Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angharad Davies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angharad Davies. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

Magda Mayas' Filamental in Murmur!


Oktet berlińskiej pianistki Magdy Mayas powraca! To trzecie ujawnienie formacji złożonej z sześciu instrumentów strunowych (w tym inside piano) i dwóch dętych.

Artyści tworzący Filamental muzykują/ improwizują mając przed obliczem swej nieograniczonej kreatywności każdorazowo pewną ideę, zasianą przez Mayas. Czasami nosi ona miano kompozycji, czasami jest pojęciem bardziej abstrakcyjnym, nienotyfikowanym w jakikolwiek sposób. W przypadku pierwszego albumu inspiracją było dwanaście fotografii rzeki, w kontekście nowego albumu, to wizja ptaków w kolektywnym locie (szmerze), pozornie chaotycznym, a jednak uporządkowanym. Dodajmy, iż drugi album oktetu był nietypowy (pandemiczny), albowiem każdy z artystów nagrał swoją ścieżkę dźwiękową osobno, a potem ulepiono z nich zwartą, ośmiopodmiotową narrację.

Z radością sięgamy zatem po dokumentację foniczną owego ptasiego lotu, jak zwykle w przypadku Filamental pięknego, soczyście akustycznego, udramatyzowanego metodami, których do końca nie znamy. Zwinnie zadekretowana improwizacja – zapewne mocą zjawisk metafizycznych - zdaje się być konsekwentnie prowadzona ku krainie wiecznej szczęśliwości.

  


Opowieść od samego początku realizowana jest metodami kolektywnymi. Klarnet i saksofon swobodnie oddychają, wataha strunowców wydaje szereg nieartykułowanych dźwięków, tworząc szeleszczącą i pulsującą magmę tajemniczej, bezkresnej akustyki. Narracja obtoczona jest mrokiem, ma charakter dość filigranowy, a frazy bardziej masywne stanowią wyjątek. Kameralny charakter formacji szczególnie uwidacznia się w locie wnoszącym. Bywa z kolei bardziej korpulentny w momentach kontrolowanego opadania. Pierwszy taki przykład mamy już w 5 minucie. Ptaki w swobodnym locie, zmyślnie kierowane instynktem stadnym.

W okolicach 10 minuty narracja intrygująco rozwarstwia się, słyszymy niemal pojedyncze frazy, a cisza wokół głęboko oddycha. Potem flow nabiera pewnej masy właściwej, lepiony z szorowanych i stukanych odgłosów. Wewnątrz strumienia fonii pojawia się coś na kształt rytmu, ale dość szybko zanika. Na dnie szemrają dęciaki, górą płyną filigranowe strunowce. Całość przypomina przez moment mroczną lewitację.

Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut muzycy zaczynają formować dron podszczypywany stemplami z klawiatury. Proces jednak dość szybko rozwarstwia się, stawiając drobne znaki zapytania o kierunek dalszej drogi. Na czoło forsują się teraz preparowane, dość gęste frazy smyczkowe. Nim narracja zastygnie w ciszy (w okolicach 25 minuty), muzycy ślą ku nam jeszcze delikatne fonie zarejestrowane w trakcie spaceru po łące zroszonej poranną mgłą.

Po chwili rzeczonej ciszy rozpoczyna się konstruowanie nowego, bardziej uporządkowanego wątku. Strunowce znów sięgają nieba, dęciaki szorują glazurę podłoża. Muzycy bawią się w didaskalia, nie dbając nadmiernie o linearność opowiadania. Drżą, rezonują i szeleszczą, aż w końcu jednoczą siły i budują niezbyt strome podejdzie pod finał spektaklu. Smyczki skaczą po strunach, dęte szeleszczą i prychają. Ostatnią prostą rysują matowo brzmiące frazy z klawiatury piana, sprawiając, iż powolnej narracji udaje się doczołgać do końcowego dźwięku.

 

Magda Mayas' Filamental Murmur (Relative Pitch, CD 2026). Zeena Parkins – harfa, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas – fortepian, Aimée Theriot – wiolonczela, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Christine Abdelnour – saksofon altowy oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w Exploratorium, Berlin, wrzesień 2024. Jeden utwór, 38 minut.



środa, 31 grudnia 2025

50 Reasons to Remember the Year 2025! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2025!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!

 


Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/adam-goebiewski-dave-brown-in-dogs-light.html

AMM with Sachiko M Testing

(not reviewed yet)

Angharad Davies & Burkhard Beins Meshes of the Evening

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/angharad-davies-burkhard-beins-meshes.html

Barbara Dang & Muzzix Michael Pisaro-Liu Tombstones II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Benedict Taylor & Paweł Doskocz Welcome to our humble abode

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/benedict-taylor-pawe-doskocz-welcome-to.html

Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae

(not reviewed yet)

Camila Nebbia, Gonçalo Almeida & Sylvain Darrifourcq Hypomaniac

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/camila-nebbia-goncalo-almeida-sylvain.html

Caroline Kraabel, Pat Thomas, John Edwards & Steve Noble Transgressive Coastlines

(not reviewed yet)

Constantin Herzog, Matthias Muche & Etienne Nillesen Anasýnthesi

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/herzog-muche-nillesen-play-anasynthesi.html

Daniel Thompson Violet

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/daniel-thompson-in-violet-and-duo.html

Das B Love

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/das-b-in-love.html

Derek Bailey & John Stevens The Duke of Wellington

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/derek-bailey-john-stevens-in-duke-of.html

Dirk Serries & Mark Wastell Dual Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/dirk-serries-mark-wastell-in-dual.html

Dirk Serries Zonal Disturbances II

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/dirk-serries-in-zonal-disturbances.html

Éliane Radigue Asymptote Versatile (1963-64)

(not reviewed yet)

Insub Meta Orchestra Exhaustion/ Proliferation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/02/insub-meta-orchestra-plays-exhaustion.html

John Edwards, Mike Gennaro & Alex Ward Activity

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/alex-ward-in-two-similar-trios.html

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/angharad-davies-john-butcher-during-two.html

John Butcher, Phil Durrant & Mark Wastell Poznań: Appropriate Density

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/the-confront-recordings-fresh-meals.html

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lawrence-casserley-emil-karlsen-and.html

Lava Quartet feat. Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida & Wieland Möller Ethereal Chant

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/07/lava-quartet-in-ethereal-chant.html

Le GGRIL + DDK Diffraction

(not reviewed yet)

Les Marquises (Emilie Škrijelj & Tom Malmendier) Live in Nickelsdorf

(not reviewed yet)

Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Magda Mayas and Jim Denley One Another

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/magda-mayas-jim-denley-go-one-another.html

Manoeuvres Sentimentales Delightfully Deceitful

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/the-circum-disc-fresh-outfit-manoeuvres.html

Marcello Magliocchi, Adrian Northover & Domenico Saccente Over The Edge

(not reviewed yet)

Martin Küchen & Håkon Berre På Snurr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/martin-kuchen-hakon-berre-pa-snurr.html

Matthias Müller & Andreas Willers Matthias Müller Andreas Willers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/03/matthias-muller-andreas-willers-in-duo.html

Michel Doneda & Frédéric Blondy Points of Convergences

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/michel-doneda-frederic-blondy-in-points.html

Michel Doneda, Lê Quan Ninh & Núria Andorrà El retorn de l'escolta - A la memòria de Marianne Brull

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/08/doneda-ninh-andorra-el-retorn-de.html

Nour Symon Je suis calme et enragé·e

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Ontstopper Kollektief Unblocking

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/the-portuguese-taste-makes-world-go.html

Quatuor Bozzini/ Jürg Frey String Quartets

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/the-contemporary-counterpoint-dincise.html

Quentin Stokart & Tom Malmendier Mehin

(not reviewed yet)

Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/09/rodrigo-amado-chris-corsano-into-healing.html

Sawt Out Fake Live in America

(not reviewed yet)

Sophie Agnel & John Butcher Rare

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/05/sophie-agnel-with-john-butcher-and-solo.html

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon, Florian Stoffner & Vasco Trilla Live at 7th Spontaneous Music Festival 2023

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/06/spontaneous-live-series-is-also-digital.html

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival

Spontaneous Live Series 017: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/10/anais-tuerlinckx-i-john-butcher-na.html

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor Closer and Beyond

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/keune-serries-taylor-are-closer-and.html

Stefan Keune, Steve Noble & Dominic Lash Black Box

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-noble-lash-in-black-box.html

Stefan Keune, Sandy Ewen & Damon Smith Two Felt-Tip Pens: Live At Moers

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/04/keune-ewen-smith-in-two-felt-tip-pens.html

Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire

(not reviewed yet)

The Electrics Live in Vilnius

(not reviewed yet)

The Runcible Quintet Two

(not reviewed yet)

Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

(not reviewed yet)

Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/11/discordian-records-fresh-outfit-live-at.html

Yodok III Nidarosdomen

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2025/12/yodok-iii-in-nidarosdomen.html

 



wtorek, 9 grudnia 2025

Angharad Davies & John Butcher during the Two Seasons!


Najwyższy czas rozpocząć przegląd jesiennych premier, jakie dostarcza the one and only John Butcher. Londyński saksofonista po hucznie obchodzonych w roku ubiegłym 70.urodzinach zdaje się łapać kolejny wielki oddech kreacji. W tempie karabinu maszynowego dostarcza nowych albumów, które skrzętnie odnotowujemy, na ogół opisując je stekiem niewybrednych komplementów i zachwytów. Ale z Butcherem tak już jest - stawia sobie artystyczną poprzeczkę bardzo wysoko i nigdy nie zawodzi, ani siebie, ani słuchaczy.

Jesienną paradę nowości zaczynamy od duetu ze wspaniałą walijską skrzypaczką Angharad Davies, artystką, z którą Butcher współpracuje od dwóch dekad, choć jak pisze, w duecie zagrali bodaj tylko czterokrotnie. Ich album konsumuje jesienny wątek koncertowy i wiosenny studyjny, co wyjątkowo celnie uzasadnia tytuł całego wydawnictwa. Zanurzamy się w nim po brzegi od razu konstatując, iż jego miejsce na corocznym, trybunowym best-off jest stuprocentowo pewne!

 


Berliński koncert składa się z dwudziestopięciominutowego seta zasadniczego i czterominutowego encore, z kolei część studyjna z Nottingham, to siedem krótkich improwizacji, trwających od niespełna dwóch do sześciu minut.

Początek koncertu jest delikatny, niemal szemrany. Skrzypaczka poleruje struny, nadając im brzmienie godne muzyki dawnej. W tubie saksofonu sopranowego chroboczą filigranowe krople powietrza. Jakby przy okazji Angharad i John wydobywają z czeluści swych instrumentów drobiny bolesnych melodii. Ich frazy zdają się być intrygująco imitacyjne. Z czasem narracja staje się silnie rozkołysana, a każdy z artystów stara się wnosić do niej nowe, bardziej indywidualne wątki. Przez moment wydychają większe porcje powietrza, po czym skupiają się na pojedynczych frazach. W okolicach dziesiątej minuty skrzypce dotykają ciszy, z kolei saksofon, tu już tenorowy, balladowo wzdycha. Po kolejnych kilku chwilach artyści śpiewają niczym średniowieczni trubadurzy, przy okazji nadając swoim akcjom więcej dynamiki. Jeszcze przed upływem dwudziestej minuty chowają się w głębokiej krypcie i dogorywają, tworząc kolejny passus ancient music. Finał seta niepodziewanie przypomina słoneczny poranek – John ochoczo dmie w sopran, Angharad radośnie podskakuje. Koncertowy bis dzieje się w mrocznej pieczarze. Tuba rezonuje, skrzypce płyną strugą filigranowego ambientu. Wokół panuje gęsta cisza. Wszystko drży, a skrywana melodia szuka drogi ujścia.

Inauguracja części studyjnej przypomina początek koncertu. Aura głębokiego średniowiecza, dalekie odgłosy niemej rozmowy, szeleszczące subtelności. W kolejnej improwizacji klimat pozostaje niezmienny, ale strumień fonii przybiera formę delikatnego drona. Zaraz potem w muzyków wstępuje zew życia. Struny są teraz dynamicznie szorowane, a oddechy saksofonisty skutecznie trzymają się tempa. Przez moment jesteśmy w zakładzie szlifierskim, obok którego prowadzone są także prace wulkanizacyjne. W kolejnej odsłonie artyści wydychają porcje wilgotnego powietrza - imitują się wzajemnie, popadają w klimat subtelnego oniryzmu. To skowyt, płacz, mistyka greckiej tragedii. Zaraz po nich następuje kolejny bardziej dynamiczny kontrapunkt - uderzanie po gryfie, szarpanie strun, rwane, dęte świdry. Zaskakująco szybko odnajdujemy się w finałowej, przy okazji najdłuższej ekspozycji studyjnej. W tubie saksofonu kłębi się mnóstwo myśli, na gryfie skrzypiec tańczą szybkie dłonie. Z trwogą, ale i precyzją muzycy wychodzą na front opowieści mając w ustach słowa zapomnianej melodii. Pokonują niewielkie wzniesienie, a potem układają do snu w kolorowej dolinie.

 

John Butcher & Angharad Davies Two Seasons (Weight Of Wax, CD 2025). Angharad Davies – skrzypce oraz John Butcher – saksofony. Nagranie koncertowe zarejestrowane w KM28, Berlin, wrzesień 2024 (utwory 1-2) oraz studyjne zarejestrowane w Nottingham University Studio, kwiecień 2024 (utwory 3-9). Łącznie dziewięć improwizacji, 49 minut.




wtorek, 19 sierpnia 2025

Decentred in The Horse Hospital!


Brytyjski kwartet Decentred uformował się kilkanaście lat temu, a swoje inicjacyjne spotkanie uwiecznił na albumie wydanym przez zacny Another Timbre. Leniwe, minimalistyczne kompozycje, a także definitywnie predefiniowane improwizacje silnie zapadły nam w pamięć, a kwartet w odmęty historii muzyki kreatywnej Zjednoczonego Królestwa.

Teraz ów ansamble niespodziewanie powraca w nagraniu koncertowym, wydanym bez specjalnych ceregieli (ale chyba także bez profesjonalnego masteringu) i udostępnionym jedynie w formie plików elektronicznych. Muzyka skrzypaczki Angharad Davies, saksofonisty Toma Chanta, kontrabasisty Johna Edwardsa i manipulatora urządzeń elektronicznych Benedicta Drew jest wszakże na tyle wartościowa, iż sięgamy po nią bez zbędnej zwłoki zapraszając na wnikliwy odczyt i odsłuch prawie godzinnego spektaklu. Dodajmy, iż tym razem muzyka Decentred daleka jest od programowego minimalizmu, jaki królował na pierwszej płycie i zdaje się być od pierwszej do ostatniej sekundy w pełni improwizowana.

 


Koncert składa się z dwóch setów, które trwają po dwa kwadranse każdy. Otwarcie pierwszego z nich tylko przez kilkadziesiąt sekund sprawia wrażenie gry rozpoznawczej, poprzedzającej właściwą improwizację. Skrzypce toną w matowym dronie, gryf kontrabasu drży od uderzeń smyczkiem, saksofon parska, a elektronika, jeśli w ogóle już się obudziła, nie wydaje jakichkolwiek dźwięków. Po niedługim czasie akustyczne frazy zaczynają interferować, permanentnie doposażane mocą kreatywnych preparacji. Dopiero jednak silny impuls elektroniki sprawia, że ekspozycja nabiera blasku i stosownego rozmachu. Opowieść formuje się w swoisty hanging around, szyty brudnymi, niekiedy siarczystym frazami zmysłowego post-chamber. Najpierw na froncie sadowią się strunowce, potem przez moment saksofon. Elektronika dba o energetyczny background i koncentruje się raczej na podkreślaniu akustycznych fraz. Przez kilka chwil improwizacja nabiera niemal noise’owego anturażu, ale w połowie seta przepoczwarza się w mantrę mrocznych szumów i subtelnych zgrzytów. Kolejnymi etapami podroży są wizyta w zakładzie szlifierskim, a zaraz potem w oazie spokoju i wytchnienia. Zakończenie seta wydaje się najbardziej intensywną jego częścią. Spazmy elektroniki, pełny wydech saksofonu i garść melodii z nieznanego do końca źródła tworzą iście piorunującą mieszankę.

Inauguracja drugiego seta lepi się z drobnych, rwanych fraz, ma charakter dość minimalistyczny. Szybko jednak elektronika uderza w dzwon i w przeciwieństwie do poprzedniego seta chętniej przejmuje mostek kapitański. Dzięki temu rośnie intensywność przekazu, ale także dysonans poznawczy, albowiem coraz więcej dźwięków zdaje się pochodzić z nieznanego źródła. Strunowce chętnie sięgają teraz po reperację, elektronika pulsuje, a saksofon niespodziewanie zaczyna tę ostatnią imitować. Po fazie dronowej następuje atak smyczków poparty ostrym podmuchem z tuby dęciaka. Swoje dokłada elektronika, a koncert definitywnie wchodzi w najgłośniejszą fazę. Improwizacja szybko jednak odnajduje ciszę i mrok niedopowiedzenia. Podejście pod finał koncertu jest długie, zarówno dronowe, jak i rezonujące, niepozbawione znamion tajemniczego rytmu i post-industrialnego posmaku. Po porcji bolesnych, rozhuśtanych melodii narracja osiąga etap wielominutowego studzenia, które śmiało możemy określić mianem niewymownie pięknego. Burza oklasków na koniec, to niejako rzecz oczywista.

 

Decentred The Horse Hospital (Thanet Tape Centre, DL 2025). Angharad Davies – skrzypce, Benedict Drew – elektronika, John Edwards – kontrabas oraz Tom Chant – saksofon. Nagrane w The Horse Hospital, Londyn, kwiecień 2025. Dwie improwizacje, 59 minut z sekundami.

 



piątek, 7 marca 2025

John Butcher in Unlockings Quartet & Lower Marsh Duos!


Najwyższy czas zakończyć na tych łamach obchody 70. urodzin Johna Butchera! Przez cały ubiegły rok nieustannie pisaliśmy o tym artyście omawiając jego płyty, zapraszając na koncerty, tudzież relacjonując przebieg licznych festiwali, które świętowały zacny jubileusz saksofonisty.

Z ubiegłorocznych edytorskich żniw zostały nam do omówienia dwa ostatnie albumy Butchera, oba winylowe, oba dostarczone przez luxemburskie Ni Vu Ni Connu i zawierające prawie wyłącznie nagrania poczynione jednego dnia w londyńskim Iklectik niemal dokładnie trzy lata temu. Najpierw kwartet, potem duety Johna z kolejnymi artystami tworzącymi ów kwartet, tu uzupełnionymi o dwa duety z pewnym kontrabasistą, który muzykował z Johnem w tym samym miejscu, ale dwa miesiące wcześniej. Zapraszamy na prawie osiemdziesiąt minut obcowania z niezwykłymi dźwiękami swobodnej improwizacji w wykonaniu najlepszym z możliwych.



 

Unlockings

Anonsowany kwartet stworzyli z Butcherem skrzypaczka Angharad Davies, perkusista Mark Sanders i obsługujący elektronikę Pat Thomas. Muzycy uformowali swoją barwną opowieść w cztery epizody, trwające po mniej więcej dziesięć minut każdy. Otwarcie jest usłane subtelnościami, drobnymi frazami, przypomina grę inicjacyjną artystów, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy (co w tym wypadku nie miało oczywiście miejsca). Coś drży, coś ociera się o siebie, nie brakuje metalicznego rezonansu, drobnych pisków, subtelnych okaleczeń - akustyka szumi, elektronika delikatnie skwierczy, a wszystko dość sprawnie zaczyna wchodzić w interakcje. Narracja chętnie łapie ulotną dynamikę, ale równie chętnie ją traci. Raz za razem skrzy się drobnymi, preparowanymi incydentami fonicznymi, które dodają urody każdej fazie nagrania. Tą najbardziej hałaśliwą wydaje się tu być skrzypaczka, tym najbardziej mrocznym elektronik. Drummer dba o dynamikę, wystudzony sopran koi emocje. Pierwsza improwizacja dokonuje żywota w efektownym, dronowym rozlewisku.

Druga część budzi się w onirycznej flaucie, plejadą drobnych, niemal niesłyszalnych fraz. Ciszę skupienia intrygująco mąci ciepły tembr saksofonu tenorowego, który tapla się w smudze nieinwazyjnej elektroniki i syczących skrzypiec. Pojawia się melodia, która udanie niesie się na strudze analogowo brzmiącej syntetyki. Ta ostatnia przez chwilę zdaje się być nazbyt natarczywa, ale nie trwa to zbyt długo. Dość specyficznie brzmi też tenor. Opowieść zyskuje z czasem ciekawą dynamikę, a wieńczy ją niebanalne wzniesienie.

Trzecia improwizacja zdaje się tu być tą najbardziej ekscytującą. Kolektywne otwarcie, to garść bolesnych fraz skrzypiec i saksofonu, szum z werbla i plamiąca elektronika. Nerwowy, dżdżysty poranek w oczekiwaniu na pierwsze promienie słoneczne. Opowieść nabiera intensywności, radości tworzenia, melodyjności i pięknie eksponuje skrzypce. Potem studzi się i przechodzi do akcji w podgrupach. Z jednej strony moc melodii, z drugiej mrok niedopowiedzenia. Narracja nabiera szczególnej urody w fazie finalizacji, która przybiera formę duetu skrzypiec i saksofonu. What a duo!

Końcowa improwizacja jest najkrótsza, ale być może najbardziej intensywna. Otwiera ją elektroniczna nawałnica, która inspiruje resztę do wzmożonej aktywności. Skrzypce sytuują się w pozycji zaczepnej, tenor gotowy jest do kontrataku, a skłębiona perkusja skłonna nadać całości adekwatny rytm. Po osiągnięciu szczytu opowieść studzi się wprost w objęcia duetu sax & drums, który oplata oniryczna porcja elektroniki. Samo zakończenie pełne jest emocji, tajemniczych, postrzępionych fraz. Ktoś gwiżdże, ktoś podśpiewuje pod nosem.



 

Lower Marsh

Sekwencję duetowych ekspozycji saksofonisty otwiera spotkanie z Patem Thomasem i jego wyjątkowo lekką w tym momencie elektroniką. Muzycy rozpoczynają od wymiany prostych, niemal melodyjnych komunikatów. Z jednej strony rozanielony sopran, z drugiej … soczysta maszyna parowa. Dysonans estetyczny jest jednak pozorny, a dźwięki z obu stron po chwil brzmią niemalże bliźniaczo. Z czasem gra nabiera rumieńców, a samo zakończenie jest intensywne, niestroniące od brudnych, tłustych dźwięków.

Dwa kolejne epizody, to spotkania z Johnem Edwardsem. Kontrabasista pracuje tu w swoim ulubionym trybie arco & pizzicato in one moment. Czasami sięga po jazz, czasami śpiewa post-barokiem, w każdej chwili gotowy jest na zaskakujące zagranie, a zamysł dramaturgiczny tradycyjnie ma w jednym palcu. Butcher w pierwszej opowieści korzysta z saksofonu tenorowego, w drugiej z sopranowego. W pierwszej roli bywa kompulsywny, w tej drugiej unosi się ku górze, niczym stado przepiórek. Od łagodnej boleści po melodyjne westchnienia. Tu każdy wariant jest możliwy.

Czwarte spotkanie, to intrygujący dialog z Angharad Davies i jej skrzypcami. Muzycy zaczynają od szorowania glazury swoich instrumentów, ale czynią to w bardzo zróżnicowanym tempie. Chętnie płyną dronowymi strugami, równie chętnie zmysłowo preparują. John wspina się na palce i przez moment nie wiemy, czy to jeszcze sopran, czy już tenor. Finalizacja jest rozkołysanym, wyjątkowo pięknym dronem.

Ostatni duet, to Mark Sanders i jego rozbudowane akcesoria perkusyjne. Początek, to szczoteczkowa aktywność, która łapie świetny kontakt z tenorowymi post-melodiami. Saksofon ma intrygującą chrypkę, atuty perkusjonalne co najmniej tysiąc twarzy. Artyści są tu równie urokliwi, gdy biorą głęboki oddech, jak i wtedy, gdy na ekstremalnym wydechu gaszą wszystkie płomienie tego świata. Obaj szukają rytmu, obaj prześcigają się w propozycjach nowych rozwiązań. Na sam koniec idą na szczyt, po czym perfekcyjnie z niego schodzą.

 

John Butcher in a quartet with Angharad Davies, Mark Sanders and Pat Thomas Unlockings (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 41 minut

John Butcher in duos with Angharad Davies, John Edwards, Mark Sanders and Pat Thomas Lower Marsh (Ni Vu Ni Connu, LP 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, John Edwards – kontrabas, Angharad Davies – skrzypce, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne oraz Pat Thomas – elektronika. Nagrane w Iklectik, Londyn, kwiecień 2022 (utwory 1, 4 i 5) oraz luty 2022 (utwory 2 i 3). Pięć improwizacji, 37 minut.




 

wtorek, 29 października 2024

John Butcher at 70! The report from Cafe Oto!


Siedemdziesiątkę Johna Butchera obchodzimy już od końcówki lata. Wtedy to, w połowie września, saksofonista spędził trzy pracowite dni w Berlinie. Potem był poznański Spontaneous Music Festival, okraszony czterema setami jubilata, wreszcie przed momentem, w trakcie minionego weekendu, efektowna, choć kameralna trzydniówka w londyńskim Cafe Oto, przypadająca dokładnie w terminie urodzin, które celebrowano odegraniem symbolicznego sto lat w piątek 25 października. Wasz niestrudzony obserwator życia i twórczości jednego z najwybitniejszych twórców freely improvised music był wtedy w Dalston i śpiewał owe chóralne życzenia. Zatem czas na kilka słów o tym, co tam się ostatecznie wydarzyło i kto z kim owe urodzinowe toasty wznosił pięknymi dźwiękami przez trzy kolejne wieczory.



 

Czwartkowy koncert wypełniły dwa duety jubilata – pierwszy z Rhodrim Daviesem na harfie i elektronicznym oprzyrządowaniu, drugi z pianistką Sophie Agnel. Walijczyk grywa z Butcherem już od ćwierćwiecza, z kolei Francuzkę raczej winniśmy sytuować w roli okazjonalnych współpracowników saksofonisty. Oba sety wypadły wyśmienicie, jeśli wierzyć zdaniu przyjaciół obecnych na koncercie, albowiem niżej podpisany do Londynu wyruszył dopiero kolejnego poranka.

A zatem w piątek, już w ramach stuprocentowej obecności w Cafe Oto, kolejne trzy sety (choć dwa pierwsze nieprzedzielone stosowną przerwą) przepłynęły przez moje receptory słuchu i wzroku silnym strumieniem emocji, i … co zupełnie nie dziwi, pozostawiły wieczne, niezatarte wspomnienia. Butcher rozpoczął od solowego występu na saksofonie tenorowym. W trakcie kilkunastominutowego seta skupiony był na brzmieniu i poszukiwaniu efektownych strzępów melodii, a sam występ sprawiał wrażenie świetnie zorganizowanej rozgrzewki przed tym, co miało wydarzyć się tuż potem. Po kilkudziesięciosekundowej przerwie na scenie pojawił się kolejny wieloletni partner Johna, amerykański perkusista i perkusjonalista Gino Robair. Obaj artyści korzystali w trakcie ponad półgodzinnego setu z analogowej elektroniki, dzięki czemu akustyczny sound ich podstawowego instrumentarium zyskał mroczną, syntetyczną poświatę. Robair tryskał energią, gdyby to tylko było możliwe, wraz z tonującym jego temperament partnerem odleciałby w kosmos. Butcher w trakcie seta częściej korzystał z saksofonu sopranowego. Bywało, że generował nim dźwięki nie dotykając ustnika. Wszakże najbardziej efektowny był sam finał, gdy John (już na tenorze) i Gino zbudowali gęste, nisko osadzone, post-akustyczne drony.

Ostatni piątkowy set zbudowany został przez kwartet, który – mimo, iż jego twórcy pracowali ze sobą wcześniej w różnych konfiguracjach personalnych – bez wątpienia stanowił formację skleconą ad hoc. Do jubilata dołączyli - muzykująca z nim dzień wcześniej Sophie Agnel, skrzypaczka Angharad Davies (siostra występującego także wtedy Rhodriego) oraz perkusista Mark Sanders. Narracja jakże swobodnie improwizującego kwartetu przypominała wzburzony ocean, który jednak raz za razem uspakajał się i emanował wyjątkową urodą stuprocentowo akustycznych interakcji. Opowieść rozrastała się i efektownie gasła (najwcześniej na barkach skrzypaczki), nabierała kameralnej zadumy, by za moment wpaść w spazm błyskotliwych akcji zaczepnych.




Jak to bywa w przypadku wybitnych osobistości, także świata pozamuzycznego, okrągłe urodziny, to nie tylko powód do świętowania, ale także okazja do budowania czegoś nowego, czy wręcz rzucania sobie ambitnych wyzwań artystycznych. Wspólne, duetowe improwizowanie z francuską wokalistką i klarnecistką Isabelle Duthoit, to dla Johna Butchera nowa sytuacja sceniczna. Jak sam stwierdził przed koncertem, spotkali się do tej pory tylko raz w ramach jego dużego składu +13, w trakcie koncertu, który miał miejsce trzy lata temu. Francuzka jest rzecz jasna świetnie znaną postacią europejskiej muzyki improwizowanej, znamy ją z kilku naprawdę znakomitych płyt, ale kto nie widział jej na żywo, ten nie wie, z jak niebywałą artystką mamy do czynienia. Z jednej strony możliwości wokalne, szerokie spektrum akcji, zmysł dramaturgiczny, zdaje się, że także żelazne struny głosowe, z drugiej przebogata mimika, bez wątpienia talent aktorski, do tego niezaprzeczalny wdzięk i niebywały temperament. Isabelle wyniosła Cafe Oto na najwyższe szczeble nieba, fantastycznie kooperowała z saksofonami jubilata, a nawet sprawiała, iż ten ostatni wznosić się musiał na szczyty swojej kreatywności (co zresztą jest dla niego sytuacją całkowicie naturalną), by nie tylko zwinnie podążać za Isabelle, ale także stwarzać nowe sytuacje dramaturgiczne. Innymi słowy – genialny, niespełna 40-minutowy set.



 

Po kilkunastominutowej przerwie Butcher wrócił na scenę ze swoimi stałymi współpracownikami – pianistą i elektronikiem Patem Thomasem oraz perkusistą Ståle Liavikiem Solbergiem. Panowie mają w dorobku dwie płyty, które – jak się okazuje – są zapisem ich jedynych koncertów w tym składzie. Zatem na urodzinowym przyjęciu Johna zagrali ze sobą po raz … trzeci w życiu. Muzycy zaprezentowali zgrabny, odrobinę stonowany set, który po trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce na początku tego dnia, zdał się być przewrotną formą … relaksacji. Thomas operował wyłącznie dość delikatnymi dźwiękami syntetycznymi (de facto generowanymi dwoma niewielkimi, okablowanymi tabletami), Solberg czynił jak zawsze swoją perfekcyjną doskonałość filigranowego post-drummingu, Butcher zaś pozostawał w roli inspiratora, demiurga, która wsłuchuje się w akcje partnerów, będąc na scenie delikatnie wycofanym. Być może była to chwila oddechu po szaleństwach z Isabelle i … przed ich kolejną porcją.

Finał soboty, czyli zakończenie urodzin, to kolejny na imprezie kwartet ad hoc, który kompilował całą czwórkę muzyków, jaka tego dnia zameldowała się w Cafe Oto. Thomas tym razem sięgnął po brzmienie fortepianu (zarówno inside piano, jak i wprost z klawiatury), Solberg postawił na jeszcze większą molekularność przekazu dźwiękowego, a środek sceny należał do Duthoit i Butchera, którzy zachwycili nas kilkadziesiąt minut wcześniej. John w tradycyjnej sekwencji tenor-sopran-tenor, Isabelle poza głosem, także klarnet. Ten spektakl można by w zasadzie skwitować tymi samymi komplementami, jakimi obdarzyliśmy duetowy performance Anglika i Francuzki. Duthoit rządziła na scenie, na klarnecie wchodziła w post-melodyjne dialogi z Butcherem, permanentnie inspirowała parterów, ci zaś reagowali wprost wspaniale, czyniąc ów występ kolejnym złotym momentem wspaniałych urodzin Johna. Uff…

See you next time Dear John! Cafe Oto, happy to be here again!

 

Zdjęcia własne, bez praw autorskich: John (1), Angharad i John (2), Isabelle i John (3).



 

wtorek, 11 czerwca 2024

Magda Mayas' Filamental plays Ritual Mechanics!


Nowojorski label The Relative Pitch Records zdaje się nie ustawać w walce o miano przodownika pracy w nowożytnym świecie muzyki improwizowanej. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale, bo niemal każda nowa pozycja w katalogu wytwórni jest tu komentowana.

Słowo się rzekło, wiosna roku bieżącego dostarcza aż dziesięć nowych krążków z logo RP. W bieżącym tygodniu wszystkie je omówimy. Dziś w ramach dobrego początku zapraszamy na odczyt i odsłuch albumu, który z zestawu nowości wydaje się najciekawszy, w piątek zaś czeka nas degustacja pozostałych dziewięciu albumów.



 

Berlińskiej pianistce, improwizatorce i kompozytorce Magdzie Mayas towarzyszymy od lat i staramy się nie pomijać jakiegokolwiek z jej wydawnictw. Z większym składem, który Mayas zwykła nazywać Filamental, spotkaliśmy się trzy lata temu, przy okazji monumentalnego dzieła Confluence, inspirowanego … zdjęciami dużych rzek europejskich w różnych stadiach turbulencji. Za wykon kompozycji był wtedy odpowiedzialny oktet strunowo-dęty, wsparty klawiaturą fortepianu.

Dziś artystka powraca ze składem skonfigurowanym w identyczny sposób, z tą drobną różnicą, iż ona sama pracuje na pianie elektrycznym (w pierwszym utworze) i harmonium (w drugim). Ale co być może bardziej istotne, muzycy nie wykonali tym razem kompozycji wspólnie, albowiem każdy z nich rejestrował własną ścieżkę indywidualnie (jedynie Mayas nagrywała wspólnie ze skrzypaczką Angharad Davies). Powstało zatem siedem ścieżek, których miksowania podjął się Tony Buck, muzyk tysiąca talentów, z jednej strony perkusista australijskiej legendy sceny overgenre, czyli The Necks, z drugiej wieloletni partner Mayas w duecie The Spill, a także w innych impro incydentach. On sam w roku ubiegłym zlepił z wielu wątków instrumentalnych (tu akurat wszystkie wykonał osobiście) album Environmental Studies, który bezwzględnie nas zachwycił i trafił na coroczną listę best –off. Sznyt Buckowskiego budowania muzycznej mozaiki zdaje się być na nowej płycie Mayas dalece dostrzegalny/ słyszalny. I wespół ze wszystkim elementami dzieła sprawia, iż nagranie, nad którym dziś nadstawiamy uszy śmiało zasługuje na miano wyśmienitej.

Sytuacja dramaturgiczna na nieistniejącej scenie wyimaginowanego koncertu Filamental jest następująca: na przeciwległych flankach posadowione są instrumenty dęte – saksofon altowy i klarnet, pomiędzy nimi dźwięki generuje pięć instrumentów strunowych – dwie harfy, dwie wiolonczele i skrzypce oraz instrument kompozytorki - najpierw rhodes, potem harmonium. Pierwszy utwór trwa tu dwadzieścia minut, drugi jest dłuższy o dwie minuty.

Otwarcie pierwszej kompozycji lepi się z fraz strunowych – delikatnych szarpnięć i smukłych arco w tembrze na ogół preparowanym. Wokół panoszy się chmura szumów i szmerów (zapewne dętych) i uspakajające frazy elektrycznego piana. Narracja zdaje się mieć tendencje wzrostowe, incydentalnie formuje się w krótkotrwałe crescenda, bywa także ulotna, mglista i delikatna niczym dźwięki gamelanu skąpanego porannym opadem atmosferycznym. Od czasu do czasu opowieść zdobiona jest pewną konstrukcją rytmiczną, ledwie zasugerowaną, niemal filigranową. Domniemujemy, iż jest to efekt pracy rhodes. Całość przypomina wielką pajęczynę akcji i wystudiowanych interakcji, która płynie swobodnie, niespiesznie, dalece intrygująco. Dźwięki, jakie generuje Mayas wydają się tu być dramaturgicznym komentarzem, teatralnym chórem, stygmatyzującym, ale też porządkującym wydarzenia i studzącym emocje, jakie powstają na strunach i w dętych tubach. Tam bowiem dzieje się naprawdę wiele – preparowane frazy altu i klarnetu, mnogość akcji arco & pizzicato. Mniej więcej od trzynastej minuty narracja spowalnia, jakby zanurzała się w onirycznej chmurze niedopowiedzenia. Przyjmuje postać leniwej medytacji, która skrzy się urokliwym brzmieniem każdego z ośmiu instrumentów, doposażonym tajemniczym, niemal dalekowschodnim posmakiem.

Drugą kompozycję znów otwierają strunowce, tym razem wszakże w pozie post-perkusjonalnej. Klarnet i saksofon budują krótkotrwałe drony, a głosem decydującym zdaje się być gęsta plama harmonium, rozlewająca się po pełnym spektrum dźwiękowym spektaklu. Opowieść z jednej strony wydaje się być bardziej płynna, mocniej ustrukturyzowana, z drugiej znów tworzą ją plejady short-cuts generowane przez siedem instrumentów i masywny głos harmonium, które nie odzywa się często, ale gdy już wyda z siebie przeciągłe westchnienie, sieje popłoch na scenie i przywołuje wszystkich do porządku. Narracja skrzy się tu wyjątkową urodą, zarówno na poziomie nerwowych akcji oktetu, jak i wytłumionych, rozległych plam post-ambientu, jakie od czasu do czasu wytwarzają się jakby pomiędzy akcjami instrumentalnymi. Z nowych elementów warto odnotować drobne ekspozycje harfowe, które wnoszą do bogatego już arsenału artystycznych środków wyrazu pewien post-klasyczny sznyt. W okolicach szesnastej minuty opowieść napotyka na drobny fragment ciszy, po czym buduje się jakby od nowa. Szumią dęte tuby, szemrzą małe struny, a powrót harmonium, mimo tłustego brzmienia, wydaje się być teraz bardziej kojący. Finał utworu lepi się z drobnych fraz, które choć gasną, wciąż niosą ze sobą spory bagaż emocji.

 

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics (The Relative Pitch Records, CD 2024). Christine Abdelnour – saksofon altowy, Anthea Caddy – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Rhodri Davies – harfa, Magda Mayas - rhodes, harmonium, kompozycja, Zeena Parkins – harfa, Aimée Theriot-Ramos – wiolonczela oraz Michael Thieke – klarnet. Nagrane w różnych miejscach i momentach kosmicznej czasoprzestrzeni. Dwa utwory, 42 minuty.



wtorek, 23 kwietnia 2024

John Butcher +13! Fluid Fixations!


Ta ekscytująca informacja nie pojawiła się jeszcze na tych łamach, po prawdzie znają ją tylko stali bywalcy spontanicznych koncertów w pewnym poznańskim klubie, a także słuchacze audycji radiowej w jednym z internetowych mediów. Niezwykle miło jest nam donieść, iż headlinerem ósmej edycji Spontaneous Music Festival będzie John Butcher!

Legendarny, brytyjski saksofonista gościć będzie w Poznaniu przez trzy pełne dni, zagra kilka koncertów. Będziemy świętować jego siedemdziesiąte urodziny, a przy okazji jednego z występów celebrować trzydziestą rocznicę śmieci Johna Stevensa i bezpośrednio nawiązywać do wspaniałych idei będących fundamentami muzycznej aktywności tego ostatniego pod jakże niezapomnianą nazwą Spontaneous Music Ensemble.

Finałem poznańskiej imprezy, która odbędzie się w pierwszy weekend października, będzie koncert The Large Ensemble, który poprowadzi Butcher. Szczegóły tej operacji nie są jeszcze dokładnie znane, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wsłuchując się teraz w najnowsze wydawnictwo Johna będziemy w stanie wyobrazić sobie, co może zdarzyć się na deskach Dragon Social Club w pewną jesienną niedzielę w godzinach wieczornych.

Zaglądamy zatem na album Fluid Fixations, który konsumuje pomysł Johna na swobodną, delikatnie predefiniowaną improwizację grupową. Butcher odwołuje się w niej do psychologii, społecznego aspektu improwizacji, umiejętności wzajemnego słuchania i nade wszystko strategii kreowania rozbudowanych narracji całym, tu czternastoosobowym, podmiotem wykonawczym. Jego ansambl -zwany +13 - zawiera w sobie instrumentarium zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, a także garść gotowych, saksofonowych fraz, które wplątane zostały w zwoje kolektywnej improwizacji za pomocą gramofonów. Wielka rzecz, jakkolwiek by na to nie spoglądać, i którym uchem nie słuchać. Na ponad godzinę zegarową zapraszamy do wspaniałego świata muzyki Johna i jego wyśmienitych trzynastu przyjaciół. Welcome!



 

Koncert w dużym obiekcie sakralnym, w trakcie Festiwalu Muzyki Współczesnej w angielskim Huddersfield, zaczyna się dość żwawą narracją, podaną kolektywnie tworzonym strumieniem dźwiękowym. Po krótkim, perksujonalnym wprowadzeniu do gry wchodzą poszczególne frakcje orkiestry i formują flow gęsty od zdarzeń, pełny nerwowych interakcji i energii post-jazzu, definitywnie z dala od kameralnej retoryki. Opowieść buduje tu cały skład instrumentalny, co zdaje się być ważną decyzją dramaturgiczną kompozytora. Druga opowieść bazuje na akcjach w podgrupach, ciekawie konfrontuje głos z instrumentami dętymi, w tym saksofonowymi frazami podanymi wprost z … gramofonów. Oniryczna improwizacja ma w sobie pewną kameralną ulotność i filigranowość, ale nie jest pozbawiona wewnętrznego nerwu i psychotycznej nieokreśloności post-baroku. W trzeciej odsłonie koncertu, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, szczególnie dobitnie pracują obaj kontrabasiści. Rysują smyczkami głęboką bruzdę w ziemi, a reszta orkiestry, w tym szczególności perkusiści i orszak dętych, dbają o to, by każda fraza interferowała z niskim brzmieniem całości. Bogata tekstura narracji budzi tu mnóstwo skojarzeń dźwiękowych, głównie ornitologicznych. Klekotania, świsty, podmuchy gorącego powietrza i flow, który zdaje się cały czas narastać. Na tym etapie podróży szczególnie podobać się może krótka wymian zdań między wokalistką i saksofonistą.

Czwarta część budzi się do życia w tumanie intrygujących preparacji, które płyną od większości załogi. Swoje dokłada tu także wyjątkowo aktywna elektronika. Narracja gęsta, pełna energii, nasycona permanentnymi wymianami krótkich fraz. To najdłuższa na koncercie partycja, zatem znajduje się w niej sporo przestrzeni dla akcji w podgrupach. Na etapie rozwinięcia improwizacja ma kilka wyraźnych faz – najpierw, to wyjątkowo urokliwe strumienie mrocznych dronów sycących się estetyką post-chamber, potem imponujący powrót do short-cuts z paletą elektronicznych zdobień, wreszcie część finałowa, nasycona frazami saksofonisty, który wdaje się w dyskusje z dźwiękami syntetycznymi i ochoczo nastawionymi do życia perkusjonalistami. Piąta opowieść, jakby na przekór swobodzie poprzedniej części, sprawia wrażenie w pełni kontrolowanej akcji kameralnej, po części precyzyjnie dyktowanej nakazami kompozycji. Dźwiękowe plamy i cisza wybrzmiewania, efektowne wydechy i nerwowe podrygi. Całość wpada po pewnym czasie w stan rozhuśtania, po czym formuje się w końcowe crescendo. Szósta opowieść powraca do idei pracy z gotowym materiałem dętym. Tu aura zdaje się być jeszcze bardziej oniryczna niż w części drugiej. Elektronika, dęte westchnienia i szczypta szarpnięć za kontrabasowe struny.

Przedostatnia część, to kolejna kilkunastominutowa narracja. W roli inwokatorów zgraja instrumentów dętych, delikatnie podszczypywanych głosem. Całość lepi się tu w jednorodny strumień narracji nie bez wsparcia elektroniki. Szczególnie eksponowana jest teraz akcja puzonisty, swoje dokłada też pianistka, frazująca w dalece mrocznej poświacie, a krótkie ekspozycje prezentują kontrabasista mający oparcie w dwóch perkusjach i wokalistka, która rozmawia ze strunowcami. Akcja goni tu akcję, a dramaturgiczne adhd szczególnie udziela się skrzypcom i wiolonczeli. Początek ostatniej opowieści budują dęciaki, zwłaszcza saksofon i długie, pociągłe, dość mroczne frazy. W tle sączy się nieinwazyjna elektronika. Po niedługiej introdukcji orkiestra zwiera szyki i wystawia na czoło orszaku rozśpiewane instrumenty dęte. Nie trwa to jednak zbyt długo, albowiem opowieść niespodziewanie ginie w ciszy post-elektroniki i wybrzmiewających strun. Trochę gry na małe pola, kilka kameralnych westchnień, oniryczna aura tła i orkiestra może już zaczynać wspinaczkę na finałowe, dość łagodne wzniesienie, pełną wszakże smutku dogasającej opowieści. Ostatnia improwizacja trwa jednak do ostatniej sekundy i nie nosi szczególnych znamion pieśni pożegnalnej.

 

John Butcher +13 Fluid Fixations (Weight of Wax, CD 2024). Nagranie koncertowe zarejestrowane w St. Paul’s, Huddersfield Contemporary Music Festival, Anglia, listopad 2021. John Butcher – saksofony, nagrania, kompozycja, dieb13 – gramofony, Liz Allbee – trąbka, Sophie Agnel – fortepian, Hannah Marshall – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Pat Thomas - elektronika, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas, Ståle Liavik Solberg – perkusja, Matthias Müller – puzon, Isabelle Duthois – głos, klarnet, Pascal Niggenkemper – kontrabas, Aleksander Kolkowski - stroh viola, musical saw. Osiem części, 64:29.


 

piątek, 30 czerwca 2023

The Shrike Records’ new outfit: TRIM & TRWST


Londyński Shrike Records wystartował organizacyjnie ledwie dwa lata temu, a już ma w dorobku dwanaście albumów z muzyką improwizowaną. Co do zasady są to ekspozycje z udziałem lokalnych muzyków (na ogół … legend gatunku), zarejestrowane w … legendarnych klubach Londynu (choć od tej zasady są drobne wyjątki).

Nagrania Shrike śledzimy oczywiście z zapartym tchem i z radością donosimy o kolejnych wydawnictwach. Dziś czas na dwa albumy, które światło dzienne ujrzały minionej wiosny. Intrygujący personalnie kwartet z dość świeżą datą rejestracji i duet sprzed dziewięciu lat (nagranie było już dostępne w sieci). Obie płyty z dużą rekomendacją redakcji, choć po prawdzie, ta starsza z odrobinę większą! Welcome!




TRIM

Kwartet złożony ze świetnie znanych artystów, zarówno tych dość jeszcze młodego pokolenia, jak i prawdziwych weteranów, przynosi nam sporo niespodzianek, głównie w zakresie użytego instrumentarium. Kontrabasista Dominic Lash sięga tu bowiem po gitarę elektryczną, a Phil Durrant, najczęściej kojarzony ze skrzypcami, często wspomaganymi elektroniką, bierze na warsztat syntezator modularny. Saksofonistka Rachel Musson i perkusista Steve Noble dla odmiany nie zaskakują i grają na swoich tradycyjnych instrumentach. Album zawiera nagranie koncertowe, na które składa się set główny podzielony dla wygody odsłuchu na trzy części i efektowny encore. Improwizacja prowadzona w dalece kolektywnym stylu często zasadza się tu na wzajemnych interakcjach instrumentów z prądem, ale i te akustyczne mają swoje do udowodnienia, co czynią nad wyraz skutecznie.

Początek koncertu nosi znamiona tzw. improwizacyjnej rozgrzewki, ale artyści prowadzą ją w dość żwawym tempie, o co dba szczególnie drummer. Intro czynione jest tu we trójkę, albowiem saksofonistka dołącza dopiero po upływie dwóch minut. Narracja nabiera cech free jazzowego bujania z jazz-rockowymi zdobieniami. Płynie linearnie (brawo Noble!), choć cechuje ją duża zmienność akcji. W sytuacji incydentalnego zwolnienia tempa swoje trzy błyskotliwe grosze dokłada saksofonistka. Drugą część seta głównego otwiera syntezator, który formuje chmurę elektroniki mając u boku gitarowe i werblowe subtelności. Saksofon znów pojawia się w grze po chwili wytchnienia. Narracja pełna tu jest rezonujących, a także dronowych ekspozycji. Pęcznieje wszerz, toczy się bowiem w dość leniwym tempie, bogacona perkusjonalnymi preparacjami.

Artyści bez zbędnej zwłoki przystępują teraz do najdłuższego odcinka seta. Kontynuują wątki zapoczątkowane w poprzedniej części, nadając im więcej jazzowego feelingu. Syntezator sieje trochę fermentu, saksofon ciągnie kwartet ku free jazzowi, z kolei gitara i perkusja wydają się być pogrążone w nostalgicznym suspensie. Improwizacja nabiera wigoru dzięki gitarze, która frazuje niczym bas i dynamicznemu drummingowi po talerzach. O emocje dba także syntezator. Opowieść wspina się na efektowne, ale dość krótkotrwałe wzniesienie, po czym zanurza się w elektroakustycznej, onirycznej aurze spowolnienia. Całość zaczyna smakować hippisowskim post-fussion. Kolejne emocje znów  płyną z mocy gitary, która odnajduje rockowe pokłady energii. Podobnie rzecz się ma z saksofonem. Narracja znów podlega ciągłym zmianom, przez moment nabiera tanecznego charakteru, przez kilka chwil jest też solową ekspozycją saksofonu. Końcowa faza seta głównego kipi kreatywnością perkusisty, a zgaszona zostaje spokojnym śpiewem saksofonu.

Koncertowy bis początkowo stacjonuje w chmurze dźwięków preparowanych, delikatnych, niekiedy wręcz minimalistycznych. Po kilku pętlach saksofon i jazzowo nastawiona gitara budują wątek, który najpierw zdaje się nosić znamiona pożegnalnej ballady, potem przybiera nieco bardziej ekspresyjne szaty. Syntezator mąci spokój, a gitara efektownie sprzęga. Nerwowy, emocjonujący finał dobrze reasumuje cały koncert.




TRWST

Duet Steve’a Beresforda, legendy sceny free jazzowej i dobrze już utytułowanej skrzypaczki Angharad Davies także stawia na niespodzianki. Znów krążą one wokół użytego przez artystów instrumentarium. Albumowe credits w ogóle nie zabiera w tej kwestii głosu. Jakie instrumenty uczestniczą w grze, możemy jedynie domyślać się bazując na odsłuchu i ewentualnie posiłkować zdjęciami z sesji nagraniowej, jaka miała miejsce w Walii, w małym obiekcie sakralnym. Płyta trwa prawie godzinę zegarową, przynosi całe mnóstwo wyjątkowych dźwięków, bystrych interakcji i zadziornych dyskusji małego strunowca Davies z tajemniczym i rozbudowanym instrumentarium Beresforda. Ten drugi, jak to miewa w zwyczaju, przeładowany jest pomysłami, ale też, znając jego wiele niepianistycznych albumów, nie sposób nie stwierdzić, iż swój artystyczny temperament tym razem trzyma mocno w ryzach. Innym słowy, mimo kilku przegadanych chwil, album śmiało uznać możemy za wyśmienity!

Już pierwsza opowieść stawia poprzeczkę oczekiwań bardzo wysoko. Beresford na wejściu kreuje setki pytań – brzmi niczym masywny, preparujący … perkusista! Davies na stronie wypuszcza drobne, także preparowane frazy i gubi je w pogłosie otoczenia. Akcje dynamiczne, jak i akcje na zaciągniętym ręcznym – dialog Pięknej i Bestii kończy swój żywot w urokliwej chmurze ambientu. Druga ekspozycja jest partią solową na organach, które brzmią matowo, szorstko, jakby filtrowane gęsta kotarą. Trzecia improwizacja znów wynosi nas na szczyty akustycznych wspaniałości. Davies zaczyna w pozycji bezdźwięcznej, potem buduje drony, z kolei Beresford gniecie przedmioty i wydaje tajemnicze, post-akustyczne odgłosy. Narracja balansuje tu między ciszą, a potencjalnym hałasem. Być może w użyciu jest balon, ugniatany na strunach piana. Skrzypce kontrapunktują niemal perkusyjnie. W czwartej odsłonie powraca brzmienie organów, którym bliżej do akustyki akordeonu. Całość pachnie post-klasycyzmem na sterydach. Przez moment wszelkie dźwięki zdają się wzajemnie imitować.

Piąta improwizacja, to kolejna gra w preparowane frazy i wyjątkowo zmyślne interakcje. Trochę mechaniki tarcia, trochę kocich pisków, pojawiają się dźwięki przypominające inside piano, a nawet frazy grane nieśmiało na klawiaturze. Szósta opowieść minimalistycznymi metodami buduje coś na kształt meta ambientu. Małe zgrzytanie zębami, rezonujące dźwięki i kolejna porcja tajemniczych fonii, to elementy naruszające linearny ład opowieści. Swoje dodaje też elektronika, brzmiąca dość analogowo, skrzypce z kolei wyjątkowo urokliwie preparują. W fazie końcowej utworu zdaje się, że Beresford ma w rękach dziecięce zabawki. Finałowa improwizacja ocieka zmysłowym post-barokiem, efektownie tłumiąc emocje. Skrzypce pięknie frazują w estetyce muzyki dawnej, a organy sycą opowieść kolejną porcją melodyki.

 

Dominic Lash, Rachel Musson, Phil Durrant & Steve Noble TRIM (CD 2023). Dominic Lash – gitara elektryczna, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Phil Durrant – syntezator modularny oraz Steve Noble – perkusja, talerze, perkusjonalia. Koncert zarejestrowany w Cafe Oto, Londyn, styczeń 2022 roku. Cztery improwizacje, 47:45.

Steve Beresford & Angharad Davies TRWST (CD 2023). Angharad Davies – prawdopodobnie skrzypce oraz Steve Beresford – prawdopodobnie upright piano, organy, obiekty, elektronika. Nagrane w miejscu zwanym Lle Ceif Capel y Graig Artspace, Ffwrnais/ Furnace, Ceredigion, październik 2014 roku. Siedem improwizacji, 54:44.



 

wtorek, 31 maja 2022

Butcher, Davies, Davis, Lash & Lazaridou-Chatzigoga! Nodosus!


W Londynie gościmy z trybunowym piórem bardzo często, na ogół lokując się w Cafe Oto! Tak się ostatnio składa, iż zaskakująco często sięgamy wtedy po nagrania zarejestrowane w roku 2017! Do tego na scenie dość regularnie pojawia się John Butcher, master of the masters, saksofonista, którego każdy krok śledzimy z zapartym tchem! Jest też młody, ale bardzo aktywny label Empty BirdCage, prowadzony przez gitarzystę Daniela Thompsona, którego każde ujawnienie reasumowane jest na tych łamach wieloma zgrabnymi metaforami! Here We are! Przed nami płyta, która łączy wszystkie zarysowane wyżej wątki, a zwie się Nodosus!

 


Piątka muzyków, dwie Panie i trzech Panów, zaprasza nas na spektakl udręczonego, ale niezwykle zmysłowego post-chamber! Wprost na małą, klubową scenę, na której każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk ma dramaturgiczne znaczenie i istotnie przyczynia się od efektu całości. Świszczące smyczki na strunach, pomruki niskich częstotliwości, oddychające tuby i pracujące leniwie wentyle, wreszcie pulsujące serce zithera – wszystko formuje się tu w krótsze lub dłuższe frazy, pęcznieje, rogowacieje, ale nigdy nie wiotczeje! Maszyna improwizacji, co pewien czas nabierająca lekkiego, elektroakustycznego posmaku, zdaje się płynąć całą szerokością sceny, głęboko oddychać chłodnym powietrzem, stawiać znaki zapytania i sycić narrację dramaturgicznymi niespodziankami. Pojedyncze dźwięki lepią się tu w pary, tria lub płyną spokojnym, ale nerwowym strumieniem kolektywu, niezmiennie na fundamencie gęstego strumienia basowego smyczka. Tajemniczy zither, pracujący w tle, ciekawie dopowiada frazy, sieje dodatkowy niepokój, czasami sam stając się tu brzmieniową zagadką. W połowie pierwszego seta narracja jeszcze silniej popada w mroczna zadumę. Dźwięki czyste i praparowane łączą się tu w jeden oddychający organizm. Mozolna praca pcha ów akustyczny twór na drobne, ale jakże urocze wzniesienie. Drony niskich częstotliwości wypychają ku górze frazy preparowane, bardziej ulotne. Na zakończenie seta mamy wrażenie, że wszystko tu drży i niespodziewanie łapie pewien meta rytm. Ostatnie dźwięki zdają się być najważniejszymi w trakcie całej improwizacji.

Set drugi, w swej fazie początkowej, budowany jest ze strzępów fonii. Skrzypce niczym szeleszczące papierki, leniwe smyczki i pozatykane tuby dęciaków. Szumy, szmery i głębokie westchnienia. Z owych detali muzycy formują intrygujący strumień dźwięków, rozrastający się niczym małe, kolektywne crescendo. Wszystko tu rezonuje, ale i płynie z elektroakustycznym backgroundem, którego źródła pochodzenia wciąż nie udało nam się ustalić. Parada niespodzianek, dobrze ze sobą skorelowanych, inteligentnie przemyślanych, szuka drogi wyjścia, znów niesiona dramatyzmem basowego drona. Kontrabas przez moment zostaje na scenie sam i oddycha wyjątkowo ciężko. Nowe frazy płyną teraz wyłącznie długimi, rezonującymi strumieniami dźwiękowymi. Czuć swąd palonej sierści, słuchać odgłosy zakładu rzemieślniczego. Pojawiają się incydentalne piski i zgrzytania zębami. Po podłodze snuje się wiotka strużka hałasu. Improwizacja nadyma się, płynie coraz szerszym strumieniem, pęcznieje, by w 20 minucie nagle … pogrążyć się w całkowitej ciszy.  Z mroku niepokoju dobywają się teraz filigranowe frazy strunowe, dźwięki syczącej trąbki i pomruki basu. Każdy dokłada tu coś nowego, niektóre instrumenty męczą się same ze sobą, inne skore są do podśpiewywania. Narracja wydaje się gęsta, choć jest lekka, sprawia wrażenie dość głośnej, choć syci przestrzeń oddechami ciszy. Coraz więcej fonii określić tu winniśmy mianem fake sounds. Tajemnica, półmrok na scenie i oczekiwanie na wielki finał. Piękne, skrzypcowe preparacje płyną teraz posadowione na dronie wykreowanym przez pozostałe instrumenty. I znów zakończenie improwizacji stanowi jej najlepszą część. Why not!

 

Butcher/ Davies/ Davis/ Lash/ Lazaridou-Chatzigoga Nodosus (Empty Birdcage Records, CD 2022). John Butcher – saksofony, Angharad Davies – skrzypce, Matt Davis – trąbka, Dominic Lash – kontrabas oraz Dimitra Lazaridou-Chatzigoga – zither. Nagrane w Londynie, Cafe Oto, grudzień 2017. Dwie swobodne improwizacje, 52:12.



czwartek, 7 lutego 2019

John Butcher! Four of the kind!


John Butcher, to saksofonista wyjątkowy - wiedzą o tym wszyscy, którzy choć trochę interesują się  współczesną muzyką swobodnie improwizowaną. Tą współczesną, liczoną mniej więcej od czterech już dekad. Na łamach Trybuny pisaliśmy o nim wielokrotnie, pilnie także śledzimy wszystkie jego nowe wydawnictwa.

Butcher rocznie dostarcza nam 6-7 nowych płyt. Rok 2018 nie był w tej dziedzinie wyjątkiem. Jak się okazuje, nie wszystkie ubiegłoroczne premiery zostały tu skomentowane, zatem ostatni to niemal dzwonek, by nadrobić zaległości. Dodajmy, bo to ważne, iż druga z recenzowanych poniżej płyt znalazła się na redakcyjnym best of 2018.

Nim pochylimy się nad czterema produkcjami Johna z ubiegłego roku, warto dodać, iż już w styczniu bieżącego roku, jego dorobek artystyczny powiększył się o dwa – zapewne smakowite - duety:  z Joe McPhee i Rhodri Daviesem. Zapewne niebawem trafią one także przed oblicze Czytelników tej strony.




John Butcher/ Philippe Lauzier/ Éric Normand  ‎How Does This Happen? (CD, Ambiances Magnétiques )

Zaczynamy od kompilacji dwóch kanadyjskich koncertów Butchera, jakie miały miejsce w kwietniu ubiegłego roku w Ottawie (General Assembly) i Montrealu (Galerie B-312). Saksofoniście (tradycyjnie sopranowy i tenorowy) towarzyszą w nich Philippe Lauzier na klarnecie basowym i Éric Normand na basie elektrycznym. Płyta składa się łącznie z dziesięciu części i trwa 46 minut bez pięciu sekund.

En Consequence (1-5). Spokojne, dęte strumienie dźwięków, szum i rodzaj meta ciszy w strefie, za którą odpowiada Normand. Muzycy rozmawiają długimi zdaniami, chętnie repetują i poszukują rezonansu. W 3 minucie docierają do nas pierwsze dźwięki basu podłączonego do prądu, które brzmią jednak zaskakująco akustycznie. Klarnet basowy prycha szumem, zaś spod gryfu basówki wydobywają się quasi perkusyjne półdźwięki, które w połączeniu z brzmieniem mocnych strun, tworzą intrygujący zestaw tarć i obcierek metalu o metal (co zresztą stanie się elementem charakterystycznym dla tego tria). Sama narracja toczy się jednak bardzo subtelnie, sopran Butchera kwili jak sroczka, struny basu inteligentnie szukają indywidualnej melodyki. Po chwili edytorskiej ciszy, klarnet wysokim pasmem otwiera bardziej sonorystyczny wymiar koncertu. Kolejne akcenty percussion, trele Butchera (jego znak rozpoznawczy!), szczypta imitacji z klarnetem. I rytm powstały w skutek uderzenia o struny. Trzeci odcinek zaczyna się w głębinach ciszy, z mocą skupienia, koncentracji na detalach. Drżenie basu, metal na strunach, suche, posuwiste półdrony dęciaków. Pierwszy w tango idzie, to nie zaskoczenie, sopran. Klarnet rezonuje i czeka na swój moment, na trzeciego wchodzą kind of percussions, całość zaś brnie dalej doskonale nam znaną metodą call & responce. Kolejny fragment kontynuuje te eksploracje – drony i moc elektroakustyki na basie.  Brawo! John chwyta się urywanych fraz i jeszcze podkoloryzowuje obraz całości. Filigranowa, zwinna i jakże bystra narracja trzech strumieni fonii. Finałowy odcinek pierwszego koncertu także wyłania się z ciszy, muzycznego niebytu. Talerzowy rezonans z basu (!), krótkie frazy dęciaków. Po chwili krok w wysokie drony, po czym zejście na kolana. Co za dialog!?!

Par Irruption (6-10). Klarnet bardzo basowo, sopran w repetycji, na poły akustyczne perkusjonalia wprost z gryfu. Wciąż filigranowo, na wdechu, bardzo wszak stylowo i wyraziście. Także odrobina kameralistyki i niebanalnego minimalu. Dużo wyrafinowania i dyscypliny. Po ułamku ciszy, próba stąpania na palcach, suchość w ustach saksofonu, ale niepozbawiona drobin melodyki. Bas, jak to nie bas – kolejna porcja skrzących się półprądem perkusjonalii.  Początek następnego fragmentu obwieszcza dudnienie tego ostatniego. Drżenie i szum klarnetu, małe drony saksofonu. Masywna, dryfująca w nieznane opowieść. Cicha, tłumiona, ale niepokojąca dramaturgia zaniechania. W kolejnym odcinku dęte idą w strzelisty rezonans, intensywność narracji rośnie o ćwierć punktu pomiarowego. Dłuższe pasaże, klarnet i saksofon z delikatną skłonnością do hałasowania. Przy okazji, nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji w ramach tria! Świetne reakcje, dramaturgiczna kompatybilność.  Czujny rezonans, wysoki klarnet, obok call & responce basu i tenoru. Potem repetycja tego pierwszego i piękne akustycznie trele tego drugiego. Miłosne całusy i macanki. Finał drugiego koncertu kontynuuje poprzedni wątek – drżenie i trzaski, szorstka, potrójna pieśń pożegnalna. Bas wchodzi w ciekawe sprzężenia, tenor incydentalnie się eskaluje. Ostatni dźwięk wieńczy dwa doskonałe koncerty, które – nie wiedzieć czemu – podzielone zostały na separatywne odcinki, odbierając całości posmaku większego dramatyzmu scenicznego.




Eddie Prévost/ John Butcher  Visionary Fantasies (CD, Matchless Recordings)

Czas na prawdziwe spotkanie na szczycie! Eddie Prevost na perkusjonaliach i John Butcher na sopranie i tenorze. Kwiecień 2018 roku, scena londyńskiego klubu IKLECTIK. Panowie spędzą tam prawie 70 minut (plus ewentualne przerwy); najpierw zagrają sety solowe, potem zaś zewrą szyki w duecie. Na krążku CD koncert został podzielony na sześć fragmentów.

Na początek dwa odcinki solowe saksofonisty. Zaczynamy od tenorowego – krótkie, repetujące frazy, silnie uwypuklające brzmienie instrumentu. Tuż po nich dłuższe półdrony, podawane cudownym tembrem – drżenie i masywne bąbelkowanie, któż inny potrafiłby wydawać z instrumentu dętego, drewnianego takie dźwięki?! Wdechy, wydechy, przedechy! Akustyczne pociski dużej mocy! Na kolejnym wydechu masywny dron. Drugi, krótki odcinek solowy Johna skoncentrowany jest na małych, sopranowych frazach, które bez trudu łapią melodykę i smak ukojenia. Po kilku chwilach rozlewają się szerokim strumieniem butcherowego blichtru. Po ułamku ciszy, czas na solową ekspozycję Eddiego (tu niemal 20 minut!) – wielki talerz, smyczek i … dźwięki z miasta. Szybki i zdecydowany krok w kierunku niemal harsh-acoustic (talerz aż płonie od pocierania), co przy okazji pozwala skutecznie stłumić wątek niespodziewanego field-recordings. Mistrzowskie panowanie nad czasem, przestrzenią i dźwiękiem, czyli Prevost w modelowej wręcz formie. Niebywale bogata paleta różnorodnych pasm fonii, generowana przy użyciu bardzo skromnego instrumentarium – oto kolejny przyczynek do umieszczania muzyka w galerii sław improwizacji. Zdaje się, że sam muzyk czuje niebywałą dyspozycję dnia i ciągnie solową ekspozycję naprawdę najwyższym wzgórzem. Recenzent jest niemal pewien, iż ten koncert, to być może najlepszy fragment dzieła życia muzyka na przestrzeni ostatnich lat! Po chwili eksploruje swój wielki bęben basowy, który zaczyna brzmieć niczym upalony dęciak, tu wspierany armią małych talerzy i innych metalowych przedmiotów, które tańcząc na jego powierzchni, kreatywnie rezonują. Incredible post-industrial & post-electronic full acoustic mashinery!  W 13 minucie powraca do dręczenia wielkiego talerza, jednocześnie pozwalając długo i systematycznie wybrzmiewać bębnowi. Wielka repetycja, jakby szła z niewidzialnego sekwensera. Niebywałe! 17 minuta, to bystry stopping i zejście w ciszę. Talerze lśnią wysoką fonią.

Oddech powietrza, uzupełnienie płynów i czas startować z koncertem duetowym. Trzy spójne, równie efektowne ekspozycje. Wizualne fantazje … o dźwiękach! Ambientowe intro na małych talerzach, drobna kipiel w tubie saksofonu. Dialog w wysokich tonach - ptasi zaśpiew sopranu i drżenie talerzy na poziomie tolerancji naszego słuchu. Mała imitacja i kolejna porcja nowych dźwięków, na które stać być może tylko tych dwóch muzyków. Dużo igraszek z ciszą, tłumionych, stopowanych wypowiedzi, sonorystyczne inkrustacje. Zdaje się, że sporo dzieje się tu wedle woli Prevosta, podczas gdy Butcher przyjmuje rolę pokornego realizatora, co nie czyni – rzecz jasna – całej improwizacji choćby odrobinę mniej doskonałą. Druga część duetu rodzi się w tubie tenoru, przy wtórze rezonujących talerzy – piękna klasyka dla tych akurat muzyków. Niemal ambientowa porcja dźwięków. W 5 minucie kolejny dowód rzeczowy na kosmiczne kompetencje Johna na saksofonie sopranowym. Obok drony Eddiego – full dark ambient! What a game! Zaraz potem błyskotliwy up! Cyrkulacyjny tenor i powrót do ambientu. Mantra z tuby i grzmoty z talerza na wybrzmieniu. Czas na finał niesamowitego wieczoru w IKLECTIK. Smyczek na rancie talerza, trele z tenoru - wysoka, gęsta faktura narracji. Outside and inside, chwilami nawet dość głośne, na granicy akustycznego przesteru. Noise acoustic! Ostatnia prosta staje się niespodziewanie najgłośniejszym fragmentem całego koncertu.




Common Objects  ‎Skullmarks (CD, Meenna)

Idea elektroakustycznej formacji Common Objects zrodziła się w głowach trzech muzyków, jednakże na jej trzeciej płycie pojawia się ich aż sześcioro – i bardzo dobrze! A zatem ojcowie założyciele: Lee Patterson – elektronika, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Rhodri Davies – harfa (także elektryczna) oraz element napływowy: Pat Thomas – elektronika i dwie skrzypaczki - Angharad Davies i Lina Lapelytė. Swobodna improwizacja sekstetu stanowi jeden ciąg dźwięków i trwa 37 minut bez kilkunastu sekund. Nagranie zarejestrowane w Pitt Rivers Museum, w Oxfordzie, w marcu 2016 roku.

Szum dużej przestrzeni muzealnej (recenzent nie ma pewności, czy znajdują się w niej także słuchacze), pomruki z tuby saksofonu, szelest wilgotnych strun harfy i skrzypiec. Są sygnały, są i odpowiedzi. Piłowanie i polerowanie strun, przedmuchiwanie dysz, obok mały puls, szczypta repetycji oraz milcząca elektronika. Narracja delikatnie narasta niczym bukiet perkusjonalii. Jest wewnętrznie przesiąknięta czymś na kształt powykręcanego rytmu. Od dołu rodzi się mały dron elektroniki, towarzyszy jej świst upalonych ptaków w locie wznoszącym. Saksofon podparty siłą bajtów potrafi czynić cuda! W 7 minucie muzycy proponują pierwszy zwrot dramaturgiczny – burczenie niskiego pasma elektroniki, rozbudzony saksofon na dużym pogłosie i skwierczenie na kablach. W 10 minucie stopowanie wprost w ciszę i kolejny zwrot akcji – harfa pod prądem, tudzież niedefiniowalna elektroakustyka. Bardzo stylowa narracja, choć mocno podporządkowana frakcji syntetycznej. Idzie ku gęstemu, smakuje wręcz industrialnie. Moc tajemniczych dźwięków, saksofon, który szuka przestrzeni i pizzicato harfy. Mocny akcent ze strony skrzypaczek, konwulsyjny, ale i taneczny. Narastający paternalizm elektroniki, która wchodząc jednak w bystry dialog z jednym z małych strunowców, ratuje demokratyczny ład sekstetu. Dobre wejście szorstkiego saksofonu, jak się okazuje, ma także wymiar relacyjny. 25 minuta - znów gęsto od smaru i oleju, krzyku maszyn i szumu urządzeń suwnicowych. Trochę hałasu i drony harfy, puls dęciaka, trzaski pękających kabli. Jakże intensywny moment spektaklu! Po kolejnych paru chwilach, zwinne wybrzmiewanie skrzypiec i pulsacja wystudzonej elektroniki. Flow znów się piętrzy, emocje narastają, warstwa na warstwie, a saksofon przyjmuje rolę wisienki na torcie. Sam proces finalizacji nagrania przejrzysty, bardzo akustyczny, zmysłowy, nawet odrobinę oniryczny. Piękno dętego dźwięku, smak strun, pogłos i rezonans. Szum ciszy po całkowitym wybrzmieniu.




John Butcher  Made to Measure (DL bandcamp)

Cytując samego muzyka, płyta zawiera kolekcję solowych nagrań na multiplikujące się saksofony, feedback, intonaroumori (cokolwiek to jest…), zbiory dźwięków i coś jeszcze. Zarejestrowane w różnych okolicznościach przyrody, w latach 1998-2017. Mały pamiętnik podróżnika dźwiękowego – dodaje recenzent. Sześć kompozycji (!), łącznie 37 i pół minuty.

One. Tenorowa multifonia, cztery, może pięć strumieni dźwiękowych. Piękna, błyskotliwa, pełna fajerwerków ekspozycja. Zdaje się, że każdy z saksofonów traktowany jest przez muzyka trochę inną techniką. Czasami łączą się w pary lub w tria, dynamicznie szukają eskalacji. Two. Post-elektronika, szukanie feedbacku, sonorystyka, drżenie i rezonans, także charczące amplifikatory. Mutujące się szmery z tuby, prawdziwe bogactwo fonii! Three. Sample z gorącej pustyni. Sopran płynie powoli, lekko zabrudzając swoje brzmienie. W tle plądrofoniczny dźwięk zepsutego gramofonu. Saksofon zdaje się schodzić do głębokiej studni, a cyrkulacyjny oddech Johna dodatkowo wzmaga poziom emocji. Taneczny flow, moc suchych, dalekowschodnich zaśpiewów. Garść dziwnych dźwięków, świdry z tuby, jakby gitara popadająca w bezmiar kosmicznego rezonansu. Na to wszystko nakłada się czysty dźwięk tenoru! Whaw! Techno impro sax! A w tle nieomal Asian Dub Foundation!

Four. Śpiew ptaków, struny, trzaski na kablach, zgnioty, chory saksofon w gęstej mgle. Szelest mokrej ciszy. Total free experiment! Żywa elektronika u stóp syntetycznej … akustyki, what ever you want! Saksofon w szponach nadproduktywnego środowiska elektroakustycznego. Five. Syntetycznie brzmiąca akustyka saksofonu, zdaje się, że to cuda post-produkcji. Oniryzm i post-post-elektronika.  Six. Chropowaty tembr bulgoczącego ciekłym olejem saksofonu. Znów multiplikacja, kilka instrumentów, z których jeden rysuje połać nieba, inne prychają, a jeszcze inne polerują dno piekła. Po 5 minucie więcej czystych ekspozycji, a sam finał tej niezwykłej kolekcji nagły, niespodziewany jak śmierć na środku pustyni.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań dziś zrecenzowanych.