Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Feldman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Feldman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2022

Mark Feldman & Katinka Kleijn! Sine Nomine! *)


Derek Bailey, ów krnąbrny Anglik i niepokorny gitarzysta, zwykł mawiać, że swobodna improwizacja ma swoją prawdziwą wartość jedynie wtedy, gdy muzycy spotykają się ze sobą na scenie po raz pierwszy. Doskonale wiemy, iż ta zasada działa w praktyce, choć wiemy także, iż w trakcie kolejnych spotkań też potrafi być smakowicie.

Chicagowska inicjatywa First Meeting Series zdaje się hołdować baileyowskiej prawdzie objawionej, przynamniej taki można wysnuć wniosek z samej jej nazwy. Na nowym albumie Fundacji Słuchaj! odnajdujemy spotkanie tej serii, poczynione z udziałem muzyków, którym blisko zarówno do ekskluzywnej filharmonii, jak i zadymionego klubu jazzowego. Jesteśmy tego pewni przynajmniej w odniesieniu do skrzypka Marka Feldmana. Z jego partnerką, wiolonczelistką Katinką Kleijn spotykamy się bodaj po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Powodów tysiące, ale ten jeden wydaje się najważniejszy. Ich wspólne, ponad sześćdziesięciominutowe, jakże swobodne improwizowanie na zgliszczach cudownie dekonstruowanej klasyki, to bowiem jedno z ważniejszych albumów bieżącego roku. Dodajmy – w każdej kategorii rozgrywkowej!



 

Pierwsza improwizacja trwa prawie trzy kwadranse i zdaje się konsumować wszelkie komplementy, jakimi moglibyśmy obdarzyć kameralną improwizację na skrzypce i wiolonczelę. Świetna dramaturgia, fenomenalne brzmienie obu instrumentów, niebywała wyobraźnia w kreowaniu narracji, gigantyczna technika użytkowa (co słychać szczególnie w szybkich przebiegach), czy wreszcie konstruktywne i jakże niebanalne cytowanie brzmienia i faktur dźwiękowych utworów jak najbardziej klasycznych, szczególnie barokowych. W kilku momentach tej niesamowitej podróży można odnieść wrażenie, że mistrz Vivaldi na moment wysiadł z kapsuły czasu i rozpoczął efektowną improwizację, którą miał czelność nazwać Piątą Porą Roku!

Początek nagranie wydaje się nieco nerwowy. Szybkie, urywane frazy, lekkie i powabne, ale tajemnicze. Emocje na gryfach strunowych instrumentów pojawiają się dość szybko. Intensywność narracji wydaje się być odpowiednio dawkowana, a duża zmienność akcji jak najbardziej zasadna. Wiolonczela dba o barokowy dół, skrzypce tańczą i swawolą całą szerokością studia nagraniowego. Zmysłowa, wystudiowana filharmonia chętnie zbacza tu z drogi jedynej prawdy i kluczy mrocznymi zakamarkami pijackich knajp, w kłębach papierosowego smrodu i jazzowej kreacji. Improwizacja płynie tu zarówno długimi pasażami czystych fraz, jak i tańczy w miejscu, oblepiona błotem po kolana, klecona z drobnych szarpnięć za struny. Mroczne westchnienia, melodyjne śpiewy, piski, kwilenia i post-gitarowe riffy - w każdej sekundzie nagrania możemy liczyć na deszcz niespodzianek! Dobrze zaplanowane zagęszczenia dzielą tu partie abstrakcyjnych improwizacji, których celem jest stawianie dobrych pytań i szukanie zgrabnych odpowiedzi. Fazy molowych narracji zdobią post-perkusjonalne incydenty na pudłach rezonansowych. Pojawiają się także drobne porcje dźwięków preparowanych, w czym prym wiedzie wiolonczela, która zdaje się mieć tu tysiące twarzy. Spektrum dźwiękowe i dramaturgiczne tej improwizacji sięga od głębokiej, mrocznej krypty, po błękitne, rozświetlone mglistym słońcem niebo.

Druga, niespełna 20-minutowa improwizacja, to przy okazji kolejnych wspaniałości, także apogeum pracy wiolonczelistki. Początek seta należy niemal wyłącznie do niej, potem wchodzi ona w zmysłowe interakcje ze skrzypkiem, wciąż nie przestając kreować niebywałych fonii, posadowionych niemal przy samej podłodze. Dodajmy, iż mimo ekspresyjnych zachowań obu artystów, improwizacja nie gubi tu ciszy, która raz za razem zdobi dźwiękowe pasaże momentami dramaturgicznego suspensu. Z czasem narracja nabiera dodatkowej taneczności, jakby głęboko zakorzeniona w muzykach klasyczna proweniencja dostawała skrzydeł i gubiła wszelkie hamulce narracyjne. Muzycy skaczą tu do samego nieba, ale i ryją nosami w ziemi, szukając pokarmu dla udręczonych dusz. Finał jeszcze bardziej stawia na suspens, mroczną poświatę, ale i skrzy się post-romantycznym, łabędzim śpiewem wysoko podwieszonych skrzypiec i nisko osadzonej wiolonczeli.

 

Mark Feldman & Katinka Kleijn Sine Nomine (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Mark Feldman – skrzypce oraz Katinka Kleijn – wiolonczela. Nagrane 13 października 2021, w ramach cyklu First Meeting Series, FAB Music Studio, Chicago. Dwie improwizacje, 62:17.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 11 grudnia 2020

Ivo Perelman & Arcado String Trio in Deep Resonance!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.


Ivo Perelman, brazylijski saksofonista, od lat rezydent Nowego Jorku, wyjątkowo wytrwale pracuje na swoją pozycję w świecie muzyki improwizowanej. Jego płyt słuchamy od lat (a nagrywa ich mnóstwo!), na ogół należycie je doceniamy, ale zdaje się, że ostatnie lata stanowią niebywałe przyspieszenie procesu, który zasygnalizowaliśmy w poprzednim zdaniu. Bodaj dwa lata temu niemalże upadliśmy na kolana, gdy Perelman zaserwował nam dwie płyty z Nate’em Wooleyem (trio i kwartet), którymi niechybnie otworzył sobie bramę to złotej galerii sław gatunku (okładki płyt Leo Records miały … złote liternictwo). Rok ubiegły przyniósł czteropłytową serię Strings – każdy odcinek warty naszej uwagi, choć po prawdzie nieskomentowany w jakikolwiek sposób na tych łamach.

Tegoroczny krążek Deep Resonance kontynuuje ów wątek strunowy, rzecz można – istotnie go rozwija. Do wspólnego nagrania Perelman zaprosił bowiem nowojorskie Arcado String Trio, składające się z muzyków, którzy rozpoznawalni i cenieni są w każdej części świata, a pod tym szyldem nie nagrywali od … ćwierć dekady. Zatem wyjątkowość tego wydarzenia artystycznego nie wymaga specjalnego uzasadnienia.



Zapraszamy na scenę Ivo Perelmana na saksofonie tenorowym, Marka Feldmana na skrzypcach, Williama H. Robertsa na wiolonczeli i Marka Dressera na kontrabasie. Nagranie Deep Resonance z kwietnia 2018 rok (Parkwest Studios, Brooklyn) składa się z czterech improwizacji i trwa niemal pełne trzy kwadranse. Wydawcą jest krajowa Fundacja Słuchaj!

Rezonans pierwszy. Wiolonczela i kontrabas dbają o niskie strefy, choć jeden z nich delikatnie jęczy, saksofon zaczyna śpiewać, a skrzypce są tuż obok. Po frazach otwarcia kwartet rusza w para-jazzową, spokojną, ale jakże wyrazistą brzmieniowo podróż. Saksofon Perelmana, jak zwykle w kontakcie z instrumentami strunowymi, zawieszony niezwykle wysoko, potrafi brzmieć jak mały alt, a nawet sopran. Początkowo frazuje dość delikatnie, nie lepi się jeszcze do strun, zmyślnie prowadzi dialog głównie ze skrzypcami. Narracja dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, płynie swobodnie, a muzykom zdają się sprzyjać wszelkie okoliczności tego nagrania. Nie brakuje melodyjności, specyficznej taneczności, a także klasycystycznego sznytu. Saksofon wymienia kilka zdań z cello, potem tyleż samo z kontrabasem. Improwizacja wydaje się być wyjątkowo wyważona emocjonalnie, pełna brzmieniowych smaczków i dramaturgicznych niuansów. W okolicach 10 minuty Perelman na chwilę milknie, a strunowce świetnie wykorzystują ten moment na garść technicznych popisów. Jego powrót oznacza pierwszą serię jakże uroczych imitacji, gdy saksofon staje się czwartym instrumentem strunowym i przy mniej uważnym odsłuchu możemy naprawdę pomylić się w zakresie źródeł poszczególnych dźwięków. Nim improwizacja dobiegnie końca, Perelman jeszcze raz zamilknie i wsłucha się w piękne brzmienie pozostałych instrumentów, wyśle kilka komentarzy, wejdzie w imitację, ale jak trzeba, pociągnie cały kwartet ku bardziej dynamicznym eskapadom.

Rezonans drugi. W ramach introdukcji, krótka ekspozycja solowa saksofonu, pełna szumów i czerstwych oddechów. Pierwsze podłączają się skrzypce, bardzo imitacyjnie, a niskie smyki skupiają się raczej na swojej robocie i dbają o odpowiedni przebieg improwizacji. Kameralna zabawa w kwartet strunowy z saksofonem w roli kreatywnego imitatora trwa w najlepsze. Po pewnym czasie każdy z muzyków zaczyna szukać zadziornych fraz, chce wchodzić w ciekawe interakcje z partnerami. Muzyka znów cudownie gęstnieje, matowieje i rozpływa się w ustach niczym wysokogatunkowa, gorzka czekolada. Na zakończenie tej części muzycy stawiają raczej na dynamikę niż leniwe pełzanie.

Rezonans trzeci. Smyczki tańczą na strunach, nisko, zamaszyście, kwieciście. Saksofon płynie nad nimi i śpiewa. Pojawia się intrygujący nerw pizzicato, na tyle błyskotliwy, iż dęciak na chwilę milknie. W dalszej fazie improwizacji skrzypce biegną w parze z saksofonem, a cello i kontrabas robią całą brudną robotę, aż po frazy niemal preparowanych dźwięków. Całość tłumi się po mistrzowsku.

Rezonans czwarty i ostatni. Ta historia na starcie stawia na delikatne, frywolne frazy. Każdy strunowiec płynie swoim rytmem pizzicato, perła za perłą. Saksofon wchodzi do gry po upływie minuty i zaczyna siać ferment. Perelman wyciska soki, jego instrument aż piszczy z zachwytu! Rodzi się rytm, pokrętna dynamika i duże emocje. Opowieść na moment łagodnieje, bo w ruch idą trzy smyczki, barwiące flow akcentami percussion. Świetny moment odnotowuje Feldman! Brawo! Pizzicato znów powraca, a saksofon śpiewa wniebogłosy! Skrzypce czynią to samo! Jeszcze tylko kilka zamaszystych riffów na niższych strunach i czas szukać odpowiedniego zakończenia. Tu w rolę wodzireja idealnie wciela się Perelman i wraz ze swoim rozgrzanym tenorem perfekcyjnie finalizują tę wyjątkową płytę.

 

 

środa, 8 stycznia 2020

Rdza! Favorite Duets! Mózg Injectors! Muzyka Z Mózgu - Reinkarnacja!


Płyta formacji Arhythmic Brain From The Begining To The End, która ukazała się ponad 16 lat temu, jako numer 7 katalogu Muzyka Z Mózgu, zgodnie ze swoim tytułem zakończyła żywot serii wydawniczej, dokumentującej szaloną muzykę, jaka od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego stulecia powstawa ła w Bydgoszczy, w Klubie Mózg.

Wspomniany w tytule płyty koniec nie okazał się jednak wieczny! Trybuna Muzyki Spontanicznej z radością donosi, iż nieoczekiwany ciąg dalszy właśnie nastąpił! Minionej jesieni ukazały się bowiem trzy płyty Muzyki Z Mózgu pod numerami katalogowymi 8, 9 i 10! Radość nasza jest przeto ogromna, stymulowana dodatkowo jakością muzyki tam zawartej. Z ogromną przyjemnościową zaglądamy do środka każdej z nich.

Zaczniemy od 12-osobowej orkiestry, potem pochylimy się nad siedmioma skromnymi duetami persony z pewnością niezwykle ważnej dla historii opisywanego dziś zjawiska, a na koniec zagościmy na płycie sekstetu złożonego z lokalsów i pewnego zacnego gościa ze Zjednoczonego Królestwa. Dodajmy już teraz, że wszystkie płyty dostępne są na nośnikach CD (trzecia z nich również jako LP), a także w plikach – całość na stosownej stronie bandcampa, której adres znajdziecie na końcu tejże epistoły.




Rdza Yass Improvisation

Nagranie powstałe w nocy z 25 na 26 czerwca 2019 roku w sali koncertowej im. Romana Sucheckiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Orkiestra zwie się Rdza, a w jej składzie odnajdujemy następujące imiona i nazwiska: Antonina Nowacka - głos, Mamadou Ba alias GÓO - głos, Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, Ray Dickaty – saksofon sopranowy, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, Maksymilian Gwinciński – flet, dyrygentura, Jakub Królikowski - fortepian, Jarosław Majewski – kontrabas, leader, Sławek Janicki - kontrabas, Dominik Mokrzewski – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jacek Buhl - perkusja, instrumenty perkusyjne. Godzinny występ orkiestry składa się z siedmiu części opatrzonych tytułami. Dodajmy, iż wszystkie kompozycje są dziełem uczestniczących w nagraniach muzyków.

Głosy obojga płci, masywny blok pięciu instrumentów dętych, piano i podwójna sekcja rytmiczna – siła rażenia mazowiecko-kujawskiej efemerydy musi być przeogromna, niezależnie od poziomu rdzy na poszczególnych jej elementach składowych. Spektakl zaczyna damskie … jodłowanie po japońsku. Półtorej minuty wstępu, który stawia nas na nogi i w tym stanie pozostawia do ostatniego dźwięku. Masywna orkiestra wchodzi do gry całym arsenałem środków głosowych i instrumentalnych. Krzyki, rwanie strun kontrabasów i ezoteryczne bębnienie. Piękna, jazgotliwa rozgrzewka przed improwizacyjną bitwą. Imponujący, intensywny, intrygujący balans muzycznym ciałem. Nadęte tempo, bystre skoki w bok klarnetu i saksofonów, free jazz godny swych wielkich korzeni (Roots!). Początek trzeciej opowieści tli się na gryfach kontrabasów. Moc perkusjonalnych błyskotek, dęte zaloty z nagrzewających się tub, pomruk męskiego głosu. Hippisowskie rozchełstanie w oczekiwaniu na rajskie gody! Swobodna improwizacja, która szuka inspiracji poza masywem Uralskim, z europejskiej perspektywy patrząc, uroczo narasta, przypomina wielobarwny kalejdoskop, który płonie od spoglądania w kierunku słońca. Czwarta historia powraca do tempa z tej drugiej – masywny drum’n’bass z pianem w tle. Podwójna moc, która nie bierze jeńców. Dęciaki komentują unisono, jakby miały przed sobą instrukcje graficzne. Po paru chwilach fire music skrzy się na całej scenie, choć saksofony mają jeszcze chłodne lonty. W tym tyglu nieoczywistości świetną ekspozycję serwuje saksofon altowy, tuż po nim fortepian. Bystry galop zostaje zwinnie wyhamowany ptasim śpiewem i burczeniem kontrabasów.

Piąta opowieść – głosy śpiewają, drży klarnet basowy i saksofony uczepione jego stóp. Struny i talerze rozmyślają w skupieniu, mężczyzna mantruje, kobieta kwili jak sroczka. Basy przesuwają po podłodze masy ciężkiego powietrza. Heavy chamber as well! Garść perełek z klawiatury fortepianu ogłasza ciszę przed burzą. Tytułowe Yass Improvisation zabiera nas bowiem w ponad dwudziestominutową podróż po szerokiej dolinie open … jazzu. Basy i perkusje stawiają dynamiczny, masywny flow i będą w nim trwać przez cały czas ekspozycji. Rockowa dynamika i jazzowe improwizacje – najpierw sopran, potem klarnet basowy, fortepian, alt, flet, tenor, kontrabasy i perkusje. Każdy ma tu swoje parę sekund, które w pełni wykorzystuje. W ramach interludiów dęciaki grają komentarz, który brzmi jak zapis kompozycji na pięciolinii. Przewrotnie utwór, który ma improwizację w tytule jawi się, jako ten najsilniej … skomponowany, czy zaaranżowany. Siódma historia, krótkie zwieńczenie spektaklu, który wart jest niejednokrotnego powtórzenia. Preparacje kontrabasu, pomruki klarnetu basowego, od ciszy po nieco głośniejsze inkrustacje. Saksofony prychają, basy drżą, smyki jęczą w oczekiwaniu na odpust zupełny. Opowieść narasta i gaśnie w tempie marsza pogrzebowego. W roli niosącego flagę pokoju, klarnet basowy.




Favorite Duets 

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla Muzyki Z Mózgu artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule Favorite Duets, prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-19 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei, będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonalii. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu (nie bez udziału smyczka) i ekspresyjnych perkusjonalii. Drugi duet z gitarą elektryczną – od startu smyczek, który kaleczy struny i post-elektroniczny pomruk gitary, która szuka sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza we frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. Ostatnie, śpiewne dźwięki odnajdują na gryfach swoich instrumentów. Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann! Ma w usta saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak … tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter! Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać – bystrze tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym. Na finał – żeby nie było! - obaj muzycy pięknie wpadają w rozedrgany emocjonalnie galop. Brawo!

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Japończyk po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki Muzyki Z Mózgu, Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca, świetnie skonstruowany dramaturgicznie, zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.




Mózg Injectors Feat. Fred Frith  Sylvan Trail

Koncert zatytułowany Sylvan Trial miał miejsce w klubie Mózg, w czerwcu 2018 roku. Formacja, która na jego potrzeby nazwała się Mózg Injectors (Artur Maćkowiak – gitara, Łukasz Jędrzejczak – elektronika i głos, Sławek Janicki – kontrabas, Mikołaj Zieliński – gitara basowa oraz Qba Janicki - perkusja, instrumenty perkusyjne) spotyka na scenie wybitnego gitarzystę brytyjskiego, dla wielu legendę rockowej improwizacji, Freda Fritha. Muzyka jest nieprzerwanym, blisko 50-minutowym ciągiem dźwięków.

Szmer oczekiwania, pojedyncze dźwięki wyrwane z kontekstu i czasu, innymi słowy - rozgrzewka małej filharmonii, w oczekiwaniu na spóźnionych widzów. Małe plamy z basu i gitary, szelest perkusjonalii, pre-elektroniczne brzęczenie na kablach. Narracja sekstetu systematycznie narasta i łyka wszystkie napotykane dźwięki – gitary, posadowione na przeciwległych flankach, mantrycznie repetują, dzwonki i misy dźwięcznie tańczą na werblu. Małe preparacje, masywne basy i delikatna elektronika. Improwizowany, post-rockowy tygiel nabiera mocy i niezbędnej elektryczności scenicznej. Żwawa, bystra opowieść, pulsująca rytmem, iskrząca się drobinkami psychodelii, z gitarami w roli głównych wichrzycieli. Duża swoboda, moc kreatywnego pomyślunku, demokracja ludowa ze wskazaniem na lewą gitarą, którą niechybnie dzierży w dłoniach nasz gość specjalny.

W 13 minucie krok gitar w wielobarwny ambient wyznacza nowy wymiar spektaklu. Kilka minut zdaje się wystarczać, by ansambl ponownie zebrał się do drogi ku wysokiej górze. Frith zagłębia się w gęstej strukturze ambientu, zaś reszta załogi rozbłyska urodą kreatywnego szaleństwa, tworząc obszerny strumień dźwięków, pełnych emocji i swobody improwizacji. Perkusjonalny kolektywizm, separatywne gitary i bystre preparacje ostro zakończonym smyczkiem - od hałasu do ciszy, od skupienia do rozwichrzenia. Po 30 minucie narracja wydaje się być nad wyraz stabilna. Gitara Fritha bystrze repetuje, sekcja rytmu i życia grzmi i dudni, a perkusjonalne preparacje, smyczek na gryfie kontrabasu i druga gitara szukająca psychodelii, dopełniają obrazu narracji, która upływa w artystycznym umiarkowaniu. Śmiało można ogłosić stan mrocznego spowolnienia, które być może trwa o kilka minut za długo. Szczęśliwie, w połowie 43 minuty, aktywizujący się drumming, czerstwy ambient prawej gitary i basowe pląsy przenoszą flow opowieści w bardziej dynamiczne stadium. Spirala emocji zostaje nakręcona – psycho dynamic dance till the end! Obie gitary dają do wiwatu, sekcja kręci tłusty groove, głos ludzki wyje z zadowolenia. Improwizacja gaśnie przed upływem 50 minuty, głównie na barkach rozpływających się gitar.


Wspomniany na wstępie adres, niezbędny dla odsłuchu i zakupów.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Courvoisier, Feldman, Mori, Parker – spektakularny kwartet w poszukiwaniu elektroakustycznego fermentu


W pierwszym odruchu recenzenta zagonionego w kozi róg obfitością nowości wydawniczych okresu letniego, planowałem omówić płytę Miller’s Tale w ramach comiesięcznej zbiorówki świeżych krążków, czyli uczynić to na szybko i bez głębszej analizy materiału muzycznego. W mgnieniu oka zdałem sobie jednak sprawę, iż potraktowanie tego wydawnictwa bez należytej uwagi i paru epitetów konstytuujących jego wyjątkowość, będzie błędem karygodnym.

Tak się bowiem składa, iż inspirowana twórczością Artura Millera (w obszarze tytułowania odcinków muzycznych) improwizacja czworga wybitnych muzyków, poczyniona w nowojorskim studiu Oktaven Audio in Yonkers, na przełomie lata i jesieni roku ubiegłego, jest jednym z ważniejszych tegorocznych wydarzeń muzycznych po obu stronach Wielkiej Wody, nie tylko w obrębie hermetycznej sceny free improvisation.

Historia spotkania tejże czwórki jest następująca. Nie dalej jak dwa lata temu, Evan Parker rezydował w klubach nowojorskich tydzień z okładem i grywał w przeróżnych składach swoje ulubione, pokrętne free improv. Na dzień lub dwa zaprosił wówczas do wspólnego muzykowania szwajcarską z krwi, nowojorską z miejsca zamieszkania, pianistkę Sylvie Courvoisier (z którą rok wcześniej nagrał tamże uroczy krążek w duecie Either Or And), jej muzycznego (i chyba nie tylko) partnera, skrzypka Marka Feldmana, a także elektroniczną divę tamtejszej sceny Ikue Mori. Muzykowanie tak przypadło wszystkim do gustu, iż umówili się za rok na kolejny muzyczny meeting.




Tym sposobem dotarliśmy na osi czasu do 21 września roku ubiegłego. Nazwa studia została już wskazana w drugim akapicie tego tekstu. W jego akustycznie idealnych warunkach melduje się czterech wyjątkowych gości. Parker w wielkiej formie, choć już na karku ósmy krzyżyk. Courvoisier, pianistka szczególna, bo w dobie nadprodukcji dźwięków na scenie free, lubi być oszczędna w środki wyrazu i zdecydowanie nie toleruje hałasu. Feldman, też postać wyjątkowa, świetnie poruszający się już od trzech z górą dekad po obrzeżach muzyki improwizowanej, zwłaszcza tej o konotacjach kameralistycznych, onegdaj ważna postać na kilku downtownowych krążkach Johna Zorna, czy Dave Douglasa. Wreszcie Mori – szalona Japonka, od czterech dekad dewastująca estetykę nowojorskiego undergroundu pokrętną elektroniką, czerpiąc inspirację z dawnych avant-rockowych doświadczeń  sceny no wave (pamiętacie kapelę DNA z Arto Lindsayem na rozwichrowanej gitarze i pewną skośnooką perkusistkę, która inaczej rozumiała rolę rytmu w zespole?).

Owoców całodniowych zmagań muzyków możemy doświadczyć dzięki krążkowi wydanemu niedawno przez szwajcarski Intakt Records (w jego katalogu m.in. kilka wspólnych pozycji Sylvie i Marka), opatrzonemu wspomnianym już tytułem Miller’s Tale/ Opowieść Millera (chodzi o Artura, dramatopisarza, nie zaś skandalistę Henry’ego), a podpisanemu przez czterech muzyków imieniem i nazwiskiem, w kolejności alfabetycznej. Na godzinę improwizacyjnej uczty składają się cztery fragmenty grane przez kwartet, a także pięć nieco bardziej zwartych czasowo duetów (w ich trakcie Parkera i Mori słyszymy trzykrotnie, zaś Courvoisier i Feldmana dwukrotnie).

Tyle fakty, czas zatem na wrażenia… Sylvie, Mark i Evan - trzy akustyczne perły obleczone delikatną, chwilami ledwie sugerowaną, cykająco-syczącą pajęczyną elektronicznych dźwięków z wirtualnej przestrzeni, generowanej przez Ikue. Te ostatnie, iskrzące się niczym małe gwiazdeczki spadające z nieba obfitości, onirycznie, kobieco i zalotnie uzasadniają i racjonalizują pomysły fortepianu, skrzypiec i saksofonu. Dzięki temu obraz całości nabiera nieoczywistego, elektroakustycznego wymiaru i prowadzi nas w świat bardzo konkretnego i dalece przyjemnego doświadczenia muzycznego.

Fortepian wybrzmiewa akordami, choć nie brakuje tu drobnych i zawsze uzasadnionych przebiegiem wydarzeń preparacji. Świetnie korelują się one w wymiarze akustycznym z rozsądnie dozowaną elektroniką. Nie brakuje ciekawych dysonansów perkusyjnych, tworzonych ad hoc na przecięciu się trajektorii tych dwóch źródeł dźwięku. Brzmienie skrzypiec jest niemal barokowe, choć gdy jest taka potrzeba, jest w stanie poderwać umarłego do lotu (np. ostry początek całego nagrania). Tenor i sopran czuwają skupione, wrażliwe na pojedynczy dźwięk współtowarzyszy podróży, w trakcie całej sesji nagraniowej. Ich dźwięki wplatają się w pasaże fortepianu niczym macki pająka, mając także do pomocy pląsy skrzypiec, które wciąż poszukują dodatkowej przestrzeni dla samorealizacji.




Cztery fragmenty improwizacji kwartetowych stawiają nas do pionu czystym, krystalicznym wręcz brzmieniem. Kameralistyczne i skupione improwizacje, nawet w trakcie czteroosobowej ekspozycji, potrafią zamieniać się w duetowe wymiany uprzejmości. Czas jest jakby zawieszony pod studyjnym sufitem, a żadna okoliczność nie wprawia muzyków w dyskomfort. Nikt tu nikogo nie pogania, a jakakolwiek reakcja na pomysł kolegi, czy koleżanki nie jest realizowana w pośpiechu, bezrefleksyjnie.

Duety, po blisko czterdziestominutowej części  kwartetowej, stanowią jej istotne dopełnienie,  naturalny ciąg dalszy grupowej improwizacji. Najpierw Feldman uroczo skowycze w oparach kablowych pląsów Mori. Potem Parker, w trzech częściach z każdym z członków kwartetu – po kolei, ze skrzypkiem, pianistką i elektroniczką - nieskromnie jeden na jeden, intrygująco zaprasza do akustycznych refleksji nad istotą kooperacji, w okolicznościach jakże oczekiwanej przez wszystkich wzajemnej empatii. Na finał dwie Panie, po raz kolejny w trakcie tej sesji, udowadniają, iż bardzo im po drodze w żmudnym procesie duetowej, dźwiękowej konwersacji. Piękne zwieńczenie kapryśnej godziny szczerości czworga muzycznych kochanków.

Urocza epopeja wolnej improwizacji, bez jakichkolwiek jazzowych, nieznośnych naleciałości. Być może jedna z bardziej intrygujących pozycji wydawniczych roku 2016.