Pokazywanie postów oznaczonych etykietą René Aquarius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą René Aquarius. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

wtorek, 6 sierpnia 2024

The Consouling Sounds: Dead Neanderthals! Solar Temple! Galg!


Dziś rzucamy naszą ukochaną muzykę improwizowaną w kąt, by bez reszty oddać się mrokom i wszelkiemu złu, jakie płynie z odsłuchu muzyki … hmm, post-metalowej? dark electronic? czy co nam przyjdzie do głowy!

W jednej z głównych ról nasi ulubieni holenderscy odszczepieńcy, czyli Dead Neanderthals, którzy zaczynali muzyczną przygodę ponad dekadę temu od estetyki heavy jazzu (po prawdzie grali punk rocka na saksofon i perkusję), od pewnego czasu uprawiają zaś konceptualny post-post, korzystając z gęstej smugi syntezatora i czerstwych uderzeń perkusji na cztery, a często nawet na dwa. Kokke i Aquarius wydali właśnie album nagrany we czterech, z udziałem local friends, którzy najczęściej muzykują pod szyldem Solar Temple i Galg.

Dzięki operatywności belgijskiego labelu Consouling Sounds także te dwie ostatnie formacje doczekały się nowych albumów. Wszystkie trzy za moment omówimy. Ponieważ wkraczamy w świat mrocznej muzyki rockowej i elektronicznej, albumowe credits będą nosiły w sobie trochę zagadek personalnych, ale zapewniamy, iż za tymi trzema albumami stoi w sumie ledwie czwórka muzyków. A ponieważ dźwięki są najważniejsze, bez dalszych dywagacji oddajemy się działaniu złych mocy i zanurzamy głowy w zdrowym hałasie. Welcome!




Solar Temple & Dead Neanderthals Embers Beget the Divine (CD/LP/DL)

Roadburn Festival 2022, Holandia: Omar Kleiss – gitara i wokal, Mink Koops – gitara, Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Trzy utwory, 52 minuty.

Gitara, to częsty kierunek muzycznych kolaboracji DN, ale zdaje się, że nagranie z udziałem dwóch gitarzystów, to pierwszy przypadek w dumnej historii duetu. Koncert ze znanego festiwalu mrocznych dźwięków jest 52-minutowym, nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym. Na potrzeby wydawnictwa został on podzielony na trzy części, a na moment zmiany numeru tracku zostały wskazane dwa fragmenty dramaturgicznego spowolnienia, gdy perkusista łapie oddech, po czym inicjuje nowy drumstep.

Początek koncertu, to dość jednorodna plama syntezatora i sfuzzowanych gitar w stadium stand by. Perkusja spokojnie kreuje talerzowe intro, a energiczny, rockowy drive wrzuca dopiero w czwartej minucie. Jedna z gitar brzmi dość masywnie i odpowiada za prowadzenie narracji na poły melodyjnym motywem, druga frazuje jakby czyściej, ale ucieka w psychodelię pogłosu. Syntezator pracuje w tle, zdaje się płynąć bliżej strumienia gitary prowadzącej. Brzmienie całości jest siarczyste, pełne emocji, ale dalekie od estetyki post-metalowej, którą znamy z innych płyt DN, a która dobrze kojarzy się także z nagraniami Galg, o których poczytacie poniżej. Pierwszy fragment koncertu, ponad dwudziestominutowy, jest dość stabilny, choć z czasem jego faktura zdaje się delikatnie rozmywać (także dzięki schowanym za frontem narracji wokalizom) i zawłaszczać coraz większą przestrzeń. W momencie, gdy perkusja staje, a opowieść broczy po kolana w syntetyce i pulsie post-gitarowym, przechodzimy do drugiej części koncertu, którą znamionuje ostrzejszy, prostszy beat perkusji, ale też bardziej rozbudowane spektrum działań gitar i syntezatorów. Przybywa melodii, ale i psychodelicznego backgroundu. Kolejne bezbeatowe interludium ma miejsce po upływie dwunastu minut. Ambient i sprzęgające się gitary wypluwają wyrazisty loop, która rządzi na scenie przez kilka minut. Perkusista wchodzi na gotowe i miażdży wszystko wokół. Prosty, punkowy 2-step, tak charakterystyczny dla DN, wznieca ogień po obu stronach sceny. Permanentnie podtapiana melodyka gitar nie daje jednak za wygraną. Wokal wchodzi w fazę krzyku, ale ginie w bezkresnym pogłosie. Finał koncertu nic tu nie musi rekompensować, ale bez wątpienia jest jego najlepszym fragmentem.



 

Solar Temple A Gift That Should Have Been Reserved For The Great Lights (CD/LP/DL)

Nagrane w latach 2020-22, miejsce nieznane: Omar Iskandr oraz Minks Koops – elektronika i inne, nieokreślone instrumentarium. Trzy utwory, 36 minut.

Muzycy Solar Temple porzucają teraz swoje ogniste gitary i sięgają po akcesoria syntetyczne. Budują mroczną, intrygującą opowieść inspirowani dokonaniami kinematografii fantastycznej, szczególnie tej dziejącej się w nieoznaczonej przestrzeni kosmicznej.

Zrównoważony emocjonalnie początek, budowany melodią syntezatora i plamami mrocznego ambientu byłby udaną introdukcją tej podróży, gdyby nie … wokal, który przypomina nagrania niemieckiego Ramstein. Szczęśliwie po kilku minutach flow dostaje się w strefę działania electro beatu o ciekawie połamanym metrum. Narracja zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jej tempo i ekspresja muzyków rosną. Druga część zdaje się być bardziej mroczna, ambientowa, ale i podrasowana pewną nerwowością. Tym razem puls rytmu jest bardzo prosty i bez trudu wyprowadza syntezatory na ścieżkę wojenną. Ich efektowny, bokserski sparing kończy się w strudze onirycznego ambientu. Trzecia opowieść niesie w sobie jeszcze więcej życia i mniej molowych klimatów. Pasma syntezatorowe płyną dalece melodyjną strugą, nie brakuje prostego stepu i pewnych skojarzeń z estetyką IDM. Ta historia ma swoje spiętrzenie i urokliwe dogasa melodyjnym, rozkołysanym ambientem.



 

Galg Teloorgang (CD/LP/DL)

RPM Studios, grudzień 2015: M – perkusja, S – gitara, wokal, O – gitara, wokal oraz gościnnie w pierwszym utworze Otto Kokke (saksofon). Cztery utwory, 48 minut.

Z nieukrywaną radością powracamy do akcji gitarowych! Omar i Minks w towarzystwie kolejnego muzyka budują nam prawdziwie doom metalowy dramat, który szyty jest emocjami godnymi naszej wiecznej uwagi. Nagranie przeleżało się na twardych dyskach prawie dekadę, ale definitywnie warto było czekać. Składa się z czterech wielominutowych opowieści, a upływający czas zdecydowanie działa na korzyść każdej z nich.

Sprzęgające na starcie gitary dość szybko dostają się w jurysdykcję kompulsywnej perkusji, która zaczyna wybijać doomowy rytm. Gitary frazują rockowo, z drobnymi naleciałościami black metalu i grunge’u, dzięki czemu opowieść nie daje się szybko zaszufladkować i intryguje w każdym momencie swego życia. Akcjom instrumentalnym towarzyszy demoniczny wokal, ale daleki od growlowego skrzeku. Tempo rośnie, a gitary udanie szukają psychodelicznego pogłosu. W ramach podsumowania odzywa się charczący saksofon prawdziwego Neandertalczyka! W kolejnej części akcja jest już niemal perfekcyjnie doom metalowa. I znów jedna z gitar ucieka w melodykę post-rocka, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych walorów. Emocje rosną, kwasowość także, a każda kolejna minuta tej wielkiej, post-metalowej repetycji nabiera mocy. Zakończenie utworu jest zaskakująco spokojne, barwione głosami z offu.

Początek trzeciej opowieści tonie w hałasie silnie sfuzzowanych gitar. Wokal nabiera tu desperacji, a doom perkusji płynie niczym wzorzec z Luwr. Narracji towarzyszy coraz mroczniejsze tło budowane nieznanymi metodami. Całość przypomina marsz straceńców, którzy wiedzą, że droga powrotna nie istnieje. Ostatni utwór kreowany jest nieco bardziej wyrafinowanymi metodami. Mroczny, bardziej rockowy, melodyjnie smutny. Z czasem perkusja znów robi tu swoje i daje nowe życie zastygłym gitarom. Te bez chwili zawahania idą w tango – narracja ma teraz swój rockowy rytm, barwną melodykę, wręcz zachęca do tupania nogą i śpiewania. Finał jest już gęstą lawą, sprawia wrażenie doposażanego strugą mocy wprost z syntezatora. Śmierć tego albumu jest długa, bolesna i bardzo efektowna.




 

piątek, 2 lutego 2024

The January/ February’ Round-up: The Laws of William Bonney! Webster! Still Dancing! Standards Combustion! Brûlez les meubles! Lucifora! Ohlmeier & Klein! Kołodziejczyk & Mac! An-hoer! Dead Neanderthals!


Styczeń przeleciał w tempie Komety Haleya z turbodoładowaniem, wobec powyższego nasza ulubiona forma słownej interakcji, czyli comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych, ujawnia się światu dopiero na początku kolejnego miesiąca. Cóż, nikt nie jest doskonały! Zapraszamy zatem na wydanie styczniowo-lutowe, które wcale nie wyklucza pojawienia się dodatkowej paczki recenzji pod koniec bieżącego miejsca. Bądźcie czujni!

Grudniową zbiorówkę rozpoczynaliśmy dwoma albumami holenderskich freaków spod ciemnej gwiazdy zwanej Dead Neanderthals. Dziś dla odmiany masywni, i jak zwykle groźni, Kokke i Aquarius tradycyjną ep-ką sylwestrową zakończą naszą opowieść. Nim to jednak nastąpi czeka nas ogląd pozostałych dziewięciu piorunujących realizacji, tych nieco bardziej skoncentrowanych na procesie improwizacji.

Zaczniemy amerykańsko-niemieckim kwartetem saksofonowym, który przez lata nagrywał na kaseciaku swoje nielegalne sesje, a teraz postanowił je niespodziewanie upublicznić. Potem czekają nas dwie swobodne improwizacje ze Zjednoczonego Królestwa, personalnie w niezwykle imponującej komitywie. W dalszej części zbiorówki duża porcja jazzu: francuskie, ogniste eksploracje klasyków free (Dark Tree Records powraca!), kanadyjski kwartet zrównoważonego post-fussion, dwa nagrania kategorii open wydane w Holandii – międzynarodowy kwartet i niemiecki duet, wreszcie duet krajowy, który zaczyna bardzo eksperymentalnie, ale kończy w jazzie. A nim załomocą wspomniani na wstępie Dead Neanderthals, czeka nas jeszcze zaskakująca historia elektroniczna ze słowem mówionym wprost z Gdańska.

So, welcome to heaven and hell of free improvisation!



 

Joachim Zoepf/ Stefan Keune/ Martin Speicher/ Jeffrey Morgan The Laws of William Bonney Saxophone Quartet 1993-2007 (Acheulian Handaxe Records, CD 2023)

Lokalizacje nieznane, 1993-2007: Stefan Keune – sopranino, saksofon tenorowy, Jeffrey Morgan – saksofon altowy, Martin Speicher – sopranino, saksofon altowy oraz Joachim Zoepf – saksofon sopranowy, barytowy. Jedenaście improwizacji, 46 minut.

Czterech saksofonistów, trzech Niemców i Amerykanin, przez kilkanaście lat okazjonalnie improwizowało w warunkach domowych, a jeden z nich – ten najmłodszy, Stefan Keune - rejestrował owe dzikie sesje na magnetofonie kasetowym. Przyjęli nazwę, która jest prawdziwym nazwiskiem znanej postaci świata masowej rozrywki, czyli Billa The Kida. Po latach odkryli owe taśmy i postanowili je wydać. Nagrania mają chwilami sub-doskonałe, wręcz punkowe brzmienie, zwłaszcza te najstarsze, sycą się wszakże gigantycznymi emocjami i są na tyle wyśmienite, iż bez trudu trafiły na naszą listę 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok ubiegły.

W wielu utworach tego wspominkowego albumu, zwłaszcza tych najstarszych, dominują brzmienia najlżejszych saksofonów (sopranino i sopranowego), których szczebioty, krzyki i post-melodyjne zaśpiewy generują niebywałe porcje ekspresji. Kwartet startuje z pozycji free jazzu, ucieka w zakamarki swobodnej improwizacji, ale tez bez trudu łapie też kameralny oddech. Bywa, że każdy z saksofonistów pracuje tu w innym tempie, prezentuje odmienny temperament, stosuje inne techniki artykulacji, także te rozszerzone, ale ich ekspozycje zawsze znajdują wspólny mianownik. W secie nagrań z roku 1993 najciekawiej wypada trzeci utwór, w trakcie którego muzycy odbywają długą podróż od mrocznych preparacji po wrzask free jazzu, czasami przyjmując formę efektownego, ptasiego wielogłosu. Nagrania z lat 1998 i 2006, to raczej krótsze formy, czasami sprawiające wrażenie ekstraktów z większych ekspozycji. By nasycić ucho dłuższymi formami sięgać trzeba po dwie końcowe improwizacje z roku 2007, które zdają się stanowić crème de la crème całego albumu. Muzycy powściągają tu swoją ekspresję, koncertują się na budowaniu mrocznego klimatu post-egzystencjalnej zadumy.



 

Colin Webster Textural Studies (A New Wave Of Jazz, LP/DL 2023)

Oude Klooster, Brecht, Belgia, luty 2023: Colin Webster – saksofon altowy. Dwanaście improwizacji, 34 minuty.

Nasz ulubiony brytyjski saksofonista popełnił już wiele płyt solowych. Grywał na nich zarówno na barytonie, jak alcie, i wydaje się, że zeksplorował wszystkie dostępne światu techniki preparacji instrumentu dętego, drewnianego. W najnowszych studiach nad teksturą dźwięku – tu altowego – muzyk stawia na pewną dramaturgiczną prostotę. Webster nie tyle pracuje tu nad brzmieniem, ile bawi się formą. A efekt jest co najmniej doskonały.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to zdaje się ta sama bajka – zwierzęcy ryk saksofonu na gęstym pogłosie, konsumujący mięsisty wydech i chwile strwożonej ciszy. W drugiej opowieści narracja dla odmiany sprawia wrażenie niezwykle lekkiej, niczym łabędzi śpiew o poranku, formując się w dron sycony oddechem cyrkulacyjnym. W trzeciej części tańczą gołe dysze, zaś w piątej znów wita nas oddychający, tu nieco melodyjny dron. W kolejnych odsłonach słyszymy świt zimnego powietrza dobywający się przez dziurkę od klucza i syrenę statku parowego - rodzaj leniwego drona w wysokim rejestrze, który łapie rezonans. W części ósmej muzyk zbliża do granicy hałasu, kreując niemal folkowo brzmiący skowyt. W kolejnych utworach dostajemy rezonującą porcję melodii, rodzaj ceremonialnej zabawy w dźwięk i ciszę, wreszcie dronową post-kołysankę, która przypomina borowanie zęba. Finałowa, dwunasta improwizacja także przyjmuje formę drona – tu definitywnie pożegnalnego, tęskliwego, rozkołysanego, ale nie sennego.



 

Kraabel/ Reed/ Thompson Still Dancing (Empty Birdcage Records, CD 2023)

Iklectik, Londyn, maj 2019: Caroline Kraabel – saksofon altowy, głos, szuranie po podłodze (surface sounds), Max Reed – taniec, głos, surface sounds oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Dwie improwizacje, 52 minuty.

Wciąż tańcząc, to performatywny spektakl na oszczędne dźwięki saksofonu i gitary, dźwięki przesuwania stóp pod podłodze, wreszcie okazjonalnie używane głosy ludzkie. Definitywnie nieprzeładowany ekspresją, budujący wątki narracyjne, które szybko tracą żywot, skupiony na nieco teatralnym kreowaniu sytuacji dramaturgicznej. Być może ów koncert (bez publiczności?) byłby ciekawszy, gdyby można go było zobaczyć. Dyktat minimalizmu zaprzysiężony przez artystów powoduje też, iż słuchacz preferujący instrumentalne, silniej interakcyjne improwizacje może się czuć w takim środowisku akustycznym nieco znużony.  

Pierwsza improwizacja trwa dwanaście minut, w trakcie których zjawisko wartkiej akcji zdaje się nie występować. Momenty, w których gitara inicjuje repetycją bardziej aktywne działania, a saksofon śle na raz więcej niż jeden wydech należą tu do rzadkości. Gdy takie sytuacje mają jednak miejsce poziom naszego zadowolenia z odsłuchu zdecydowanie rośnie. Rola tancerza, performera, który interferuje z podłożem stanowi tu tło i nie wydaje się kreować specjalnych interakcji z dźwiękami instrumentalnymi. W trakcie drugiej, prawie 40 minutowej opowieści schemat jest podobny. Dominują krótkie frazy, zdania urywane w pół słowa i dźwięki ginące w ciszy. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby dobrze czuli się w swoim towarzystwie, ale to, co trafia do uszu słuchacza wydaje się być ledwie namiastką akcji dramaturgicznej. Narracja często osiąga tu poziom ciszy (choćby w 12 minucie), ale miewa też fazy bardziej intrygujących spiętrzeń. Choćby tych kilka chwil po 30 minucie, które śmiało możemy uznać za najciekawszy moment spektaklu. Samo zakończenie także dostarcza kilku instrumentalnych akcji w duecie gitara-saksofon. Z kolei ostatnia prosta usłana jest dźwiękami stóp przemieszczających się po podłodze otwartej przestrzeni Iklectik.



 

Daunik Lazro/ Benjamin Duboc/ Mathieu Bec Standards Combustion (Dark Tree Records, CD 2023)

Les Instants Chavirés, Montreuil, Francja, listopad 2022: Daunik Lazro – saksofon tenorowy, Benjamin Duboc kontrabas oraz Mathieu Bec – perkusja. Dziewięć kompozycji (Ayler, Lacy, Shorter, Coltrane, Lazro i dwie wspólne tria), 42 minuty.

Z radością odnotowujemy powrót do świata żywych naszego ulubionego francuskiego labelu, a nasze szczęście jest tym większe, iż na zgrabnym, kompaktowym dysku odnajdujemy mocarzy francuskiego free impro i post-jazzu, Lazro i Duboca, tu muzykujących z wyjątkowo bystrym drummerem Bec’iem. Okazja spotkania jest definitywnie koncertowa, a na warsztacie muzyków wspaniałe evergreeny amerykańskiego free jazzu (z drobnym uzupełnieniem w postaci twórczości własnej Francuzów)! Dodajmy jeszcze, iż Lazro gra tu na saksofonie tenorowym (zwykliśmy go słuchać na barytonowym), a czyni to z gracją młodzieńca, któremu jakże daleko do prawie osiemdziesięciu wiosen, jakie ma obecnie francuski saksofonista.

Album otwiera nieśmiertelne Ghosts Aylera. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo rozśpiewany, a wtóruje mu matowo brzmiąca sekcja rytmu, która ma także kilka chwil tylko dla siebie. Na drugi strzał nerwowa post-ballada Lacy’ego Deadline. Odnotujmy w niej akcję na smyczku oraz świetną robotę drummera. Kolejny Ayler, to Mothers, który płynie tu rozhuśtaną sekcją i nad wyraz nostalgicznym saksofonem. Świetnie improwizuje Lazro, choć zdaje się, że pracuje na wdechu. Nefertiti Shortera grane jest wyważonym, marszowym krokiem. Temat wraz z saksofonem śpiewa także smyczek. W wydaniu francuskim, to wyjątkowo cool-jazzowa jazda. W dalszej kolejności kompozycja Lazro, która dodaje albumowi niespodziewanie kameralny, by nie rzec post-barokowy sznyt. Płytę uzupełniają dwa dynamiczne, niemal polirytmiczne utwory podpisane przez trójkę Francuzów oraz dwa klasyki Coltrane’a. Vigil grany jest jedynie w duecie, bez kontrabasu, z kolei Love pięknie reasumuje ów smakowity album - melodyjny saksofon osadzony tu został na wyjątkowo gęstym brzmieniu kontrabasu.

 


Brûlez les meubles Crayonnage (Circum-Disc, CD 2024)

Miejsce nieznane, luty 2023: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara, Éric Normand – bas elektryczny, Jonathan Huard – wibrafon oraz Tom Jacques – perkusja. Dwanaście utworów, 62 minuty.

Z formacją z Quebecu spotykaliśmy się na ogół w formule gitara-bas-perkusja, teraz dostajemy dodatkowo wibrafon, który wnosi do stonowanego post-fussion Kanadyjczyków element twórczego fermentu i okazjonalnie zaskakująco mroczne brzmienia. Album zdecydowanie dedykujemy słuchaczom usytuowanym bliżej jazzu środka, ale z dużą przyjemnością wskażemy poniżej fragmenty, które warte są zainteresowania również bardziej wymagającej publiki.

Na płycie odnajdujemy dziesięć rozbudowanych kompozycji i dwie niespełna minutowe, bardzo melodyjne miniatury. Dramaturgia całości zdaje się opierać na intrygującym początku (trzy pierwsze części), rozkołysanej, wręcz balladowej części środkowej, która śmiało mogłaby być poddana działaniu edytorskiego skalpela i najbardziej wartościowej części końcowej (ostatnie cztery części z wyłączeniem awizowanej miniatury), która nie szczędzi nam psycho-rockowych akcji i niebanalnych zdarzeń dźwiękowych. We wspomnianych utworach otwarcia podobać się może swoboda budowania narracji, pewna programowa niespieszność, melodyka gitary, precyzja basowych pętli narracyjnych, oniryczne plamy wibrafonu i łamane metra perkusji. Z kolei w utworach zawartych w drugiej części albumu docenić należy pewną gatunkową różnorodność, której stymulantem jest nade wszystko gitarzysta. Słyszymy dalekie echa americany, posmak bluesa, rozpylane w każdym zakamarku narracji ślady psychodelii i rockowego anturażu. Udanym podsumowaniem albumu jest najdłuższa, ostatnia część - od posmaku lekkiej kwasowości, porcje pogłosu i wibrafonowej nostalgii po prawdziwie rockowe emocje w trakcie dynamicznej finalizacji.

 


Salvoandrea Lucifora Quartet Drifters (TryTone Records, CD 2023)

Wisselord Studio1, Amsterdam, grudzień 2022: Marta Warelis – fortepian, Omer Govern – kontrabas, Marcos Baggiani – perkusja oraz Salvoandrea Lucifora – puzon, kompozycje. Dwa utwory, 55 minut.

Przed nami definitywnie międzynarodowy, ale jakże amsterdamski kwartet z udziałem m.in. naszej ulubionej polskiej pianistki, a także włoskiego puzonisty, którego świetnie pamiętamy z kwartetu Light Machina, a który jest tu szefem przedsięwzięcia. Rządzi w obszarze podmiotu wykonawczego, jest też autorem długich, interesująco rozbudowanych, silnie jazzowych opowieści. Na albumie kwartetu dzieje się wiele, ale też sporo jest konserwacją kompozytorskiej notyfikacji.

Pierwszy utwór trwa dwa kwadranse, drugi jest ledwie o kilka minut krótszy. W rolę introduktorki pieśni otwarcia wciela się pianistka. Reszta muzyków dołącza po dwóch minutach i wspólnie kreują swobodny open jazz bez pretensji do błądzenia po zakamarkach notyfikacji. Narracja prowadzona jest bardzo precyzyjnie, skrzy się zwinną dramaturgią, na etapie rozwinięcia nie szczędzi nam akcji w podgrupach. Pośród duetów szczególnie podobać się może dynamiczna akcja puzonu i perkusji. Nie mniej ciekawe jest trio bez puzonu, które sugeruje free jazz, ale ostatecznie ucieka w umiarkowanie mroczną opowieść spuentowaną solową ekspozycją pianistki. Druga narracja startuje na gryfie kontrabasu i dość szybko osiąga stadium całkiem energetycznej opowieści. Pojawienie się smyczka nadaje jej nieco kameralnego, czy nawet post-klasycznego sznytu. Tu opowieść ma dwa punkty przystankowe. Po pierwszym z nich artyści szukają harmonii i melodii, nawet pewnej taneczności, po drugim uciekają w otchłań dźwięków preparowanych, długich, posuwistych, szemrzących fraz. Album wieńczy wątek post-balladowy, znów doposażony w adekwatną porcję melodyki.



 

Lothar Ohlmeier & Tobias Klein Left Side Right (TryTone Records, CD 2024)

Berlin, 2022: Lothar Ohlmeier – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy. Pięć improwizacji, 52 minuty.

Dęty front kwartetu Dalgoo, który znamy z koncertu w poznańskim Dragonie, prezentuje się tu w rozbudowanej ekspozycji duetowej na dwa klarnety basowe i nieco rzadziej wykorzystywane saksofony. Swobodne improwizacje, nieśpieszne, bazujące na jazzowym timingu, skoncentrowane na klarownym brzmieniu instrumentów i artyści sięgający po tzw. techniki rozszerzone ledwie w kilku mniej kluczowych momentach spektaklu. Sporo zadumy, pewnej pokoleniowej refleksji i po prostu ładnych dźwięków.

Trzy pierwsze improwizacje trwają po kilkanaście minut, być może są odrobinę przegadane, ale dzięki temu ich klimat pozostaje z nami na dłużej. Z kolei dwie końcowe, to łącznie ledwie siedem minut z sekundami. Pierwsza, trzecia i czwarta improwizacja, to dialog dwóch klarnetów basowych. Garść półsłówek, ale i morze długich, niemal dronowych ekspozycji. Spokój, melodia, rodzaj egzystencjalnej refleksji. Czasami akcja przypomina dwa leniwe słonie opalające się w słońcu, innym razem artyści brną na nisko ugiętych kolach przez gęste zarośla. W drugiej z klarnetowych opowieści pojawia się więcej nerwowych ruchów, trochę preparowanych fraz, ale i urokliwa, zwiewna taneczność. Puenta tej historii jest jednak mroczna, na poły kameralna. W ostatniej z klarnetowych części narracja zdaje się być wyjątkowo spokojna, a muzycy zrelaksowani. W trakcie drugiego utworu na płycie muzycy korzystają z saksofonów. Poruszają się dość żwawo, nie szczędząc nam kąśliwych uśmiechów i interakcji godnych miana free jazzowych. Finałowa koda trwa niewiele ponad dwie minuty i dla odmiany stanowi rozmowę klarnetu basowego z saksofonem. Tu tempo wydaje się być dość dziarskie, a miny artystów dalece roześmiane.

 


Malwina Kołodziejczyk & Sebastian Mac Wanderlust (Scatter Archive, DL 2023)

Quality Studio, Warszawa, październik 2022: Malwina Kołodziejczyk – saksofon, elektronika oraz Sebastian Mac – gitara elektryczna. Siedem improwizacji, 33 minuty.

Improwizowane spotkanie artystów związanych m.in. z Cracow Improvisers Orchestra zaczyna się w sposób bardziej niż intrygujący. Preparowany saksofon wspierany przez elektronikę i gitara swobodnie tańcząca na pick-up’ach tworzą narrację bogatą w dźwiękowe niespodzianki, nie stroniącą od medytacji budowanej powtarzanymi frazami instrumentu strunowego. W kolejnej odsłonie po stronie gitarzysty pojawiają się akcenty percussion, z kolei saksofonistka pogłębia swoje preparacje, znajdując w przestrzeni ustnika miejsce na dźwięki gardłowe. Opowieść płynie tu wysokim wzgórzem, a gitara szuka oparcia w rytmie.

Trzecia historia rodzi się w chmurze szumów, szmerów, dźwięków równie hydraulicznych, jak mechanicznych. Pracują saksofonowe dysze, skwierczą gitarowe przetworniki. Nagle w połowie improwizacji dostajemy się w smugę czystych fraz obu instrumentalistów, a opowieść zdecydowanie obiera kierunek na jazz! W kolejnych utworach artyści serwują nam intrygujące otwarcia, po czym, głównie z woli gitarzysty, przenoszą nas w obszar szeroko pojętego, improwizowanego jazzu. Piąty utwór przypomina piosenkę z tekstem, choć bez śpiewu, a kolejny, niespełna minutowy, zdaje się być pełnokrwistą eksplozją fire music. Spory dysonans niesie pieśń zamknięcia. Tu gitarowe sekwencje zostają skonfrontowane z rytmiczną, ale dość inwazyjną elektroniką. Jedynym ratunkiem dla gitarzysty staje się tedy … podsycona synkopą repetycja.



 

An-hoer Sepr.online.works (Kolokpo Records, LP 2023)

Gdańsk, czas nieznany: An-hoer (Wojciech Unterschuetz, Piotr Bratoszewski – wszelkie dźwięki elektroniczne, zapewne także głosy) oraz goście: Paweł Szamburski – bęben (A1), Adam Wika - akordeon, slide bass (A2), Piotr Żakowiecki - wokal (A2), Maria Bagińska - wokal (B1). Osiem utworów, 43 minuty.

W ramach kontynuacji wątków krajowych zapraszamy na … słuchowisko radiowe. Bazą muzyczną jest tu elektronika w dalece przyswajalnym, równie mrocznym, jak melodyjnym wydaniu. W jej otoczeniu pojawia się słowo mówione, które zdaje się pełnić rolę istotnego elementu dramaturgicznego. Recytacja w języku ukraińskim (?) oraz cytaty z Ericha Marii Remarque’a i Leszka Szumana, to definitywnie intrygujące punkty zapalne na ośmiotrakowym albumie. Sama ścieżka dźwiękowa raczej na to miano nie zasługuje, przynajmniej z punktu widzenia medium skoncentrowanego na muzyce improwizowanej.

Sam początek obiecuje wiele. Dubowo brzmiący rytm wybijany na akustycznym bębnie udanie prowadzi szczątkowe frazy strunowe, jakby doprawione odrobiną prądu. W drugiej części mamy ów domniemany język ukraiński i dość rozbudowane instrumentarium w postaci basu, akordeonu i syntezatorów. Pierwszą stronę żółtego winyla uzupełnia piosenka z wokalem w łagodnej estetce post-electro oraz długa ekspozycja elektroniczna, której głównym zdaniem jest chyba dotarcie do dwudziestej minuty na stronie. Po przewróceniu krążka na drugą stronę dostajemy się w strefę oddziaływania tekstu Remarque’a, który podany jest kobiecym głosem, a zlustrowany wojennie brzmiącą elektroniką. Kolejna część jest instrumentalna, a jej głównym daniem frazy przypominające piano. Zaraz potem cytat z Życia po śmierci, doposażony niepokojącym, nerwowym backgroundem fonicznym. Album domyka krótka koda w formie szemranego ambientu.



 

Dead Neanderthals Ordo Dracul Demo (Bandcamp’ self-released, Kaseta/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, Rene Aquarius – perkusja oraz Marlon Wolterink – bas. Dwa utwory, 21 minut.

Słowo się rzekło, zatem na koniec wielkie boom! Nasi konceptualni, meta jazzowi post-punkowcy od pewnego czasu gustują w muzykowaniu z udziałem gościa. Tym razem w tej roli ich … stały producent, który w rękach dzierży masywną basówkę. Dwie petardy w umiarkowanie szybkim tempie i o umiarkowanie brudnym brzmieniu trwają tu dokładnie po 10 minut i 39 sekund (w kraju Dead Neanderthals nic nie jest pozostawione przypadkowi) i wypełniają dwie strony kasety. Ep-ka w pliku jak zawsze udostępniona została w ostatni dzień roku za darmo, a za wspomnianą kasetę trzeba było zapłacić pół euro (czas przeszły dokonany, nakład wyczerpał się niemal natychmiastowo!).

Sytuacja dramaturgiczna jest tu następująca - rockowe metrum cztery na cztery, delikatnie siarczyste brzmienie basu, który też krwawi rockiem i syntezator wyposażony w pewną ulotną, jak zwykle dość czerstwą, falującą melodykę. W połowie utworu następuje krótkie interludium z samotnym syntezatorem. Po restarcie linia basu wydaje się być delikatnie zmodyfikowana, po czym wraca do stanu początkowego. Drugi utwór jest wolniejszy, przypomina melodyjny i nieco … przyspieszony doom metal. Prosta figura rytmiczna basu, równie nieskomplikowany step perkusji i kolejna porcja melodyki syntezowa, tym razem jakby odrobinę bardziej molowa. W dalszej części nasze zasłuchane w jednostajny rytm uszy zdają się słyszeć drobne spowolnienie, może także dramaturgiczne ugięcie kolan. Nagranie kończy się prawdziwą burzą z piorunami i rzęsistą ulewą. To wszystko dzieje się wszakże po całkowitym wygaszeniu strumienia dźwiękowego.



 

piątek, 22 grudnia 2023

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Gilded Form! Relaja! Formica! Immerweiter! Kairos! Laves Phase! Panaleåke! LUMP!


Trybuna Muzyki Spontanicznej czyni wiele, by comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych - z jakże szeroko tu rozumianą muzyką improwizowaną - była jak najbardziej interesująca i ... stylistycznie rozstrzelona. Ale ta grudniowa chyba przejdzie najśmielsze oczekiwania!

Nasze story zaczniemy bowiem od dwóch holenderskich petard z okopów naszych ulubionych Dead Neanderthals! Pierwsza niemal doom-metalowa, druga … łagodna jak baranek, wprost spod igły Pink Floyd! Potem czekają nas dwie bystre wizyty w Argentynie, która jak zwykle gwarantuje jakość – pierwsza propozycja kameralnie rozwichrzona, druga trzymająca się swobodnego jazzu! Po nich niemiecki kwartet, który najlepiej czuje się w … kwintecie, a po chwili francusko-amerykański kwartet, które potrzebuje Bacha i Ravela na wejściu, by tworzyć wyjątkowo urokliwe improwizacje na etapie rozwinięcia. Po takich woltach stylistycznych przyda nam się zapewne odrobina zwinnej elektroakustyki z Sankt Petersburga, a zaraz po niej włoski kwartet post-jazzowy, który świetnie panuje nad formą wielominutowej wypowiedzi! Naszą szaloną podróż zakończymy w Lizbonie, by posłuchać drobnych strzępów pewnego koncertu na zupełnie zwariowany głos kobiecy i niemniej roztargnioną trąbkę męską!

Oj, trzymajcie się dziś mocno siedzeń, będzie się działo!



Dead Neanderthals Specters (Red Left Hand Music/ Utech Records, LP/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen/ Leftorium, Los Angeles, czas akcji nieznany: Scott Hedrick – gitara, syntezatory, Otto Kokke – syntezatory oraz René Aquarius – perkusja. Dwa utwory, 36 minut.

Prosty, gęsty, jednostajny rytm perkusji, tłuste pasmo syntezatora zawieszone w wielkiej pętli, niepozbawione nisko osadzonej melodyki i gościnnie występująca tu gitara (nagrana za Wielką Wodą!), silnie rockowa, by nie rzecz metalowa. Ezoteryczny majestat wielkiego powtórzenia, konsekwencja w budowaniu mrocznej, ale też niebywale smutnej aury egzystencjalnej katastrofy - oto konceptualny Dead Neanderthals w postaci klinicznej, który uwielbiamy, choć ciągle nie wiemy do końca, dlaczego. Być może Specters, to jedna z najlepszych pozycji w dość już rozbudowanej, kilkunastoletniej historii protoplastów holenderskiego heavy jazzu (ktoś pamięta tę etykietę z początku poprzedniej dekady?).

Dwie kilkunastominutowe opowieści, jak zwykle w przypadku Holendrów są precyzyjnie zaplanowane i równie skrupulatnie wykonane. Pierwsza odsłona albumu wydaje się być dość dynamiczna, wręcz agresywna, świetnie konsumująca mrok syntezatorów i sfuzzowanej gitary, która na koniec przemyca nam garść bardziej melodyjnych fraz. A perkusja Rene jak zawsze - bije, niczym umierające serce świata. Druga część płyty toczy się w bardziej leniwym tempie, nosi znamiona ekspozycji doom metalowej, silnie zasklepionej w mrocznym ambiencie tła, w fazie finałowej niespodziewanie przepełnionej melodyką rozśpiewanych syntezatorów. Like always, play loud and/ or die!



 

Gilded Form Gilded Form (Burning World Records, CD/LP 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas akcji nieznany: Nick Millevoi – gitara, Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Jeden utwór, 41 minut.

Druga z tegorocznych nowości Kokke i Aquariusa także powstała z udziałem gitarzysty, przybrała jednak na tyle odmienny od standardów Dead Neanderthals wymiar estetyczny, iż Holendrzy postanowili album nagrany ze swoim dobrym znajomym z Kanady nazwać inną nazwą własną. I jak podpowiada ucho Waszego recenzenta, dobrze uczynili.

Gilded Form, to być może w ujęciu historycznym najłagodniejsza podróż naszych holenderskich bohaterów. Jedną, ponad 40-minutową opowieść możemy śmiało określić mianem odrobinę mrocznej, post-ambientowej ballady. Jak zwykle prosty, ale dość oszczędny drive perkusji, wyjątkowo melodyjne, często podlegające zmianom pasmo syntezatorów, no i spokojnie frazująca gitara, która syci się powtórzeniem, ale też w toku rozwoju akcji raz za razem wplata nowe elementy. Jeśli ktoś lub coś dba tu o typowy dla DN mroczny klimat, to jest nim mglisty background jednego z syntezatorowych pasm. Opowieść potrafi tu przypominać lekko harshowy Cocteau Twins, a w drugiej połowie opowieści, gdy gitarzysta zaczyna frazować dość wysoko, mamy wrażenie, że niespodziewanie znaleźliśmy się na koncercie … Pink Floyd. Każdy artysta ma prawo do słabszej chwili, ta przydarzyła się Kokke i Aquariusowi akurat teraz.



Pablo Vazquez & Amanda Irarrázabal Relaja (Neue Numeral, DL 2023)

Estudio Libres, Buenos Aires, lipiec 2022: Pablo Vazquez – kontrabas i głos oraz Amanda Irarrázabal – kontrabas i głos. Dziesięć utworów, 38 minut.

Chilijsko-argentyńskie spotkanie na dwa kontrabasy i tyleż głosów, jeden damski, drugi męski, przynosi mnóstwo dobrych emocji. Warsztat, kreatywność, wreszcie niebywała swoboda działania, chwilami wręcz artystyczna brawura, sprawiają, iż niespełna 40-minutowy pakiet dziesięciu dalece wyzwolonych improwizacji słucha się po prostu doskonale.

Pablo i Amanda stosują tu wszystkie dostępne współczesnemu światu metody wydobywania dźwięków z instrumentu smyczkowego, czasami płyną wspólnym strumieniem pizzicato lub arco, czasami działają na zasadzie estetycznego dysonansu. W to wszystko wplatają gardłowe i post-wokalne fonie, dodając improwizacji dodatkowych porcji ekspresji. Najciekawsze rzeczy dzieją się wszakże wtedy, gdy muzycy zmieniają metody i stylistyki frazowania po kilka razy w trakcie jednej improwizacji. Tak dzieje się w smakowitej improwizacji czwartej, a szczególnie w finałowym crème de la crème albumu. Tu start wyznacza ekspresyjne szarpanie za struny, połączone z drobnymi dewastacjami gryfów, potem akcja przenosi się na włosia smyczków, a bogacona jest gardłowymi pomrukami i piskami. Artyści nie szczędzą nam także odrobiny post-barokowych piękności. Finał zaś spoczywa na frazach pizzicato i męskim glosie. Muzycy równie dobrze radzą sobie w momentach, gdy ich instrumenty szumią i szemrają na granicy ciszy, jak choćby w improwizacji trzeciej, piątej, po części także ósmej.



Matías Formica Cinco Destellos de un juguete inalcanzable (ears&eyes Records, DL 2023)

Facundo Lizondo, Argentyna, sierpień 2022: Lucas Albarracín – kornet, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Jona Schenone – kontrabas, Sebastián Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, syntezator i kompozycje (utwory 1, 3, 5 i 7). Dziewięć utworów, 50 minut.

Kolejna perła z Argentyny, to Piątka saksofonisty, którego na tych łamach doskonale rozpoznajemy. Na tapecie wykonawczej kilka swobodnych improwizacji i prawie tyle kompozycji, które wedle słów Formici są raczej rodzajem scenariuszy dla improwizacji, inspirowanych dokonaniami dodekafonii. Cokolwiek wszakże nie zostało ustalone przed wejściem do studia, efekt końcowy cieszy i raduje prawdziwych fanów swobodnej improwizacji, tu blisko usytuowanej jazzowych korzeni.

Kompozycje, zgodnie z tym, co powyżej, stanowią nieparzyste utwory na albumie (z wyłączeniem ostatniego). Ta pierwsza zdaje się bazować na masywnym, ale czysto brzmiącym kontrabasie, który pięknie prowadzi trzy rozśpiewane, nad wyraz swobodnie frazujące dęciaki. W części drugiej pojawia się pasmo syntezatorowe, które będzie dość często wracać w formule free impro, budując ciekawy, choć nie zawsze udany dysonans elektroakustyczny. Trzeci utwór ma wyraźnie zaznaczony, rytmiczny temat z ciekawie połamanym metrum, który niesie swym bogatym tembrem baryton. Czwarta część bliska jest free jazu, na starcie urokliwe barwiona frazami preparowanymi. Z kolei piąta, skomponowana odsłona, udanie kojarzy się z nagraniami formacji Dave’a Hollanda z jego najlepszych lat. W szóstej części, mimo sporej dynamiki, dużo dobrego czyni kontrabasowy smyczek, nadając całości wielogatunkowy wymiar. Siódmy utwór, znów skomponowany, zdaje się być wyjątkowo kameralny, choć doposażony w brzmienie syntezatora. Ósma część tonie w ekspresji post-jazzu, natomiast finałowa opowieść płynie basowym groove i syntezatorową narracją, która wchodzi w bystre interakcje z dęciakami.



 

Immerweiter In its own pace (Boomslang Records, CD 2023)

Miejsce i czas akcji nieznane: Julius Windisch – fortepian, syntezator, kompozycje, Pascal Klewer –trąbka, Sofia Eftychidou – kontrabas, Marius Wankel – perkusja oraz w roli gościa: Maria Reich - skrzypce (w połowie utworów). Dziesięć utworów, 40 minut.

Niemiecki kwartet otwartego jazzu zdolny jest dawać odbiorcy sporo radości z odsłuchu, gdy zaś w niemal połowie utworów przekształca się w kwintet (doposażony zwinnymi skrzypcami), owa radość jeszcze wzrasta. Płyta dobrze skrojona, zawierając zgrabne, nieprzegadane, sprytnie skomponowane improwizacje, byłaby dodatkowo ciekawsza, gdyby wyciąć z niej pewne środkowe fragmenty, lukrem i miodem płynące, dodatkowo wzbogacone, nie wiedzieć czemu, drobną arią wokalną.

Pierwsze trzy utwory zawierają bystre, melodyjne tematy, nie zawsze podane na wprost, przez to jeszcze ciekawsze w odbiorze. Narracje są dynamiczne, często krążą wokół rytmu, a lider przedsięwzięcia improwizuje, tudzież buduje narrację, jednocześnie używając piana i syntezatora. W odsłonie czwartej pojawiają się zapowiadane skrzypce (z kolei trąbka tylko na etapie improwizacji), zaś w części piątej, prowadzonej w post-balladowym tempie, intryguje onirycznie brzmiące piano elektryczne. Szósta narracja to ta, o której chcemy jak najszybciej zapomnieć, zwłaszcza, że kolejne dwie opowieści, to najlepsze, co przydarzyło się muzykom w trakcie tej sesji nagraniowej. Dużo niebanalnych, często preparowanych fraz, kolektywne, swobodne interakcje, krew zdrowej i wartościowej improwizacji. Jeśli pierwsza z tych małych perełek syci się zwinną dynamiką, to druga bazuje bardziej na kameralnej zadumie. Ostatnie dwa utwory noszą nazwy Trailer i Bonus, i po prawdzie sprawiają wrażenie repryzy nagrań zawartych w początkowej fazie albumu. Samo zakończenie wszakże intryguje brzmieniem, no i słyszymy (wbrew opisowi płyty) dźwięki, które śmiało przypisać możemy skrzypcom.



Maneri/ Cappozzo/ Mevel/ Waziniak Kairos (Lable Rives, CD 2023).

Miejsce i czas akcji nieznane: Mat Maneri – altówka, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn, Gaël Mevel – wiolonczela oraz Thierry Waziniak – perkusja. Pięć utworów, 37 minut.

Bardzo zaskakujące nagranie! Personalnie bardziej niż ekscytujące, pod względem muzycznym odbierane może być z pewną ambiwalencją. Album stanowi dla niżej podpisanego kolejny dowód na prymat improwizacji nad muzyką notyfikowaną. Prymat oczywiście w ujęciu subiektywnym i emocjonalnym. Czterech wytrawnych muzyków potrzebuje tu na wejściu dobrze skrojonych kompozycji (wiolonczelisty), tudzież evergreena jazzu, wreszcie inspiracji muzyką Bacha i Ravela, by w dość kontrolowany sposób przejść do fazy kolektywnych improwizacji, niekiedy nad wyraz swobodnych i naprawdę udanych.

Na początek rzeczona kompozycja wiolonczelisty, utrzymana w klimatach spokojnej, odrobinę mrocznej kameralistyki. Altówka, trąbka i wiolonczela szyją tu temat, natomiast perkusja dostaje dużą swobodę i zdaje się być kluczowym elementem dla improwizowanej fermentacji. Dwie kolejne opowieści płyną na wprost z dokonań J.S. Bacha i ciekawie rozwijają barokowe tematy. Po rozbudowanej introdukcji ucho cieszy faza zmysłowej, bystrej improwizacji, szczególnie w drugiej z bachowskich ekspozycji. Tu kameralna zaduma zdaje się mieć cokolwiek ponadepokowy sznyt. Czwarta część jest najsłabszych momentem albumu, zatem zbyjmy ją milczeniem. Dużo bowiem rekompensuje ostatnia opowieść, ubrana w zgrabne improwizacje obtoczone aurą ravelowskiej melodyki. Narracja płynie tu od ciszy i do ciszy, pełna jest dramaturgicznych niuansów. Dodajmy, iż cały album jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.



Vladimir Luchansky/Vitaliy Ovchinnikov Laves Phases (Extra Notes, DL 2023)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, marzec 2023: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, elektronika oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Dwa utwory, 43 minuty.

Dokonania Ovchinnikova, bystrego gitarzysty z Sankt Petersburga śledzimy od lat, nie ma zatem powodu, byśmy nie sięgnęli po jego najnowsze dzieło, tu poczynione w duecie z muzykiem, który zdaje się być partnerem niemal każdej jego podróży. Dziś to podróż definitywnie swobodnie improwizowana, świetnie wpisująca się w idiom kreatywnej, niebanalnej i dobrze skonstruowanej dramaturgicznie opowieści elektroakustycznej.

Post-akustyczny szelest i pomruk analogowej elektroniki, to symbiotyczne elementy składowe gry wstępnej. Dźwięki wchodzą tu od startu w ciekawe interakcje, przy czym większość z nich nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co do miejsca ich powstawania. Oczywiście w ogóle nam to nie przeszkadza w percepcji dzieła. Narracja jest niebywale molekularna, ultrafiligranowa, lepi się z nano fraz akustyki i syntetyki, doprawionych skromną porcją sampli. Artyści pracują tu niemal z chirurgiczną precyzją, a puentą pierwszej, ponad 23-minutowej improwizacji jest efektowna ekspozycja dronowa. Druga opowieść jest nieco krótsza, zdaje się mieć mniej linearny przebieg, ale i tu napotykamy na zjawiska dźwiękowe, których odsłuch sprawia nam niekłamaną przyjemność. Choćby pojedyncze, akustyczne dźwięki strun, czy też typowe dla instrumentu dętego wdechy i wydechy. W połowie tej części muzycy na moment zdają się wracać do filigranowości typowej dla pierwszej części albumu. Szybko wszakże połyka ich cisza, a idea mikrotonalności staje się zaczynem kreowania finału, lepionego ponownie z wyraźnie akustycznych wydarzeń. Puenta utworu znów jest udana, przypomina gęsty syrop klonowy.



 

Panaleåke Vane (Fonterossa, DL 2023)

Argo, lipiec 2020: Tobia Bondesan – saksofon tenorowy i sopranowy, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Glauco Benedetti – tuba oraz Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne. Dwanaście utworów, 47 minut.

Kolejna w dzisiejszym zestawieniu long-distance story, zatem opowieść upleciona w nieprzerwany strumień dźwiękowy. Trzy instrumenty dęte i perkusjonalia szyją nam historię wyjątkowo dobrze skrojoną, błyskotliwie udramatyzowaną, intrygującą brzmieniowo, formę, która korzysta z trybu repryzy, ale zdaje się ciągle iść do przodu. Nagranie swobodnie zrealizowane, równie medytacyjne, jak free jazzowe, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej wyimprowizowane.

Pierwsze trzy epizody stanowią skrupulatnie konstruowane podprowadzenie pod pierwszy free jazzowy szczyt. Dęte, kameralne wydechy podawane z drżeniem przepony, długie frazy z delikatną nutką melodii, sprytne, dobrze zorganizowane perkusjonalia. Wszystko skąpane w drobnym pogłosie, który całej podróży nadaje posmak odrobinę metafizyczny. W części czwartej dęciaki zgrabnie odnajdują swoje jazzowe, czy nawet free jazzowe korzenie, swobodnie swingują wiedzione coraz większą mocą rytmicznie usposobionych perkusjonalii. W kolejnych dwóch epizodach dynamika narracji rośnie, a dęte ekspozycje solowe niosą coraz większy ładunek ekspresji. Z kolei w części siódmej następuje powrót do fazy medytacyjnej, tu wykreowany, chwilami nawet samotnie, przez perkusjonalistę. Posmak ethno, swoboda saksofonowych melodii, urokliwe didaskalia tuby. Potem następuje kolejne wspinanie się na szczyt free jazzu, tu silnie naznaczone piętnem aylerowskiej hymniczności, a zaraz po nim szybki powrót do fazy medytacji, tu już definitywnie finałowej. W tak zwanym międzyczasie dostajemy jeszcze melodię Hanka Robertsa na trzy instrumenty dęte. Samo zakończenie udanie stosuje repryzę i przenosi nas na sam początek podróży. Śmiało możemy wyruszyć w nią ponownie.



LUMP Strain Field (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Galeria Zé dos Bois, Lizbona, 2020: Mariana Dionísio – głos oraz João Almeida – trąbka. Sześć utworów, 12 minut.

Na zakończenie naszego crazy trip odrobina konceptualnego performansu. Dwanaście minut wyrwanych z pewnego lizbońskiego koncertu na głos i trąbkę. Plejada preparowanych, równie wykrzyczanych, jak i wyszeptanych fraz, zdaje się, że także spora porcja dźwięków otoczenia, no i całkiem spory ładunek ekspresji. Pytanie, czy chcielibyśmy poznać cały koncert portugalskiej pary pozostaje retoryczne, jakkolwiek niżej podpisany byłby skłonny podjąć się tak karkołomnej próby.

Wyrzućmy zatem z siebie potok słów, niczym artyści dźwięki onegdaj w Galerii ZDB. Szumy, szmery, wiatr, pogłos, tupanie nogami i trzeszczące krzeszą, także tysiące innych zjawisk fonicznych. Na ogół drobne frazy, mikro dźwięki, ale niekiedy zaskakująco soczyste westchnienia. Rodzaj post-akustyki, którą zdaje się filtrować jedynie nieograniczona wyobraźnia artystów. Zabawy głosem, manipulacje wentylami, wszystko ma niezaprzeczalną rację bytu. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy trąbka gada, a głos dmie i szumi, jak w epizodzie piątym. Z kolei w części szóstej natrafiamy na niemal kabaretowe wybuchy ekspresji obojga muzyków. Tak, chętnie poznamy dokumentację dźwiękową całego koncertu!