Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfredo Costa Monteiro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alfredo Costa Monteiro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




czwartek, 29 października 2020

A New Barcelona’ outfit! Hung Mung! Besalduch & Nästesjö! Villavecchia! Truss! Llumm! Bogacz & Vidal!


Barcelona żyje i ma się świetnie! Przynajmniej w wymiarze muzycznym. Po spotkaniu Vasco Trilli z Marsem Williamsem (na początku tego tygodnia), dziś sposobność, by poznać kolejnych sześć nowych płyt, które powstały w Barcelonie (jedna w Andaluzji, ale z udziałem bcn people!) i tamże zostały w ostatnich tygodniach upublicznione. Towarzystwo w ujęciu personalnym niezwykle międzynarodowe, ale dla każdego z tych muzyków Barcelona jest miejscem szczególnym (i na ogół stałą, życiową rezydencją).

Zaczynamy od … siódmej już w tym roku płyty Hung Mung! Trio, które zawojowało w październiku scenę poznańskiego Dragona, po prawdzie wzięło we władanie cały Spontaniczny Fest! Potem sięgniemy po duet i nagranie solowe – podobnie jak w przypadku Hung Mung, wprost z katalogu Discordian Records. Po nich dwa wydawnictwa z udziałem Ferrana Fagesa (w tym duet, który śmiało możemy uznać za reinkarnację słynnego w wielu kręgach duetu Cremaster). Wreszcie na finał skromny, acz wyjątkowo smakowity duet gitar akustycznych. Uwaga! Nie będziemy jednak słuchać flamenco!

Do dzieła! Na przekór zarazom i haniebnym czynom pewnej władzy w samym środku starego świata!

 


Hung Mung  La fúria es lo primer (Discordian Records, DL 2020)

Tym razem barcelońskie trio odnajdujemy w okolicznościach studyjnych (Golden Apple, Barcelona), dokładnie w połowie października roku 2019 (patrz: kalendarium Hung Mung, zamieszczone na tych łamach kilka tygodni temu!). El Pricto – saksofon altowy (tylko i wyłącznie!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja. Cztery improwizacje, 33 minuty z sekundami.

Furia na początek! Tytuł płyty sugerowałby takie rozwiązanie, ale muzycy mają inny pomysł. Prowadzą spokojnie grę rozpoznawczą, choć grają ze sobą po raz tysięczny pierwszy. Plamy gitary i saksofonu, stuki po krawędziach werbla, łagodny smak nadchodzącej burzy. Diego frazuje post-jazzem, ale dobrze przegniłym czerstwym rockiem, Pricto prycha i zawodzi, a Vasco lepi to wszystko w uporządkowany flow improwizacji. Emocje kreują się samoczynnie, jakkolwiek drummer nie forsuje tempa, dba raczej o intensywność narracji. Prawdziwy ogień rodzi się na gryfie gitary, by po chwili spowić całą przestrzeń nagrania. Druga improwizacja od startu stawia na dynamikę i szczere interakcje. Brudne frazy, aktywny drumming, bez subtelności – samo mięcho, gęste i lepkie. Po niedługim czasie artyści pięknie tłumią się do pojedynczych fraz, sięgają po preparacje, oddychają na sucho, pełni wszakże dramaturgicznego niepokoju. Diego liczy struny na pogłosie, ale nowe pomysły same kiełkują mu pod palcami. I to znów gitarzysta zabiera trio w ogień improwizowanego post-rocka.

W kolejnej opowieści, dla odmiany, garść subtelności – saksofon całuję powietrze, kostka gitarzysty snuje się po strunach, pałker liczy krawędzie i jątrzy. Gitara i dęciak szukają wspólnej stycznej, a dynamika przychodzi jakby całkiem nieproszona. Kilka znaków zapytania, epizod z milczącym saksofonem, który po chwili powraca powłóczystymi dronami. Dźwięki gasną perfekcyjnie. Wreszcie finał tej niedługiej, studyjnej perełki. Na wejściu garść jazzu, który nabiera rumieńców dzięki inicjatywie perkusisty. Ten ostatni, niczym demiurg, wrzuca wszystkie dźwięki do rozgrzanego kotła. Ale emocje trzymane są tu na uwięzi, choćby po to, by po kilka pętlach opowieść mogła cudownie wytłumić się. Caicedo schodzi w psycho-ambient, alt Pricto płynie post-jazzem, a Trilla jako ostatni trzyma się krawędzi życia. Spirala ekspresji na krzywej wznoszącej! Ale znów krok w bok, ucieczka w brzmieniowe szczegóły. Gitara plami post-elektroniką, perkusja nerwowo szuka większej dynamiki, saksofon kreśli śpiewne pętle. Na ostatniej prostej Bóg Chaosu skacze jednak w ogień, a raczej w gęstą lawę, która na koniec pięknie rozlewa się bardzo szerokim korytem.

 


Ferran Besalduch & Johannes Nästesjö  The Lost Pawns (Discordian Records, DL 2020)

Przenosimy się do innego studia barcelońskiego – Underpool. W czerwcu 2019 roku spotykają się tam Ferran Besalduch na saksofonie sopranowym (miał w planie grać na saksofonie barytonowym, ale instrument chwilowo zaniemógł) oraz Johannes Nästesjö na kontrabasie. Muzycy pichcą dla nas osiem swobodnych improwizacji, które potrwają łącznie niespełna 40 minut.

Minimalistyczne frazy pizzicato wklejają się w delikatne podmuchy z tuby saksofonu sopranowego. Drobne preparacje i szukanie dynamiki. Artyści budują swoją opowieść pieczołowicie, nie od razu są skorzy odkryć przed nami wszystkie karty! Druga część, inny pomysł na improwizowaną intrygę – small percussion po strunach i ptasie, subtelne zaloty miłosne, frazy niemal molekularne. Po chwili bas bierze sprawy w swoje ręce i obaj muzycy puszczają się w imponujący galop. Trzecia historia – masywny strzał z kontrabasu, w reakcji pisk sopranu. Dialog Dawida z Goliatem zamienia się jednak w podniebny spacer, bo kontrabas zdolny tu jest doprawdy do wszystkiego! Free chamber without any jazz! Czwarta improwizacja, to pierwsza, która wynosi nasze emocje aż po horyzont! Nisko osadzony smyczek buduje dynamiczny flow, brudzi brzmienie i stymuluje sopranowe śpiewy. Tuż potem zwinne pizzicato, które niespodziewanie prowadzi opowieść w rejony ciszy. Powrót do dynamiki, niejako ze zdwojoną siłą – pasaż ognistych fraz, zgaszony dronami spod kontrabasowego smyczka. Brawo!

Piąta historia i skulone pizzicato, które czeka na podmuchy chropowatego saksofonu. Flow gęstnieje, zaczyna ociekać potem. Kontrabasista błyskawicznie zmienia techniki gry, przez moment już nie wiemy, czy używa placów, czy smyka dobywając tak intrygujące dźwięki. Sztukmistrz z Malmoe! Matowy flow wspaniałości buduje także saksofon, który razi kreatywnością. Na finał oba instrumenty zgodnie … szumią. Szósta część trzyma się brudnych fraz. Kontrabas szeleści, drży i chrobocze. Sopranista cedzi dźwięki przez zęby! Na finał jednoczą się w galopie. Wreszcie dwa ostatnie epizody – to już prawdziwe perły w koronie tej intrygującej improwizacji! Najpierw harsh-flow smyczka wystawiony na ostry pisk z tuby. Molekularna, skryta opowieść – kind of acoustic pre-noise! Artyści stawiają na preparacje, które prowadzą ich na skraj ciszy. Ósma opowieść – pomruki smyczka i szum z tuby budują opowieść, która narasta niczym letnia burza. Po chwili bas schodzi do piwnicy, a saksofon sięga nieba i łobuzuje. Ale to nie koniec – kontrabas też zaczyna śpiewać, a ostatnie dźwięki, to cudowne, wzajemne imitacje, czynione naszą ukochaną metodą call & responce. Znów brawo!

 


Liba Villavecchia  Nocturnal (Discordian Records, DL 2020)

Solowe improwizacje na saksofon altowy (tu nazwane nieco przewrotnie … kompozycją) z pewnością ukoją nasze emocje, zszargane po poprzednich, jakże eksplozywnych płytach. Liba Villavecchia nagrał dla nas jedenaście utworów, oczywiście w Barcelonie, w marcu i kwietniu bieżącego roku, niewykluczone, iż w lockdownowych okolicznościach domowych. Całość odsłuchu zajmie nam mniej więcej dwa kwadranse.

Płyta w przeważającej części zbudowana jest wedle pewnej reguły dramaturgicznej – utwory nieparzyste stawiają na klimat, nastrój, pewną abstrakcyjność dźwięków i formy, zaś utwory parzyste częściej szukają jazzowych inspiracji, zdają się być masywniejsze, a czasami nawet swingujące. I tak – pieśń otwarcia, to długie frazy kreowane na pogłosie, które szukają rezonansu, pełne oddechów, westchnień i chwil onirycznego w posmaku, tłumionego niepokoju. W trzeciej części niektóre dźwięki przyjmują formę krzyku, mamy wrażenie, że powietrze z tuby saksofonu łączy się z gardłowym oddechem muzyka. W piątej części świat dźwięków składa się niemal wyłącznie z szumu powietrza, szmeru pustych dysz i ciszy wokół. Z kolei dziewiąta część (bodaj najbardziej intrygująca), to dron, który rezonuje ze wszystkim, co napotyka na swojej drodze, po czym przekształca się w narrację pełną melodyki i dobrych emocji.

Utwory parzyste budują swój flow z odrobinę bardziej dynamicznych i rytmicznych fraz. Choćby czwarta narracja, która ewidentnie szuka post-swingowych inspiracji, zdaje się być o krok od niemal tanecznego rozhuśtania. W kolejnych częściach parzystych muzyk frazuje coraz wyżej, by w części dziesiątej postawić już na swing, któremu udaje się popaść w pewnego rodzaju rezonans. Płytę, która w wielu momentach jest jedynie naszkicowana (niektóre utwory nie trwają nawet minuty) wieńczy wytłumiona ballada, która stawia na długie frazy i stylowo pnie się ku górze.

       


       

Truss (Ferran Fages/ Alejandro Rojas-Marcos/ Bárbara Sela)  Sela Todos los animales se reúnen en un gran gemido (Inexhaustible Editions, CD 2020)

Chwila oddechu na pewno była konieczna, albowiem teraz zapraszamy na obcowanie z całą plejadą fake sounds (fałszywych dźwięków). Przed nami trio: Ferran Fages – gitara akustyczna & feedback systems, Alejandro Rojas-Marcos – clavichord oraz Bárbara Sela – recorders. Na płycie, która składa się z siedmiu części i trwa prawie 43 minuty, niemal od początku do końca doświadczać będziemy dysonansu poznawczego, gdyż w wielu momentach, chwilami naprawdę ekscytującej improwizacji, całkowicie zatracimy umiejętność wskazania źródła danego dźwięku. Ta prawdziwa karuzela fake sounds nagrana została w Andaluzji (Estudio 79, Jerez de la Frontera), w listopadzie ubiegłego roku.

Opowieść o tym, jak wszystkie zwierzęta jednoczą się we wspólnym zawodzeniu nie mogła mieć lepszego tytułu. Rwana, nerwowa, chwilami chaotyczna, a po 30 minucie wręcz dotkliwa akustycznie narracja (prawdziwy challange nawet dla obeznanych w świecie fake sounds!) kasą swą niewątpliwą, elektroakustyczną urodą od pierwszego dźwięku! Mechanika preparacji, szelest obiektów nieznanego pochodzenia, meta rytm instrumentu klawiszowego, który chwilami brzmi jak fortepian, innym razem jak … klawikord, dźwięki, które mogą być efektem live proccesing, ale nie muszą, wreszcie nieustający rezonans wszystkiego ze wszystkim. Uff, fabryka pracuje pełną mocą! A na koniec ktoś podśpiewuje, a może jedynie jęczy. Druga improwizacja na moment powraca do żywych, rozpoznawalnych dźwięków. Słyszymy odgłosy charakterystyczne dla gitary Ferran Fagesa (yes!), struny klawikordu, głuchy szum otwartej przestrzeni studia nagraniowego, dźwięki suchych dysz instrumentu dętego, coś, co brzmi jak flet, a także głos ludzki – wszystko skąpane w rezonansie i sprzężeniach zwrotnych. Z biegiem minut preparacje nasilają się – tarcia, trzaski, gwizdy i pęknięcia. Trzecia część wydaje się najgłośniejsza jak dotąd. Gitara pracuje, także ów nieistniejący flet daje znać o sobie. Drżą i szeleszczą struny klawikordu. Intensywna, efektowna narracja z dużą ilością akcentów para-perkusjonalnych. Szorstka mechanika pocierania, uderzania i szarpania.

Czwarta historia, to niemal miniatura. Minimalistyczne wprawki w temacie wybrzmiewania niemal pojedynczych dźwięków. Coś pomrukuje, ktoś liczy struny, które rezonują. Piątą część rozpoczyna rezonans gitary, mechaniczne mikro frazy, jakby ktoś umieścił wszystkie przedmioty wydające dźwięk w wielkim pudle rezonansowym fortepianu. Znów akcenty percussion i dźwięk charakterystyczny dla fletu prostego. Zagubione w głuszy leśnej dźwięki maltretowanej natury, tej ożywionej i tej wegetującej. Pod koniec słyszymy suche, drewniane patyki, którymi ktoś pociera, w tle zaś rezonują struny gitary (tego jesteśmy akurat pewni!). Opowieść toczy się jak u Davida Lyncha – nie ma rozwiązania, mnożą się natomiast zagadki – świst, szelest, pojękiwania, molekularne źdźbła fonii. Piski, uderzenia, oddech instrumentu dętego (?). Gdybyśmy powiedzieli o tej improwizacji, że sprawia wrażenie wyjątkowo tajemniczej, to jakby nic nie powiedzieli. Zakończenie szóstej improwizacji stawia na intensywność, chwilami naprawdę bolesną. Głębokie preparacje i rezonujący ambient gitary. Wreszcie finał tego szalonego przedsięwzięcia fonicznego – wszystko zdaje się tu wyć i piszczeć z egzystencjalnej trwogi. Z klawikordu buchają pioruny, ale całość narracji systematycznie przygasa. Wraz z artystami i ich meta instrumentami docieramy do ostatniego dźwięku. Jesteśmy dumni - z siebie, a tym bardziej z nich!

 


Llumm  Adhuc (llumm.bandcamp, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie Ferrana Fagesa (tym razem tylko gitara elektryczna, nagrana samotnie 30 sierpnia br.), a do pary dobija jego wieloletni współpracownik Alfredo Costa Monteiro (rezonujące przedmioty i elektronika, nagrane samotnie … dwa dni później). Panowie razem zapisali już historię Cremaster, teraz rozpoczynają pisanie nowej, którą nazwali Llumm. Jeden trak, 41 i pół minuty.

Odgłos nieznanej przestrzeni i plastry ciszy uzupełniają się wzajemnie, jakby prowadziły tajemniczą grę, która nie ma zakończenia. Minimalistyczna elektroakustyka pełza i delikatnie skwierczy rezonującym dark ambientem. Całość brzmi, niczym analogowa elektronika, choć po prawdzie jest pewnie efektem pracy gitary elektrycznej. W połowie 4 minuty porcja cisza wydaje się być nieco większa. Po kilku sekundach na scenie pojawia się szeleszczący-buczący dron, który leniwie rozwarstwia się. W połowie 11 minuty mikrofrazy zaczyna budować zmutowana gitara (świetnie brzmiąca!), ale dron trwa nadal. Ten drugi matowieje, ta pierwsza błyszczy. W 17 minucie dron zaczyna pulsować, a towarzyszą mu trzeszczące incydenty foniczne. Po chwili powraca gitara, a całość nabiera na dłuższą chwilę niezwykle medytacyjnego charakteru. Ale to nie chill-out, to raczej strach przed nieznanym.

W połowie 22 minuty recenzent odnajduje w narracji nawet trzy, cztery wątki, a całość zdaje się być nad wyraz głośna. Po kolejnych kilku minutach opowieść powraca do samotnego drona, upstrzonego ambientowymi ornamentami. Kolejne plamy kreuje wyraźnie rozpoznawalna gitara Ferrana. Flow powoli wchodzi w stadium minimalizmu, jakkolwiek dźwięk gitary wydaje się być zagęszczany, zapewne w efekcie działań post-produkcyjnych Alfreda. Efekt ów zdaje się zadowalać wszystkich! W okolicach 33 minuty dronowe tło gaśnie. Nie przestaje pracować gitara, której towarzyszą elektroakustyczne zdobienia. Oba wątki udanie się pętlą. Na ostatniej prostej powraca czyste brzmienie gitary (szkliste i metaliczne, które świetnie znamy), a obok snuje się analogowy dron, którego zdążyliśmy już poznać we wstępnej fazie nagrania.

 


Santiago Bogacz & Sebastian Vidal  Murillo 15 (Dadiminauke, DL 2020)

Na finał dzisiejszych szaleństw barcelońskich skromny duet gitar akustycznych. Uspokajam wszakże malkontentów – będzie się działo! Santiago Bogacz i Sebastian Vidal spotkali się pierwszego dnia lutego br. w miejscu zwanym Grabado (Barcelona). Zagrali dwie swobodne improwizacje, które poznany w całości tuż przed upływem 25 minuty nagrania.

Improwizację otwiera skrobanie strun, ich wnikliwie liczenie, tudzież wstępne sprawdzenie ich odporności na mechaniczne uszkodzenia. Oba pudla rezonansowe gitar drżą, niczym talerze drummerskie. Muzycy bystrze wchodzą w suche frazy budowane już na pewnej dynamice. Opowieść zdaje się być od startu niezwykle bogata w brzmienia i wydarzenia, toczy się niejako dwustrumieniowo - muzycy dobrze się słyszą, ale prowadzą swoje narracje dość separatywnie. Na każdym kroku szukają okazji do preparowania dźwięku, pięknie wchodzą w dość abstrakcyjne paralele. Recenzent jest niemal pewny, iż obaj pięknie pasowaliby do strunowej formuły Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa! Muzycy wolą szczegóły niż ekspresyjnych salw mocy, czym także udanie wpisują się w estetykę wspomnianej formacji. Pierwsza improwizacja z czasem staje się odrobinę linearna – dynamika rośnie, preparacje idą w odstawkę, a całość nabiera bystrego, kameralistycznego (wręcz klasycyzującego!) sznytu, albowiem warsztat obu muzyków pozwala im naprawdę na wiele. Wszystko pięknie gaśnie, do pojedynczego dźwięku.

Druga improwizacja stawia początkowo na kreatywny minimalizm. Dźwięki niczym krople deszczu filtrują nam narządy słuchu. Skromna gra w riffy i repetycje (jednak dalekie echo flamenco?) nabiera rumieńców, by nie powiedzieć – delikatnej furii! Po czasie muzycy schodzą w kierunku ciszy, a potem z mozołem wspinają się ponownie na szczyt. Plotą sieć interakcji z mikroskopijnych flażoletów, półfraz, ćwierćakordów. Po ósmej minucie powracają do maltretowania strun swoich gitar. Mnóstwo niuansów, brzmieniowych detali. Brawo! Improwizacja zaczyna przesiąkać finałową zadumą, choć nie przestaje szukać dynamiki. Po czym – po raz kolejny! – zostaje niezwykle efektownie wygaszona.



 

piątek, 30 czerwca 2017

Ferran Fages – dźwięki wybrane, czyli abstrakcja w służbie improwizacji


Ogromne rzesze populacji ludzkiej, najzwyczajniej w świecie, nie tolerują muzyki improwizowanej. Innymi słowy – po prostu nie są w stanie jej przyswoić. Zatwardziali wielbiciele gatunku wiedzą jednak doskonale, że do opanowania tej umiejętności wystarczy tylko … chcieć poznać odrobinę więcej. Zaakceptować inny dźwięk. W dużym uproszczeniu chodzi też o to, by słuchać całym mózgiem i dodatkowo - każdego instrumentu osobno. Jakie to banalnie proste, nieprawdaż?

Muzyka, która stanowi rdzeń dzisiejszej opowieści, nie przez przypadek poprzedzona została tym nieco dziwnym wstępem. Stanowi bowiem spore wyzwanie nawet dla najbardziej zaprawionych w bojach gatunkowych odszczepieńców.

Przed nami jedna z najbardziej intrygujących postaci współczesnej muzyki improwizowanej, gitarzysta i wytrawny operator wszelkiej maści elektroniki, także analogowej, Ferran Fages. Katalończyk ten incydentalnie gościł już na tych łamach. Okazją był choćby premierowy występ formacji Phicus*), który dzielnie obserwował w Barcelonie Pan Redaktor. Kolejna sposobność, to przegląd dokonań artystycznych Toma Chanta i ich wspólna płyta dla Discordian Records.

Poniżej omówimy osiem płyt z bogatego dorobku Ferrana. Dobór nie jest przypadkowy, wydaje się też wyjątkowo reprezentatywny dla dokonań muzyka. Połowę  feature’a stanowić będą incydenty z użyciem gitary (elektrycznej i akustycznej), drugą zaś - zaawansowane eksperymenty na polu muzyki elektronicznej i elektroakustycznej (tu, dodatkowo, każda z prezentacji dotyczyć będzie innej formacji, innego pomysłu na wgryzanie się w istotę dźwięku preparowanego). A w ogóle, zaczniemy opowieść od muzyki, która została precyzyjnie skomponowana i tak też wykonana, a występujące w niej elementy improwizacji (niezaprzeczalne!) ujawniają się na nieco innych płaszczyznach, niż wynikałoby to z naszych przyzwyczajeń, czy też oczekiwań.




Ferran Fages ‎ Radi D'Or (Another Timbre, 2013)

Kompozycja Ferrana Fagesa Radi D’or na gitarę akustyczną, elektronikę (fale radiowe, sinewaves), flet i saksofon altowy, saksofon tenorowy i sopranowy oraz perkusjonalia. Aparat wykonawczy nazywa się The Ferran Fages Ensemble, a personalnie tworzą go: lider przedsięwzięcia, a także Lali Barrière, Olga Ábalos, Tom Chant i Pilar Subirá (muzycy wymienieni w kolejności adekwatnej do listowanego przed chwilą instrumentarium). Barcelona, Can Felipa, grudzień 2011r. Muzyka zamyka się w jednym traku, trwającym 36 minut z sekundami.

Wstęp toczy się wedle estetyki field recordingowej. Docierają do nas dźwięki bliżej niezwerbalizowanego otoczenia elektroakustycznego. Pasaże instrumentalne są bardzo matowe, szorstkie i ciekawie nakładają się na siebie. Perkusjonalia, jakby z czary piekielnej, po cichu dudnią i łomocą. Narracja płynie kanałami, które nie mają ujścia. Dźwięki gitary przypominają harfę. Saksofony plamią przestrzeń mikroincydentami (choć nie brakuje dźwięków trwających, zawieszonych w czasie). Fale radiowe tworzą sinusoidy i skwierczą elektroakustycznie. Contemporary w stanie krytycznego zawieszenie narracji. Trwa, jakby się nic nie działo. Może płynie, może trochę żegluje….

Precyzja, skrupulatność w żmudnym procesie realizacji idei kompozytorskiej. Dźwięki dostarczane przez Fagesa zdają się być tu akustycznie najbardziej frapujące, ale - po prawdzie - jest ich najmniej. W tym spektaklu skrywanych emocji, fale radiowe stanowią prawdopodobnie centrum zainteresowań twórcy. Mamy wrażenie, że pozostałe instrumenty (te żywe!) starają się naśladować pasaże fonicznie generowane przez fale. Z kajetu recenzenta: trudno rozpoznawalne elementy improwizacji, szukajmy je może w niuansach brzmieniowych. Narracja toczy się z punktu a do punktu b z dostojeństwem niemal królewskim. Z dramaturgicznego punktu widzenia, bardzo złośliwy recenzent mógłby nawet rzec: klasyka gatunku, jeśli chodzi o wydawnictwo Another Timbre, czyli nieustanna podróż w poszukiwaniu utraconego dźwięku.

Niemniej, w aspekcie akustycznym nagranie jest bardziej niż intrygujące. W okolicach 15 minuty utworu, instrumenty i fale radiowe zaczynają łączyć się w dron o bardzo delikatnej barwie, który fascynująco płynie w dość wysokim rejestrze (to wszak ewidentnie fale … długie – smakowite!). Permanentnie doświadczamy przy okazji drobnych rotacji w zakresie natężenia składowych dźwiękowych. Pod sam koniec dron wygasza się dość konwulsyjnie, trochę jak ostry zjazd ze stromego wzgórza, bez zabezpieczenia, wprost w field recordingowy szum śpiącego miasta. Czyli powrót do punktu wyjścia.




Ap'strophe  Corgroc (Another Timbre, 2010)

Pozostajemy przy akompaniamencie gitary akustycznej. Duet, który wdał się onegdaj w wir uroczych i nieoczywistych gier improwizacyjnych, to Dimitra Lazaridou Chatzigoga, która zagrała na zitherze i Ferran Fages - rzeczona gitara akustyczna. Szczęśliwie, nic w grudniu 2008r. w Maik Maier Studios, w Barcelonie, nie działo się według wskazań z pięciolinii. Dwa fragmenty, dla których tytuły stanowi jeden cytat z E.E.Cummingsa, zajęły muzykom łącznie ok. 47 minut.

Na polu walki mamy dwa strunowce, zatem wstęp do epizodu pierwszego, polegający na narowistym darciu strun, nieco metalizujących w brzmieniu, nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Dimitra gra, jakby miała w dłoniach okablowany generator średnich częstotliwości, nie zaś akustyczny zither. Ferran ma w rękach gitarę (to słychać!). Dużo ciekawych, bliżej nierozpoznawalnych dźwięków, sprawia, że dopiero po kilku minutach jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać miejsce przebywania każdego z artystów i rozmieszczenie instrumentów (Dimitra po lewej, Ferran po prawej). Gitarzysta gra nawet akordami, czym nieco zaskakuje recenzenta, przygotowanego na trudniejszy wariant rozwoju sytuacji. Akordami, ale… nieco powykręcanymi. Zither ma zaś prawdziwie kosmiczne brzmienie (czyżby jakieś subtelne amplifikacje?).

Fragment drugi, zdaje się, że zasadniczy dramaturgicznie, także zadziwia od samego początku. Zither przypomina teraz zepsuty modulator częstotliwości. Towarzyszą temu skromne obcierki ze strony gitarzysty, który wciąż woli bardziej przewidywalne dla otoczenia reakcje akustyczne. Gdyby recenzent mógł widzieć, co robią muzycy… Nie wierzy w wyłącznie akustyczną faunę tej rejestracji! Narracyjnie improwizacja pasjonująco zagęszcza się. Oba strunowce lubią drobne eskalacje, tryskające emocjami i chęcią zaskakiwania partnera (i recenzenta!). Brną w czeluść improwizacji, choć specjalnie ze sobą nie rozmawiają. Nagle jednak zwrot – lepią się do siebie i prą ku dwugłowemu dronowi o dalece elektroakustycznym wymiarze. Po wytłumieniu tej sprytnej sprzeczki, powracają akustyczne szarpania strun, tarcia i przeciskanie dźwięków po płaszczyznach gryfów i pudeł rezonansowych. W połowie tego fragmentu, czeka na nas spora porcja onirycznej, powolnej, korespondującej ze sobą… akustyki dwóch wygrzanych instrumentów, które nadmiernie się jednak nie pocą. Filozoficzna zaduma nad materią dźwięku, która z kroku na krok, brnie ku zadziorom i moralnej degrengoladzie. Szczypta wytrawnej sonorystyki, która niezwykle skutecznie łechta ucho recenzenta. Znów pojawiają się obiekty dźwiękowe o nieustalonej naturze (Ferran głaska nimi struny). Mikrodrony, stymulowane w/w procesem, robią się bardzo metaliczne. Stan spraw dynamizuje się (jak na kanony Another Timbre!). Można nawet zasugerować, iż narracja jest odrobinę hałaśliwa! Czujemy się, jak w czarodziejskim warsztacie szlifierskim (Ferran w konwulsjach!). Cytując poetę…Spring Is Like A Perhaps Hand! A płyta w drugiej części smakuje wybornie.

Uzupełnienie dyskograficzne **): duet ten ma również w dorobku płytę Objects Sense Objectes (Etude Records, 2009).




Ferran Fages ‎ Cançons Per A Un Lent Retard (Etude Records, 2007)

Muzyka skomponowana i wykonana przez Ferrana Fagesa na gitarze akustycznej. Muzyka, jako jeden ze sposobów wyrażenia zmęczenia i pustki oglądu świata i życia w stanie bezsenności (cytat ze słów Ferrana, w bardzo dowolnym tłumaczeniu niżej podpisanego). Odrobina celebracji pamięci po ojcu, która wcale nie ma być celebracją. Dziewięć fragmentów (kompozycji?) opatrzonych tytułami – 71 minut muzyki. Barcelona, końcówka roku 2006, początek roku kolejnego.

Improwizacja, która jest kompozycją, kompozycja będąca improwizacją (jak u Evana Parkera). Spokój, wyciszenie, szczypta patosu. Zaniechanie, artystyczne samo ograniczanie się. Kanciasty, twardy, ultra akustyczny konglomerat strun, rezonancji, repetycji i wyjątkowo cierpliwej narracji. Muzyk jest delikatnie wycofany, niczym późny Derek Bailey z nutką głęboko ukrytej melodii i katalońskiej śpiewności. Brzmienie instrumentu jest unikalne, lekko wibrujące. Poziom ekspresji zaś dalece zróżnicowany, z wieloma momentami stricte contemporary playing. Wyjątkowo frapujące próby szukania wewnętrznego rezonansu i strunowego zawieszenia dźwięku. Piękna, niebanalna narracja, chwilami nieco wulgarna akustycznie. Bojaźń i drżenie, wersja dla zaprawionych w improwizacji. Bo i drżenie akustycznej struny ma wiele imion. Majestatyczne, śmiertelne i naturalne – przywary wybitnego artysty.

Wiele fragmentów tej muzyki jest skrajnie minimalistycznych, wręcz prostych w poziomie swej złożoności. Znów okazuje się, że instrument akustyczny może być generatorem dźwięków pozornie amplifikowanych, jak choćby fragment piąty (vide: Corgos). Ta muzyka zdaje się chwilami płakać (a jednak celebracja!). Szósty fragment (tak, jak i poprzednik, długi, kluczowy utwór) dostarcza nam nieco szarpanych, zrywanych ze strun, preparowanych dźwięków – opukiwanie pudła rezonansowego, tarcie, zagrywki perkusyjne, a sama narracja staje się nieco narowista i bardziej nieprzewidywalna. Intrygujący efekt sonorystyczny wzmaga pomoc Dimitry Lazaridou Chatzigogi, która sieje ferment swoim detuningiem. We fragmencie siódmym, struny pod palcami Fagesa wyprawiają cuda, a pudło rezonansowe skocznie tańczy do niewesołych myśli muzyka. W finalnych odcinkach nie brakuje akustycznych zadziorów, dysonansów i elektroakustycznej pulsacji, czynionej – przypominam! - … wyłącznie na gitarze akustycznej. Ferran, prawdziwy Król Midas!




Ferran Fages ‎ For Pau Torres (Organized Music From Thessaloniki, 2012)

Po gitarze akustycznej czas na gitarę elektryczną, wspomaganą dodatkowo użyciem walkie-talkie. Muzyka ponownie uzyskała epitet skomponowana, a nagrana została między majem a wrześniem 2009 roku (opis płyty nie wskazuje miejsca rejestracji). Na srebrnym krążku dostajemy to w formie jednego, 42-minutowego traku.

Wymuskany i akustycznie dotkliwy dron, inkrustowany onirycznym, nieco metalicznym podźwiękiem gitarowym, to introdukcja, która precyzyjnie wprowadza nas w temat nagrania. Innymi słowy, lądujemy w odmętach kolejnego eksperymentu elektroakustycznego. Taniec dźwięków odbywa się z gracją ulotnej baletnicy, zatem nie odmóżdża nam sfery odpowiedzialnej za odczuwanie przyjemności. Jakkolwiek sam proces powstawania tych dźwięków pozostaje dla odbiorcy sporą tajemnicą (co zapewne jest efektem interakcji żywego instrumentarium z walkie-talkie). Po kilku minutach gitara zaczyna dobywać akordy bardziej kojarzone z tym instrumentem, lekko modulowane niczym steel pedal guitar. Odrobina nostalgii i zadumy, adekwatna do sepii bijącej z okładki płyty, nawet szczypta subtelnie upalonej americany. Narracja kroczy dostojnie i ma definitywnie minimalistyczny sznyt.

Kolejny dron zdaje się jednak dramaturgiczną koniecznością. Podkreśla emancypacyjną rolę Fagesa w odkrywaniu świata gitarowych dźwięków. Zlewa się w nim pasaż nieostrych, akordowych incydentów. Klejenie poszczególnych fragmentów nagrania ma programowo niechlujny charakter, tak by szwy delikatnie eskalowały napięcie. Wszak nie o piękno, czy nadmiar estetyki chodzi temu muzykowi. Dron trwa, a w jego wnętrzu kotłują się suche pasaże gitary, które mają za cel przebić się na powierzchnię. Choć walka jest nierówna, gitara wygrywa bój o nasze endorfiny! I dalej rządzi już niepodzielnie, znów pachnąc americaną. Oklejona woskiem kostka gitarowa biega zwinnie po tłustych strunach i wywołuje wulgarne drgania. Na sam już finał dron powraca, zdobiąc przestrzeń w wysokich rejestrach. Wydźwięk całości jest trupioblady – sonorystyka w służbie elektroakustyki - a urocze szmery gitarowe stają się trudną do zaakceptowania ciszą.




Cremaster ‎ Noranta Graus A L'Esquerra (Monotype Records, 2009)

Wraz z prezentacją jednej z płyt duetu Cremaster, zdecydowanie wkraczamy w drugą część opowieści o przygodach muzycznych Ferrana Fagesa. Przed nami eksperymentująca elektronika, dla której bazą do śmiałych i wielowątkowych preparacji elektroakustycznych, będzie także moc dźwięków jak najbardziej żywych instrumentów.

Cremaster tworzą: Ferran Fages – elektronika (tu także stół mikserski i przystawki gitarowe) oraz Alfredo Costa Monteiro - gitara elektryczna i obiekty, używane w zetknięciu z nią. Duet popełnił  - począwszy od roku 2001 - dwanaście wydawnictw płytowych, w różnych formatach (także singli winylowych!). Naszą uwagę skoncentrujemy na jednym z nich, akurat tym, wydanym w Polsce. Konsumuje on kilka rejestracji duetu, poczynionych na przestrzeni lat 2004-2008, w Barcelonie. Płyta Noranta Graus A L'Esquerra trwa 44 minuty i jest nieprzerwanych ciągiem fonicznym, podzielonym wszakże, dla wygody odbiorcy, na cztery części.

Początek nagrania wypełniają cierpkie i niezwykle skondensowane trzaski bardzo zdartej płyty analogowej, które równie dobrze mogą być rzeką szumów z kompletnie rozdeptanego krążka kompaktowego. Trop rozdzieranej, wysuszonej na wiór płyty pilśniowej, też nie jest chybiony. Narracja, która rusza tuż potem jest dynamiczna, hałaśliwa i stemplowana brakiem artystycznych zahamowań. Motoryka ewidentnie przegrzanego komputera, która ma swój wewnętrzny, pokrętny i diabelnie wyuzdany rytm. Biały szum stanowi tu istotny element dramaturgiczny, a dron, będący skutkiem przesterów, ciekawy kontrapunkt. Bo improwizacja nie jedno ma imię!

Działania muzyków cechuje spora ekspresja i duża kreatywność w walce z materią niełatwych dźwięków, które nie są posłuszne i potrafią brnąć wbrew ich woli. Dzieje się naprawdę wiele, a recenzent kategorycznie kupuje ten brutal sound. Uczta foniczna jest dalece konkretna! W momentach dedynamizacji, ten splot pomysłów na dźwięk i aktywną interakcję broni się równie skutecznie. Ognista siarka wprost z paszczy smoka, który puszcza do nas oko. Krew i pot, niczym lawa leją się muzykom i słuchaczom po twarzy i absolutnie nie zastygają! Z kajetu recenzenta: świetny mix materiału, który powstał na przestrzeniu blisko pięciu lat.

Ciekawym uzupełnieniem polskiej części dyskografii Cremaster jest siedmiocalowy singiel, wydany wspólnie z polską załogą Komora A (Split, Monotype Records 2012). Bardzo wytrawna, skupiona na niuansach brzmieniowych, współczesna elektronika, która nie ma aspiracji ilustracyjnych.




Atolón / Chip Shop Music  Public Private (Another Timbre, 2013)

Jeśli duet Cremaster personalnie uzupełnimy o Ruth Barberán, otrzymamy trio Atolón! (zwracam wszakże uwagę na zmiany w zakresie używanego instrumentarium przez Ferrana i Alfredo).

Z muzyką tworzoną przez trójkę muzyków z półwyspu iberyjskiego, zapoznany się przy okazji ich wspólnego nagrania z … kwartetem Chip Shop Music (po części skandynawskim). Nagranie pochodzi z 3 lutego 2012 roku, z Barcelony (Can Felipa) i składa się z części nagranej z udziałem publiczności (Public) i bez niej (Private). Enigmatyczność opisu płyt Another Timbre jest powszechnie znana, ale w przypadku tego akurat krążka, zdaje się, że mamy do czynienia z lekką przesadą. Okładka płyty nawet słowem nie wspomina o … użytym instrumentarium! Wnikliwe zatem śledztwo Pana Redaktora, w tym analiza innych płyt obu formacji, doprowadziły do następujących ustaleń personalno - instrumentalnych: Ferran Fages – turntables, Alfredo Costa Monteiro – akordeon i obiekty różne, Ruth Barberán – trąbka i obiekty różne, Martin Küchen – saksofony, Erik Carlsson – perkusja i perkusjonalia, David Lacey - perkusja i perkusjonalia, Paul Vogel – elektronika (niewykluczone, iż każdy z muzyków SCM używał w trakcie koncertu kabli i sprzętu preparacyjnego różnej proweniencji).

Wreszcie i czas na samą muzykę! Od startu elektroniczno-akustyczny konglomerat trzasków, zgrzytów, sinych obtarć, szorowanych i niewybrednych macanek. Migotliwa, trzeszcząca nawałnica dźwięków, w której można śmiało doszukiwać się akustyki żywych instrumentów (trąbka, saksofon, perkusja, akordeon). Narracja tej improwizacji (o, tak!) jest gęsta, a poszczególne incydenty lepią się do siebie, jak kawałki gumy balonowej. Stukające przedmioty, dzwonki, coś na kształt… kołowrotka, delikatnie amplifikowanego – mała orkiestra dziwnych i społecznie zakazanych dźwięków! Nawet sample z głosem ludzkim i drobiny field recordings. Wszystko smakuje tu głęboko zaszytym noise’em i niebanalnym industrialem. W niektórych fragmentach narracja jest rwana, co może być pokłosiem, zarówno braku koncepcji na dalszy rozwój wypadków scenicznych, jak i … uzasadnionej potrzeby chwili (słuchacz sam decyduje!). Post-industrial heavy electroacoustic drama!

W dalszej części tej dość długiej płyty (ponad 64 minuty!) nie brakuje frapujących dźwięków, choć nie zawsze wchodzą one w intrygujące interakcje (dźwięk na dźwięk, lewa strona na prawą stronę). Na finał części publicznej dopada nas ciekawe akustycznie wyciszenie, wręcz improwizowany dub! Oniryczna melancholia post-atomowa.

Część dogrywkowa (prywatna) toczy się w nieco spokojniejszej atmosferze, choć arsenał elektroakustycznych wstrząsów fonicznych jest równie bogaty. Sporo tu anarchii, estetycznego rozchełstania i kontrolowanego chaosu (ba, jak na kanony Another Timbre dzieje się tu naprawdę dużo i to nawet w dynamicznych ekspozycjach!). Niewątpliwie jednak, z uwagi na niezwykle czerstwy i nieelastyczny charakter tej muzyki, album jest odrobinę zbyt długi. Na finał otrzymujemy, trochę w nagrodę za dobrnięcie do końca godziny zegarowej nagrania, dron czystego dźwięku rozgrzanego akordeonu. Prawdziwie eksplozywne zadęcie stawia wszystkich do pionu i nie pozwala na przebaczenie. Tuż po nim noise, szczypta groteski, hard-attack by strong elektronics. Stopa perkusyjna dudni i wzywa do zakończenia. Saksofon szumi na dźwięk już ostatni.

Atolón, uzupełnienie dyskograficzne: Atolón (Rossbin, 2004), Concret (Intonema, 2012) oraz dwie inne pozycje, wydane wszakże jedynie pod nazwiskami trójki muzyków: Istmo (Creative Sources, 2005) i Semisferi (Esquilo Records, 2006).




Octante ‎ Lúnula (Another Timbre, 2009)

… Jeśli do tria Atolón dodamy personalnie Margaridę Garcia, otrzymamy kwartet Octante! A zatem wylistujmy instrumentarium: Ferran Fages – oscylatory i przystawki gitarowe, Alfredo Costa Monteiro – akordeon i obiekty różne, Ruth Barberán – trąbka, …głośnik i mikrofon, Margarida Garcia – kontrabas … elektryczny (wszystkie dane za opisem na okładce płyty). Nagrania z 8 i 9 lutego 2008 roku. Barcelona (Ca L'escuder). Dwa odcinki improwizacji (!) – 59 minut.

Zapewne zaskoczeniem nie będzie stwierdzenie, iż płyta Lúnula zaczyna się gęstą, elektroakustyczną, okablowaną po samą szyję, pełnowymiarową sonorystyką (żywe instrumenty w przewadze liczebnej!). Trzy żywce, spętane pajęczyną mikrointerakcji wirtualnych. Obiekty, mikrofony, głośniki, oscylatory i pickupy gwałcą, radośnie deflorują, akustycznie bezczeszczą próby zaistnienia dźwięku niepreparowanego. Ta kreatywna walka ducha i materii toczy się w pokojowej atmosferze. Maszynistyczna konfrontacja z rzeczywistością zastaną. Abstrakcja w służbie improwizacji, równie swobodnej, jak bezczelnej! Co rusz, któraś z opozycyjnych frakcji przejmuje na chwilę panowanie nad sytuacją foniczną tej rejestracji. Akurat teraz elektryczny kontrabas gra wręcz akordami! Sporo tu trudnych, bolesnych dźwięków, które toczą się jednak na tyle dynamicznie, że nawet podmęczony słuchacz nie da rady przysnąć. Pod koniec pierwszej części zdaje się, że cała czwórka muzyków i horda ich przedziwnych przedmiotów oscyluje i delikatnie krwawi wedle trajektorii… oscylatorów Fagesa. Żwawy walking Garcii jakby też .. oscylował. Wielki wibrator wbity w pochwę Ziemi! Celebracja, w której nie brakuje rozdrapywania ran, tarć i siarczystego noise’u.

Odcinek drugi jest jeszcze bardziej zadziorny i pyskaty estetycznie. Chaos, który znajduje artystyczne uzasadnienie. W tej partycji nagrania szczególnie aktywny jest akordeon, w ogóle interakcje całej czwórki chętniej się zazębiają. Kolektywizm improwizacyjny w rozkwicie! Trąbka jest ciekawie kontrapunktowana grubociosaną elektroniką, przy wtórze hałaśliwych gołębi wprost z kabla. Być może w tym właśnie momencie, odrobina akustycznej subtelności dobrze zrobiłaby temu nagraniu. Na finał jęki udręczonych, jeszcze żywych instrumentów i sycząca z satysfakcji wataha elektroników. Rozgrzane do czerwoności kable i megabajty analogowych preparacji. A ostatnie słowo i tak należy do oscylatorów….

Octante, uzupełnienie dyskografii: Octante (L’Innomable, 2005)




Lali Barrière/ Ferran Fages/ Guilherme Rodrigues/ Ernesto Rodrigues ‎ Llop (Creative Sources, 2017)

Na zakończenie przeglądu dyskograficznego Ferrana Fagesa, najnowsza płyta z jego udziałem, przy okazji sygnalizującą istnienie pakietu nagrań Katalończyka, poczynionych dla portugalskiej wytwórni Creative Sources.

Dwa ubiegłoroczne spotkania studyjne (chyba) - Barcelona w styczniu, Lizbona w listopadzie. Kwartet w składzie: Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Ferran Fages – elektronika, Lali Barrière – elektronika, fale radiowe, Ernesto Rodrigues – altówka. Jeden odcinek muzyczny Llop, 40 minut.

Kilkanaście sekund bezwzględnej ciszy na początek. Dron elektryczny vs. skrobanie po strunach. Znów cisza…. Kolejny dron sunie samym środkiem sali, a po nim… cisza. Zdzieranie strun, komputerowa wolta i … cisza. Naprzemienne incydenty, ledwie sugerowane interakcje i … cisza. Pod kwadransie ta nieco kuriozalna sytuacja sceniczna nieco się zazębia, na dowód - sonorystyczny potok dźwiękowy generowany przez obie frakcje kwartetu. Gdy już pomyślimy, że prawdziwy start nastąpił, znów dopada nas… cisza. Ta trwa wręcz kilkadziesiąt sekund (przypominam: płyta składa się z jednego traku). Cisza jako ostateczne stadium artystycznego minimalizmu!

Powraca strunowiec i ma dużo ochoty na igraszki! Pełnoprawnie amplifikuje się i pętli w zwoju fal radiowych. Uwaga, naraz brzmią nawet trzy instrumenty. Płynna, długa narracja, którą udanie spuentować może jedynie… dobra cisza. Na szczęście bardzo krótka – a tuż po niej doom-elektronika, jakby lekko poirytowana sytuacją na pokładzie. Analogowy świder, prosto między rozgrzane struny wiolonczeli i altówki. Cisza! Pasaż strunowców deptany jest przez nadaktywne fale radiowe. Kilka czystych dźwięków altówki ze skrzydła, jak łyk wody na pustyni! Cisza, dźwięki, cisza, dźwięki. Dramaturgiczna wolta. Gdyby z tej narracji usunąć ciszę, samej muzyki starczyłby na mini longplay (jakkolwiek złożony z samych perełek, dodajmy!). Idea ciszy rży w głowie recenzenta, ale nie znajduje uzasadnienia. Na finał bukiet sonorystycznych świecidełek i … parędziesiąt sekund ciszy, która konstytuuje koniec nagrania.

Inne albumy dla Creative Sources: solowy A Cavall Entre Dos Cavalls (2004), duet z Ernesto Rodriguesem Cru (2014).



*) debiutancka płyta tria Phicus (w składzie także Vasco Trilla i Alex Reviriego) ukaże się jeszcze tego lata za sprawą serii wydawniczej Multikulti Project/ Spontaneus Music Tribune.

**) Wszelkie dane dyskograficzne za discogs.com