Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Metcalfe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Metcalfe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2026

Adrian Northover & Marcello Magliocchi in quintet and trio!


Brytyjski saksofonista Adrian Northover i jego wieloletni, muzyczny kompan, włoski perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi należą do wąskiego grona artystów, którzy w szczególny sposób kultywują tradycję swobodnych, filigranowych, molekularnych improwizacji, jakie objawił światu niemal sześć dekad temu the one and only John Stevens i jego Spontaneous Music Ensemble. Na łamach bloga, którego nazwa nie jest w tym kontekście przypadkowa, pisanie o muzyce Anglia i Włocha to prawdziwa przyjemność, ale i ustawowy obowiązek.

Dziś w pierwszej kolejności sięgniemy po nagranie The Runcible Quintet – formacji, która powraca do nas po raz czwarty (a nawet piąty). Potem zagłębimy się w dźwiękach pewnego włoskiego tria z intrygującym brzmieniem preparowanego akordeonu. Dodajmy, iż oba omawiane albumy zostały zakwalifikowane do 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. A zatem sam miód, krew improwizacji, którą kochamy najbardziej. Zapraszamy do każdego dźwięku!

 


The Runcible Quintet Two (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

John Marshall Hall, Christchurch, Blackfriars, Londyn, maj 2025: Neil Metcalfe – flet, John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pięć improwizacji, 51 minut.

Dwa instrumenty strunowe, dwa niebywale lekkie dęciaki i filigranowa perkusja, to instrumentarium The Runcible (w przypadku tej ostatniej, to raczej small drum kit, podobny ekwipunek, jakiego używał John Stevens). Kwintet zaczynał swe fonograficzne życie od płyty zatytułowanej Five, potem numeracja cofała się. Teraz artyści doszli do tytułu Two, ale zdaje się, że w międzyczasie, w formie drobniejszej ekspozycji, popełnili już nagranie One. Tak, czy inaczej ten kwintet, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się swobodnej improwizacji na Starym Kontynencie w ostatniej dekadzie.

Muzycy od pierwszego dźwięku stawiają na kreatywny kolektywizm i od tej reguły odstąpią jedynie w najdłuższej, trzeciej opowieści. Zadziorna feeria żywej akustyki w stanie ciągłej interakcji, niekiedy całkiem intensywnej, to naczelna charakterystyka tej muzyki. Druga opowieść wydaje się jeszcze bardziej dynamiczna, ale zarazem intrygująco ulotna, jakby każda fraza dostawała skrzydeł i szukała nieboskłonu. Jeśli początek grany jest tu na wydechu, to rozwinięcie uznać można za głębokie westchnienie, a finalizację za kameralny wdech. Nie brakuje w tej opowieści zabaw z rytmem, choć nie jest to sytuacja typowa dla Runcible. W trzeciej, prawie 20-minutowej improwizacji, muzycy mają czas na wszystko – kolektywne podrygi, samotne ekspozycje (gitara, perkusja), a także igraszki w podgrupach – dęte dialogi na bazie percussion i takież z udziałem strunowców. W drugiej dziesiątce minut muzycy nadymają policzki i eksplodują porcją czegoś, co śmiało możemy określić mianem free jazzowej kulminacji, choć bez typowej dla gatunku masy właściwej. Czwarta opowieść zainagurowana zostaje przez kontrabasowe pizzicato, na barkach którego podróżują pozostałe instrumenty. Nie brakuje udanego spowolnienia i czystych fraz fletu, który od czasu do czasu staje w dramaturgicznej opozycji do preparowanych akcji pozostałych. Nie zmienia to faktu, iż zakończenie tej części albumu zasługuje na miano najgłośniejszego momentu całego nagrania. Ostatnia improwizacja niesie mnóstwo emocji, choć w fazie początkowej zdaje się być grana na intensywnym wdechu. Potem muzycy sięgają po detale, bawią się pojedynczą frazą. Brudne wyziewy dętych i ostre szarpnięcia za struny, to dysonans, który buduje tu dodatkową jakość. Po drobnym spiętrzeniu, ostatnie 120 sekund, to wielki wydech konającego, ale soczysty, jak wyciskana pierwszy raz cytryna.

 


Adrian Northover, Marcello Magliocchi & Domenico Saccente Over The Edge (FMR Records, CD 2025).

HiFi Record, Padwa, Włochy, kwiecień 2024 (utwory 1-11) oraz Compagnia Teatrale Deppostorie, Padwa, marzec 2025 (utwór 12, w wyniku błędu edytorskiego dostępny jedynie na bandcampie artystów): Marcello Magliocchi – perkusja, Domenico Saccente – preparowany akordeon oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Dwanaście improwizacji, 42 minuty.

Adrian i Marcello od lat prowadzą trio z Bruno Gussonim (znamy tu wszystkie ich płyty), ale tym razem do improwizującej bandy zaprosili innego Włocha, bliżej nam nieznanego akordeonistę. Efekt tej kolaboracji zdaje się być wyśmienity, nie tylko z uwagi na intrygujące brzmienie instrumentu Domenico, ale nade wszystko z powodu jego wrażliwości artystycznej – kocich ruchów, delikatnego frazowania, dystyngowanych, szemranych podpowiedzi. Wszystko to doskonale koreluje z artystyczną wizją naszych dzisiejszych bohaterów.

Album zawiera dwanaście zwartych, trwających od niespełna jednej do sześciu minut, dobrze skonstruowanych improwizacji. Poza solowym zakończeniem (dostępnym tylko on-line) i dwoma, trzema przypadkami ekspozycji duetowych, wszystkie one konstruowane są kolektywnymi strumieniami dźwięków small drums & percussion, zadziornie brzmiącego saksofonu sopranowego i post-ambientowych, szeleszczących fraz akordeonu. Muzycy otwierają nagranie uformowani w szyk wznoszący, potem bawią się w rysowanie niekończących się didaskalii, które okazjonalnie zdobią bardziej melodyjnymi interakcjami. Dobrze czują się w chmurze szumów i szmerów, zawsze jednak ich opowieść tętni życiem, z uwagi na typową dla Marcello narracyjną aktywność. Czasami ponosi ich temperament, czasami grzęzną w mrocznych zakamarkach. Im dalej wszakże w las, tym lepiej! Ruchliwa akustyka ósmej odsłony bazuje na dźwiękach preparowanych saksofonu i perkusji, osadzonych na mrocznych plamach akordeonu. Dziesiąta opowieść to kompulsywny taniec saksofonu i perkusji, z kolei przedostatnia historia, tu najdłuższa, zdaje się być szczególnie dobrze udramatyzowana – rozbudowane otwarcie perkusji, długie pociągnięcia pędzlem akordeonu i saksofonowe zaklinanie węży. Każdy z muzyków pracuje tu w trochę innym tempie, ale całość zazębia się jak spirale najlepszego zegarka szwajcarskiego. Album wieńczy koncertowa ekspozycja perkusisty. Najpierw, to hałaśliwy taniec na talerzach, potem nisko osadzony drumming na dobrze rozgrzanym werblu.




piątek, 22 listopada 2024

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay celebrate the Bead Records’ 50th!


Brytyjskie wydawnictwo Bead Records, które z całą pewnością możemy zaliczyć do grona pionierów niezależnych inicjatyw edytorskich, dedykowanych upowszechnianiu muzyki niepokornej, kreatywnej, improwizowanej (sam wybierz), obchodzi w tym roku 50-lecie istnienia.

Label, który swe najlepsze lata miał na przełomie siódmej i ósmej dekady ubiegłego wieku, od pewnego czasu – za sprawą norweskiego perkusisty Emila Karlsena – śmiało melduje się po stronie życia i muzycznej aktywności. Na tych łamach odnotowujemy każde jego tchnienie.

Obchody rocznicy nie będą specjalnie huczne, de facto sprawozdają się do koncertu w Cafe Oto (w grudniu) i premiery nowego albumu (dokładnie tydzień temu).

Na scenie i na albumie ta sama formacja, prawdziwie międzypokoleniowa mieszkanka – z jednej strony weterani, być nie rzec legendy gatunku, flecista Neil Metcalfe i skrzypek Philipp Wachsmann, z drugiej rzeczony Emil Karlsen i obsługujący urządzenia elektroniczne (także w aspekcie live processing) Pierre Alexandre Tremblay.

Koncert za kilkanaście dni, odczyt i odsłuch nowego albumu już teraz!



 

Nagranie firmuje akustyczne trio Spaces Unfolding, które znamy z wcześniejszej płyty wydanej przez Bead oraz Pierre Alexandre Tremblay, którego także znamy z innego wydawnictwa labelu (szukaj light.box). Muzycy przygotowali na sesję nagraniową coś na kształt meta kompozycji – cztery ustrukturyzowane, predefiniowane improwizacje, każda w dwóch lub trzech odsłonach. Dodajmy, iż jedna z nich jest sumą ekspozycji duetowych w formule instrument akustyczny vs. elektronika. Zresztą akcje w podgrupach są niemal stałym elementem także pozostałych części albumu, trzeba wszakże dodać, iż to elektronika jest graczem, który w trakcie prawie 80 minut trwania albumu niemalże nie opuszcza spektrum dźwiękowego.

Delikatnie drgające struny, suche powiewy fletu i szemrane percussion, to atrybuty akustyczne gemu otwarcia. Wokół nich panoszy się nad wyraz subtelna elektronika, na tym etapie w formie typowego live processing – rozrzuca akustyczne frazy po zadanej przestrzeni, powoduje, iż trzy instrumenty są w stanie wypełniać spektrum dźwiękowe nagrania, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Całość jest wszakże lekka, niemal ulotna. Warstwa elektroniczna z czasem zaczyna dokładać do strumienia narracji coś więcej niż dekonstrukcje i multiplikacje fletu, skrzypiec i perkusji. Szeleści, pulsuje, plami teren jak suczka w cieczce, sprawia, że perkusja brzmi niemal dubowo, a pod koniec ekspozycji sama nabiera intrygującej intensywności. Puenta należy jednak do preparowanych dźwięków fletu i skrzypiec. Druga odsłona w fazie początkowej jest kontynuacją akcji instrumentów akustycznych, doposażona rezonansem, być może z perkusyjnego talerza. Całość nabiera pewnej śpiewności, a tło skrzy się plamami ambientu. Po kilku minutach Emil wchodzi w tryb drummingowy, ekspozycja zyskuje na intensywności, a następnie gaśnie na modłę kameralną.

Trzecia opowieść, to ekspozycja skrzypiec i elektroniki, która dopiero na ostatniej prostej zostaje skomentowana matowo brzmiącą perkusją, dodatkowo zanurzoną w ambiencie. Akustyka zyskuje tu multifoniczny wymiar, albowiem akcje elektroniki koncentrują się na wsparciu skrzypcowych śpiewów, a potem preparacji. Czwarta narracja zostaje oddana w objęcia fraz syntetycznych, wspomaganych akustyką głównie w wymiarze perkusjonalnym. W drugiej fazie utworu rośnie udział fraz akustycznych, które rozsiewają tajemnicze post-melodie, a całość staje się dość intensywna. Kolejna odsłona albumu eksponuje perkusję zatopioną w echu i pasmo syntezatorowe, które jest wstanie prowadzić samodzielnie narrację. Dopiero po kilku minutach pojawiają się kameralnie zatrwożone skrzypce i dawno niesłyszany flet. Podobną dramaturgią charakteryzuje się szósta opowieść. Perkusja tańczy z elektroniką, a rola wyjątkowo tu śpiewnych skrzypiec i rozbujanego fletu sprowadza się do ciętej riposty. I jeszcze część siódma, prawie wyłącznie skonsumowana przez Emila i Pierre’a – perkusyjna góra i basowy, syntetyczny dół.

Ósma część, to akcja nad wyraz spokojnego fletu i mącącej spokój elektroniki. Ten pierwszy pięknie ucieka w bezkres polifonii. W dziewiątym epizodzie dominuje akustyka, a jedynie ambientowa puenta przypomina, że gramy tu we czterech. Kolejny odcinek, to niemal same tajemnice. Słyszymy plejady niezidentyfikowanych fraz - dźwięki radia, post-elektroniczne szmery, tajemniczy rezonans, a potem akustyczne drobiazgi. Skupiona, kameralna narracja skrzypiec i fletu zostaje tu wpuszczona w bezmiar delikatnego live processingu. Zakończenie tej części albumu – istotnie intensywne - spoczywa na barkach perkusji i elektroniki. Podobnie rzecz się ma z końcową, jedenastą opowieścią. Spokojny, ambientowy start kreuje tu elektronika, która drży, jakby pochłonęła dużą porcję akustycznych fraz. W dalszej fazie ekspozycji dominują multiplikowane akcje perkusji. Na kablach rodzi się efektowne echo, które narasta. Finał albumu, choć kreowany we dwóch, wydaje się niemal epicki, pięknie przygaszony do ostatniego dźwięku.

 

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay Shadow Figures (Bead Records, CD 2024)

Spaces Unfolding: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce, Emil Karlsen – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika. Nagrane w Huddersfield University, grudzień 2023. Jedenaście utworów, 76 minut.

 



piątek, 3 listopada 2023

A New Wave of Jazz’ fresh outfit: Hunt At The Brook! Zwosch, Zwosch, Zwosch!


Wczesnojesienne premiery belgijskiego A New Wave Of Jazz przynoszą dwa albumy pomieszczone na trzech kompaktowych dyskach. Z jednej strony kwiat brytyjskiego free improv w wydaniu dalece międzypokoleniowym, z drugiej - pierwsze w pełni portugalskie nagranie w dziejach labelu.

Album londyński zawiera dwa nagrania z roku 2019 – kwietniowe, poczynione w trio uformowane przez często goszczących na tych łamach muzyków młodego-średniego pokolenia, czyli Toma Jacksona, Benedicta Taylora i Daniela Thompsona oraz majowe, zrealizowane w kwartecie, który skonsolidował się dzięki poszerzeniu rzeczonego tria o legendę gatunku, flecistę Neila Metcalfe’a. Nagranie portugalskie także łączy pokolenia – stworzyła je ikona improwizacji tamtej części świata, czyli Carlos Zingaro oraz młodsza i nieco starsza młodzież w osobach Guilherme Rodriguesa & José Oliveiry.

Swobodna improwizacja na najwyższym poziome, to norma labelu prowadzonego przez Dirka Serriesa. Zaglądamy zatem do środka!



Hunt At The Brook Again

Nagranie kwietniowe, to trio złożone z klarnetu, gitary akustycznej i altówki, posadowionych w takiej kolejności, od lewej do prawej strony naszego spektrum odsłuchowego. Na zagranie sześciu improwizacji muzycy potrzebują ponad 50 minut.

Początek, to swoiste small talks zalotnego klarnetu, na poły śpiewnej altówki i minimalistycznej gitary, która cedzi strzępy akordów. Muzycy dość szybko lepią z tego dalece emocjonalną narrację, świetnie na siebie reagują. Druga opowieść zdaje się być odrobinę mroczna, z jednej strony tworzą ją minimalistyczne szumy i szelesty, z drugiej post-melodyjne westchnienia. Improwizacja z każdym krokiem nabiera jednak mocy, a prawdziwie urokliwą ognistość osiąga po 10 minucie. Ekspresja nabiera tu niemal rockowych barw, szczególnie na strunach altówki. Trzecią opowieść zagaja gitara, altówka trzeszczy w szwach, a klarnet snuje kameralne melodie. Artyści przypominają teraz trzy gołębie usadowione na kolczastym drucie. Najpierw skaczą, potem gasną w obłoku post-melodii i strzępów dźwięku. W czwartej części muzycy serwują nam emocje od pierwszej sekundy. Altówka i klarnet niemal krzyczą, gitara z kolei stawia stemple. Improwizacja faluje niczym wzburzony ocean, bywa, że nabiera post-romantycznego powietrza w płuca, bywa, że śle nam grad drobnych, preparowanych fonii. Początek piątej części jest definitywnie minimalistyczny. Bardziej żwawa narracja rozpoczyna się w momencie, gdy na gryfie altówki pojawia się plama brudu. Emocje rosną tu w postępie geometrycznym, ale gdy zajdzie taka potrzeba, droga od fire music do post-classic chamber trwać może ledwie kilka sekund. Ostatnia improwizacja wydaje się być niezwykle delikatna. Małe melodie i filigranowe szarpnięcia za struny budują tu jednak całkiem dynamiczną ekspozycję, niepozbawioną przybrudzonych, zadziornych fraz.

Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

W maju muzycy spotykają się już we czwórkę, a instrumentarium zostaje uzupełnione o flet. Tym razem improwizacja składa się z czterech części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

Pierwsza improwizacja rodzi się z ciszy, wstaje z kolan wyjątkowo powoli. Altówka skrzypi, reszta załogi podśpiewuje pod nosem. Niektóre wątki zdają się tu brzmieć niemal klasycznie. Szczęśliwie opowieść nabiera jednak rumieńców i zaczyna toczyć się w estetyce, którą tak sobie cenimy. Dobre akcje, świetne interakcje, zadziorne frazy, wyłupiaste spojrzenia i uszy otwarte na każdy dźwięk. Narracja po kilku wzniesieniach tonie w mroku minimalizmu, ale to zdaje się jeszcze bardziej podkreślać urodę chwili. Po restarcie emocje zaczynają buzować, a improwizacja mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Finał kilkunastominutowej opowieści, to morze wyjątkowo udanych interakcji. Kolejną część zaczynają samotne dęciaki, płynące bardzo kameralnym strumieniem. Strunowce w rekontrze ślą cięte riposty polepione w brudne frazy. Niewiele tu trzeba, by cały kwartet zatonął w ekspresyjnej, jakże kolektywnej akcji, nasyconej wszakże silnie molową melodyką. Opowieść ma jeszcze jedno efektowne spiętrzenie, zainicjowane przez nad wyraz aktywnego w tym akurat momencie gitarzystę. Trzecia improwizacja, równie leniwa na starcie, jak ta pierwsza, zdaje się wstawać z grobu. Brzmi mrocznie niczym surowa muzyka dawna. Dęciaki w żałobnych modlitwach, strunowce w roli pająków tkających coraz większą pajęczynę. Zdaje się, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk znajduje tu swoje miejsce. Po fazie dramaturgicznego rozwinięcia następuje piękna finalizacja, która płynie korytem melodii i smutku. Nagranie wieńczy czterominutowa koda, która zdaje się konsumować urodę wszystkich poprzednich epizodów. Wstęp gitary i fletu, rozwinięcie w pełni kolektywne. Zróżnicowana dynamika i dużo emocji na ostatniej prostej.




Zwosch, Zwosch, Zwosch

Portugalskie spotkanie miało miejsce w sercu lizbońskiego lata roku 2021. Kameralne, strunowe (skrzypce i wiolonczela), ale pełne zaskakujących emocji, szczególnie dzięki bardzo aktywnej pracy perkusjonalisty, który nie stronił od rytmicznych, niekiedy całkiem dynamicznych akcji. Dodajmy, iż koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.

Już od startu perkusjonalista silnie akcentuje swoją obecność - zdaje się mieć w ręku mnóstwo przedmiotów, które jednocześnie wydają dźwięki, choćby miseczki wypełnione metalowymi kulkami. Wiolonczela budzi się do życia ze śpiewem na ustach, z kolei skrzypce naciągają wyjątkowo suche struny. Trochę akcji mechanicznych, garść rezonujących fraz i incydentalnie preparowane frazy ze strony każdego z muzyków. Perkusjonalista w tę różnorodną i wielogatunkową improwizację wkłada mnóstwo kreatywności, którą usytuować można w nieskończonych doświadczeniach free improv, z kolei skrzypek i wiolonczelista uzupełniają ów gatunkowy tygiel mnóstwem fraz post-barokowych, ale niekiedy wręcz bogactwem godnym renesansu. Narracja ma tu wiele faz, urokliwe skrzy się gęstymi porcjami ekspresji, innym razem chowa w ciszy i zdaje się wtedy produkować jeszcze piękniejsze frazy. Dużo mamy melodii, ale także zaskakujących sytuacji, gdy nagle wszystkie instrumenty brzmią niczym wataha dzikich perkusjonalii. Po 20 minucie napotykamy na szczególnie fascynujące wydarzenia – najpierw skrzypek i wiolonczelista siłują się ze strunowymi naciągami, a towarzyszy im nerwowy, szeleszczący perkusjonalista. Potem następuje skok w estetykę muzyki dawnej, bogaconej sekwencja gongów. Gdy cello niespodziewanie przechodzi w tryb pizzicato, improwizacja zaczyna nowe życie, przez moment stając się teatrem jednego aktora. Tuż potem, już w niedalekiej bliskości zakończenia, dostajemy porcję wyjątkowo pięknych, strunowych śpiewów, które doposaża w emocje niecierpliwy i znów niezwykle kreatywny perkusjonalista. Ta niebywała, choć jakże krótka podróż zwieńczona zostaje wspólnym, szczęśliwym dronowaniem.

 

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe (2CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Neil Metcalfe – flet (tylko dysk drugi), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Nagrane w Stamford Brook, Londyn, kwiecień 2019 (dysk pierwszy) i maj 2019 (dysk drugi). Łącznie dziesięć improwizacji, 97 minut.

Carlos Zingaro, Guilherme Rodrigues & José Oliveira Zwosch, Zwosch, Zwosch (CD 2023). Carlos Zíngaro – skrzypce, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Festival DME - Lisboa Incomum, Lizbona, lipiec 2021. Jedna improwizacja, 32 minuty.

 

 


piątek, 9 czerwca 2023

Bead Records Lives Again! Three pearls with Emil Karlsen!


Nazwa Bead Records znana być winna wszystkim wielbicielom brytyjskiej muzyki swobodnie improwizowanej, którzy mają już trochę lat, innymi słowy, nie wyleźli sroce spod ogona w bieżącym millenium. Label powołany do życia w roku 1974 ma w dorobku mnóstwo wspaniałych płyt, ale po czasach ciężkiej prosperity przeżył już kilka śmieci klinicznych i okresów wzmożonej nieaktywności.

Bead Records ma się nieco lepiej w czasach cyfrowych, dorobił się strony bandcampowej, a ostatnie miesiące przyniosły cztery nowe produkcje (wszystkie także na nośnikach fizycznych, jakże poręcznych kompaktach). Nowe realizacje koncertują się wokół muzycznych aktywności … młodego, norweskiego drummera Emila Karlsena. Towarzyszy mu rzecz jasna wartościowy artystycznie zaciąg brytyjskich mistrzów i całe mnóstwo swobodnie improwizowanych cudów dźwiękowych.

Dziś zaglądamy na trzy ze wspomnianych nowości – Karlsen w trio z weteranami sceny, w trio z progresywną młodzieżą i w duecie z legendą perkusji. Trzy smakowite dania z dużym udziałem jakże kreatywnej perkusji. Welcome!



 

Spaces Unfolding (Metcalfe/Wachsmann/Karlsen) The Way We Speak (CD 2022). Nagrane w czerwcu 2021 roku, St.Mary's Old Church, Stoke Newington, Londyn: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce oraz Emil Karlsen – perkusja. Pięć improwizacji, 51 minut.

Flet i skrzypce w rękach prawdziwych mistrzów europejskiej freely improvised music, tu podane nad wyraz czystym tembrem, bez wsparcia elektroniki (choć ten skrzypek to lubi!) i innych cudów współczesności. Karlsen dokłada uważny drumming, czyniąc powabną narrację jeszcze bardziej interesującą i przykuwającą uwagę. Warto podkreślić, iż w momentach dramaturgicznych spiętrzeń i dynamicznych interakcji dźwiękowych, improwizacja tria o nazwie własnej Spaces Unfolding urokliwie przypomina nagrania strunowego okresu Spontaneous Music Ensemble (dla mniej zorientowanych, Metcalfe grywał z formacją Johna Stevensa na początku lat 90. ubiegłego, jakże wspaniałego z wielu względów stulecia).

Początek płyty jest bardzo kameralny. Odrobina śpiewnych fraz i garść strunowych zgrzytów płyną swobodnie niesione strumieniem bystrej, szytej na miarę perkusji. Brzmienie tria nasycone jest echem obiektu sakralnego, w którym odbywa się spektakl. W drugiej części nastrój staje się jeszcze bardziej kameralny, wręcz post-barokowy. Perkusja pracuje tu bardzo minimalistycznie. Z czasem opowieść nabiera wiatru w żagle, ciekawie się piętrzy i rozbłyskuje plamami ekspresji. Trzecia improwizacja stąpa na palcach. Szumią perkusyjne szczoteczki, smyczek skacze po strunach, a śpiew fletu wydaje się być nad wyraz filigranowy. Narracja syci się suspensem, dzieli na krótkie duety, tudzież ekspozycje solowe. Muzycy chętnie pracują metodą call & responce. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej opowieść znów zyskuje na dynamice, przeto także jakości. Czwarta narracja, choć budowana krótkimi frazami, wydaje się być skoczna, niemal taneczna, pełna zmysłowej melodyki. Finałowa improwizacja stawia na dramaturgiczne subtelności – drobne dźwięki, rezonujące talerze, rytualne stemple formowane w intrygującą plecionkę. Całość wpada w rozkołysany rytm nie bez udziału shorts-cuts skrzypiec, półśpiewu fletu i drobnych akcji perkusyjnych. Ostatnia prosta przesycona jest pięknym, kameralnym smutkiem.



Light.box + Emil Karlsen The Undanced Dance (CD 2023). Nagrane w październiku 2021 roku, Huddersfield University: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Emil Karlsen – perkusja. Osiem improwizacji w trzech częściach, 40 minut.

Kolejne trio, to już brytyjska młodzież i nasz norweski śródbohater opowiadania. Duet trąbki i gitary basowej bardzo udanie wykorzystuje tu elektronikę, tworząc z niej wielobarwne tło, zgrabnie uzupełniając akustyczne i elektryczne frazy, innymi słowy, generując emocje godne fussion-jazzu, chwilami także progresywnej elektroniki. W tym towarzystwie Emil czuje się jak ryba w wodzie. Świetnie napędza machinę improwizacji dynamiką swojego drummingu, gdy trzeba, umiejętnie tonuje emocje i dopowiada brakujące kwestie. Z trzech nowości dziś prezentowanych, ta bez dwóch zdań zasługuje na najwyższą ocenę.

Album skladka się z trzech improwizacji, z których dwie pierwsze podzielone są na trzy, a trzecia na dwie pod-opowieści. Pierwszą z nich inauguruje syntetyczna pulsacja basu i akustyczny rynsztunek perkusji. Trąbka wchodzi do gry już na etapie dynamicznego strumienia dobrych akcji w stylu fussion. Na spowolnieniu dostajemy się w smugę dźwięków przypominających live processing perkusji, a także gęsty strumień ambientu. Gitara basowa zdobi ścieg flażeoletami, a trąbka wpada w gigantyczny pogłos. Na fali talerzowej ekspozycji dość szybko wchodźmy w trzecią część utworu otwarcia, która stawia na akustykę, a zdobi ją nerwowa gitara. Druga improwizacja ma podobną dramaturgię. Zaczynamy na ostro, niemal ścianą dźwięku, by w połowie opowieści efektownie wystudzić emocje do poziomu gęstego ambientu i definitywnie urokliwych, dubowych klimatów. Po czasie perkusja sforuje się na czoło pochodu i pokrętną dynamiką kreuje dalszą część nagrania, wzbogaconą trębackim okrzykami i półmelodiami. Końcowy fragment drugiej improwizacji nie szczędzi nam mrocznego ambientu, efektownych, elektronicznych stygmatów i gitarowych drobiazgów. Trzecia opowieść składa się z dwóch części. Najpierw leniwie tempo, sporo akustycznych fraz, latających talerzy i trąbka, tu już tradycyjnie na dużym pogłosie. Tym, który narzuca improwizacji odpowiednią dynamikę jest oczywiście Emil. Po drobnym postoju w chmurze gęstego ambientu opowieść rusza z kopyta, niesiona wysokim wzgórzem i niemal symetrycznym beatem, na poły elektronicznym, na poły akustycznym. Muzyka umiera tam, gdzie się rodziła, w strudze elektroakustycznej pulsacji basu.



 

Mark Sanders & Emil Karlsen Muted Language (CD 2023). Nagrane w wiosną 2021 roku, miejsce nieznane: Mark Sanders – zestaw perkusyjny oraz Emil Karlsen – zestaw perkusyjny. Sześć improwizacji, 37 minut.

Jak muzycy/ wydawcy zapowiadają w albumowym credits, spotkanie dwóch perkusistów różnych pokoleń, to rodzaj polirytmicznych dialogów. Bystrzy drummerzy rzeczywiście ani przez moment nie zapominają, iż grają na zestawie perkusyjnym, ale wszystko czynią w trakcie niedługich trzydziestu siedmiu minut na wyjątkowo wysokim poziomie kreatywności - nie stronią od ciekawych rozwiązań rytmicznych, dźwięków preparowanych i improwizacji prowadzanej metodą call & responce. Dodajmy, iż Karlsen odpowiada tu za lewą flankę narracji, a Sanders za prawą.

Pierwsza improwizacja stawia na typowy drumming. Prowadzony na niezłej dynamice, raz za razem bogacony niebanalnymi zdobieniami, jeszcze smakowitszy w momentach dramaturgicznego spowolnienia. W kolejnych opowieściach artyści zdają się nam pokazywać kolejne obszary swych muzycznych kompetencji. Na starcie drugiej części króluje delikatny rezonans, na werblach moszczą się drobne przedmioty, a muzycy z tych puzzli układają zgrabną, całkiem dynamiczną narrację. Trzecia odsłona albumu syci się polirytmią, ale muzycy znajdują też chwile na zabawy w pytania i odpowiedzi, czynione w rezonującej poświacie. Kolejna opowieść tkana jest z drobiazgów, ale uformowana w rytmiczny ciąg zdarzeń. W piątej części narracja nabiera cech niemal rytualnego drummingu, zdobią ją akustyczne cudowności ze strony każdego z perkusistów. Finałowa opowieść stosuje różne metody artykulacji – coś rezonuje, coś szumi, coś głęboko oddycha. W oparach tajemnicy rodzi się końcowa prosta, która prowadzona jest w dużym skupieniu, ale całkiem dynamicznym stepem.



wtorek, 14 grudnia 2021

Shrike Records is Born! The trio and the long-distance collection of impro extracts!


Muzyka swobodnie improwizowana ze Zjednoczonego Królestwa, to niewyczerpalny ocean dźwiękowych wspaniałości. Znamy tysiące znakomitych muzyków, setki genialnych miejsc do grania i całą masę mniejszych lub większych inicjatyw edytorskich, które nam te wspaniałości permanentnie dostarczają!

Z tym większą radością witamy na pokładzie nowy impro label z Londynu – Shrike Records! Na starcie dwie pierwsze płyty, dokumentujące koncerty w stołecznym Café OTO! Ta historia nie mogła zacząć się lepiej! Najpierw dalece elektroakustyczne trio z udziałem jednego z naszych ulubieńców, saksofonisty Johna Butchera. Potem dwupłytowa kolekcja fragmentów nagrań koncertowych (to samo miejsce!), zrealizowana w ostatnich czterech latach pod szyldem Horse Improvisation Music Club. Na liście podmiotów wykonawczych cała plejada trwale zapisanych w historii gatunku artystów! Bez zbędnych wstępów zapraszamy na odczyt i odsłuch dźwiękowych perełek z samego serca Londynu, dostępnych w jakże oldschoolowym formacie CD!

 


John Butcher/ Sharon Gal/ David Toop  Until The Night Melts Away

Połowa kwietnia 2019 roku, rzeczone Café OTO w Londynie, a na niewielkiej scenie trójka muzyków: John Butcher – saksofony, Sharon Gal – głos, elektronika, dzwonki i obiekty oraz David Toop – gitara (lap steel), flety, bass recorder, african chordophone oraz obiekty. Jedna swobodna improwizacja trwa tu 35 minut i 33 sekundy.

W klubie pojawiamy się w momencie, w którym prawdopodobnie zaczyna się koncert, ale instrumentalnej dokumentacji tej chwili towarzyszy całe mnóstwo dźwięków scenicznego otoczenia. Trudno w tej sytuacji wskazać, które fonie możemy uznać już za inicjację koncertu. Instrumentarium przytargane przez muzyków dostarcza dodatkowych zagadek, albowiem część nich zdaje się wieść własne życie i produkować fonię niezależnie od woli artysty. Drobne dźwięki pomieszane są tu z ciszą oczekiwania – choćby szum z tuby, czy gitarowe frazy, na bieżąco modyfikowane echem elektroniki. W tej fazie nagrania większość dźwięków nie daje się prosto przypisać do źródła ich pochodzenia.

Improwizacja ma nieco oniryczny posmak, budują ją dalece elektroakustyczne frazy, wysyłane do publiczności z dużą swobodą, ale póki co, pozbawione osi dramaturgicznej. Niektóre dźwięki udanie wchodzą w interakcje, inne zdają się szybować po niebie niezależnie od innych zdarzeń scenicznych. W okolicach dziesiątej minuty pojawia się głos damski, który od razu przefiltrowany zostaje przez elektroniczne akcesoria, brzmiący delikatnie, ale jednak dalece złowieszczy. Gitara sprzęga się, a saksofon pozostaje w pozycji wyczekującej, na boku kreując garść bystrych, ale leniwych preparacji. W okolicach piętnastej minuty możemy śmiało ogłosić, iż trio osiąga pewien peak ekspresji, produkując przy tym małe plejady dość hałaśliwych dźwięków. Przy okazji słyszymy trochę więcej fraz bardziej typowych dla saksofonu.

W połowie seta muzycy schodzą w pobliże ciszy i rozpoczynają mały festiwal fake sounds. Dociera do nas drugi głos, zapewne syntetyczny, a wokół sceny zdaje się krążyć cała masa dźwięków znikąd, być może także generowanych po stronie publiczności. Całość przez moment przypomina bystrą sesję field recordings. Jakby przez nieuwagę muzycy w trakcie tych dźwiękowych onomatopei budują drobną strukturę rytmiczną (saksofon wsparty na elektronice), ale pomysł – być może całkiem ciekawy – porzucają w pół zdania. Tym, który szuka prostszych rozwiązań dramaturgicznych wydaje się być w tym momencie saksofonista, ale nadmiar elektroakustycznych opadów nieco komplikuje mu zadanie. Dopiero po upływie dwudziestej piątej minuty w żyłach muzyków zaczyna płynąć bardziej wartka krew. Pojawiają się od dawna oczekiwane emocje, dźwięki lepią się do siebie niczym plastry miodu, a ekspresja wydaje się hasać po całej scenie. Końcowe minuty koncertu, to gitarowe kłębowisko zaskakujących fraz, kilka odgłosów wprost z gardła i dętych zaśpiewów. Podejście pod finał spotkania wydaje się być dla muzyków niełatwym zadaniem. Garście filigranowych dźwięków, dzwonki i zaskakujące pojawienie się fletu, dzięki któremu finał koncertu nabiera nieco balladowego posmaku.



 

Horse Improvisation Music Club  Horse Box 2

Zgodnie z zapowiedzią pozostajemy w londyńskim Cafe Oto, by zapoznać się z dokumentacją comiesięcznych koncertów, jakie organizowała tam inicjatywa Horse Improvisation Music Club. Płyta konsumuje nagrania z lat 2017-2020, prezentując dwadzieścia 5-6 minutowych ekstraktów koncertowych, łącznie trwających prawie 110 minut. Wszystko w wykonaniu artystów, których z radością wymieniamy z imienia i nazwiska (wedle kolejności, w jakiej pojawiają się na krążkach; dodajmy, niektórzy robią to kilkukrotnie!): Clive Bell – shakuhachi/dear call, Douglas Benford - melodica, obiekty, Andrea Pensado - elektronika, Caroline Kraabel - saksofon, Hannah Marshall - wiolonczela, Yoni Silver – klarnet basowy, Daniel Thompson - gitara, John Edwards – kontrabas, Ng Chor Guan - theremin, Jackie Walduck - wibrafon, Neil Metcalfe - flet, Adam Bohman – głos, obiekty, Alex Maguire - piano, Simon Picard - saksofon, Steve Beresford – piano, obiekty, Anna Homler – głos, obiekty, Adrian Northover - saksofon, Dave Tucker - kontrabas, Philipp Wachsmann - skrzypce, Martin Hackett - elektronika, Phil Durrant - mandolina, Dave Fowler - perkusja, Sue Lynch – saksofon/ klarnet, Hutch Demouilpied – trąbka, Laura Hills - piano, Ute Kanngeisser - wiolonczela, Steve Noble – perkusja, Veryan Weston - piano, John Butcher - saksofon, Mark Sanders - perkusja, Greta Pistaceci - theremin, Emil Karlsen – perkusja, Mandhira De Saram - skrzypce, Luigi Marino - laptop, Rachael Finney – głos, obiekty, Kay Grant – głos, Tim Hodgkinson - klarnet, Saadet Türköz - głos, Crystabel Riley - drums, Mimi Kobayashi – piano oraz Walter Wright - saksofon.

Końskie koncerty stawiają na eksperymenty, tego jednego możemy być pewni! Odważne zestawy instrumentalne, dużo elektroniki, zwłaszcza analogowej, głosy kobiece poddawane elektroakustycznym torturom, a także cała masa pięknych, akustycznych, powywracanych do góry nogami fraz! Pośród wspomnianych dwudziestu koncertów znajdujemy też takie, które pojawiły się w całości na płytach innych wydawców, większość z nich wszakże, to intrygujące pocztówki dźwiękowe ze spotkań, które nie doczekały się jak dotąd szerszej prezentacji. Może jedynie szkoda, iż na dwóch kompaktowych dyskach zawarto tylko niepełne dwie godziny muzyki. Pojemność tego formatu w wersji double, to wszak 160 minut. Edytor był jednak konsekwentny – każdy koncert to maksimum sześciominutowy ekstrakt. Poniżej poszukujemy najbardziej ekscytujących nagrań tego boxu.  

Po folkowym otwarciu, a potem gęstej chmurze elektroniki, w trzeciej odsłonie wpadamy na intrygujący kwintet dwóch instrumentów dętych i trzech strunowych (Kraabel, Marshall, Silver, Edwards i Thompson!). Skupiona, ale jakże rozwichrzona, swobodna improwizacja, która garściami sięga po kameralne rozwiązania. Potem znów garść trudniejszej elektroniki, recytacja tekstu oraz całkiem jazzowe trio. Siódma odsłona, to kolejna perełka w zestawie – kwartet (Beresford, Northover, Tucker, Homler!) pięknie preparujący dźwięki, a na jego czele doskonały sopran! Po nim trio z dość inwazyjnym syntezatorem, ale skrzypce i gitara dbają o nasze nerwy. To dobrze, bo dziewiątka, to kolejny killer w tym zestawie – kwartet (Durrant, Lynch, Fowler, Demouilpied!) budujący swoją opowieść z drive’em free jazzu, zmysłowo ucieka w preparacje godne największych mistrzów free impro! Na koniec pierwszego dysku piano solo, z ciekawym, nieco zabrudzonym brzmieniem.

Dysk drugi otwiera wiolonczela i mistrzowska perkusja (Noble!) – oniryczne chamber, które z woli drummera nabiera rumieńców stając się jednym z najmocniejszych końskich ekstraktów. Zaraz potem kolejne piano solo (Weston!) i szybki krok na spotkanie tria samych osobowości free (Butcher, Edwards, Sanders!). Od emocji free jazzu, po zmysłowy oddech free chamber! Po nim czas na drobny przerywnik sklecony z elektroniki analogowej, bo zaraz potem kolejne trio z najwyższej półki (Karlsen, Northover, Edwards!). Klasyczny post-free jazz, który łapie ognistą smugę cienia! Doskonałe! Kolejne dwie improwizacje w duetach wydają się być całkiem intrygujące, ale na tle swych poprzedników dość szybko idą w zapomnienie. Z kolei dwie kolejne, to znów perły! Najpierw duet głosu i klarnetu (Grant, Hodgkinson!), który w początkowej fazie improwizacji preparuje dźwięki, potem zaś bawi się w imitacyjne frazy i czyni to na kosmicznym poziomie komunikacji. Dziewiątka, to nie pierwszy tu fantastyczny kwartet (Türköz, Riley, Lynch i niezmordowany Edwards!). Post-free jazz grany z ogromną swobodą, fermentuje kreatywnością wokalistki, świetnie prowadzony przez kontrabasistę. Na zakończenie boxu trio z suspensem (Northover ponownie!), zmysłowe, dość tajemnicze, z efektownym spiętrzeniem na ostatniej prostej.



piątek, 5 marca 2021

Magliocchi, Northover and Van Schouwburg in the neverending spiral of free improvisations!


Uważni Czytelnicy Trybuny być może zauważyli, iż jednym ze stałych motywów publikowanych tu tekstów jest poszukiwanie we współczesnej muzyce śladów inspiracji dokonaniami najważniejszej formacji swobodnej improwizacji, jaką była Spontaneous Music Ensemble – muzyczna idea kreowana przez prawie 30 lat przez Johna Stevensa, a na początku tej drogi, także przez m.in. Trevora Wattsa i Paula Rutherforda.

Jeśli którejkolwiek ze współczesnych formacji gatunku możemy przypisać najwięcej artystycznych powinowactw z SME, to jest nią – te słowa też padły już w tym miejscu – brytyjsko-włoski The Runcible Quintet. Faktów uzasadniających ową tezę szukajcie na płytach, jakie ma w dorobku ów ansambl, a jakie zostały – co oczywiste – z gromkim entuzjazmem omówione na tych łamach przez Pana Redaktora.

Czasy wiecznej cholery, jakiej doświadczamy od roku, sprawiają, iż wspólne granie – zwłaszcza dla formacji, której muzycy nie mieszkają na jednej ulicy – zaczyna stanowić problem, nie tylko w wymiarze koncertowym. Tak właśnie stało się z The Runcible Quintet. Przybywający w trakcie pandemii wyłącznie w rodzinnych stronach włoski perkusjonalista Marcello Magliocchi nie może muzykować z pozostałymi członkami grupy, którzy na ogół funkcjonują w obrębie aglomeracji londyńskiej. Zatem nie dziwi nas zupełnie fakt, iż ci ostatni postanowili zagrać koncert jako The Runcible Quartet, a wyimprowizowany utwór nazwali One (For Marcello Magliocchi).

Za moment dowiemy się, jak przebiegła owa improwizacja, a zaraz potem ów skromny koncert stanie się pretekstem do omówienia kilku frapujących płyt muzyków związanych z The Runcible Quintet, a także belgijskiego wokalisty, wydawcy, autora jednego z najciekawszych blogów o muzyce improwizowanej Orynx, Jean-Michela Van Schouwburga, który z muzykami tworzącymi The Runcible grywa regularnie i równie często o nich pisze! Przed nami osiem płyt wydanych w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy i prawdziwa pajęczyna powiązań personalnych!

 


The Runcible Quartet  One (For Marcello Magliocchi) (self-released, DL 2021)

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczynamy w Londynie, w klubie Iklectik, gdzie improwizację dedykowaną nieobecnemu Marcello Magliocchiemu grają: John Edwards (kontrabas), Neil Metcalfe (flet), Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz Adrian Northover (saksofon sopranowy). Nagranie z grudnia ubiegłego roku, składa się z jednego, niespełna 27-minutowego traku.

Koncert (być może bez oklasków) otwiera kontrabas, szarpany za struny i traktowany smyczkiem. Obok oddycha saksofon i cała przestrzeń klubowa (tu chyba nieco większa niż zwykle). Pierwsze frazy gitary są czyste i zalotne, to samo można powiedzieć o flecie. Kwartet kreuje całkiem gęstą (ale lekką!), niezwykle swobodną, ekstremalnie kolektywną narrację. Od czasu do czasu zmysł dramaturgiczny smyczka ciągnie opowieść intensywnie ku górze, by za chwilę upuścić ją na samo dno. Raz za razem mamy tu krótkie ekspozycje duetowe – najpierw flet i saksofon, potem gitara i kontrabas, niepozbawione komentarzy akompaniatorów. Kwartet w spokojniejszych frazach pachnie zmysłowym chamber, gdy zaś krótkotrwale stawia na dynamikę, też nie szuka jazzowych grepsów, nawet w sytuacji, gdy flow ciągnie ciepłe pizzicato kontrabasu.

Opisując ten krótki koncert można niemal bez przerwy wskazywać na małe, akustyczne perełki. W 12 minucie natrafiamy na intrygujący moment w estetyce dark chamber, zaraz po nim efektowny peak sopranu na tle basu i gitary, wreszcie flet, który energicznie wpada w ów tygiel zdarzeń i plecie cuda z dźwiękowych drobiazgów. Gdy na moment milknie kontrabas, pozostała trójka zaczyna śpiewać po ptasiemu z dziką radością i swobodą. Po koniec drugiej dziesiątki minut mamy nawet w pełni solowy incydent saksofonu, który oddycha mrocznym echem. Opowieść toczy się już do końca z pewną konwencją – dęciaki śpiewają, a strunowce szukają kantów i bardziej zadziornych fraz. Po małym wzniesieniu, na zakończenie mamy już wielkie rozlewisko wyłącznie pięknych dźwięków, gdzie flet brzmi jak sopran, a sopran brzmi … jak flet. Kontrabas ostatni raz próbuje jeszcze zasiać dramaturgiczny ferment, ale instrumenty dęte zdają się być już zbyt rozmarzone. A na finał … jednak oklaski!

 


Magliocchi/ Bohman/ Northover  Föhn (self-released, DL/CD-r 2020)

Sporo już powiedzieliśmy o Marcello Magliocchim, czas zatem na płytę z jego udziałem. Proponujemy trio bez nazwy własnej, w ramach którego Włoch, poza standardowym zestawem perkusyjnym, będzie używał rozbudowanego akcesorium perkusjonalnego, a także czegoś, co sam nazwał sounding sculptures made by A.Dami. Towarzyszą mu: Adam Bohman – głos i obiekty preparowane (niewykluczone, że okazjonalnie podłączone do prądu) oraz Adrian Northover – saksofony oraz akcesoria wydające dźwięki syntetyczne, tu nazwane theremin i wasp synthesizer. Nagranie studyjne z Londynu (rok nieznany) składa się z piętnastu części, które trwają 48 minut i kilka sekund.

Płyta, to pięć nieco dłuższych improwizacji i dziesięć miniatur, które trwają czasami mniej niż dwie minuty. Mimo tak dużego poszatkowania materiału dźwiękowego, całe nagranie ma swój definitywny ład dramaturgiczny. Pierwsze dwa fragmenty, to typowe utwory otwarcia, które pokazują całe spektrum możliwości muzyków i bogatego arsenału dźwiękowych środków wyrazu. Utwory od trzeciego do ósmego (z małym wyjątkiem) zdominowane są przez incydenty elektroakustyczne, głos i mnóstwo preparowanych dźwięków, niekiedy zupełnie ze świata fake sounds. Począwszy od improwizacji numer dziewięć muzycy zapraszają nas do świata medytujących, akustycznych fraz saksofonu i perkusjonalii, który zdobią elektroakustyczne ornamenty. Nie trzeba być specjalnym znawcą preferencji redakcji, by domyśleć się, że ostatnia część płyty podoba się nam zdecydowanie bardziej niż wcześniejsze, także bardzo udane, próby wielowymiarowej improwizacji na dziesiątki tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych dźwięków.

W pierwszej improwizacji szczególnie podoba nam się saksofon sopranowy, który wije się jak wąż pomiędzy brzmieniem percussion, a elektroakustyką obiektów, przywołując w pamięci minimalistyczne frazy Trevora Wattsa ze wspaniałych czasów SME. W trzeciej improwizacji pojawia się recytujący głos oraz plejada dźwięków elektroakustycznych, których dominacja nie podlega dyskusji. Wiele akcji wszakże cieszy ucho, zwłaszcza skutecznych prób zaistnienia w tym tyglu zdarzeń saksofonu. Dużo dobrego nieoczywistymi pomysłami wnosi Magliocchi, który gongami i rezonującymi talerzami sieje sporo dramaturgicznego fermentu. Piąta improwizacja, wbrew trendowi, jaki zarysowaliśmy wcześniej, stawia na perkusjonalia i ciepły saksofon. Ale to tylko pozór, bo w kolejnej części słyszymy już syntezator i całe morze intrygujących fake sounds. W ósmej odsłonie do głosu dochodzi saksofon, który wystudza elektroakustykę i podprowadza nas pod zasadniczą część płyty. W kolejnych utworach artyści tłumią dynamikę, szukają głębi i pogłosu, medytują, a ich improwizacje stają się coraz dłuższe. Coraz więcej dobrego dostarcza saksofon, który co rusz stawia stemple jakości. W najdłuższej, czternastej części podekscytowany dęciak dostaje się w mroczny, elektroniczny tunel, który zaskakująco udanie podkreśla doskonałą robotę Northovera. Finał stawia na rezonans i spokojniejsze frazy. Brzmią ceremonialne gongi, jest małe expose na bongosach, wreszcie precyzyjne gaszenie płomienia narracji przez wszystkich muzyków. Za ostatnie frazy, ale także za całość - gromkie brawa!

 


The Bellowing Earwigs  The Perpendicular Giraffe Compartment (FMR, CD 2020)

Adrian Northover ciągle jest z nami (saksofon, ale incydentalnie także mbira i melodica), podobnie Adam Bohman (obiekty amplifikowane), a dołączają do nich: powracający w dzisiejszym zestawieniu - Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz anonsowany w preambule tego tekstu - Jean-Michel Van Schouwburg (głos). Na płycie słyszymy studyjną rejestrację z roku 2015, która składa się z siedmiu improwizacji, a trwa niespełna trzy kwadranse.

Zapraszamy na spektakl akustycznego (choć chwilami amplifikowanego), post-industrialnego tygla niemal wyłącznie ekscytujących dźwięków! Szumiąca tuba saksofonu, która szuka tajemniczych, preparowanych fraz, głos, który jęczy, gada, szemra, gdacze i strzela post-operowymi salwami do samego nieba, nieustannie pętląca się gitara, pełna uroku, ale i dramaturgicznych kantów, wreszcie tajemnicze obiekty, które wypełniają każdą wolną przestrzeń narracji - ciasnej, gęsto usianej dźwiękami, ale lekkiej, frywolnej, pozbawionej niskich rejestrów, niemal ulotnej improwizacji. Muzycy chętnie wchodzą tu w interakcje duetowe (Thompson i Northover, co rusz stawiają stemple wyjątkowej jakości, jak choćby w drugiej i czwartej części), czasami wszystkie żywe dźwięki zdają się topić w elektroakustycznej poświacie obiektów (jak w części piątej), innym razem – działając bardziej separatywnie, brną po złote runo, często stymulowani dynamiką i ekspresją wokalisty. Ten ostatni przypomina rannego tygrysa w opuszczonym lunaparku - zdolny jest wydać każdy dźwięk, który sprawi, że partnerzy skoczą w ogień jego temperamentu.

Najdłuższa, czwarta improwizacja niesie ze sobą ocean preparowanych dźwięków, mnóstwo nieodgadnionych fake sounds i głos, który tańczy niczym zagubiony śpiewak operowy na silnych opiatach. Ten ostatni wiedzie tu prym, a gdy na chwilę odpuszcza, urokliwe wgryza się w poszarpane frazy kolegów. Na finał tej smakowitości wszyscy artyści zdają się śpiewać jednym głosem. Jeszcze bardziej urokliwa jest szósta improwizacja. Zaczyna ją burczenie wokalisty i oddechy wyjątkowo suchej tuby. Obok napięte do granic wytrzymałości struny gitary i szemrzące obiekty. Narracja kołysze się na wietrze i co chwilę wybucha akustycznymi fajerwerkami. Gitara lepi się z amplifikacjami obiektów, a wokalista zaczyna gdakać, jak Kaczor Donald, czym stymuluje dynamikę całej ekspozycji. W ostatniej części, nim wszyscy muzycy zlepią się w akustyczny, jakże kolektywny dron, cichy bohater ostatnich trzech kwadransów, Van Schouwburg brzmi jak kolejny, amplifikowany obiekt. What a fake one!

 


 

Gouvea/ Northover/ Mattos  Cajula (FMR, CD 2020)

Kontynuujemy odsłuch muzycznych szaleństw z udziałem Adriana Northovera! Tym razem trio ze znaczącymi muzykami sceny londyńskiej, choć pochodzącymi z dalekiego świata. A zatem, obok Adriana (tu: saksofon altowy i sopranowy) - Marilza Gouvea (głos) i Marcio Mattos (wiolonczela i elektronika). Na płycie Cajula odnajdujemy dwie rejestracje – studyjną z maja 2019 roku (utwory 1-2) oraz koncertową z października tegoż roku (Iklectic, utwory 3-5). Całość swobodnych improwizacji tria potrwa blisko 48 minut.

W części studyjnej narracja budowana jest na ogół przez smyczek wiolonczeli, kobiecy, zalotny, równie lubieżny, jak zabawny głos i dość wysoko zawieszony tembr saksofonu sopranowego. Ważną tu postacią jawi się wokalistka, której frazy efektownie kleją się zarówno do dźwięków strunowca, jak i lekkich podmuchów dęciaka. Marilza chwilami gwiżdże, brzmi niczym bazyliszek, świetnie łączy recytacje z preparowaniem własnego głosu, a w drugiej części wydaje dźwięki przypominające perkusjonalne przeszkadzajki i piszczałki (jeśli, to tylko jej głos, padamy na kolana!). Opowieść tria, to rodzaj rozhuśtanej, bardzo swobodnie improwizowanej kameralistyki, świetnie skomunikowanej, koherentnej i tworzonej nad wyraz kolektywnie. Muzycy zdają się płynąć chwilami dość separatywnymi strumieniami, ale wszystko dobrze tu do siebie pasuje, dramaturgicznie trybi i niesie nam wyłącznie udane wrażenia słuchowe. Doskonale radzą sobie w sytuacjach stabilnych pod względem dynamiki, a gdy uderzają w dzwony ekspresji, efekt jest równie wartościowy.

Część koncertowa, dłuższa, z jedną z ekspozycji, która trwa prawie 21 minut, do wskazanych wyżej zjawisk dokłada elektronikę, która sączy się spod gryfu wiolonczeli lub działa całkowicie od instrumentu niezależnie. Efekty pracy Mattosa są w przeważającej części bardzo udane i może jedynie środkowa część owej najdłuższej improwizacji zdaje się być nieco przeładowana dźwiękami syntetycznymi. Trzecia część płyty, a pierwsza koncertu, wydaje się być nad wyraz zjawiskowa – osnuta onirycznym ambientem, budowanym przez delikatnie amplifikowane cello, kształtuje narrację w formę wzajemnie przenikających się dronów. Równie błyskotliwe jest pierwsze dziesięć minut owej najdłuższej części. Instrument Mattosa brzmi potężnie, niczym kontrabas, a głos i saksofon, delikatnie skąpane w elektronice, płyną drobnymi, zadziornymi i niezwykle urokliwymi frazami, godnymi zarówno historii SME, jak i współczesności The Runcible Quintet! Szczególnie piękny jest moment, gdy głos i dęciak imitują się wzajemnie. Ostatnia improwizacja, to rodzaj zgrabnego i krótkiego encore. Mattos gra pizzicato, Gouvea gwiżdże, a Northover szumi. Mrok tajemnicy, oniryczna aura suspensu i post-elektroniczne mgławice budują flow, który nabiera z czasem dynamiki i udanie podsumowuje tę wyśmienitą płytę.

 


Magliocchi/ Metcalfe/ Wacrenier  Ritual For Expansion (LFDS Records, CD 2020)

Dajemy odpocząć Adrianowi, a na naszą recenzencką scenę zapraszamy ponownie Marcello Magliocchiego (tym razem zagra tylko na perkusji). W jakże zgrabnym trio bez nazwy własnej towarzyszyć mu będzie weteran sceny free improv, który grywał z SME (!), zaś od zawsze jest członkiem The Runcible Quintet – flecista Neil Metcalfe. Skład domyka pianista Paul Wacrenier (także używający mbiry). Nagranie koncertowe z września 2018 roku (Chilly Jazz Congress, Austria) jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, ale dla wygody słuchaczy zostało podzielone na pięć części. Zapraszamy na improwizowany spektakl, wyjątkowo silnie (jak na klimaty dzisiejszej opowieści) osadzony w open jazzowej stylistyce. Całość trwa niespełna 40 minut.

Zgodnie z anonsem otwarcie koncertu stawia na swobodny, jazzowy feeling. Inteligentny, lekki drumming, skory do dramaturgicznych intryg flet i nieskomplikowane dźwięki piana wprost z czarnych i białych klawiszy. Dość szybko muzycy pokazują nam, iż dramaturgiczny zwrot ku estetyce contemporary/ chamber (tu z echem talerzy) może być ich dużym atutem. W tej części nagrania podkreślmy także piękne expo fletu na tle ambientu perkusjonalii. Narracja toczy się bardzo zwinnie, raz za razem przejawia skłonności ku eskalacjom (piano!), ale także bystrze szuka ciszy i przestrzeni na kreatywny rezonans, trochę małych gierek w podgrupach, tudzież minimalistyczne pasaże czarnych klawiszy. Jeśli opowieść chyli się ku jazzowym frazom, to na ogół zasługa pianisty, jeśli brnie w bardziej abstrakcyjne formy, to robota drummera i flecisty, który w tym gronie zdaje się być szczególnie multigatunkowy. Zupełnie przy okazji zwróćmy uwagę, iż trzeci odcinek pięknie gaśnie przy odgłosach … tancerek, stukocie ich butów i oddechach (wedle opisu płyty były one częścią spektaklu).

Wejście w czwartą część koncertu akcentuje nade wszystko Metcalfe. Jego flet rodzi się z post-akustycznej pożogi niczym błysk porannego słońca. Do gry po raz pierwszy wchodzi zmysłowa mbira, która kreuje nieco oniryczny nastrój, a szum perkusyjnych błyskotek dopełnia obrazu całości. W finałową część koncertu znów wchodzimy pod batutą fletu, który delikatnie preparuje dźwięk. Przez niemal trzy minuty prowadzi intrygujący dialog z perkusją. Powrót piana wyprowadza koncert na ostatnią prostą. Rośnie nowy jazz, którego bystra dynamika eskaluje potok dźwięków. Flet po zaczerpnięciu oddechu inteligentnie włącza się w ów tygiel emocji. Swawolne kind of acoustic power trio zwinnie dobiega do kończących spektakl burzliwych oklasków.

 


876 Trio  Boost Off (FMR, CD 2020)

Prezentowane tu cyfrowe trio tworzą: Matthias Boss (skrzypce), Marcello Magliocchi (instrumenty perkusyjne) oraz Jean-Michel Van Schouwburg (głos). W kolekcji nagrań koncertowych, powstałych w latach 2014-2016 (Włochy, Austria), muzyków bazowych wspierają w charakterze gości: Roberto Del Piano (bas elektryczny, wbrew opisowi płyty jedynie w utworze drugim) oraz Jean Demey (kontrabas, w utworze piątym). Płyta składa się z czterech krótkich improwizacji i tej piątej, najdłuższej, która stanowi pełny zapis trwającego blisko trzy kwadranse koncertu (który de facto ma swoje trzy podczęści). Reasumując – zapraszamy na niemal pełną godzinę zegarową bystrej, chwilami niezwykle efektownej, nad wyraz swobodnej improwizacji.

Jak już wspomnieliśmy, pierwsze cztery utwory na płycie, to stosunkowo krótkie improwizacje, być może nawet fragmenty dłużnych ekspozycji dźwiękowych. Pierwsza, to w zasadzie duet chroboczącego gardła wokalisty i przedmiotów tańczących na werblu. W drugiej muzycy stawiają na emocje i dynamikę, chwilami wręcz ocierają się o free jazz. Pojawia się elektryczny bas, który jednak częściej zdobi narrację łagodnymi slajsami niż buduje bazę rytmiczną. Narracja toczy się wartko, a szczególną jakość dają imitacyjne zagrywki głosu i skrzypiec. Kolejny, wyjątkowo krótki epizod, to niemal wyłącznie popis Jean-Michela, który płynie na poły melodyjnym, post-operowym tembrem wprost w ramiona skrzypiec i lśniących perkusjonalii. Z kolei odcinek czwarty stawia na drobiazgi, mikro frazy, skromny rezonans talerzy, strun i oddechu wokalisty. Tak tutaj, jak i we wszystkich poprzednich częściach, mający dużo swobody Van Schouwburg, co rusz sieje dramaturgiczny ferment, a jego możliwości głosowe zdają się nie mieć kresu.

Także i jego uznać możemy za wiodącą postać koncertu poczynionego w kwartecie. Zaczyna go solowym potokiem dźwięków, który moglibyśmy nazwać umownie bardzo efektowną fonicznie odmianą głoski ż przez przypadki. Do dotychczasowej formuły tria dużo dobrego wnosi kontrabas, czasami ciepły i spolegliwy, innym razem siejący grozę i szefujący rozwojem sytuacji scenicznej, prawie wyłącznie traktowany przez muzyka smyczkiem. Opowieść śmiało możemy sytuować w estetyce free chamber. Muzycy świetnie na siebie reagują, ciągle coś zmieniają w swojej grze i w obrazie całej improwizacji. Dobrze tłumią emocje, jeszcze lepiej nimi eksplodują. Snują niekończące się pętle, pełne kreatywności. No i głos wokalisty - ciągle w kontrze, wciąż prowokujący do aktywności, bardzo często wyznaczający kierunek improwizacji. Koncert po części zasadniczej, trwającej ponad 27 minut, ma jeszcze dwie dogrywki. Każdą z nich rozpoczyna Van Schouwburg. Najpierw cudownie sepleni po francusku, gada, opowiada historię, pastwi się nad pojedynczymi głoskami i słowami. W otwarciu ostatniej części koncertu sprawia wrażenie, jakby grał na grzebieniu. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to jednak tylko głos. Brzmi elektroakustycznie – filigranowa, niemal beat-boxowa ekspozycja, dźwięki wydawane samymi wargami. Brawo!

 


Sverdrup Balance  Isla Decepción (FMR, CD 2019) *)

Nie pozostaje nam nic innego, jak kontynuować spotkanie z magicznymi sztuczkami Jean-Michela Van Schouwburga. Tym razem trio z nazwą własną, w którym odnajdujemy kolejnego weterana brytyjskiego free impro, mistrza kabli i syntetycznych incydentów dźwiękowych – Lawrence’a Casserleya, tu pracującego przy pomocy signal processing instrument. Składu tria dopełnia pianistka Yoko Miura (także używająca melodeonu oraz toy piano). Dwa nagrania z tego samego dnia (!), z końca października 2018 roku (Bruksela) – pierwsza i ostatnia improwizacja zarejestrowana w trakcie koncertu, cały zaś środek płyty, to efekt spotkania studyjnego. Łącznie ponad 58 minut.

Delikatne, chwilami minimalistyczne, czasami klasycyzujące piano, elektronika, która zdaje się żyć własnym życiem, ale tak często wchodzi w interakcje z żywymi dźwiękami, iż wielokrotnie mamy wrażenie, że także live processing jest tu jedną z aktywności Anglika, wreszcie głos, doprawdy jedyny w swoim rodzaju – syntetycznie brzmiący beat-box (to już znamy z poprzedniej płyty!), rozmowy z samym sobą, końskie rżenie i kacze gdakanie, przedrzeźnianie instrumentów (ale także własnych fraz), syczenie, bulgotanie, podśpiewywanie i bolesne pojękiwanie – one man, one throat orchestra! Do tego artystyczna bezczelność, zgoda na brawurę, ale i całkowity brak złych pomysłów i decyzji na scenie!

Pierwsza improwizacja budowana jest na zasadzie dychotomii – minimal piano and electronic, maximalism of voice! Świetną robotę teraz, i w trakcie całego nagrania, czyni tu Casserley – wiecznie mąci spokój ekspozycji piana, wgryza się w gęstwinę wokalistyki, komentuje wszystko, niczym satyryk w dobrym teatrze, dba także o dramaturgię całości - prawdziwy cerber dobrego smaku i mistrz ceremoniału improwizacji. Narracja toczy się od ambientowych, onirycznych plam, po salwy ekspresji, kontrapunktowane stemplami post-contemporary piana i meta operowymi grepsami głosu. Druga opowieść pokazuje, iż nawet tak wątłe instrumentarium jest w stanie płynąć na dużej dynamice i nieźle hałasować, po czym bardzo efektownie stopować i plątać się w ciszy. Czwarta część wydaje się dość nerwowa, pełna niepokoju, piąta znów stawia na minimalizm, szósta zaś przyobleka zdecydowanie ciemne barwy. Ósma część, to kolejna perełka od Jean-Michela – muzyk szumi i gwiżdże na tle ambientu post-piana i szelestu szorstkich kabli. Ostatnia część płyty dodaje do obrazu całości kilka stempli elektronicznych usterek, twarde piano i nucący przy goleniu głos. Być może jest odrobinę za długa, ale w końcu, jak tu wszyscy jesteśmy, w czasach pandemii mamy nad wyraz dużo czasu na słuchanie dobrej muzyki!



Spime  Spime 2019: Cosmic and Spontaneous Gestures (LFDS Records, CD 2020)

Na zakończenie naszej szaleńczej podróży po najnowszych dokonaniach Włocha, Anglika i Belga zapraszamy na wielki finał! Kolektyw improwizatorów Spime funkcjonuje pod szyldem francuskiego wydawcy (może i także francuskiego budżetu), a jednoczy w sobie muzyków z Portugalii, Włoch, Danii i właśnie Francji. W gronie muzyków związanych z tą ciekawą inicjatywą odnajdujemy Marcello Magliocchiego (perkusja), a także kilku innych dobrych znajomych. Nagranie zamieszczone na płycie jest kompilacją wspólnych rejestracji trzynastu muzyków, jakie miały miejsce w trakcie trzech dni marca 2019 roku we Francji. Nim opowiemy o dźwiękach, zaprezentujmy personalia pozostałych dwunastu muzyków tworzących Spime: Jean-Michel Couchet i Mia Dyberg (saksofony altowe), Jonathan Aardestrup (kontrabas), Yoram Rosilio (kontrabas, perkusjonalia), Pedro Santo (perkusja), Sandra Giura Longo (flet), Niels Mestre (gitara elektryczna), Paulo Chagas (obój, saksofon sopranowy, flet), François Mellan (sousaphone), Carlo Mascolo (puzon), Jerôme Fouquet i Nicolas Souchal (trąbki). Nagranie składa się z szesnastu części (zarówno kompozycji, jak i improwizacji), trwa 52 minuty z sekundami.

Na krążku odnajdujemy zatem naprawdę dużo krótszych i dłuższych epizodów, ale wszystkie one są idealnie sklejone i możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy na koncercie, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Cosmic and Spontaneous Gestures, to misternie skonstruowana, bardzo przemyślana i dobrze ustrukturyzowana opowieść. Krótkie, aranżowane interludia i dłuższe, improwizowane fragmenty są tu ogólnie obowiązująca zasadą, acz niestosowaną zbyt rygorystycznie. Mamy zatem też kilka krótkich improwizacji, a także długie kompozycje (choćby na zakończenie płyty). Muzycy w poszczególnych utworach nieustannie się rotują - od duetu, po dziesięcioosobowy skład (innymi słowy – nigdy nie grają razem wszyscy muzycy zaangażowani w trzydniową sesję). Płytę zaczyna sześciosekundowa salwa orkiestry, a zaraz po niej … dwudziestosekundowa kompozycja, która jest jedynie tematem podanym unisono. Potem jakże płynnie przechodzimy do improwizowanych i komponowanych części trwających nieco dłużej. Zwróćmy uwagę na najciekawsze fragmenty tego spektaklu.

Trzecia część, to improwizacja w trio ze świetną ekspozycją puzonu. Piąta, to hard-bopowy rytm grany przez kontrabasistę (także kompozytora), wokół którego toczą się małe, dęte igrzyska, pełne udanych, improwizowanych fraz. Dziewiąta, to open jazzowy kwartet z bardzo śpiewnym motywem, granym na oboju. Jednym z najmocniejszych punktów płyty jest dziesiątka – swobodna improwizacja, początkowo silnie sonorystyczna w posmaku, w dalszej części świetnie wyprowadzona na free jazzowe pole, grana przez septet. Jedenasta część, to wyłącznie głosy, którą bawią się w polityczną retorykę. Czternastka, to zmysłowy duet głosu i perkusjonalii Magliocchiego. Wreszcie ostatnie dwa utwory na płycie – kompozycje, które stanowią zaczyn dla efektownych i błyskotliwych improwizacji. Piętnastka, to znów kwartet z obojem, który skutecznie szuka akcentów kameralistycznych. Sam finał wydawnictwa, to popis tentetu – kolejna kompozycja kontrabasisty, który rysuje ścieżkę, po której podążają wyśmienici soliści, wyposażeni na ogół w instrumenty dęte. Kolektywnie i bardzo ekspresyjnie. Brawo!

 

*) całkiem niedawno trio opublikowało kolejną płytę (już w pełni koncertową), zatytułowaną Arcturus. Zapewne niebawem, i o niej skreślimy kilka słów.



czwartek, 25 czerwca 2020

The Runcible Quintet! Three!


Pięć, cztery, trzy…. – to nie finałowe odliczanie, a jedynie tytuły kolejnych płyt Runcible Quintet, formacji brytyjskiej, złożonej z muzyków kilku pokoleń, po prawdzie dowodzonej organizacyjnie przez Włocha, wreszcie mającej pomysł na muzykę swobodnie improwizowaną, któremu współcześnie być może najbliżej do gatunkowego ideału, czyli Spontaneous Music Ensemble.

Na łamach Trybuny piszemy o Runcible konsekwentnie, płyta po płycie, nie omijając w jakikolwiek sposób także innych dokonań muzyków, który tworzą kwintet. Dziś pochylamy się nad płytą Three, nagraną w marcu ubiegłego w londyńskim klubie Iklectik. Trzy (jakżeby inaczej!) odcinki definitywnie freely improvised music trwają 40 minut z sekundami (półgodzinny set zasadniczy i dwie drobne dogrywki). Wydawcą CD jest FMR Records.

Panie i Panowie! Marcello Magliocchi na perkusji, Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, John Edwards na kontrabasie, Neil Metcalfe na flecie oraz Daniel Thompson na gitarze akustycznej!




One! Coś skrzypi, coś szeleści! Zapewne wychłodzony smyczek rozpoczyna pierwszą interakcję ze strunami kontrabasu, a najmniejsze perkusjonalia świata zdają się umilać mu ów żmudny proces. Po minucie z okładem zaczyna oddychać tuba saksofonu, z boku tli się woń budzącego się do życia fletu, a gitarzysta rozpoczyna spektakl od diagnozy stanu posiadania, innymi słowy – liczy struny. Drobiazgowa narracja buduje się krok po kroku. Percussion pętli się, saksofon tańczy, a flet bierze na siebie rolę przyzwoitki. Duch Johna Stevensa staje przed obliczem muzyków i daje moralne przyzwolenie na ciąg dalszy tych igraszek. Kontrabasista szarpie za struny i wskazuje na wszelkie możliwe kierunki rozwoju improwizacji, oczywiście sieje sporo zamętu, wszak za to najbardziej go kochamy. Pięciu muzyków w niemal mistrzowskiej komitywie udaje się na spacer, w trakcie którego wiele może się wydarzyć. Każda akcja rodzi tu reakcję, a ta druga - bez zbędnej zwłoki - generuje inną akcję. Metcalfe zdaje się wnosić do opowieści odrobinę kameralistycznej zadumy, ale to pełna wolność wypowiedzi jest tu jedyną konstytucją. Edwards zmienia technikę gry, jak rękawiczki. Zabawki Magliocchiego błyszczą i rezonują. W siódmej minucie krótkie expo Thompsona, jakby na przekór ustanowionej na wejściu pełnej kolektywizacji działań. To tylko przygrywka pod pierwszą kwintetową eksplozją mocy. Tempo, emocje i wrzątek w tubie saksofonu uzyskany w ułamku sekundy. Na wydechu Northover szumi rytmicznie i wzbudza repetę gitary. A gdy na moment kontrabas milknie, narracja zdaje się skakać po nieboskłonie. W połowie minuty trzynastej cała załoga postanawia nieco pośpiewać! Post-chamber kwitnie w najlepsze! Kolejnym etapem podróży jest dialog strun, tych grubych i tych cieniutkich. Szybki komentarz percussion i zaraz skok na kolejny szczyt kwintetowy, tym razem niemal free jazzowy! Whaw! Równie efektownie wzbudzony, jak i precyzyjnie wytłumiony. Flet snuje meta melodię, gitara brzmi łagodnie niczym harfa. Nic nie trwa jednak wiecznie, bo kolejną intrygę snuje kontrabasowe pizzicato. Wszystko bystrze i na temat, by tuż przed dwudziestą minutą zatrzymać się naprawdę. Repetująca gitara panuje nad resztą łobuzerii w mistrzowski sposób. Flet, smyczek, rezonujące talerze, mały antrakt saksofonu altowego, to kolejne elementy tej układanki. Piękny moment! Jest i nowy wątek, oczywiście Edwardsa – daje do wiwatu i wszyscy idą w krótkie tango (tu dany wątek nie trwa dużej niż dwie minuty). Czas zatem na fazę dominacji perkusjonalii – skrobanki, szorowanki, polerki, w tle flecie pląsy, a zaraz potem zdzieranie strun na obu gryfach, które ma chyba za zadanie zmienić po raz kolejny klimat nagrania na bardziej radykalny fonicznie. Dęte stemple, jak znalazł! Dramaturgiczny rollercaster zdaje się nie mieć końca. Emocje tłumi Magliocchi i  – tuż po upływie trzydziestej minuty – doprowadza set główny do finału, po drodze pozwalając jeszcze obu strunowcom na bystrą wymianę poglądów.

Two! Rezonans metali szlachetnych, smyczek na strunach, orientalne błyskotki percussion, szum z tuby. Akustyczny dark ambient trwa w najlepsze – łagodna gitara zaczyna się pętlić, swoje dokłada saksofon. Free chamber na krzywej wznoszącej, a zaraz potem opadającej, głównie strunami. Three! Kolektywne zakończenie koncertu budowane jest szybkimi, rwanymi frazami. Kontrabas nie może nie przejąć władzy w takim momencie. Reszta muzyków akceptuje ów stan i wchodzi w rolę pięknych komentatorów. Duch Spontaneous błyszczy na firmamencie, grande finale! Sopran wpada w opętańczy taniec, pizzicato stawia stemple mocy, gitara puszcza ulotne riffy, percussion płonie ogniem spokoju. Wybrzmiewanie w estetyce post-chamber, to jakby wybór oczywisty. Brawo!



poniedziałek, 2 grudnia 2019

Gibbs, Metcalfe, Northover & Magliocchi! The Visitors! Also in your house!


Muzyczne przygody Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego w świecie absolutnie swobodnej improwizacji śledzimy na tych łamach na bieżąco. Nie dalej, jak kilka tygodni temu zachwycaliśmy się płytą Sea Of Frogs. Dobrze znamy też, i niezwykle cenimy, ich nagrania w ramach The Runcible Quintet czy kwartetu Sezu. Każdorazowo pisząc o muzyce Anglika i Włocha, zawsze kierujemy zainteresowanie słuchaczy w stronę artystycznej spuścizny po niezapomnianym Johnie Stevensie i jego muzycznej idei, archetypie free improv - Spontaneous Music Ensemble. Być może tych właśnie dwóch gentlemanów zasługuje współcześnie na miano najbardziej wartościowych kontynuatorów muzyki formacji, która m.in. dała nazwę stronie, którą właśnie czytasz.

Dziś nadstawiamy ucha nad nagraniem The Visitors, poczynionym w marcu bieżącego roku w jednym z londyńskich studiów nagraniowych. Spotkało się tam czterech muzyków: Marcello Magliocchi na perkusji (głównie instrumentach perkusyjnych), Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, Neil Metcalfe na flecie (jako jedyny z tego grona grywał w Spontaneous Music Ensemble!) i Phil Gibbs na gitarze. Sześcioczęściowa improwizacja trwa 64 minuty i 46 sekund, a dostarczą ją brytyjski FMR Records. Album w formacie CD, to jedna z jesiennych premier labelu.




Arrival. Szum szczoteczek perkusyjnych, mały flet, skromna gitara i saksofon sopranowy, którego dźwięk początkowo dociera do nas z tak zwanego drugiego, a nawet trzeciego planu – oto elementy składowe swobodnej improwizacji, dla której ważny jest szczegół, pojedynczy dźwięk, budowanej z precyzją i bez nadmiernego pośpiechu. Większość instrumentów zdaje się być zestrojona bardzo wysoko, a elementem konstytuującym przebieg improwizacji jest intensywna kreacja na talerzach bardzo rozbudowanej podsekcji zestawu perkusyjnego. Muzycy od pierwszej sekundy studyjnego koncertu budują opowieść bardzo kolektywnie. Tworzą ją często z mikrofraz, delikatnych dźwięków, które świetnie ze sobą konweniują. Zatem szczególna zwiewność, pewna dramaturgiczna ulotność czystej akustyki, to maturalne atrybuty tej smakowitej improwizacji. Artyści są w stanie wejść w tryb dynamicznej narracji dosłownie w mgnieniu oka. Równie błyskawicznie pokonują drogę powrotną. Oto demokracja, która w pierwszej odsłonie, po fazie wprowadzenia, zdaje się tworzyć pod niezwykle światłym przewodnictwem saksofonu sopranowego. Wiele dzieje się tu w górze, a za dolne dźwięki odpowiada prawie wyłącznie gitara, która jednak wcale nie pędzi jakimś szczególnie niskim strojem. To właśnie gitara kreuje ciekawą narrację w okolicach 5 minuty, gdy flet i saksofon plotą pierwszy ważny dla tej płyty dialog. Nic wszakże na tej płycie nie dzieje się bez udziału bardzo rozbudowanej armii perkusjonalii, którą – jak już wspomnieliśmy – tworzą głównie talerze, a także delikatne krawędzie werbla i tomów. W 8 minucie napotykamy na kolejny smakowity dialog – tym razem gitary i fletu, a zaraz potem saksofonu (już altowego!) i perkusjonalii. Dużo zmienność akcji, częste zagrywki w podgrupach (challenge zdaje się tu gonić challange!), to kolejna cecha tej bystrej zabawy w dźwięki. Na finał pierwszej odsłony – jakże wysmakowana, bardzo energetyczna ekspozycja kwartetowa, świetnie wytłumiona, niczym najlepsze momenty z zacnej historii Spontaneous Music Ensemble!

Dispersal. Druga opowieść rodzi się na strunach gitary i w tubie fletu. Oba instrumenty frazują bardzo melodycznie, jakby tworzyły ad hoc ścieżkę dźwiękową do filmu noir. Z dalekiego świata, wsparcia udzielają talerze i saksofon sopranowy. Opowieść zwinnie się nawarstwia, gęstnieje pięknym dialogiem na flankach, czynionym przez posadowione tam instrumenty dęte. W 6 minucie gitara plecie swoją mantrę, saksofon szumi pustą tubą, a talerze tańczą po nieboskłonie – piękny moment! Potem flet studzi nieco emocje, a narracja zaczyna pachnieć niczym chamber noir exposition! W 9 minucie – tu nie ma pustych przebiegów! – kwartet odnajdujemy już w bystrym galopie. Muzycy zdają się przekraczać dopuszczalne normy prędkości, ale że są świetnymi kierowcami, hamowanie jest wyjątkowo bezpiecznie, czynione długimi frazami, które klimatem nawiązują do początku tej improwizacji. Brawo!

Encounters. Tańczący flet inauguruje kolejną opowieść. Perkusja stawia na pojedyncze uderzenia, gongi lśnią czystym dźwiękiem. Po chwili saksofon altowy i gitara (z samego dołu), zaczynają budować narrację właściwą, znów od szczegółu do ogółu, ze świetną podpórką ze strony armii talerzy. Moment wygaszenia uczyniony zostaje w idealnym momencie, jakby na sygnał batuty niewidzialnego dyrygenta. Kolejną część opowieści kreuje flet przy wsparciu filigranowej gitary (przy okazji perkusjonalia znów robią swoje!). Po 7 minucie kwartet zdaje się skakać z kwiatka na kwiatek, ale uroda narracji jakby jeszcze na tym zyskiwała. Zaraz potem swoje trzy grosze wtrąca gitara, a w tle pozostałe instrumenty bystrze preparują niemal każdy dźwięk. Jest komentarz fletu, a zaraz potem krótkie solo sopranu. Finał znów staje się niezwykle ognisty.

Estrangement. Preparacje gitary oraz wysokie komentarze fletu i saksofonu, to aura otwarcia czwartej historii. Piękne ornamenty perkusjonalii, posmak kameralistyki w najlepszym rozumieniu tej kategorii estetycznej. W 6 minucie opowieść ciągnie ku górze flet, gitara płynie niżej, wydaje się lekka, jak pawie pióro, perkusja szumi. Powrót sopranu zwiastuje dynamizację narracji na samym jej finiszu, co zdaje się być już tradycją tej płyty. Także bystry stopping!

Propagation. Piąta partia –  na starcie saksofon i gitara w łagodnym spacerze po gęstym skraju urwiska. Flet wchodzi po ponad dwóch minutach, talerze wraz z nim. Znów wzrost dynamiki, znów zwinne hamowanie - gitara rysuje pętle, flet śpiewa w nieodkrytej jeszcze do końca estetyce post-chamber. Saksofon altowy wypuszcza drony suchego powietrza, po czym prycha zalotnie. Do pary ma flet, który prosi o łyk wody. Komentarz perkusji … nad wyraz perkusyjny, a kanty gitary pełne zadziorów. Oto kwartet, który nabiera mocy i bystrze galopuje ku chwale świetnej partii altu. Hamowanie spoczywa, nie pierwszy już raz, na barkach fletu. Pod koniec najdłuższej opowieści na płycie, każdy z instrumentów próbuje dronowej estetyki. Wszyscy kończą jednak ze śpiewem na ustach! Magiczne sztuczki perkusjonalne znajdują ostatni dźwięk.

Departure. Finał tej wyśmienitej płyty nie trwa nawet dwie minuty. Mamy wrażenie, że to fragment większej całości, poddanej presji nożyc edytorskich. Kolektywny popis w oczywistej w tym wypadku estetyce SME – quite dynamic, quite calm! Flet tańczy z saksofonem, a gitara czyni obowiązki gaszącej światło.