd.

 


Luciano Bagnasco  Transitorio Permanente (Discordian Records, DL 2021)

Czas na kolejną improwizującą gitarę elektryczną! Tym razem spotkanie z Argentyńczykiem na ziemi hiszpańskiej (dokładnie w Badajoz, w kwietniu bieżącego roku). Luciano Bagnasco (to nasze pierwsze spotkanie!) i pięć swobodnych improwizacji (około 35 minut), które zdają się czerpać inspiracje z naprawdę wielu muzycznych gatunków, nie tylko z muzyki rockowej, jak to miało miejsce w przypadku wcześniej omawianego albumu.

Płyta bliżej nam nieznanego gitarzysty, nie dość, że przynosi całe mnóstwo intrygujących dźwięków, pomysłów narracyjnych i unaocznia niezliczone pokłady kreatywności artysty, to jest jeszcze nad wyraz ciekawie skonstruowana. Pierwsze cztery niezbyt rozbudowane improwizacje umiejętnie podprowadzają nas pod finałowy, trwający blisko kwadrans utwór, który zdaje się konsumować wszelkie komplementy, jakimi winniśmy obdarzyć tę skromną improwizację solową na gitarę elektryczną.

Pierwsze dźwięki sprawiają wrażenie, jakby muzyk znalazł się w głębokiej studni. Produkuje post-gitarowe preparacje, zniekształca dźwięki, jego instrument zgrzyta i piszczy, ale w tym tyglu ciekawostek artysta znajduje też miejsce dla podskórnego rytmu i szczypty melodii. W drugiej części wychodzi na powierzchnię i frazuje bardzo rockowo, ale brzmienie jego instrumentu wydaje się być bardzo syntetyczne. W kolejnej części wraca do owej studni, a wiele wygenerowanych tu dźwięków przypomina zmyślne nagrania terenowe. Są bogobojne lamenty, szczypta melancholii, a na koniec dynamiczne, gitarowe zapętlenia. W czwartej części muzyk bawi się dubową przestrzenią i wychodzi mu to doskonale - garść ambientu i cała plejada gitarowych przesterów. Wreszcie zapowiadany finał! Słyszymy dźwięki piana (?), zgrzyt metalowych przedmiotów. Muzyk preparuje struny, ale jakiego instrumentu? Oniryczny taniec po nieznanych terytoriach pięknieje z każdą sekundą tej improwizacji. Gitarowe przetworniki i cała masa tajemniczych czynności muzyka sprawiają, iż na koniec czujemy się jak na mrocznym koncercie post-techno, gdy bicie naszego serca zlewa się z uderzeniami maszyny. Muzyk nie stroni od hałaśliwych fraz, wciąż dodaje nowe elementy. Na końcu wpada w zmysłową repetycję i niebanalną sekwencję gitarowych spiętrzeń.

 


Andrea Massaria  New Needs Need New Techniques (Leo Records, CD 2021)

Kolejna gitarowa improwizacja solowa - znów dużo prądu pomiędzy strunami, wytrwała praca na gitarowych przetwornikach i całe garście inspiracji płynące z eksploracji malarstwa awangardowego (m.in. Jacksona Pollocka). W roli głównej Andrea Massaria, którego w drugiej improwizacji wspiera głosowo Francesco Forges, który wygłasza coś w rodzaju manifestu artystycznego. Ponieważ jego glos pętli się i multiplikuje, cały przekaz werbalny bierzemy w spory nawias autoironii. Włoski muzyk proponuje nam dziewięć improwizacji, które trwają łącznie 44 i pół minuty.

Pierwsza opowieść od samego początku wydaje się być dość gęsta, usiana dźwiękami incydentalnie hałaśliwymi, płynącymi wszakże jakby zza teatralnej kurtyny. Gitarowe przetworniki generują dużo tajemniczych fraz, a całość przypomina farbę, która leje się na płótna samego Pollocka. W drugiej części pojawia się wspomniany już głos, a gitara brzmi tym razem bardzo sucho, z czasem nabierając nieco ambientowej struktury. Zaraz potem instrument Włocha sięga po brzmienia syntezatorowe. Na tak zbudowanej bazie muzyk zaczyna frazować na jazzowo, trochę nieśmiało, ale stylowo. W czwartej improwizacji powraca nasz ulubiony Pollock, a muzyka znów skrzy się elektroakustycznymi drobiazgami, których zadaniem jest mącić nasz wewnętrzny spokój. Natomiast inkrustacje gitarowymi frazami w estetyce fussion jazzu niekoniecznie zdobią pozostałą część opowieści.

Kolejne dwie improwizacje zdecydowanie stawiamy po stronie plusów albumu.  Głosy z sampli i dużo niemal plądrofonicznych zjawisk, które z czasem nabierają dynamiki, nie stroniąc od dobrego hałasu gitarowego. Zaraz potem muzyk zaprasza nas do mrocznej krainy syntezatorów i szorstkiego ambientu. Dodaje do tego kilka fraz, które brzmią bardzo basowo. Siódma część zdaje się kontynuować te dobre praktyki, ale muzyk nadaje im nieco frywolności i taneczności, co wydaje się osłabiać mroczny efekt całości. W ósmej improwizacji pojawia się dubowe echo, obłoki ciszy i post-gitarowa syntetyka. Finałowa opowieść znów czerpie ze stylistyki ambientowej, dobrze czuje się w mrocznym klimacie, ale sięga też po rockowe i jazzowe grepsy, na moment pachnąc stylistyką Pata Metheny’ego. Szczęśliwie sam finał skrzy się bystrym, efektownie monotonnym dronem.

 


Konstantin Samolovov  Routes and Stops (self-bandcamp, DL/ CD 2021)

Ostatnią dziś solową ekspozycję nie powinniśmy zaliczać do muzyki swobodnie improwizowanej, jest bowiem definitywnie pewnym artystycznym konceptem. Rosyjski perkusista zaprasza nas na podróż po świecie, tworząc opowieść, którą śmiało moglibyśmy uznać na pewną metaforę rzeczywistości covidowego lockdownu. Nagrania powstały w latach 2017-2019 (a zatem przed zarazą!), w różnych miejscach, ze znaczącym wykorzystaniem dźwięków otoczenia, zarejestrowanych wewnątrz samochodu, w lesie, a także, zgodnie z opisem, na planecie Ziemia, w okolicznościach dalece miejskich. Dodajmy, iż dźwięki field recordings muzyk konfrontuje z brzmieniem zastawu perkusyjnego, smyczka, dźwięcznymi obiektami, a także odgłosami radia. Całość podzielona na trzy części trwa 43 i pół minuty.

Pierwsza opowieść trwa blisko 20 minut i tworzą ją dwa strumienie dźwiękowe – silnie wiejący wiatr (prawie wichura!) i dźwięki perkusji nagrane jakby w środku, w zamkniętym pomieszczeniu, w metaforycznie pojmowanej klatce. Z jednej strony żywy ambient hulającego wiatru, z drugiej elektroakustyka perkusji i obiektów zamknięta w głuchej przestrzeni. Same dźwięki preparowanej perkusji pojawiają się dopiero w drugiej połowie nagrania.

Druga, krótka opowieść, to w zasadzie zlepek kilkusekundowych sampli, alegoryzujących hałas życia miejskiego – maszyny budowalne, ludzkie rozmowy, beat techno etc. Z kolei ostatnia, znów długa część, to jakby repryza części pierwszej. Sam wiatr zdaje się wiać już dużo spokojniej, muzyk zaś konsekwentnie snuje swoją elektroakustyczną opowieść post-perkusyjną. Znów w drugiej połowie utworu narracja staje się bardziej interesująca, dzięki temu, iż muzyk przechodzi do fazy preparowania instrumentu i serwuje nam większą porcję żywych dźwięków. Cała płyta intrygująca pod względem koncepcyjnym, nieco wszakże monotonna, pozbawiana odpowiedniej dramaturgii pod względem czysto muzycznym.

 

 

 

piątek, 29 czerwca 2018

Phicus & Belorukov at Intonema! And the Other Tall Stories!


Petersburski label Intonema, jak donosi podtytuł jego strony internetowej, poświęcony jest muzyce improwizowanej, współczesnej, eksperymentalnej i całej tej szalonej reszcie! Artystycznie dowodzi nim bardzo ciekawy rosyjski saksofonista i eksperymentator w zakresie dźwięków elektroakustycznych - Ilia Belorukov.

Być może na moment, w którym Trybuna baczniej przyjrzy się dokonaniom Intonemy, musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, ale szczęśliwie, za jej przyczyną, kilka tygodni temu ukazała się druga płyta barcelońskiej formacji Phicus. To trio znamy i lubimy tu wszyscy, bo nie dalej, jak jesienią ubiegłego roku, Ferran Fages, Alex Reviriego i Vasco Trilla debiutowali fonograficznie w ramach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project. Najnowsza płyta nagrana została w towarzystwie właśnie Belorukova, zatem nie mogliśmy nad tym faktem przejść do porządku dziennego, bez odpowiedniego komentarza.

Dodatkowo dzięki uprzejmości wydawcy, w odtwarzaczach redakcji pojawiło się także kilka poprzednich płyt labelu, zatem czas dziś na skromny overview katalogu Intonemy. Przegląd zaczniemy, trzymając się znanej i lubianej na tych łamach zaburzonej chronologii, od płyty najnowszej*), a potem skrupulatnie będziemy cofać się w czasie, omawiając w sumie pięć ostatnich pozycji.
  




Phicus & Ilia Belorukov  K(nо́)t (Intonema 027, 2018)

Ubiegłoroczne lato w Barcelonie! Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja oraz Ilia Belorukov – saksofon altowy i mała elektronika. Cztery utwory z tytułami trwają 40 minut bez kilkunastu sekund.

Od startu dobiegają nas dźwięki z samych głębin tuby, rezonującego talerza, opiłek fonii na gryfie gitary, czy szorowania pudła rezonansowego kontrabasu. Wszystkie one dumnie kroczą, jeden za drugim, w oczekiwaniu na to, co może wydarzyć się za moment. Oto Phicus w wersji medytacyjnej, bez akcentów rockowych, czy post-rockowych, które niechybnie zdobiły ich debiutancki album Plom. Znacząca w tym moc sprawcza rosyjskiego saksofonisty, który na ogół stroni od ekspresyjnych zachowań i nierozważnych galopad. Świat fonii filigranowych dzwonków, prychów na dyszach, akustycznych ornamentów, migotliwych świecidełek na skraju dnia, w glorii zachodzącego słońca, gdy czuć już zimną nocą w powietrzu. Mikrobiologia improwizacji, mikrotonalność pojedynczego dźwięku. A na finał pierwszej części bardzo udane próby budowania, wzajemnie krzyżujących się, dronów z czterech akustycznych źródeł. Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, rodzi się z poziomu jeszcze bliższemu ciszy. Jeszcze dostojniejsza, bardziej oniryczna (zwłaszcza na gryfach), metafizycznie podwieszona w czasoprzestrzeni. Teraz mamy już chyba do czynienia w prawdziwą nanobiologią dźwięków - wielokolorowe szumy, głęboki rezonans, drobinki ołowiu w powietrzu. Narracja zaczyna delikatnie narastać, elektroakustyczna mieszanka ciała i krwi – zmysłowe, cierpkie nieoczywistości fonii, z silnym akcentem małej elektroniki w samym środku tej ekspozycji. Wytłumionej po niedługiej chwili szarpnięciami strun kontrabasu i skromną sonorystyką altu. Jakby rodziło się nowe życie dla całej czwórki muzyków. Więcej rwanych fraz, znaczące akcenty perkusyjne, drobne cuda na gryfie gitary. Szczypta dźwięków z nierozpoznawalnych źródeł (raczej akustycznych). Dzwonki Trilli wieńczą dzieło.

Czas na trzecią opowieść – klimat powolnej śmierci zostaje zachowany. Cisza, mikrozgrzyty gitary, napięcie zaniechania, chłód oczekiwania. Kontrabas wchodzi do gry jak niedźwiedź, nie do końca wybudzony ze snu zimowego. Obok ledwie sugerowany drumming. Narracja niczym upiorna kołysanka dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci, z głęboko zaszytą w sobie repetycją. Następny krok, to oniryczna sonorystyka, uprawiona jakby w poprzek przebiegu wydarzeń. Drżenie upoconych rąk, niepokój chwili, elektroakustyczny strach przed nieznanym. Jakby muzycy grali soundtrack do niemego horroru, jednego z klasyków gatunku. Sepia okładki płyty nie mówi nam chyba wszystkiego o intencjach jej twórców. Królestwo artystycznego minimalizmu zostaje osiągnięte. Na finał płyty rodzaj czterominutowej kody. Elektroakustyczny szum, drobinki akustycznych dźwięków ze strony wciąż jeszcze żywych instrumentów. Na tle tej narracji tempo orszaku pogrzebowego, to niemal galop. Na sam już koniec, przez krótki moment, nieco gęstsza faktura dźwięków, sonoryzujący Trilla, czyste dysze altu. Na ostatniej prostej tłumienie dawno już wytłumionych emocji.




Konstantin Samolovov & Alexey Sysoev  Varietas (Intonema 026, 2018)

Nadal lato roku ubiegłego, tym razem jednak moskiewski DOM Cultural Center. Konstantin Samolovov – wybrane elementy perkusji, obiekty, radio, rejestrator głosu oraz Alexey Sysoev  - no input mixing board (stół mikserski bez danych na wejściu) plus kilka, bliżej nieznanych obiektów elektronicznych. Dwie improwizacje, łącznie 37 minut bez kilku sekund.

Muzyczna przygoda z perkusją wspomaganą elektroakustyką lub może inaczej – elektroakustyka napędzana snare drummingiem. Zwarty, gęsty ścieg narracji, odrobina sampli, elektroniczne ozdobniki. Jakkolwiek byśmy tego nie odbierali, improwizacja ma swój rytm, swoją nieco powykręcaną, żywą dynamikę, umoczoną po pachy w preparacjach czynionych na mikserze bez danych wejściowych (czyli takim muzycznym perpetum mobile). W wymiarze fonicznym, improwizacja duetu przypomina chwilami ciąg produkcyjny dużego zakładu szlifierskiego. Nerwowe, rozedrgane plamy dźwiękowe, silnie wszakże przykuwające uwagę odbiorcy. Choć opowieść toczy się stosunkowo linearnie, bywa, że skrupulatnie narasta w czasie i przestrzeni.

Na szczególną uwagę zasługuje końcowe 6-7 minut pierwszej, dłuższej improwizacji, zatytułowanej Moto. W natłoku wielowymiarowych dźwiękowych wydarzeń, wyjątkowo zwinnie wyłania się elektroakustyczny dron, który z perspektywy pierwszego piętra, fantastycznie komentuje skromny, zakleszczony do wewnątrz, akustyczny snare drumming. Całość efektownie pikuje w kierunku finałowej ciszy. Druga improwizacja Cycle zdaje się być bardziej stonowana, skupiona na pojedynczych frazach, z delikatnie przesuniętym akcentem z soczystych perkusjonalii na rozbudowaną, niebanalną, jakże żywą elektroakustykę.




Ilia Belorukov/ Miguel A.García/ Jason Kahn/ Frantz Loriot  Invanskrue (Intonema 025, 2017)

Szwajcarski Zurich, grudzień 2016 roku. Ilia i Miguel w trakcie trasy koncertowej spotykają tamtejszych rezydentów w osobach Jasona i Frantza. Propozycja wspólnej sesji nagraniowej okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ilia Belorukov - fluteophone, contact microphone, effect pedals, sample, field recordings, Miguel A. García - laptop, elektronika, Jason Kahn – perkusja oraz Frantz Loriot – altówka. Dwie improwizacje, 46 i pół minuty.

Przykład wyjątkowo kompetentnej elektroakustyki z dużą dawką żywych, niebanalnych, intrygujących dźwięków. Element pierwszy to domena gości, drugi zaś to przywara gospodarzy tej sesji. Narracja pełna skupienia, dbałości o szczegóły, bez brudu za paznokciami i zbytniego potu na czole. Struktura improwizacji w trakcie dwóch opowieści jest na ogół dość stała. Chwilami prym wiodą elektroniczne incydenty, w innych momentach piękno akustyki altówki i perkusjonalii zdaje się mieć niepodważalny charakter. Zwinna sonorystyka żywych instrumentów zwiera tu zgrabnie szyki z syntetyką ciekawej elektroniki. 

Pierwsza improwizacja obfituje w wiele imponujących ekspozycji Kahna, także w kameralistyczne grepsy na gryfie Loriota. Belorukov skoncentrowany na elektroakustycznych perforacjach, Garcia zaś trzyma z nim front, świetnie kooperując na kablach. Rodzaj improwizowanej narracji, który nie eskaluje się bez potrzeby, która perfekcyjnie dba o dramaturgię wydarzeń. Jej linearność, spójność artystyczna, konsekwencja w budowaniu muzycznej opowieści, konstytuują jakość oceny końcowej.

Druga opowieść zdaje się być bardziej intensywna, z większą ilością kanciastych form. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, okazjonalnie pojawiają się zmutowane melodie z sampli i szczypta field recordings. Ta narracja ma trzy, nawet cztery wątki, a wszystko dzieje się przy zachowaniu autów pierwszej części. Już pod koniec 10 minuty muzycy schodzą na poziom ciszy i balansują na granicy dźwięku. Po chwili skrupulatnie odbudowują narrację. Wyrazisty Kahn stanowi świetny punkt odniesienia dla elektroakustycznego dzieła gości w podróży. Loriot, od czasu do czasu, gotowy jest budować strzeliste drony na gryfie altówki i łechtać ucho recenzenta w sposób ponad normatywny. Invanskrue to płyta, która stanowić może doskonały przykład symbiozy żywych i syntetycznych pasaży dźwiękowych.




Dominic Lash & Seth Cooke Egregore (Intonema 024, 2017)

Powracamy do duetu, tym razem w postaci dwóch Brytyjczyków. Muzyka zarejestrowana w dwóch miejscach, w dwóch momentach czasowych (2016 i 2017 rok). Nie wiemy dokładnie, czy muzycy przebywali w trakcie procesu produkcji dźwięków razem, czy też jeden dogrywał do drugiego. Dominic Lash – elektronika, Seth Cooke – talerze, mikrofony. Godzina zegarowa bez 25 sekund. Jeden trak.

Kompozycja zbudowana głównie elektronicznie lub w drodze amplifikowania działań akustycznych na talerzach. Rodzaj dźwiękowej instalacji, projektu, bez znamion improwizacji. Jednostajny, gigantyczny dron wyrasta bardzo powoli z ciszy. Jego struktura jest dość prosta, dźwiękowo jednorodna. Staje na środku wyimaginowanej sceny i intensywnie trwa.

Recenzentowi pozostaje foniczna łamigłówka do rozwiązania – znajdź choćby jeden szczegół, który stanowi o tym, że kolejne minuty tej muzycznej formy czymkolwiek różnią się od siebie. Po 10-12 minutach można zaryzykować tezę, iż poziom intensywności stojącego dronu mikrotonalnie narasta. Ale to tylko teza. Wibracja dźwięku, jakiej doświadczają nasze receptory słuchu po kolejnym kwadransie jest być może jedynie efektem mechanizmu obronnego naszego organizmu, nie zaś skutkiem działań muzyków. W dalszej części płyty odbiorcy pozostaje już tylko własna wyobraźnia. Może coś wydarzy się w monotonii dźwięków, może coś wejdzie z czymś w interakcję… Dron bowiem trwa, czuwa, nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy.

Kolejna nadzieja na jakiekolwiek wydarzenie pojawia się w okolicach 35 minuty. Coś dzieje się na dalszym planie. A może to tylko złudzenie foniczne. W 50 minucie narracja wchodzi w stadium wygaszania. Opuszczanie kotary trwa blisko 10 minut. Płyta, która stanowi jedno z większych wyzwań recenzenckich. Niżej podpisany wytrwał do końca.




Horst Quartet  Edged Timbre (Intonema 023, 2017)

Na finał przeglądu najnowszych płyt Intonemy kolejna udana lekcja elektroakustyki. Tym razem w wydaniu kwartetu muzyków fińskich. W podróż na krawędź dźwięku zabierają nas następujący wykonawcy: Tuukka Haapakorpi – elektronika, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, obiekty, Taneli Viitahuhta – saksofon altowy, obiekty i piano, Hermanni Yli-Tepsa – skrzypce, obiekty. Pięć improwizacji z tytułami, dwa kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.

Od progu wita nas głucha i tajemnicza przestrzeń elektroakustyczna (wilderness!). Chrobot przedmiotów nieznanych, silne echo, pogłos instrumentów akustycznych, skwierczenie na kablach, robotyka amplifikatorów. Filigranowa, acz gęsta, delikatnie tkana pojedynczymi czasami dźwiękami, spokojna narracja. Pełna niuansów, smaczków, nastawiona na odbiorcę, która ma chwilę na precyzyjny odsłuch. Akcenty żywe i incydenty syntetyczne, dobra struktura, celnie ułożone proporcje i wyważona dramaturgia wewnętrzna.

We fragmencie drugim intensywność ekspozycji ciekawie narasta, brnąc niebanalnie w kierunku industrialnej estetyki brudnego, niepokornego, zdeformowanego dźwięku. Procesowi temu towarzyszy rosnący udział żywych instrumentów - saksofonu, gitary i skrzypiec. W tle pracuje duża amplifikacja i groźnie łypie okiem na muzyków. W odcinku czwartym muzycy mierzą się z bezmiarem elektroakustycznej ciszy. Z kolei w piątym po drodze im z odrobiną hałasu, który jest kontrapunktowany krótkim pasażem wprost z klawiatury piana. Wszystko na tej płycie dzieje się w granicach artystycznego rozsądku, co stanowi w tym wypadku bezwarunkowy atut nagrania.




*) już w trakcie redakcji tego tekstu, ukazała się kolejna płyta Intonemy, której Pan Redaktor jeszcze nie przetworzył. Chodzi o krążek tria Wozzeck Fact I (Ilia Belorukov/ Mikhail Ershov/ Konstantin Samolovov). Jego numer katalogowy - 028.


piątek, 21 kwietnia 2017

Albert Cirera – trzy kolejne kroki: epizod portugalski, rosyjski i… szkocki


Jeśli do tej pory nie zetknęliście się z muzyką Alberta Cirery, katalońskiego saksofonisty, od paru już lat rezydującego w Lizbonie, to dobitnie świadczy to o tym, iż w ogóle nie czytacie Trybuny Muzyki Spontanicznej!

Fakty bezsporne, dotyczące muzycznej biografii muzyka i jego dość już bogatej fonoteki, jak na 36 wiosen na karku, poznać można było przy tej okazji. Inne ważkie i bieżące wydarzenia w dyskografii muzyka można eksplorować klikając choćby w to miejsce lub tamto miejsce .

Dziś przed nami trzy najnowsze wydawnictwa z udziałem Cirery, wszystkie datowane na rok 2017 (jedno premierę miało bodaj w ostatni poniedziałek). Saksofonista nie będzie jedynym wspólnym elementem tego improwizowanego trójpaku, zatem ładunek dramaturgiczny dzisiejszej opowieści będzie spory.

Zupełnie przy okazji, omawiając poniższe płyty, możemy śmiało ogłosić kolejną śmierć nośnika kompaktowego! Żadna z nich bowiem nie została udostępniona światu w tej formie – pierwszą możecie nabyć jedynie w formie plików elektronicznych, druga jest… kasetą magnetofonową, trzecia zaś płytą winylową.


Lizbona, 24 stycznia 2016

Okoliczności zdecydowanie studyjne, miejsce i czas podane w tytule. Czterech bystrych muzyków gotowych na wszystko: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Hernani Faustino – kontrabas, Luís Lopes – gitara elektryczna i Vasco Furtado – perkusja. Kwartet rejestruje, a następnie upublicznia pięć fragmentów z tytułami, stworzonych przez nich samych, w drodze dość uporządkowanej dramaturgicznie improwizacji. Całość trwa blisko 47 minut, a trafia do nas pod tytułem Temple Of Doom (pliki elektroniczne, Discordian Records, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, w jakiej zostali zaprezentowani kilka wierszy wyżej.




Pierwszy. Skupiona introdukcja tej muzycznej przygody koncentruje się na szorowaniu akustycznych instrumentów, toczonym przy pięknym, onirycznym wsparciu gitary z prądem, realizującej swoją obecność na dużym pogłosie. Cirera ckliwie pętli się na zwojach sopranu, Faustino sunie grubym walkingiem, a Furtado rozgrzewa swoje werble i tomy. Muzycy ze zwinnością wygłodzonych szczurów przechodzą od niezobowiązującego truchtu do pełnowymiarowego galopu. Sekcja jedzie jak rollercaster. Imponujące otwarcie! 

Drugi. Muzycy w silnym zwarciu, przepychają się, poklepują wzajemnie. Lopes utraciwszy pogłos, brnie w kompaktowe synkopy, Faustino przesuwa bloki skalne, a Furtado i Cirera komentują ich wyczyny. Jeśli pierwszy był przykładem liniowej narracji, to drugi jest gęstą układanką, permanentnie rozsypywaną przez indywidualne eskalacje. Krew, pot i łzy – każdy chce tu mieć ostatnie zdanie.

Trzeci. Uspokojenie, choć przychodzi w pełni zasłużenie, nasycone jest lękiem, niedopowiedzeniami i silnie skrywanymi tajemnicami. Albert przebiera maskę trupiej sonorystyki (on tak potrafi!), Hernani włącza rytm, a cała sekcja ponownie goni za niemożliwym. Luis zdaje się być nieobecny, jakby dobijał się z zaświatów na bal, bez zaproszenia. Klimat mało wybrednej zadziorności i brak pustych przebiegów, dynamicznie zagęszczają narrację. Gitara – nie mając wyjścia - czerpie dodatkowe porcje energii z kabla i odpala, nie po raz ostatni na tej płycie, psychodeliczny drive, który nieco tłumi – tak akustycznie, jak i konceptualnie - ambicje pozostałych instrumentów. Albert, mając w ręku rozgrzany sopran, przystaje na warunki Luisa.

Czwarty. Sekcja wyrywa się przed szereg i ryje trajektorię dla tej historii na dwa metry w głąb ziemi. Albert, znów na sopranie, snuje chytrą opowieść, a Luis tradycyjnie czeka na gotowość do odpalenia swojego wiosła. Szuka zapalnika w stercie przesterowanych szumów. Narracja dynamizuje się, ale gitarzysta ucieka w głąb, w niemal dubowy idiom. Gdy sopran wreszcie zapłonie w ekstazie, w tle pogłos i drapieżna psychodelia zmultiplikują się. Cóż za błyskotliwa eskalacja! Sekcja już może liczyć trupy na swojej drodze – Hernaniemu pomaga w tym smyk, Vasco wybijanie rytmu. Wyciszenie zdaje się konieczne i dramaturgicznie uzasadnione – jakże wspaniały moment, pełen niesamowitej synergii w tym czupurnym i nieoczywistym kwartecie (refleksja recenzenta: na ile ten moment został zaplanowany przez muzyków?). Przestrzeń akustyczną wypełniają mikrodrony, zdubowana gitara, subtelne sprzężenia na obręczy bębna basowego. Narracja prawie staje w miejscu. Przez chwilę Luis pozostaje sam, Albert tylko głaska dysze, ściera pot z czoła, a Vasco dotyka talerzy, tak, by ich nie dotknąć. Gitara zdaje się wchodzić na jakiś post-elektroniczny poziom. Odzywa się saksofon tenorowy, trochę dziś uśpiony i mniej wykorzystywany. Wtóruje mu zupełnie nieobliczalna w tym momencie gitara (choć po prawdzie gra ledwie dwa dźwięki i zwinnie repetuje). Sekcja wymownie milczy, ale to jedynie pozór. Jest już zwarta i gotowa, by podjąć kolejne wyzwanie – odnaleźć drogę wyjścia z tego improwizacyjnego labiryntu (refleksja recenzenta: ciekawe, jak przebiegałaby ta muzyka, z tym saksofonistą i takimż gitarzystą, gdyby wspomagała ich sekcja bardziej wrażliwa na niuanse brzmieniowe?). Czwarty, najdłuższy, prawie 19-minutowy, finalizuje się bardzo leniwie. Muzycy dygoczą, mając wciąż maksymalnie wytężone źrenice, jakby za chwilę miało począć się nowe życie. Subtelna akustyka ginącą w chmurze gitarowego dubu. Wyjątkowe!

Piąty startuje na ostro i z przytupem. Diabolicznie! Noise’owo! Free jazz na 120%, z rockową gitarą, w klimatach dobrze upalonego Thin Lizzy! Ekstremalnie rozgrzany, emocjonalnie oszalały Cirera wciąż atakuje lewą flanką, podczas gdy prawą sunie trudna do opanowania gitara Lopesa. Sekcja rżnie środek i nie daje chwili wytchnienia. Każdy z muzyków snuje tu jakby swoją opowieść, ale kompatybilność elementów składowych tego kwartetu jest bezdyskusyjna. Ekspresja! Ogień! Fire Music! Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku aż skwierczy….


St. Petersburg, 13 kwietnia/ Moskwa, 14 września 2016

Przemierzamy wszerz cały niemal kontynent europejski, by zameldować się w Petersburgu, na studyjnym spotkaniu tria w składzie: Ilia Belorukov – saksofon altowy, elektronika, Konstantin Samolovov – perkusja i Luis Lopes – gitara elektryczna, efekty. Jeśli to wydarzenie miało miejsce w kwietniu, to zaraz potem będzie już wrzesień, Moskwa i koncert innego tria: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Ramon Prats – perkusja (ci dwaj zwykle występują jako Duot) i Dmitriy Lapshin – kontrabas. Po kilku miesiącach oczekiwania oba incydenty dźwiękowe lądują na jednym wydawnictwie – kasecie magnetofonowej Split (Spina!Rec, 2017), firmowanej nazwiskami wszystkich sześciu muzyków. Tytuł kasety bynajmniej nie ma konotacji chorwackich, a jest jedynie zwyczajowym określeniem wydawnictwa, które łączy w sobie oddzielne podmioty wykonawcze - każdy na osobnej stronie analogowego nośnika (kanon na scenie hardcore/ punk, jakieś 25-30 lat temu).




Strona A. Dwa fragmenty opatrzone tytułami, przykuwać będą naszą uwagę przez niespełna 26 minut. Muzycy od pierwszego dźwięku zabierają nas do krainy hałasu, przesterów i progresywnego drummingu. W procesie budowania dźwięku, w stanie niezwyklej symbiozy odnajdujemy Lopesa i Belorukova, przy czym recenzent ma wrażenie, iż częściej generują oni muzyczne pasaże korzystając z elektroniki, niż z przypisanych im żywych instrumentów. Pomiędzy nimi, odnajdujemy delikatnie zagubionego perkusistę, który szuka akustycznej szczeliny, by w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym nagraniu. Po kilku minutach, doświadczamy skromnego zawieszenia tej stricte noise’owej narracji, dzięki czemu recenzent ma na czym zawiesić pióro, a aura całości robi się nieco mniej ambiwalentna. Zmyślne preparacje perkusisty (bo ma przestrzeń!), intrygujące pląsy gitarzysty na silnie naelektryzowanym gryfie, niegłupie palcówki na saksofonie – muzyka snuje się leniwie, ale zadziornie, w bardzo elektroakustycznym klimacie (uwaga recenzenta: nieperfekcyjna produkcja, dużo punkowego brudu). Powrót do świata wiecznego hałasu, ogłasza ostrym riffem, wyposzczony saksofon, a chwilowy entuzjazm recenzenta nieco przygasa. Hard-electronics z prostym bębnieniem będą już nam towarzyszyć do końca nagrania. Nieśmiałe preparacje drummera pod sam koniec, potraktować możemy jedynie jako próbę ratowania tego nagrania.

Strona B. Inna scena, inna okoliczność. Mający blisko dziesięcioletni staż, swoisty working band Cirery i Pratsa, czyli Duot, w trakcie wielodniowej trasy po wschodnich krańcach naszego rubasznego politycznie kontynentu. Przystanek Moskwa i lokalny muzyk na dokładkę – Dmitriy Lapshin – uzupełniający zgrabne, free jazzowe trio. Przed nami niespełna 26 minutowy odcinek zatytułowany Porto. Panowie ruszają z grubej rury, od pierwszego dźwięku śmiało wkraczając w jazzową estetykę, dzięki czemu recenzent może złapać akustyczny oddech po elektronicznej masakrze, dokonanej na pierwszej stronie tej zabawnej kasety. What a jazz! Samo mięcho! Cirera zdaje się niezwykle coltranowski w swoim prymalnym zadęciu i semantyce swojej pierwszej eskalacji w trakcie tego krótkiego koncertu (dodatkowo Prats doskonale wie, co robić w takiej sytuacji). Rosyjski kontrabasista wgryza się w kataloński duet, jakby niczego innego w życiu nie robił – dodatkowo jest równie śpiewny i radosny w swej grze, jak akustycznie stanowczy, czym nieśmiało przypomina nam samego Williama Parkera! Nie daje saksofoniście i perkusiście chwili wytchnienia, na co Katalonia mówi stanowcze Tak! Albert precyzyjny, adekwatny dramaturgicznie i niezwykle sumienny w budowaniu ekspresyjnych pasaży saksofonowych. Narracja całego tria jest dynamiczna, spójna i artystycznie jednorodna. Uspokojenie emocji po obu stronach sceny - zgrabnie zaproponowane przez muzyków - jest efektem bardzo skrupulatnego solo kontrabasu, na tle mikrodźwiękowego drummingu. Tuż po nim, wyjątkowo ckliwy Cirera, przy wtórze smyczkowego backgroundu Lapshina, daje sygnał do kolejnej galopady, która smakuje jednak inaczej. Jest bardziej płynna, czupurna, no i jest … sopranowa! A w takich momentach saksofonista jest mistrzem świata! Oczywiście brzmi jak Steve Lacy, ale… z turbodoładowaniem i posmakiem pełnolistnej psychodelii! Wielki finał!


Barcelona, 18 grudnia 2015

Czas na epizod szkocki. Jesteśmy jednak w Barcelonie, tuż przed kolejnymi, nikomu niepotrzebnymi świętami. Trzech dojrzałych facetów w skromnym studiu nagraniowym. Ciągle jest z nami Duot, którego tym razem wspierał będzie Andy Moor, gitarzysta holenderskiej załogi punkowej The Ex! Zapytacie zatem, skąd ta Szkocja? To proste – Andy jest Szkotem.
Po kilkunastu miesiącach od tej rejestracji, trafia do nas winylowe wydawnictwo Food (Repetidor, 2017), dla którego tytułem wykonawczym jest Duot and Andy Moor. Siedem tytułów, 42 minuty muzyki.




Pierwszy. Gitary elektryczna klimatycznie pulsuje, saksofon stawia stemple, a perkusja wyznacza teren dla tej muzycznej improwizacji. Cisza, skupienie, delikatne prężenie muskułów, po chwili przeradzają się w ekskluzywne zwarcia i przepięcia energetyczne. Wolna, swobodna improwizacja iskrzy w zderzeniu z free rockową gitarą, dążącą do noise’owej eskalacji. Argumenty Moora, to siła i natężenie dźwięku, atuty Duotu, to zwinność i lisia przebiegłość. Konsekwencją tej artystycznej ambiwalencji jest ściana dźwięku, tyczona bez specjalnych niuansów brzmieniowych. Gdy Ramon – być może nieświadomie – cytuje drumming Katriny z macierzystego zespołu Szkota, aura robi się istotnie exowska.

Drugi. Albert bierze się w garść i plecie urocze, sonorystyczne grepsy na wyposzczonym sopranie. Andy marzy o dalekich podróżach w oparach skromnej psychodelii, w czym przypomina gitarowe pasaże.. wczesnego Sonic Youth. Ramon wydobywa z torby małą orkiestrę dzwoneczków, która przejmuje ster tej akurat historii. Miniatura, którą wieńczy saksofonista, szukający nietypowych artykulacji, bo to nagranie ewidentnie potrzebuje estetycznego dysonansu.

Trzeci. Odpoczynek w trakcie drugiego przydał się! Typowo exowski atak hałasem, bez ostrzeżenia. Albert ma w ustach chyba sygnałówkę. Ogłasza alarm postnuklearny! Eskalacja jest gęsta, jak świąteczny sos do pieczonej kaczki, może jedynie szkoda, że wysiłek foniczny Cirery grzęźnie pomiędzy strunami szalejącej, punkowej gitary. Jej ostre riffy nie pozwalają na otwartą dyskusję o kierunku rozwoju tej narracji. Gdy saksofon wchodzi na wyższe rejestry (nie ma wyjścia!), rośnie szansa na równowagę sił w tyglu hałasu. Całkiem wyzwolony rebel rock! Brak tu przestrzeni na subtelności. Na etapie wybrzmienia rodzi się jednak okazja na szczyptę fonicznej demokracji w tym prawdziwie bermudzkim trójkącie.

Czwarty. Gitara burczy, a perkusja i saksofon boją się zapytać o ciąg dalszy. Wszyscy plamią się wzajemnie, a Duot ma tu szczęśliwie nieco dialogu do odegrania.




Piąty. Niewinny spokój, klastery gitary, Albert prycha i zapowietrza się. Ciekawa wolta dramaturgiczna – wykluwa się z tej introdukcji prawdziwie spontaniczne improwizowanie, w dotkliwym zwarciu, w półdystansie. W tej sytuacji akustycznej, w tym drobnym zaniechaniu narracji, Moor nie koniecznie musiał wrzucić drugi bieg swojej rockowej maszyny.

Szósty. Rock in! Mamy wrażenie, że saksofon gra fantastyczne frazy, ale nie jesteśmy tego pewni fonicznie.  Po niedługim czasie Ramon zakleszcza synkopę, a Albert wyje do księżyca, dzięki czemu staje się… słyszalny! To zwarcie ma bardzo progresywny charakter, jakkolwiek efekt finalny jest pochodną ograniczonych możliwości artykulacyjnych rockowego gitarzysty.

Siódmy. Albert chwyta się brzytwy. Pięknie sonoryzuje na mokro. Andy zostawia mu więcej przestrzeni na takie ekscesy, dzięki czemu doświadczyć możemy, być może, najbardziej intrygującego fragmentu tego nagrania. Finałowy interwał bowiem ekscytuje, pozwalając przy okazji zapomnieć o kilku niedoskonałych momentach w obszarze pierwszy-szósty. Saksofon po prostu szaleje! Moor, na ugiętych kolanach, zdolny jest jedynie bić brawo pojedynczymi akordami, ale robi to z dużym smakiem, delikatnie hacząc o skale arabskie. Albert i tak go zagaduje, bo to jest jego moment! Ramon komentuje z boku na zestawie skromnych dzwoneczków. Finał płyty zastaje recenzenta w dziennikarskim rozkroku – a gdyby cała płyta brzmiała jak siódmy, jak Gudi?