Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławek Janicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławek Janicki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.



 

sobota, 21 listopada 2020

XNN! Roji! Lotto! Bass To Bass! Gelber Flieder! Algo Quedó Dentro! As 3 Velhas! New Hermitage! The Bloody November’ Round-up!


Emocje, emocje, emocje! Oto coś, co kochamy na tych łamach nade wszystko! A najlepsze emocje gwarantuje wytrawna składanka recenzji nowych płyt z muzyką improwizowaną (która, jak wiemy, miewa i tysiąc imion!), dobrze zmieszana, intensywnie wstrząśnięta i łącząca wszelkie możliwe gatunki – i niebo, i ziemię, no i najprawdziwsze piekło!

Już tytuł pierwszej z omawianych płyt – Dance Chaos Magic! – mówi nam niemal wszystko, co niesie ów zestaw dźwięków! Ognista marszruta zacznie się na nowojorskim Brooklynie z udziałem samego Daniela Cartera (to już druga jego wizyta na Trybunie w ostatnich dniach!). Potem zderzymy się z cudowną ścianą dźwięku, produkcji niemiecko-portugalskiej, by zaraz po niej zanurzyć się w krajowym post-rocku w nadspodziewanie świetnym wydaniu! Kolejny akcent krajowy zapewni nam pewien kontrabasista w uroczym duecie z niemniej uroczą kontrabasistą ze Szwecji! A dalej? Bez chwili oddechu rozpoczniemy rozbudowany wątek iberyjski (choć będziemy także w Paryżu i Berlinie!), by na trzech kolejnych krążkach, obok kilku dobrych znajomych, spotkać wielu całkiem nowych, intrygujących muzyków! A na finał tej szalonej eskapady udamy się do … Kanady, by posłuchać bystrej, współczesnej kameralistyki! Oj, będzie się dziś działo!



 

XNN  Dance Chaos Magic (Eschatology Records, DL 2020)

Amerykańskiego saksofonistę Bena Cohena i jego label Eschatology poznaliśmy całkiem niedawno przy okazji płyty tria Charlatan. Tym razem muzyk zaprasza na spotkanie w kwartecie XNN, do którego zaprosił ikonę nowojorskiego free jazzu, Daniela Cartera (saksofony, trąbka, flet i klarnet) oraz swoich częstych współpracowników – Eli Wallace’a na fortepianie i Dana Kurfirsta na perkusji. Silnie osadzona we free jazzie, swobodna improwizacja trwa prawie 39 minut (Tedesco Studios, nagranie z listopada 2019 r.).

Kwartetowa podróż zaczyna się sekwencją tzw. kontaktów rozpoznawczych, nie bez zasad godnych metody call & responce. Spokojna improwizacja na przednówku - trochę perkusyjnych szczoteczek, kilka piano preparacji, saksofon i flet w rozmowie o poranku. Pierwszym, który zaczyna lepić wszystkie dźwięki w narrację właściwą jest drummer. W duchu jakże kolektywnym free quartet with jazz roots rusza na podbój świata, a tempo marszu rodzi się niemal samoistnie. W okolicach 9 minuty Carter sięga po trąbkę i razem z perkusją czyni duetowe expo. W tak zwanym międzyczasie preparujące piano, bystry tenor i cool-jazzowe szczoteczki dbają o przyrost dobrych emocji. Dużo jakości wciąż płynie z gołych strun fortepianu. Pod koniec 17 minuty kwartet stopuje i serwuje nam garść ciszy.

Nowy wątek rodzi się pod delikatnymi młoteczkami piana. Saksofon i trąbka ciekawie gaworzą na przeciwległych flankach, a wspomnienie kwartetu Test (Carter!) wcale nie jest tu nadużyciem. Opowieść zaczyna płynąć naprawdę swobodnym, własnym rytmem. Choć mnóstwo w niej dźwięków i wydarzeń, cały flow nie traci na lekkości, w czym zasługa nad wyraz subtelnego drummera. Po 22 minucie pianista zaczyna brnąć w abstrakcje, a Carter sięga po tenor i proponuje kolejne rozwiązanie. Powraca posmak lightowego Testu. Kwartet wchodzi w fazę zabaw w podgrupach. Najpierw saksofon z fortepianem, potem krótkie solo samego Cartera, które przekształca się w duet saksofonów. Sam miód tej improwizacji zaczyna się w momencie powrotu perkusisty, który zaczyna budować drobny (a jakże!) szkielet finałowej już narracji. Pianista znów preparuje, dęciaki gadają bez ustanku (aż słychać … trzeci saksofon przez moment!). Ostatnie przebiegi, to już odważny skok w ogień free jazzu, kind of a Test memorial! Mimo tryskających emocji wciąż możemy liczyć na perełki z pudła rezonansowego fortepianu. Jeszcze tylko kilka kroków – trochę repetycji z klawisza, dęte podśpiewywanie – i muzycy docierają do kresu tej wyśmienitej podróży. Brawo!

 


Roji  Oni (self-released, LP 2020)

Jörg A. Schneider (perkusja) i Gonçalo Almeida (gitara basowa, loops i elektronika) grając w duecie czasami czynią to pod własnymi nazwiskami, innym razem jako Roji. Definitywnie w tej konfiguracji personalnej lubią hałas, rockowy zgiełk i rozimprowizowane emocje. Do zabawy na ogół dopraszają gości. Na drugą płytę Roji zaproszeni zostali: Riccardo Marogna (klarnet basowy, saksofon tenorowy i elektronika) oraz Giovanni di Domenico (fortepian, keyboard i elektronika) - każdy z nich do dwóch utworów. Niemiecko-portugalska maszyna dźwiękowa proponuje nam łącznie siedem epizodów, które trwają niemal pełne trzy kwadranse.

Żarty się kończą! Ostry riff basu, masywne uderzenie w rozbudowany zestaw drummerski, okrzyk dętej zwierzyny i ruszamy w gęsty, rockowy flow, budowany z precyzją, domieszką psychodelii i póki co, nie forsujący tempa. Klarnet basowy tańczy w magmie sekcji, która płynie wzmocniona power-ambientową poświatą. Wszystko na dużym pogłosie, mocno kwasowe. W drugiej części składu tria dopełnia instrument klawiszowy. Dzięki tej asyście stalowej sekcji zdają się rosnąć skrzydła. Strumień basu zlewa się z dużo lżejszą narracją pianisty, full drumming wypełnia pozostałości wolnej przestrzeni. Płynna lawa, w pół kroku do ściany dźwięku. Trzeci epizod, miniaturka w duecie – dub noise? harsh post-rock? speed metal? black electronics? W kolejnej części grzmią same pioruny – tenor, który wznosi okrzyki i sekcja, która łamie kark opornego samym spojrzeniem. Wszystkie dźwięki leją się w jeden strumień psycho-noise! Pandemic thriller!

W epizodzie piątym powrót do duetu, chwila meta relaksu – ambient gitary basowej, który zwiastuje nadejście nowej porcji bolesnego hałasu. Drummer tylko czeka na sygnał, by two man orchestra mogła wyruszyć na łowy. Afrykańska polifonia na sterydach i bas, który buduje kilka pasm masowego rażenia. Ten ostatni pętli się, a wokół niego rośnie elektronika, która potrafi równie skutecznie zaatakować dobrym hałasem. Za szóstą część także odpowiada tylko dwóch artystów – płynna, elektroakustyczna lawa. Bas zdaje się mieć tysiące twarzy, perkusja tylko jedną, ale zabójczą. Dub noise! Czyżby smyczek podłączony pod trafostację wysokiej mocy? Flow, który już dawna przekroczył ścianę dźwięku zdaje się pęcznieć kolejnymi elementami, które giną w power-psychodelicznej poświacie. Magia Chaosu, nie pierwszy dziś raz! Na finał tego horroru powraca klawiszowiec! Bas rwie struny hc-punkowymi przełomami, piano w mackach distortion rzęzi jak zepsuta maszyna szlifierska, a oba instrumenty brzmią niczym ekstremalnie sfuzzowana black-metalowa gitara. Circle massive drumming dopełnia dzieła zniszczenia. Na tym tle kilka smagnięć pędzlem nieco bardziej delikatnych klawiszy, to dysonans godny największych mistrzów. No, i ta cisza po wybrzmieniu, gęsta jak krakowski smog.

 


Lotto  Hours After (Endless Happiness, CD/LP 2020)

Lotto na swej nowej płycie, to Mike Majkowski (bas), Paweł Szpura (perkusja) i Łukasz Rychlicki (gitara elektryczna) oraz cała masa tajemniczych urządzeń (lista do wiadomości wydawcy), które sprawiają, iż dźwięk typowego instrumentu akustycznego lub elektrycznego brzmi, jakby przybył do nas z samego piekła. Nagranie z Warszawy (chyba ubiegłoroczne), być może zrealizowane po godzinach, składa się z czterech niezwykle efektownych, post-rockowych scenariuszy. Całość trwa mniej więcej 35 minut.

W strukturze post-rockowej repetycji muzycy budują coś na kształt metafizycznej ballady. Równy, krautrockowy rytm, a w tle intrygująca, gitarowa mgławica, która zdaje się z czymś rezonować. Z czasem na pierwszy plan wychodzi właśnie gitara – mantra, która snuje się pod podłodze, jak leniwy wąż, który może jednak w każdej chwili kąsać. Niepokojące tło odradza się jak hydra, a całość pachnie dobrym, starym The Swans, z czasów, gdy jeszcze nikt nie wiedział do końca, co to rzetelny noise-rock. Druga opowieść burzy nieco ład narracyjny pieśni otwarcia. Jazgot gitarowych przetworników, drumming umoczony w syntetycznej poświacie i bas, który prycha i rzęzi niebywale urokliwie. Post-industrialna zabawa u progu czerstwego hałasu. Wykoślawiona, bystra motoryka, swoisty tygiel harshowych fonii i … skromna, brudna melodia, która snuje się pod palcami jednego z muzyków. Nagły finał osiągnięty metodą plugg-out.

Dubowy drumming na wejściu w część trzecią, to dobry pomysł! A bas, który brzmi, niczym na poły taneczne electro - być może jeszcze lepszy! Gitara też płynie z dużą przestrzenią, a wokół niej buduje się elektroniczny ambient, który zaczyna śpiewać. Opowieść pęcznieje, a drobiny hałasu zdają się nadciągać z każdej strony. Swoje dokłada pasmo syntezatorowego brzmienia, ale rytm rządzi tu bez względu na okoliczności. Czwarta historia, to jakby powrót do balladowego tempa ekspozycji. Dużo powietrza, pozorny spokój i tajemniczy, niepokojący background. Dubowe echo perkusji, która w tej części wykazuje aspiracje przywódcze. Gitara, dla niepoznaki, rozpływa się sama w sobie. Znów plama syntetyki (w formie drona), która sieje dramaturgiczny ferment. Po czasie brzmi, jak organy Hammonda.

 


Nina de Heney & Sławek Janicki  Bass To Bass (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD 2020)

Definitywnie zasłużyliśmy na garść swobodnej improwizacji na instrumenty w pełni akustyczne! Dwa kontrabasy? Why not! Nina de Heney i Sławek Janicki spotkali się niemal dokładnie roku temu, w Bydgoszczy, w Klubie Mózg. Na płytę Bass To Bass trafiły dwie improwizacje, jedna długa, druga krótka – łącznie 34 minuty z sekundami.

Początek nagrania z oklaskami (choć nie wiemy, czy na prawach otwartego koncertu) zastaje muzyków ze smyczkami na gryfach ich kontrabasów. Grzmią na siebie, pomrukują, szukają brudnego baroku, czyniąc prawdziwie niedźwiedzie zaloty miłosne. Drżą, dygoczą, jakby delikatnie skrępowani masą swoich instrumentów. Albo jadą do góry, albo ślizgają się w dół, a tempo narracji rodzi im się pod palcami. Tuż po wejściu w stan pierwszego galopu, dystyngowanie zwalniają, po czym sięgają po pierwsze preparacje (lewa flanka) i akcenty percussion (prawa flanka). Po niedługiej chwili dynamika jest im dana na powrót. Tuż przed upływem 11 minuty tempo ich post-barokowej przebieżki zdaje się być nad wyraz imponujące. Po kolejnych kilku pętlach wkraczają w fazę szurania i akustycznego skwierczenia, dobrze się przy tym imitując. Gdy znów smyki idą w tango, nastrój robi się prawdziwie łobuzerski, a błoto emocji spływa z gryfów niezwykle efektownie. Po 19 minucie artyści szukają już zdecydowanie ciszy i post-akustycznego ambientu. Garść preparacji, garść uderzeń po strunach. Ostatnia prosta tego seta kreowana jest przez delikatny rytm, jaki podaje prawy kontrabas. Udane slow motion z nerwem i intrygą.

Drugi, krótki set (a może dłuższe encore), to zabawa w arco i pizzicato. Spokój, dystans, odpowiedzialność za dźwięk. Pomysły rodzą się jednak jeden po drugim, dzięki czemu doświadczamy całej masy naprawdę uroczych zdarzeń fonicznych. Kontrabasy zawodzą, repetują, skrzeczą i plumkają – whatever you want! Po wybiciu 4 minuty czas na intensywne, gęste, jakże suche w brzmieniu szorowanie strun, aż do poziomu acoustic noise. Wreszcie faza schodzenia w dół, szukania dna narracji i ciszy, jak nastąpi po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Brawo!

 


Gelber Flieder  Ölbaumgewächse (Creative Sources, CD 2020)

Rozbudowany wątek iberyjski rozpoczynamy w … Paryżu (La Petite Maison, grudzień 2016r.). Na scenie trio o nazwie własnej Gelber Flieder w składzie: João Camões (altówka), Luise Volkmann (saksofon) i pełniący tu zapewne rolę gospodarza - Yves Arques (obiekty i elektronika). Swobodna improwizacja w jednym traku – niepełne 31 minut.

Koncert rozpoczyna się … niemiecką kołysanką o krokodylach! Chór cierpliwych rodziców śpiewa, a w tle zaczyna rodzić się błyskotliwa improwizacja. Coś bystrze rezonuje, szeleści, skwierczy na gryfie altówki, z tuby saksofonu płyną preparacje, półdrony i głębokie oddechy, wreszcie definitywnie kompatybilna elektronika oplata niezidentyfikowane obiekty latające i brzęczące płaszczem inspiracji. Clever chamber in the crazy world of post-music! Każdy z artystów od początku dorzuca do strumienia dźwiękowego same atrakcje – śpiewające zgrzyty altówki, saksofon, który potrafi brzmieć niczym preparowana trąbka, obiekty, która drżą subtelnością złocistych perkusjonalii. Kolektywna, soczysta, gęsta, ale i po części ulotna narracja.

W tym dość krótkim secie muzycy mają dla nas sporo niespodzianek i zwrotów dramaturgicznych. Co rusz coś ciekawego - nowe brzmienia, czy tajemnicze dźwięki, prawdziwy kalejdoskop wyłącznie pozytywnych zaskoczeń. Już w 10 minucie proponują zwinne duo, stworzone z samych akustycznych fonii, pod które podłącza się oniryczna elektronika, frazująca niczym zatopiony gamelan. W okolicach 17 minuty nieustannie intrygująca praca obiektów przypomina ugniatanie werbla, a zaraz potem polerowanie powierzchni płaskich. Po 22 minucie koncertowa marszruta pnie się na emocjonalny szczyt – altówka tańczy jak opętana, saksofon wyje do księżyca, no i ponownie moc wspaniałości płynie ze strony nieoczywistej elektroniki i obiektów, które bez trudu są w stanie wejść w fazę wyłącznie akustyczną, a nawet dętą (zimny wicher wieje z każdej strony!). W 26 minucie ów tajemniczy wicher zostaje na moment sam. Słyszymy gwar ulicy, pomruki z klubu, a może to jedynie sample. Finałowa faza tego wyśmienitego, zbyt krótkiego koncertu – instrumenty śpiewają i gwiżdżą nieopodal ciszy, a wszystkie przedmioty zgromadzone na scenie zdają się budować strumień onirycznej post- elektroakustyki. Fake sounds gonią się po scenie, a potem gasną po mistrzowsku.

 


Altaba/ Valera/ Volt  Algo Quedó Dentro (Finis Africae, Kaseta 2020)

Lądujemy tym razem w Laisla Estudio (pewnikiem Hiszpania) i spotykamy trójkę muzyków. Eduardo Altaba (kontrabas), Patxi Valera (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pablo Volt (trąbka) zapraszają nas na bystry, bezpretensjonalny i jakże miły w odbiorze spacer po bezdrożach open jazzu. Nagranie z koniec września ubiegłego roku składa się z dziesięciu utworów (zapewne predefiniowanych improwizacji) i trwa około 42 minuty.

Do zabawy zaprasza nas trąbka, która śpiewa hymn otwarcia. Sekcja rytmu od startu pracuje dynamicznie. Trio stawia na kolektywizm, choć kontrabas zdaje się tu być masą krytyczną. W ramach przeciwwagi druga część stawia na balladowy dryl i zwinną, lekką perkusję. Trzecia podnosi poprzeczkę oczekiwań i proponuje zaplanowane, ale dość swobodne call & responce! Garść preparacji blaszaka, błysk rezonujących talerzy, także smyczek i sekunda zabawy z ciszą. Kolejna parzysta opowieść na powrót zbliża nas do swingujących synkop i nie forsuje tempa. Precyzja godna cool-jazzowej ścieżki dźwiękowej do filmu noir. Piąta historia powraca do estetyki preparacji, pełna jest szumów, oddechów, mikro fraz dużej urody. Tu królem polowania wydaje się być nade wszystko trąbka.

Drugą część płyty (zapewne drugą stronę kasety) otwiera marszowa narracja z trąbką płynącą smutnym, iberyjskim zaśpiewem. Muzycy szybko przerzucają nas do kolejnej części, która proponuje dynamiczny open jazz, zdobiony doskonałą ekspozycją trąbki. Ósma partycja schodzi w dół i czeka na własny oddech – smyczek, podmuchy zimnego powietrza z samego dna blaszaka, perkusyjne, matowe świecidełka. Im dalej w las, tym lepiej na tej płycie! Ostatnia część nieparzysta powraca do zamaszystego pizzicato, które ciągnie trio post-jazzowymi smakołykami. Trąbka śpiewa tu z wyjątkowym smakiem. Wreszcie finał - piękna, stylowa rozbiegówka na dużym wydechu. Smyczek, post-barok, który szuka rockowych emocji i trąbka, która kwili półgębkiem same dobre nutki. Doprawdy urodziwych dźwięków tu nie brakuje.

 


Gonçalo Mortágua/ Guilherme Rodrigues/ Higino Andrade  As 3 Velhas (Creative Sources, CD 2020)

Czas na zapowiadany Berlin (StudioBoerne, sierpień 2019)! Gonçalo Mortágua (saksofon tenorowy), Guilherme Rodrigues (wiolonczela) oraz Higino Andrade (kontrabas) przygotowali dla nas czternaście opowieści (blisko 50 minut). Tym razem nasza muzyczna wycieczka koncentrować się będzie na wątkach kameralistycznych, choć jazzu, tudzież post-jazzu z pewnością w niej nie zabraknie.

Trzy Stare Kobiety zawierają w sobie dużo ciekawych, chwilami intrygujących pomysłów na improwizację. Część z nich muzycy dość szybko jednak porzucają, część z nich – zwłaszcza tych bardziej nastawionych na swobodną kameralistykę - zdają się niepotrzebnie wtłaczać w ramy open jazzowego frazowania. Wiele momentów bazuje tu na świetnie skomunikowanych akcjach obu instrumentów strunowych. Zarówno wiolonczelista, jak i kontrabasista zmieniają techniki gry, sieją ferment, znajdują nie jedną płaszczyznę porozumienia. Z kolei saksofonista zbyt kurczowo trzyma się jazzowych podpórek dramaturgicznych, nie jest skłonny wpadać w obszar bardziej swobodnej improwizacji. Nazwanie go hamulcowym byłoby oczywiście nadużyciem, stąd jedynie sugestia recenzenta, by w procesie improwizacji wykazywać się po prostu większą odwagą, a także chwilami bardziej skoncentrować się na słuchaniu tego, co mają do zaproponowania partnerzy.

Dość wszakże tych utyskiwań, skupmy się na najciekawszych fragmentach nagrania. Choćby trzecia opowieść, którą budują dwa strunowce, płynące dość wysoko zawieszonym, delikatnym pizzicato. Pierwszym, który sięga po smyczek jest kontrabasista, a całość narracji, wraz z rozśpiewanym saksofonem, bystrze się dynamizuje. Czwarta i piąta część bazuje na dobrych pytaniach i równie kąśliwych odpowiedziach. W części siódmej saksofon szuka dłuższych fraz i płynie tajemniczym strumieniem, a strunowce budują emocje na dychotomii arco-pizzicato. W ósmej smyczki szukają barokowych fraz, wyczulone na ciszę i echo, saksofon wchodzi dopiero na finał z niebanalnym komentarzem. Kilka niespodzianek czeka nas także w części jedenastej - dużo niepokoju, szumów z tuby, gwizdania, a nawet dźwięków wprost z gardła saksofonisty. No i sam finał płyty, który nie szczędzi nam preparowanych dźwięków, akcentów percussion i kolektywnego zaśpiewu wszystkich instrumentów.

 


New Hermitage  Unearth (self-released, CD 2020)

Wreszcie obiecana kameralistyka z Kanady. Nagranie studyjne z Halifax (data nieznana), a w nim kwartet w składzie: Andrew MacKelvie (saksofon altowy, tenorowy, klarnet basowy), India Gailey (wiolonczela), Ross Burns (gitara i efekty) oraz Ellen Gibling (harfa). Jedenaście utworów (wedle opisu - skomponowanych improwizacji) trwa 35 minut z sekundami.

Na początek wróćmy do określenia skomponowane improwizacje. Kanadyjski kwartet (to już ich piąta płyta) na swym nieziemskim nagraniu produkuje doprawdy całe mnóstwo pięknych, kameralnych dźwięków, czasami zmyślnie i efektownie preparowanych. Buduje narracje w skupieniu, nie goni za emocjami, stawia na precyzję i szuka dobrych interakcji. Niestety w wielu momentach nie powstaje z tego w pełni improwizowana narracja. To raczej próby wyjścia poza nawias tego, co wcześniej zostało zaplanowane, tudzież dramaturgicznie wykalkulowane. Pasaże dźwięków następują po sobie, ale często nie tworzą związków przyczynowo-skutkowych. Trzeba też dodać, iż kilka utworów na płycie, to ekspozycje solowe lub nagrania w podgrupach. Innymi słowy – more chamber, but not truly free.

Recenzentowi nie pozostaje zatem nic innego, jak wskazać te momenty nagrania, które wydają się realnie udane w kontekście procesu improwizacji. Trzecia część, to krótkie solo cello, które pięknie brudzi swoje brzmienie. W części czwartej podoba nam się praca klarnetu basowego, który po rozbudowanej introdukcji strunowej kreuje ciekawie brzmiące półdrony, bystrze skomentowane przez wiolonczelę i dubowe echo gitary. Utwór ósmy z kolei zaczyna się gitarowymi plamami i delikatnym pomrukiem ze strun cello i harfy, potem zaś układa się w zmysłowy post-barok. Również dziewiąta część bazuje na dźwiękach gitarowych, a raczej poświacie, jaką tworzą przetworniki tejże gitary. Pre-ambientowy mrok amplifikatora i intrygujący smak tajemnicy. Dobrze skonstruowana jest także część jedenasta - bazuje na mikro dźwiękach wszystkich instrumentów, które tworzą niebanalny slow motion game.

 



niedziela, 23 lutego 2020

Let's start the New Thing! Rusza wiosenna edycja Spontaneous Live Series – Live In Dragon 2020!


Cykl koncertów muzyki improwizowanej „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, rozpoczyna swoją edycję wiosenną roku 2020.

Nate Wooley, Satoko Fujii, Sainhko Namtchylak, Ken Vandermark, Albert Cirera, Kaja Draksler, Kazuhisa Uchihashi, Kjetil Møster, czy kanadyjska orkiestra improwizująca Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, to tylko niektórzy spośród tych, którzy począwszy od najbliższego czwartku, a skończywszy na drugim wtorku czerwca, zawitają do Poznania, by zaprezentować w Klubie Dragon swoją mniej lub bardziej swobodnie improwizowaną muzykę. Oczywiście nie zabraknie także akcentów freejazzowych, a nawet post-rockowej psychodelii.




Grupę znakomitych gości zagranicznych uzupełni silny zaciąg polskich muzyków improwizujących – Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Wojtek Kurek, Witold Oleszak, Szymon Pimpon Gąsiorek, czy Sławek Janicki.

To właśnie ostatni z nich, bydgoski kontrabasista, zainauguruje cykl wiosenny, wspólnym występem z legendarną wokalistką współczesnej awangardy, pochodzącą z Tuwy, Sainkho Namtchylak. Ich występ poprzedzą dwa sety solowe w wykonaniu Mateusza Rosińskiego aka WD 30 oraz Wojtka Kurka. Pierwszy improwizował będzie prawie wyłącznie przy wykorzystaniu instrumentarium elektronicznego, drugi nie będzie od niego stronił, ale przede wszystkim wykorzystywał będzie swoje podstawowe narzędzie pracy, czyli perkusję. Pierwszy koncert „Spontaneous Live Series” odbędzie się we czwartek 27 lutego. Do Dragona zapraszamy od godziny 19.00.

Poniżej pełny program wiosennej edycji cyklu koncertowego:

27.02 Sainhko Namtchylak & Sławek Janicki/ Wojtek Kurek/ Mateusz Rosiński WD 30
(free improv voice & double bass/ drums with electronics/ impro electronics)

15.03 Henrik Olsson & Ola Rubin
(free improv guitar & trombone)

28.03 SzaZa  Kazu (Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Kazuhisa Uchihashi)
(clarnets, violin, guitar, all with electronics)

10.04 Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)
(free jazz with trumpet, sax, guitar/bass, drums)

17.04 Møster!/ Albert Cirera/ Witold Oleszak
(abstract improvised post-rock/ free improv sax solo and with piano)

21.05 Le GGRiL - Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée
(improvised orchestra)

24.05 KAZE (Christian Pruvost, Natsuki Tamura, Peter Orins, Satoko Fujii)
(post-jazz with two trumpets, drums & piano)

09.06 Czajka & Puchacz (Kaja Draksler & Szymon Pimpon Gąsiorek)
(impro piano & drums)



środa, 8 stycznia 2020

Rdza! Favorite Duets! Mózg Injectors! Muzyka Z Mózgu - Reinkarnacja!


Płyta formacji Arhythmic Brain From The Begining To The End, która ukazała się ponad 16 lat temu, jako numer 7 katalogu Muzyka Z Mózgu, zgodnie ze swoim tytułem zakończyła żywot serii wydawniczej, dokumentującej szaloną muzykę, jaka od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego stulecia powstawa ła w Bydgoszczy, w Klubie Mózg.

Wspomniany w tytule płyty koniec nie okazał się jednak wieczny! Trybuna Muzyki Spontanicznej z radością donosi, iż nieoczekiwany ciąg dalszy właśnie nastąpił! Minionej jesieni ukazały się bowiem trzy płyty Muzyki Z Mózgu pod numerami katalogowymi 8, 9 i 10! Radość nasza jest przeto ogromna, stymulowana dodatkowo jakością muzyki tam zawartej. Z ogromną przyjemnościową zaglądamy do środka każdej z nich.

Zaczniemy od 12-osobowej orkiestry, potem pochylimy się nad siedmioma skromnymi duetami persony z pewnością niezwykle ważnej dla historii opisywanego dziś zjawiska, a na koniec zagościmy na płycie sekstetu złożonego z lokalsów i pewnego zacnego gościa ze Zjednoczonego Królestwa. Dodajmy już teraz, że wszystkie płyty dostępne są na nośnikach CD (trzecia z nich również jako LP), a także w plikach – całość na stosownej stronie bandcampa, której adres znajdziecie na końcu tejże epistoły.




Rdza Yass Improvisation

Nagranie powstałe w nocy z 25 na 26 czerwca 2019 roku w sali koncertowej im. Romana Sucheckiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Orkiestra zwie się Rdza, a w jej składzie odnajdujemy następujące imiona i nazwiska: Antonina Nowacka - głos, Mamadou Ba alias GÓO - głos, Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, Ray Dickaty – saksofon sopranowy, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, Maksymilian Gwinciński – flet, dyrygentura, Jakub Królikowski - fortepian, Jarosław Majewski – kontrabas, leader, Sławek Janicki - kontrabas, Dominik Mokrzewski – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jacek Buhl - perkusja, instrumenty perkusyjne. Godzinny występ orkiestry składa się z siedmiu części opatrzonych tytułami. Dodajmy, iż wszystkie kompozycje są dziełem uczestniczących w nagraniach muzyków.

Głosy obojga płci, masywny blok pięciu instrumentów dętych, piano i podwójna sekcja rytmiczna – siła rażenia mazowiecko-kujawskiej efemerydy musi być przeogromna, niezależnie od poziomu rdzy na poszczególnych jej elementach składowych. Spektakl zaczyna damskie … jodłowanie po japońsku. Półtorej minuty wstępu, który stawia nas na nogi i w tym stanie pozostawia do ostatniego dźwięku. Masywna orkiestra wchodzi do gry całym arsenałem środków głosowych i instrumentalnych. Krzyki, rwanie strun kontrabasów i ezoteryczne bębnienie. Piękna, jazgotliwa rozgrzewka przed improwizacyjną bitwą. Imponujący, intensywny, intrygujący balans muzycznym ciałem. Nadęte tempo, bystre skoki w bok klarnetu i saksofonów, free jazz godny swych wielkich korzeni (Roots!). Początek trzeciej opowieści tli się na gryfach kontrabasów. Moc perkusjonalnych błyskotek, dęte zaloty z nagrzewających się tub, pomruk męskiego głosu. Hippisowskie rozchełstanie w oczekiwaniu na rajskie gody! Swobodna improwizacja, która szuka inspiracji poza masywem Uralskim, z europejskiej perspektywy patrząc, uroczo narasta, przypomina wielobarwny kalejdoskop, który płonie od spoglądania w kierunku słońca. Czwarta historia powraca do tempa z tej drugiej – masywny drum’n’bass z pianem w tle. Podwójna moc, która nie bierze jeńców. Dęciaki komentują unisono, jakby miały przed sobą instrukcje graficzne. Po paru chwilach fire music skrzy się na całej scenie, choć saksofony mają jeszcze chłodne lonty. W tym tyglu nieoczywistości świetną ekspozycję serwuje saksofon altowy, tuż po nim fortepian. Bystry galop zostaje zwinnie wyhamowany ptasim śpiewem i burczeniem kontrabasów.

Piąta opowieść – głosy śpiewają, drży klarnet basowy i saksofony uczepione jego stóp. Struny i talerze rozmyślają w skupieniu, mężczyzna mantruje, kobieta kwili jak sroczka. Basy przesuwają po podłodze masy ciężkiego powietrza. Heavy chamber as well! Garść perełek z klawiatury fortepianu ogłasza ciszę przed burzą. Tytułowe Yass Improvisation zabiera nas bowiem w ponad dwudziestominutową podróż po szerokiej dolinie open … jazzu. Basy i perkusje stawiają dynamiczny, masywny flow i będą w nim trwać przez cały czas ekspozycji. Rockowa dynamika i jazzowe improwizacje – najpierw sopran, potem klarnet basowy, fortepian, alt, flet, tenor, kontrabasy i perkusje. Każdy ma tu swoje parę sekund, które w pełni wykorzystuje. W ramach interludiów dęciaki grają komentarz, który brzmi jak zapis kompozycji na pięciolinii. Przewrotnie utwór, który ma improwizację w tytule jawi się, jako ten najsilniej … skomponowany, czy zaaranżowany. Siódma historia, krótkie zwieńczenie spektaklu, który wart jest niejednokrotnego powtórzenia. Preparacje kontrabasu, pomruki klarnetu basowego, od ciszy po nieco głośniejsze inkrustacje. Saksofony prychają, basy drżą, smyki jęczą w oczekiwaniu na odpust zupełny. Opowieść narasta i gaśnie w tempie marsza pogrzebowego. W roli niosącego flagę pokoju, klarnet basowy.




Favorite Duets 

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla Muzyki Z Mózgu artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule Favorite Duets, prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-19 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei, będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonalii. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu (nie bez udziału smyczka) i ekspresyjnych perkusjonalii. Drugi duet z gitarą elektryczną – od startu smyczek, który kaleczy struny i post-elektroniczny pomruk gitary, która szuka sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza we frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. Ostatnie, śpiewne dźwięki odnajdują na gryfach swoich instrumentów. Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann! Ma w usta saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak … tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter! Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać – bystrze tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym. Na finał – żeby nie było! - obaj muzycy pięknie wpadają w rozedrgany emocjonalnie galop. Brawo!

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Japończyk po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki Muzyki Z Mózgu, Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca, świetnie skonstruowany dramaturgicznie, zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.




Mózg Injectors Feat. Fred Frith  Sylvan Trail

Koncert zatytułowany Sylvan Trial miał miejsce w klubie Mózg, w czerwcu 2018 roku. Formacja, która na jego potrzeby nazwała się Mózg Injectors (Artur Maćkowiak – gitara, Łukasz Jędrzejczak – elektronika i głos, Sławek Janicki – kontrabas, Mikołaj Zieliński – gitara basowa oraz Qba Janicki - perkusja, instrumenty perkusyjne) spotyka na scenie wybitnego gitarzystę brytyjskiego, dla wielu legendę rockowej improwizacji, Freda Fritha. Muzyka jest nieprzerwanym, blisko 50-minutowym ciągiem dźwięków.

Szmer oczekiwania, pojedyncze dźwięki wyrwane z kontekstu i czasu, innymi słowy - rozgrzewka małej filharmonii, w oczekiwaniu na spóźnionych widzów. Małe plamy z basu i gitary, szelest perkusjonalii, pre-elektroniczne brzęczenie na kablach. Narracja sekstetu systematycznie narasta i łyka wszystkie napotykane dźwięki – gitary, posadowione na przeciwległych flankach, mantrycznie repetują, dzwonki i misy dźwięcznie tańczą na werblu. Małe preparacje, masywne basy i delikatna elektronika. Improwizowany, post-rockowy tygiel nabiera mocy i niezbędnej elektryczności scenicznej. Żwawa, bystra opowieść, pulsująca rytmem, iskrząca się drobinkami psychodelii, z gitarami w roli głównych wichrzycieli. Duża swoboda, moc kreatywnego pomyślunku, demokracja ludowa ze wskazaniem na lewą gitarą, którą niechybnie dzierży w dłoniach nasz gość specjalny.

W 13 minucie krok gitar w wielobarwny ambient wyznacza nowy wymiar spektaklu. Kilka minut zdaje się wystarczać, by ansambl ponownie zebrał się do drogi ku wysokiej górze. Frith zagłębia się w gęstej strukturze ambientu, zaś reszta załogi rozbłyska urodą kreatywnego szaleństwa, tworząc obszerny strumień dźwięków, pełnych emocji i swobody improwizacji. Perkusjonalny kolektywizm, separatywne gitary i bystre preparacje ostro zakończonym smyczkiem - od hałasu do ciszy, od skupienia do rozwichrzenia. Po 30 minucie narracja wydaje się być nad wyraz stabilna. Gitara Fritha bystrze repetuje, sekcja rytmu i życia grzmi i dudni, a perkusjonalne preparacje, smyczek na gryfie kontrabasu i druga gitara szukająca psychodelii, dopełniają obrazu narracji, która upływa w artystycznym umiarkowaniu. Śmiało można ogłosić stan mrocznego spowolnienia, które być może trwa o kilka minut za długo. Szczęśliwie, w połowie 43 minuty, aktywizujący się drumming, czerstwy ambient prawej gitary i basowe pląsy przenoszą flow opowieści w bardziej dynamiczne stadium. Spirala emocji zostaje nakręcona – psycho dynamic dance till the end! Obie gitary dają do wiwatu, sekcja kręci tłusty groove, głos ludzki wyje z zadowolenia. Improwizacja gaśnie przed upływem 50 minuty, głównie na barkach rozpływających się gitar.


Wspomniany na wstępie adres, niezbędny dla odsłuchu i zakupów.

niedziela, 13 maja 2018

The Luis Vicente' Residency in Poland! Impresje obrazkowe i wywiad!


Rezydencja portugalskiego trębacza Luisa Vicente w Polsce za nami! Pięć dni, cztery miasta -  Bydgoszcz, Poznań, Łódź i Warszawa!

W trakcie całej trasy 9 muzyków zagrało 15 imponujących setów muzyki niezwykle swobodnie improwizowanej. Każdego dnia w nieco innych zestawieniach personalnych.

Wraz z Luisem Vicente (trąbka), grali Seppe Gebruers i Witold Oleszak na fortepianach, Michał Dymny i Paweł Doskocz na gitarach elektrycznych, Sławek Janicki na kontrabasie, Paweł Sokołowski na saksofonach oraz Vasco Trilla i Onno Govaert na perkusjach.

Wszystkie koncerty dwudniowego Spontaneous Music Festival 2018 - Live in Dragon w Poznaniu, który stanowił najważniejszy element składowy trasy koncertowej, zostały zarejestrowane i być może zostaną kiedyś wydane.

Poniżej ulubione zdjęcia redakcji z tej niezwykłej trasy. Podziękowania za zdjęcia dla Maksa, Konrada i dwóch Krzysztofów!











Więcej zdjęć odnajdziecie na najpopularniejszym portalu społecznościowym świata, na profilu Trybuny Muzyki Spontanicznej. Na profilu zaś osobistym Pana Redaktora, także werbalne impresje z każdego dnia.


****


Poniższy wywiad z Luisem Vicente przeprowadzony został przeze mnie dla portalu jazzarium.pl i tamże opublikowany w przededniu trasy koncertowej.


Luis Vicente – Słuchanie i skupienie, wywiad po polsku


Już za kilka dni, dokładnie 5 maja, rozpoczyna się "Rezydencja Luisa Vicente w Polsce". To szczególnego rodzaju objazdowy festiwal muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej (szczegółowe informacje były już publikowane na tych łamach).

Pięć dni, cztery miasta, dziewięciu muzyków z kraju i zagranicy, a w roli wiodącej portugalski trębacz. W trakcie trasy światową premierę będzie miała płyta "Live at Ljubljana", którą Vicente nagrał wspólnie z belgijskim pianistą Seppe Gebruersem i holenderskim perkusistą Onno Govaertem. Wydawcą płyty jest seria wydawnicza Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej.

Nim udamy się na koncerty, nim posłuchamy nowej płyty, proponujemy wywiad z muzykiem, przeprowadzony specjalnie na okoliczność wyżej wymienionych wydarzeń.


Za kilka dni ukaże się płyta nowego trio z Twoim udziałem, nakładem polskiego wydawnictwa. Między innymi z tej okazji wybierasz się do Polski na kilka koncertów. Jest zatem wiele powodów byśmy dziś porozmawiali na łamach polskiego portalu. Zacznijmy może od płyty i partnerów, z jakimi ją nagrałeś. Przybliż ich proszę, także pomysł na improwizujące trio właśnie w takim składzie personalnym i instrumentalnym, a także opowiedz o samym nagraniu, które miało miejsce w okolicznościach koncertowych.

Uważam tę grupę za bardzo wyjątkową, gdyż gram w niej inaczej niż czynię to we wszystkich pozostałych sytuacjach. Tu wszystko jest niespodzianką, nigdy nie wiemy, w którą stronę pójdzie muzyka, od jazzu do współczesności, od muzyki abstrakcyjnej do eksperymentalnego minimalizmu.

Seppe i Onno to fantastyczni, młodzi zawodnicy, ale są też dojrzali i utalentowani, to przykład muzyków, z którymi najbardziej kocham grać.  Pracujemy razem przez już trzy lata i jest to bardzo interesujące od samego początku.

Gramy bez basu, gdyż nie czujemy, żeby muzyka tego potrzebowała, brzmi dobrze bez niego i postanowiliśmy przy tym pozostać, mimo, iż zastanawialiśmy na początku, czy powinniśmy z niego skorzystać.

Album „Live at Ljubljana” nagrany został rok temu podczas festiwalu Sound Disobedience i to pełny koncert, zaprezentowany na płycie dokładnie tak, jak był przez nas grany.


Pomówmy o trasie koncertowej. Jej idea zasadza się na prezentacji dwóch nieco odmiennych składów trzyosobowych z Twoim udziałem. Pierwszym jest trio, o którym przed momentem wspominaliśmy. Drugi, to skład z Michałem Dymnym na gitarze i Vasco Trillą na perkusji. Niemal każdego dnia będziesz grał po dwa koncerty.  To spore wyzwanie dla trębacza? Czego spodziewasz się po tej trasie?

Jestem bardzo podekscytowany tą trasą. Przede wszystkim, będę po raz pierwszy w Polsce, w kraju, który naprawdę mnie interesuje. Słyszałem tak wiele opowieści o pięknie tutejszych miast, o kulturze, ludziach i oczywiście muzycznej scenie.

Wspaniale będzie móc zaprezentować nasz debiutancki album, pokazać naszą muzykę nowej publiczności, to także bardzo dobra okoliczność dla trio, aby zagrać na Festiwalu w Dragonie i wszystkich pozostałych miejscach, w kilku miastach.

Grać dwa różne składy na jednym koncercie, to coś, co nie zdarza się za każdym razem. To bardzo motywujące, że oprócz naszego trio, będą także inne grupy, rodzaj „randki niespodzianki”, gdy kompletnie nie wiesz, co się wydarzy. Czy muzyka będzie dobra, czy nie, coś za działa, coś nie zadziała, nigdy nie wiemy, cóż interesującego może się wydarzyć, gdy spotyka się muzyka po raz pierwszy, a dodatkowo dzieje się to na scenie. Uwielbiam taką sytuację, która możliwa jest tylko w muzyce improwizowanej.

Tak, granie dwóch koncertów tej samej nocy będzie zdecydowanie wyzwaniem, musisz znaleźć równowagę pomiędzy stroną emocjonalną i fizyczną (wytrzymałość!), a jednocześnie zachować interesujące brzmienie. Jestem bardzo podekscytowany i zmotywowany, liczę dni, jakie pozostały do tego wydarzenia.

Zatrzymajmy się na chwilę nad samym procesem improwizacji. Przed chwilą powiedziałeś, że świetnie czujesz się w zupełnie nowych, otwartych sytuacjach scenicznych. Co twoim zdaniem jest najważniejsze w procesie improwizacji? Czy ważniejsza jest własna kreatywność, czy może to, z kim w danym momencie z spotykasz się na scenie i jak wiele może on ci dać w tej sytuacji?

Powiedziałbym, że słuchanie i koncentracja to najważniejsza część procesu, bardziej istotna niż podział na muzykę improwizowaną lub skomponowaną. Kiedy wchodzisz w konwersację z kimś, kogo słuchasz, gdy odpowiadasz zgodnie z tym, co mówi ten drugi, pojawiają się tematy do dyskusji. Jeśli nie reagujesz, to wszystko traci sens, marnujesz swój czas i robisz "puste" przebiegi, nic interesującego się nie dzieje. Prowadzisz monolog, to samo dzieje się w muzyce, jak i w innych sztukach twórczych.

Kreatywność jest oczywiście ważna, jeśli jej nie masz, to jesteś skończony, nie będziesz brzmiał interesująco, a granie lub słuchanie Ciebie będzie nudne. To największe wyzwanie, brzmieć interesująco, świeżo za każdym razem, gdy grasz na swoim instrumencie. A czasami nie jest łatwo "odbudować" siebie i czerpać inspirację. Bywają sytuacje, w których nie możesz się określić ani kontrolować, afektujesz się, pozostajesz pod wpływem wszystkiego, co Cię otacza, w dobry lub zły sposób, to wszystko ujawnia się za każdym razem, kiedy grasz.

Musisz pozostawać w stanie równowagi, ciało i umysł muszą stale współpracować ze sobą, a potem po prostu jesteś z ludźmi, z którymi lubisz grać, otwierasz uszy i pozwalasz, aby wszystko działo się i płynęło naturalnie, tak jak być powinno.


Mam wrażenie, iż jednym z muzyków, z którym najlepiej rozumiesz się w muzyce kreatywnej jest doskonały gitarzysta Marcelo Dos Reis. Nagraliście całe mnóstwo wspaniałej muzyki. Znam Was obu osobiście, zauważyłem, że przede wszystkim darzycie się niebywałym szacunkiem i doceniacie się wzajemnie. Opowiedz o tej przyjaźni.

Powiedziałbym, że nie ma muzyka, z którym bardziej lubię grać niż z innymi, którego uważałbym za swojego ulubionego muzyka. Lubię i podziwiam muzyków, z którymi gram, wszyscy oni mają cechy, które czynią ich wyjątkowymi. Od dawna gram tylko z muzykami, których lubię. Nie widzę siebie dzielącego się moimi wartościami z kimś, kogo nie lubię, lub po prostu nie doceniam jego gry. Lubię uczyć się od ludzi, którzy są lepsi ode mnie. Lubię dawać i otrzymywać, jak ktoś już powiedział: "dzielenie się jest wyrazem troski ...". Lubię dzielić się dobrymi rzeczami w życiu, kochać dobrych i prostych ludzi, po prostu nie mogę znieść pozerów lub ludzi, którzy z jakiegoś powodu lubią, czy wręcz potrzebują okazywać, że są zbyt ważni lub lepsi, kiedy znajdują się obok ciebie.

Marcelo jest interesującym i kreatywnym muzykiem, jednym z kilku (niewielu) gitarzystów, z którymi uwielbiam pracować, jest także dobrym przyjacielem. Robi świetną robotę jako muzyk, a także jako właściciel wytwórni „Cipsela”. Współpracujemy prawie od 10 lat.


Mark Corroto z All About Jazz pisze w liner notes do płyty "Live at Ljubljana", że słyszy w Twojej grze mnóstwo wpływów, nawet samego Louisa Armstronga. Opowiedz proszę o swoich inspiracjach do grania muzyki jazzowej i improwizowanej. Kto i co ukształtowało Cię jako muzyka?

Mamy tu wszystkich trębaczy: Milesa, Dona Cherry'a i Bookera Little'a, Kenny'ego Wheelera, Freddiego Hubbarda, Kenny'ego Dorhama i Mongezi Feza. Wszyscy oni wywarli na mnie duży wpływ. Jeśli chodzi o inne instrumenty, to uwielbiam pośród wielu innych także muzykę Johna Coltrane'a, Ornette Colemana, Erica Dolphy'ego i Evana Parkera. Zawsze byłem i nadal jestem zainteresowany słuchaniem i graniem różnych rodzajów muzyki, od elektroniki po noise, od world music po muzykę klasyczną, a także rock.

Powiedziałbym, że są to oczywiste i oczekiwane wpływy, jeśli chodzi o muzyka, ale są także inne rzeczy, które mnie inspirują, na przykład natura. Dorastałem na wsi i wybrzeżu, to dla mnie duża inspiracja, całe otoczenie wokół mnie, dźwięki ptaków, woda, zapachy, krajobrazy. Uwielbiam też ocean, surfuję i spędzam dużo czasu na plaży, tu naprawdę czuję się jak w domu. Życie we wspólnocie z naturą jest niewymowne...

Wszyscy byli mnie ważni dla mojej muzyki, wszyscy, którzy uczyli mnie lub grali ze mną, od początku do teraz.

Już niebawem w Polsce ukaże się Twoja kolejna płyta. Tym razem będzie to trio z saksofonistą Yedo Gibsonem i doskonale u nas znanym perkusistą Vasco Trillą. To w mojej ocenie zupełnie inna muzyka, niż ta, którą grywasz z Seppe i Onno. Proszę Cie o komentarz i wrażenia ze współpracy z tymi muzykami.

To trio to zupełnie inna muzyka. Eksperymentalna, abstrakcyjna, z użyciem wielu rozszerzonych technik artykulacji. Nigdy wcześniej nie nagrałem czegoś podobnego.

Ta grupa, to pomysł Yedo. Rozmawialiśmy o tym i postanowiliśmy pójść do studia, ale nie napisaliśmy nic, nie rozmawialiśmy o kompozycjach i pomysłach, poza określeniem brzmienia. Ten album skupia się wyłącznie na brzmieniu.

Yedo i Vasco to świetni muzycy, jedni z najlepszych improwizatorów, z jakimi kiedykolwiek grałem. A kiedy grasz z ludźmi takimi jak oni, łatwo jest dostać się w miejsce, w którym czujesz i słyszysz, że muzyka się dzieje, wszystko jest jasne, bez jakichkolwiek zahamowań. Ciekawi mnie, w jaki sposób ten album zostanie przyjęty przez miłośników tej muzyki.

Opowiedz o Lizbonie. O muzykach, o miejscach, w których można grać dobrą muzykę.  Czy muzyk improwizujący jest w stanie przeżyć w tym mieście? Moje pytanie jest oczywiście dość przewrotne. Wiem, że dużo koncertujesz i nagrywasz poza Portugalią.

Lizbona to piękne miejsce do życia, wiele się dzieje, mnóstwo koncertów każdego tygodnia, ale niestety jest tylko kilka miejsc, które mogą zaoferować przyzwoite warunki muzykom. Są nowe miejsca otwarte na free i muzykę awangardową, takie jak SMUP w Parede, czy Bar Irreal, jest też Hot Club, który od czasu do czasu akceptuje mniej "mainstreamową" muzykę.

Trudno jest żyć z tej muzyki, muzycy są zmuszeni do nauczania, dawania lekcji gry na instrumentach, by jakoś funkcjonować.

Opowiedz proszę o Twoich planach artystycznych na najbliższe miesiące. Jakich płyt z Twoim udziałem, poza tymi dwoma, które wydawane są w Polsce, możemy spodziewać się jeszcze w tym roku? Z kim i gdzie będziesz koncertował i rejestrował nagrania?

W tym miesiącu mam tour po Portugalii z In Layers *) i prawdopodobnie nagramy nasz drugi album. W czerwcu będę grał na festiwalu Blurred Edges w Hamburgu z grupą Echoes of Africa. Również Doek Festival w Amsterdamie z 5et, wspólnie z Johnem Dikemanem, Alexandrem Hawkinsem, Hugo Antunesem i Markiem Sandersem; Sierpień - Saalfelden z Chamber 4**). Jest jeszcze więcej propozycji, ale czekam na potwierdzenie.

Pojawi się album kwintetu, o którym wspomniałem wcześniej, debiutancki album grupy Frame Trio ***), mój solowy album, drugi album z kwintetem Zwerv ****), trzeci album Fail Better!. Myślę, że to wszystko.

Dziękuję Luis za wywiad i do zobaczenia w Polsce.



*) partnerują mu - Marcelo Dos Reis, Onno Govaert i Kristjan Martinsson
**) Marcelo Dos Reis, Theo Ceccaldi i Valentin Ceccaldi
***) Marcelo Dos Reis i Nils Vermeulen
****) George Hadow, Henk Zwerver, Raoul Van der Weide i Ziv Taubenfeld



****


Luis Vicente - Listening and focus, interview

Today, on May 5, the "Luis Vicente Residence in Poland" begins. This is a special kind of traveling festival of improvised music, organized by the Spontaneous Music Tribune (detailed information was already published on these pages).

Five days, four cities, nine musicians from Poland and abroad, and a leading Portuguese trumpet player. During the tour, there will be the world premiere of the album "Live at Ljubljana", which Vicente recorded together with the Belgian pianist Seppe Gebruers and Dutch drummer Onno Govaert. The publisher of the album is the publishing series Multikulti Project and Spontaneous Music Tribune.

Before we go to concerts, before we listen to a new album, we suggest an interview with a musician, carried out specifically for the aforementioned events.

In a few days a new trio with your participation will be released by the Polish label. Among other things, on this occasion you are going to Poland for several concerts. There are many reasons we talk today on the Polish portal. Let's start with the CD and partners  you recorded it with. Bring them closer, also an idea for an improvising trio in such a personal and instrumental composition, and  tell about the recording that took place in concert circumstances.

I consider this group a very special one, makes me play differently from all others. It's always surprising we never now which direction music will go, from jazz to contemporary, from abstract to experimental minimal.

Seppe and Onno are fantastic, young players but mature and talented, some of the musicians I love to play with the most. We've been working together for the last three years and it's been very interesting since the beginning.

We play without bass, but we don't feel like the music needs it, sounds good without and we decided to keep it like that. We even discussed at the beginning if we should add it.

The album Live at Ljubljana was recorded a year ago during the Sound Disobedience Festival and it's the full concert exactly as it was played.

Let's talk about the concert tour. The idea is based on the presentation of two slightly different three-person sets with your participation. The first is the trio that we mentioned a moment ago. The second one is the composition with Michał Dymny on the guitar and Vasco Trilla on the drums. You will play two concerts almost every day. Is it a big challenge for the trumpeter? What do you expect from this route?

I'm really excited about this tour. First of all it will be my first time in Poland, a country I'm really curious about. I heard so many stories about the beauty of the cities, the culture, the people and obviously the musical scene as well.

It will be great to have a chance to present our debut album and bring our music to a new audience, a very good opportunity for the trio to play during the Festival in Dragon and all these venues in several cities.

Playing two different groups combinations is something that doesn't happen every time. It's motivating that alongside  our trio the other group will be a blind date. That’s why we never know  if the music is good or not, sometimes it works sometimes not. And that's why it's so interesting when you meet the person the first time and it happens live on stage. I really love this opportunity that happens only in improvised music.

And yes, playing two concerts the same night will be definitely challenging, you have to find a balance between the emotional and the physical side (endurance!) and at the same time sound interesting. I'm motivated and really excited about this moment, counting the days.

Let's stop for a moment on the process of improvisation. You just said that you feel great in completely new, open stage situations. What do you think is more important in the process of improvisation? Is it personal creativity or who you meet on a stage at the moment and how much he can give you in this situation?

I would say listening and focus are the most important parts of the process  in playing improvised-like or composed music. When you're having a conversation with someone you are listening to and then you answer according to what the other is saying, there's an issue being discussed. If you don't pay attention then it makes no sense, you're just wasting your time and it is "empty" and not interesting. It becomes a monologue, the same happens in music and other creative arts.

Creativity is obviously important, if you don't have it then you're done, you won’t sound interesting and it will become boring to play or being listened. That's the biggest challenge – sound interesting, fresh everytime you play your instrument. And sometimes it's not easy to "renovate" yourself and get inspiration. There are certain things you can't determine or control, you're constantly being affected and influenced in a good or bad way by what surrounds you and all of that will come out everytime you're playing.

You have to be in balance, body and mind working consonantly together, then you just have to be with people you love to play with, open your ears and let things happen and flow naturally. That’s how it should be.

I have the impression that one of the musicians you understand with best in creative music is the excellent guitarist Marcelo Dos Reis. You've recorded a whole lot of great music. I know both of you personally, I noticed that first and foremost you have an incredible respect and you appreciate each other. Tell us about this friendship.

I would say I don't have a musician I like to play more or that I can consider him my favourite musician, I like and admire the musicians I use to play with, all of them have a characteristic that make them special. Since long ago I only play with musicians I like, I can not see myself sharing my values with someone I don't like or just don't appreciate his playing. I like to learn with people who is next to me and giving and receiving, like someone already said: "sharing is caring...". I like to share the good things in life, love good and simple people, just can't stand divas or people that for some reason like and need to show that they are too important or superior when they are sited next to you.

Marcelo is an interesting and creative musician, one of the few (not many) guitar players I love to work with and he's a good friend too. He's doing a great job as a musician and also with his own label Cipsela. We've been working together almost for 10 years.

Mark Corroto from All About Jazz writes in liner notes to the album "Live at Ljubljana" that he hears a lot of influences in your playing, even Louis Armstrong himself. Please tell me about your inspirations to play jazz and improvised music. Who and what formed you as a musician?

We have all those trumpet players: Miles, Don Cherry, and Booker Little, Kenny Wheeler, Freddie Hubbard, Kenny Dorham, and Mongezi Feza. All of them had a big influence on me. On other instruments I also love the music of John Coltrane, Ornette Coleman, Eric Dolphy and Evan Parker among so many others. I always was and I still am interested in listening and playing different kinds of music, from electronic to noise, from world music to classical, also rock.

I'd say these are the obvious and expected influences on a musician, then there are other things that inspire me, for example nature. I grew up at the countryside and coast and that is a big inspiration, all the environment that surrounds you, sounds of birds, water, the smells, landscapes. I also love the ocean, I surf and spend a lot of time on the beach, it's where I really feel like home. Living in communion with nature is speechless…

Everyone was important for my playing, everyone who taught me or played with me, from the early beginning till now.

Soon, your next album will be released in Poland. This time it will be a trio with saxophonist Yedo Gibson and perfectly known in Poland drummer Vasco Trilla. In my opinion this is a completely different music than the one you play with Seppe and Onno. I am asking you for a comment and impressions of cooperation with these musicians.

Completely different kind of music this trio, experimental, abstract, lot of extended technics, I never recorded anything like this before.

This group was a suggestion from Yedo. We talked about it and decided to go to studio, but we didn't write anything or talked about compositions or ideas besides sound. The album is only focused on sound.

Yedo and Vasco are awesome players, some of the best improvisers I've ever played. And when you're playing with people like them it's very easy to get into a place where you feel and hear that music is happening, everything is clear, no hesitations. Curious to see how the album will receive by the lovers of this music.

Tell us about Lisbon. About musicians, about places where you can play good music. Is an improvising musician able to survive in this city? My question is obviously quite perverse. I know that you do a lot of concerts and record outside of Portugal.

Lisbon is a beautiful place to live, there're many things happening, lots of concerts every week, but unfortunately there's just couple of venues that can offer decent conditions. There are new places that open doors to free and avantgarde music like SMUP in Parede and Bar Irreal, there's Hot Club that from time to time accepts less "mainstream" music.

It's difficult to live off this type of music, musicians are forced to give lessons otherwise it would be impossible to survive.

Please tell me about your artistic plans for the upcoming months. What records with your participation, apart from the two that are issued in Poland, can we expect this year? With whom and where will you be giving concerts and recording the music?

This month I have a tour in Portugal with In Layers*) and probably recording our second album. In June I'm playing at Blurred Edges Festival in Hamburg with Echoes of Africa. Also Doek Festival in Amsterdam with the 5tet together with John Dikeman, Alexander Hawkins, Hugo Antunes and Mark Sanders; August - Saalfelden with Chamber 4. There's more to come, but I'm waiting for confirmation.

As I've mentioned before the 5tet album will come out, the debut album from Frame Trio**), my solo, second album from Zwerv***), third album of Fail Better! and I guess it's all.

Luis, big thanks for the interview and see you in Poland!


*) with Marcelo Dos Reis, Onno Govaert and Kristjan Martinsson
**) with Marcelo Dos Reis and Nils Vermeulen
***) with George Hadow, Henk Zwerver, Raoul Van der Weide and Ziv Taubenfeld


****

Rezydencja Luisa Vicente promowała wydanie w Polsce płyty tria Vicente - Gebruers - Govaert  Live at Ljubljana, która dostępna jest dokładnie pod tym adresem: