Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Marciniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łukasz Marciniak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2024

Edith Steyer, Łukasz Marciniak, Johannes Nästesjö i Jørgen Teller na powitanie powakacyjnej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Po lipcowo-sierpniowej przerwie powraca cykl koncertów muzyki improwizowanej znany już szósty rok jako Spontaneous Live Series. Na otwarcie sezonu 2024/2025 czeka nas potrójny koncert złożony z dwóch duetów oraz kwartetu. Odbędzie się on w najbliższą środę, 4 września, w poznańskim Dragon Social Club.

 


W pierwszej kolejności wysłuchamy polsko-niemieckiego duetu Latex, założonego przez Łukasza Marciniaka oraz Edith Steyer - gitara elektryczna, klarnet, efekty i nieograniczona wyobraźnia. Dla Łukasza będzie to powrót na deski Dragona, natomiast Edith zadebiutuje w rzeczonym cyklu.

Drugim wydarzeniem dnia będzie skandynawski duet JJ, w skład którego wchodzi dobrze znany poznańskiej publiczności kontrabasista Johannes Nästesjö oraz gitarzysta Jørgen Teller – dla tego drugiego będzie to pierwszy występ w Dragonie. Ta w pełni akustyczna formacja kładzie duży nacisk na komunikację i dynamikę w graniu. Od kontemplacyjnych dronów do nagłych zmian akcji.

Na koniec wieczoru czeka nas zderzenie czwórki artystów w konwencji „ad hoc”, a zatem będzie to ich pierwsze sceniczne spotkanie. Zapowiada się dalece interesujące, elektroakustyczne podsumowanie spontanicznego dnia.

 

SLS. VOL. 64: Edith Steyer/ Łukasz Marciniak/ Johannes Nästesjö/ Jørgen Teller

Koncert w ramach cyklu "Spontaneous Live Series" odbywający się pod patronatem Dragon Social Club oraz Trybuny Muzyki Spontanicznej.

Patronat medialny - Radio Afera https://www.afera.com.pl/

Partner koncertów - Moon Hostel Poznań

4 września 2024: Dragon Social Club / godz. 20:00 / Scena MDK

Bilety na bramce w dniu koncertu: Ulgowy (studenci / uczniowie / 60+) - 40 zł, Normalny - 50 zł

 

Latex Duo

Muzycy poznali się w Berlinie. Posługują się saksofonem, bądź klarnetem i gitarą elektryczną, a celem ich artystycznego przedsięwzięcia jest improwizacja i eksperyment - wykorzystują innowacyjne, autorskie techniki wykonawcze, a także preparacje instrumentów. Spodziewajcie się wszystkiego, jednocześnie nie liczcie na nic.

Edith Steyer - saksofon, klarnet

Łukasz Marciniak - gitara elektryczna.

Obraz i muzyka: https://www.youtube.com/watch?v=cLTwkVyVv6c

 

JJ Duo

Wykorzystują jako punkt wyjścia dwa instrumenty akustyczne, tworzą muzykę, która dzikością porywa i wciąga słuchacza w muzyczną sferę duetu. Czasem grają intensywnie i kompulsywnie, z większą ilością warstw muzycznych, czasem przechodzą w kontemplacyjny dron, przy którym publiczność może złapać oddech. A potem bez strachu wskakują w coś nowego. Ciągle do przodu! Balansowanie nad przepaścią - polecą, czy spadną na ziemię!

Johannes Nästesjö – kontrabas,

Jørgen Teller – gitara akustyczna, Levin artefakt

Muzyka: https://tiny.pl/d2x54

 

Biogramy:

Johannes Nastesjo - improwizujący kontrabasista. Improwizacja jest dla niego sposobem na bezwarunkowe wyrażanie siebie - komunikowania się i otwierania emocjonalnego i muzycznego. To także sposób na wsłuchanie się w siebie, swój instrument, współpartnerów i otoczenie. W swoich improwizacjach wykorzystuje współczesne techniki - pełnią w muzyce podobną funkcję jak słownictwo w językach, którymi się posługuje. Bez umiejętności technicznych po prostu nie masz żadnego języka muzycznego, a bez języka muzycznego nie możesz wyrazić swojej sztuki.

Od 20 lat pracuje jako zawodowy kontrabasista i nauczyciel w gatunkach muzyki improwizowanej i współczesnej, a także nowoczesnego jazzu, muzyki teatralnej i muzyki dla dzieci. Ciekawość, pasja i chęć zagłębienia się w muzykę połączyły go z kilkoma muzykami i tancerzami z całego świata, skutkując udziałem w 45 płytach. Ma na swoim koncie cztery współczesne utwory solo i w duecie oraz badania artystyczne (Advanced Postgraduate Diploma) w Rhythmic Music Conservatory w Kopenhadze.

Jørgen Teller - gitarzysta, wokalista i performer. Zajmuje się także muzyką elektroniczną. Wydał wiele płyt solo, a także jako Jørgen Teller & The empty stairs. Współpracował z wieloma duńskimi i międzynarodowymi muzykami, takimi jak Rhys Chatham, Tony Conrad, Fast Forward, David (Pere Ubu) Thomas & Foreigners, Coal Hook (z Ronem Schneidermanem (Sunburned)), Jean-Francois Pauvros, Jac Berrocal , Jean-Nöel Cognard, Sofia Härdig, Otomo Yoshihide, Kasper Toeplitz, Pierre Dørge, Morten Carlsen, Peter Ole Jørgens, Marc Cunningham, Jakob Draminsky, Kim Cascone, Lazara Rosell Albear, Jakob Riis, Bruno Ferro Xavier da Silva, Michela Pelusio, Kresten Osgood, Martin Klapper, Christian Rønn, Henrik Olsson, Rex Casswell, Minna Weurlander, Johannes Nästesjö, Oda Dyrnes, Tania Naranjo, Giancarlo Schiaffini/KAMMERMUSIK…

Edith Steyer - to swobodnie improwizująca i komponująca klarnecistka i saksofonistka, której korzenie sięgają jazzu i muzyki klasycznej XX wieku. Jako była studentka antropologii społecznej interesuje się także muzyką etniczną. Eksploruje swoje instrumenty za pomocą preparowania ich elementami pochodzącymi z natury, a także łącząc je z elektroniką oraz wykorzystując sprzężenie zwrotne. Oprócz pracy nad koncepcjami solowymi, jej głównym zainteresowaniem jest tworzenie inteligentnie utkanych interakcji i pejzaży dźwiękowych z innymi artystami. Wykorzystuje w tym celu barwę, szum oraz fragmenty tonalne lub melodyczne. Obecnie pracuje także nad rozszerzeniem możliwości technicznych, jakie tkwią w niezdarnym palcowaniu „staromodnego” niemieckiego systemu klarnetowego. Wyzwanie rzucone motoryce jest źródłem inspiracji do opracowania pomysłów na dekonstrukcję tonalną i instrumentalną oraz konstrukcje kompozycyjne. Współpracuje także z różnymi grupami teatru muzycznego i bardzo interesuje się wykorzystaniem przestrzeni jako elementu swojej twórczości. Za swoją pracę otrzymała różne stypendia, m.in.: Senatu Berlina (2016, 2020) oraz niemieckiego Musikfond (2020), Deutscher Musikrat (2022/23).

Łukasz Marciniak - gitarzysta, kompozytor, improwizator. Pracuje w zespole Trio_io grającym współczesną muzykę kameralną. Jest członkiem El Topo - zespołu badającego zawiłość strun oraz ryzyko bębnów i czyneli. Współtwórca Perforto - duetu strunowego na preparowany fortepian i gitarę elektryczną oraz najnowszego projektu - Attack of the Mugatu - na gitarę, wiolonczelę i kontrabas. Autor muzyki do filmów i performansów. W działaniach solo i koncertach swobodnej improwizacji nieustannie pracuje nad własnym językiem artykulacji.

 

 

 

piątek, 22 września 2023

The September’ Round-up: Jeito de Ferver! Corrosion! Mistério in Lisbon! Uragano! Loka, Deva & Citta! Spiritual Drum Kingship! Solot! Embalse!


Wakacje mają swoje prawa, zatem w sierpniu musieliśmy się obyć bez naszej ulubionej, comiesięcznej zbiorówki świeżych recenzji. Lato jednak przeszło do dumnej historii ludzkości, zatem z ochotą powracamy do naszej tradycji.

Dziś osiem (ale w sumie dziesięć) nowych albumów z muzyką improwizowaną! Jak zwykle mieszanka stylów, zróżnicowane poziomy ekspresji, na ogół wszakże podobna, wysoka jakość samego muzykowania. Z geograficznego punktu widzenia typowy world trip! Najpierw po szwajcarsku i austriacku, ale w barwach portugalskich, potem ciąg dalszy wątku zachodnio-iberyjskiego z brytyjskimi i polskimi dodatkami. Dwie kolejne plyty, to produkcje w pełni krajowe, choć jedna wydana w … Australii.  Tuż potem dwie ekspozycje perkusyjne – pierwsza duńsko-amerykańska, druga katalońska. A na finał urokliwa wycieczka do Argentyny!

W ujęciu stylistycznym, tudzież estetycznym zaczniemy od elektroakustycznego eksperymentu, potem będzie sporo post-jazzu, ale zawsze dość swobodnie improwizowanego, pojawi się także lawina dźwięków preparowanych. Zakończymy w klimatach delikatnie kameralnych, choć niepozbawionych eksperymentów dźwiękowych. Na liście płac mnóstwo nowych nazwisk, jak zawsze wartych zapamiętania, także kilku świetnych znajomych i parę jazzowych legend! So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Thomas Rohrer/ Andreas Trobollowitsch/ Sainkho Namtchylak  Jeito de Ferver (Sonoscopia, LP/DL 2023)

Sumiswald i Poschiavo, 2021/22:Thomas Rohrer - rabeca, saksofon sopranowy, rekompozycja (1), Andreas Trobollowitsch – mechaniczne turntables własnej budowy, rekompozycja (2, 3, 4, 5, 6) oraz Sainkho Namtchylak – głos (2,4). Sześć utworów, 28 minut.

Na początek dalece tajemnicza przygoda elektroakustyczna. Szwajcar i Austriak z gościnnym udziałem legendy improwizowanej wokalistyki w krótkiej, dość enigmatycznej podróży, która nosi znamiona improwizacji, choć albumowe credits mówi nam o … rekompozycjach. Czy należy przez to rozumieć wyłącznie działania post-produkcyjne, czy też inne cuda technologicznej współczesności, do końca nie wiemy, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Niespełna dwa kwadranse Jeito de Ferver godne są bowiem definitywnego polecenia!

Otwarcie albumu lepi się z elektroakustycznych szmerów i szelestów, którym towarzyszy plejada drobnych, ale definitywnie mechanicznych fonii tworzących delikatnie post-industrialny klimat. W tle płynie rezonujący ambient, który zresztą będzie tu stałym elementem gry. Druga opowieść wydaje się być bardziej akustyczna, a nade wszystko zdobi ją szept, a właściwie szczebiot wokalistki. Cała ekspozycja przypomina gęste fale radiowe średniej długości. W kolejnej narracji panuje oniryczny mrok. Szmery, jakby smyczkowe zawodzenia, ale także głęboki, matowy beat budują tu opowieść, która skrzy się pewną syntetycznością i tajemniczą melodyką. W czwartej odsłonie powraca Sainkho, definitywnie przybrana w demoniczne szaty złowrogiej szamanki. Towarzyszy jej post-perkusyjny dub i chmura elektroakustycznych fonii. Wokalistka zaczyna rzęzić i skrzeczeć, a potem śpiewać, warstwa instrumentalna sięga zaś po industrialne brzmienia. Piąta część wydaje się być początkowo dość niesyntetyczna, jakby silniczki elektryczne tańczyły na metalowej powierzchni. Pracuje mroczne echo, słyszymy też dźwięki przypominające smyczek na strunach kontrabasu. Owo foniczne śmieciowisko jest tu wyjątkowo urokliwe, dodatkowo zatopione w szarym ambiencie. Finałowa opowieść przypomina, iż jeden z muzyków korzysta tu z saksofonu! Dęte, zmutowane frazy wyłaniają się lękliwie z post-industrialnego drona. Tło narracji pulsuje, front drży i wzdycha. Post-melodyjne odgłosy wieńczą to niezwykłe nagranie.



 

Tavares/ Trocado/ Ward  Corrosion (Carimbo Porta-Jazz, CD 2023)

20to20k studios, Portugalia (?), luty 2022: Tom Ward – flet, saksofon altowy, klarnet, głos, Nuno Trocado – gitara, elektronika, Sérgio Tavares – kontrabas, głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Portugalsko-brytyjskie trio bez nazwy własnej gości u nas po raz drugi. Korozja, to ciekawe połączenie akustycznych brzmień kontrabasu i instrumentów dętych z gitarą elektryczną zaplątaną w elektronikę. Sporo kameralnych sytuacji, ale i zgrzytliwych, emocjonalnych porcji post-jazzu. Duża brawura wykonawcza, brak stylistycznych zahamowań. Z wyłączeniem kilku zbyt przesłodzonych sekund, mnóstwo smakowitej improwizacji.

Od okrzyków na starcie, po studzący ambient gitary i kontrabasowe pizzicato na sam koniec. W pierwszej opowieści podobać się może elektronika, która wplata się pomiędzy akustyczne frazy, momentami sprawiając wrażenie, jakby uprawiała live processing. Swobodna kameralistyka, wolna od z góry zaplanowanych scenariuszy, syci się tu brzmieniem klarnetu. W drugiej odsłonie pojawia się flet i dużo rytmicznych konstrukcji dramaturgicznych, kierujących opowieść w objęcia post-jazzu. Trzecia i czwarta narracja zwraca naszą uwagę na dźwięki preparowane, na ogół klarnetu, które efektownie błyszczą w syntetycznej poświacie pełnej echa. W kolejnej części pojawia się zabrudzony alt, który wije się wokół agresywnych fraz gitary i nieco zaborczego smyczka kontrabasowego. Narracja jest tu nerwowa, zdaje się stać u progu free jazzu. Szósta opowieść jest najdłuższa, każdy z muzyków dokłada do niej nowe elementy. Ciekawie pracują gitarowe pick-up’y, smyczek kąpie się w post-baroku, a największe emocje budzi spazmatyczny flet. Z kolei kontrabasowe pizzicato szuka jazzowych inklinacji. Ostatnie trzy utwory bardziej nakierowane są na kameralne wydarzenia, choć w części siódmej nie sposób nie docenić rockowych emocji gitarzysty. W tej fazie albumu bywają momenty delikatnie przesłodzone, ale końcowe, preparowane dźwięki smyczka i fletu w poświacie elektroniki rekompensują te drobne ambiwalencje.



Andrzej Rejman & José Lencastre  Mistério in Lisbon (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Namouche Studio, Lizbona, marzec 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy oraz Andrzej Rejman – fortepian. Osiem utworów, 36 minut.

Nieco zaskakujące, także dla samych muzyków, lizbońskie, improwizowane spotkanie polskiego pianisty i portugalskiego saksofonisty. Muzycy od pierwszej sekundy nagrania łapią tu świetny kontakt. Swój spacer po portugalskiej stolicy najpierw prowadzą spokojnym, rozważnym krokiem i ślą nam sześć urokliwych migawek. Potem, w dwóch ostatnich improwizacjach, które w wymiarze czasowym stanowią połowę albumu, dają już naprawdę do wiwatu. Improwizacja nieskomplikowana, melodyjna, ale jakże emocjonalna i wartościowa artystycznie.

Pierwsza opowieść prowadzona jest w wolnym, minimalistycznym trybie, pełna nostalgii i lizbońskiego saudade. W drugiej części muzyczne rozmyślania przyjmują formę dalece taneczną. W trzeciej pojawiają się zadziorne, bardziej masywne frazy. Saksofonista wskazuje na jazzowy kierunek, który pianista podejmuje w oka mgnieniu. W czwartej i szóstej improwizacji artyści brną w dźwięki preparowane, urokliwe inside piano i rezonujące, dęte wyziewy. W części piątej z kolei na ekspresyjne salwy pianisty saksofonista odpowiada spokojem i wytrawną melodyką. Potem już czas na dwie ostatnie, rozbudowane ekspozycje. Pierwsza z nich kipi emocjami pełnokrwistego free jazzu. Budowana pieczołowicie, zaopatrzona w melodię i niezbędną dynamikę, wreszcie niekończące się emocje w tubie saksofonu. Finałowa opowieść w pierwszej fazie zdaje się być typową farewell song, pełną klasycznego piękna fortepianu i smutnej melodyki saksofonu. Zakończenie wszakże zaskakuje. Muzycy wspinają się na efektowne wzniesienie, których w Lizbonie nie brakuje i sycą swoją improwizowaną opowieść prawdziwą brawurą!



 

Perforto  Uragano (Ramble and Torto Editions, CD 2023)

Bydgoszcz, listopad 2022: Ola Rzepka – fortepian preparowany oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Sześć utworów, 38 minut.

Preparacje grand piano czynione dłońmi artystki, która jest też perkusistką zdają się gwarantować duże emocje i intrygującą amplitudę dźwięków. Jeśli dodamy do tego gitarzystę, który równie dobrze czuje się w roli scenicznego freelancera, jak i skupionego kompozytora i dramaturga, otrzymujemy miksturę improwizowanych zdarzeń fonicznych, obok której nie sposób przejść obojętnym. Duet Perforto poznaliśmy w wersji koncertowej w poznańskim Dragonie ubiegłej jesieni. Dziś zanurzamy się w efekty ich studyjnej pracy.

Pierwsze dwie improwizacje stawiają nas do pionu intensywnością, akustyczną brawurą i plejadą brzmieniowych detali, budujących jakość ekspozycji. W pierwszej odsłonie pianistka uderza w struny w rytmie bijącego serca, w drugiej owe struny po prostu demoluje. Posmak post-industrialu, to naturalna kolej rzeczy, ale swoje dokłada tu także gitarzysta, który z jednej strony jest kolejnym uczestnikiem strunowego drummingu, z drugiej generuje smugi rockowych powtórzeń i pewną ukrytą taneczność. W trzeciej części chwila oddechu – minimalistyczny rytuał budowania filigranowej ekspozycji. Z czasem formuje się ona w efektowne crescendo zapętlonej gitary i piana brzmiącego niczym wielka orkiestra perkusyjna. W czwartej odsłonie jakby odrobinę spokojniej. Rozhuśtane frazy inside piano i gitarowy post-ambient, który przeobleka się w preparowane dźwięki szukające hałasu. Piąta narracja trwa ponad dziesięć minut i budowana jest rytmicznym szarpaniem i uderzaniem w struny. Siła powtórzenia i konsekwencja obranej strategii narracyjnej skutkują tu zjawiskową, mantryczną ekspozycją, która brzmi niczym zatopiony gamelan, która ani przez moment nie traci sił witalnych. Po takich emocjach pieśń pożegnania nie może nie być rodzajem ballady. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej czarne klawisze fortepianu, którego struny kłębią się pod ciężarem przedmiotów, jakie znalazły się nieprzypadkowo w pudle rezonansowym. Minimal step till to death.



 

Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Loka, Deva & Citta (Torf Records, 3xDL 2023)

Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, lipiec i wrzesień 2022: Michał Giżycki – saksofon sopranowy (Loka), saksofon tenorowy (Deva), klarnet basowy (Citta) oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Sześć improwizacji, 114 minut.

Trzy koncerty (w tym dwa jednego dnia!), trzy różne instrumenty dęte w konfrontacji z rytualnym drummingiem. W takim zestawie instrumentalnym szukać moglibyśmy estetyki free jazzowej i po prawdzie incydentalnie ją odnajdujemy, wszakże muzykom, w kontekście całości prawie dwóch godzin swobodnego improwizowania, bliżej do tybetańskich medytacji i całkiem naturalnej w tym wypadku nieśpieszności dramaturgicznej.

Loka bazuje na saksofonie sopranowym. Po krótkim intro perkusisty następuje filigranowe i dość żwawe otwarcie. Muzycy szybko toną jednak w ciszy i zdają się wykazywać odrobinę dramaturgicznego niezdecydowania. Od czasu do czasu podejmują próby wyrwania się z jarzma duetowej narracji. Saksofonista czyni tu wiele, by wzniecać ogień - swobodnie tańczy, stosuje oddech cyrkulacyjny, lamentuje jak kot. Perkusista wycofany, podejmuje dużo ciekawych wątków, ale niekiedy porzuca je w pół zdania. Deva, to saksofon tenorowy. Początek seta delikatnie lewitujący – cyrkulacja, drony i rodząca się energia wewnętrzna, która skłoni ostatecznie muzyków do większej aktywności. Narracja jest tu bardziej zwarta, ma mniej przestojów. Pojawia się smakowita porcja free jazzu na modłę aylerowską, a potem nawet swingu. Środkowa część seta zdominowana jest przez delikatne perkusjonalia. Po niej następuje najdłuższa w zestawie faza rasowego free jazzu – eksplozje soczystego tenoru i emocjonalny drumming. Dogrywka drugiego koncertu toczy się w estetyce farewell song – małe melodie, drobne kontakty perkusyjnej pałeczki z krawędziami werbla. Wreszcie Citta, czyli klarnet basowy. Nieśpieszny początek z dużą porcją talerzy i melodyjnego dęciaka, ukochane igraszki z ciszą i nieśmiałe poszukiwania emocji free jazzu. W drugim, nieco dłuższym secie huśtawka nastrojów. Wydaje się, że muzycy najprzyjemniej czują się jednak w okolicach ciszy, nawet w incydentach solowych. Pod koniec koncertu dają nam wszakże więcej emocji, także za sprawą figlarnego gardłotoku perkusisty.



 

Kresten Osgood/ Bob Moses/ Tisziji Muñoz  Spiritual Drum Kingship (Gotta Let it Out, CD 2023)

Sound of Music Studios, Richmond, Virginia, czerwiec 2022: Kresten Osgood – perkusja, Bob Moses – perkusja oraz Tisziji Muñoz – gitara. Cztery utwory, 44 minuty.

Dwie free jazzowe perkusje, za ich sterami dwie legendy gatunku, każda w swoim wymiarze i improwizująca, rockowa gitara elektryczna pod jurysdykcją kolejnej ważnej postaci historii gatunku, choć po prawdzie, z tej strony Łaby, jakby mniej rozpoznawalnej. Baza dla wybuchowej, ekspresyjnej, nawet psychodelicznej płyty jest tu niemała. Efekt wszakże nie powala na kolana, jakby pomysłu na więcej niż jedną improwizacje zabrakło, a może po prostu nasze oczekiwania były w tym przypadku zbyt duże.

Każda z improwizacji trwa tu kilkanaście minut, każda ma swoją introdukcję, rozwinięcie, środkową fazę perkusyjnego duetu i na ogół ekspresyjną kodę. Pierwszą otwiera gitarzysta, który brzmi melodyjnie, z nutą pewnej rockowej gotyckości. Perkusiści wchodzą do gry stopniowo, dawkują emocje, ale prowadzą dość spójną, chwilami imitacyjną narrację. Finał tej części plyty wydaje się być szczytem ekspresji tego tria. W drugiej opowieści pojawia się nieco afrykańskiego posmaku, zarówno we grze gitarzysty (zwłaszcza na początku), jak i polirytmicznych perkusji w części duetowej. Na starcie trzeciej części znów dużo ognia na gryfie gitary, która w dalszej fazie nagrania serwuje nam odrobinę preparacji, realizowanych trochę nie w tempie perkusistów. Z kolej w części ostatniej gitara najpierw pachnie post-klasyką, potem zaś stonowanym Hendrixem. Gra perkusistów typowa dla wszystkich improwizacji. Prowadzą linearną narrację, silnie w sobie zasłuchani, ale mało kreatywni, zwłaszcza na dłuższym dystansie.



Ramon Prats  Solot (Sirulita Records, CD 2023)

Estudis Ground, Cornellà del Terri, Girona, kwiecień 2023: Ramon Prats – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 40 minut.

Jeden z naszych ulubionych katalońskich drummerów, po latach muzykowania w duetach (choćby kilkunastoletni Duot z Albertem Cirerą!) i większych składach free jazzu, czy też swobodnej improwizacji, doczekal się w końcu albumu solowego. Nagrany na raz, jednym ciągiem dźwiękowym, który na potrzeby wydawnictwa płytowego został pokrojony na pięć odcinków specjalnych. Prats nie sili się tu na wymyślne preparacje, budowanie wielowarstwowych opowieści, czy też uszczęśliwianie drummingowej narracji dodatkowymi instrumentami. Stawia na proste rozwiązania, na jakość brzmienia standardowego zestawu perkusyjnego i swoją niezaprzeczalną kreatywność. Oczywiście wychodzi z tego zadania zdecydowanie obronną ręką.

Ramon buduje perkusyjną opowieść spokojnie, skrupulatnie i konsekwentnie. Zaczyna od ugniatania przedmiotów na werblu, której to czynności nadaje pewną powtarzalność. Liczy krawędzie werbla i tomów, sprawdza giętkość talerzy. Kreuje lekką, ale dynamiczną narrację, po czym zwalnia, ale stawia na moc i dopiero po tej sekwencji zdarzeń flow przyjmuje w pełni drummingowe oblicze. Kolejne fazy linearnej narracji, to efektowna brzmieniowo ekspozycja talerzowa, potem pełna blasku mała gra na perkusjonalnych akcesoriach, wreszcie przejście w stadium drobnych, delikatnych preparacji. Po tych wydarzeniach artysta wraca do dynamicznego, ale znów lekkiego frazowania. Na początku czwartej części najpierw się uspokaja, potem wspina na ekspresyjny szczyt, a następnie stygnie w blasku drżących talerzy. Zatapia się w echu, szuka mrocznych, głębokich fraz. Skupia się na drobiazgach, szuka suspensu, by na końcowym odcinku zdecydowanie zagęścić opowieść i zbudować emocje dzięki dużej ilości małych, metalicznych przedmiotów, dygoczących na werblu w ślad za drummingową ekspozycją. Jeszcze tylko końcowe spiętrzenie i można gasić światło.



Angles/ Kaegi  Embalse (Neue Numeral, DL 2023)

Auditorium of the Urquiza Library, Río Tercero, Córdoba, Argentyna, wrzesień 2022: Silvia Angles - preparowane piano, obiekty, field recordings, sample, głos, Julio Kaegi – trąbka, głos oraz Evangelina Arce – flet, melodica, głos. Trzynaście utworów, 45 minut.

Muzyka improwizowana z dalekiej Argentyny cieszy się na tych łamach dużą popularnością, nie mniejszą niż mistrzowskie wyczyny kopaczy z tamtej części świata. Zawsze dużo jakości i każdorazowo element taktycznego zaskoczenia. Dziś spotkanie nad wyraz kameralne, dość swobodnie improwizowane (acz pewnie dobrze zaplanowane), gdzie pomiędzy instrumentalne i niekiedy głosowe frazy wplecione są nagrania terenowe. Całość pocięta jest na kilkanaście odcinków. Czasami wtręty field recordings wydają się tu być zbyt nachalne, ale jak całość, trwająca trzy kwadranse opowieść z Cordoby, dobrze koi nasze zszargane rzeczywistością lokalną zmysły.

Pierwsze kilka części argentyńskiego opowiadania zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń akustycznych fortepianu, trąbki, fletu, a także odgłosów szumiącego oceanu. Spokojne suspended free chamber, które syci się zarówno czystymi frazami, jak dźwiękami preparowanymi. W dalszej części płyty fragmenty field recordings często są wprowadzeniem do danego utworu. Są to uliczne rozmowy, medytacyjne recytacje, czy też odgłosy miasta. Czasami improwizowane frazy instrumentalne zdają się tu być inspiracją dla kolejnych projekcji nagrań terenowych. Te ostatnie w kontekście chwilami abstrakcyjnego muzykowania nabierają pewnej melodyki, nawet taneczności, ale też niemal filozoficznej zadumy. W tych meta akustycznych koincydencjach jest dużo przypadku, pewnej dramaturgicznej umowności. Z drugiej wszakże strony albumowi jako całości brakuje linearnej narracji i pewnej konsekwencji w budowaniu napięcia. Płyta bywa chwilami dość relaksacyjna, ale jej pozorny spokój bywa burzony salwami ekspresji trąbki, tudzież inside piano. Bywa, że w momencie dużej ekspozycji field recordings nagranie przypomina nerwowe, niespokojne słuchowisko radiowe. W drugiej części albumu poza trębackimi salwami podobać się może śpiew i kocie mruczenia, podpierane abstrakcyjnymi frazami fortepianu.



piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.



 

wtorek, 21 grudnia 2021

Antenna Non Grata: three very fresh fruits for rotting vegetables!


Konińska Antenna Non Grata nie dostarcza nam zbyt wielu nowych nagrań, ale swój katalog buduje nad wyraz skrupulatnie i konsekwentnie. I co najważniejsze, wciąż zaskakuje rozstrzałem stylistycznym, który sprawia, iż z samej ciekawości sięgamy po kolejne płyty tego wydawnictwa. Na dodatek label ten nade wszystko lubi improwizację, a to strasznie ważna cecha! Przynajmniej na tych łamach!

Trzy jesienne nowości, jak zwykle w wydaniu krajowym, wszystkie w formacie CD, to duet, trio i nagranie solowe. Dronowa sonorystyka, swobodna kameralistyka i niebanalna elektronika, to zaś drogowskazy stylistyczne. Dla każdego coś miłego, byle miał ucho wyczulone na niuanse, a umysł otwarty na poznawanie nowego. Zapraszamy do odczytu, odsłuchu i zakupów! Mery krystmas!

 


Paulina Owczarek & Aleksander Wnuk  Komentarz eufemistyczny

Dźwiękowy Komentarz Eufemistyczny przygotowali specjalnie dla nas - Paulina Owczarek uczepiona głębokiej tuby saksofonu barytonowego oraz Aleksander Wnuk, który z perkusji czyni generator mrocznych dronów (wg albumowego credits: obiekty perkusyjne, przetwarzanie). Krakowscy muzycy mają dla nas pięć improwizacji, które trwają niemal pełną godzinę zegarową. Powstały w połowie lipca tego roku w klubie Alchemia.

Muzycy zapraszają nas do tajemniczej, nie do końca skodyfikowanej przestrzeni. Czujemy się częścią mechanizmu, wokół którego tworzy się pole rezonansu. Dźwięki powstają tu za przyczyną artystów, ale też dostają życie niezależnie od ich woli. Tuba wielkiego saksofonu szumi, szoruje po dnie piekła, ociera się o skrawki nieba. Dysze pracują miarowo, gotowe w każdej chwili wydać z siebie regularny stukot. Tuż obok snuje się meta rytmika intensywnie preparowanych dźwięków perkusjonalnych. Wszystko dociera do nas jakby z głębokiego tunelu, którego przynajmniej jeden koniec pozostaje poza zasięgiem naszych narządów percepcji. Gęsta faktura narracji, wypełniona zdarzeniami i post-zdarzeniami akustycznymi, zdaje się nabierać industrialnego posmaku, cechuje ją pewna naturalna masywność, ale i dramaturgiczna ulotność. Tworzą ją zarówno mikro elementy hałasu, jak i długie pociągnięcia stalowym pędzlem. Saksofon jak niedźwiedź, leniwie przeciąga się po niespodziewanym wybudzeniu, napina mięśnie i wydycha gorące powietrze. Perkusjonalia, które dawno straciły już kontakt z żywą materią instrumentu, pracują niczym maszyna generująca elektroakustyczne dźwięki, choć nic nie wskazuje na to, by grze uczestniczyły jakiekolwiek przedmioty połączone kablami z urządzeniami zasilania. To jakby wielka dziura w niebie, z której pada na nas kosmiczny pył. Gdy tumult nierealnego świata na moment milknie, dane jest nam słyszeć akustykę naprawdę żywych instrumentów. Kto jest tu autorem danego dźwięku, kto jego odbiorcą, po upływie kilku minut przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Druga historia stawia nas przed stłuczonym lustrem weneckim. Oblepia nas cała plejada dźwięków, które równie dobrze mogą być efektem ugniatania balonika, jak i ciężkiej pracy saksofonowych dysz i spoconego ustnika. Pomruk twardego echa zdaje się jednak brać nasze dywagacje w nawias bezsensu. Dokładnie teraz czeka nas bowiem mała burza z piorunami, poprzedzona deszczem zgniłych meteorytów. Kolejny krok ku nieznanemu, nowe rozdanie błyskotliwego festiwalu fake sounds staje się naszym udziałem. Rezonans może pochłonąć tu wszystko, nawet wtedy, gdy narracja przebiera szaty acoustic noise. Trzecia improwizacja – choć to niebywałe – stanowi kolejny krok naprzód! Długie frazy lepią się do siebie, inne, jeszcze dłuższe odpychają wzajemnie. Zmyślne szlifierstwo, nadęta wulkanizacja, podróże międzyplanetarne – to kolejne stadia rozwoju cyrkulacyjnego rezonansu. Pod koniec tej części saksofon zdaje się schodzić na poziom pojedynczych fraz, które drżące perkusjonalia zaczynają otulać gęstym echem. Najpiękniejszy moment tego spotkania przybiera na sile, gdy flow definitywnie zyskuje na intensywności, ciągnąc muzyków na zamglony szczyt. Na etapie zejścia czeka nas kolejna porcja preparowanych oddechów barytonu.

Czwarta fabuła rodzi się tuż u nasady ustnika. Mechanika instrumentu zlewa się tu z porcjami fonii, które rodzą się na styku materii i żywego ciała artysty. Chmura rezonansu napływa leniwie, obok cisza stąpa na palcach, a dołem płynie rzeka post-industrialnych ścieków. Saksofon oddycha jak topielec, a u jego boku coś grzmi i szeleści, tworzy wielowymiarowe kłębowisko rezonansu. Zakończenie tej części jest zaś gęstą, jednorodną strugą post-akustycznych wymiotów. Finałowa pieśń następuje po drobnej porcji ciszy, która mogłaby być już końcem tej podróży. Echo jednak pracuje, dźwięki zdają się pozostawać w nieustannym ruchu, tworząc radioaktywne chmury, fale bezzębnej narracji, która nawarstwia się jak kolejne fale pandemii. Dopiero po wielu pętlach, w tym zgiełku monotonnych niespodzianek zdolni jesteśmy usłyszeć frazy bardziej typowe dla instrumentu dętego. Saksofon pracuje niczym koło ratunkowe ostatniego etapu podróży. Wygaszanie płomienia trwa długo i okazuje się bardzo żmudnym procesem. Cisza, tuż potem, ściele się doliną niczym cmentarna mgła.

 


Trio_io  New Animals

Swobodnie improwizowana kameralistyka ma z pewnością tysiące twarzy, ale Trio_io dodaje jej kilka kolejnych. Łączy wodę i ogień, snuje się po podłodze i skacze do samej góry, ciekawie żeni kameralną zadumę, post-rockowe emocje i chwilami wręcz free jazzowe uniesienia. A wszystko za sprawą trójki muzyków: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce i dzwonki (w trzeciej części). Swoją drugą płytę nagrali w Bydgoszczy, w lipcu tego roku. Siedem improwizacji, niespełna 35 minut muzyki.

Muzycy od samego początku chcą przykuć naszą uwagę i w takim stanie pozostawić nas do ostatniego dźwięku. Uprzedźmy wypadki – uda im się! Akcje i reakcje, niektóre bolesne, ale wszystkie zalotne, nieobojętne, jakby uczuciowe. Struna goni tu strunę, a flet pozostaje w lekkiej dyfuzji, być może też chciałby być instrumentem strunowym. Oto free chamber, głęboko zaniepokojone losem świata, szuka światełka w ciemnym tunelu. Śpiewy, lamenty, gitarowe plamy post-psychodelii, niezliczone znaki zapytania, niebanalne riposty. Jest też pewien suspens i nieukrywana wesołość, choć trochę przez łzy. Post new romantic? Druga opowieść podkręca tempo i ostrość niektórych fraz. Pierwsze preparacje, kilka nowych kombinacji stylistycznych. Gra na małe pola, która sprawia, iż trio_owy chamber zaczyna szukać neofolkowych skojarzeń. W trzeciej odsłonie rośnie skupienie, podtrzymywane głębokim meta rytmem. Na dnie gitary czai się echo, skrzypce kłębią się w sobie, jak kocur na zapiecku, a flet ginie w zadumie, łagodny jak baranek, wyczekując na dźwięk dzwonków. Tuż potem, ostra riposta gitary. Co dobre, to nie my! Rockowa werwa gotuje krew w żyłach wszystkich muzyków. Tu już tylko krok do ognistej erupcji emocji. Na finał narracja wpada w kompulsywną repetycję i jeszcze dorzuca kilka zmyślnych preparacji.

Piąta improwizacja, to post-rytmiczny melanż samych niespodzianek. Coś stuka, ktoś wpada w trwogę, trzęsie się jak osika. Krótka, dosadna historyjka! Szóstą część – też dość enigmatyczną - buduje rytmiczna repetycja gitary i skrzypiec. Flet gada sam ze sobą, po zwierzęcemu spreparowanymi dźwiękami. Atmosfera robi się nerwowa, ale dźwięki jeszcze bardziej soczyste. No i finałowa siódemka! Więcej niż osiem minut akcji! Na starcie post-gitarowy szum, piszczące skrzypce i głębokie, niskie oddechy fletu. Takie oto rozhuśtane post-chamber z gitarowym backgroundem. Kilka pętli ze znakiem zapytania i nowy wątek, który kreuje gitara, doposażona prawdopodobnie w smyczek. Słyszymy pracujące klapy fletu i to, jak boleśnie brzmieć może być pojedyncza struna skrzypiec. Na końcowej prostej wszyscy zaczynają śpiewać dość niskim głosem i żegnają się z nami definitywnie zbyt szybko.

 


CHORE IA  Reanimacja

Za dźwięki zamieszczone na ostatniej z omawianych dziś płyt odpowiada tylko i wyłącznie Jacek Wanat. Jego wyobraźnię wspomagają – gitara basowa, wiolonczela, głosy, tzw. processing i … paintings. Nagranie domowe z Konina, powstały w roku bieżącym w nieokreślonym bardziej precyzyjnie przedziale czasu. Na dysku jeden trak ma aż pięć tytułów, całość trwa blisko 70 minut.

Na starcie Reanimacji wita nas kawalkada dźwięków, które śmiało możemy określić mianem zmutowanego, zdekonstruowanego powłoką elektroniki drum’n’bass! Pętla toczy się wartkim strumieniem, w tle zaś pulsować zaczynają porcje hałasu, mroczne, pełne niepokoju, budujące dramaturgiczny suspens. Po pewnym czasie można odnieść wrażenie, iż słyszymy organy, których brzmienie muzyk także przekazuje nam przefiltrowane przez swoje chore ja. Wszędzie wokół sączy się ambient o różnych poziomach intensywności. Raz za razem pojawiają także dźwięki instrumentu strunowego, czasami jest to gitara basowa, czasami coś, co brzmi łagodniej, zapewne wiolonczela. Te improwizowane inkrustacje dobrze robią całej narracji, rzec można, stanowią ważny obiekt naszych zainteresowań. Pomiędzy tymi interludiami toczą się rożnego rodzaju elektroniczne wojny, niektóre zmysłowe, nawet chill-outowe, inne groźne, piskliwe, generujące poziom intensywności czasami trudno przyswajalny dla niewprawionego ucha. Zmiana goni tu jednak zmianę, duże emocje są naszym udziałem w trakcie całego nagrania, zatem o nudzie nie może być mowy nawet przez ułamek sekundy.

Pierwsza istotna zmiana następuje po upływie osiemnastej minuty. Narracja wchodzi na wysokie, ale jakże piskliwe C. Oniryczna aura stanowi tu ledwie pretekst do dywanowego ataku elektroniki. Nim minie kolejne dziesięć minut dostajemy się w obszar preparowanych fraz gitary basowej, zdekonstruowanych, rozwarstwionych, drżących, dobrze wszakże stabilizujących napięcie dramaturgiczne całej ekspozycji. Elementy basowe jeszcze ciekawiej bogacą opowieść w drugiej jej części. Zdaje się, że improwizowane pasma są coraz dłuższe, a dzielące je strugi mniej lub bardziej intensywnego ambientu bardziej kojące. Jakby w kontrze do tych spostrzeżeń recenzenta wypada finałowa faza nagrania. Ambient staje się tu bardziej suchy, jakby martwy, pulsuje złymi myślami i niczym kropla drążąca skałę, wżera się w nasze zwoje mózgowe.

 


poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com