Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Jacques Duerinckx. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Jacques Duerinckx. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lutego 2021

The Lovely Truth! Jun Trun Gor! Fages! Cristovam & Sales! No Nation Trio! Almeida & Bastien! Duerinckx & Mobin! Salis! Perelman & Marzan! Wallace & McDonald! The February’ Holy Round-up!


Styczeń umykał nam na tyle szybko, iż nie starczyło w jego trakcie czasu na comiesięczną zbiorówkę recenzji świeżych płyt. Powracamy z tą zacną ideą edytorską na samym początku kolejnego miejsca. Przed nami dziesięć nowych płyt - niektóre już z datą 2021, inne wydane pod sam koniec roku poprzedniego (z jednym wyjątkiem!). Bez gatunkowej myśli przewodniej, choć z istotnym ukierunkowaniem geograficznym.

Czas lutowej zbiorówki w dużej mierze spędzimy na Półwyspie Iberyjskim, albo przynajmniej w obecności muzyków zrodzonych z tamtejszej ziemi. Na początek trzy absolutne świeżynki z Barcelony, potem odrobina Brazylii i spora porcja Portugalii, w dalszej kolejności Francja, Belgia i Włochy, a sam finał amerykański, po części związany jednak ze Starym Kontynentem.

Zapraszamy do odczytu słownych potoków Pana Redaktora, a potem na zakupy. Wspierajcie muzyków i małych wydawców w czasach wiecznej dżumy!

 


The Lovely Truth  Future Flop (Discordian Records, DL 2021)

Naszą opowieść zaczynamy od jednej z grudniowych (’19) edycji cyklu koncertowego Nocturna Discordia, jaki odbywa się w barcelońskim Soda Acoustic. Na scenie: El Pricto na saksofonie altowym, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej i …nie, nie Trilla, ale Adrià Bofarull wraz z oprzyrządowaniem elektronicznym. Trzy bystre improwizacje zajmą muzykom niespełna 41 minut.

Pricto i Caicedo zagrali już wspólnie miliony dźwięków, ale wersji z dodatkową, czystą elektroniką jeszcze sobie nie przypominamy. A to próba bardziej niż udana, zwłaszcza, iż śmiało możemy ją zapisać do kategorii muzyki, która dobrze używa elektroniki w formule dalece swobodnej improwizacji. Saksofon i gitara prowadzą tu nieustanny dialog, a nienachalna, świeża elektronika świetnie ów dyskurs komentuje, tworzy pełne tajemnicy tło i nie ma zamiaru wychodzić przed szereg.

Pierwsza, najdłuższa część koncertu zdaje się być pomysłem na skupioną, drobiazgową improwizację, która czasami woli postawić na zaniechanie niż wybuch niczym nieskrępowanej ekspresji. Alt plecie małe frazy, gitara skrzętnie liczy struny tlące się metaliczną poświatą, a elektronika snuje pajęczynę niewidocznych połączeń obu żywych narracji. Ta ostatnia szczególnie udanie wgryza się w gitarowe frazy, zwłaszcza te, w trakcie których Caicedo koncentruje się na preparowaniu dźwięków. Pod koniec tej części, przez moment, elektronika zdaje się przejmować inicjatywę, budując drobny, syntetyczny rytm. W drugiej opowieści muzycy płyną bardziej wartkim i zwartym strumieniem. Od dronowych pasaży po dość ekspresyjną narrację, w której nie brakuje akcentów post-industrialnych. Elektronika dodaje do tego niebanalne echo, jakby syntetyczny oddech akustyki saksofonu i prądu z gryfu gitary. Na starcie trzeciej części Bofarull czyni już rytuał mistrza introdukcji. Ciekawie pulsująca, syntetyczna mgławica fonii wprowadza do gry saksofon i gitarę. Opowieść intrygująco się zazębia - gitara nie stroni od post-jazzowych fraz, a saksofon łapie odrobinę ognia pod dysze. Elektronika - znów w tle! - czyni wyłącznie udane zdobienia.

 


Jun Trun Gor  Jun Trun Gor (Discordian Records, DL 2021)

Pozostajemy w klimatach gitarowych, tu dodatkowo wspartych elektrycznym basem. Trio pod nazwą własną w składzie: A.L. Guillén – gitara elektryczna, Vasil Hajigrudev – bas elektryczny oraz Javier Carmona – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z września roku 2016 (Villanueva del Rosario, Málaga) składa się z ośmiu improwizacji, trwających łącznie prawie 58 minut.

Trójka bystrzaków wymieniona z imienia i nazwiska w preambule tej recenzji zaprasza nas na ekscytujący spektakl swobodnej improwizacji, zwinnie osadzonej w estetyce rockowej, post-jazzowej, tudzież ponadgatunkowej psychodelii, pełnej posmaku tajemnicy, mrocznego oniryzmu i … bluesa. Szczególny podziw recenzenta budzi swoboda, z jaką muzycy kreują narrację. Czy zioną ogniem rockowego potwora, czyli produkują mikro frazy w okolicach ciszy, ich przekaz jest niebywale bezpośredni i nieskomplikowany. Po wysłuchaniu tej prawie godzinnej płyty ma się wrażenie, że granie swobodnie improwizowanego meta rocka jest rzeczą najprostszą na świecie.

Płyta ma otwarcie godne mistrzów najlepszego impro rocka – masywna sekcja rytmu, która kłębi się w sobie, świetnie reaguje w każdej sytuacji i strzelista, ostra gitara, od pierwszego dźwięku pełna dzikiej swobody. Akcenty psychodelii, zwinne tempa i lamparcia precyzja w budowaniu napięcia. Druga część proponuje intrygująco powyginany rytm, który kreują wszystkie instrumenty, grające tu wyjątkowo delikatnie, wysoko podwieszone, z dala od dna. Kolejna opowieść po raz pierwszy przenosi nas do krainy preparowanych dźwięków. I w tej roli świetnie realizuje się gitarzysta. Czwarta opowieść trwa ponad 10 minut i zdaje się być prawdziwym majstersztykiem. Mroczna, oniryczna historia budowana z drobiazgów, małych dźwięków i wyjątkowo bystrych interakcji. Kolejną opowieść prowadzi szklista gitara, a całe trio pichci smakowitego bluesa na stojaka. Szósta improwizacja znów trwa więcej niż 10 minut. Tym razem, w przeważającej części, narracja ma niezłą dynamikę, dyktowaną przez perkusję. Niesamowite rzeczy dzieją się zaś na flankach. Gitara brzmi jak bas, bas jak gitara - w pięknym świetle wywarzonej, wcale nieśpiesznej improwizacji – what a game! Przedostatnia część płyty tryska humorem. Wszyscy muzycy i wszystkie instrumenty zdają się śpiewać i wzajemnie rozweselać. Meta rockabilly na kwasie! A na koniec, i tak giną w ogniu rockowego piekła! Wreszcie finałowa rozbiegówka – bystra narracja pełna rocka, jazzu, a nawet fussion grana na niezobowiązującym rauszu. Brawo!

 


Entre Cérvols Llauradors  Trist desert en mans de febre (Entre cérvols llauradors Bandcamp, DL 2021)

Pod tą tajemniczą nazwą i jakże długim tytułem albumu ukrywa się nasz dobry znajomy, kataloński gitarzysta (tu elektryczny) Ferran Fages. Tym razem muzyk eksploruje rozdroża muzyki gitarowej, która szuka post-rockowych odniesień, ślęczy nad minimalistycznymi koncepcjami, czasami zaś brzmi mrocznie i całkiem ambientowo. Fages proponuje nam sześć odcinków (nagranie studyjne z maja 2020), które był łaskaw skomponować, a które trwają około 20 minut.

Powolna, leniwa narracja charakteryzuje każdy z epizodów na płycie. Muzyk lubi wydać z gitary dźwięk, czasami akord, innym razem frazę nieco bardziej rozbudowaną i czekać, jak efektownie ona wybrzmi. Czasami taki styl pracy zdaje się być odrobinę minimalistyczny, ale w większości przypadków użycie tego określenia nie jest adekwatne do sytuacji muzycznej.

W drugiej i szóstej części gitara Ferrana brzmi niemal syntetycznie, a produkowane przez nią smugi ambientu dobrze znoszą skojarzenia z niektórymi projektami Dirka Serriesa. Dźwięki gitary przypominają niekiedy nisko zestrojone organy. W trzeciej części muzyk produkuje pasmo ambientu i zdobi je efektownie wybrzmiewającym akordem. Oba komponenty najpierw pięknie się uzupełniają, a potem łączą w jedną strugę narracji. W niektórych momentach Fages buduje masywne frazy, ale w większości przypadków stawia na delikatne, lekkie, zwiewne półakordy (jakby grał za progiem gitarowym), co świetnie pokazują utwory czwarty i piąty. Sam finał skrzy się post-ambientem i całą plejadą drobnych dźwięków, które efektownie rezonują.

 


Thelmo Cristovam and Cassio Sales  Flutuando Suspenso (OEM Records, Dl 2020)

Czas na krótki skok za wielką wodę, do Brazylii. Intrygujący, free jazzowy duet tworzą tu: Thelmo Cristovam na saksofonie oraz Cássio Sales na perkusji. Domowa improwizacja (czas powstania nieznany) dzieli się na cztery części, a trwa łącznie niespełna 25 minut.

Uwielbiamy na Trybunie taką sytuację – zupełnie nowe nazwiska i grad świetnych dźwięków, które budzą duże emocje! Muzycy najpierw proponują nam trzy krótkie epizody, godne najlepszych wzorców free jazzu. Zaczynają w ciszy, czynią małe preparacje, po czym ruszają w ogniste galopady. Dużo w ich muzyce przestrzeni, swobody, luzu i całkowitej bezpretensjonalności. Saksofonista sprawia wrażenie, że jest w stanie zagrać tu każdy dźwięk, drummer lubi szczegóły i drobne, perkusjonalne frazy, ale i trzymanie groove’owej, rozbudowanej narracji, to dla niego pestka. Pod koniec trzeciej opowieści muzycy efektownie wchodzą w mikro frazy, świetnie na siebie reagują i zapowiadają to, co wydarzy się w części głównej płyty.

Ostatnia improwizacja trwa niemal kwadrans i niesie ze sobą już same wspaniałości. Saksofonista najpierw charczy, jakby grał na grzebieniu, potem zaś zaczyna niebywałą preparację dźwięków, w trakcie której dużo korzysta ze ust i gardła. Żywe ciało spotyka się tu z równie żywym saksofonem. Tuż obok same cuda zdaje się produkować perkusista. Szeleści, drży, rezonuje, ale cały czas trzyma rękę na pulsie narracji. Muzycy wiodą mantryczną eskapadę w głąb dźwięków. Tempo umiarkowane, duża dbałość o detale. Improwizują na tyle cicho, że przez okno zaczynają wdzierać się w ich narrację dźwięki otoczenia. Bzyczące muchy, syczące węże i chroboczące skorupiaki (wybaczcie tę garść metafor). W drugiej części nagrania saksofon zaczyna efektownie kwilić, drummer pnie się ku górze lotem czmiela, a w potoku dźwiękowym zaczynają być słyszalne … cykady. Muzycy są bardzo czujni, bo ostatnie pół minuty nagrania, to wyłącznie dźwięki tych małych owadów. Brawo!

 


No Nation Trio  Habitation (Phonogram Unit, CD 2020)

Powracamy na Półwysep Iberyjski i lądujemy w świetnie nam znanym studiu nagraniowym Namouche, mieszczącym się w Lizbonie. Na początku stycznia ub.r. spotykamy tam nową formację No Nation Trio. W jej składzie sami nasi dobrzy znajomi: Jorge Nuno - gitara akustyczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery swobodne improwizacje, niespełna 33 minuty.

Habitation, to powolna, chwilami majestatyczna improwizacja, która skupia się na budowaniu napięcia, stanu dramaturgicznego suspensu, tudzież budzeniu prawdziwie niepokojących emocji, czasami całkiem mrocznych. Instrumentem, który stanowi tu o dawkowaniu poszczególnych elementów spektaklu jest masywny kontrabas. Drży, pulsuje, snuje pętle artystycznych wątpliwości. Gdy muzyk sięga po smyczek, narracja zaczyna płynąć bardziej wartkim strumieniem, ale nie jest to taneczna parada, a raczej oczekiwanie na powolną śmierć, tu w jakże pięknym wymiarze brzmieniowym. Swoją opowieść snuje też akustyczna gitara, która mnoży wątki, kłębi się w ciasnym kokonie akustyki, prosi o chwilę uwagi. Pozbawiona wszelkich jazzowych grepsów dodaje całości ponadgatunkowej abstrakcyjności. Wreszcie smakowite perkusjonalia. Są pełne drobiazgowych rozwiązań, małych fraz i zaskakujących ripost. Czasami schowane za potężnym oddechem kontrabasu, czynią niemal same wspaniałości, dodając całej improwizacji sto tysięcy nowych wymiarów i stempli jakości.

Początek płyty zdaje się być delikatnie niemrawy, ale to nade wszystko efekt przyjętej koncepcji dramaturgicznej. Druga improwizacja stawia na szczegóły, ale jeszcze bardziej dosadnie kreuje mroczny klimat. W tej części po raz pierwszy pojawia się smyczek i zaczyna stanowić trwały punkt odniesienia dla gitary i perkusjonalii. Najciekawiej dzieje się w najdłuższej, trzeciej improwizacji - to już prawdziwy dark acoustic resonance! Smyczek schodzi na samo dno, jego dźwięk leje się jak czarna lawa z kompletnie zastygłego wulkanu. Perkusja dobija na kolejny szczyt swoich kompetencji, a gitara stawia na abstrakcję akustycznego post-rocka. Wreszcie finał, który trzyma nas w szponach suspensu przez długie minuty. Powrót smyczka buduje jakość godną poprzedniej części. Na końcu nagrania flow kontrabasu zamienia się w mięsisty dron, który wiedzie improwizację do jej prawdziwego końca, znakowanego niekończącymi się pętlami gitary.

 


Gonçalo Almeida & Pierre Bastien  Room Sessions (Cylinder Recordings, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie muzyka portugalskiego. Tym razem, to kontrabasista Gonçalo Almeida, który do domowych improwizacji (miejsce i czas, brak danych) zaprosił francuskiego, awangardowego muzyka z dużym bagażem artystycznych doświadczeń, Pierre’a Bastiena, który zagrał na trąbce oraz użył pewnych tajemniczych mechanizmów. Całość nagrania, to siedem dość precyzyjnie ustrukturyzowanych improwizacji, których odsłuch zajmuje około 48 minut.

Pokojowe Sesje, to dość nietypowa dla Almeidy płyta. Muzyk stosuje tu różne techniki gry (stupalczasty magik nie ma z tym problemu!), wszystko czyni pięknie i na tysiące sposobów, ale koncentruje się głównie na budowaniu warstwy rytmicznej, stabilnej bazy dla improwizacji, tudzież bardziej zaplanowanych narracji trębacza i jego mechanizmów. Czy ów dyktat rytmu, tudzież często stosowana repetycja, to zabieg świadczący o obawie przed pójściem na całkowicie swobodną improwizację, nie nam oceniać, zwłaszcza, że płyta w przeważającej części broni się artystycznie bez recenzenckich podpórek.

Nagranie rodzi się w klimatach post-ambientu, który produkuje smyczek kontrabasu. W tle szumi elektroakustyczna mgławica, pracuje … metronom, a frazy trąbki zdają się nieustannie szukać nowych wymiarów dla brzmienia prostego instrumentu blaszanego. Dużo ciekawego dzieje się w części drugiej, która składa się z trzech, a nawet czterech wątków, w tym repetującego gwizdu (z trąbki?), który kontrapunktuje rytm i improwizacje od początku do końca utworu. Czwarta część zdaje się być szczególnie mroczna. Powtarzane frazy kontrabasu sieją niepokój, a aura wokół wyjątkowo dźwięcznie oddycha. Z kolei w piątej części najpierw muzycy świetnie na siebie reagują, niemal w estetyce call & responce, potem zaś trąbka zaczyna pobrzmiewać nieco slapstickowo, biorąc całą narrację w nawias nieoczywistości. W szóstej części muzycy stawiają na akcenty perkusjonalne, ale przekornie nie koncentrują się na rytmie i repetycji – coś tańczy na werblu, struny kontrabasu drżą, a w tle zdaje się, że słyszymy flet. Rytm podparty metronomem powraca w ostatniej części. Bastien bystrze preparuje na trąbce, a garść tajemniczych dźwięków z mechanizmów artysty po raz kolejny stawia duży znak zapytania o źródło pochodzenia dźwięku. 

 


Jean-Jacques Duerinckx & Anton Mobin  Bloem (Middle Eight Recordings, DL 2020)

Wątek belgijsko-francuski w naszej dzisiejszej zbiorówce konsumuje smakowity duet: Jean-Jacques Duerinckx na saksofonie barytonowym i sopranowym oraz Anton Mobin, który wedle skąpych opisów wielu płyt z jego muzyką uprawia coś, co on sam nazywa preparowaną kameralistyką (chambre préparée). Nieznany jest zestaw instrumentów i przedmiotów (w tym elektrycznych i elektronicznych przetworników), jakie Anton używa do generowania dźwięków - na ogół tajemniczych, nieustannie zadających pytanie o źródło swego pochodzenia i z pewnością godnych zaliczenia do kategorii fake sounds. Panowie swoją swobodną improwizację w pięciu częściach zarejestrowali w lutym ubiegłego roku w Belgii (miejscu zwanym Braine L'Alleud). Ich intrygujące dzieło trwa łącznie około 38 minut.

Bloem, to doprawdy wyjątkowa podróż po świecie tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków. Z jednej strony żywy saksofon, który w niebywale zwinnych rękach, tudzież ustach muzyka zmienia kolory niczym kameleon (sopran i baryton naprzemiennie w trakcie jednej improwizacji!), z drugiej bezmiar preparowanej kameralistyki – muzyk niemal symultanicznie jest w stanie proponować dźwięki elektrycznego basu i zwiewnych perkusjonalii (nie bez dubowej poświaty), w innym momencie klecić drobne frazy, pełne akustycznych niuansów. To improwizacja, która pozostaje w nieustannym ruchu - akcja goni tu akcję, choć większość opowieści toczy się spokojnie i nie okazuje jakichkolwiek znamion eskalowania hałasu.

Początek płyty, to suche wyziewy z tuby saksofonu umoczone w delikatnej, elektroakustycznej poświacie. Sopran JJ-a płynie szerokim strumieniem, godnym najlepszych patentów Evana Parkera. W drugiej części rzuca się na nas nerwowe post-chamber. Baryton rzeźbi bruzdy, a cuda spod rąk Antona świetnie to imitują. Preparacje z obu stron i garść post-jazzu na finał. W trzeciej części Mobin podsuwa nam syntetyczne wątki godne berlińskiego post-techno, a do pary ma sonorystykę pustej tuby. Cokolwiek szalonego muzycy by tu nie zaproponowali, wszystko do siebie pasuje i współgra brzmieniowo. W czwartej części wysoko podwieszony sopran po prostu śpiewa, a w rekontrze dostaje dźwięki gongu, perkusji i dudniącego basu. Wreszcie finał i znów wielki bukiet niespodzianek – baryton w krótkich strzałach, a zaraz potem sopran w skromnych podmuchach natrafiają na elektroakustyczne zasieki.

 


Giacomo Salis  Naghol (Grisaille, Kaseta 2021)

Czas na odrobinę onirycznej medytacji! Włoski perkusjonalista Giacomo Salis eksploruje tzw. technikami rozszerzonym teksturę dźwięków wydawanych przez bliżej nieokreślone przedmioty, pochodzące zapewne z obszaru typowego dla instrumentarium perkusjonalnego. Trzy improwizacje, być może w dużym stopniu skomponowane - niespełna 23 minuty dźwiękowych nieoczywistości.

Intrygującą brzmieniowo podróż nazwaną Naghol, która od startu do mety ma status cierpliwej, ale niełatwej w odbiorze akustycznym medytacji dźwiękowej, nie sposób skwitować typowymi grepsami recenzenckimi, opisać emocje i wskazać gatunkowe punkty odniesienia. Można natomiast zdać się na własną wyobraźnię i opisać obrazy, jakie fonia kreowana przez Salisa wywołuje u odbiorcy.

Początek nagrania przypomina małą hutę szkła. Wszystko zdaje się drżeć, rezonować ze sobą, supłać pętlę za pętlą, rysować szlak podróży, która być może nie ma w ogóle stacji końcowej. Dźwięki, które słyszymy przypominają stary, zepsuty wiatrak, który kołysze się na morskim falach. Metal trze o metal, a rozciągnięte płótno łopoce na silnym wietrze. Niemal mechaniczna repetycja, która zamiera tuż przed końcem piątej minuty. W trakcie drugiej części dźwięki zdają się być już usytuowane ewidentnie na perkusyjnym werblu. Przedmioty na nim umieszczone drżą i rezonują, ale słyszymy też pracę napiętej glazury werbla, która ciężko oddycha i jęczy pod naporem przedmiotów. W trzeciej części pojawiają się dodatkowe elementy. W dalekim tle słyszymy dość intensywny deep drumming. W wirze wciąż ugniatanych na werblu przedmiotów pojawiają się nowe wątki. Ta narracja trwa, zatem odniesienie do doświadczeń legendy free impro AMM może okazać się ciekawym tropem. Definitywnie czekamy na dalszy rozwój wypadków, na kolejne tego typu eksploracje Giacomo Salisa.

 


Ivo Perelman and Pascal Marzan  Dust of Light/ Ears Drawing Sounds (Setola di Maiale, CD 2020)

Pora na kolejne spotkanie saksofonu tenorowego Ivo Perelmana (Brazylia/ USA) z instrumentem strunowym. Po serii Strings oraz nagraniu z Arcado String Trio, powabny duet z Pascalem Marzanem (Francja), który zagra na dziesięciostrunowej, mikrotonalnej gitarze akustycznej. Muzycy spotkali się dokładnie rok temu w jednym z londyńskich studiów nagraniowych i przygotowali dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 52 minuty. Płyta o podwójnym tytule składa się z dwóch komponentów dramaturgicznych. W pięciu utworach muzycy zapuszczają się w rozbudowane improwizacje, z których każda trwa przynajmniej siedem minut, natomiast w pozostałych proponują nam zgrabne miniatury (okolice dwóch minut, a nawet mniej), rodzaj improwizacyjnych wprawek, które choć w większości podane są jednym ciągiem, udanie uzupełniają treść długich improwizacji.

Najlepszych fragmentów tej bardzo dobrej płyty szukamy oczywiście pośród długich improwizacji. Zwróćmy uwagę przede wszystkim na trzy z nich. Pierwszy utwór na płycie doskonale wprowadza nas w klimat. Magicznie brzmiące struny gitary, wprawione w drżenie, efektownie wybrzmiewają. W wir tych dźwięków wplata się dynamicznie usposobiony tenor, który prowadzi typowy dla Perelmana dialog z instrumentem strunowym. Potrafi szybować bardzo wysoko, czasami brzmieć jak sopran, świetnie imituje strunowe frazy, a jak trzeba, dokłada do ognia i buduje z gitarą efektowną, chwilami ognistą narrację. Równie zmysłowa zdaje się być trzecia improwizacja. Tu Marzan pokazuje, jak zwinne ma palce. Struny tańczą i swawolą za jego przyczyną. Tenor znów skacze ku górze, zaczyna od pasywnej imitacji, kończy zaś na agresywnych frazach, kreując przy tym spore emocje i ciągnąc gitarę na manowce ekspresji. Wreszcie utwór numer dziesięć, prawdziwa perła w koronie. Zaczyna się niemal balladowo, smutną melodyką i dramaturgicznymi niepokojem. Gitara nabiera pogłosu, a saksofon ognia, co buduje świetną improwizację, osadzoną na pewnym dysonansie emocjonalnym. Piękny jest zwłaszcza finał, gdy obaj muzycy wchodzą w mroczne zakamarki swoich improwizacji.

Pośród miniatur warto docenić czwartą improwizację, w trakcie której gitara rozsiewa molowe frazy, ale saksofon zdaje się pozostawać w klimatach bardziej durowych. Szósta część, to ballada, która uroczo nabiera kantów i zadziorów, zaś szczególnie smakowita wydaje się, tkana z samych drobiazgów i mikro fraz, część dziewiąta. Jedenasta improwizacja stara się być wyjątkowo abstrakcyjna. Echo gitary, saksofon na poziomie trzeciego piętra i dynamika, która przychodzi niespodziewanie, stawiając oba instrumenty do pionu.

 


Eli Wallace and Beth McDonald  Solo​/​Duo (Eschatology Records, CD 2020)

Brooklyński label Eschatology odwiedzamy regularnie, i jak dotąd, nigdy się nie zawiedliśmy. Nie inaczej jest w przypadku niniejszej płyty, która zawiera rozbudowaną, solową ekspozycję pianisty Eli Wallace’a, a także jego duet z tubistką Beth McDonald (nagrane na żywo, ale w studiu, Chicago, lipiec 2019 roku; łącznie prawie 56 minut). Z intrygującą pianistyką Wallace’a spotkaliśmy po raz przy okazji doskonałej płyty kwartetu XNN. Tu, w absolutnie samotnej improwizacji, a także skromnym duecie, muzyk po raz kolejny udowadnia, iż jego dane personalne winny być zapisane w kajetach wszystkich ważnych wydawców i recenzentów muzyki improwizowanej.

Eli zaczyna swój popis minimalistycznymi preparacjami. Ślizga się palcami po strunach i sprawia, że jego instrument zaczyna śpiewać i wydawać przeciągle piski. Muzyk dodaje do tego ambarasu kilka półakordów wprost z klawiatury, w ramach stosownych zdobień i pewnego rodzaju słupów dramaturgicznych. Zaczyna budować jakby dwie narracje - jednocześnie bije powykręcany rytm z klawiatury i szoruje struny, sięgając na samo dno wielkiego instrumentu. Dobywa z piana tyle dźwięków, że istnieje podejrzenie, iż ma przynajmniej cztery ręce. Gra zresztą całym ciałem, tupie nogami, trzeszczy krzesełkiem, oddycha i parska. Po chwili spowolnienia rusza w nową podróż, bogatą w wydarzenia, dobrą dynamikę i ekspresję. Dancing percussion with dirty melodies! Jego lewa ręka gra rozkruszony ragtime z akcentami perkusyjnymi, prawa tańczy przedmiotami na gołych strunach. Prawdziwy cyrkowiec! W okolicach 20 minuty obie ręce artysty zdają się powoli osiągać konsensus w zakresie stosowanych technik gry. Flow płynie głównie dźwiękami z klawiatury, raz za razem zdobionymi mikro frazami z pudła rezonansowego. Na zakończenie seta muzyk powraca do minimalizmu i drobnych preparacji. Przeciąga struny, strzela małymi fajerwerkami, ma tysiące pomysłów na sekundę.

Spotkanie duetowe zaczyna się w mroku i ciszy. Struny fortepianu zdają się być oderwane od dźwięku, a tuba pozbawiona dopływu powietrza. Muzycy prowadzą narrację dość nieśmiało. Tuba sprawia wrażenie, jakby bała się swojej mocy, a piano nie do końca wie, na ile może sobie pozwolić w takich okolicznościach przyrody. Choć trzeba przyznać, że pianista czyni wiele, by ogromnego dęciaka zachęcić do lotu. Więcej emocji dostajemy po wybiciu kwadransa. Tuba zaczyna żyć zmysłowymi short-cuts, a piano preparować dźwięki całego, wielkiego fortepianu. Na finał artyści schodzą w okolice ciszy i głęboko oddychają po nerwowej wymianie uprzejmości, czynionej dobrze nam znaną metodą call & responce.

 

czwartek, 7 stycznia 2021

Neptunian Maximalism on the way To The Earth, Moon and finally To The Sun!


Muzyka swobodnie improwizowana nie byłaby zapewne tak bardzo przez nas hołubiona, gdyby nie jej ponadgatunkowy charakter. Chwilami wydaje się, że im dłuższa, bardziej wyboista jest droga artysty do tego rodzaju improwizacji, tym efekty jego działań ciekawsze, bardziej oryginalne, mniej przewidywalne.

Inną kwestią, choć po prawdzie konsekwencją wyżej wspomnianego zjawiska, jest wszechstronność muzyków improwizujących. Są w stanie funkcjonować w wielu wymiarach stylistycznych i estetycznych - grać ciężkiego rocka, ognisty jazz, czerstwą elektronikę, czy zwiewną kameralistykę, a wszelkie doświadczenia zdają się przede wszystkim stymulować ich kreatywność.

Trybuna z radością odnajduje muzyków improwizujących w sytuacjach, zadawałoby się, niezwykle odległych od tradycyjnie pojmowanej swobodnej improwizacji. Przy bliższym jednak poznaniu okazuje się, iż owa odległość bywa naprawdę pozorna. Choćby ostatnio, w trakcie wertowania najciekawszych płyt roku na scenie … metalowej, napotkaliśmy na jednego z naszych ulubionych belgijskich saksofonistów J.J. Duerinckxa! Formacja zwie się doprawdy szaleńczo – Neptunian Maximalism – i jest duetem wspominanego muzyka z Guillaume Cazaletem, multiinstrumentalistą, muzykiem o nieograniczonym, zdaje się, horyzoncie postrzegania procesu tworzenia muzyki. Duet używa także skróconej nazwy NNMM i w wielu wypadkach przeobraża się w bardziej rozbudowany skład, nawet o rozmiarach małej orkiestry.

Dziś zapraszamy na edycję kwartetową (w roli gości dwaj perkusiści) i prawdziwie monumentalne dzieło Éons. Trzypłytowy zestaw muzyki definitywnie ponadgatunkowej, która czerpie z rocka, także tego black metalowego, krautrocka, wszelkiej maści psychodelii i transu, a nade wszystko uwielbia improwizować. Każda z płyt wydawnictwa (I, Voidhanger Records, 3CD/LP 2020) ma osobny tytuł, każda na swój sposób brnie w świat zaskoczeń i literackich odniesień (tu po szczegóły odsyłamy już na stronę bandcampową grupy oraz wydawcy omawianego dziś trójpaku).

Na podróż do świata nieznanych, nieoczywistych i chwilami niezwykle tajemniczych dźwięków zaprasza nas czterech muzyków: Guillaume Cazalet (bas elektryczny, gitara barytonowa, smyczek, sitar, flet, trąbka i głos), Jean Jacques Duerinckx (amplifikowany saksofon barytonowy i sopranino), Sebastien Schmit (perkusja, instrumenty perkusyjne, gongi i głos) oraz Pierre Arese (perkusja, instrumenty perkusyjne). Nagrania powstały w okolicznościach studyjnych w Brukseli, w marcu 2018 roku. Całość, jakże epicka, to szesnaście utworów i blisko 130 minut muzyki.

 


To The Earth. Od startu ziemskiej części trylogii narracja dominowana jest przez rytm, podawany rykiem saksofonu barytonowego na pogłosie, psychodelizującą gitarą i dwoma masywnymi zestawami perkusyjnymi. W tle szaleje ambient złych mocy, który siłą dętych przedmiotów nabiera wręcz free jazzowego ognia. Całość zdaje się tworzyć dziki rytuał rocka pulsującego życiem na silnych opiatach i gęstych sterydach, chwilami brzmiącego dość syntetycznie, mimo zanurzenia w bezkresnym pogłosie. Druga część na wejściu rysuje niemal hc-punkowe, połamane frazy basu i perkusji. W tle podmuchy saksofonu łączą się z polirytmiczną fakturą drummingu i zdewastowaną poświatą post-ethno. Narracja, choć gęsta i niebywale intensywna, osnuta jest pewną dubową powłoką i bardziej zachęca do transowego tańca niż rwania resztek włosów z przeciążonej emocjami głowy. Mimo dyktatu rytmu zmiana zdaje się tu gonić zmianę. Na otwarciu trzeciej część masywny bas zjeżdża na sam dół. Noise doom! Rwący trzewia post-ambient bez udziału perkusji, za to z głosem, który odprawia black rituals i płynnie przenosi nas do kolejnej części. Tu gitara pachnie już black metalem, coś krzyczy z oddali, a obie perkusje wpadają w post-afrykański trans. Znów gęsto jest od dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. To iście barokowe bogactwo trwa już do końca pierwszej płyty. Pojawiają się flety i coś na kształt piszczałek, gitara, która też odnajduje swoje afrykańskie korzenie, etniczne zaśpiewy i perkusje, które wciąż szukają nowych brzmień i struktur rytmicznych. Ale o wszystkim, i tak decyduje wszechmocny doom bas!

To The Moon. Pierwsze cztery odcinki księżycowej części, to nieprzerwany ciąg dźwięków. Zaczyna ją masywny, acz powolny rytm perkusji i płynnego basu o industrialnym posmaku. W tle improwizacja kwitnie zaś w najlepsze – saksofon sięga nieba, reszta brnie po kolana w piekle psychodelii. Pogłos zdaje się multiplikować, i tak dość już tajemniczą rzeczywistość. Perkusje przestają jednak bić rytm, a zaczynają improwizować. Pojawia się czarny głos, barytonowy saksofon wyjący do księżyca i w końcu prawdziwe szamańskie bębnienie. Całość staje się niemal schizofreniczna, zatem mniej przygotowany odbiorca może przez moment zapragnąć ucieczki na świeże powietrze! Ratunkiem okazuje się gitara, która śpiewa niemal soft-metalowym głosem, choć brnie w basowym mule. Hasłem do kolejnego spiętrzenia emocji zdaje się być powrót perkusyjnej polirytmii. Salwy saksofonu wieszczą kolejną złą nowinę, a narracja nabiera orkiestrowej siły i epickiego rozmachu. Rytm na ułamek sekundy odpuszcza, by zaraz potem zaatakować ze zdwojoną siłą, pełną dobrego kwasu i psychodelii. W ramach bystrego kontrapunktu – taneczne pętle basu, pięknie zgaszone aż do poziomu zera absolutnego. I oto utwór numer jedenaście, następujący po pierwszej od stuleci chwili ciszy na dysku numer dwa. Oddychające amplifikatory, bas i saksofon, a potem także gitara w łagodnych pląsach na pogłosie. Opowieść księżycowa dociera do ostatniego przystanku. Najpierw kompulsywny chaos intensywnej improwizacji – zło nadciąga od strony gitary i perkusji. Akcenty perkusjonalne szaleją w tle, ale główny nurt stoi w miejscu i skowycze. Rolę przewodnika bierze na siebie bas. Tyczy szlak, nie eskaluje tempa i sprawia, iż narracja rozlewa się bardzo szerokim korytem, zastyga, zaczyna zionąć arktycznym niemal chłodem i umiera w oparach perkusjonalnych zdobień.

To The Sun. Początek słonecznej podróży, to długie, przeciągłe frazy saksofonowe, zagubione w chaosie echa i ambiencie skwierczącego amplifikatora. Opowieść narasta basem i barytonem, pozbawiona jest bowiem perkusyjnego backgroundu. Ten pierwszy szuka samego dna narracji, ten drugi kreśli zadziorne plamy, ale umiejscawia je w wyższych pasmach.  Pojawia się także kilka dźwięków, brzmiących niczym syntezator. Kilkunastominutowa opowieść uroczo się ślimaczy, choć jest masywna, gęsta i bardzo niebezpieczna. Jakby na dowód, w dalszej części okrasza ją głos, który melorecytuje w gotyckiej tonacji. Swoje ma też nam do przekazania psychodelizująca gitara. Kolejny epizod jest nieco krótszy. Talerze rozbłyskujące pogłosem i flażolety na gryfie basu czynią otwarcie, które po chwili opanowane zostaje przez mantryczny drumming, uwijający się pod zwalistymi dronami gitary i saksofonu. Trzecia część rodzi się w bystrym chaosie niemal swobodnej improwizacji. Po raz pierwszy słyszymy sitar, który razi nas czystym, akustycznym brzmieniem. Bas i perkusja trzymają klimat, ale podlewają go kwaśnym sosem, a narracja w estetyce post-ethno-impro-psycho-rock dobrze reasumuje wysiłki muzyków. Szefem tej kolejnej, długiej opowieści jest jednak bas, który ciągnie frazy za uszy, a po 8 minucie topi je w gigantycznym pogłosie. Na froncie pozostaje już tylko kompulsywny drumming i nieśmiertelny sitar. Znów niezwykle bogato zdobiona historia daje nam jeszcze krótkie expo gitary i finał uczyniony na raz, z rockowym przytupem. Zakończenie całej trylogii stawia na pewnego rodzaju ukojenie - pojedyncze dźwięki strun, echo, poświata mrocznego ambientu. Kilka saksofonowych dronów i grzmoty z basówki. Pod nieobecność perkusji, opowieść łapie finałową moc raczej z samych kabli. A grzmi jeszcze długo po ustaniu ostatniego dźwięku.

 

  

piątek, 18 grudnia 2020

Duerinckx & Northover! Sloth Racket! Byrne, Scott & Roberts! J.Almeida! Javaid & Bogacz! SCM! IZE! Black Frost! The December Round-up!


Czas nawet w pandemii mknie z prędkością ponaddźwiękową! Rok dobiega końca, mnożą się podsumowania i listy best of (niektórzy zaczęli już 1 grudnia!), a na redakcyjnym stole wciąż zalega sterta płyt, które czekają na ciepłe słowa recenzenta jeszcze w fatalnym roku 2020!

Redakcja swoje best of zaprezentuje tradycyjnie ostatniego dnia roku. Uwaga! Tym razem lista będzie obejmować aż 66 pozycji. Być może, w tym roku lista ta winna objąć … 666 pozycji. Dalibyśmy radę, muzycy produkują dźwięki na potęgę, niczym murarze budujący socjalizm 70 lat temu.

Dziś - bez zbędnej zwłoki - zapraszamy na odczyt i odsłuch aż 10 nowych płyt. Bystra zbiorówka bez myśli przewodniej, z całą masą dobrej improwizacji i zwinnych dźwięków. Nasza marszruta zaczyna się w Belgii i Zjednoczonym Królestwie (to zawsze dobra mieszanka!), potem duży łyk Lizbony, niemiecka Kolonia (ale w jakże latynoskim wydaniu!), krajowy akcent warszawski, niespodziewany powrót do Kolonii i finał wszeteczny tam, gdzie zaczynaliśmy, czyli w Belgii. Piekielna pętla! Here it is!

 


Jean-Jacques Duerinckx & Adrian Northover  Hearoglyphics (Settola Di Maiale, CD 2020)

Wiosenne, ubiegłoroczne spotkanie w Red Shed Studios: Jean-Jacques Duerinckx – sopranino oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy (ten drugi bardzo sporadycznie). Trzynaście improwizacji, na ogół dość swobodnych, ale z pewnością odrobinę zaplanowanych (być może moglibyśmy określić je mianem instant composition), łącznie prawie godzina zegarowa muzyki.

Belg i Anglik zapraszają nas na prawdziwie ponadgatunkową improwizację. Czasami pachnie tu zmysłową kameralistyką, innym razem muzycy szukają post-jazzu, ale ponieważ nie jest on ich naturalnym środowiskiem, pięknie uciekają w bardziej abstrakcyjne formy. Nie stronią od preparowania swoich instrumentów (każdy ma w tej dziedzinie sporo doświadczeń i własnych przemyśleń!), często płyną zwartymi, posuwistymi strumieniami dźwięków, które permanentnie się szukają, spoglądają na siebie, imitują wzajemnie, a czas spędzany przez muzyków wspólnie zdaje się być tym najbardziej wartościowym. Prawie godzinna narracja z pewnością zasługiwałaby na najwyższe oceny, gdyby nie jej czas jej trwania. Skrócona do naszych ulubionych dla free impro 40 minut, z pewnością graniczyłaby z mistrzostwem formy i dramaturgii.

Płyta zaczyna się w bardzo delikatny sposób. Ptasie dialogi prowadzone są tu w spokojnym tempie, pełne ciepłych i zrównoważonych uczuć, nastawione głównie na szukanie wspólnego mianownika. Pierwsze emocje pojawiają się w czwartej części. Muzycy produkują długie frazy, a towarzyszy im pewna elektroakustyczna poświata, która jest być może jedynie echem studia nagraniowego. Pojawiają się preparowane dźwięki, ale oba instrumenty nie decydują się na razie na jakieś bardziej separatywne akcje – duch kolektywizmu ani na moment nie opuszcza artystów. W piątej części dominuje suche powietrze wydychane przez wąskie tuby i delikatnie prychające dysze, jakby główną robotę improwizacyjną wzięło tu na siebie studyjne air condition. Kolejne części stawiają na nieco większą dynamikę. Saksofony zaczynają na siebie pokrzykiwać, choć wciąż szukają wspólnego strumienia dźwiękowego.

Ósma opowieść, to krótkie, urywane frazy, które przypominają metody twórcze Trevora Wattsa, gdy pół wieku temu skutecznie degenerował jazz u boku Johna Stevensa. Emocje, brudne dźwięki i kanciaste frazy budowane w sekwencji call & responce. W dziesiątej części muzycy nie rezygnują z kreatywnego zniekształcania dźwięków, skupiają się na szczegółach i małych frazach, ale czynią to w niezłym tempie, dzięki czemu emocje wciąż mogą pozostawać na krzywej wznoszącej. Zaraz potem ich preparacje zdają się wchodzić w wyższy rejestr – słyszymy piski i skomlenia, ale także puste dysze i podmuchy bardzo suchego powietrza. W przedostatniej części Jean-Jacques i Adrian wciąż preparują dźwięki, ale tym razem każdy z nich stosuje inne metody pracy. Na powrót stają się jednością w ostatniej, kojącej emocje, pół melodyjnej ekspozycji. Z ciszy pojedynczych oddechów bardzo swobodnie rodzą się piękne, finałowe frazy.

 


Sloth Racket  Exabout: Live In Ramsgate (Luminous Label, DL 2020)

Z brytyjskim kwintetem Sloth Racket spotykamy się regularnie, zatem jedynie krótkie przypomnienie, kto zacz - Cath Roberts na saksofonie barytonowym (odpowiedzialna także za kompozycje, które w niebanalny sposób zostają degenerowane do postaci całkiem błyskotliwych improwizacji!), Sam Andreae na saksofonie altowym, Anton Hunter na gitarze elektrycznej, Seth Bennett na kontrabasie oraz Johnny Hunter na perkusji (i tu, okazjonalnie na pianie). Nagranie koncertowe (Arco Barco, Ramsgate, wrzesień 2019 roku) składa się z trzech utworów, których odsłuch zajmuje trzy kwadranse z sekundami.

Kwintet bardzo kolektywnie wchodzi już w pierwszy temat. Saksofony i gitara posadowione zostają na flankach, a środkiem podąża samo serce narracji – kontrabas i perkusja. Opowieść toczy się bardzo swobodnie, nikt nie gra tu jakiegokolwiek tematu, a to, co wynika z notacji kompozytora sprowadza się zapewne do scenariusza całości i zarysu przebiegów poszczególnych improwizacji. Świetnym dowodem w sprawie niech będzie moment pierwszego utworu, gdy po dobrze skontrowanym stoppingu muzycy wchodzą w fazę wytłumionych, ale jakże namiętnych zabaw w pytania i odpowiedzi. Najpierw baryton, piano i szczoteczki perkusyjne (dwie ostatnie w rękach jednego artysty!), potem wyposażony w zwinny smyczek kontrabas, prowadzą Rakietę pięknym, głębokim nurtem psychodelizującego slow motion. Oczywiście, gdy dyktat kompozycji także każe, oba saksofony zaczynają pięknie śpiewać unisono, a reszta załogi posłusznie szuka w sobie inspiracji jazzowych i post-jazzowych.

To, co najlepsze na tym bardzo udanym koncercie zaczyna się wszakże wraz z rozpoczęciem drugiego utworu. Zaczyna piano i perkusja (one man!), którą spotyka synkopujący bas, a niedługo potem ambientowa gitara. Oba saksofony nie czekają na dalsze zachęty, zaczynają płynąć długimi frazami i imitować gitarę. W końcu pojawia się smyczek i ustala reguły … jakże swobodnej improwizacji. Muzycy budują na zwałach kompozycji uroczą open jazzową opowieść. Szczególnie efektowne zdają się być post-aylerowskie zaśpiewy obu saksofonów. Ostatnią część koncertu otwiera zgrzytliwa gitara i naśladujące ją saksofony. Sekcja rytmu uderza w dzwon i rusza blues-rockowym korytem. Saksofony znów kwilą wspólnym głosem, znów udanym, niezależnie od tego, jak silnie inspirowane są notacjami kompozytora. Finał koncertu obfituje w niespodzianki, zwroty akcji, solowe ekspozycje i kolektywne stemple jakości. Na ostatniej prostej znów pojawia się smyczek, gitara zastyga w kameralnym ambiencie, a ciepło usposobione dęciaki ślą końcowe pozdrowienia.

 


Dee Byrne/ Craig Scott/ Cath Roberts  Live at BRÅKFest (OEM Music, DL 2020)

Cath Roberts (saksofon barytonowy) zostaje z nami, a dołączają do niej Dee Byrne (saksofon altowy i elektronika) oraz Craig Scott (gitara elektryczna). Ta trójka zaprasza nas do londyńskiej Hundred Years Gallery (w ostatni dzień tegorocznego lutego) na półgodzinny set bardzo swobodnej improwizacji.

Otwarcie koncertu pełne jest dramaturgicznych wątpliwości i emocjonalnego niepokoju. Tuby dętych szumią, struny gitary ledwie oddychają, a poświata elektroniki sączy się z oddali. Repetycja gitary zdaje się być tym elementem, który rozpoczyna konstrukcję narracji właściwej. Open chamber and jazzy flow, który szuka swobody i dość szybką ją znajduje. Gitara trzyma nurt główny, saksofony stawiają na free impro. Pierwsze emocje i wzrost dynamiki, to efekt pracy barytonu, który łapie kąśliwy rytm. Alt buszuje wciąż w zbożu, a gitara nie stroni od drobnych preparacji. W połowie seta elektronika podaje ciekawe tło, które brzmi niczym zdezelowany akordeon. Improwizacja śmiało wypływa na szerokie wody, a instrumentem, który w tej fazie koncertu zdaje się generować najciekawsze frazy jest gitara.

Po adekwatnym dla sytuacji dramaturgicznej wyciszeniu muzycy budują nowy wątek z drobnych i dość delikatnych fraz. Gitara płynie z ciszą, saksofony śpiewają smutne piosenki. I to znów baryton jest tym, który stara się przerwać owo narracyjne lewitowanie. Gitara jest na tak, alt trochę się ociąga. Zamiast zatem wybuchu ekspresji, trio na koniec seta znów pogrąża się w ciemnościach, w czym pomaga bystra, ale nieinwazyjna elektronika. Swoje trzy grosze dokłada także post-rock-jazzowa gitara.

 


João Almeida/ Fred Lonberg-Holm/ João Lopes Pereira  Live at Zaratan (bandcamp self-release, DL 2020)

Ze Zjednoczonego Królestwa przenosimy się na sam koniec Europy, do Lizbony. Trębacz João Almeida (frakcja bardzo młodzieżowa tamtejszej sceny free jazz/ free impro!) zaprasza nas na koncert pewnego tria, a zaraz potem na dwa eksperymenty solowe (patrz: kolejna recenzja). Na początek lądujemy w miejscu zwanym Zaratan - Arte Contemporânea in Lisbon (początek marca br.). Na naszego bohatera czekają tam – Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika) oraz João Lopes Pereira na małym zestawie perkusyjnym. Swobodna improwizacja składa się z dwóch części i trwa łącznie prawie 36 minut.

Trio młodych i bardzo doświadczonego zaczyna improwizację bez specjalnej gry wstępnej. Od startu ciekawe frazy (także preparowane), dużo swobodny, ale bez eskalacji, z ciszą pomiędzy niektórymi dźwiękami, z wiolonczelą, która na tym etapie nie kąsa jeszcze prądem. Fred dość szybko przemienia swój instrument w post-rockową gitarę, ale nie wydaje się chętny na hałasowanie. Portugalczycy zostawiają mu dużo miejsca i należnego szacunku, ale robią swoje w prawdziwie mistrzowskim stylu (zwłaszcza trębacz – bez respektu, z pełną mocą, jeśli wymaga tego sytuacja sceniczna). W połowie 7 minuty trio kipi już ogniem, po czym równie efektownie przenosi się do strefy ciszy, którą ubarwia szczególnie cello, które snuje małe stróżki psychodelii. Owo leniwie, ale jakże smakowite slow motion wybudza się z letargu z prawdziwie portugalską nieśpiesznością. Gdy w końcu dynamika i emocje na powrót opanują scenę, muzycy proponują nam pokaźny pakiet świątecznych fajerwerków. Trąbka repetuje, cello kąsa prądem, a obrazu całości dopełnia aktywny drumming. Na sam koniec seta niespodzianka ze strony Freda – bardzo lekki flow z post-barokowym zabarwieniem.

Drugi set stawia na spokojniejsze rozwiązania. Dzieło introdukcji przypada w udziale perkusyjnym szczoteczkom i wiolonczeli. Trąbka pojawia się w połowie 3 minuty – śpiewa, śle zadziorne frazy i szeleści, innymi słowy, dynamizuje narrację. Po spowolnieniu mały koncert na drobne, ale wyjątkowe urocze frazy ze świetnym perkusjonalnym backgroudem. Pod koniec seta (znacznie krótszego niż pierwszy) muzycy znów dają upust swoim emocjom – meta melodie, gęsta perkusja i cello, które szuka dużego prądu. Całość gaśnie bardzo precyzyjnie, głównie z woli wiolonczeli, przy sporym wsparciu perkusyjnych szczoteczek.

 


João Almeida  Static I & II (bandcamp self-release, DL 2020)

Czas na rzeczone eksperymenty portugalskiego trębacza, wyprodukowane (to właściwe określenie) bez użycia jego ulubionego instrumentu blaszanego. Pierwsza część Static, to jeden trak o długości 30 minut, część druga – dwie opowieści, łącznie trwające 28 i pół minuty. Oba nagrania powstały tej jesieni, zapewne w pandemicznych warunkach domowych (acz wkład dźwiękowy do pierwszej części, to efekt … pewnego spaceru).

Static I, to przetworzony elektronicznie zapis nagrania terenowego z nocnego spaceru po lizbońskim Olaias-Anjos. W trakcie postprodukcji dźwięki zostały rozciągnięte w czasie i zmultiplikowane. Efektem prac muzyka jest dość jednostajny dron syczącego powietrza, podawany dość cicho (odsłuch słuchawkowy na maksymalnej głośności wskazany), który mógłby przypominać efekt amplifikowania trąbki (takie produkcje ma w portfolio Nate Wooley), ale my wiemy przecież, iż to intensywnie przetworzony field recordings. W trakcie półgodzinnego (zbyt długiego) nagrania dzieje się niewiele, a wart odnotowania być może jest jedynie incydent dźwiękowy z 25 minuty, coś na kształt krzyku, być może prawdziwy dźwięk z lizbońskiej nocy.

Druga część Static, to efekt użycia przez muzyka wirtualnego symulatora analogowego ze swej natury syntezatora modularnego. Tutaj napotykamy na zdecydowanie ciekawsze sytuacje dźwiękowe. Całość brzmi chwilami jak realny syntezator modularny, w innych momentach, jak dobrze skrojona, nieinwazyjna, niekiedy naprawdę ciekawa elektronika. Flow na strukturę ambientową, ale nie składa się z jednostajnych dronów, często pulsuje, zdaje się żyć własnym życiem wewnętrznym. Nie brakuje głośnych, na poły noise’owych wstrętów, zmiana goni zmianę, a całość potrafi być głośna. Jeszcze ciekawiej jest w drugiej części Static II. Zaczyna się ona brzękiem siarczystej syntetyki, w tle której rozbłyskują i rozsypują się fragmenty tajemniczych dźwięków. Z czasem te plamy, strzępy, strugi fonii lepią się w rozdygotany dron. Narracja cały czas nabiera intensywności i gęstości, aż do momentu, gdy przybiera postać rozchełstanego, rozdrażnionego, jakże zadziornego pasma dark ambient. W ramach ostatniego akcentu muzyk proponuje nam jeszcze organową salwę. Brawo za tę część!

 


Salim Javaid & Santiago Bogacz with Marlies Debacker  Una mirada perdida / Ella se convirtió en sus ojos (Matador, DL 2020)

Przenosimy się do słynnego Loftu w niemieckiej Kolonii, by posłuchać nagrania duetu, a na koniec także tria, stworzonego przez pewnego Urugwajczyka w podróży służbowej i międzynarodowych rezydentów niemieckich. A zatem: Santiago Bogacz (gitara akustyczna, struny stalowe i nylonowe), Salim Javaid (saksofon sopranowy, altowy i tenorowy) oraz na trzy ostatnie części - Marlies Debacker (fortepian, głównie preparowany). Całość składa się z dziewięciu części i trwa blisko 70 minut. Być może odrobinę za długo, ale z drugiej strony, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który potrafi wskazać momenty nagrania, które z całą odpowiedzialnością możnaby wyciąć z tego ponadgodzinnego potoku dźwięków. Dla ścisłości dodajmy – nagranie z ostatniego dnia lutego 2020 (chyba już dziś zetknęliśmy się z tą datą!), a wydawcą jest rzeczony Urugwajczyk i jego bandcampowy label.

Swobodna, w pełni akustyczna improwizacja lubi rodzić się w ciszy. Czysta, metalicznie brzmiąca gitara, obok szumiące dysze, oddechy z tuby i półdźwięki. Wszystko zdaje się być tu lekkie, rozhuśtane i dalece swobodne. Energia godna post-rocka, która szybko uwalnia się ze szponów introdukcji, dobrze koreluje się z precyzją akcji i równie bystrych reakcji. Oto dialog przyjaciół, którzy na tym etapie znajomości nie mają jeszcze sobie dużo do powiedzenia, ale czas spędzany wspólnie sprawia im dużą przyjemność. Wiele dzieje się tu za przyczyną dużej aktywności gitarzysty (spory wachlarz technicznych możliwości i jedynie dobrej kreatywności!). Saksofonista trzyma z nim sztamę w każdej sekundzie i świetnie reaguje nawet w karkołomnych układankach dramaturgicznych. Leniwe, minimalistyczne repetycje i kipiące mocą małe wybuchy ekspresji – w każdym z tych wariantów duet zdaje egzamin. W drugiej części powolność muzyków jakby zyskiwała na wartości – jeden sprawia wrażenie, że jest na niezłym kacu, drugi ewidentnie czuje się jeszcze wczorajszy. Opowieść, nie tylko w tej części, zasadza się na pewnym dysonansie. Jeśli Bogacz tryska emocjami i dynamiką, Javaid chętnie cedzi dźwięki przez zęby i intrygująco degeneruje etos improwizacji. Ten drugi w kolejnej części znacząco poszerza naszą percepcję jego potencjału artystycznego – piszczy, drży, prowokuje. W dalszych odcinkach duet znów buduje flow na energetycznym dysonansie. Gitara zdaje się być lekko upalona brzmieniowo (muzyk zmienia tempo improwizacji w imponującym stylu!). Saksofon warczy, preparuje dźwięk wargami, gwiżdże i napotyka na piękną imitację gitary, która też śle niemal dęte frazy.

Ta bardziej niż udana improwizacja zyskuje jeszcze na wartości, gdy pod zmyślne, coraz bardziej preparowane frazy gitary i saksofonu podłącza się pianistka, która woli drżeć w pudle rezonansowym fortepianu niż tańczyć po gołych klawiszach. Trio zaczyna swą przygodę od delikatnych, wzajemnych macanek, potem przystępuje zaś do zasadniczej części swych obowiązków scenicznych. W ósmej części gitara tańczy po całej szerokości sceny, saksofon jęczy w kącie i prosi o łyk wody, a perkusyjnie usposobione piano rysuje szlak podróży. Mimo tych dynamicznych charakterystyk improwizacja zdaje się nabierać wręcz molekularnej struktury. Fantastycznym zaś podsumowanie całości jest ostatnia część, prawdziwa wisienka na torcie. Opowieść znów tkana jest z drobiazgów, pełna zmyślnych preparacji (przez moment mamy wrażenie, że słyszymy tylko szelest sześciu pracujących palców!), dętych półimitacji i surowych, finalnych oddechów.

 


Spontaneous Chamber Music  Vol. 3 (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Czas na krajowy akcent w dzisiejszej zbiorówce! Trzecia odsłona Spontaneous Chamber Music, to autochtoni: Marcin Olak na gitarach i Patryk Zakrocki na altówce oraz goście: Anna Gadt wokalnie i Annemie Osborne na wiolonczeli (nagranie studyjne z grudnia 2018 roku – czternaście improwizacji, być może niektóre z nich z zarysowanym scenariuszem, ponad 54 minuty). Płyta składa się z dwóch części i epilogu. Najpierw otrzymujemy sześć improwizacji w kwartecie, potem siedem duetów, by na koniec znów spotkać się z kwartetem. Trudno czynić z tego zarzut artystom, wszak większość dźwięków świetnie się tu broni, ale sam zabieg długotrwałego rozbicia kwartetu na duety zakłóca nieco dramaturgię całości. Dodatkowo, album okrojony do 40-45 minut zapewne ominąłby kilka ledwie dostrzegalnych płycizn i definitywnie zasługiwał na wysoką ocenę.

W morze improwizacji artyści wchodzą wszakże z przytupem. Silny głos, skacząca wokół niej gitara i intensywny szelest piłowania strun pozostałych instrumentów. Czujne, rozwichrzone i intrygująco zdekalibrowane free chamber. Druga część stawia na rytm, melodię i nieskrywaną taneczność. Muzyka z epoki, ale na sterydach! W kolejnej odsłonie pojawiają się pierwsze, ciekawe preparacje dźwięków, szczególnie w podsekcji smyczkowej. Gitara najczęściej szuka głosu (tak dzieje się w wielu momentach płyty), buduje dramaturgię całości, dba też o pojedyncze przebiegi. Czwartą i piątą część bardzo udanie otwierają altówka i wiolonczela. Najpierw filigranowo i delikatnie, potem dynamicznie i emocjonalnie. Gitara dodaje do tego szczyptę dobrego hałasu, zaraz potem niezbędną dynamikę, a głos, rozdrażniony szept, zdaje się przywoływać wszystkich do porządku. Ostatni fragment partycji kwartetowej odwraca kolejność zdarzeń. To głos i gitara maszerują na czele, a cello i altówka budują zmysłowe tło. Nim utwór wybrzmi do końca, role wydają się być odwrócone, definitywnie dla dobra obrazu całości.

W fazie duetowej emocje chwilami nieco przygasają. Więcej jest niuansów i nieśpieszności, niż ekspresyjnych, bystrych dialogów. Najpierw gitara i głos, potem kolejno – gitara i wiolonczela, wiolonczela i altówka (to tu jest najciekawiej, piękny post-barok!), głos i wiolonczela (bardzo kobieca narracja!), ponownie głos i gitara (ciekawy, wschodni zaśpiew!), ponownie wiolonczela i altówka, a na finał głos i wiolonczela (znów post-barokowo!). W ramach udanego zakończenia powraca kwartet i serwuje nam niebanalny free chamber w emocjonalnym rozkwicie. Na ostatniej prostej wszyscy głęboko oddychają, a gitara dodaje pasma mglistego ambientu.

 


Hübsch/ Martel/ Zoubek  Ize (Insub Records, CD 2020)

Wracamy do kolońskiego Loftu! Listopad 2018, a na scenie (czy z publicznością?) trójka zdolnych do wszystkiego muzyków: Carl Ludwig Hübsch (tuba i obiekty), Pierre-Yves Martel (viola da gamba, harmonica, pitch pipes) oraz Philip Zoubek (fortepian i syntezator). Panowie w procesie generowania dźwięków stawiają na improwizację, ale wszystko zdają się czynić w sposób uporządkowany i z pewnością precyzyjnie zaplanowany. Przygotowali dla nas pięć utworów w estetyce zbliżonej do contemporary chamber, trwających mniej więcej trzy kwadranse.

Otwarcie płyty stawia na niejednoznaczność, elektroakustyczną poświatę, na długie frazy, ale także szybkie cmoknięcia w ustnik i szemrzące oddechy. W drugiej części (ponad 17 minutowej) ta majestatycznie powolna opowieść jeszcze bardziej rozwarstwia się. Garść zaaranżowanych akcji i reakcji, trochę minimalizmu i repetytywności. Klimat tajemniczości wiele tu rekompensuje. Po pewnym czasie opowieść dostarcza nam wreszcie kilku prawdziwie żywych dźwięków tuby, która intrygująco burczy. Piano i viola koncentrują się raczej na krótkich frazach. Rozbudowa narracja zaczyna pęcznieć i nabierać masy, choć interwały ciszy nie przestają być stałym elementem gry. Na koniec dostajemy kilka frapujących dźwięków jakby wprost z zakładu mechaniki pojazdowej.

Definitywnie ciekawiej robi się w kolejnych, już nieco krótszych ekspozycjach. Trzecia część jest miniaturą, pełną niebanalnych brzmień i mikro preparacji. Wszystko, co najlepsze dzieje się zaś w części czwartej. Powraca elektroakustyczna poświata, tajemnicze obiekty zaczynają rezonować, a tuba intensywnie oddychać i prychać. Kilka dźwięków z syntezatora, także harmoniki dodatkowo ubarwia narrację. Muzycy wraz z upływem czasu inteligentnie budują napięcie, aż po szczególnego rodzaju peak emocji. Tuż po nim opowieść zaczyna przypominać rwącą rzekę, pełną naprawdę groźnych fortyfikacji dźwiękowych. Finał tej dalece dobrej płyty stawia na akustyczne brzmienia tuby, violi i fortepianu. Narracja przypomina dynamiką marsz pogrzebowy. Powraca harmonica, która buduje pojękujący dron, struny dodają swoje, a zagadka znów zdaje się gonić zagadkę.

 


Chihei Hatakeyama & Dirk Serries  Black Frost (Glacial Movements Records, CD 2020)

Na finał dzisiejszych opowieści kojący strumień dźwiękowy, któremu nie tak łatwo przykleić jakąkolwiek kolorową łatkę. Raczej nie dark, może bardziej blue, a może po prostu, to ambient w czystej, niemal klasycznej postaci. Belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa znamy na tych łamach doskonale, japońskiego muzyka Chihei Hatakeyamę wręcz przeciwnie. Opis płyty nie wspomina o użytym przez muzyków instrumentarium, a także, gdzie zarejestrowano nagranie, razem, czy może osobno, czy to może kolaż dwóch ścieżek dźwiękowych, powstałych niezależnie od siebie. Pozostajemy w oparach tajemnicy, choć wielu spraw możemy się domyślać. Jedno nie ulega wszakże wątpliwości – nagranie składa się z czterech części, trwa zaś 43 minuty i kilkanaście sekund.

Zapraszamy do krainy ambientu lekkiego, jak puch, budowanego przez dwa strumienie fonii, z których jedna swobodnie płynie w nieznane, druga zaś kreśli małe pętle. Z czasem narracja pęcznieje, a w jej strukturze zaczynają pojawiać się nowe mikro elementy. Wszystko spowite jest mrokiem tajemnicy, ku chwale gatunkowej czystości. Druga opowieść zdaje się być jeszcze cieplejsza, a dźwięki sprawiają wrażenie niezwykle sterylnych, powstałych w warunkach laboratoryjnych - płyną swobodnym, dość jednorodnym strumieniem. Nie pozostaje nam nic innego, jak przymrużyć oczy, wziąć głęboki oddech, zatrzymać wszelkie procesy myślowe i dać się zabrać tym dźwiękom na meta relaksacyjny trip.

Trzecia opowieść płynie do nas z nieco bardziej mrocznych stref świata. Muzycy proponują nam zejście o kilka stopni w dół. Jedno pasmo produkuje wręcz basowy dron, a całość płynie do nas z dalekiego, nieznanego księstwa. Ostatnia historia wydaje się być najbardziej powolna i wytłumiona - dociera do nas wymieszana z szumem ciszy. Pętla za pętlą brzmienie łagodnieje i pnie się ku górze. Przez moment może wydawać się, iż ambient zaczyna śpiewać. Ostatecznie, brnie jednak z powrotem na samo dno i gaśnie w mgławicy syntetycznych oddechów ciszy.