Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raoul van der Weide. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raoul van der Weide. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2023

Phonogram Unit’ fresh outfit: Spirit in Spirit & Rhizome!


Phonogram Unit, to portugalski label założony przez samych artystów, który dostarcza nam regularnie błyskotliwych dźwięków i ciekawych dramaturgicznie sytuacji sceniczno-studyjnych. Czytelnicy tych łamów wiedzą to doskonale!

Dziś czas na eksplorację dwóch letnich nowości wydawnictwa z Lizbony. Tym razem tylko w digitalu, ale i na tym nośniku muzyka broni się każdym swoim fonicznym przejawem. Dwa tria, same znane nazwiska, nic tylko czytać, słuchać i zamawiać!



Spirit in Spirit

Na dobry początek free/open jazzowe, portugalsko-holenderskie trio na saksofon altowy, kontrabas i perkusję, czyli José Lencastre, Raoul Van der Weide i Onno Govaert. To drugie ujawnienie tego składu personalnego, równie jak pierwsze udane, choć odrobinę krótkie w wymiarze czasowym. Za to same konkrety!

Pierwsza i czwarta improwizacja są tu efektownie rozbudowane i stanowią o dramaturgii całości. Druga opowieść, to post-balladowa miniatura, z kolei część trzecia i piąta z jednej strony wydają się być fragmentem większej całości, z drugiej silnie korelują ze sobą estetycznie, zatem możemy chyba uznać je za części tej samej historii. Otwarcie śmiało możemy określić mianem open jazzu, który trzyma marszowy szyk, nie skąpi nam altowej melodyki, by w fazie końcowej efektownie puścić się w galop z dużą porcją saksofonowej ekspresji. W samym środku opowiadania odnotowujemy zmysłowe solo smyczka kontrabasowego, jak zwykle w przypadku Van Der Weide, barwione wyjątkowo indywidualnym brzmieniem.

Po awizowanej, miniaturowej balladzie muzycy zabierają nas na intrygujący trip, budowany aktywnym drummingiem, kontrabasowymi preparacjami i lekko zawieszonym flow saksofonu. Narracja zyskuje z czasem na ekspresji, bazuje na nieco połamanym rytmie, nie skąpi nam także perkusjonalnych obiektów, które wchodzą w interakcje ze strunami i budują ciekawy background. A na czele pochodu znów saksofonista! Część czwarta, ta rozbudowana, bazuje na cierpliwym budowaniu klimatu improwizacji. Wolne, post-bluesowe tempo, brzmieniowe niuanse, rezonujące frazy w poszukiwaniu nerwu narracji. Wszystko gęstnieje tu dzięki repetytywnemu kontrabasowi i rozhuśtanemu drummingowi. Muzycy snują się po scenie i raz za razem ślą nam dźwiękowe perełki. Ostatnia improwizacja, ta, która zdaje się być ciągiem dalszym trzeciej części, kreowana jest drobnymi, szeleszczącymi akcjami. Obiekty Raoula śpiewają jak pozytywki, perkusja bije post-rytm, a saksofon cedzi spokojne frazy niosąc post-jazzową melodię na kres albumu.



 

Rhizome

Kolejne trio także w składzie międzynarodowym – flagowe okręty portugalskiej improwizacji, kontrabasista Hernâni Faustino i pianista Rodrigo Pinheiro, spotykają w lizbońskim studiu nagraniowym amerykańskiego wiolonczelistę Daniela Levina. Tym razem czeka nas przygoda z definitywnie kameralną muzyką, której bliżej do post-klasycznej smugi cienia niż lwiego pazura post-jazzu. Niemal godzinna podróż potrafi tu zarówno ukoić nerwy dnia codziennego, jak i zainspirować intelektualną łamigłówką.

Pierwsza improwizacja pokazuje szerokie spektrum zainteresowań stylistycznych muzyków. Otwarcie należy do minimalistycznie repetującego fortepianu. Smyczki pojawiają się w grze z dużą atencją i wyczuleniem na niuanse dramaturgiczne. Kameralne wystudiowanie raz za razem syci się tu post-jazzowymi wtrętami, głównie ze strony kontrabasu. Swoboda, pewność każdego ruchu, zaduma i cisza powolności. Druga historia toczy się w dość nerwowej aurze, czemu sprzyja mroczny klimat wielu fraz. Dwa smyczki, delikatnie preparowane brzmienie piana, trochę dynamiki, dużo wystudiowanego lewitowania. Trzecia opowieść stawia na minimalizm i delikatność godną miana kameralnej post-ballady. Arco do pary z pizzicato, ale i spora przewidywalność tego, co może wydarzyć się za moment.

W czwartym opowiadaniu na czoło pochodu kameralistów wystawia się nerwowy wiolonczelista. Szarpie za struny, głęboko oddycha, buduje mroczne melodie. Dla kontrastu kontrabasista i pianista cedzą dźwięki i tłumią emocje. W dalszej części narracji pojawiają się drobne akcenty jazzowe. Finałowa opowieść jest tu najdłuższa, i zdaje się najciekawsza. Na starcie zgrzyty i miarowe stukania. Znów z dużą dawką minimalizmu, z naciskiem na wyjątkowo urokliwe gry na małe pola. Gdy kontrabasista zaczyna szarpać za struny opowieść natychmiast nabiera leniwej dynamiki. Emocje rosną, choć chwilami opowieść toczy się wedle dźwiękowej smugi pozostawianej przez dwa smyczki. Tempo raz rośnie, raz spada. O dodatkową dawkę hałasu dba wiolonczelista, który zmyślnymi preparacjami odnajduje w końcu ciszę. Pod koniec nagrania emocje znów rosną – smyczkowe preparacje i post-perkusjonalne igraszki sycą opowieść dużą ilością drobnych zdarzeń. Ostatnie słowo należy do rozśpiewanej wiolonczeli.

 

Spirit in Spirit: José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert Cinematico (DL, 2023). José Lencastre – saksofon altowy, Raoul Van der Weide – kontrabas, obiekty perkusjonalne oraz Onno Govaert – perkusja. Nagrane w Atelier 5, Amsterdam, październik 2022. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Daniel Levin/ Rodrigo Pinheiro/ Hernâni Faustino Rhizome (DL, 2023). Daniel Levin – wiolonczela, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Hernâni Faustino – kontrabas. Nagrane w Timbuktu Studio, Lizbona, październik 2022. Pięć improwizacji, 59 minut.



piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

wtorek, 26 października 2021

Campbell, Dikeman, van der Weide, Jacquemyn & Kugel! When The Time Is Right!


W słynnym amsterdamskim klubie Bimhuis lądujemy na początku maja 2013 roku. Na małej scenie kwintet soczystych owoców z free jazzowego raju - Amerykanin z Holandii, rdzenny Holender, Belg, Niemiec i fascynujący gość z serca jazzowej Ameryki. Umawiają się na jeden długi trak. Czują, że będzie gorąco, postanawiają więc nie grać zbyt długo i nadmiernie wyczerpująco. To ostatnie nie do końca im wyjdzie w praktyce, albowiem ogniste frazy raz za razem wypadać im będą zza pazuchy. W tym szaleństwie prym wieść będą szczególnie wiolonczelista i kontrabasista. Chwilami nieco wytłumiony będzie tu jedynie introwertyczny trębacz, ale to przecież z jego powodu sięgamy po dziewięciu latach - po raz pierwszy! - po to niesamowite nagranie. Bo i Roy Campbell kilka miesięcy po tym koncertowym wydarzeniu nie będzie już żył.

 


Otwarcie idzie tu z mocy całego kwintetu! Swobodne, rozchełstane, dęte quasi unisono ciągnie flow ku górze, a silna, zdwojona sekcja rytmu sunie całą szerokością ulicy, jak po swoje! W tak zwanym międzyczasie szczególnie ciekawie frazuje kontrabas, który zdaje się iść tu delikatnie w poprzek głównego nurtu. Na czele zacnego orszaku wszakże dzikie zwierzę tenoru, a obok niego trąbka, zmysłowy lisek-chytrusek. Gdy narracja traci nieco na tempie swoje popisy rozpoczynają wygłodniałe strunowce. Pierwszy za smyczek sięga kontrabas i fermentuje kreatywnością na każdym zakręcie. Na tle delikatnie zapętlonej sekcji świetne solo płynie wprost z trębackich wentyli. Po smyczek sięga także wiolonczela i mamy oto pierwszą akcję w duecie (7-8 minuta), który z precyzją szwajcarskiego zegarka będzie tu kreślił zmysłowe interludia raz za razem. Na pierwsze z interludiów świetnie odpowiada trąbka. Powrót do pełnego kwintetu pachnie tu free jazzowa magmą, głównie dzięki kompulsywnego tenorowi. Znów trąbka bierze na siebie jarzmo studzenia emocji na scenie.

Kolejne smyczkowe interludium wieńczy pierwszy kwadrans koncertu. Dźwięki zdają się tu lepić w intrygujące, post-barokowe zaśpiewy. Komentarz trąbki? Oczywiście, tym razem niczym wybudzony do życia niedźwiedź. W tle toczy się już basowe pizzicato, a perkusja pierwszy raz daje do wiwatu i dynamizuje narrację, jak tylko się da. Tuż po spowolnieniu po raz kolejny do roli głównego demiurgia improwizacji kandyduje kontrabas. Szoruje brudnym brzmieniem i zaprasza do kolejnego tanga wiolonczelę. Najpierw pizzicato vs. arco, potem już podwójne arco! To interludium dzieje się po 23 minucie koncertu. Powrót do kwintetu następuje tym razem z prawdziwym piskiem opon! Ach, ten tenor! Kolejne pętle narracji płyną bardzo szybko.  Improwizacja charakteryzuje się dużą zmiennością akcji, kreowana jakże odmiennymi temperamentami wszystkich muzyków. Swoboda, gorącą krew, ale i wystudiowane emocje.

Nim upłynie drugi kwadrans koncertu znów na piedestał wystawiony zostaje kontrabas – zmysłowe preparacje, piski, tarcia i gardłotoki. Jeden flow, jedna magia! Znów podłącza się wiolonczela, znów oba strunowce skoczą do nieba i ciągną wóz improwizacji ku wiecznej wspaniałości. W ramach bystrego komentarza pojawia się dźwięk fletu. Frazuje spokojnym jazzem, jakby banalnie pytał o drogę. Gdy narracja przygasa po raz ostatni, słyszymy perkusjonalne dzwonki. Nowe, finałowe rozdanie idzie tym razem wprost z gryfu wiolonczeli, najpierw z kontrabasem na dwa smyczki, potem już more typical – dwa dynamiczne ściegi pizzicato, które niosą cały kwintet przez końcowe, jakże eksplozywne wzniesienie. Dęte śpiewają tu przy otwartej kurtynie, a opowieść kończy swój niezbyt długi żywot pięknym fallingiem i burzą rzęsistych braw.

 

Roy Campbell/ John Dikeman/ Raoul van der Weide/ Peter Jacquemyn/ Klaus Kugel When The Time Is Right (577 Records, CD 2021). Roy Campbell - trąbka, flugelhorn, flet, John Dikeman – saksofon tenorowy, Raoul van der Weide – wiolonczela i instrumenty perkusyjne, Peter Jacquemyn - kontrabas, głos, Klaus Kugel – perkusja. Bimhuis, Amsterdam, 3 maja 2013 roku, nagrane w trakcie dOeK Festival 2013. Jeden trak, 37 minut i 46 sekund.



piątek, 21 maja 2021

Raoul van der Weide & Henk Zwerver! Modèles Volatils!


W piątkowy wieczór wybieramy się do Amsterdamu! Po kilku wizytach w zaprzyjaźnionych kofiszopach, na zasadniczą część wieczoru lądujemy w klubie Atellier, gdzie mamy zamiar spędzić urocze chwile z muzyką swobodnie improwizowaną.

Na niewielkiej scenie spotykamy dwie legendy nie tylko lokalnej sceny muzycznej - Raoula van der Weide (kontrabas, cracklebox, instrumenty perkusyjne) oraz Henka Zwervera (gitara). Dziarscy weterani zarażą nas swoją energią i umiejętnością budowania improwizacyjnego napięcia na całe 30 minut z sekundami. Zagrają nam sześć epizodów, a potem nie wypuszczą nas z klubu do samego rana! Jest wrzesień 2020 roku, pandemia nie osiągnęła jeszcze swojej drugiej fali. Wszyscy zdają się być szczęśliwi.



Holendrzy na powitanie proponują nam dwa szybkie, dwuminutowe strzały! Pierwsza porcja emocji - silne, męskie ręce szarpią za struny, próbują je dewastować, każą im wydawać dziwne dźwięki, które z miejsca wzbudzają nasz entuzjazm. Pudło kontrabasu śmiało może okazać się werblem, inne, tajemnicze dźwięki mogą pochodzić z zabawki zwanej cracklebox. Kontrabasowa dynamika, strunowe ślizgawki, gitarowe niuanse, które sypią skojarzeniami z Derekiem Baileyem, ale kompletnie go nie naśladują. Drugi strzał wydaje się być bardziej śpiewny, jakby umocowany w historii jazzu na niedługą chwilę. Masa kontra filigranowość, dysonans, który po chwili staje się już jedną porcją ekspresji.

Trzecia historia budowana jest bardziej skrupulatnie, muzycy dają już sobie więcej czasu na zbudowanie narracji, która spróbuje wbić nas w niewygodne krzesełka dla publiczności. Bas dudni i śpiewa, gra arco, gra pizzicato, ktoś w coś puka i jeszcze ta dziwna zabawka – oj, prawdziwy one man orchestra! Gitara stoi z boku, uboga krewna prosi o prawo do wydania dźwięku, pachnie post-jazzem, a nawet wyuzdaną post-klasyką. Plejada dźwięków rozkołysana na falach śmiertelnego oceanu! Temperament muzyków eksploduje, jak temperatura w środku upalnego lata. Smyczek, akcenty percussion i drobiazgowe repryzy na wybrzmiewaniu. Czwarta część początkowo kreowana jest na wdechu, niemal delikatna, kobieca, nieco frywolna. Gitara pachnie soft rockiem, bas wlecze się leniwie po zbrukanej ulicy. Ta pierwsza buduje narrację szeroką paletą gatunkowych konotacji, ten drugi szyje dynamikę najprostszymi metodami.

Kolejna historia nie dba o niuanse dramaturgiczne, od startu wrzuca nas do kotła piekielnych emocji. Posuwisty smyczek i bystre riffowanie! Półśpiewne frazy kreowane przez wyjątkowe zwinne palce. Plamy percussion, bluzgi cracklebox i kolejny smyczek, także na gryfie gitary. Robi się gęsto, niczym w niewietrzonym od stuleci zakładzie szlifierskim. Muzycy budują flow powtarzając frazy, jak złą mantrę o zmierzchu. Bas znów gra arco i pizzicato jednym pociągnięciem za spust! Piękny moment! Ekspresja free jazzu puka do bram, ale ma nieważną wejściówkę. Neoklasyczne zawijasy i kilka uderzeń w pudło rezonansowe kontrabasu robi swoje.

Nieszczęśliwie dopada nas już finał tej ekspresyjnej improwizacji. Kontrabas kłębi się w sobie, jak rozespany niedźwiadek, struny gitary tańczą i plączą się ze sobą. Plejada short-cuts w oczekiwaniu na jakąkolwiek dramaturgiczną zaczepkę. Gdzieś z boku baru rozsiadł się Bailey. Bije brawo z uznaniem!  W tej opowieści jest chyba wszystko, także posmak porannego jazzu przy pustym kieliszku. Są śpiewy, także na kontrabasie i kilka zdań przerwanych w pół słowa. Emocje zostają jednak z nami do samego końca – finałowe podrygi, post-jazz wylewany za kołnierz i jeszcze grube plastry smyczka! Zostajemy do rana!


Modèles Volatils (Casco Records 007, CD 2021)

 

 

poniedziałek, 20 lipca 2020

Scrambled Harmonies! Stella Art! A Pearl in Fury!


Amsterdamski klub Zaal 100, to jedno z ciekawszych miejsc na europejskiej mapie koncertowej free jazz/ free improv. Trafiamy do niego już w roku 2020, jeszcze przed wybuchem pandemii, a na scenie odnajdujemy frapujący kwintet niemal samych naszych znajomych, ukrywający się pod nazwą własną Scrambled Harmonies: na kontrabasie i małej elektronice - Raoul van der Weide, na perkusji – Onno Govaert, na fortepianie i keyboardzie - Nico Chientaroli, na gitarze – Henk Zwerver, wreszcie na saksofonie tenorowym, jedyny debiutant na naszych łamach - Andrius Dereviancenko.

Płytę wydaną własnym sumptem muzycy nazwali Stella Art (CD, 2020), a składa się ona z sześciu improwizacji, na ogół dość swobodnych (all music by the musicians), które trwają łącznie 44 minuty i 6 sekund.




Od pierwszej pętli narracyjnej muzycy budują gęsty, naładowany dźwiękami flow, acz jednocześnie nad wyraz lekki, zwiewny, upstrzony plamami elektroniki (van der Weide!), pełny perkusyjnego rozgardiaszu, pląsających strun i zawodzącego dęciaka. Opowieść nabiera masy i dynamiki z gracją baletnicy, w ramach bezwzględnie kolektywnych działań muzyków. Kierunek rozwoju ekspozycji, to zdecydowanie free jazz! Drugi utwór otwierają wspólnie kontrabas i fortepian. Ślą nam moc jazzowych abstrakcji. Plamy gitary pasują do nich niemal idealnie. Leniwa początkowo narracja, odrobinę post-balladowa i tu nabiera bystrej dynamiki, szczególnie w momencie, gdy za dźwięki odpowiedzialni są już wszyscy artyści na scenie. W roli szczególnie jątrzącego - saksofon, w roli cerbera dramaturgii - gitara. Formuła open jazzu z czasem zaczyna zionąć ogniem (ach, ten tenor!), by w finale nabrać ciekawego posmaku fussion (pianista przesiada się na keyboard!).

Trzecia historia rodzi w sosie elektroakustycznych preparacji. Van der Weide w formule solo, to wątek, który lubimy i szczególnie cenimy na holenderskich scenach. Pojawiają się suche struny gitary, smyczek na kontrabasie, zwinne pętle saksofonu i mały drumming po krawędziach. Flow gęstnieje (a jakże!), szybko brnąc w kierunku free jazzu, tu wszakże doposażonego w odrobinę zadumy i wieńczącego dzieło artystycznego rozchełstania. Czwartą furtkę do krainy nieskończoności znów otwiera para – tym razem gitara i perkusja! Od startu wszystko kipi tu z emocji – saksofon krzyczy pod niebiosa, a plamy elektroniki rozlewają się szerokim korytem. Kontrabas trzyma fundamenty, gitara znów dobrze szuka jazzu. Opowieść pełna swobody, nieprzewidywalności, ale i akustycznej zadziorności. Znów swoje dokłada bystry keyboard i jak zwykle kocie w ruchach perkusjonalia (ach, ten Onno!). W połowie jednej z dwóch najdłuższych ekspozycji niespodzianka – drastyczne spowolnienie, które już po paru chwilach śle do nas intrygujące plamy psychodelii, strużki post-ambientu, głównie ze strony klawiszy i saksofonu. W tle tej zadymki budzi się rytm perkusji i gitary. Narracja staje w taneczne szranki (kontrabas!), by po niedługim czasie zwinnie ugasić emocje na strunach wybrzmiewającej gitary.

Piątą improwizację kreuje solowy saksofon. Długie wprowadzenie najpierw stawia na klimat, potem na budowanie wstępnej fazy narracji właściwej. Sekcja rytmu wchodzi do gry wyposażona w dynamiczny smyczek. W mgnieniu oka dostajemy się we wrzący tygiel free jazzowych emocji (powrót piana zdaje się czynić cuda!). Finałową opowieść animuje perkusja. Ciche struny gitary, plamy saksofonu, jakże piękne wybudzenie! Open jazz na dużym luzie, bez dyktatu czegokolwiek. W roli siejącego dramaturgiczny ferment niezastąpiony Govaert! Piano stawia jednak na spokój, a gitara na akompaniament. Swoje dokłada kontrabas i doczepione do niego obiekty. Opowieść zaczyna pulsować i budzić emocje. Last minute, to kolejna już tego wieczoru mała eksplozja free jazzu. Szybko zbudowana, jeszcze szybciej zgaszona do poziomu pojedynczego dźwięku.



poniedziałek, 21 października 2019

Lencastre’ Brothers! Lopes! Leblanc in Lisbon! Rodrigues with Cirera! The Portuguese impro is still in heaven!


Płyty z muzyką improwizowaną z naszego ulubionego końca Europy, wietrznej i słonecznej Portugalii, dość obficie pojawiały się w redakcyjnych odtwarzaczach w trakcie ostatnich kilku tygodni. Zatem bez zbędnych wstępów przystępujemy do ich wnikliwego omówienia. Sześć płyt, pięć z nich zarejestrowanych w Portugalii, jedna w Holandii, muzycy z różnych zakątków świata, ale oczywiście Portugalczycy w istotnej przewadze liczebnej. Nie zabraknie naszego ulubionego katalońskiego saksofonisty, jego brazylijskiego kolegi, a także pewnej równie cenionej, kanadyjskiej pianistki. Do dzieła!




José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert  ‎Spirit In Spirit Live At Zaal 100  (FMR Records, CD 2019)

Naszą portugalską podróż zaczynamy w … Amsterdamie i świetnie nam znanym klubie Zaal 100. Na scenie José Lencastre na saksofonie altowym i jego holenderscy przyjaciele - Raoul Van der Weide na kontrabasie (jak zawsze wspomaganym dodatkowymi urządzeniami) i Onno Govaert na perkusji. Koncertowy Duch w Duchu potrwa niespełna 40 minut, składa się z sześciu części opatrzonych tytułami, a zarejestrowany został niemal dokładnie rok temu.

Koncert zaczyna się dość wysokimi, wręcz piskliwymi dźwiękami – frywolne pizzicato, świst rezonujących talerzy drummerskich, repetujący, filigranowy alt. Skupiona, niebanalna opowieść zanurzona w jazzowej estetyce, silnie naznaczona piętnem dalece swobodnej improwizacji. Najzwinniejszy perkusista tej części świata, zawsze grający w punkt, równie wyrazisty kontrabasista, który zawsze potrafi zaskoczyć niebanalnym dźwiękiem, wreszcie lekki jak pawie pióro, alcista kolorysta. Już w 3 minucie ten pierwszy ma krótką ekspozycję solową, która unerwia krwioobieg improwizacji. Swoje trzy grosze dokłada quasi elektronika podpięta pod struny kontrabasu. Podobnie czyni swobodny alt, który od czasu do czasu brudzi swoje brzmienie. Piękną pieśń otwarcia puentuje solowa opowieść kontrabasu z komentarzem drummerskim.

Kolejne opowieści, jakby drobne epizody doskonale wyseparowane z większej całości (koncert w rzeczywistości trwał niemal 80 minut), to małe perełki free improv, która zna całą historię open jazzu od jego zarania. Druga część zaczyna się w rezonującej ciszy, by po pewnym czasie osiągnąć stan zwiewnej taneczności (brawo alt!), po raz kolejny, acz nie ostatni, podkreślając świetny poziom komunikacji w obrębie tria. Trzecią opowieść ciągnie kontrabas z perkusją, alt często operuje tu ciszą, milknie w dobrych momentach, świetnie budując dramaturgię całości. Ostatnią rzeczą, jaką można zatem powiedzieć o grze Lencastre, to konstatacja, iż wydaje on zbyt dużo dźwięków. W kolejnym epizodzie do gry w większej skali wchodzi zmysłowy smyczek Raoula. Kompresowany bystrym drummingiem i kontrapunktowany śpiewnym, wysokim altem, czyni ten odcinek jednym z najpiękniejszych na płycie. W piątej części kontrabasista sięga po coś, co brzmi jak mały flet, dzięki czemu cała narracja nabiera nowych, świeżych barw. Gdy powraca ze smykiem, cała opowieść najpierw zyskuje na dynamice, a po chwili zmysłowo ją traci. Wreszcie pieśń finałowa, wyważona, być może najspokojniejsza – smyczek, cichy alt, przyczajona perkusja, wszystko w kolektywnej podróży w kierunku finałowego dźwięku koncertu. Na ostatniej prostej bystre pizzicato kontrabasu i skrzeczący, z podziwu nad efektem całości, saksofon altowy.




João Lencastre  ‎Parallel Realities (FMR Records, CD 2019)

Czas na drugiego z braci Lencastre, perkusistę João. Definitywnie, i już do końca dzisiejszej opowieści, przenosimy się do pięknej Lizbony. Kwintet, którym dowodzi João zwie się Parallel Realities i proponuje nagranie z grudnia ubiegłego roku, pod takim właśnie tytułem. Wtedy to, w studiu Timbuktu, zameldowali się także: Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym, Rodrigo Pinheiro na fortepianie, João Hasselberg na basie, kontrabasie i elektronice oraz Pedro Branco na gitarze (dodajmy, iż na okładce widnieją nazwiska wszystkich muzyków). Osiem części (kompozycji, improwizacji predefiniowanych – tego jedynie się domyślamy), 52 minuty i 53 sekundy.

Nagranie budzi się do życia w głuchej, brzęczącej ciepłem amplifikatora, ciszy, w okolicznościach elektroakustycznego szumu pierwszych dźwięków. Szczypta gitarowego ambientu, sucha tuba saksofonu, skupiony, drobny drumming, minimalistyczne i repetytywne piano. Całość ciekawie narasta i przekształca się w … spokojną balladę, rodzaj open jazzu z elektronicznymi inkrustacjami. Długa, dziesięciominutowa pieśń otwarcia gaśnie przy miłym dla ucha ambiencie gitary. Druga odsłona skrzy się elektroakustycznie, zdaje się być znacznie żwawsza, z płynnym piano i śpiewnym saksofonem sopranowym. Narrację buduje mnogość dźwięków i moc jedynie dobrych interakcji pomiędzy muzykami. Swoboda improwizacji budzi szacunek, z pewnością jednak niektóre jej elementy były wcześniej zapisane w nieistniejącym scenariuszu. Dobrą zmianę ponownie daje gitarzysta, którego ekspozycja smakuje post-rockiem przyprawionym odrobiną psychodelii. Nie próżnuje też elektronika, a całość dostarcza nam sporo tzw. fake sounds, dźwięków, które udają … inne dźwięki. Nie brakuje też ognistych fraz roztańczonego sopranu. Trzecią opowieść zaczyna właśnie Cirera, ale preparacjom poddaje już saksofon tenorowy. Reszta muzyków podłącza się po 45 sekundach i rysuje coś na kształt jazzowej ballady, która jednak permanentnie fermentuje dzięki zmyślnym zabiegom katalońskiego saksofonisty. Po czasie za gęsty flow tej akurat opowieści odpowiedzialność biorą wszyscy muzycy. Te same atrybuty możemy śmiało przypisać czwartej części, na dobre słowo zasługuje w niej także pianista i ponownie gitarzysta.

Piąta część startuje wyjątkowo kolektywnie, z dużą porcją emocji, ładnie wystudzonej saksofonem w roli głównej. Szósta historia stawia na preparacje, a w tym niecnym dziele biorą udział wszyscy muzycy. Po fazie wstępnej, narracja przechodzi w długą, wielobarwną, ale i zmysłowo wystudzoną część, którą komentuje post-ambient z pojedynczymi akordami piana. Na finał muzycy znajdują jeszcze dość sił, by zwinnie pogalopować – ognisty saksofon i bystra gitara wieńczą najdłuższy, niemal 14 minutowy, z pewnością najciekawszy fragment płyty. Dwa ostatnie epizody na krążku, to niemal miniatury. Pierwsza, choć kolektywna, toczy się pod dyktando perkusji, druga stawia na mroczny i przepiękny chaos całkowicie wyswobodzonej improwizacji. Finał płyty stawia istotnie wartościową kropkę nad ”i”. Brawo!




João Lencastre's Communion 3  Song(s) Of Hope  (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w obecności drugiego z braci Lencastre, perkusisty João i sięgamy do formacji Communion 3. Bezdyskusyjnie zasłużyliśmy na chwilę dramaturgicznego oddechu! Perkusiście, który incydentalnie skorzysta także z syntezatora analogowego, w okolicznościach studyjnych Timbuktu (marzec bieżącego roku) towarzyszą – norweski kontrabasista Eivind Opsvik oraz amerykański pianista Jacob Sacks. Odsłuch dziesięciu kompozycji (!) – sześciu lidera i czterech jak najbardziej kolektywnych – zajmie nam 42 minuty bez dwóch sekund.

Pieśni Nadziei, to w pełni kolektywna, dobrze skomunikowana, budowana w oparciu o przygotowane kompozycje, dość swobodna … improwizacja, czyli to, co na tych łamach lubimy najbardziej. Określenie open jazz też winno być w trakcie tej introdukcji wskazane, jako kierunek poznawczy. Narracja budowana przez skupiony, bardzo precyzyjny drumming, czyste, zwinne piano z wieloma klasycyzującymi ornamentami, and last but not least, kontrabas, zatopiony w otwartej przestrzeni narracji, wyrazisty, zdolny samodzielnie prowadzić opowieść bez narażania jej na mielizny dramaturgiczne. Przestrzeń, duch wolności, skrupulatność i duże porcje zadumy, szczęśliwie bardzo dalekie od nudy, którą zwykliśmy kojarzyć z monachijskim ECM.

Wskażmy najbardziej wartościowe momenty tej historii. Szczególnie udany zdaje się być odcinek pierwszy, niemal 10 minutowy, świetnie wprowadzający nas w szczegóły. W drugim warto zawiesić ucho na zabrudzonym tembrem smyka na strunach kontrabasu i pianem, które buduje opowieść z mikro fraz wprost z klawiatury. Także narracja piątej opowieści zgrabnie wisi na zmysłowym smyczku, a pikanterii całości nadaje skromna, syntezatorowa inkrustacja perkusisty. W kolejnej części usłyszeć można także drobinki dźwięków budowanych z wykorzystaniem prądu, a dodatkowo garść nostalgii i bardzo efektownego drummingu w ramach puenty. Siódma część pachnie barokowym smutkiem, a pianista znów stawia na minimalizm, jako ulubioną metodę twórczą. Wreszcie finałowa opowieść, ze smykiem, który złowieszczo syczy, budując przy tym zwinne chamber. Piękny finał niemal relaksującej płyty, przynajmniej w obliczu tego, co słuchaliśmy parę chwil temu i tego, co usłyszymy w drugiej części dzisiejszej zbiorówki.




Luís Lopes  Love Song: Post-Ruins (Shhpuma, CD 2019)

Nim znów uderzymy w mocne tony, jeszcze jedna nieco stonowana opowieść, choć estetycznie daleka od poprzedniej. Okoliczności koncertowe, nawet teatralne i one man show – Luis Lopes na gitarze elektrycznej, w ramach kontynuacji cyklu solowych występów pod tytułem własnym Love Song, tu nazwanej dodatkowo … Post-Ruins. Nagranie z roku 2016 z Teatro Maria Matos trwa 37 i pół minuty.

Pojedynczy akord, szum i garść ciszy, pierwsze stadium minimalizmu. Potem akord podwójny, może nawet potrójny. Step by step w opowieści Lopesa jakby przybywało dźwięków, ale narracja toczy się w wyjątkowo żółwim tempie. W 6 minucie mały rezonans basowy na prawej flance, a w tle życie sali koncertowej/ teatralnej rozkwita – ktoś oddycha, inny szeleści włosami, małe akcenty pogłosu, mikro pulsacje na gryfie.

Od mniej więcej 12 minuty gitarowa narracja nabiera pewnej płynności, obok brzęczy amplifikator, wciąż wszakże akcje dźwiękowe ubogacane są antraktami maksymalnie wyciszonej zadumy. W 21 minucie, na krótki moment, narracja nabiera post-rockowej zadziorności, zakleszcza się w zmysłowej gęstwinie powolnych dźwięków. Po 25 minucie następuje dystyngowany powrót do aktywnego minimalizmu. W 28 minucie recenzent odnotowuje ciekawe, basowe pulsary, które rezonująco wybrzmiewają. Po 30 minucie muzyk już zdecydowanie zarządza odwrót – proponuje smukłe meta ballady, budowane z dużą oszczędnością sił i środków. Gaszenie płomienia koncertu czynione jest pojedynczymi dźwiękami.




Leblanc/ Gibson/ Vicente/ Mira/ Ferreira Lopes ‎ Double On The Brim (atrito-afeito, CD 2019)

Po krótkim odpoczynku, czas wrócić do ognistej muzyki. Free jazz pełną gębą, pięknie zatopiony w tradycji gatunku, nawet hard-bopowego, proponuje nam kwintet pod nieśmiałym przewodnictwem kanadyjskiej pianistki Karoline Leblanc, której wydawnictwa, sygnowane nazwą własnego labelu, są stałym gościem tych łamów. A towarzystwo dobrała sobie pianistka doprawdy wyśmienite – Yedo Gibson na saksofonach, Luís Vicente na trąbce, Miguel Mira na wiolonczeli i Paulo J Ferreira Lopes na perkusji. Nagranie z Namouche Studio, z lutego br., składa się z sześciu części, a trwa 58 minut i 42 sekundy.

Już pierwsze dźwięki nagrania mówią nam wszystko to, co winniśmy wiedzieć o intencjach muzyków – strong jazz, bardzo swobodna, masywnie podawana narracja, która brzmi jak temat, który zostaje natychmiast i po wielokroć rozimprowizowany. Kolektywizm, moc i gracja, a u stóp muzyków leży cała historia wolnego jazzu. Gęsta opowieść, co chwila zdobiona solowymi, krótkimi ekspozycjami, które barwią opowieść w takim tempie, iż recenzent nie nadąża z odnotowywaniem wszystkich ważnych epizodów. Ostra jak brzytwa sekcja rytmiczna z wiolonczelą, która nieustannie kąsa, saksofon i trąbka rozstawione na przeciwległych flankach, cios za cios! Brudne, szorstkie brzmienie wszystkich instrumentów, jakbyśmy nie spotkali muzyków w najlepiej brzmiącym studiu całego zachodniego Półwyspu Iberyjskiego, a raczej w przydrożnej oberży. Druga część próbuje przez moment tłumić emocje po obu stronach nieistniejącej sceny. Szczypta nostalgii, oczekiwanie na płomień życia. Nie trwa ono zbyt długo – kolektywna jazda zaczyna się już po niedługiej chwili. Odnotujmy świetny komentarz wiolonczeli wypuszczonej na smyku, tu w towarzystwie bystrego expo pianisty. W 9 minucie muzycy podejmują pierwszą próbę szukania ciszy – piękny dialog saksofonu sopranowego i wspomnianej wiolonczeli, jakże bystra imitacja! Po chwili cały … kwartet wpada jednak do ognia (z Gibsonem na czele!), a milczenie zachowuje jedynie trębacz.

Trzecia historia, to skromne, wyciszone interludium, pełne niebezpiecznego smutku. Czwartą część otwiera Mira, Gibson preparuje, a Karoline używa tylko czarnych klawiszy. Wreszcie Vicente przerywa wielominutowe milczenie i wgryza się w narrację, niczym doświadczony borsuk. Brawo! Piąta część płyty startuje bardzo kolektywnie, z saksofonem tenorowym, jako głównym zaborcą czasoprzestrzeni. Znów kwintet połyka czas na pełnym gazie. Ostre piano, kanciaste dialogi saksofonu i trąbki, krew leje się strumieniami. Muzycy zdają się być w tej free jazzowej jatce dramaturgicznie przewidywalni, ale jakość ich reakcji i solowych ekspozycji znamionuje klasę światową. Ta uwaga tyczy się przede wszystkim brazylijskiego saksofonisty. Yedo, what a game! Czas na pieśń finałową – bystra free narracja budowana na rozgrzanym do czerwoności smyku wiolonczeli. Dęciaki pięknie preparują na dużej dynamice. Na finał fortepianowe fajerwerki, galopada sekcji i czyste szaleństwo w tubie saksofonu! Jego gorące podmuchy wieńczą tę niezwykle energetyczną podróż w znane-nieznane.




Ernesto Rodrigues/ Albert Cirera/ Rodrigo Pinheiro/ Carlos Santos  Three Phases ① White (Creative Sources, CD 2018)

Na naszą wyimaginowaną scenę powracają Albert Cirera (tym razem tylko saksofon tenorowy) i Rodrigo Pinheiro na fortepianie, a dołączają do nich przedstawiciele starszego pokolenia portugalskich improwizatorów – Ernesto Rodrigues na altówce i Carlos Santos – field recordings i elektronika … fal radiowych. Koncert z O'Culto da Ajuda, kwiecień 2018 roku. Jeden trak, prawie 42 minuty.

Suche frazy zaspanych jeszcze instrumentów, akordy z klawiszy, prychy tuby, liczenie strun w niemal zupełnej ciszy, okruchy świergoczącego field recordings, jakbyśmy odbywali właśnie spacer po wiosennej łące. Skromne preparacje, pojękiwanie naciąganych małym palcem strun, cykady tańczące za oknem – classical silent free improv from Creative Sources! Molekularna, niezwykle skupiona narracja – fale radiowe szeleszczą na wietrze, tuba saksofonu drży, podobnie jak pudło rezonansowe fortepianu. Trzy pięknie brzmiące instrumenty akustyczne i żyjące w stanie ciągłej zmiany field-recordingowe tło, jakże zmysłowa koegzystencja.

Pierwsza próba wyjścia ze strefy ciszy ma miejsce w 11 minucie, czyniona jest z inicjatywy pianisty, z akcentami klasycznego piękna brzmienia altówki. Pod koniec pierwszego kwadransa muzyka rozbrzmiewa pełnią niemal filharmoniczną (świetna akustyka pomieszczenia!), by po ułamku sekundy powrócić do tłumionego minimalizmu, zdobionego partycją fake sounds – saksofon brzmi jak perkusja, altówka jak huragan chrząszczy, klawisze fortepianu niczym rozstrojona gitara, a wokół śpiewają ptaki elektroniki. W kolejnym etapie, znów odrobina żwawszej narracji, tu za przyczyną Cirery i Pinheiro, którzy sieją nieustanny ferment. Po 27 minucie na chwilę opowieść robi się naprawdę głośna! Nawet Ernesto, zwykle chłodny w reakcjach scenicznych, tryska emocjami! Po 33 minucie każdy z muzyków dokłada coś nowego do palety dźwiękowej - kreacja muzyków buzuje, a nasze uszy tańczą z radości. Preparacje, stylizacje, emanacje – nie ma chwili nudy w tym strumieniu dźwiękowym! Pod koniec nagrania, na moment, elektronika przejmuje władanie sceną, śląc posuwiste pulsary energii. Po 40 minucie wszyscy jednak, z należytą pieczołowitością, przystępują do gaszenia płomienia opowieści. Czynią to po mistrzowsku, aż do ostatniego dźwięku.

wtorek, 18 września 2018

Zwerv! Music From Any Moment! Wandering Souls of Improve!


W dość swobodnym tłumaczeniu z niderlandzkiego określenie Zwerv, to rodzaj wędrówki, podczas której nietrudno zabłądzić, oznaczać może także błąkanie się bez celu. To także skrót od nazwiska Henka Zwervera, holenderskiego gitarzysty, który wspólnie z kolegami z kilku krajów, prowadzi improwizowany ansambl o nazwie… Zwerv.

W dorobku formacji odnajdujemy dwie pozycje. O pierwszej z nich już tu pisaliśmy (Live, 2017), nie szczędząc ciepłych słów recenzenckiej egzaltacji. Najnowsza zaś zwie się Music From Any Moment i za moment rozłożymy ją na czynniki pierwsze. 

Odsłuch/ odczyt nowej płyty jawi się tym ciekawiej, iż Zwerv rozrósł się, w stosunku do debiutanckiej płyty, z kwintetu do septetu. Zestaw instrumentalny uzupełniły bowiem puzon i fortepian.




Szybko zatem zaglądamy do środka! Doskonale nam znany amsterdamski klub Zaal 100, połowa grudnia ubiegłego roku, wiele wskazuje na to, iż incydent miał miejsce bez udziału publiczności. Na scenie: Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, Luis Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifera – puzon, Henk Zwerver - gitara, Nico Chientaroli - fortepian, Raoul van der Weide – kontrabas i obiekty, George Hadow – perkusja.  Płytę od ubiegłego miesiąca udostępnia portugalski Creative Sources - 8 swobodnie improwizowanych opowieści, ponad 56 minut muzyki.

Pieśń otwarcia zdobi niebanalna introdukcja wprost ze strun gitary i klawiszy delikatnego piano. Tuż obok, jak zwykle niepowtarzalny van der Weide ze swym ogromnym kontrabasem i okablowanymi obiektami różnej proweniencji. Po około 2 minutach do gry wchodzi klarnet basowy, trąbka, puzon i perkusja. Swawolny septet pozwala sobie na skromny galop, ale w pełnym rynsztunku. Już gęsto, tudzież narowiście! Free jazz as well! Na finał ostro atakuje Vicente, a zaraz potem błyskotliwe hamowanie.

Kolejną opowieść rozpoczyna inny duet. Tym razem perkusja i trąbka droczą się ze sobą w estetyce small & slowly improve in sonore, silnie akcentując urodę minimalizmu. Po 3 minutach rozbłysk strun – jakże piękny kontrapunkt! Nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji wewnętrznej. Narracja toczy się wedle zasady – jeden lub dwa instrumenty grają bardziej wyeksponowane quasi solowe pasaże, pozostali muzycy energicznie konweniują w tak zwanym tle. Bystry recenzent dostrzega znamiona swojej ulubionej metody call & response. W 8 minucie stemple jakości przystawia klarnet basowy! Reszta też już zagotowana – emocje ekspozycji w zenicie! Pod koniec piękny komentarz Zwervera, niczym Bailey w stadium multiplikacji.

Trzecia – słowo wstępne należy do trąbki i klarnetu basowego. Potem bardziej niż dotychczas wyrazisty puzon i bystre piano. W backgroundzie istotnie wartościowe skwierczenie obiektów, opartych o rozgrzane struny kontrabasu. Kolejna gęsta, choć tym razem mniej dynamiczna opowieść. Bezwarunkowy kolektywizm i zwinne reagowanie – to zdają się być najważniejsze atrybuty tego septetu. Recenzent zastanawia się, czy muzycy cokolwiek predefiniowali przed wejściem na scenę. 3 minuta i ostry pasaż piana w estetyce Schlippenbacha, także świetna kooperacja z gitarą. Ponownie mocna ekspozycja na finał i błyskotliwa kipiel w trąbce.

Czwarta piosenka jeszcze bardziej tłumi dynamizm płyty. Wstęp ze strony perkusjonalii i dronów z obiektów. Dzwonki, talerze, drżący kontrabas! Piękne! Reszta podłącza się nieśpiesznie, raz jeden, raz drugi. Doskonałe small deep sonore ze strony Vicente. Także ciekawe pląsy na gitarze. Jakże kwiecista, przykuwająca ucho narracja. Małe frazy, igraszki w podgrupach, słuchaj i reaguj. Tuż potem mocny, niski pasaż z kontrabasu, trwający moment klarnetu basowego i minimalistyczna gitara. Na finał dysząca trąbka i zwinne palce na gryfie kontrabasu.

Piąta improwizacja zaczyna się dość nietypowo – cały septet startuje na raz! Rytm, dynamika, szczypta jazzu dla złaknionych konwencji (czyżby z kartki?). Doskonałe mikro eskalacje każdego z muzyków. W 3 minucie tempo rośnie niebywale – rapid free! 4 minuta i klarnet basowy wrze w podstawach. Obok piano, kontrabas i perkusja, niczym jurna, hard-bopowa sekcja.  Szybkie zejście do finału, już w piątej minucie.

Szóstka, to struny i trąbka na wejściu, nie byle jaka sonorystyka! Udana sekwencja fortepianu, która porywa do marszu cały septet. Kanty, narożniki, zawijasy. Powolny w ruchach klarnet basowy. Kind of slide guitar, małe piano, bystry drumming, trąbka zaplątana w rytm. Gęsta, zwinna, jakże swawolna narracja. Klarnet ciągnie piękną ekspozycję, silnie wspiera go puzon. Także gitara i kontrabas. Doskonała kooperacja w każdym momencie!

Intro wprost z wnętrza fortepianu i szumy ze strony dęciaków – tak zaczyna się przedostatnia opowieść. Kolejny moment bardzo głębokiej sonorystyki. Piękna robota – klarnet basowy po lewej, trąbka po prawej! Smoliste struny kontrabasu. Dużo spokoju i metafizyki. W 8 minucie napięcie jednak rośnie. Interakcje w mgnieniu oka - puzon, gitara, chytre piano! Treściwa praca kontrabasu i perkusji. Na finał znów free jazz pełną gębą. Z przytupem!

Na ostatniej prostej sto dwadzieścia sekund zadziornej ekspozycji – dyszące tuby, głos ludzki, gitara, piano. Gęsto od dźwięków – siedem ognisk zapalnych. Prawdziwe trzęsienie ziemi.



środa, 14 marca 2018

Gonçalo Almeida and his black & white Cylinder! The label overview!


Znacie cały katalog netlabelu Cylinder Recordings? Nie? Spory błąd!

Konieczna staje się zatem ściągawka, zarówno dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to za inicjatywa, jak i dla tych, którzy wiedzą, ale nie poznali jeszcze wszystkich elementów składowych.

Uważni Czytelnicy Trybuny oczywiście doskonale rozpoznają Gonçalo Almeidę. Wiedzą, iż gra na kontrabasie, gitarze basowej i wyśmienicie improwizuje. Że jest Portugalczykiem, ale mieszka w Rotterdamie. Że od kilku lat prowadzi Cylinder Recordings i publikuje tam swoje nagrania w przeróżnych konfiguracjach personalnych.

Dokonamy dziś przeglądu wydawnictw Cylinder Recordings, w ramach którego, od marca 2015 do lutego 2017 roku, ukazało się w sumie 16 tytułów. Omówienie katalogu zaczniemy od dwóch najświeższych pozycji. Pierwsza z nich, nie ukrywamy, jest ulubioną cylindrową płytą Pana Redaktora, tuż obok tej, którą przypomnimy na samym końcu. Nad drugą nowością także warto zwiesić nie jedno ucho! Potem zagłębimy się w kilka improwizacji z dęciakami, w przypadku których, wybór tych bardziej wartościowych nie będzie wcale tak oczywisty, jak wskazywałaby na to pobieżna lektura danych personalnych uczestników tychże spotkań. W dalszej kolejności posłuchamy muzyki zaplątanej w kable, przy czym – od razu zastrzegamy – być może, to najlepsze dawki improwizacji z udziałem elektroniki, jakie przewinęły się w ostatnich kwartałach przez odtwarzacze redakcji. Nadstawimy także ucha nad improwizacjami stricte strunowymi. Na finał zaś przypomnimy recenzje płyt CR już wcześniej publikowane.

  
Piętnastka i szesnastka na dobry początek

(CR015) Out Room  by Luis Lopes (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rogier Smal (perkusja). Nagranie studyjne z kwietnia 2016 roku (De Nieuwe Ruimte); 3 utwory, 33 minuty bez kilku sekund.




Wprowadzenie kontrabasu i perkusji charakteryzuje się spokojną poetyką, ma dość jazzowe flow. Gitara pojawia się, niezwykle nieśmiało, dopiero w 3 minucie improwizacji. Skupiona, precyzyjna ekspozycja talerzy w oparach ciszy. Lopes stawia drobne, gitarowe znaczniki na błyskotliwym walkingu Almeidy. Proces dynamizacji rozpoczyna się w 5 minucie. Zwarta narracja, w której udział rozgrzewającej się gitary rośnie z minuty na minutę. Pod koniec utworu smyczek na gryfie kontrabasu buduje artystyczny zadzior, który dodatkowo komplikuje strukturę narracji. W tle zmyślne repetycje Lopesa, dziergane mikroakordami. Fragment drugi (uprzedźmy wydarzenia – kluczowy dla jakości płyty i najdłuższy) rozpoczynają sonorystyczne igraszki – świst strun, polerowanie powierzchni płaskich, smyk i szczypta psychodelii wprost z dna morza. Drobny, ale niezwykle aktywny drumming. 3 minuta stawia na agresywny kontrabas. Tymczasem gitara ucieka w blue-ambient, błyskotliwie rezonuje na dużej przestrzeni. Wyjątkowo urocza ekspozycja całego tria – niski smyczek, symultaniczna gitara i precyzyjna perkusja (small like Smal!). Brawo! 6 minuta, solo Almeidy, znów niski i mocny tembr. Lopes ślizga się po strunach, background Smala znów wyśmienity! Gitarzysta eskaluje się na tle tłustego i sfuzzowanego kontrabasu. Power noise metal improve! Gdy zostaje na moment sam, rżnie niebywałe solo i stawia stempel doskonałości na 10 minucie tego nagrania. Tuż po nim, spokojny dialog drum & bass, snuty jednakże w dalece niepokojącym stylu. Wspaniała mantra z ornamentami gitary nie zwiastuje wcale końca utworu, lecz początek nowej, jeszcze bardziej ekscytującej narracji. Piękny surfing na gryfie sześciostrunowca. Pachnie zdrowym fussion! A prawdziwe wybrzmiewanie dopada nas dopiero po 15 minucie. Na finał płyty spora dawka rytmu z kontrabasu, pulsująca gitara w metalicznej repetycji i small drumming Smala. Almeida na przedzie orszaku, reszta tworzy zjawiskowy background. Rolę nadającego rytm przejmuje perkusista, co stwarza przestrzeń dla genialnych wprost improwizacji obu strunowców, silnie ze sobą skorelowanych, łeb w łeb. What a game! Dirty dancing! Szaleństwo na gitarowych przetwornikach pcha nas niechybnie ku finałowi. Na wybrzmieniu, perkusja i kontrabas podsumowują niezwykłą sesję nagraniową.


(CR016) Duas Margens  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, obiekty). Koncert z Pletterij (Harlem), z marca 2016 roku; 1 utwór, 26 i pół minuty.




Spokojne pizzicato na obu gryfach miękko wprowadza nas w klimat koncertu na dwa duże strunowce. Odrobina wzajemnych imitacji, szczypta separatywnych ekspozycji. Głębokie, bardzo niskie brzmienie. Pierwszy przejaw bardziej dynamicznych działań, to 3 minuta. Trochę agresji, sporo technicznych fajerwerków, akcenty perkusjonalne. Szczera rozmowa starych przyjaciół, którzy ciągle mają sobie dużo do powiedzenia. 6 minuta, to gong, który obwieszcza zejście do strefy sonore. Kontrabas na lewej flance ma już smyczek w użyciu, tnie dźwięki na nierówne połowy. Prawy po chwili czyni dokładnie to samo. Ostra, swingująca polerka! Nawet perkusjonalne szczoteczkowanie i dźwięki imitujące dęciaki. Prawdziwa orkiestra! Taniec we dwóch – teraz jeden z nich płynie bardzo nisko, drugi zaś wysoko. Piękny dysonans! 14 minuta, fragment kropelkowej improwizacji, prowadzonej jednak przez obu muzyków bardzo energicznie. Kolejne zejście w sonorystyczną głębię ma smak i klasę, zwłaszcza, że wykluwa się z tego krótki pasaż wręcz noise’owy. Po chwili znów ostro, z przytupem, w poszukiwaniu nowych, nawet perkusyjnych dźwięków. Tembr obu kontrabasów aż skwierczy. Whaw! Like harsh electronic! Do samego już końca występu, dużo błyskotek technicznych, szczególnie ze strony kontrabasu grającego nieco wyżej (Almeida?). Acoustic power drum & bass drones! Panowie potrafią doprawdy wszystko! Koniecznie sięgnijcie po ich starszy duet! A o nim parę akapitów niżej.


Kwartet, trio i duet

(CR004) Down the Pipe  by Daniele Martini (saksofon tenorowy, pętle i efekty), Lukas Simonis (gitara, pętle i efekty), Gonçalo Almeida (bas, pętle i efekty) & Marco Franco (perkusja). Siedem lat temu w Rotterdamie; 6 improwizacji, 40 minut bez kilkunastu sekund.




Już pobieżna lektura składu instrumentalnego sugeruje odbiorcy, iż w trakcie tego nagrania naprawdę dużo działo się będzie w wymiarze sound & noise. Każda sekunda tej muzyki konstytuuje poprzednią tezę. Gęste, jazz-rockowe improwizacje z elektroniką u boku. Gitara gotuje się od startu, sfuzzowany bass jątrzy, trzeszczy i buzuje energią. Wprowadzenie, choć spokojne, nawet dostojne, pełne jest metalicznego szczebiotu gitary, psychodelii i hałasu, który czai się za rogiem. Saksofon przyczajony na trzecim plamie, tryska dronowymi ekspozycjami, ale nie wchodzi w interakcje z gitarą i basem (bo któż śmiałby). Ta para idzie po swoje, nie bierze jeńców i doprowadza pierwszą improwizację do stanu wrzenia w okolicach 6 minuty. Błyskotliwa ściana dźwięku, silnie akcentowana dobrym, rockowym drummingiem. Odcinek drugi zaczyna dron z piekła rodem. Narracja stoi w miejscu, jak lepka, tłusta maź, która klei się do butów. Rodzaj elektroakustyki w estetyce black metal, pozbawionej, szczególnie na początku tempa. Gdy dochodzi dynamika, gdy narracja narasta, do gry wchodzi saksofon i podpala lont. Gitara czyni szaleństwa na gryfie, to jakby zasada tej płyty. Power improve! Finał fragmentu z niebywałą pyskówką obu wioseł. Trzecia improwizacja rodzi się przy umiarkowanie spokojnym flow gitary i perkusji. Ta pierwsza szuka rozwiązań bez konieczności eskalowania poziomu hałasu. Saksofon podaje dźwięki, jakby z zaryglowanej tuby. Śpiewa i tańczy. Perkusja ocieka dobrym rockiem. Narracja kroczy i stroszy pióra. Rytm plącze się pomiędzy silnym fuzzem basu, a metalicznie brzmiącą gitarą. Po raz kolejny, precyzyjna dynamizacja zostawia nas w obliczu ściany dźwięku na wybrzmieniu. Czwarty fragment od startu odbywa się przy aktywnym udziale saksofonu. Sekcja pogrywa i komentuje zmutowany tembr dęciaka. Delikatnie upalone brzmienie – boxed sound! Wejście basu, jak prawdziwe trzęsienie ziemi! Obok post-rockowa, wytłumiona gitara szybko łapie pętlę za pętlą. Free Noise Jazz Rock! Black Doom Fussion! Piąty zaczyna gitarowa… synkopa! Nawet z odrobiną swingu! Dynamicznie, energicznie, kolektywnie, a jakze! Rytm, tonacja, melodia podszyte krzykiem, zlepione rockowym nerwem. Wszystko czynione tanecznym krokiem, z gitarą, która co chwila wypuszcza niespodziewane dźwięki (cuda na kablach!). Na finał gitarowa huśtawka, rockowy drive, tłusta sekcja (Almeida – hardcore punk!). Gitara, nie po raz pierwszy, eskaluje się nieco separatywnie, ale to ona jest tu języczkiem uwagi, wnosząc do tej niebywałej opowieści pierwiastek czystego szaleństwa i niebanalnego dysonansu estetycznego. Na ostatni dźwięk – dużo hałasu, brudu i smrodu niebywałej urody!

  
(CR009) The Creature  by John Dikeman (saksofon tenorowy) Goncalo Almeida (kontrabas) & George Hadow (perkusja). Koncert z klubu Zaal 100, Amsterdam; 3 traki, 32 minuty bez parunastu sekund.




Gęsta sekcja (nie może być inaczej w obecności Almeidy!), niski kontrabas, twardy tenor, żywiołowy drumming. Free jazz od startu kapie muzykom z czoła, nie ma zaskoczeń, myśl pędzi za myślą. Walking Almeidy tłusty, zawłaszcza dużo przestrzeni fonicznej (po części to także efekt nieperfekcyjnej jakości dźwięku). W 7 minucie kontrabasista zmienia sposób artykulacji, snuje dość separatywną opowieść. Saksofonista dba zaś głównie o siebie i nie traci czasu na bliższe interakcje. Po 120 sekundach kontrabas milknie, a duet sax-drums snuje nieco spokojniejszą narrację. Po kolejnych kilku chorusach Dikeman zostaje sam i to jemu przypada w udziale sfinalizowanie pierwszego odcinka. Jego smutne swingi nie czynią nieba, ale zwinnie doprowadzają do startu drugiej opowieści. Długo oczekiwany powrót sekcji raduje nie jedną duszyczkę. Almeida i Hadow plotą wyrafinowane septymy i stawiają saksofoniście dość wysoko poprzeczkę. Ten zaś nie do końca potrafi wyzbyć się free jazzowej sztampy. Wzrost dynamiki cieszy recenzenta, ale być może zaciemnia obraz sytuacji scenicznej. Finał koncertu odbywa się przy śpiewie smyczka na gryfie, w towarzystwie komentującego drummingu, przy milczącym saksofonie. Muzycy dość szybko schodzą w wolniejsze tempa. Narracja gęstnieje, toczy się jak walec. W 6 minucie eskalacja saksofonu w wysokim rejestrze, czemu nie towarzyszą szczególnie gorące westchnienia recenzenta. Te ostatnie, znów dedykowane głównie świetnej robocie Almeidy i Hadowa. Ostatnia prosta z samotnym smykiem, to jakby upalony, zapodziany fragment muzyki dawnej. Wyjątkowo zaskakująca puenta!

  
(CR006) Into the Grey Zone  by Henk Bakker (klarnet basowy) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam ponad siedem lat temu, studio; 5 utworów, 26 i pół minuty z sekundami.




Barokowy kontrabas ze smyczkiem, kameralistyczny klarnet basowy w spokojnej, nieśpiesznej narracji. Jeśli klarnet wysoko, to kontrabas nisko. Bywa także odwrotnie. Bakker płynie na swym dużym dęciaku bardzo szerokim pasmem (intrygujące!). Eskalacja na gryfie jątrzy spokój balladowo nastrojonego klarnetu, mającego delikatne inklinacje w kierunku sonore. Próby interakcji metodą call & response, głównie z inicjatywy Almeidy. Gdy ten ostatni brnie w ciszę, reakcje klarnetu są bardziej niż ciekawe. Dużo subtelności, niuansów dramaturgicznych. Co chwila jest na czym zawiesić ucho, dużo zmienności w procesie improwizacji. Trzy pierwsze utwory tej płyty są jednym strumieniem dźwiękowym, co dobrze służy tej opowieści. Rodzaj zadziornej, niebanalnej kamerylistyki, która z procesu improwizacji czyni wartość dodaną. Udane imitacje, bystre interakcje (z obu już stron). Pomruki niedźwiedzie na wybrzmieniu. Czwarty tytuł budowany jest już zupełnie inaczej. Muzycy eksponują się separatywnie. Najpierw solo kontrabasu pizzicato. Potem klarnet w szumie. Tuż po nim gęsty ścieg strun, a dla przeciwwagi bardzo melodyjny klarnet. I tak na przemian, raz jeden, raz drugi instrument, za każdym razem nieco inne artykulacje. Razem grają dopiero w 8 minucie! I jak pięknie wybrzmiewają! Finał – smyk, szczypta uderzeń w pudło rezonansowe, wysoki i znów melodyjny klarnet. Rodzaj dość tanecznej rozmowy przy herbatce. Na wybrzmieniu, dobra, nisko zawieszona kameralistyka współczesna.


Spętani w kable

(CR010) Doze Ruínas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Studyjne dokonania z września 2015 roku; 12 traków, 18 minut i kilkadziesiąt sekund.

(CR012) Jangadas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Koncert z lutego 2016 roku; 1 trak, równo 20 minut, z zegarkiem w ręku.




Dwa spotkania duetu - błyskotliwie spajającego żywe dźwięki kontrabasu i syntetyczne ekscesy foniczne szeroko rozumianej elektroniki (także sample, live processing etc.). Najpierw dwanaście miniatur, potem koncert. W sumie mniej niż 40 minut muzyki, zatem warto zagłębić się niemal w każdy dźwięk. Sam zbiór miniatur jest niezwykle pasjonujący, choć każde z wydarzeń sprawia wrażenie szkicu, próbki dźwięku, nie do końca edytorsko okrzesanej. Poszukująca elektronika i wulgarny tembr kontrabasu na sam początek. Już w drugim epizodzie symbioza elektroakustyczna zostaje w pełni osiągnięta. Lekki pogłos, delikatna, oniryczna poświata, szczypta gadających sampli. W trzecim harsh attack! A kontrabas w roli imitatora. Nie brakuje zapachu dobrego post-techno, a loopy i amplifikacje, zdaje się, że są także udziałem Almeidy. W szóstym odcinku mamy już chyba do czynienia z real time processing, albowiem recenzent słyszy aż trzy kontrabasy, a wszystko na tle intensywnego skwierczenia sterty kabli. W siódmym napotykamy na drony, które zdobione są pojedynczymi dźwiękami perkusyjnymi. Urocze, jakże niebanalne improwizowanie, w trakcie którego nie trudno zagubić źródło dźwięku, choć w zderzeniu realnego instrumentu z zaawansowaną elektroniką, wydawałoby się to mało realne. W ósmym, znów dekonstrukcja żywych dźwięków dostarcza nam ogromu dodatkowych przyjemności fonicznych. Kind of post-double bass music! W dziesiątym, nie pierwszy atak harsh noise! Stan permanentnego zaskoczenia elektroakustycznego w obrębie wydawnictwa, które jest krótsze niż standardowa zawartość jednej strony winyla. Na finał coś na kształt muzyki post-ancient. Piękne, błyskotliwe! Dekonstrukcja baroku! Noise post-baroque!




Wszelkie ekscytacje recenzenta znajdą swoje odzwierciedlenie w nagraniu koncertowym tegoż samego duetu. Na starcie żwawy walking kontrabasu inkrustowany doskonałą post-elektroniką, także processing, post-produkcja żywych ekspozycji, cały czas na zasadzie komentarza, twórczego rozwijania pomysłu kontrabasisty. W 3 minucie piękne drony strunowca, jakby z drugiego planu, na które nakładają się inne drony, te już bardziej syntetyczne. W 7 minucie doskonałe zejście w ciszę. Sonorystyka na gryfie i dźwięki like dirty percussions. Niebywała, głucha meta przestrzeń, rodzaj elektroakustycznej ciszy. 9 minuta – molekularna improwizacja, która zwinnie zagęszcza się i dynamizuje (znów doskonałe dźwięki z kabla). W 14 minucie – dla odmiany – wyważony, dostojny pasaż niezwykle żywego kontrabasu na tle post-radiowego pogłosu, szumów charakterystycznych dla post-techno, tego klasycznie berlińskiego, dwie i pół dekady temu. Eskalacja, która następuje po chwili, ma wymiar czysto akustyczny, choć wiemy, że to nie może być zgodne ze stanem faktycznym. 17 minuta – rytm prosto z kabla wyznacza ramy zmysłowej improwizacji na wysokich, miękkich strunach kontrabasu. Na wszystko opada chmura pogłosu, dźwięki mutują się i ulegają jakby … autoprocesowaniu. Potencjometry są już uwolnione, a nasze uszy wypełnia ostatni, nierozpoznawalny dźwięk. Brawo! Wybiła 20 minuta koncertu.


(CR005) Live at OCCii by Jasper Stadhouders (gitara) & PQ (elektronika). Koncert z Amsterdamu, kwiecień 2014; 1 trak, 17 i pół minuty.




Uwaga, jedyna pozycja w katalogu CR, w której nie maczał palców Almeida! Jakkolwiek dokładnie nie wiemy, kto ukrywa się pod pseudonimem PQ… Krótki epizod koncertowy na hard electronic i naładowaną ogromną dawką pozytywnej energii gitarę elektryczną. Konwulsyjna narracja, tworzona jakby przez dwa istotnie upalone wiosła z dużą ilością strun. Klincz w półdystansie, który multiplikuje emocje i determinuje poziom ekspresji. Interlokutorzy ledwie dyszą, ale jadowicie kąsają. Noise vs. noise! Elektronika nie oddaje pola na potencjometrze! 3 minuta, to pierwszy oddech, klimat elektrycznego oniryzmu, sytuacji, w której każdy z muzyków szuka powodu do kolejnej zaczepki, pretekstu do nowej eskalacji. Ta ostatnia zgrzytliwa, ale niezbyt dynamiczna. Czasami muzycy tak zwinnie się imitują, iż można zagubić w kwestii używanego przez nich instrumentarium. Dobrze się słuchają, prawidłowo reagują. 10 minuta, to spora porcja industrialnej wręcz psychodelii na obu flankach. Oj, chciałby się więcej niż te skromne 17 i pół minuty! Na finał gitarowe pasaże ala punkowy The Ex! A wszystko na tle metalizującej elektroniki. Same fajerwerki! Brawo!


Strings

(CR008) Duets  by Nina Hitz (wiolonczela) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, studyjnie, brak daty; 6 utworów, 31 i pół minuty.




Od pierwszej sekundy, skowyt strunowców na pogorzelisku. Wysoko, pod górę, strzeliste smyki snują delikatnie imitujące się opowieści. Muzyka dawna, wersja piekielna. Drugi fragment, paluchami po strunach, także moc dźwięków nieoczywistych w tej sytuacji scenicznej – szmery i szumy, groźne opowieści z krypty, kind of death sonore. Całość perfekcyjna akustycznie! Uszy płoną endorfinami! Wiolonczela brzmi jak kontrabas, kontrabas brzmi jak wiolonczela. Trzeci odcinek, repryza skowytu. Teraz jednak niżej, bliżej podłogi. Popołudniowa, klasycyzująca herbatka we dwoje, ale smyki schodzą tak nisko, że czar pryska, a wielbiciele free ancient improve aż krzyczą z zachwytu! Dostojne tempo, ale groźne i mroczne. Tak wita nas czwarta część tej historii. Brudny tembr, zimny pot na czole. Gęsto i siarczyście. We fragmencie piątym jesteśmy już naprawdę pod ziemią. Piękna sonorystyka, niemal ucieczka od dźwięku. Pizzicato na kontrabasie na moment przypomina nam, że jednak jesteśmy po stronie żywych. Barokowy dialog z zaszytym mikrorytmem, raczej na zasadzie kontrapunktu. Błyskotliwe dźwięki, które zdają się multiplikować – śmiało można już rozpocząć chocholi taniec. Najdłuższa, prawie 10 minutowa opowieść, która na wybrzmieniu przeradza się w prawdziwy konkurs piękności. Co za pasaże! Na finał głos kobiecy, moc obiektów różnych, szczypta kąpieli w sonorystycznym sosie, dużo pozytywnego szaleństwa. No i pokrętny rytm na ostatniej prostej, który konstytuuje bardzo wysoka ocenę dla Duetów.


(CR003) Dialogues,Quarrels and other Conversations  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Friso van Wijck (perkusja, instrumenty perkusyjne). Rotterdam, kiedyś; 1 fragment; 22 minuty i 21 sekund.




Niski smyczek na gryfie i agresywne akustycznie incydenty na rozbudowanym instrumentarium perkusjonalnym (głównie dotkliwe talerze!). Skowyt kontrabasu w opozycji do strunowych zachowań interlokutora, który także szarpie, od czasu do czasu, za bliżej nieokreślone … struny. Wycieczka w poszukiwaniu harmonii, której wszakże nikt chyba nie utracił bezpowrotnie. 4 minuta, odrobina rytmu z gryfu, pleciona akordami, komentowana przez ścianę orkiestry talerzy, która nie jest jednak wyposażona w narząd słuchu. Trudna akustyka w wysokich rejestrach, którą bezskutecznie próbuje okiełznać bardzo aktywny i kreatywny kontrabasista. Gdy Almeida sięga ponownie po smyk, druga strona jakby na moment traci rezon, a narracja nabiera wartości. Każdy fragment opowieści, w którym kontrabasista oddaje pole perkusjonaliście nie kończy się szczęśliwie. W 12 minucie duży strunowiec cudownie śpiewa, ale perkusyjny stukot skutecznie go zagłusza. Nastrój pryska, narracja nabiera hałasu w usta. Huta szkła?! Na finał dynamiczny walking kontrabasu na tle zbyt wysoko zestrojonych cymbałów. Ostatni dźwięk, jak kościelne wyniesienie. Szybko przechodzimy do kolejnej płyty…


(CR001) Monologues Under Sea Level  by Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, kiedyś; 8 utworów, 35 i pół minuty.




Kontrabasowe pizzicato z melodią, na jazzowo, z odrobiną zadumy, ukrytej pomiędzy strunami. Konstruktywna repetycja, ciekawe zmiany metrum, dronowe wybrzmiewanie. Drugi – hałaśliwy smyk, brudne brzmienie, barok smażony w piekle bez środków znieczulających – prawdziwe akustyczne cacko! Raz nisko, raz wysoko. Dynamicznie, konwulsyjnie, z ostrym zakończeniem. Trzeci – kontrabas w galopie. Niezbyt głośnym, ale niezwykle dynamicznym. Techniczne fajerwerki jako wartość dodana. Czwarty – szczypta minimalistyki, pojedyncze akordy i smyk z samego dna – mruczy, skowycze i trzeszczy. Piąty – znów smyk, ale jakby wyżej, niczym upalone cello. Dostojne schodzenie na poziom zero, a może już poniżej poziomu morza (under sea level!). Trochę agresji na gryfie. Szósty – powrót do minimalu, modulacja dźwięku, to w dół, to w górę. Gęstym ściegiem, bez smyka. Siódmy – wraca smyk, przychodzi z krypty, jeszcze wieko trzeszczy. Niski tren pogrzebowy. Kontrabasowa polifonia, jakże piękne! A na finał krok ku górze – opus magnum tej solowej perełki Almeidy. Ósmy – rezonujące struny, szarpane opuchniętymi palcami nieistniejącej dłoni. Pasaż z wewnętrznym rytmem, szerokim brzmieniem wiedzie nas na finałowe zatracenie. Brawo!


W ramach repryzy

Katalog CR uzupełnia kolejnych pięć wydawnictw, które były już na tych łamach recenzowane. Tym razem jednak, zamiast linkowych kierunkowskazów do starych tekstów, przypomnienie napisanych o nich słów niemal w całości. I ważna informacja – prezentowana na samym końcu płyta Buku trafiła na listę najlepszych płyt roku 2016, według skrajnie subiektywnych sądów Pana Redaktora.

(CR002) Dikeman/ Lonberg-Holm/ Almeida/ Hadow by John Dikeman (saksofon tenorowy), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela, efekty), Gonçalo Almeida (kontrabas, efekty) & George Hadow (perkusja). Poortgebouw, Rotterdam, maj 2014; 2 części, niespełna 34 minuty.




(…) Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (…), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).

Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza (…). Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


(CR007) Live at ZAAL 100  by Goncalo Almeida (kontrabas), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) & Wilbert de Joode (kontrabas). Amsterdam, marzec 2012; 3 improwizacje, 41 minut z sekundami.




(…) Improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa także w trakcie koncertu, że cała trójka szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (…). Bywa, że trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!


(CR011) Earcinema  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, wiolonczela, obiekty). Rotterdam, studio, kiedyś; 8 obrazków, 41 minut.




Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).

Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywała klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygująco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


(CR013) Descanso Del Dopo Popo  by Tetterapadequ - Daniele Martini (saksofony), Giovanni di Domenico (fortepian), Gonçalo Almeida (kontrabas) & João Lobo (perkusja). Gdzieś, kiedyś; 6 utworów, 24 minuty z sekundami.




(…) Omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, który jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut.

Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera…(…).


(CR014) Buku  by Susana Santos Silva (trąbka), Jasper Stadhouders (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Gustavo Costa (perkusja). Sonoscopia, Porto, kiedyś; 13 improwizacji, mniej więcej trzy kwadranse.




Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych zarejestrowana została… w Porto (…). Susanę poznaliśmy już na Trybunie i myślę, że (…) Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (…). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Goncalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i nie pytania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetycznie doskonała podróż w nieznane!



Muzykę wyżej opisaną słuchaj uważnie na www.cylinderecordings.bandcamp.com


Uwaga, kilka pozycji z katalogu jest dostępnych także na nośnikach fizycznych. Kupuj muzykę i płać za nią. Zarówno muzycy, jak i wydawcy także mają rachunki!