Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jérémie Ternoy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jérémie Ternoy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2026

Jérémie Ternoy & Ça commence par la marche!


Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.

W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje, trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna, jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive, minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto zapamiętać rok.

 


Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.

Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części, są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte. Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon. Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.

Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion. Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african fussion!

Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje ujście – najpierw stygnie, potem umiera.

 

Jérémie Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy – fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes – euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon. Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens) oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść w sześciu odcinkach, 50 minut.




piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


wtorek, 22 października 2024

The Circum Disc’ new outfit: Psychedelic Jelly! The Book of Pig!


Francuski label Circum-Disc, zawiadywany przez doskonałego perkusistę i perkusjonalistę Petera Orinsa, dawno temu osiągnął już kosmiczny poziom swoich produkcji, zatem bez cienia zdziwienia donosimy o dwóch kolejnych, improwizowanych petardach, pełnych jakości, zdrowych emocji i świetnych kooperacji. Na liście wykonawców same znane postaci związane z wydawnictwem. Cieszymy się, że w tym gronie – nie po raz pierwszy – odnajdujemy Paulinę Owczarek.

Dodajmy, iż nowe dźwięki z Francji docierają do nas dzięki tradycyjnej już kooperacji Circum-Disc z kanadyjskim Tour De Bras (a nie jest to jedyna kolaboracja w tym przypadku). Bez zupełnie w tym wypadku zbędnej zwłoki zapraszamy do odczytu/ odsłuchu dwóch nowych winylowych płyt w logotypem CD!



 

Psychodelic Jelly

Peter Orins, Ivann Cruz i Jérémie Ternoy muzykują pod szyldem Toc od wielu lat, świetne znamy wszystkie ich produkcje (zarówno w wersji akustycznej firmowanej samymi nazwiskami, jak i elektrycznej pod przywołaną nazwą własną). Muzycy niejednokrotnie grali w Polsce, nie ominęli jednej z edycji Spontaneous Music Festival, a onegdaj, na tych łamach, ich elektryczna odsłona została porównana do rockowej legendy The Doors, z nieco prowokacyjnym stwierdzeniem, iż tak oto graliby ci ostatni po śmierci Morrisona, gdyby postawili wyłącznie na improwizację. Jesienią ubiegłego roku do Toc dołączyła krakowska saksofonistka Paulina Owczarek, dzięki czemu powstało nagranie, nad którym obecnie pochylamy nasze uszy.

Toc, jak to ma w zwyczaju, zaczyna swój spektakl w ciszy, w pajęczynie mikro interakcji, w pozie drobnego rozhuśtania, by po procesie wielominutowego dojścia, skonać w ogniu psychodelicznej, gitarowo-fenderowo-perkusyjnej ekspozycji. W wersji kwartetowej nie ma specjalnych zaskoczeń, może jedynie droga do stanu kulminacji jest bardziej rozciągnięta w czasie, przyozdabiana wieloma brzmieniowymi niuansami, nie bez znaczącego udziału polskiej saksofonistki. Ta ostatnia pomiędzy typowe dla Toc frazy perkusjonalii, fenderowych plam i gitarowych półakordów wplata subtelne, saksofonowe preparacje. Muzycy osiągają bardziej zaawansowane stadium podróży mniej więcej wraz z upływem dziesiątej minuty improwizacji, która wypełnia pierwszą stronę czarnego krążka. Jak zwykle bazę rytmiczną kreuje tu perkusista, ale w tym obszarze zadania ma każdy z wykonawców, szczególnie pianista i jego niskie pasma. Ten ostatni z czasem daje improwizacji niemal rockowy drive, przy okazji nie zapominając o budowaniu psychodelicznego backgroundu. W stadium rytualnego szczytu, w pozie rytmicznej odnajdujemy już wszystkich. I zdaje się, iż każdemu, tudzież każdej w tej roli jest wyjątkowo po drodze.

Druga improwizacja zdaje się wymagać jeszcze bardziej żmudnych prac przygotowawczych. Na etapie rozruchu saksofonistka i perkusjonalista preparują, a o ambientowe tło dbają master of fender i gitarzysta. Powstaje z tego gęsta zawiesina, która zostaje systematyczne nasączana rytmem, najpierw perkusji, potem gitary i piana, na końcu saksofonu. W przeciwieństwie wszakże do części pierwszej dramaturgiczny suspens (ów moment błyskotliwego zawahania) trwa niemal do końca dwunastej minuty ekspozycji, która i tak jest o kilka chwil krótsza od pierwszej. Tym razem improwizacja narasta zdecydowanie wolniej i po prawdzie nie osiąga szczególnej intensywności - grana jest na wydechu, z dużą swobodą i nieskrywaną radością współtworzenia. Szczególnie urokliwa jest tu ambientowa finalizacja, która trwa więcej niż kilkadziesiąt sekund. Ostatnie słowo należy wszakże do Petera i Pauliny.



 

The Book of Pig

Spotkanie Petera Orinsa z czeskim trębaczem i elektronikiem Petrem Vrbą ukryte zostało pod zagadkową nazwą Kesherul Neg Pineg, a zatytułowane Księga Świni. Zawartość muzyczna jest jeszcze bardziej intrygująca, mimo drobnych ambiwalencji wynikających z faktu, iż Vrba dostarcza nam tu więcej dźwięków syntetycznych, tudzież elektroakustycznych niż fraz samej trąbki. Nasza podróż, i tym razem, rozciągnięta została na dwie strony czarnego krążka.

Nagranie otwiera plama delikatnego ambientu, obtoczona strumieniem szeleszczących talerzy. Wokół tworzy się natychmiast chmura onirycznego rezonansu, a całość przybiera mroczne barwy, tkana zarówno nieinwazyjnymi porcjami elektroniki, jak akustyką drżących, perkusjonalnych drobiazgów. Z czasem w zgrabnie uformowanym, elektroakustycznym dronie zaczynają pojawiać się pierwsze akcenty perkusyjnego rytmu. Akcja goni tu akcje, choć całość – definitywnie linearna -wydaje się dość leniwa i nie skora do eskalowania dynamiki. W drugiej połowie ponad 23-minutowej improwizacji po raz pierwszy słyszymy dźwięki kojarzące się z trąbką i jej akustyczną powłoką. Opowieść nabiera teraz jeszcze więcej rytmu w żagle, choć nadal wydaje się lekka, nieukorzeniona. Dopiero pulsujące pasma basowe w fazie finalizacji powodują, iż improwizacja nadyma się i nieznacznie gęstnieje. Choć kona pozbawiona znamion perkusyjnego rytmu.

Druga odsłona lepi się w fazie początkowej ze strzępów dźwięku, ledwie słyszalnych ochłapów fonii. Trąbka pulsuje elektroniką, skromny drumming po talerzach rozsiewa pierwsze zalążki struktury rytmicznej. Opowieść, mimo, iż cicha i ulotna, efektownie rozbudowuje się zawłaszczając coraz więcej potencjalnego spektrum dźwiękowego. Każdy element tej gry zdaje się być z jednej strony akustyczny, z drugiej nasączony wywarem syntetyki, bezwzględnie zaś każdy niesie w sobie źdźbło rytmu. W drugiej fazie improwizacji akcenty zostają na pewien czas przesunięte w kierunku akustyki. Trąbka tonie w spazmach, perkusja rozwarstwia się niczym skrzydła nietoperza. Flow traci na intensywności, ale nie gubi walorów rytmicznych. Z czasem znów nabiera syntetyczności - nawet efektowne obcierki na werblu brzmią jak z kabla. Przez moment wszystko przypomina odgłosy maszyny parowej. Po drobnym przesileniu improwizacja dogorywa w gęstej strudze ambientu, doposażanego sporą porcją fraz akustycznych. Końcowe słowo, a jakże, należy do tych ostatnich.

 

Toc & Paulina Owczarek Psychedelic Jelly (Circum-Disc, Tour de Bras, Do It Youssef & Les Clampins d’Abord, LP 2024). Paulina Owczarek – saksofon altowy, Jérémie Ternoy - Fender Rhodes, Piano Bass, Ivann Cruz – gitara oraz Peter Orins – perkusja. Nagranie koncertowe, Ronchin, Francja, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 42 minuty.

Kesherul Neg Pineg The Book Of Pig (Circum-Disc, Tour de Bras & Do It Youssef, LP 2024). Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w Ronchin, Francja, czas nieznany. Dwie improwizacje, 46 minut.

 



piątek, 24 maja 2024

Peter Orins in two Circum Disc’ Trios!


Dokładnie w ostatni dzień maja swoje światowe premiery będą miały dwa kolejne wydawnictwa francuskiego labelu Circum-Disc, któremu kibicujemy od lat. Naszą radość potęguje fakt, iż na obu krążkach pojawia się nasz ulubiony francuski improwizator Peter Orins, przy okazji gość, który w tejże inicjatywie edytorskiej zdaje się być głównym pociągającym za sznurki.

Oba albumy są w pełni akustyczne, oba zawierają nagrania z wykorzystaniem fortepianu i perkusji. W pierwszym przypadku uzupełnieniem jest gitara akustyczna, w drugim saksofon altowy. A na liście płac sami nasi dobrzy znajomi! Najpierw hołubione nie tylko na tych łamach trio TOC, które w wersji akustycznej podpisywane jest jedynie nazwiskami artystów. Tuż potem kontynuacja świetnie rozpoczętej współpracy Orinsa z krakowską saksofonistką Pauliną Owczarek, tym razem w trio z francuską pianistką Christine Wodrascką.

Obie płyty trzymają typowy dla tej wytwórni kosmiczny poziom artystyczny, zatem bez zbędnej zwłoki przystępujemy do eksploracji dźwięków na nich zawartych.




Ternoy/ Cruz/ Orins The Theory of Constraints (CD 2024). Jérémie Ternoy – fortepian, Ivann Cruz – gitara akustyczna oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w Ronchin, październik 2023. Sześć improwizacji, 70 minut.

To bodaj drugie wspólne ujawnienie Ternoya, Cruza i Orinsa w wersji akustycznej. Te pierwsze miało miejsce wiele lat temu i jeśli pamięć recenzencka nie zawodzi, było nagraniem ze wszech miar open jazzowym. Nowa odsłona TOC unplugged zdecydowanie oddala się od idiomu jazzu, zdaje się być jedną wielką wariacją na temat rytmu, opowieścią o jego równoczesnej prostocie i złożoności, tudzież lustracją metod, jakimi można ów powtarzalny tembr życia narracji generować. Początek i koniec tego niezwykłego albumu zdają się być dość dynamiczne, a określenie polirytmia nie wydaje się być pozbawiane sensu. Wszakże wielominutowy środek nagrania toczy się już w żółwim tempie, przypomina minimalistyczny marsz pogrzebowy, kąsa jednak uroda w każdym momencie swojego długiego życia, po raz kolejny udowadniając, iż ta trójka Francuzów, to improwizatorzy najwyższej z możliwych klas. Czapki z głów!

Słowo się rzeko, pierwsza, rytmiczna medytacja toczy się w dość żwawym tempie. Od pierwszego dźwięku urzekać może szerokie spektrum rozwarstwionej narracji, której każdy element buduje rytm na swoje podobieństwie, ale wedle wspólnych potrzeb. Ta opowieść daleka jest wszakże od ulotności typowej dla afrykańskiej polirytmii. Pełna jest smutku, pewnej melancholii, toczona definitywnie pod niebem spowitym ciemnymi, kłębiastymi chmurami. Z czasem narracja delikatnie pęcznieje, co jest efektem nade wszystko pracy perkusyjnej. Wraz z początkiem drugiej opowieści muzycy wpadają w minimalistyczny, powolny, naznaczony piętnem zaniechania … umierający rytm. Gitarzysta stawia na oszczędne akcje, koncentruje się na wybijaniu leniwego tempa, okazjonalnie sięga po flażolety. Pianista pracuje na klawiaturze, czasami wzbogaca flow frazami inside piano, jak wszyscy, ma na celu przede wszystkim tyczenie szlaku podróży. Bywa wszakże incydentalnie zasmucony, trochę roztargniony, czasami pełny boleści. W tym zmrożonym tyglu emocji wielkich rzeczy dokonuje drummer, który szeleści, pociera przedmiotami, wprowadza w stan rezonansu matowo brzmiące talerze, cały czas dbając, by improwizacja miał swój podskórny, czasami ledwie słyszalny rytm. Druga i trzecia opowieść, choć są niemal w całości przykładem martwych post-ballad, w swych fazach końcowych zdają się nabierać odrobiny tempa. W czwartej i piątej opowieści tego ostatniego jest jakby jeszcze mniej. Dużo tu fraz preparowanych, mrocznych dyskusji z ciszą. To przykład filigranowych deliberacji, które w ostateczności osiągają jednak rytmiczną fakturę. Jeśli w części czwartej dominuje rezonans i perkusjonalne drobiazgi, to w piątej mamy więcej dźwięków, które płyną niemal przy samej podłodze. W tej fazie albumu wszystko zdaje się drżeć, pulsować mrokiem i niedopowiedzeniem. Znów możemy mówić o wielominutowych medytacjach, tym razem wszakże zdobionych źdźbłami melodii. Piąta opowieść bez sekundy ciszy przechodzi w ostatnią, szóstą improwizację. Gitara podaje teraz garść flażoletów uformowanych w ciąg bardziej intensywnych zdarzeń. Piano i perkusja zaczynają budować rytm, który z czasem definitywnie pęcznieje. Swobodny, wciąż leniwy step nabiera nieco ulotnej intensywności, a także zaskakująco post-bluesowego posmaku. Ostatnie tchnienia muzyków, to rodzaj tańca, który finalnie sprowadza ich na samo dno z nutą pianistycznej melancholii. 

 


 

WOO Hoo-ha (CD 2024). Christine Wodrascka – fortepian, Paulina Owczarek – saksofon altowy oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w Le Confort Moderne, Pointiers (1-2) i Ronchin (3), grudzień 2023. Trzy improwizacje, 49 minut.

Czas na trio nazwane zabawnie WOO, które spotyka się ze sobą bodaj po raz pierwszy i zdaje się być rozwinięciem dotychczasowej współpracy perkusisty i alcistki. Duet ów uzupełniony o pianistkę, którą zwykliśmy kojarzyć z bardziej kameralnymi improwizacjami, decyduje się na dalece emocjonalny marsz, w wielu kluczowych momentach śmiało przybierający szaty free jazzowe. Spektakl składa się z wielominutowej części głównej i dwóch bystrych uzupełnień, które nie zdają się być jedynie dogrywkami.

Pierwsza improwizacja trwa prawie trzydzieści pięć minut, mieni się zatem wszelkimi dostępnymi gatunkowi kolorami i odcieniami. Minimalistyczne otwarcie lepione z drobiazgów, półfraz i szelestów sprawia wrażenie bardzo szorstkiej odsłony chamber, ale dość szybko przybiera kierunek bardziej ekspresyjny, szyty na post-jazzowych podwalinach. Pokrętny rytm, dyktowany nie tylko przez drummera, dobrze koreluje tu z obraną marszrutą. Muzycy kontrolują emocje, a po drobnym przesileniu przechodzą do fazy zabaw w podgrupach, stonowanych preparacji i skupiania się na brzmieniowych niuansach. Serwują nam choćby duet impulsywnego piana i zrównoważonego drummingu, cały czas mając z tył głowy jazzowy punkt odniesienia. Fazy krzyków i lamentów kończą się tu na szybkich, free jazowych spiętrzeniach, fazy kojenia emocji toną w potoku rezonujących dźwięków. Mamy krótkie solo perkusji, potem jej duet z altem budowany ze strzępów fonii, wreszcie kolektywną akcję opartą na mroku czarnych klawiszy fortepianu. Pod koniec improwizacji, w gęstwinie drobnych, niedopowiedzianych kwestii pojawia się tajemniczy, dęty dźwięk, który po czasie okazuje się być ekspozycją na saksofonowym ustniku. Wsparty na głęboko osadzonym drummingu prowadzi trio na finałowe, free jazzowe wzgórze.

Pozostałe dwie improwizacje trwają mniej więcej po siedem minut i niosą emocje usytuowane na przeciwległych biegunach ekspresji. Pierwsza z nich skupia się na generowaniu drobnych fraz w bezpośredniej bliskości ciszy. Pełna szumów i szmerów formuje się w wystudzoną post-balladę. Ta druga zdaje się być udaną próbą reasumpcji pomysłów na bardziej free jazzowe akcje. Perkusyjny post-rytm bity po krawędziach, pełniejszy wydech saksofonu i piano z nutą nostalgii. Narracja szuka tu silnych emocji, ale ostatecznie spoczywa na rytmicznych, minimalistycznych dyskusjach, niepozbawionych pożegnalnej melodyki.



 

piątek, 30 września 2022

TOC means Ternoy, Orins and Cruz and they Did It Again!


Mniej więcej rok temu zastanawialiśmy się w gronie redakcyjnym, co by się stało, gdyby muzycy grupy The Doors po śmierci Jima Morrisona postanowili kontynuować karierę rockowego bandu, który stawia wyłącznie na improwizację. Działo się to przy okazji formułowania materiałów promocyjnych, związanych z piątą edycją Spontaneous Music Festival, w kontekście zaś tego, co ma do zaoferowania, zaproszone na tamten fest francuskie trio Toc. W jego bowiem składzie odnajdujemy Fender Rhodes z klawiaturą basową, gitarę elektryczną i perkusję, czyli zestaw wyjęty na wprost z historii legendarnej grupy rockowej.

Koncert, jaki zagrali w ubiegłym roku w Dragonie po pierwsze potwierdził nasze stylistyczne skojarzenia, budowane na bazie znajomości dyskografii Francuzów, po drugie zaś – swą kosmiczną wręcz jakością improwizacji, ekspresji i dawki zdrowej, jakże kwaśnej psychodelii rzucił nas po prostu na kolana i kazał ogłosić ów spektakl jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalowych w ujęciu jak najbardziej historycznym.

Dziś ów fantastyczny koncert sprzed roku powraca do nas na płycie kompaktowej! Naszą radość multiplikuje fakt, iż dzieje się to w towarzystwie trzech innych koncertów tria – dwóch poczynionych kilka dni później po Dragonowym evencie i tego trzeciego, stanowiącego reedycję pierwszej płyty Toc, zawierającej koncert z roku 2008. Zupełnie przy okazji dodajmy, iż czteropłytowy album ma charakter rocznicowy, albowiem Jérémie Ternoy, Peter Orins i Ivann Cruz po szyldem Toc kończą właśnie piętnasty rok życia. Z migotaniem przedsionków zaglądamy zatem do boxu, szczegółowo omawiając każdy z wieczorów – poznański, budapeszteński i dwa z francuskiego Lille, terytorialnej bazy grupy, jak i wydawnictwa Circum-disc, któremu kibicujemy od stuleci.

 


Dragon

Szmery ze sceny zwiastują początek spektaklu, łechtają narządu słuchu, ale od samego początku budzą niepokój. Perkusjonalne świecidełka, mrok zawieszonego klawisza fendera i mikro preparacje na gryfie gitary kreują oniryczny kosmodrom potencjalnych rozwiązań dramaturgicznych. Narracja właściwa rodzi się nad wyraz leniwie. Drobne, ciepłe frazy piana, dub z gitarowych przetworników i perkusja, która stopą stara się nadać kierunek tym narracyjnym przedbiegom. Wewnętrzny rytm budują wszyscy artyści, każdy dokłada cegiełkę, by baza nadchodzącego szaleństwa miała solidne podstawy. Wiele zależy tu od zmysłu organizacyjnego Orinsa, z kolei Cruz i Ternoy zdają się mieć carte blanche na improwizowane wycieczki w nieznane. Mrok zaczyna łapać drive, a emocje przyczajone na podłodze zdają się unosić w powietrzu, jak dym na rockowym koncercie. W okolicach 8 minuty improwizacja wydaje się być uformowana w strumień dźwięków, które znają kierunek dalszej marszruty. Dużo w tej kwestii do powiedzenia ma basowe piano, które pokręconą strugą mocy wije się pomiędzy dźwiękami pozostałych instrumentów. Oleista masa rock & impro, psychodancing & crying! Połamany rytm, smolista struga fendera i gitara, która czerpie inspiracje do improwizacyjnych szaleństw z każdego źdźbła intrygi, napotykanego na scenie. Altered states of improvisation mają tu tysiące twarzy, ale kontakt z podłożem zdaje się posiadać jedynie rozdygotany połamanym rytmem drummer.

Tuż po 20 minucie koncertu muzycy włączają inny tryb narracji. Najpierw huragan dźwięków zdaje się rozlewać nieco szerszym korytem, pojawiają się ambientowe plamy i swąd delikatnie przepalonych kabli, potem – po mniej więcej trzech minutach – narracja rzeczywiście hamuje. Wszystko zaczyna pulsować w trybie stand by, a każdy z muzyków dokładać garść preparowanych fraz. Post-rockowa śmierć syci opowieść mnóstwem brzmieniowych subtelności. Prym wiedzie w tym szczególnie pianista. Po kilku kolejnych minutach sonicznych dywagacji następuje nowe rozdanie. Narracja przybiera intrygującą powłokę doom rocka. Gitara na wydechu, piano w repecie, perkusja bijącą rytm, jakby zwoływano stado bawołów na rykowisko. Kwas leje się tu każdym możliwym strumieniem, opowieść dygocze nerwowo, pęcznieje, syczy niczym zraniony tygrys. Ostatnie trzy minuty, to efekt zdjęcia nogi z gazu przez każdego z muzyków. Improwizacja umiera w mroku zapomnienia, ale emocje wciąż buzują.

 

Lumen

Start budapeszteńskiego koncertu wydaje się być dość podobny w klimacie do tego sprzed czterech dni. Strumień filigranowych, mrocznych plam z brzmieniem gitary, które przypomina zdewastowaną bałałajkę. Artyści ślą ku nam dużo dźwięków, nie stronią od ambientowego tła. W czwartej minucie z woli perkusyjnej stopy, fenderowych i basowych klawiszy pojawiają się pierwsze próby formowania narracji. Znów proces ten przebiega dość leniwie. Gitara szuka onirycznych plam, piano snuje delikatne wątki syntetyczne. Muzycy szukają fussion jazzu bazując na niskiej stopie i wysokim frazowaniu pozostałych instrumentów. Rodzący się, jak zwykle kanciasty rytm perkusji sprzyja poszukiwaniom i skokom w bok. W trakcie tych akurat zabaw z dźwiękiem słyszymy coś na kształt zniekształconego wokodera. Tempo wszakże rośnie, a rockowe wtręty gitary dodatkowo stymulują dynamikę i poziom emocji. Podobnie jak w Poznaniu, tuż po 20 minucie koncertu muzycy fundują nam efektowne spiętrzenie, tu jeszcze silnie zdobione post-rockowym mięsem. Sam jednak proces studzenia narracji wygląda inaczej. Perkusja nie traci swej pierwotnej aktywności, gitara i fender uciekają na kilka chwil w dubowe przestrzenie, ale improwizacja dość szybko nabiera chwilowo utraconej mocy.

Nowy wątek formuje się bardzo sprawnie, jest rozhuśtany, soczyście kwaśny i w mgnieniu oka nabiera dynamiki. Kilka doskonałych momentów ma tutaj pianista, który wprost kipi pomysłami. Skuteczne hamowanie przydarza się muzykom dopiero po 33 minucie. Piano wisi w powietrzu z dubowym echem, gitara stylowo sprzęga się, a puls perkusji (znów nie bez posmaku doom rocka) definitywnie zwalnia. Basowe pasmo wciąż pulsuje, ale gitara zaczyna charczeć, jakby jej wzmacniacz tracił brzmienie. Narracja przypomina tu stojący w miejscu walec drogowy, który drży i czeka na dodatkowe zasilanie. Dramaturgiczny koniec rozpoczyna się tuż przed początkiem 40 minuty. Beat przygasa, a wokół niego rozpływa się plama cuchnącego dark ambientu.

 

Base

Po kolejnych czterech dniach muzycy zjeżdżają do bazy, czyli rodzinnego Lille. Grają koncert, w trakcie którego pozwalają sobie na jeszcze więcej szaleństwa. Ale po kolei! Początek typowy dla tej serii koncertów – mroczne oddechy gitary i fendera, szum amplifikatorów i dźwięczne perkusjonalia, w tle dość delikatna powłoka ambientu. Intro wydaje się tu być nieco dłuższe niż w Poznaniu i Budapeszcie. Perkusja zaczyna pracować stopą dopiero po pięciu minutach, a flow tak naprawdę rusza z miejsca po kolejnych pięciu minutach. W tak zwanym międzyczasie napotykamy na mnóstwo urokliwych drobiazgów, głównie ze strony gitarzysty. Ten ostatni sprawia wrażenie człowieka, który wyszedł na scenę z wyjątkowo wysokim poziomem adrenaliny. Skacze na boki, wraca do głównego nurtu, wciąż dając partnerom dodatkowe impulsy do działania. W Lille muzycy idą w tango mając w rękach naprawdę ostre przedmioty! Emocje skaczą jak słupek rtęci w upalne popołudnie. Masywny rytm i dwie strugi gęstego post-ambientu szyją tu zmysłowy potok dźwiękowych stygmatów. Gitara kołysze się między jazzem, a rockiem, fender nie pozostaje jej dłużny, a progresywny drumming dopełnia obrazu masowej histerii.

Tymczasem narracja pętli się i nabiera intensywnej kwasowości. W okolicach 25 minuty muzycy stają w miejscu, ale huk ich armat wciąż daje się we znaki. Gitara sprzęga się, fender chlusta post-rockiem, a perkusja buduje przełomy. Najgłośniejszy odcinek całego boxu zdaje się być właśnie naszym udziałem! Bez zbędnej zwłoki perkusja przechodzi teraz w tryb doomowy, a pozostałe dwa instrumenty zaczynają zionąć ogniem soczystego, głośnego rocka. Hałas płynie tu z każdego zakątka sceny. Solo gitary ucieka od kwasu w kierunku czystszego frazowania. Fender czyni to samo, a perkusja kłębi się w sobie i kipi od emocji. Tłumienie improwizacji następuje już w okolicach 35 minuty. Gitara szuka jazzu, a fender powietrza do życia. Definitywnie ginie też kwasowy posmak. Zakończenie koncertu odbywa się pod dyktando gitary, która nawet na ostatniej prostej funduje nam mikro spiętrzenie.

 

Le Gorille

Na osi czasy cofamy się do roku 2008, ale pozostajemy na scenie w Lille. Toc, wtedy jeszcze w fazie prenatalnej, zaprasza nas na koncert, który nieco różni się od współczesnych, choćby tych ubiegłorocznych eksplozji. Niesie ze sobą mnóstwo smaczków, ale też pokazuje, że droga do doskonałości bywa niekiedy najeżona wieloma zakrętami. Oczywiście improwizacja zaczyna się w mrocznej ciszy oddychającego wzmacniacza, ale od niemal samego początku wydaje się być budowana jazzowymi atrybutami z intensywnym posmakiem fussion, doposażana na każdym etapie rozwoju sporą dawką melodyjnych fraz gitary i piana. Już w trybie rozwiniętym flow skrzy się dubowym echem, elektroakustycznymi pulsacjami i występującymi raz za razem, post-rockowymi ogniskami zapalnymi. Tempo dyktowane obsesyjnym wręcz rytmem, budowanym nie tylko przez perkusję, wynosi opowieść na dość efektowny szczyt, a samo hamowanie następuje jeszcze przed 20 minutą koncertu, udanie przyozdobione plejadą preparowanych dźwięków.

Kolejna faza koncertu tonie w spokojnych pląsach piana, drobnych eksperymentach gitary i zawieszonym drummingu. Po pewnym czasie opowieść zaczyna pęcznieć silnie stymulowana jazzowymi akcjami. Emocje rosną, całość smakuje stylowym jazz-rockiem, w którym trudno jednak doszukać się odczynu bardziej kwasowego. Flow nadyma się, udanie szuka przestrzeni, ale niespodziewanie gaśnie, przenosząc muzyków i publiczność w dość krępującą strefę ciszy. Małe rozdroże dramaturgiczne nie trwa jednak zbyt długo. Ciekawie frazuje gitara, która szyje długie frazy i syci je niemal harshowym brzmieniem. Z kolei piano, wyposażone w sporą dawkę melodyjności, z uporem maniaka powtarza frazy. Finał koncertu jest bardzo efektowny, zdaje się być jego najlepszym momentem. Faza końcowego tłumienia narracji praktycznie tu nie występuje. Muzycy cisną na gaz niemal do ostatniej sekundy swojego występu. 

 

Toc Did It Again (Circum-disc, 4 CD 2022). Jérémie Ternoy - Fender Rhodes, piano basowe, Ivann Cruz – gitara elektryczna oraz Peter Orins – perkusja. Nagrania koncertowe: (CD1) 2 października 2021, Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań; (CD2) 6 października 2021, Lumen, Budapeszt; (CD3) 10 października 2021, Festival la malterie, Lille; (CD4) 28 luty 2008, la malterie, Lille (reedycja). Każdy koncert podany w jednym strumieniu dźwiękowym (ale ostatni w trzech trakach), czas trwania odpowiednio - 41:11, 41:42, 43:42, 40:36.



piątek, 10 września 2021

Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021 - kick off at October 1st!


“Spontaneous representing a challenge because life seems to dictate that you are not supposed to be spontaneous … to be that honest

John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble

 

Czy jesteście spontaniczni? Czy jesteśmy spontaniczni? To pytanie, jakie zadają nam i sobie organizatorzy piątej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej, jaki odbędzie się w poznańskim Dragon Social Club od 1 do 3 października 2021 roku.

Na wyżej postawione pytanie będą szukali odpowiedzi także muzycy zaproszeni na Festiwal. Tych razem będzie ich piętnastu, przybędą z różnych zakątów Europy i Polski, wyposażeni w najprzeróżniejsze atrybuty - tysiące wad i setki tysięcy zalet. Jako ludzie, jak muzycy, jako współtowarzysze trzydniowej, improwizowanej podróży po bezdrożach muzyki szalonej, jedynej w swoim rodzaju, muzyki, która ze wszystkich sztuk świata być może ma najmniejszy problem z twierdzącą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tegorocznej edycji Festiwalu.



Poznańska impreza po raz kolejny nie proponuje nam znanych nazwisk, wciąż bowiem szuka powiewu młodości, posmaku nieokreśloności, odrobiny wspomnianego już szaleństwa, wszystkiego, co nowe i zaskakujące. W tym roku szczególnie stawia na społeczny charakter relacji na muzycznej scenie Dragona. Zatem nade wszystko składy ad hoc, czyli pierwsze spotkania muzyków i specjalne projekty festiwalowe, które mają dokładnie taki sam cel – budować nowe relacje międzyludzkie, szukać synergii wynikającej ze spotkania muzyków, który choć nie znają się zbyt dobrze, mają na tyle otwarte głowy i są na tyle kreatywni, iż efekt takiego spotkania może wyłącznie zachwycać. 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, główni prowodyrzy kolejnego spontanicznego incydentu festiwalowego, w pierwszej kolejności zapraszają nas na dwa duże projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Pierwszy z nich poprowadzi (a może lepiej powiedzieć - zainspiruje do działania i sam weźmie w nim udział jako instrumentalista) portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues. Ten pomysł będzie próbą przetransferowania berlińskiego projektu Red List Ensemble na ziemię poznańską. Wieloosobowy ansambl złożony będzie ze wszystkich muzyków, jacy obecni będą pierwszego dnia festiwalu i swoim koncertem tenże dzień zakończy. Dodajmy, iż portugalski wiolonczelista będzie obecny na scenie Dragona przez wszystkie dni festiwalowe.

Z kolei drugi dzień festiwalowy zwieńczy koncert specjalnego projektu poznańskiego pianisty Witolda Oleszaka. Muzyk na tę okoliczność przygotowuje notację graficzną, wedle przykazań której improwizować będą pozostali muzycy, a której szczegóły owiane są na razie tajemnicą. Tu również skład orkiestry zostanie skompilowany z muzyków, którzy tego dnia będą obecni na scenie Dragona. W tym wypadku być może będzie to skład nawet kilkunastoosobowy.

Ostatni dzień festiwalowy także będzie miał swoją dramaturgiczną kulminację. To jubileuszowy koncert formacji Superimpose, którą tworzą muzycy berlińscy – puzonista Matthias Muller i perkusista Christian Marien. Artyści świętują w tym roku 15-lecie działalności, a ich specjalny poznański koncert uświetnią swoją obecnością także Witold Oleszak i portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis.

To właśnie rzeczony Portugalczyk będzie kolejną atrakcją festiwalowej trzydniówki. Zagra każdego dnia, zarówno w składach ad hoc, wspomnianych wyżej orkiestrach, jak i wystąpi solo, prezentując swój nowy, dość awangardowy, jak na kanony muzyki spontanicznej (albowiem po części komponowany) projekt Glaciar. Dodajmy, iż to wydarzenie otworzy cały Festiwal.

W trakcie drugiego dnia festiwalu zagra francuskie trio TOC, które tworzą – Jeremy Ternoy (piano elektryczne), Ivann Cruz (gitara) i Peter Orins (perkusja). Francuzi kochają psychodelię, dobrego rocka, ale nade wszystko uwielbiają improwizować. Ich występ z pewnością będzie najgłośniejszym momentem imprezy.

Grono gości zagranicznych uzupełni, w trakcie ostatniego dnia festiwalu, meksykański perkusista i wibrafonista Emilio Gordoa. Jedno z najgorętszych nazwisk młodej europejskiej sceny improwizowanej, muzyk rezydujący na stałe w Berlinie, zaprezentuje się w dwóch składach ad hoc.

Zaprezentowany wyżej, jakże intrygujący zestaw muzyków zagranicznych uzupełnią na festiwalowych deskach Dragona muzycy polscy - reprezentanci i reprezentantki szeroko rozumianej sceny eksperymentalnej oraz improwizowanej, młoda fala muzyków awangardowych z bogatym już dorobkiem artystycznym oraz uznaniem na lokalnej i zagranicznej scenie. Obok wspominanego Witolda Oleszaka zagrają: Paulina Owczarek (saksofony), Anna Jędrzejewska (fortepian), Małgorzata Zagajewska (wokal), Wojtek Kurek (perkusja), Michał Giżycki (saksofon i klarnet basowy) oraz Paweł Doskocz (gitara). Muzycy zaprezentują się zarówno w składach ad hoc, jak i będą ważnymi uczestnikami dużych projektów orkiestrowych.

 

Piątek 01.10.

19.00 Marcelo Dos Reis – solo performance

20.00 Copy Of Pianodrum

21.00 Guilherme Rodrigues’ Red List Ensemble – spontaneous edition


Sobota 02.10.

18.00 Ad Hoc Quartet

19.00 Ad Hoc Quartet

20.00 TOC

21.00 Witold Oleszak’ Graphic Music For Chamber Orchestra


Niedziela 03.10.

18.00 Ad Hoc Trio

19.00 Ad Hoc Trio

20.00 Ad Hoc Trio

21.00 The Superimpose’ Birthday Party


Link do filmu promocyjnego:

https://youtu.be/mMF25jYo1fA

Spontaneous Music Festival: https://www.facebook.com/spontaneousmusicfestival/

Wydarzenie: https://www.facebook.com/events/250719357053535/?ref=newsfeed

Dragon Social Club: https://www.facebook.com/KLUB.DRAGON.POZNAN/

 

Patroni medialni: Jazzarium.pl, Polish-Jazz

 

Bilety do nabycia na:

https://www.kupbilecik.pl/

Karnet 140 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień I 50 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień II 60 zł - https://tiny.pl/9tnml

Bilet na dzień III 60 zł - TBA

 

wtorek, 2 lutego 2021

Tatvamasi! The Third Ear Music


Jazz-rockową formację Tatvamasi z Lublina znamy na tych łamach bardzo dobrze. Wiemy między innymi, iż od czasu do czasu lubi ona popadać w objęcia bardzo swobodnej improwizacji, zapraszając do tych niecnych praktyk muzyków, którzy zmysł otwartości na każdą frazę zdają się mieć zaszytą w muzycznym DNA. Silnie wryty w naszą pamięć jest choćby doskonały krążek Dyliżans Siedmiu, nagrany w towarzystwie Yedo Gibsona i Vasco Trilli.

Płyta The Third Ear Music, wydana pod koniec ubiegłego roku (AudioCave, CD 2020), to zbiór nagrań koncertowych z Lublina, zarejestrowanych w latach 2018-19. Każde z nich powstało ze znaczącym udziałem muzyków zagranicznych (ze Szwecji, Hiszpanii, Portugalii i Francji), a także sporą czeredą intrygujących polskich artystów.

Nim zanurzymy się w siedem improwizowanych epizodów, zarejestrowanych przy okazji czterech koncertów, poznajmy dane personalne wszystkich artystów, których usłyszeć możemy na płycie – w roli autochtonów: Grzegorz Lesiak (gitara), Tomasz Piątek (saksofon tenorowy), Łukasz Downar (gitara basowa) i Krzysztof Redas (perkusja), w roli zaś gości: Martin Küchen (saksofon altowy i sopranino, utwory 1-2), Vasco Trilla (perkusja, 1-3), Luis Vicente (trąbka, 3), Andrzej Waszczuk (saksofon barytonowy, 1-2), Tymoteusz Szpilarewicz (puzon, 1-2), Marta Grzywacz (głos, 4-6), Agu Gurczyńska (głos, 7), Anna Witkowska-Piątek (skrzypce, 7), Małgorzata Pietroń (wiolonczela, 7), Michał Ostrowski (skrzypce, 7), Piotr Damasiewicz (trąbka, 7), Jéremié Ternoy (Piano Fendera, 7), Ivann Cruz (gitara, 7) oraz Peter Orins (perkusja, 7). Płyta trwa łącznie ponad 76 minut.

 


Oktet, maj 2018 (1-2)

Opowieść rodzi się z ciszy, dętych szumów, oddechów ludzkich ciał i skwierczenia amplifikatorów. Oktet wstaje z kolan plejadą mikro fraz. Cztery dęte instrumenty (każdy inny, zatem spektrum ich możliwości zdaje się być nieograniczone) rysują po szkle i rozrzedzają gęste powietrze sali koncertowej. Perkusje i bas zaczynają żyć w pełni po czwartej minucie, po kolejnych dwóch narracja wchodzi już w fazę zasadniczą, a jej szlak żłobi równo pracująca sekcja rytmu. Dęciaki mogą już szaleć na całego, albowiem zarysowana linia rytmu i odpowiedni poziom dynamiki stają się dla nich dobrym punktem odniesienia. Swoją ekspozycję zaczyna gitara – najpierw rozmawia z basem, potem rusza już na samotną wyprawę w nieznane. Po szybkiej fazie kwartetowej, wataha dęciaków powraca i śpiewa niemal jednym głosem z perkusjami, basem i gitarą. Druga opowieść startuje na raz, w pełni kolektywnym głosem, jakby wedle zapisów zapewne nieistniejących wtedy pięciolinii. Oto kąśliwy, raptowny free-jazz-rock! Po drobnym spowolnieniu bas prowadzi narrację prostą drogą, a dęciaki zaczynają bawić się w efektowne zdobienia. Gitara bardzo swobodnie wchodzi w fazę post-ambientową, a obie perkusje starają się zadowolić potrzeby rytmiczne basu i oczekiwania pozostałych instrumentów w zakresie swobody działania. Nim opowieść dobrnie do końca, mamy jeszcze udane ekspozycje gitary i saksofonu (chyba szwedzkiego) oraz bystrą fazę eksplozji dobrych emocji, realizowaną już przez wszystkie instrumenty zgromadzone na scenie. Na finał kilka okrzyków, ale także fraz granych unisono.

 

Sekstet, kwiecień 2019 (3)

Rola mistrza ceremonii otwarcia przypada w udziale trębaczowi. W tle szeleszczą talerze perkusyjne, a gitarzysta liczy struny. Muzycy ślą sobie pozdrowienia i intrygująco na nie odpowiadają. Świetnie się stymulują, każdy daje tu asumpt koledze do wzmożonej aktywności. Po pary pętlach bas próbuje uporządkować figle improwizacji stanowczym rytmem, ale partnerzy swawolą w najlepsze i nie są do końca posłuszni. Narracja ześlizguje się w efektowne drony, po czym stopuje. Z popiołów poprzedniego wątku sekstet podnosi się na ramionach basu, który zaczyna wytyczać nowy kierunek podróży. Towarzystwo znów się ociąga, szczególnie trąbka, która stawia kolejne stemple jakości i serwuje brzmieniowe smaczki. Ostatnie pięć minut jednego z dwóch najdłuższych utworów na płycie zdaje się już spełniać rytmiczne oczekiwania basu. Maszyna pracuje równo i stwarza odpowiednią przestrzeń dla dwóch popisowych ekspozycji solowych. Najpierw ku górze ciągnie nas ognisty tenor, a potem – już w samym niebie – trąbka efektownie kończy dzieło zniszczenia. Najlepszy odcinek Muzyki Trzeciego Ucha gaśnie w ciszy.

 

Kwartet, listopad 2019 (4-6)

Kwartet bez instrumentu dętego, za to z damskim głosem, zaprasza nas na dwudziestominutową podróż po bezdrożach rocka, upstrzoną ciekawymi improwizacjami wokalistki. Opowieść zaczyna się dość spokojnie, jak na kanony tego koncertu. Muzycy dobrze na siebie reagują, przy okazji szukając mrocznych zakamarków do śpiewania i lunatykowania. Flow zwinnie się piętrzy i gęstnieje. Gitara pozwala sobie na szczyptę hałasu, a bas swawoli już na całego i pełen artystycznej furii pokazuje, iż dyktat rytmu jest dla niego jedynie pretekstem do dobrej wypowiedzi. Kolejna część jeszcze bardziej podnosi emocje i strzela z rockowych armat. Masywny bas i gitara, która znów szuka twardych strun, rozlewają się bardzo szerokim strumieniem. Głos kobiecy świetnie radzi sobie z tym męskim jarzmem i też buduje rytm, skutecznie stanowiąc o atrybutach dynamiki. Dobrze też wypada we wspólnych dyskusjach z gitarą. Opowieść płynnie przechodzi w ostatnią część, którą w jasyr bierze bas i już jej nie oddaje. Gitara brzmi tu jakby bardziej syntetycznie, ale i do niej dobrze klei się wokal. Znów dużo rocka i bystrych emocji.

 

12tet, wrzesień 2018 (7)

Finał płyty na dwanaście fajerwerków! Rozpoczyna bas, który zawczasu przygotowuje sobie bazę do dobrej roboty, wszak nad taką zgrają improwizatorów trzeba szybko zapanować. Gitary, trąbka, saksofon wchodzą do gry powoli i z rozwagą. Umiarkowane tempo sprzyja udanemu włączeniu się do gry damskiego głosu, który od pierwszej sekundy rozsiewa psychodeliczny posmak. Kwasowe odczyny zaczynają się pojawiać także w innych miejscach sceny, wszak piano Fendera także jest z nami! Raz za razem przed szereg stara się wychodzić trąbka, ale ta dwunastooktanowa meta ballada lepiej czuje się w ujęciu w pełni kolektywnym. Nie brakuje tajemniczych dźwięków (druga gitara zdaje się brzmieć dość elektronicznie, piano też ma swoje pomysły na fake sounds), które w połowie utworu doprowadzają narrację do małego spiętrzenia dynamiki i erupcji nowych emocji. Opowieść toczy się dalej, nie brakuje w niej drobnych, solowych ekspozycji, które zdają się jednak ginąć w kwasowym wymiarze całości. Jakby dla podkreślenia wagi chwili powraca kobiecy glos i otwiera proces końcowy kilkunastominutowej improwizacji. Aura robi się cokolwiek lightowa – ciepła trąbka, stonowana gitara, długo oczekiwane smyczki. Emocje gasną szybciej niż moglibyśmy się spodziewać.

 


wtorek, 28 lipca 2020

Ternoy, Orins and Cruz as TOC! A double psychodelic trip to the gate of impro! Break On Through To The Other Side!


Czy myśleliście kiedyś, jak brzmiałaby muzyka osławionej grupy The Doors, gdyby jej twórcy definitywnie przekroczyli owe równie słynne drzwi do wiecznej percepcji? A czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co by się stało ze słynnym warholowskim bananem z okładki płyty The Velvet Undergroud And Nico, gdyby Lou Reed, John Cale i reszta załogi kardynalnie postawili na swobodną improwizację? Być może odpowiedzi na te dziwne (jakże kwaśne!) pytania poznać możemy słuchając dwóch najnowszych płyt francuskiego tria Toc!

Jérémie Ternoy (piano Fendera), Ivann Cruz (gitary) i Peter Orins (perkusja), pod skromnym akronimem Toc, funkcjonują już artystycznie od ponad dekady, a dwie najnowsze ich płyty, którym za moment poświęcimy mnóstwo czasu, to siódma i ósma pozycja w dorobku zespołu. Petera Orinsa znamy na tych łamach doskonale (głównie wszak z incydentów free improv), gitarzyście Cruzowi także poświeciliśmy już onegdaj kilka salw recenzenckich zachwytów. Nie wiele wiemy natomiast o pianiście Ternoyu, ale już teraz zapewniamy, iż po lekturze i odsłuchu płyt, owa niewiedza będzie stanem definitywnie minionym. Wydawcą nagrań jest świetnie nam znany francuski label Circum-Disk, a płyty CD będą miały swoją światową premierę na początku września.

Zapraszamy do krainy hipnotycznego post-rocka, połamanego post-jazzu i wszelkich odmian kwasowości w muzyce. Posmak legend rocka, wspomnianych w preambule tego tekstu, będzie nam bowiem towarzyszyć nieprzerwanie w trakcie odsłuch obu nowych płyt Toc. A ich nieco pandemiczne tytuły nie pozwolą nam nawet na moment zapomnieć, jak wygląda świat za oknem.




Indoor

Zaczynami od Toc w wersji saute! Ternoy – Fender Rhodes, piano bass, moog i fortepian, Cruz – gitara elektryczna i akustyczna, Orins – perkusja. Osiem utworów (skomponowanych Improwizacji?), 41 i pół minuty muzyki. Nagranie studyjne z roku 2019.

Muzycy budują swoją Indoor drama bardzo pieczołowicie. Utwory nieparzyste, to krótkie interludia, utwory parzyste, to samo mięcho! A w drugiej części płyty, już wyłącznie … to drugie! Mechanika fenderowego prądu stałego (te dźwięki nie mają w ogóle wymiaru akustycznego!), szelest perkusji i elektryka swobodnej gitary – dobrze zakwaszone post-fussion zaprasza nas do środka! Drugi utwór zabiera nas na bystry trip bez słowa wyjaśnienia – szybkie intro płynnej gitary, linia basu podawana z klawisza i rytm rocka wijący się spod upoconych pach perkusisty. Acid post-jazz-rock, który narasta z mocą davisowskiego Dark Magus! Pozornie filigranowa gitara kręci pętle ze zwinnością najlepszej kurtyzany świata, a klawisze błyszczą olejem silnikowym. Orins, niczym tłusty pająk buduje bezmiar sieci, którą ogarnia szaleństwa Cruza i Ternoya. Tak brzmieć mogliby The Doors bez Jima Morrisona, wyposażeni wszakże w cały arsenał jego medykamentów stymulujących kreatywność. Hipnotic dance for loosers! Na finał tej części wspaniała pyskówka gitary i fendera!

Kolejne short story stawia na ambient gitary i smugi cienia malowane czarnymi klawiszami. Ten tajemniczy sen nie jest udziałem perkusji. Ta ostatnia jedynie pręży muskuły, by od samego startu utworu czwartego… podać bystry rytm! Gitara czyni to samo, a plamy ciepłego moczu zdają się spowijać podłogę studia nagraniowego. Mantra złych chłopców nabiera niezbędnej siarczystości. Serce perkusji bije niczym metronom. Na stronie ktoś zdaje się grać trzecie pasmo kwasu, ale nie wiemy, kto zacz. Narracja toczy się od ściany do ściany – muzycy szukają zwady, ich narzędzia pracy kotłują się i plączą w zeznaniach. Muzyka eksploduje! Tymczasem krótkie interludium perkusji i basu, upstrzone elektrowstrząsami gitary, płynnie przenosi nas do szóstej opowieści (muzycy nie trwonią tu czasu na przerwy pomiędzy utworami!). Ambientowy psychodelik podawany wprost do uszu! Gdy znamiona rytmu pojawiają się na horyzoncie, nie mamy już wyboru. Riders On The Storm bez kropli wody prowadzą nas do ekscytującego miejsca, pełnego rockowego hałasu gitary, pulsującej magmy fendera i strzałów perkusji, ostatniej żywej istoty na tej planecie. Przed nami ściana dźwięku, a zaprzyjaźniona załoga The Doors odpada po drodze. Siódma pieczęć bólu – gitara świszcze ciepłym prądem, fender buduje pasma post-rytmu, perkusja krwawi mulistą cieczą. Każdy z instrumentów plecie swoją mantrę improwizacji, część z nich multiplikuje się – w sumie słyszymy cztery pasma dźwiękowe, nie licząc perkusji. Zdaje się, że cała historia kreatywnego fussion niesie Toc na ramionach i wyje z zachwytu! Ósmy epizod, jak coda… Klawisze pulsują martwym rytmem, gitara plami obficie, bogate perkusjonalia stymulują grozę finałowej ballady. Relaxing in post-oriental tiredness! Nierówny oddech (efekt końcowych wybuchów endorfin?) zdaje się doskwierać wszystkim, po obu stronach nieistniejącej sceny. Ostatni dźwięk smakuje kolejną nierozwiązaną tajemnicą.




Closed for Safety Reason

Tym razem Toc w wersji rozbudowanej, a w roli gości - na saksofonie altowym i tenorowym Dave Rempis, a w ostatnim utworze, także na saksofonie tenorowym - Sakina Abdou. Cztery skomponowane (?) improwizacje, 52 i pół minuty muzyki. Dodajmy, iż Cruz grał będzie tylko na gitarze elektrycznej, a Ternoy nie użyje tym razem mooga, ani fortepianu, reszta jak wyżej. Nagranie studyjne z roku 2019.

Od pierwszej sekundy słyszymy, iż panowanie nad nami rozpoczyna zwarty, kwartetowy strumień gęstej, improwizowanej fuzji rocka i jazzu. Fender buduje masywny flow basu, czerstwy drumming stawia zasieki, dronizujący saksofon zawłaszcza wyższe partie przestrzeni dźwiękowej, zaś ekspresyjna, płynna gitara topi się w czeluści post-rockowych eksperymentów, niepozbawionych elektronicznej poświaty. Każdy z muzyków buduje swoją improwizację, a każda z nich wplata się pomiędzy szprychy współpartnerów. Nieustające pasmo mikro erupcji pięknie przygasa w połowie szóstej minuty, czara psychodelii rozlewa się całą szerokością ulicy, po czym utwór pięknie dogorywa. Druga przygoda zaczyna się piskami i zgrzytami elektroakustycznej proweniencji. Saksofon buduje free jazzowe pasmo, reszta instrumentów zagęszcza ścieg i hałasuje, stoi wszakże w miejscu i czeka na sygnał z departamentu rytmu i dynamiki. Po pewnym czasie Orins spełnia oczekiwania tłumu i wraz niskimi klawiszami fendera rusza w podróż. Free-noise-jazz quartet zdaje się miażdżyć wszystko, co napotyka na swoje drodze. Po kilku przebiegach ów wulkan ekspresji zmysłowo przygasa w obłokach gitarowego post-ambientu.

Sucha tuba saksofonu i woda lejąca się przez gitarowe pick-upy czynią wprowadzenie do najdłuższej opowieści. Obok szelest percussion i szum wystudzonego fendera. Po upływie trzeciej minuty ten ostatni wypuszcza na pierwszą linię frontu basowy przebieg. Cała czwórka muzyków pięknie kręci loda narracji. Free jazzowy saksofon pędzi samym środkiem, na flankach eksplodują kolejne epicentra psychodelii. W połowie siódmej minuty muzycy osiągają stan wrzenia. Bas fendera nie oddaje batuty szefa przedsięwzięcia. Jego jazzy taste rozpoczyna małą batalię z wyjątkowo kwaśną ekspozycją gitary. Każda wojna wymaga ofiar – flow gaśnie, stylowo obumiera do poziomu ciszy, a rolę przewodnika duchowego przejmuje mantryczny drumming. Zabawa zaczyna się jakby od nowa – post-dark ambient w elektroakustycznej poświacie. Pierwszy wybudzać zdaje się saksofon, któremu wtóruje spowolniony błysk gitary i kropelki potu na klawiaturze fendera. Perkusja włącza tryb nieustannych powtórzeń, very hypnotic trip! Kwartetowy Toc być może osiąga właśnie najpiękniejszy moment swojego krótkiego życia – pętle z dołu do samej góry, soczyste reakcje. Zaraz potem do brygady dokleja się drugi saksofon i Toc rozpoczyna swoje życie kwintetowe. Najpierw jednak cisza ambientu, filigranowe pulsacje z klawiatury, leniwa, na poły śpiąca elektroakustyka zaczynają lepić się w jeden strumień fonii. Dark dreaming for lazy busters! Wyraźna linia basu rodzi się dopiero w połowie piątej minuty, powtarza frazy i kreuje nową opowieść. Gitara zdaje się być wyjątkowo łagodna, co innego dwa rozjuszone tenory, które rozpoczynają bystry taniec. Perkusja bije na alarm, a fender śpiewa na boku. True psycho drive prze ku zatraceniu. Piękny, rozchełstany strumień kwaśności z rockowym posmakiem naspidowanego The Velvet Undergroud! Z czasem flow gęstnieje i coraz efektowniej hałasuje! Saksofony na ostrym wydechu toczą bratobójczą potyczkę ku chwale improwizacji. Po upływie kwadransa czynności w zakresie finalizacji spektaklu biorą na siebie gitara i perkusja, by po paru głębszych oddechach skutecznie zwieńczyć owe dźwiękowe szaleństwo.