Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hannah Marshall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hannah Marshall. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2026

Hannah Marshall in Grazing!


Wiolonczelistka Hannah Marshall jest aktywnym uczestnikiem brytyjskiej sceny muzyki improwizowanej od przynajmniej dwóch dekad. Grywała na każdej scenie, uczestniczyła w setkach, tysiącach muzycznych spotkań, zarówno w małych grupach, jak i słynnych, wielkich orkiestrach, z tą najważniejszą włącznie. Z występów na naszej ziemi winniśmy ją pamiętać z doskonałego koncertu u boku Trevora Wattsa na jednej z edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Marshall grywa też solo, choć tę ostatnią aktywność nieczęsto przekuwa w stosowne wydawnictwa płytowe. Tym większą zatem mamy radość z odsłuchu jej najnowszego solowego albumu (bodaj drugiego w ujęciu historycznym), który zawiera rejestracje dwóch koncertów, jakie odbyły się w londyńskim Cafe Oto – jednego pod koniec roku 2024, drugiego w trakcie wiosny roku 2025.

  


Koncert grudniowy Hannah otwiera zamaszystym szorowaniem strun silnie zakrzywioną cięciwą smyczka. Strumień fonii jest gęsty, wielobarwny, choć odrobinę szorstki, prawdziwie żywy, nieutemperowany. Artystka i jej instrument zdają się żyć każdą sekundą swojej fizycznej obecności, każdym dźwiękiem płynącym ze strun, pudła rezonansowego i ludzkiego ciała. Ekspresja, pewna czupurność, brak zgody na dramaturgiczne przestoje, skróty i uproszczenia, to naczelne charakterystyki tej historii. Ma ona swój wewnętrzny rytm, czasami koślawy, ale niezmiennie piękny, doposażony nerwowym oddechem. W drugiej fazie dwudziestokilkuminutowej improwizacji artystka i jej cello wpadają w rodzaj rozkołysania, nasycony nutą nostalgii, tudzież filozoficznej refleksji. Pojawia się też efektowna plejada flażoletów. Zmiana goni tu zmianę, albowiem już po chwili opowieść wpada w tryby rytmicznego tanga. Artystka zdaje się przez moment wisieć nad przepaścią, ale moc ekspresji i determinacji utrzymują ją na powierzchni. Narracja tymczasem przepoczwarza się w gęste drony, a sfinalizowana zostaje porcją post-barokowej, bardzo szorstkiej melodii.

Koncert kwietniowy inauguruje świst zimnego powietrza, jaki generuje smyczek próbujący wejść w fizyczny kontakt ze strunami i korpusem instrumentu. Hannah szoruje struny, aż nabierają blasku i zaskakującej śpiewności. Potem przechodzi do fazy efektownych preparacji – piłuje struny, zgrzyta zębami, piszczy jak leniwe kocisko. Po niedługiej chwili zawiesza smyczek wyjątkowo nisko i zaczyna generować gęste plamy dark ambientu. Wchodzi w tryb minimalistycznego pizzicato, po czym śpiewa post-barokiem, tu wyjątkowo głośno. Ostatnie kilka minut spektaklu najpierw przynosi porcje post-kameralnej łagodności, a potem wbrew oczekiwaniom, w defensywnym dysonansie, kolejne ekscesy szarpania za struny i szukania drugiego dna. Finałowa prosta eksploduje emocjami, szyta brudnym, rockowym temperamentem.

 

Hannah Marshall Grazing (Relative Pitch, CD 2026). Hannah Marshall – wiolonczela. Cafe Oto, Londyn, grudzień 2024 i kwiecień 2025. Dwie improwizacje, 49 minut.




wtorek, 28 maja 2024

Butcher, Marshall, Sanders & Beresford are elusive!


Londyński Shrike Records działa ledwie czwarty rok, ale już wydaje się być nad wyraz trwałym elementem brytyjskiego środowiska free improvisation. Po dwóch albumach muzyków niezwiązanych z Londynem, ptasia inicjatywa wraca do swoich korzeni, czyli prezentuje muzykę powstałą w stołecznym klubie Iklectic.

Tym razem, to tzw. seria Recording Sessions i spotkanie studyjne czterech niemal pomnikowych postaci sceny Londynu. Jedni to prawdziwi weterani, inni - weterani, póki co, w kwiecie wieku. Ale żarty żartami, album jest oczywiście doskonały, a forma dnia każdego z artystów więcej niż wyśmienita. Poza jakością, jaką wnosi tu każdy element składowy kwartetu, na szczególną uwagę zasługuje umiejętność wzajemnego słuchania i wchodzenia w interakcje, a także dźwiękowa i dramaturgiczna wstrzemięźliwość. Album to kolejny dowód na to, że w czułej na niuanse, swobodnej improwizacji czasami lepiej zaniechać danej frazy, niż zagrać o jedną za dużo. Ten rodzaj artystycznej dojrzałości prezentują tu wszyscy, choć szczególnie dobitnie Butcher i Beresford. Ten drugi, mimo, iż ma pod ręką swoje ulubione, elektroniczne zabawki, skupia się na grze na fortepianie i brzmieniach akustycznych, co wspaniale robi, i tak już wyśmienitemu nagraniu. Płyta składa się aż z dziesięciu opowieści, ale tylko ta pierwsza trwa ponad dziesięć minut. Wszystkie pozostałe, to periody od 3 do 6-7 minut - małe perełki swobodnie kreowanej dramaturgii.



 

Spokojne, zrównoważone emocjonalnie otwarcie, to z jednej strony preparacje fortepianu i perkusjonalny background, z drugiej nasączone już pewną dynamiką akcje wiolonczeli komentowane szorstkimi dronami saksofonu. Bardzo kolektywna, interaktywna narracja, trzymająca emocje pod kontrolą, w dalszej części albumu chętnie dzieli się na nieprzegadane akcje w podgrupach, na ogół dwuosobowych. Pierwsza opowieść toczy się od umiarkowanie intensywnych spiętrzeń po pomruki nerwowego wytłumienia. To spotkanie wyswobodzonego z jarzma notacji, zmysłowego post-chamber i równie niezadekretowanego post-jazzu. Ponadgatunkowa improwizacja zdaje się balansować pomiędzy tymi dwoma punktami odniesienia. Szczególnie urokliwa staje się w momentach zaniechania, szukania ciszy, wyczulenia na pojedyncze frazy. W roli dramaturgicznych kontrapunktów świetnie sprawdzają się tu incydentalne akcje wprost z klawiatury, krótkie, niekiedy dosadne, świetnie umiejscowione w czasie.

Po kilkunastominutowym gemie otwarcia kolejne improwizacje stanowią zwarte, świetnie uformowane epizody, których introdukcja często spoczywa na akcjach duetowych. Drugi epizod jest mroczny, wytłumiony, tkany z drobiazgów, pełen kocich ruchów i dźwiękowej precyzji. Trzecią odsłonę witamy przy frazach inside piano i perkusji. Już w kwartecie ta część albumu skupia się na dźwiękach preparowanych, przypomina kołysankę dla umarlaków, znów szukającą inspiracji zarówno w kameralistyce, jak i swobodnym jazzie. Czwarty utwór otwiera perkusja, która wzbudza drżące, zlęknione frazy cello i piana, a wejście rozmarzonego tenoru niespodziewanie kieruje opowieść na przednówek free jazzu. Pewna zaskakująca masywność zdaje się być kontynuowana w kolejnej odsłonie, głównie za sprawą tłusto brzmiącego smyczka. Potem do gry wchodzi piano, a dopiero po kilku pętlach dynamiczny tenor i perkusyjne szczoteczki. Narracja oparta na gęstych interakcjach zostaje podsumowana pasażami saksofonu sopranowego.

Drugą połówkę albumu inicjuje pianista wprost z klawiatury. Opowieść pełna zgrzytów i kantów osiąga intensywność free jazzu, po czym niezwykle efektownie popada w chmurę rezonujących fonii. Siódmą część inicjują wspólnie wiolonczela i perkusja. Szumi tuba, szeleszczą talerze, a klawisze fortepianu sugerują tajemniczy rytm. I znów muzycy najpierw serwują nam efektowne wzniesienie, a potem giną w mroku ciszy. Piękny passus pomruków zostaje tu skomentowany wprost z klawiatury, co implikuje całkiem intensywne zakończenie. Ósma opowieść toczy się w martwym tempie. Głęboko osadzony smyczek, talerze, ale i szczypta melodii utkana wspólnie przez dęciaka i strunowca. Przedostatnia improwizacja wyprowadza muzyków na powierzchnię życia. Odrobina post-baroku, zamknięta tuba saksofonu i perkusjonalne szelesty. Tu opowieść nabiera rumieńców po serii dobrych pytań i jeszcze lepszych odpowiedzi. Pianista tym razem preparuje, ale i tak daje radę wynieść kwartet na efektowne, finalne wzniesienie. Początek końcowej odsłony wydaje się być dalece kameralny. Drobne, dobrze skomunikowane akcje całej czwórki, z jednej strony czyste frazy saksofonu i piana, z drugiej preparacje cello i perkusji. Artyści kreują wyjątkowy urokliwy suspens, ale nie kończą albumu w tym stadium. Serwują nam jeszcze ostatnie spiętrzenie, wieńcząc dzieło gitarowym śpiewem wiolonczeli.  

 

John Butcher/ Hannah Marshall/ Mark Sanders/ Steve Beresford Elusive (Shrike Records, CD 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Hannah Marshall – wiolonczela, Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Steve Beresford – fortepian, obiekty, elektronika. Nagrane w Iklectik Arts Lab, Londyn, wrzesień 2023 (Recording Sessions series). Dziesięć improwizacji, 61 minut.



wtorek, 23 kwietnia 2024

John Butcher +13! Fluid Fixations!


Ta ekscytująca informacja nie pojawiła się jeszcze na tych łamach, po prawdzie znają ją tylko stali bywalcy spontanicznych koncertów w pewnym poznańskim klubie, a także słuchacze audycji radiowej w jednym z internetowych mediów. Niezwykle miło jest nam donieść, iż headlinerem ósmej edycji Spontaneous Music Festival będzie John Butcher!

Legendarny, brytyjski saksofonista gościć będzie w Poznaniu przez trzy pełne dni, zagra kilka koncertów. Będziemy świętować jego siedemdziesiąte urodziny, a przy okazji jednego z występów celebrować trzydziestą rocznicę śmieci Johna Stevensa i bezpośrednio nawiązywać do wspaniałych idei będących fundamentami muzycznej aktywności tego ostatniego pod jakże niezapomnianą nazwą Spontaneous Music Ensemble.

Finałem poznańskiej imprezy, która odbędzie się w pierwszy weekend października, będzie koncert The Large Ensemble, który poprowadzi Butcher. Szczegóły tej operacji nie są jeszcze dokładnie znane, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wsłuchując się teraz w najnowsze wydawnictwo Johna będziemy w stanie wyobrazić sobie, co może zdarzyć się na deskach Dragon Social Club w pewną jesienną niedzielę w godzinach wieczornych.

Zaglądamy zatem na album Fluid Fixations, który konsumuje pomysł Johna na swobodną, delikatnie predefiniowaną improwizację grupową. Butcher odwołuje się w niej do psychologii, społecznego aspektu improwizacji, umiejętności wzajemnego słuchania i nade wszystko strategii kreowania rozbudowanych narracji całym, tu czternastoosobowym, podmiotem wykonawczym. Jego ansambl -zwany +13 - zawiera w sobie instrumentarium zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, a także garść gotowych, saksofonowych fraz, które wplątane zostały w zwoje kolektywnej improwizacji za pomocą gramofonów. Wielka rzecz, jakkolwiek by na to nie spoglądać, i którym uchem nie słuchać. Na ponad godzinę zegarową zapraszamy do wspaniałego świata muzyki Johna i jego wyśmienitych trzynastu przyjaciół. Welcome!



 

Koncert w dużym obiekcie sakralnym, w trakcie Festiwalu Muzyki Współczesnej w angielskim Huddersfield, zaczyna się dość żwawą narracją, podaną kolektywnie tworzonym strumieniem dźwiękowym. Po krótkim, perksujonalnym wprowadzeniu do gry wchodzą poszczególne frakcje orkiestry i formują flow gęsty od zdarzeń, pełny nerwowych interakcji i energii post-jazzu, definitywnie z dala od kameralnej retoryki. Opowieść buduje tu cały skład instrumentalny, co zdaje się być ważną decyzją dramaturgiczną kompozytora. Druga opowieść bazuje na akcjach w podgrupach, ciekawie konfrontuje głos z instrumentami dętymi, w tym saksofonowymi frazami podanymi wprost z … gramofonów. Oniryczna improwizacja ma w sobie pewną kameralną ulotność i filigranowość, ale nie jest pozbawiona wewnętrznego nerwu i psychotycznej nieokreśloności post-baroku. W trzeciej odsłonie koncertu, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, szczególnie dobitnie pracują obaj kontrabasiści. Rysują smyczkami głęboką bruzdę w ziemi, a reszta orkiestry, w tym szczególności perkusiści i orszak dętych, dbają o to, by każda fraza interferowała z niskim brzmieniem całości. Bogata tekstura narracji budzi tu mnóstwo skojarzeń dźwiękowych, głównie ornitologicznych. Klekotania, świsty, podmuchy gorącego powietrza i flow, który zdaje się cały czas narastać. Na tym etapie podróży szczególnie podobać się może krótka wymian zdań między wokalistką i saksofonistą.

Czwarta część budzi się do życia w tumanie intrygujących preparacji, które płyną od większości załogi. Swoje dokłada tu także wyjątkowo aktywna elektronika. Narracja gęsta, pełna energii, nasycona permanentnymi wymianami krótkich fraz. To najdłuższa na koncercie partycja, zatem znajduje się w niej sporo przestrzeni dla akcji w podgrupach. Na etapie rozwinięcia improwizacja ma kilka wyraźnych faz – najpierw, to wyjątkowo urokliwe strumienie mrocznych dronów sycących się estetyką post-chamber, potem imponujący powrót do short-cuts z paletą elektronicznych zdobień, wreszcie część finałowa, nasycona frazami saksofonisty, który wdaje się w dyskusje z dźwiękami syntetycznymi i ochoczo nastawionymi do życia perkusjonalistami. Piąta opowieść, jakby na przekór swobodzie poprzedniej części, sprawia wrażenie w pełni kontrolowanej akcji kameralnej, po części precyzyjnie dyktowanej nakazami kompozycji. Dźwiękowe plamy i cisza wybrzmiewania, efektowne wydechy i nerwowe podrygi. Całość wpada po pewnym czasie w stan rozhuśtania, po czym formuje się w końcowe crescendo. Szósta opowieść powraca do idei pracy z gotowym materiałem dętym. Tu aura zdaje się być jeszcze bardziej oniryczna niż w części drugiej. Elektronika, dęte westchnienia i szczypta szarpnięć za kontrabasowe struny.

Przedostatnia część, to kolejna kilkunastominutowa narracja. W roli inwokatorów zgraja instrumentów dętych, delikatnie podszczypywanych głosem. Całość lepi się tu w jednorodny strumień narracji nie bez wsparcia elektroniki. Szczególnie eksponowana jest teraz akcja puzonisty, swoje dokłada też pianistka, frazująca w dalece mrocznej poświacie, a krótkie ekspozycje prezentują kontrabasista mający oparcie w dwóch perkusjach i wokalistka, która rozmawia ze strunowcami. Akcja goni tu akcję, a dramaturgiczne adhd szczególnie udziela się skrzypcom i wiolonczeli. Początek ostatniej opowieści budują dęciaki, zwłaszcza saksofon i długie, pociągłe, dość mroczne frazy. W tle sączy się nieinwazyjna elektronika. Po niedługiej introdukcji orkiestra zwiera szyki i wystawia na czoło orszaku rozśpiewane instrumenty dęte. Nie trwa to jednak zbyt długo, albowiem opowieść niespodziewanie ginie w ciszy post-elektroniki i wybrzmiewających strun. Trochę gry na małe pola, kilka kameralnych westchnień, oniryczna aura tła i orkiestra może już zaczynać wspinaczkę na finałowe, dość łagodne wzniesienie, pełną wszakże smutku dogasającej opowieści. Ostatnia improwizacja trwa jednak do ostatniej sekundy i nie nosi szczególnych znamion pieśni pożegnalnej.

 

John Butcher +13 Fluid Fixations (Weight of Wax, CD 2024). Nagranie koncertowe zarejestrowane w St. Paul’s, Huddersfield Contemporary Music Festival, Anglia, listopad 2021. John Butcher – saksofony, nagrania, kompozycja, dieb13 – gramofony, Liz Allbee – trąbka, Sophie Agnel – fortepian, Hannah Marshall – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Pat Thomas - elektronika, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas, Ståle Liavik Solberg – perkusja, Matthias Müller – puzon, Isabelle Duthois – głos, klarnet, Pascal Niggenkemper – kontrabas, Aleksander Kolkowski - stroh viola, musical saw. Osiem części, 64:29.


 

wtorek, 9 kwietnia 2024

Evan Parker at 80! Big Celebration in Cafe OTO!


Londyn to miasto-galaktyka - wielkie, pełne kontrastów, przenikliwie piękne niczym najlepsze obrazy surrealistów w Tate Gallery, niebywale szalone i równie zagadkowe. Jednak centrum współczesnego świata muzyki improwizowanej umiejscowione jest dość daleko od zacnego Big Bena czy intrygująco przereklamowanego Tower Bridge.

Półgodzinna jazda dowolnym środkiem komunikacji z The City prowadzi nas do rejonu zwanego Dalston, który dwie dekady ścielił się porzuconymi strzykawkami i powszechnym brudem, dziś zdaje się być centrum naszej ukochanej muzyki i definitywnie nie tylko jej. W promieniu kilkuminutowego spaceru znajdziemy tu kilka najważniejszych przybytków kultury free impro/ free jazz, w tym cel naszego wczesnokwietniowego wypadu do Londynu – Cafe OTO.

W rzeczonym zaś klubie od progu wita nas Evan Parker, najważniejszy artysta muzyki swobodnie improwizowanej w stanie czynnej aktywności zawodowej i zaprasza na osiemdziesiąte urodziny. Dwudniowy festiwal, trzy sesje koncertowe, siedem setów - wszystko wykoncypowane i skompilowane przez zacnego Jubilata. Nie mogło nas tam nie być.



 

Na dobry początek, u progu sobotniego wieczoru, duet Spring Heel Jack, czyli Ashley Wales i John Coxon – jeden na odtwarzaczach kompaktowych, drugi na gramofonach, a pośród nich Evan Parker, który w okolicznościach syntetycznych brzmień zawsze sięga po saksofon sopranowy, bo jak sam twierdzi, tenor w takich sytuacjach przypomina słonia w składzie porcelany. SHJ dostarczają nam spokojną, niekiedy wręcz oniryczną powłokę dźwiękową, która niesie soczysty sopran od bram mroku po niebieskie sklepienia. Zdaje się, że idealny pomysł na poły relaksacyjne otwarcie uroczystości urodzinowych.

Po smakowitej przystawce czas na danie główne. Jubilat przesiada się na saksofon tenorowy, a u jego boku sadowią się Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. Najlepsze od czterdziestu lat trio swobodnej improwizacji nie szczędziło nam wrażeń. Nieforsujący tempa, ale bardzo precyzyjny w dozowaniu ekspresji saksofonista, mistrz stawiania perkusyjny zasieków, drummer pracujący głównie na werblu, ale masą perkusjonalnych przedmiotów, no i kontrabasista, tu w roli naczelnego kreatora, muzyczny erudyta, ciągle w mistrzowskiej formie, także pod względem fizycznym. Panowie na scenie mieli łącznie 234 lata i wszystko wskazuje na to, iż pozostaną na niej po wsze czasy.



Niepozbawiona słońca i definitywnie niedeszczowa niedziela proponowała dwa urodzinowe torty. Pierwszy z nich we wczesnych godzinach popołudniowych przyniósł aż trzy sety. Najpierw Mark Sanders Percussion Quartet z udziałem lidera, Milesa Lewina, Jima Bashforta i Tymka Jóźwiaka. Standardowy zestaw perkusyjny, small drum kit, wielki talerz i perkusjonalia z bongosami tworzyły tu poważny aparat wykonawczy, który budował spokojną, czują na niuanse brzmieniowe polirytmię. Muzycy w trakcie występu zamieniali się instrumentami, co kreowało dodatkową dramaturgię. Niedługo potem miała miejsce kolejna urodzinowa smakowitość – solowy występ Johna Edwardsa na kontrabasie. To przykład muzyka, który nigdy nie przestaje zaskakiwać, tu dodatkowo zdawał się być wyposażony w niekończącą się energię kreacji. Wspaniały set!

Podsumowanie popołudniowego koncertu, to występ wszystkich muzyków, który tego dnia już zagrali oraz Parkera, tu dzierżącego w dłoniach saksofon tenorowy. Kolejny spektakularny występ, który klasyczne, free jazzowe trio Parker/Edwards/Sanders przyniósł w świat perkusjonalnej, wielowymiarowej polirytmii. Całość przypominała zjawiskowy okręt niesiony wielkimi, tenorowymi podmuchami powietrza, a wsparty na rozhuśtanej bazie rytmicznej Percussion Quartet.

Urodzinowy capstrzyk zwieńczył wieczorny koncert, który przy okazji był też celebracją urodzin innej legendy muzyki improwizowanej, czyli Alexa von Schlippenbacha, kończącego tego dnia 86 lat. Muzyk zagrał w towarzystwie swojej żony, niemniej legendarnej pianistki Aki Takase. Para używała wszakże jednej klawiatury, udanie nawiązując do jednej z ich ostatnich koncepcji artystycznych, czyli koncertu na cztery ręce. Ów performance wywołał u publiczności spazmy emocji i euforii, ale płynęła ona zapewne głównie z faktu obecności na scenie tych, jakże wiekowych już muzyków, nie zaś z artystycznego punktu widzenia.



Na zakończenie urodzin Evan przygotował danie specjalnie – silnie eksplorowany w ostatnich latach, elektroakustyczny duet Trance Map z Mattem Wrightem, dźwiękowym designerem, na potrzeby koncertu został rozszerzony do oktetu. Na scenie OTO pojawili się goście dnia poprzedniego – Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton, tym razem perkusjonalia i elektronika, a także grupa nowych postaci imprezy – Pat Thomas na elektronice, Hannah Marshall na wiolonczeli, Ned Rothenberg na klarnecie i Peter van Bergen na klarnecie basowym. Parker, co oczywiste, zabrał teraz na scenę saksofon sopranowy. Muzycy zbudowali nam dzieło niemal epickie, gęste od dźwięków, pełne emocji, niebywale intensywne, choć prowadzone w spokojnym tempie, nastawione na brzmieniowe smaczki, świetną kooperację i stylowe akcje w podgrupach. Świetną robotę realizowała tu cała załoga elektroników, ale najpiękniejsze frazy płynęły ze strony instrumentów akustycznych, szczególnie klarnecisty, wiolonczelistki i kontrabasisty. Uff, jakiż to był spektakl!


Happy Birthday Dear Evan, see you at 90’ Celebration!

 

 

piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



piątek, 18 lutego 2022

John Butcher in trios and quartets! A new stuff never stops!


Jeden z absolutnych faworytów redakcji, angielski saksofonista John Butcher, dosyła nowe nagrania światu muzyki improwizowanej niemal nieustannie. Na łamach Trybuny staramy się o nich pisać na bieżąco, ale i tak, na początku każdego roku, sporządzać musimy coś na kształt dogrywki i w szybkiej zbiorówce opisywać płyty saksofonisty, o których nie zdążyliśmy napisać w trakcie mijającego roku.

Nie inaczej jest u progu roku 2022! Co więcej, nawet pobieżna analiza dyskografii Johna wskazuje, iż już sam styczeń przyniósł pięć kolejnych wydawnictw (wszystkie za sprawą pewnego labelu z Luksemburga!). Zatem dzisiejsza opowieść o nowych płytach z udziałem saksofonisty nie jest bynajmniej formą podsumowania starego, ale raczej ostrym wejściem w nowy rok. Za moment pochylimy się nad dwoma z owych pięciu luksemburskich nowości, potem sięgniemy po … kolejną nowość z roku bieżącego, a pięcioodcinkową recenzję zepniemy dwoma nagraniami opublikowanymi zdecydowanie w roku minionym, na obu znajdując rejestracje dźwiękowe, które na publikację czekały ładnych kilka lat.

Nim nadstawimy oczy i uszy nad porcją, jak zawsze w wykonaniu Johna, wspaniałej muzyki, zauważmy, iż wszystkie tria i kwartety dziś prezentowane, to swobodna improwizacja realizowana przez kolektywne składy, zatem na każdej z nich Butcher jest jednym z kilku twórców tej demokratycznej porcji dźwięków. Fakt dalece oczywisty na polu free improvised music, ale godny przypominania przy każdej okazji.

 


Beins/ Butcher/ Dafeldecker  Induction (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Przegląd najnowszych dokonań Johna Butchera (tradycyjnie korzystającego z saksofonu tenorowego i sopranowego) zaczynamy od tria poczynionego w towarzystwie austriackiego kontrabasisty Wernera Dafeldeckera oraz niemieckiego perkusjonalisty Burkharda Beinsa. Dwie niemieckie rejestracje z czerwca 2019 roku (KM28, Berlin oraz KulTurnhalle, Lipsk), podzielone na jedną długą i trzy krótsze improwizacje, trwają tu łącznie 42 minuty.

Muzycy zgromadzeni na berlińskiej scenie znają się doskonale, ale do pierwszych dźwięków podchodzą z dużym respektem. Małe perkusjonalia, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu, drżenie kontrabasu i wielka chmura rezonansu, jaka tworzy się pomiędzy trzema akustycznymi ośrodkami dźwięku. Muzycy budują emocje stojąc w miejscu, zatrwożeni wielką niewiadomą tego, co może się wydarzyć. To prawdziwa ceremonia oczekiwania! Pierwsze bardziej energiczne ruchy zdają się być dość nerwowe, ale bez trudu budują rytmiczne podwaliny bardziej zwartej narracji. Dźwięki każdego z instrumentów są nieustanie preparowane, stąd improwizacja dość szybko nabiera post-industrialnego posmaku. Czasami wszystko brzmi tu perkusjonalnie, innym razem przypomina rytmiczny ruch zepsutych maszyn włókienniczych. Gęsta zabudowa strumienia dźwiękowego jest efektem zarówno dużej kreatywności muzyków, jak i skupienia, tudzież dużej cierpliwości w budowaniu kolejnych akapitów opowieści. W okolicach 15 minuty na scenie pojawia się moc, dzięki której improwizacja wchodzi na wyższy poziom intensywności i dynamiki. Wszystko tu rytmicznie burczy, krzyczy i lamentuje. Piękny moment!

Na drugą stronę winyla przenosimy się do Lipska, gdzie czekają na nas trzy bardziej zwarte czasowo opowieści. Początek pierwszej wyznacza gong, który długo wybrzmiewa w samotności. W tle słychać cichy smyczek, a zaraz potem efektowny wybuch rezonujących talerzy. Nie jesteśmy pewni, czy w tym tyglu zdarzeń fonicznych ma także udział saksofon. Dopiero, gdy smyczek podejmie się roli wiodącej słyszymy już definitywnie dźwięk sopranowego dęciaka. Narracja przypomina rytualny przemarsz przez opuszczone miasto. Wszystko tu ze sobą rezonuje, tworzy symfonię strachu, która dość szybko znajduje posmak ciszy. Muzycy zdają się powtarzać pewne sekwencje czynności, jakby trasa ich improwizacji była gdzieś zapisana, wyryta w przydrożnej skale. Trzecia opowieść trwa niewiele ponad trzy minuty. To misterna, prawdziwie filigranowa plecionka dźwięków. Szlak podróży tyczy kontrabasowy smyczek, nieustannie rezonują talerze, a mistrzem ceremonii zdaje się być saksofon, który wydaje dziwne, tajemnicze, wysoko zawieszone dźwięki. Początek czwartej części, a trzeciej w Lipsku, niewiele zmienia w akustycznym obrazie całości. Wielka chmura rezonansu łączy się tu z kłębowiskiem szumów, tworząc prawdziwy festiwal fake sounds. Po kilku zakrętach opowieść nabiera bardziej rozpoznawalnego brzmienia. Narrację ciągnie za sobą, jak wór ziemniaków, nerwowy saksofon tenorowy. Smyczek boleśnie traktuje struny, a na werblu toczą się wielkie bitwy małych przedmiotów. Improwizacja skrzy się pomysłami, ale jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Najpierw plejady małych, rwanych dźwięków, a na linii kontrabas – saksofon bystra praca w trybie call & responce. Potem kilka powtórzeń i krok w kierunku dłuższych fraz, bardziej spójnych, ale zaskakujących brzmieniowo. Opowieść zbliża się do ciszy, ale nie stroni od bardziej hałaśliwych fraz. Tonie w renesansie i powtórzeniach, przypominając współczesne dokonania brytyjskiej legendy gatunku AMM. Narracja powoli staje się jednym, wielkim dronem. Przed jej końcem czeka nas jeszcze małe wzniesienie i grad pomysłów saksofonisty, który maci spokój zakończenia. Na ostatniej prostej frazy dęciaka przypominają ptasie tremolo.

 


Butcher/ Lehn/ Robair  Shaped & Chased (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Kolejne trio dobrych (by nie rzec, bardzo dobrych) znajomych i znów Berlin (ausland, listopad 2019 roku). Obok saksofonisty, wyposażonego w tenor i sopran, spotykamy tu Gino Robaira - elektronika, obiekty, instrumenty perkusyjne oraz Thomasa Lehna - syntezator analogowy. Znów cztery improwizacje (znów jedna długa i trzy krótsze), znów 42 minuty (ale tym razem bez parunastu sekund).

Pierwsze dźwięki na płycie, to dzieło Robaira, który przypomina, iż bywa nie tylko kreatywnym elektronikiem, ale nade wszystko zwinnym perkusistą! Na starcie słyszymy także echo analogowej elektroniki, a po chwili bystry najazd tenorowych pomruków, pełnych energii, a nawet znamion agresywności. Gęste otwarcie nie oznacza tu marszu na wysokie wzgórze, albowiem artyści dość szybko zanurzają się w onirycznej otchłani preparowanych fraz dętych i elektroakustycznych szumów i skwierczeń. Butcher jednak nie odpuszcza i znów wznosi opowieść na wyższy poziom ekspresji. Świetne interakcje towarzyszą tu każdej akcji zaczepnej, są zaś efektem zarówno doskonałej komunikacji, jak i kreatywności każdego z muzyków. Budują oni swoją opowieść na dużym luzie, na każdym kroku znajdując okazje do subtelnych, małych zagrywek, mimo, iż flow saksofonu raz za razem oplątywany jest smugami syntetycznych fonii. Post-industrialny rezonans, incydenty fake sounds, głównie ze strony Robaira, ale także pełne kiście syntezatorowych plam Lehna, który wciąż zaskakuje minimalizmem, z jakim buduje swoją improwizację. Narracja w drugiej części 20-minutowego seta nie stroni od ekspozycji dronowych i całkiem efektownych ekscesów post-freejazzowych.

Druga strona winyla i trzy krótsze historie. Pierwszą otwiera perkusjonalista i serwuje nam garść urokliwych szczegółów brzmieniowych swojego bogatego instrumentarium. Tuż obok tli się dęciak, który brzmi nad wyraz syntetycznie i syntezator skoncentrowany na generowaniu chmury szumów. Opowieść łapie ciekawą dynamikę z woli perkusji, determinującej saksofon i syntezator do wyciskania siódmych potów. Kolejną improwizację kreują na wstępie obiekty wałęsające się po glazurze werbla. Tenor podaje tu czysty, freejazzowy sound, ale opowieść dość szybko chowa się w powłoce elektroakustycznych subtelności. Na koniec znów emocje biorą gorę, znów za sprawą wyjątkowo dziś aktywnego tenorzysty. Ostatnia część płyty rozbudzana jest przez ciche drony każdego z artystów, kreujące na poły syntetycznie brzmiącą balladę, pełną wszakże mroku i znaków zapytania. Oniryczne pląsy z ciszą, wystudzony sopran i coś na kształt drummingu, który ciągnie narrację ku światłu. Syntezator pracuje spokojnie, zdaje się być dziwnie nostalgiczny. Finał tej doskonałej płyty znów stawia na dynamikę, rozsiewaną przez rozgrzany saksofon, bystre perkusjonalia i kolejny raz wyjątkowo filigranową pracę analogowego syntezatora.

 


Hannah Marshall/ John Butcher/ Mandhira De Saram/ Douglas Benford  A Spanner In The Poetry Machine (Douglas Benford Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Opuszczamy już Niemcy i na odsłuch trzech kolejnych płyt przenosimy się do Zjednoczonego Królestwa. Londyńskie Hundred Years Gallery, luty 2019 roku i kwartet w składzie: Hannah Marshall - wiolonczela, Douglas Benford – harmonium i obiekty, Mandhira De Saram – skrzypce oraz nasz bohater i jego dwa dęciaki. Dwie długie improwizacje, łącznie 53 i pół minuty.

Początek pierwszej improwizacji rodzi się z drobnych, na ogół preparowanych fraz, które formują się w dronowe pasaże dalece kameralnej ekspozycji. Narracja w typie stand by jęczy strunami, wzdycha tubą saksofonu i lśni elektroakustycznym, fermentującym posmakiem, który zdaje się generować harmonium i podczepione pod nie tajemnicze obiekty. Opowieść buduje się na kilkupoziomowym dysonansie – frazy czyste lub preparowane, spokojne odgłosy lub nerwowe konwulsje, cisza lub na poły hałaśliwe incydenty. Improwizacja nie jest wszakże pozbawiona mrocznych i zagubionych w ciszy przestojów, które burzą dramaturgię koncertu. Butcher - operujący w tym secie głównie na sopranie - co pewien czas stara się zakłócać ów marazm narracyjny, wybudzać z letargu pozostałych uczestników spektaklu, którzy koncertują się raczej na budowaniu zmysłowego i nieco tajemniczego backgroundu.

Dużo ciekawiej dzieje się w secie drugim. Początek też skrzy się drobiazgami – pojedynczymi odgłosami strun, metalicznym rezonansem płynącym z obiektów i echem, które szczególnie ciekawie konweniuje tu z brzmieniem strunowców. Swoje czyni saksofon, tym razem głównie tenorowy, który bez zbędnej zwłoki staje na czele pochodu i nadaje improwizacji bystry drive pozbawiony kameralnych zaniechań i wątpliwości. Opowieść ma w sobie więcej życia, ale nie unika samozawieszających się fraz, które łapią ciszę, niczym lep zagubione muchy (choćby w okolicach 8 minuty). Inicjatywa ustawodawcza znów pozostaje w rękach saksofonu. Tło strun i harmonium buduje tu czyste, kameralne frazy, bądź jątrzy nerwowymi szarpnięciami za struny. W okolicach 18 minuty muzycy dyskutują metodą call & responce, nadającą całości zdrowy posmak w pełni kolektywnej improwizacji. Znów tym, który zaprasza do stołu jest saksofonista. Pod koniec opowieść rozpływa się w drony i kieruje na drobny, finałowy szczyt. Tenor zdobywa go z podniesionym czołem, strunowce, pełzające tuż zanim, nerwowo podrygują.  

 


John Russell/ John Butcher/ Dominic Lash  But Everything Now Left Before It Arrived (Meenna, CD 2021)

Na osi czasu cofamy się aż do grudnia 2010 roku i lądujemy w szkockim Glasgow (GIO Fest III, CCA). Na scenie John Russell na gitarze akustycznej, Dominic Lash na kontrabasie i John Butcher na tenorze i sopranie. Muzycy raczą nas pięcioma swobodnymi improwizacjami, które łącznie trwają 40 minut.

Zaczynają dłuższymi dźwiękami saksofonu i kontrabasowego smyczka, którą zdobią mikro frazy gitary. Ciche, mroczne chamber z zabrudzonym brzmieniem, kreowane dalece ograniczonymi zasobami. Muzycy potrzebują ledwie jednego ukradkowego spojrzenia, by zaserwować nam kilka bardziej dynamicznych i groźnych sytuacji dźwiękowych. Ale dziś, na tej scenie donikąd się nie spieszą! Jak dzikie kocury szczerzą zęby, ale pozostają na swoich stanowiskach. W roli największego mąciciela świetnie czuje się smyczek. Drugą opowieść inicjują post-klasyczne frazy strunowe, dobrze skomentowane wysoko osadzonym saksofonem. Improwizacja powstaje z drobiazgów, które łapią ciekawą dynamikę i wdrapują się na niewielkie wzniesienie. Z kolei trzecia część początkowo wydaje się dość abstrakcyjna w brzmieniu. Narrację prowadzi w nieznanym kierunku kontrabasowe pizzicato. Szczęśliwie bystry sopran ogarnia dramaturgię narracji i proponuje małą wspinaczkę, która okazuje się całkiem okazałym, imponującym brzmieniowo crescendo. Świetnie czuje się w tej konwencji gitara, a kontrabas udanie sięga po smyczek. W dalszej części ekspozycji ten ostatni powraca do trybu pizzicato i syci improwizację post-jazzowym posmakiem, nie odbierając jej ciekawej dynamiki.

Koncert definitywnie nabiera wigoru w dwóch ostatnich częściach. Najpierw niemal klasyczne intro gitary i leniwe szarpanie za struny kontrabasu. Duet w tej formie ciekawie się pętli, budując bazę dla saksofonu. Ten pojawia się dopiero po trzech minutach i sprawdza perkusyjne możliwości swoich dysz. Gra prowadzona jest tu na dużym stopniu szczegółowości, a zdobią ją całe plejady preparowanych dźwięków. Po małej eskalacji narracja gaśnie w oparach szumów i pomruków. Ostatnia improwizacja trwa ponad 11 minut i rozwija się dość leniwie. Początkowo tworzą ją suche drony saksofonu i gitarowe riffy, pozbawione jednak dynamiki. Improwizacja toczy się od samego dołu do nieskończonej góry – z jednej strony smyczkowe i saksofonowe westchnienia, z drugiej gitarowe, bystre inkrustacje. Powstaje z tego niezłe kłębowisko emocji, ale muzycy decydują się na stopping i zejście na sam dół. W wyniku tych zaskakujących koincydencji wykształca się strunowy duet, którego ekspozycja skrzy się intrygującymi znakami zapytania. Powrót saksofonu wynosi narrację na najwyższy z możliwych poziomów! Szumy i piski, ocean drobnych fraz i całe morze ptasich okrzyków! Ślizgi po strunach i tajemnicze odgłosy w tubie! Na ostatniej zaś prostej radosne śpiewy dęciaka i efektowne szumowisko strun!

 


Jennifer Allum/ John Butcher/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prévost  Sounds Of Assembly (Meenna, CD 2021)

Kolejny odkurzony koncert, to kwiecień 2013 roku i londyński przybytek oświaty i kultury Stanhope School. Czworo muzyków: Ute Kanngiesser - wiolonczela, Jennifer Allum - skrzypce, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Butcher i jego dwie rury. Pięć swobodnych improwizacji trwa ponad 48 minut.

Początek spektaklu, to typowa gra rozpoznawcza, drobne frazy klejone w pytania i odpowiedzi, sycone oddechem free chamber. Opowieść dość szybko wzbogacona zostaje wielkim, rezonującym talerzem Prevosta, którego brzmienie nie będzie nas opuszczać niemal do końca koncertu. I to właśnie ów talerz wybudza drgania drugiej improwizacji, a towarzyszą mu short-cuts pozostałych instrumentów. Sopran kwili tu jak sroczka, skrzypce i wiolonczela szarpią delikatnie za struny, a sama narracja stawia na razie na kreatywny minimalizm. Kolejna część kontynuuje zastaną estetykę dodając do niej więcej nerwowości i całe kiście preparowanych dźwięków, które budują mroczną, gęstą atmosferę spektaklu.

Podobnie, jak w przypadku poprzednio omawianej płyty, im dalej tu w las, tym robi się coraz ciekawiej! Czwarta improwizacja trwa prawie 19 minut i jest zdecydowanie daniem głównym. Najpierw echo talerza i syczący smyczek na krawędzi werbla, potem saksofonowe drony i strunowe preparacje. Po kilku minutach opowieść efektownie pęcznieje, nabiera free jazzowego ognia, budowanego dronami, ostrymi szarpnięciami za struny i coraz silniejszym rezonansem talerza. Cello i skrzypce zdają się tu ciągnąć ku światłu, saksofon i perkusjonalia zdecydowanie szukają mroku. Kwartet dzieli się na podgrupy, a nawet skromne incydenty solowe. Pod koniec ekspozycji muzycy powracają do mocy płynącej ze zjednoczonego składu i pichcą nam doprawdy imponujący finał, budowany najpierw rezonansem i preparacjami saksofonu, potem niemal wyłącznie smyczkowym piłowaniem. Piąta improwizacja, choć to wydaje się niemożliwe, podnosi poprzeczkę jakości jeszcze wyżej! Początek ma dość nerwową dynamikę, pełen jest dysonujących fraz, haczy też o mroczną kameralistykę. Po uzasadnionym spowolnieniu drżący talerz zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Poziom głośności pnie się ku górze, a muzycy kleją nam bodaj najbardziej intensywny fragment tego wieczoru. Znów kilka bystrych dialogów (choćby saksofonu i cello) i bardzo efektowne wybrzmiewanie po 8 minucie. Ale to nie koniec! Nim talerz zawyje po raz ostatni, muzycy proponują nam zmysłowe, dronowe spiętrzenie. Brawo!

 

   

wtorek, 14 grudnia 2021

Shrike Records is Born! The trio and the long-distance collection of impro extracts!


Muzyka swobodnie improwizowana ze Zjednoczonego Królestwa, to niewyczerpalny ocean dźwiękowych wspaniałości. Znamy tysiące znakomitych muzyków, setki genialnych miejsc do grania i całą masę mniejszych lub większych inicjatyw edytorskich, które nam te wspaniałości permanentnie dostarczają!

Z tym większą radością witamy na pokładzie nowy impro label z Londynu – Shrike Records! Na starcie dwie pierwsze płyty, dokumentujące koncerty w stołecznym Café OTO! Ta historia nie mogła zacząć się lepiej! Najpierw dalece elektroakustyczne trio z udziałem jednego z naszych ulubieńców, saksofonisty Johna Butchera. Potem dwupłytowa kolekcja fragmentów nagrań koncertowych (to samo miejsce!), zrealizowana w ostatnich czterech latach pod szyldem Horse Improvisation Music Club. Na liście podmiotów wykonawczych cała plejada trwale zapisanych w historii gatunku artystów! Bez zbędnych wstępów zapraszamy na odczyt i odsłuch dźwiękowych perełek z samego serca Londynu, dostępnych w jakże oldschoolowym formacie CD!

 


John Butcher/ Sharon Gal/ David Toop  Until The Night Melts Away

Połowa kwietnia 2019 roku, rzeczone Café OTO w Londynie, a na niewielkiej scenie trójka muzyków: John Butcher – saksofony, Sharon Gal – głos, elektronika, dzwonki i obiekty oraz David Toop – gitara (lap steel), flety, bass recorder, african chordophone oraz obiekty. Jedna swobodna improwizacja trwa tu 35 minut i 33 sekundy.

W klubie pojawiamy się w momencie, w którym prawdopodobnie zaczyna się koncert, ale instrumentalnej dokumentacji tej chwili towarzyszy całe mnóstwo dźwięków scenicznego otoczenia. Trudno w tej sytuacji wskazać, które fonie możemy uznać już za inicjację koncertu. Instrumentarium przytargane przez muzyków dostarcza dodatkowych zagadek, albowiem część nich zdaje się wieść własne życie i produkować fonię niezależnie od woli artysty. Drobne dźwięki pomieszane są tu z ciszą oczekiwania – choćby szum z tuby, czy gitarowe frazy, na bieżąco modyfikowane echem elektroniki. W tej fazie nagrania większość dźwięków nie daje się prosto przypisać do źródła ich pochodzenia.

Improwizacja ma nieco oniryczny posmak, budują ją dalece elektroakustyczne frazy, wysyłane do publiczności z dużą swobodą, ale póki co, pozbawione osi dramaturgicznej. Niektóre dźwięki udanie wchodzą w interakcje, inne zdają się szybować po niebie niezależnie od innych zdarzeń scenicznych. W okolicach dziesiątej minuty pojawia się głos damski, który od razu przefiltrowany zostaje przez elektroniczne akcesoria, brzmiący delikatnie, ale jednak dalece złowieszczy. Gitara sprzęga się, a saksofon pozostaje w pozycji wyczekującej, na boku kreując garść bystrych, ale leniwych preparacji. W okolicach piętnastej minuty możemy śmiało ogłosić, iż trio osiąga pewien peak ekspresji, produkując przy tym małe plejady dość hałaśliwych dźwięków. Przy okazji słyszymy trochę więcej fraz bardziej typowych dla saksofonu.

W połowie seta muzycy schodzą w pobliże ciszy i rozpoczynają mały festiwal fake sounds. Dociera do nas drugi głos, zapewne syntetyczny, a wokół sceny zdaje się krążyć cała masa dźwięków znikąd, być może także generowanych po stronie publiczności. Całość przez moment przypomina bystrą sesję field recordings. Jakby przez nieuwagę muzycy w trakcie tych dźwiękowych onomatopei budują drobną strukturę rytmiczną (saksofon wsparty na elektronice), ale pomysł – być może całkiem ciekawy – porzucają w pół zdania. Tym, który szuka prostszych rozwiązań dramaturgicznych wydaje się być w tym momencie saksofonista, ale nadmiar elektroakustycznych opadów nieco komplikuje mu zadanie. Dopiero po upływie dwudziestej piątej minuty w żyłach muzyków zaczyna płynąć bardziej wartka krew. Pojawiają się od dawna oczekiwane emocje, dźwięki lepią się do siebie niczym plastry miodu, a ekspresja wydaje się hasać po całej scenie. Końcowe minuty koncertu, to gitarowe kłębowisko zaskakujących fraz, kilka odgłosów wprost z gardła i dętych zaśpiewów. Podejście pod finał spotkania wydaje się być dla muzyków niełatwym zadaniem. Garście filigranowych dźwięków, dzwonki i zaskakujące pojawienie się fletu, dzięki któremu finał koncertu nabiera nieco balladowego posmaku.



 

Horse Improvisation Music Club  Horse Box 2

Zgodnie z zapowiedzią pozostajemy w londyńskim Cafe Oto, by zapoznać się z dokumentacją comiesięcznych koncertów, jakie organizowała tam inicjatywa Horse Improvisation Music Club. Płyta konsumuje nagrania z lat 2017-2020, prezentując dwadzieścia 5-6 minutowych ekstraktów koncertowych, łącznie trwających prawie 110 minut. Wszystko w wykonaniu artystów, których z radością wymieniamy z imienia i nazwiska (wedle kolejności, w jakiej pojawiają się na krążkach; dodajmy, niektórzy robią to kilkukrotnie!): Clive Bell – shakuhachi/dear call, Douglas Benford - melodica, obiekty, Andrea Pensado - elektronika, Caroline Kraabel - saksofon, Hannah Marshall - wiolonczela, Yoni Silver – klarnet basowy, Daniel Thompson - gitara, John Edwards – kontrabas, Ng Chor Guan - theremin, Jackie Walduck - wibrafon, Neil Metcalfe - flet, Adam Bohman – głos, obiekty, Alex Maguire - piano, Simon Picard - saksofon, Steve Beresford – piano, obiekty, Anna Homler – głos, obiekty, Adrian Northover - saksofon, Dave Tucker - kontrabas, Philipp Wachsmann - skrzypce, Martin Hackett - elektronika, Phil Durrant - mandolina, Dave Fowler - perkusja, Sue Lynch – saksofon/ klarnet, Hutch Demouilpied – trąbka, Laura Hills - piano, Ute Kanngeisser - wiolonczela, Steve Noble – perkusja, Veryan Weston - piano, John Butcher - saksofon, Mark Sanders - perkusja, Greta Pistaceci - theremin, Emil Karlsen – perkusja, Mandhira De Saram - skrzypce, Luigi Marino - laptop, Rachael Finney – głos, obiekty, Kay Grant – głos, Tim Hodgkinson - klarnet, Saadet Türköz - głos, Crystabel Riley - drums, Mimi Kobayashi – piano oraz Walter Wright - saksofon.

Końskie koncerty stawiają na eksperymenty, tego jednego możemy być pewni! Odważne zestawy instrumentalne, dużo elektroniki, zwłaszcza analogowej, głosy kobiece poddawane elektroakustycznym torturom, a także cała masa pięknych, akustycznych, powywracanych do góry nogami fraz! Pośród wspomnianych dwudziestu koncertów znajdujemy też takie, które pojawiły się w całości na płytach innych wydawców, większość z nich wszakże, to intrygujące pocztówki dźwiękowe ze spotkań, które nie doczekały się jak dotąd szerszej prezentacji. Może jedynie szkoda, iż na dwóch kompaktowych dyskach zawarto tylko niepełne dwie godziny muzyki. Pojemność tego formatu w wersji double, to wszak 160 minut. Edytor był jednak konsekwentny – każdy koncert to maksimum sześciominutowy ekstrakt. Poniżej poszukujemy najbardziej ekscytujących nagrań tego boxu.  

Po folkowym otwarciu, a potem gęstej chmurze elektroniki, w trzeciej odsłonie wpadamy na intrygujący kwintet dwóch instrumentów dętych i trzech strunowych (Kraabel, Marshall, Silver, Edwards i Thompson!). Skupiona, ale jakże rozwichrzona, swobodna improwizacja, która garściami sięga po kameralne rozwiązania. Potem znów garść trudniejszej elektroniki, recytacja tekstu oraz całkiem jazzowe trio. Siódma odsłona, to kolejna perełka w zestawie – kwartet (Beresford, Northover, Tucker, Homler!) pięknie preparujący dźwięki, a na jego czele doskonały sopran! Po nim trio z dość inwazyjnym syntezatorem, ale skrzypce i gitara dbają o nasze nerwy. To dobrze, bo dziewiątka, to kolejny killer w tym zestawie – kwartet (Durrant, Lynch, Fowler, Demouilpied!) budujący swoją opowieść z drive’em free jazzu, zmysłowo ucieka w preparacje godne największych mistrzów free impro! Na koniec pierwszego dysku piano solo, z ciekawym, nieco zabrudzonym brzmieniem.

Dysk drugi otwiera wiolonczela i mistrzowska perkusja (Noble!) – oniryczne chamber, które z woli drummera nabiera rumieńców stając się jednym z najmocniejszych końskich ekstraktów. Zaraz potem kolejne piano solo (Weston!) i szybki krok na spotkanie tria samych osobowości free (Butcher, Edwards, Sanders!). Od emocji free jazzu, po zmysłowy oddech free chamber! Po nim czas na drobny przerywnik sklecony z elektroniki analogowej, bo zaraz potem kolejne trio z najwyższej półki (Karlsen, Northover, Edwards!). Klasyczny post-free jazz, który łapie ognistą smugę cienia! Doskonałe! Kolejne dwie improwizacje w duetach wydają się być całkiem intrygujące, ale na tle swych poprzedników dość szybko idą w zapomnienie. Z kolei dwie kolejne, to znów perły! Najpierw duet głosu i klarnetu (Grant, Hodgkinson!), który w początkowej fazie improwizacji preparuje dźwięki, potem zaś bawi się w imitacyjne frazy i czyni to na kosmicznym poziomie komunikacji. Dziewiątka, to nie pierwszy tu fantastyczny kwartet (Türköz, Riley, Lynch i niezmordowany Edwards!). Post-free jazz grany z ogromną swobodą, fermentuje kreatywnością wokalistki, świetnie prowadzony przez kontrabasistę. Na zakończenie boxu trio z suspensem (Northover ponownie!), zmysłowe, dość tajemnicze, z efektownym spiętrzeniem na ostatniej prostej.



środa, 11 sierpnia 2021

Alexander Hawkins and his Togetherness Music! *)


Artyści obchodzący w czasach pandemii okrągłe urodziny zdają się mieć podwójnie trudne życie. Raz pandemia, dwa – brak okazji, by zacne urodziny uczcić jakimś spektakularnym koncertem, trasą koncertową, czy nagraniem studyjnym.

Kataloński saksofonista Albert Cirera planował w roku ubiegłym zagrać 40 solowych koncertów, by uczcić swoje 40 urodziny. Polski pianista Witold Oleszak z okazji 50 urodzin planował wyjątkowy koncert z udziałem Johna Edwardsa i Marka Sandersa. Takie przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność.

Brytyjski pianista Alexander Hawkins, rówieśnik Cirery, miał odrobinę więcej szczęścia. Latem ubiegłego roku (30 lipca, Challow Park Studios, Oxfordshire), w momencie mniejszej intensywności zarazy, zdołał zebrać w studiu nagraniowym aż szesnastu muzyków, którzy w błyskotliwy sposób wykonali jego sześć kompozycji. Przedsięwzięcie efektowne, dodatkowo ciekawie wpisujące się w proces zacieśniania relacji pomiędzy muzykami improwizującymi, a tym, którzy żyją i czerpią radość z wykonywania muzyki klasycznej, pod dyktatem precyzyjnych zapisów notyfikacyjnych. W roli tych drugich Riot Ensemble pod kierunkiem dyrygenta Aarona Holloway-Nahuma, w roli zaś artystów z naszej strony mocy, same niemal perły brytyjskiej swobodnej improwizacji, z magiem naczelnym, Evanem Parkerem. Pełną listę uczestników nagrania, które Hawkins zatytułował jakże adekwatnie Wspólna Muzyka, znajdziecie w innym miejscu tego tekstu. Dysk dostarcza zacny Intakt Records (2021), a rzeczonych sześć kompozycji pianisty trwa 52 minuty.

 


Indistinguishable From Magic. Ceremonia otwarcia spektaklu nie mogła nie zostać oddana w ręce Evana Parkera. Jego saksofon sopranowy zmysłowo śpiewa meta melodię, którą muzyk wspiera swoim nieprzerywanym, długim oddechem. Z czasem tembr instrumentu zdaje się być pogłaśniany echem delikatnej elektroniki. Orkiestra mocą swoich płuc i strun wchodzi do gry w połowie czwartej minuty i molowym sustained piece okrywa sopran, niczym płaszcz czarnoksiężnika. Ów nerwowy dysonans pogłębia się z czasem, gdy strumień orkiestry zaczyna przekształcać się w pojedyncze ogniska zapalne. Mroczna filharmonia opanowuje scenę, a Parker milknie.

Sea No Shore. Tu w rolę introduktora wciela się perkusista, który także pracuje z elektronicznym pogłosem, a do pomocy dostaje ciepło brzmiącą trąbkę. Pozostali muzycy wchodzą w tę post-jazzową magmę stopniowo – najpierw strunowce budują klimat, potem dęciaki smażą lekko przesłodzone ciasto wprost z partytury. Szczęśliwie prowodyrzy całego zajścia do końca dbają o nasze emocje.

Ensemble Equals Together. Ta opowieść zostaje oddana w ręce mrocznych i niepokojących strings. Orkiestrowy kontrapunkt, taplający się w niemal post-romantycznych klimatach i grany unisono, znów studzi entuzjazm recenzenta, ale powracający sopran Parkera wiele tu rekompensuje. Melodie i tonowana ekspresja zdają się ginąć z każdą minutą, dzięki czemu finał utworu skrzy się bystrą, żywiołową tyradą całego niemal składu.

Leaving the Classroom of a Beloved Teacher. W tej kompozycji Hawkins stawia na jazz i swoje dynamiczne piano. Do pomocy bierze kontrabas, który swinguje i czuć od niego wczorajszym bluesem. Podsekcja strunowa dodaje klimatu, a sopran Parkera – jakości. I znów, w drugiej części utworu, kompozytor pozwala muzykom na dużo improwizatorskiej swobody i nie krępuje ich temperamentu zapisami na pięciolinii.

Ecstatic Boababs. Przedostatnia opowieść tonie w post-barokowej poświacie instrumentów strunowych. Łagodna piosenka, pełna wszakże niepokoju, smutku, niemal egzystencjalnej trwogi. Swoje dokłada elektroniczna mgławica drobnych fonii. Całość gaśnie wyjątkowo zmysłowo.

Optimism of the Will. Prowodyrem intryg narracyjnych finałowej kompozycji jest kontrabas, a może nawet dwa kontrabasy. Oklejone perkusjonalną pajęczyną żywych i syntetycznych brzmień zapraszają kolejne instrumenty do zabawy – pojawiają się trąbka i piano, a sytuacja sceniczna nabiera open jazzowego charakteru. Raz za razem podłączają się kolejni artyści, a cała orkiestra rozkwita niczym bukiet świeżych kwiatów. W roli dbającego o tempo - bystry perkusista! Swoje udane chwile ma trąbka, a zaraz potem saksofon sopranowy. W poprzek tych improwizacji płyną frazy grane unisono, ale dajemy im rozgrzeszenie. Na samo zakończenie zostają już tylko Hawkins i Parker, bezwzględnie najważniejsi aktorzy tego delikatnie przeładowanego pomysłami spektaklu.

 

Togetherness Music. For Sixteen Musicians. Feat. Evan Parker & Riot Ensemble. Hannah Marshall i Louise McMonagle – wiolonczele, Marianne Schofield i Neil Charles – kontrabasy, Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne, Matthew Wright – elektronika, Evan Parker – saksofon sopranowy, James Arben – flet, klarnet basowy, Rachel Musson – flet, saksofon tenorowy, Percy Pursglove – trąbka, Benedict Taylor i Stephen Upshaw – altówki, Mandhira De Saram i Marie Schreer – skrzypce oraz Aaron Holloway-Nahum – dyrygentura i Alexander Hawkins – fortepian, kompozycje.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została opublikowana, dość dawno temu

  

piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.