Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Rose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Rose. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2024

The Relative Pitch’ new delivery: Wild Peacock In Transit! Geometry of Phenomena! Band Width! Prose Métallique! What Happens Has Become Now!


Nowojorski label The Relative Pitch Records dostarcza nowe nagrania z tak dużą częstotliwością, iż jedna para trybunowych rąk, mająca do dyspozycji nawet najszybszą klawiaturę świata, nie jest w stanie omawiać je wszystkie na bieżąco.

Dziś sięgamy zatem po cztery z ośmiu październikowych premier (wszystkie w formacie poręcznego dysku kompaktowego), a także po jedną z letnich nowości, która zagubiła się w ferworze recenzenckich zmagań z muzyką improwizowaną. A w kolejce czeka już … dziewięć albumów zaplanowanych na listopad i grudzień. Dodajmy, iż jedna z październikowych premier była tu już werbalnie zreasumowana *).




SORBD Wild Peacock In Transit

Edith Steyer – klarnet Bb, Mia Dyberg – saksofon altowy, Rieko Okuda – fortepian, Isabel Rößler – kontrabas oraz Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne. Czas i miejsce akcji nieznane. Dziewięć utworów, 40 min.

Kobiecy kwintet, którego nazwę tworzą pierwsze litery nazwisk artystek, przygotował dla nas całkiem pikantne danie, na które składa się pięć kompozycji własnych (po jednej każdej z Pań) oraz cztery improwizacje (w tym trzy ledwie kilkudziesięciosekundowe). Nagranie bazuje na estetyce jazzowej, bardzo udanie nawiązuje do spuścizny Anthony’ego Braxtona w tej dziedzinie i w każdym z dłuższych, komponowanych odcinków cechuje się dalece intrygującą dramaturgią.

Utwór otwarcia chyba najdobitniej sięga po anonsowane, braxtonowskie figury rytmiczne okraszane drobnymi, ciętymi melodiami. Całość jest ruchliwa, dobrze unerwiona, realizowana w zmiennym tempie, nastawiona na akcje realizowane kolektywnie, choć niepozbawiona krótkich ekspozycji w podgrupach. Druga opowieść jest rozbudowaną improwizacją, prowadzoną w spokojnym tempie, nasyconą sporą dawką kameralnej zadumy. Piano płynie tu szeroką strugą, z kolei dęte stawiają, nie pierwszy, nie ostatni raz, raczej na krótkie wypowiedzi. Odcinki trzeci, szósty i dziewiąty, to kilkudziesięciosekundowe tyrady agresywnej, niemal free jazzowej jazdy, świetnie kontrapunktujące pewną równowagę dramaturgiczną utworów skomponowanych. Opowieść czwarta znów sięga po estetykę chamber, najpierw w wykonaniu basu i saksofonu, potem kwintetu na efektownym wydechu. Część piątą kreśli dobre tempo, odrobina swingu i wystudzona reasumpcja oparta na kontrabasowym smyczku. Część siódma lepiona jest z dronowych, preparowanych fraz w fazie początkowej i masywnego flow opartego na gęstym, basowym pizzicato w fazie schyłkowej. Utwór ósmy jest najdłuższym odcinkiem albumu i zdaje się, że najbardziej efektownym. Przypomina mozaikę świetnie zaplanowanych akcji w podgrupach. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu niemal co kilkadziesiąt sekund, emocji nie brakuje, a każda z artystek, niezależnie od aktualnej konfiguracji scenicznej, dokłada do obrazu całości bardzo dużo jakości.



 

Reid, Kitamura, Bynum & Morris Geometry of Phenomena

Tomeka Reid – wiolonczela, Taylor Ho Bynum - kornet, flugelhorn, Kyoko Kitamura – głos oraz Joe Morris – gitara. Nagrane w Firehouse 12 Studios, New Haven, wrzesień 2023. Siedem utworów, 64 minuty.

Jak wieść gminna niesie, to już czwarte ujawnienie fonograficzne koedukacyjnego kwartetu uznanych postaci amerykańskiej muzyki improwizowanej, z których ta najmniej rozpoznawalna, wokalistka z rodowodem japońskim, zdaje się być przewrotnie tą najbardziej intrygującą. Nagranie syci się sporymi emocjami, choć jego bazą estetyczną jest definitywnie muzyka kameralna. Zespołowa i indywidualna kreatywność sprawiają, iż album nie ma słabych momentów, mimo, iż mógłby trwać kilka minut krócej.

Pierwsza improwizacja jest tyle mroczna, co spokojna, emocjonalnie zrównoważona. Artyści pracują w dużym skupieniu, pięknie sforują na czoło pochodu wokalistkę, która mówi, skrzeczy, sepleni i szmerze, czasami tylko dozując drobne plamy melodii. Muzycy stawiają na działania kolektywne, a jeśli decydują się na improwizacje w podgrupach, trwają one dość krótko. Druga odsłona wydaje się tu szczególnie udana – na poły dynamiczna ekspozycja instrumentalna o kocich niemalże ruchach i płynąca jakby wbrew tej konwencji leniwa wokaliza. Opowieść jest bardzo filigranowa, zdaje się przywoływać wspomnienia strunowych inkarnacji Spontaneous Music Ensemble, z głosem i kornetem, które same brzmiące jak instrument strunowe. Trzecia historia bazuje na duecie głosu i kornetu, który pęknie komentują oba strunowce. W części kolejnej, która trwa ponad siedemnaście minut, muzycy kreują szczególnie dużo przestrzeni dla akcji duetowych. Pięknie brzmią gitara i kornet, równie udanie głos z wiolonczelą. Poziom intensywności faluje, w momentach zagęszczania mamy naprawdę duże emocje, z kolei w fazie szemrania dopada nas moc urody pojedynczych dźwięków, szczególnie ze strony wokalistki. Początek szóstej części tonie w preparacjach, z kolei na etapie rozwinięcia kwitnie ekspresją i radością tworzenia kolektywnej narracji. Końcową odsłonę albumu otwiera kornecista, potem kilka perełek dostarcza wiolonczelistka i wokalistka frazująca na wydechu. Swoje dokłada też gitarzysta, który prawdopodobnie pracuje tu przy użyciu smyczka. Na ostatniej prostej opowieść przybiera formę dronowej post-ballady.



 

Jon Rose & Mark Dresser Band Width

Jon Rose – skrzypce, skrzypce tenorowe, Mark Dresser – kontrabas czterostrunowy i pięciostrunowy oraz Vladimir Tarasov – instrumenty perkusyjne (utwór 8). Nagrane w Alice Springs (Rose), San Diego (Dresser) i na Litwie (Tarasov), czas nieznany. Osiem utworów, 55 minut.

Ten album to prawdziwie interkontynentalne spotkanie. Skrzypek improwizuje w dalekiej Australii, kontrabasista w równie odległej Ameryce Północnej, a kilka fraz dogrywa ze znacznie nam bliższej Litwy perkusista. Wiele wskazuje na to, iż dwaj pierwsi improwizują w czasie rzeczywistym, wyposażeni w odpowiednią aparaturę przekazującą dźwięki (i być może obraz) na dużą odległość bez jakichkolwiek opóźnień. W każdym razie nagranie nasycone jest tak dużymi emocjami, iż trudno sobie wyobrazić, by interakcje na linii skrzypce – kontrabas nie odbywały się w formule live. Płyta odrobinę przegadana, ale konia z rzędem temu, kto wskaże momenty, z których warto byłoby zrezygnować.

Rose i Dresser rozpoczynają swój dialog w niemalże free jazzowym środowisku. Gęste, soczyste frazy, efektowne zwarcia i spiętrzenia, a niedługo potem … bolesne śpiewy dwóch wystudzonych smyczków. Akcja zmienia się często, zaskoczenia estetyczne czają się za każdym rogiem. Drugi odcinek znów znaczą post-jazzowe grepsy, ale najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy przechodzą do pełnokrwistego preparowania swoich instrumentów. W trzeciej odsłonie panuje kameralna zaduma, nasączona wszakże ekspresyjnym lamentowaniem. W każdym momencie muzycy są tu zdolni do przejścia w tryb pełen dynamiki i swawolnego tańca. Frazują arco, by po chwili w półgalopie szarpać za struny. Riffują i na wydechu, prawie na kolanach wnoszą tajemnicze modły. Na moment schodzą do głębokiej krypty, by po chwili sięgać nieba wysokim tembrem rozgrzanych smyczków. W części siódmej najpierw przywołują gorący wiatr z południa, potem toną w nieutulonym żalu. A wszystko efektownie podsumowują w ostatnim, ponad dziesięciominutowym utworze, w połowie którego do gry wchodzi perkusista i znaczy każdy fragment napotkanej drogi strugą post-jazzowych inkorporacji.



 

Audrey Lauro Prose Métallique

Audrey Lauro – saksofon altowy, preparacje. Nagrane w Sunny Side Studio, Anderlecht, czerwiec 2023. Siedem utworów, 35 minut.

Z licznej, jak zwykle w ofercie RP, porcji nagrań solowych do dzisiejszej zbiorówki wybieramy dwie. Ta pierwsza, to propozycja belgijskiej saksofonistki, która stawia na dźwiękowe preparacje. Dwie z nich nazywa metalicznymi (w roli głównej rezonująca tuba), dwie inne plastikowymi (tu w roli głównej bliżej niezidentyfikowane obiekty umieszczane w rzeczonej tubie). Album uzupełnia kilka ognistych fraz o proweniencji post-jazzowej, a efekt końcowy śmiało możemy uznać za udany.

W utworach pierwszym, piątym i szóstym artystka stawia na jazzowe frazowanie, realizowane dość czystym tembrem, ze swadą, odpowiednią dynamiką i całkiem swingującym krokiem tanecznym. W części szóstej jej instrument wydaje się lekki, niesiony na skrzydłach, wiedziony niemal folkowym podmuchem powietrza. Każdą z wyżej wymienionych opowieści Lauro kończy jednak frazami zabrudzonymi, dźwiękami, które grzęzną w zatykającej się tubie, jakby zapowiadały odcinki definitywnie preparowane. Opowieść druga i siódma, to metaliczne preparacje. Artystka buduje tu urokliwie rezonujące drony, prowadząc mroczną, dość minimalistyczną opowieść, która nabiera wyjątkowej jakości na ostatniej prostej albumu. Części trzecia i czwarta, to z kolei preparacje plastikowe. Tu Audrey stosuje mnóstwo efektownych zagrywek – ciężko oddycha, rzęzi i prycha, z pewnością zatyka tubę licznymi przedmiotami. Bywa w tych działaniach delikatna, niemal filigranowa, bywa jednak, że jej płuca i rozbudowana maszyneria w rękach stają się niebywale masywne, a wydobywane dźwięki intensywne, nawet post-industrialne. Wszystkie działania Belgijki znamionuje duże skupienie i pewna artystyczna wstrzemięźliwość. Nie sposób też nie docenić umiejętności budowania dramaturgii i zdolności do korzystania z naturalnej melodyjności saksofonu altowego.




Jessica Pavone What Happens Has Become Now

Jessica Pavone – altówka, efekty, hybrydowy instrument (sword viola) w utworze drugim. Nagrane w GSI Studios, Manhattan, styczeń 2024. Cztery utwory, 28 minut.

Jessica Pavone, postać chwalebna dla amerykańskiej muzyki improwizowanej, wieloletnia partnerka muzyczna Anthony’ego Braxtona, prezentuje nam swoją kolejną propozycję solową. Pamięć o poprzednich wydaje się dość zatarta (przynajmniej w głowie recenzenta), ta nowa zaś definitywnie zaskakuje. Sprawia wrażenie eksperymentu, który w obszarze działań akustycznych (utwory nieparzyste) broni się każdą swoją sekundą, z kolei w obszarze amplifikacji/ elektronizacji (utwory parzyste), tudzież stosowania tzw. oprzyrządowania hybrydowego, budzi spore zastrzeżenia, głównie natury estetycznej. Szczęśliwe album nie trwa nawet dwóch kwadransów, zatem jego odsłuch kończymy w dobrym zdrowiu.

Pierwsza kompozycja (takiej nomenklatury używa artystka), to post-barokowa, minimalistyczna mantra cierpienia. Przeciągnięte, bolesne frazy altówki, sycone rozedrganą melodyką, brzmią tu szczególnie pięknie. Jessica cedzi niekiedy pojedyncze dźwięki, a jej ból tworzenia zdaje się dotykać także słuchacza. Trzecia opowieść rozwija owo pasmo bojaźni i drżenia, doposażając narrację we frazy preparowane, wynikające z dociskania strun do gryfu, a także w odrobinę przewrotnej taneczności. Utwory parzyste przenoszą nas do zupełnie innego świata. Odsłona druga najpierw przypomina oniryczne post-electro, potem nabiera masy i basowych pasm. Czwarta jest już dronem białego hałasu, z pulsującym, basowym wnętrzem. Kona zatopiona w echu ciężkiego, metalicznego ambientu.

 

*) chodzi o album The Glass Changes Shape tria John Butcher, Florian Stoffner & Chris Corsano

 


piątek, 20 kwietnia 2018

David Birchall & Vernacular Recordings! The full catalogue overview!


Młodej, zbuntowanej muzyki improwizowanej z samego środka Zjednoczonego Królestwa ciąg dalszy! Manchester w natarciu, nie tylko w wymiarze futbolowym!

Dzielna zasada DIY (zrób to sam), szare kartony, kompakty, cd-ry, singiel winylowy, wolność, swoboda, anarchia, improwizacja – jakież to piękne!

Maleńki label prowadzony przez gitarzystę Davida Birchalla – Vernacular Recordings *) – doczekał się właśnie szóstej pozycji katalogowej. Przyjrzymy się jej szczegółowo, a potem także poprzednim pozycjom, zaś jedną tylko przywołamy, gdyż była już na tych łamach recenzowana.




Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ Live in Beppu  (VR 006, 2018)

Beppu, Japonia, kwiecień 2017 roku; Sam Andreae – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas, David Birchall – gitara elektryczna; 1 fragment, blisko 62 minuty.

Improwizowany environment, trzech muzyków, bar, podwórko tuż obok, dzieci, głosy dorosłych. Odgłosy miasta, pociągi, samoloty, instrumenty i wszystko, co muzycy mają pod ręką. Mikrobiologia dźwięku, bezmiar specyficznego field recordings. W aspekcie czysto muzycznym dużo pojedynczych, urywanych fraz, niedokończonych narracji, zdań kończonych w pół słowa. Improwizacja zaniechania, punkowy brud, anarchia fonicznego rozkładu, programowa nonszalancja, etos kontestatora. 6 minuta, pierwszy przejeżdżający pociąg, niczym kontrapunkt dla zbuntowanej opowieści. Dużo humoru, artystycznych przekomarzań. Równouprawnienie wszystkich dźwięków, każdego zachowania scenicznego. 9-10 minuta, trochę psychodelii wprost z gryfu gitary, wspomaganej wiatraczkiem imitującym nieistniejącą klimatyzację, dobrze robi tej kolektywnej zabawie w nieoczywiste rozwiązania foniczne. Narracja, w której dysonans i natarczywa chęć dekonstrukcji są ważniejsze od snucia spójnej opowieści (15 minuta, kolejny pociąg). 18-20 minuta, nieco więcej muzyki wprost z typowych instrumentów, gitary, saksofonu i kontrabasu. Gdy improwizacja brnie w zabawę, to, co dzieje się wokół w ramach odgłosów świata zewnętrznego, zdaje się być wręcz ciekawsze. 28 minuta, muzycy schodzą do poziomu ciszy i wszyscy zasłuchują się w dźwięki, jakie powstają poza sceną. Oczekiwanie na to, co wydarzy się właśnie tam… Szum ciszy, dzieci, głosy, huk powietrza (smogu?). Muzyka istotnie konkretna - trzaski, obtarcia, brzęczenia. 32 minuta - regulujemy zegarki, przejeżdża bowiem kolejny pociąg. Tajemnicze tło, to zapewne zamierzony efekt. Psie zabawki w użyciu! Kochamy anarchię! Obiekty drżą, jęczą i skomlą. W tubie saksofonu prawdziwa kipiel (35 minuta). Po 40 minucie znów jakby więcej muzyki w naszych uszach, nawet szczypta hałasu. Andreae na przekór wszelkim konwencjom saksofonistów, Willberg, który lubi wisieć na gryfie kontrabasu, Birchall poszukujący, niestrudzony, to właśnie z jego strony dociera do nas najwięcej interesujących rzeczy. 46 minuta, narracja znów prawie staje w miejscu. Słuchamy dzieci. Szum i drobne sprzężenia. Oczekiwanie, leniwe napięcie. Sonoryzm nie podłączony do strony mocy. Grymaśne dźwięki. Zapomniane historie miłosne, onomatopeje. Anarchia zdaje się górować nad improwizacją. 57 minuta, powraca mikrobiologia, woda kapie z sufitu nieba, to chyba próba stłumienia ambiwalencji recenzenta. Punk’s Not Dead? Indeed! Szukamy puenty, a życie wokół toczy się dalej. Kolejny pociąg, już na ostatniej prostej tego występu. Zostajemy sami z brzmieniem świata wokół nas. To chyba nie koncert, raczej uliczna improwizacja terenowa. Live in Beppu!

Poprzedni album tego tria, studyjny A Hair In The Chimney (VR 004, 2017), zrecenzowany został w tym miejscu.




David Birchall/ Colin Webster ‎Gravity Lacks (VR 002, 2016)

Londyn, maj 2015; David Birchall – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon tenorowy; 4 fragmenty (dwa solowe, dwa duetowe), 57 minut.

Colin solo! Głęboko zanurzony w tubie, tańczy na jej krawędzi, skacze pomiędzy dyszami, krzyczy w samym środku ustnika. Sonoryzm w szczytowej fazie rozwoju. Smukła, dociekliwa narracja, dbałość o jakość każdego zadęcia. Saksofon tenorowy w kompulsywnym marszu po swoje. Precyzja, technika, panowanie nad emocjami – jak zwykle u tego muzyka wręcz modelowe. I te wrodzone skłonności do punkowego brudu w brzmieniu! Oklaski!

David solo! Struny i amplifikatory kreślą spójną, nieśpieszną, delikatną opowieść. Szczypta oniryzmu pomiędzy strunami, metalicznego wdzięku każdego … dźwięku. Krok za krokiem, nutka za nutką. Narracja pętli się i narasta, błyskotliwie sprzęga i grymasi. 5 minuta, rodzaj rockowych, nieco hałaśliwych incydentów. Tuż potem szybki powrót do stanu pierwotnego. Dużo foni w jednostce czasu, jakbyśmy słuchali duetu, a nawet tria gitarowego. Prawdziwa ferria barw gitary elektrycznej w żmudnym procesie improwizacji. David doskonale panuje nad instrumentem, także nad emocjami recenzenta. Precyzyjna wolta z posmakiem hinduskiej ragi gdzieś w środku pudła rezonansowego, na ostatnich skrawkach strun. Opiłki geniuszu na gryfie! Doskonałe! 12 minuta przynosi kolejne skrawki noise’u, także drobiny ciszy zawieszone pomiędzy nimi. Prawdziwy poemat improwizacji na gitarę solo! Na finał molekularna ekspozycja ślizgającej się po gryfie kostki, która wprawia struny w mikro rezonans. Jakby gitara pogwizdywała! Na ostatniej prostej taniec zanurzony po uszy w nanobiologii psychodelii. Strictly Wonderful!

Duo 1! Zmasowana, choć odrobinę ulotna sonorystyka tuby i strun. Zwarcia, całusy, gitarowe pętle. Szybki zwrot ku incydentom noise. Colin wisi na dyszach, David jakby kontynuował doskonałe ekspozycje z poprzedniej solowej części. Bracia syjamscy wchodzą w siebie, jak w masło. Marszruty obu muzyków do bólu kompatybilne. Improve crazy noise, improve slow motion! What ever you want! Zejście w ciszę tonie w leniwej psychodelii, która łapie hałas, jak lep na muchy. 8-9 minuta, parada nieco niespójnych dronów, perfekcyjnie jednak skuteczna. Sonorystyka ciszy ma zbliżone parametry, a dopada nas w okolicach 13 minuty. Całusy z dyszy prosto w twarz gryfu, niemal z ust do ust. Ciało w ciało, oddech za oddechem. Perfect identity!

Duo 2! Molekularna gra bez grama struktury i zasad gramatyki. Trudno wskazać poziom intesywności, przy którym ten duet stapia się w jedno ciało bardziej skutecznie. Przy każdym! Tu, kolejne gęste zwarcie, całusy i bąbelki. W tym gronie zdarzyć się może naprawdę wszystko! Nie brakuje imitacji na wysokim poziomie – gitara brzmi jak saksofon, saksofon jakby dostał nowe struny. Soniczni magicy! Pokaz sztuczek i fajerwerków! Cały ten drugi epizod duetowy snuje się jak rozleniwiony wąż. Dopiero na sam finał macha ogonem, którego przecież nie posiada. Perfekcyjna, mała eskalacja. Brawo!




Richard Scott's Lightning Ensemble & Jon Rose  Auslanders: Live in Berlin (VR 001, 2016)

Berlin, czerwiec 2015; Richard Scott – syntezator, David Birchall – gitara akustyczna, Phillip Marks – perkusja, Jon Rose – skrzypce (tylko w drugiej części); 2 fragmenty, 40 i pół minuty.

Trio! Całkiem akustyczna ekspozycja mimo obecności syntezatora. Okazuje się, że utalentowany muzyk także z takim narzędziem potrafi wypuszczać się na prawdziwie akustyczne wyprawy. Rwie przestrzeń nagrania incydentami zdecydowanie non sustained. Przykład wyrafinowanej elektroakustyki z dużą porcją wyobraźni (Birchall na gitarze bez prądu!). Czujny drummer - talerze, perkusjonalia w częstszym użyciu niż werble i tomy. Gęsta, niezwykle zmysłowa, cielesna improwizacja. Wąskie pasmo, ale dobra akustyka koncertu. Syntezator schowany, nieinwazyjny, intrygujący dramaturgicznie. W trakcie eskalacji muzycy z kocią zwinnością wchodzą w atrybuty noise, także w wysokich rejestrach. Dużo dźwięków na minutę, chwilami można zagubić się w miejscach ich powstawania. Wszak sam syntezator ma tak dużo elektroakustycznych możliwości. Warta podkreślenia na każdym kroku świetna robota perkusisty. Gitara Birchalla chwilami wręcz tonie w potoku innowacji, jakie wprowadzają na scenie jego partnerzy. Dramaturgicznie nie możemy być jednak niczego pewni na tym koncercie! Niespodzianki foniczne kryją się w każdym zaułku. 16-17 minuta, odrobina długotrwałych dźwięków. Z syntezatora, może także z gitary, która gdzieś podłapała nieco amplifikacji. Bardziej spokojny fragment, który jest jednak skutecznie dewastowany aktywnościami drummera! Co za ogień! Gitara akustycznie gotuje się, syntezator skwierczy i plumka, ale to ten trzeci instrument pozostaje na pierwszym planie! Reszta jakby lewitowała.

Quartet! Skrzypce wrzucają w tygiel narracji szczyptę konstruktywnego dysonansu. Więcej przestrzeni, wieje od oceanu. Gitara gra, jakby nie miała strun. Syntezator zaczyna dbać bardziej o niskie częstotliwości, podczas gdy reszta czyni metafizyczne aluzje. Nieco bilardowa ekspozycja. Płonące nieopodal skrzypce w pieśni powitalnej, płyną siarczyście i eksplozywnie. Wartka, wielowymiarowa improwizacja. Jeśli wersja w trio bardzo nam się podobała, to cóż powiedzieć o kwartecie?! Birchall w tej części jest zdecydowanie bardziej wyeksponowany. Zdaje się, że zagrać może tu już wszystko! Teraz brzmi jak rosyjska bałałajka! Znów krok ku zagęszczeniu dźwiękowemu narracji tępi nieco percepcje instrumentalną recenzenta. Ale ten nie ma cienia wątpliwości! To wyśmienity koncert! W 13 minucie rodzaj kompulsywnego industrial! Akustyka koncertu na 4+, szkoda, że nie na 5+, być może dałoby się wyłowić jeszcze więcej narracyjnych niuansów. Jakkolwiek – elektroakustyczne cacko!




Dave Jackson/ T.H.F. Drenching/ Kate Armitage Shiny Windmill Bugs (VR 003, 2016)

Manchester, kwiecień 2016; Kate Armitage – wokal i przedmioty różne,  THF Drenching – dyktafon, psie zabawki, głos, piszczałki, Dave Jackson: instrument dęty drewniany, cracklebox, perkusjonalia; 1 fragment, 23 minuty.

Ogród botaniczny w letnim skwarze. Toys w służbie improwizacji. Mnogość mikrodźwięków, kocie drapatki, fonia bogata i wielogatunkowa. Dęte ornamenty. Spora ilość dobrych interakcji, mnóstwo swobody, ale także specyficznej samodyscypliny całej trójki muzyków. Płynna, zwarta narracja, mimo użycia wielu nietypowych przedmiotów, nie do końca noszących znamiona instrumentów. Wszakże nie mają one najmniejszych problemów z zaintrygowaniem ucha recenzenta. Głos kobiecy nadaje tej zabawie posmaku oniryzmu, szczypty transcendencji. Po 10 minucie narracja lekko się wycisza, dostajemy więcej wokalu i fletu, także innych, wyższych częstotliwości. Muzyka smakuje niczym Spontaneous Music Ensemble z Julie Tippets i Trevorem Wattsem – ale na lekkich dragach. Na finał tej niezwykle krótkiej opowieści, nieco więcej perkusjonalnych ekspozycji. Filigranowy występ, takaż improwizacja, wszakże bardzo udana.




David Birchall  Light Rail Recordings: Manchester//Moscow//Tokyo 2015-2017 (VR 005, 2017)

Nagrania terenowe z różnych miejsc i dat (patrz: tytuł); David Birchall – gitara elektryczna, kompozycja, postprodukcja. 2 fragmenty, 8 minut.

Elektryczny dron, post-gitarowa retoryka, more than sustained with no doubt. Sporo elektroakustycznego brudu i trwogi. Tytuł tego skromnego singla sugeruje nagranie terenowe, z pewnością poddane potem procesowi post-produkcji. Druga strona, to ciąg dalszy ekspozycji. Zdaje się, że najciekawsze dzieje się wokół leniwie pulsującego drona gitarowego. Moc post-elektronicznych fajerwerków. Nagranie dość nietypowe dla Birchalla, ale świetnie uzupełnia jego dotychczasowy dorobek artystyczny. Recenzent chętnie poznałby ciąg dalszy tego rodzaju stylistyki w wykonaniu gitarzysty.


*) część pozycji jest wydawana w kooperacji z innym wydawnictwami, po szczegóły odsyłam na stronę bandcampową Vernacular Recordings.