Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gosha Hniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gosha Hniu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

piątek, 15 lipca 2022

Magee! White Eyes! Fages & Chambel! Kiełbasa & Papierz! Süß! Staraya Derevnya! Jean D.L.! The Crazy July Round-up!


Połowa miesiąca, to idealny moment na prezentację comiesięcznej zbiorówki recenzji świeżych płyt, które w kilku ostatnich tygodniach przetoczyły się przez liczne odtwarzacze redakcji. Dziś słodka siódemeczka, jak zwykle gigantyczny rozstrzał stylistyczny, dużo emocji i kilka pytań o granicę pojęcia muzyka improwizowana! Free jazz, swobodna improwizacja z post-folkowym posmakiem, elektroakustyka, siarczysta elektronika z saksofonem, głosowe eksperymenty dźwiękowe, garść ponadgatunkowego transu, a na koniec wielki festiwal sampli!

Zaczynamy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, choć pod flagą amerykańską, potem Francja, Katalonia, Polska, Niemcy, post-rosyjski wszechświat Izraela i UK, a na koniec Belgia, ale także wyjątkowo multikulturowa! 

Welcome to the Free World of Everything!

 


Massimo Magee  Toneflower (577 Records, CD 2022)

Na początek dzisiejszej podróży solowy występ Massimo Magee - jednego z najciekawszych aspirujących saksofonistów średniego pokolenia, muzyka pochodzącego z Australii, ale rezydującego w Londynie (tu saksofon altowy i … talerz). Nagranie zrealizowano przy wykorzystaniu mikrofonów kontaktowych (Londyn, kwiecień 2021 roku). Pięć improwizacji, 36 minut i kilkanaście sekund.

Podana wyżej uwaga dotycząca techniki rejestracji dźwięku wydaje się w wypadku albumu Toneflower dość istotna. Muzyk dmie w saksofon, a obok niego usytuowany jest talerz, który podmuchami z tuby wprowadzany jest w stan drżenia. Mikrofonowy kontaktowe zbierają tu wszystko, także dźwięki samej dynamiki ruchu instrumentu, generując intrygujące echo, które początkowo przypomina rozhuśtany gamelan, potem zdaje się już żyć z każdym dźwiękiem wydawanym przez alcistę. A ten od startu do mety swej niedługiej solówki udowadnia, iż komplement, jakim obdarzyliśmy go w pierwszym zdaniu recenzji jest całkowicie uzasadniony.

Pierwsza i czwarta improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i są solą tego albumu. Obie muzyk zaczyna bardzo spokojnie, skrupulatnie lepi frazę za frazą, aż do momentu, gdy łapie pętlę narracji za rogi i zaczyna z nią tańczyć. Od razu wpada w oddech cyrkulacyjny i rozpoczyna mantrę, która mogłaby nie mieć końca, gdyby nie pojemność nośnika fizycznego, tudzież artystyczna wstrzemięźliwość improwizatora. Echo pracuje wraz z nim, czasami piętrzy się wraz z flow altu, czasami tylko wtóruje kolejnym podmuchom z tuby saksofonu. Muzyk udanie dawkuje tempo, potrafi w nieprzerwany ciąg dźwięków wplatać oddechy pełne nostalgii i cierpiętniczej post-melodii. Dodatkowy efekt zapewniają wspomniane mikrofony, sprawiające, iż dźwięk altu zaczyna się multiplikować. Jeśli w pierwszej z tych długich wypowiedzi Massimo zdaje się czerpać ze skarbnicy doświadczeń Evana Parkera, to w drugiej z nich bliżej mu do szorstkości i pewnej bezkompromisowości Anthony’ego Braxtona, zwłaszcza z okresu For Alto. W trzech pozostałych improwizacjach (2-4 minuty) muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego, skupia się na budowaniu zwartej narracji, nie stroni od melodii i pewnych jazzowych naleciałości, a także post-folkowych faktur brzmieniowych. Finałowa narracja początkowo brzmi jak kołysanka, ale muzyk bez trudu znajduje swój step i zaczyna krążyć wokół niego, niczym ćma wokół lampy.

 


Isabelle Duthoit, Daniel Lifermann & Thierry Waziniak  White Eyes (Intrication, CD 2022) 

W mgnieniu oka pokonujemy kanał La Manche i lądujemy we Francji (2019 rok, dokładnie miejsce nieznane). Przed nami nagranie koncertowe tria w składzie: Isabelle Duthoit – głos i klarnet, Daniel Lifermann - japoński flet zwany shakuhachi oraz Thierry Waziniak – instrumenty perkusyjne. Siedem swobodnych improwizacji, 54 i pół minuty.

Centralną postacią nagrania jest bez wątpienia francuska wokalistka, która incydentalnie, bodaj w jednym fragmencie, sięga po klarnet. Jej możliwości głosowe zdają się nie mieć żadnych ograniczeń – od śpiewu, przez akustykę fizjologii, po zmysłowe preparacje. Duthoit czyni tu momentami cuda, a rola jej partnerów sprowadza się niekiedy do udanego akompaniamentu. Flecista skupia się na pewnej pokrętnej melodyce, z kolei perkusjonalista długo karze nam czekać na bardziej ekspresyjne zachowania. Mamy w trakcie koncertu (stanowiącego jednolity strumień dźwiękowy) wiele niebywałych zdarzeń akustycznych, ale też nie wszystkie improwizacje przykuwają uwagę odpowiednią dramaturgią i czasem trwania (skrócenie koncertu o kwadrans dobrze zrobiłoby całemu albumowi).

Każda z siedmiu części budowana jest z niebywałą pieczołowitością. Z racji korzystania z dalekowschodniego instrumentu improwizacje brzmią niekiedy neo-folkowo, czasami z uwagi na skalę powtórzeń przypominają mantrę w klimacie błogich lat 60. ubiegłego stulecia. Zawsze jednak naznaczone są piętnem jakości generowanym w gardle wokalistki, zwłaszcza, gdy ta wchodzi w wysoce reaktywne dialogi (choćby w drugiej części z fletem, czy w czwartej z perkusjonaliami). Jeśli narracja nabiera większej dynamiki, jakość nagrania ewidentnie rośnie. Dobrym przykładem może być zakończenie części trzeciej, efektowne wzniesienie w części piątej, wreszcie sam finał koncertu, który spoczywa na ekspresyjnych perkusjonaliach. Najlepszym momentem koncertu wydaje się być odsłona czwarta. Zaczyna ją gwizd Isabelle, niemal sowie pohukiwanie, które zaprasza do budowania intrygująco nerwowej improwizacji. Dobrze kreowane emocje prowadzą nas w polirytmiczne rytuały śpiewu, kolorowych perkusjonalii i roztańczonego fletu. W części szóstej pojawia się klarnet, ale nagranie zbyt intesywnie pachnie muzyką world. Z kolei finałowa improwizacja, nim przejdzie we władanie perkusjonalii, zdobiona jest plejadą tajemniczych fraz - być może Duthoit stara się jednocześnie podśpiewywać i grać na klarnecie.

 


Ferran Fages & Pedro Chambel  Os Passos Seguem Como Um Espelho (Fractal Sources, CDr 2022)

Czas na obiecaną elektroakustykę! Ferran Fages na akustycznych gramofonach (acoustic turntable) oraz Pedro Chambel na saksofonie altowym, głosie i elektronice. Trzy improwizacje trwają tu niespełna 38 minut (czas i miejsce powstania nieznane).

Pierwsze dźwięki nagrania są niemal filigranowe. Coś rezonuje, coś płynie strugą szorstkiego ambientu, gdzieś leje się woda. Mroczny, elektroakustyczny galimatias lepi się jednak w zwartą narrację, która często bazuje na repetycji. W splocie zdarzeń dobrze słyszymy dźwięk preparowanego saksofonu, którego tuba pełna jest przedmiotów zniekształcających jego brzmienie. Po czasie wszystko przypomina tu post-industrialny, ale jakże żywy chrobot. Druga improwizacja jeszcze bardziej nabiera meta rytmicznej struktury. Szumy, szelesty, onirycznie rezonujące frazy przypominają tu trochę soundtrack do surrealistycznych kreskówek. Dźwięki żywe i syntetycznie koegzystują niemal w idealnej symbiozie, a całość zdaje się charakteryzować pewną transowością godną post-techno, z basowymi mikro pulsacjami, ale pozbawioną typowego beatu.

Trzecia improwizacja nabiera rumieńców już od samego startu. Wspomniana wyżej elektroakustyczna równowaga ulega pewnemu zachwianiu, w stronę fraz bardziej syntetycznych. Tuba saksofonu syczy, elektroniczne zdobienia lepią się do siebie, a improwizacja nabiera nieco industrialnego brzmienia. Z czasem pojawiają się w niej akcenty niemal plądrofoniczne. Z jednej strony dron szumów, z drugiej hałaśliwe zgrzyty syntetyki. Narracja znów jednak jest umiarkowanie spokojna i nie sprawia wrażenia przypadkowej. Samo zakończenie wydaje się może nieco challangowe dla mniej wprawionego słuchacza, ale i tak broni się artystycznie.

 


Michał Kiełbasa & Aleksander Papierz  Movements (Antenna Non Grata, CD 2022)

Trafiamy wreszcie na krajowy ogródek: Michał Kiełbasa - syntezatory, lyra8 oraz Aleksander Papierz – saksofon z elektronicznymi przetworzeniami. Nagrane na żywo …. w studiu Antisound, Tarnowskie Góry, sierpień 2021. Cztery utwory, 44 i pół minuty.

Porzucamy wysublimowaną elektroakustykę na rzecz gęstej, hałaśliwej, post-industrialnej elektroniki, barwionej brzmieniem saksofonu, nie dość, że mocno zanurzonego w pogłosie, to jeszcze toczącego nieustanną walkę ze zjednoczonymi siłami masywnej, krwiożerczej syntetyki. Efekt bywa chwilami groźny, przekaz naprawdę intensywny (przy okazji dostrzegamy inspiracje klasyką gatunku, choćby Throbbing Gristle, czy Coil), wszakże jako całość nagranie duetu broni się całkiem dobrze i nawet dla niestowarzyszonych potrafi być dalece intrygujące.

Od pierwszej sekundy zaatakowani zostajemy podmuchem gęstego, gorącego powietrza. Pętla syntetycznego strachu składa się z wielu warstw i nie odpuszcza do samego końca tego szalonego tripu. Po kilku nawrotach repetytywnej narracji, w tym tyglu hałaśliwych fake sounds zaczynamy słyszeć żywy dźwięk saksofonu. Jego brzmienie jest szorstkie, też gęste i niedelikatne. W trakcie drugiej opowieści w pionie trzyma nas basowa pulsacja. Saksofon, zanurzony w chmurze elektroniki, klei tu nieco lżejsze frazy, czasami brzmi niczym psycho-rockowa gitara. Ów dość jednolity chrobot złych mocy systematycznie nabiera masy. Najciekawiej zdaje się brzmieć trzecia historia. Trochę pokiereszowanego ambientu, pulsacje czegoś, co brzmi niczym zepsute elektronarzędzia i tajemnicze, akustyczne dźwięki, które są efektem preparacji saksofonu – to prawdopodobnie uderzenia po korpusie, tudzież bezdźwięczna praca dysz. Flow nabiera intensywności, ale i tak sprawia wrażenie, jakby lał się przez ręce. Na zakończenie saksofon wręcz śpiewa, a warstwa syntetyki kłębi się w sobie, jakby chwilowo zdejmowała nogę z gazu. Finałowa opowieść najpierw obiecuje dużo subtelności – syntezatorowe odpryski fonii, małe pulsacje, szemrząca plądrofonia, saksofon delikatnie nucący smutne melodie. Po chwili elektronika rusza jednak do boju zdwojonymi siłami. Gęsta, ołowiana magma hałasu kontrastowana jest dętymi ornamentami i dopiero pod koniec formuje się w strumień bardziej przyswajalnej fonii.

 


Lara Süß  Unterwasser (Antenna Non Grata, CD 2022)

Lara Süß - głos i tzw. obiekty, tu często o bardzo perkusjonalnym brzmieniu - proponuje nam sześć impro-kompozycji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami. Wszystko nagrane w warunkach domowych (z wykorzystaniem mikrofonów binuarnych), w miejscu na końcu świata (tu niemieckiego południa), które zwie się Unterwasser (czas powstania nieznany).

Pierwszy solowy album niemieckiej artystki składa się z otwarcia, trzech części zasadniczych, zamknięcia i … bonus tracka. Rzeczone otwarcie i zamknięcie, to zdaje się nagrania terenowe – szum wiatru, drżenie ziemi i głos recytujący tekst. Z kolei utwór dodatkowy bazuje na śpiewie. Wokalistka buduje melodię i klimat muzyki dawnej, jest w tym dziele dość cierpliwa, ale z czasem zaczyna modulować swój głos i preparować dźwięki. W sam koniec brzmi niczym kukułka na dużym pogłosie.

Trzy zasadnicze utwory albumu przynoszą nam już bardziej skomplikowane narracje. W pierwszym z nich artystka prezentuje szeroką gamę swoich możliwości głosowych – szepcze, syczy, rzęzi, piszczy, niektóre jej frazy zdają się przypominać post-beat box, inne zapomniany scat. W tym kalejdoskopie zdarzeń równie efektownie prezentują się brzmienia tzw. obiektów. Dużo w nich akcentów perkusjonalnych, ale też dźwięków, które starają się podążać za narracją wokalną. W kolejnej opowieści artystka pracuje z naturą - przelatujące ptactwo, szum wiatru i kobiecy głos. Wszystko jest tu jednak miksowane - ptasie frazy repetują, a głos multiplikuje się bardzo efektownie. Trzecia z zasadniczych narracji albumu początkowo koncertuje się na preparowaniu dźwięków rzeczonych obiektów. Trochę mechaniki, krótka lekcja tarcia i szorowania. Głos funkcjonuje w podobnych okolicznościach czaso-przestrzennych. Znów słyszymy więcej strumieni głosowych – tu jeden z nich mruczy, drugi piszczy. A tymczasem na flankach rozbłyskują akcenty percussion. Końcówka utworu jest z pewnością najbardziej ekspresyjnym fragmentem albumu, który cieszy ucho wieloma zaskakującymi dźwiękami, a samo zastosowanie wspominanych na wstępie mikrofonów binuarnych niezwykle bogaci narrację. Czasami można odnieść wrażenie, że mikrofony zbierają nawet różne odcienie ciszy.

 


Staraya Derevnya  Boulder Blues (Ramble Records, CD 2022)

Czas na zapowiadany skład związany z Izraelem i Zjednoczonym Królestwem, niepozbawiony także akcentów latynoskich i niemieckich. Zorientowani wiedzą, iż część załogi SD biegle włada też językiem rosyjskim (co będzie słychać!). W rejestracji nowej, bluesowej płyty wzięli udział: Gosha Hniu – obiekty, instrumenty perkusyjne, krzyki i szepty, i inne cuda dźwiękowe, Ran Nahmias - cicha wiolonczela, theremin, Maya Pik – syntezatory, flet, Grundik Kasyansky – syntezator, Miguel Perez – gitary, Yoni Silver – klarnet basowy, Andrea Seratino – perkusja, Tom Wheatly – kontrabas, Galya Chikiss – krzyki i szepty oraz Masha Gerzon – chórki, piano. W konstruowaniu struktury dramaturgicznej albumu wykorzystano teksty Arthura Moleva. Nagrania powstały w latach 2020-22 w Izraelu, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Niemczech. Utwór czwarty wykonany został w trakcie Tusk Festival w 2020 roku, a całość to w sumie pięć części, 43 minuty bez kilkunastu sekund.

Staraya Derevnya nie zawodzi! Nie zaskakuje też, albowiem muzycy, mimo częstych zmian w składzie, wierni są swojej muzycznej idee fixe. Na bazie basu, gitary i dość rytualnie brzmiącej perkusji budują rytm, który ubarwiają soczystymi, bogato instrumentalizowanymi improwizacjami. Syntezatory, elektroakustyczne zabawy z dźwiękiem, głosy z tekstem i słynne krzyki i szepty, incydentalnie piano, czy flet oraz jakże istotny dramaturgicznie klarnet basowy Yoni Silvera, muzyka którego świetnie znamy z wielu londyńskich produkcji sceny free impro. Muzyka SD lubi wpadać w trans, eskalować emocje i topić się w psychodelicznym sosie, na ogół bywa jednak cierpliwa i donikąd nie gna bez uzasadnionej przyczyny. I co być może najważniejsze – potrafi przykuć naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Nowa płyta składa się z trzech kilkuminutowych utworów, rozbudowanej, ponad 20-minutowej części głównej (nagranie koncertowe, jak wynika z zapisów credits) oraz skromnej, dwuminutowej kody.

W pierwszym utworze naszą uwagę przykuwa niemal polirytmiczny drive sekcji. Taneczna aura, choć głowy pełne przemyśleń, posmak ethno i wielobarwne, trochę slapstickowe głosy. W kolejnej części rytm buduje bluesowo nastawiony bas, gitara frazuje w klimatach post-americany, ale błogi nastrój dość szybko pryska. W trzeciej opowieści śpiew kreuje nastrój post-ballady, czujemy swąd pustynnego upału. Z czasem znów robi się niebezpiecznie – tu za sprawą mroźnego ambientu i szelestu chroboczących syntezatorów. Miękko lądujemy teraz w części zasadniczej albumu. Długa narracja ma tu kilka faz. Rozwija się dość leniwie, pulsuje basową elektroniką i bardzo aktywnym klarnetem basowym. W połowie tempo trochę siada, a stery przejmują flet i klarnet, które budują duetową improwizację, w trakcie której zaczyna nieźle iskrzyć. Powrót do narracji właściwej trwa długo - dopiero po wybiciu szesnastej minuty ansambl, pracując wyjątkowo intensywnie, kieruje się ku ścianie dźwięku. Psycho-dance to the end trwa w najlepsze! Dwuminutowa koda zaczyna się dość frywolnie, ale łapie trans już przy pierwszym, głębszym oddechu, niesiona drum’n’bassowym pulsem.

 


Jean D.L.  Zenaïde (Esc.rec., CD 2022)

Na finał dzisiejszej zbiorówki obiecany festiwali sampli! Autor pomysłu, wytrwały poszukiwacz ciekawych dźwięków i jego mix & master, to belgijski artysta Jean De Lacoste. Obok konglomeratu nagrań terenowych, Belg wykorzystał także dźwięki innych artystów, zapewne przygotowane na potrzeby tego projektu. Lista dostarczycieli fonii jest długa, ale przytoczmy ja w całości: Mich Leemans, Jef Mertens, Winter Family, Andy Moor, Karen Willems, Sébastien Sth Biset, Joke Lanz, Jozef Dumoulin, Sandrine Verstraete, Roxie Rookie, Impostor, John Dikeman, Colette Broeckaert, Jean-Philippe Poncin, Julia Kent, Aki Onda, Jasper Stadhouders, My Cat Is An Alien, Gilbert van Drunen, Rhodri Davies, Nele Möller, Mauro A. Pawlowski oraz Marc Jacobs. Jean ulepił z tego wszystkiego jeden trak trwający 28 i pół minuty, prawdziwy kalejdoskop barw, brzmień, emocji, ale także i treści, jeśli dane nam będzie uważnie wsłuchać się we wszystkie dźwięki zawarte na tym albumie.

Bez szukania puenty, ani zgłębiania się w niuanse dramaturgiczne niespełna trzydziestominutowej narracji, wylistujmy kolejne fazy tego niebywałego miksu belgijskiego czarnoksiężnika. Najpierw to szum miasta, odgłosy portowe i skrzeczące ptaki. Potem porcja instrumentalna – szarpanie za struny basu, gitary, dźwięk różnych akcesoriów perkusyjnych. Kolejna porcja nagrań z miasta, to beduińskie śpiewy, modlitwy w różnych jeżykach, ale także warkot silników i kościelne dzwony. A wszystko spuentowane zostaje dźwiękowym efektem skakania po radiowej skali. Po niej kolejna porcja instrumentalna - dźwięki piana, zatopione w gąszczu ulicznego upału. W okolicach 9 minuty pojawia się perkusja i elektroniczne sprzężenia, przestery, a także zapętlony saksofon. Po 14 minucie mamy pasma surowego ambientu, które będą jeszcze powracać w nagraniu. Zaraz potem kolejne porcje modlitw, tym razem skąpane w gitarowych brudach i głos recytujący tekst w nieznanym jeżyku. Wreszcie, po 24 minucie na moment przenosimy się na … rockowy koncert. Gęsty, soczysty, pełen złych emocji. Gdy ten ostatni zgaśnie, końcowe trzy minuty, to kolejna porcja nagrań terenowych – gadające głowy i umierający w tle ambient.



piątek, 25 września 2020

Roberts & Bonney! Charlatan! Orcutt! Staraya Derevnya! Schindler! Tapscott! The September summary with many flavors!


Muzyka! Muzyka! Muzyka! Ów cudowny strumień nowych dźwięków nie ma końca, a upiorna Covidiada miast tępić zapędy artystów i wydawców, proces ten zdaje się radykalnie stymulować!

Dzisiejsza zbiorówka świeżutkich recenzji równie młodych płyt bez myśli przewodniej, raczej opowieść z cyklu improwizacja nie jedno ma imię! Zaczynamy swobodną improwizacją, która szuka swych korzeni poza jazzem, której bliżej do elektroakustyki codziennego życia koncertowego, dalej garść post-jazzu z rockowymi emocjami, potem krok w kierunku rozchełstanej post-americany i krautrockowej psychodelii, także wątek kameralnej improwizacji w duetach, wreszcie na finał klasyk czarnego, bardzo duchowego free jazzu sprzed lat niemal czterdziestu pięciu.

Marszrutę zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, potem dwa akcenty amerykańskie, w tym jeden z … Warszawy, duża porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku, wątek niemiecki i na koniec ponownie Ameryka, ale bardzo afrykańska. Zapraszamy do zwiedzania wspaniałego świata muzyki improwizowanej.



Cath Roberts & Alex Bonney  ‎Live at HYG  (Open Ear Music, DL 2020)

Zaczynamy od kolejnego przyczynku do dyskusji o wyższości dźwięków akustycznych nad syntetycznymi (lub odwrotnie). Wygodnie zasiadamy w londyńskiej Hundred Years Gallery, jest przedpandemiczny luty 2020, a na scenie meldują się: Cath Roberts (saksofon barytonowy) i Alex Bonney, który najpierw będzie nam towarzyszył w poświacie usterkowej elektroniki, potem sięgnie także po trąbkę (kieszonkową), a w wielu momentach będzie dobywał dźwięki z obu źródeł jednocześnie. Swobodna improwizacja potrwa 30 minut i 39 sekund.

Krótki koncert podzielić można na kilka faz. Najpierw mamy typową dla free impro grę wstępną – saksofon prycha po barytońsku, elektronika sączy się wokół niego, mając wymiar głównie syczący i usterkowy, po części także plądrofoniczny, przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Około 7 minuty do gry włącza się trąbka. Syntetyka przez kilka chwil płynie jeszcze siłą rozpędu, po czym milknie i koncert przechodzi w swoją najlepszą, w pełni akustyczną część, którą buduje konstruktywny i niebanalny dialog dwóch instrumentów dętych. Muzycy stawiają na dobry smak, nie zaś rozwiązania siłowe, nie brakuje w ich rozmowie pewnego posmaku nostalgii typowej dla Petera Brötzmanna i Joe McPhee.

Elektronika powraca w okolicach 17 minuty w zupełnie innej postaci - śle odrobinę wulgarne, basowe pulsacje. Gdy już zostaną one odpowiednio zaprogramowane, Bonney powraca do trąbki i narracja płynie dość wartkim strumieniem z dwóch żywych i jednego syntetycznego źródła dźwięku. Dużo ciekawego wnosi do gry trębacz, który zmyślnie preparuje, a także saksofonistka, która prowadzi dialog z elektroniką, ale trzyma ją w ryzach dramaturgicznych. Sam finał przypomina drobne rozdroże. Mnożą się znaki zapytania i retoryka braku pomysłu na zakończenie. Szczęśliwie ostatnie dźwięki należą do trąbki, która zasilana prądem zmiennym mechanicznie wybrzmiewa.

 


Charlatan  Charlatan  (Eschatology Records, DL 2020)

Teraz szybki skok przez wielką wodę i spotkanie studyjne z muzykami, których zapewne niewielu z nas zdążyło dotychczas poznać. Trio Charlatan tworzą: Ben Cohen – saksofon tenorowy i sopranowy, Dustin Carlson – gitara oraz Tim Cohen – perkusja. Osiem improwizacji, 42 minuty z sekundami.  Nagranie z grudnia 2017 roku (najprawdopodobniej Nowy Jork).

Trójka młodych amerykańskich muzyków zaprasza nas na definitywnie niebanalną podróż po świecie ponadgatunkowej improwizacji, jakkolwiek tej, która lubi post-jazzowe synkopy i rockowy temperament. Zaczynają z przytupem, niesieni progresywnym drummingiem oraz jazzowym frazowaniem saksofonu i gitary. Bardzo kolektywnie tworzona opowieść zagęszcza się, nabiera rockowego posmaku, a potem zmysłowo zapętla, niczym Television w Marquee Moon, a nawet Velvet Underground w Sister Ray. Druga opowieść ma kilka faz. Najpierw jest freejazzową balladą na solowego dęciaka, potem minimalistyczną etiudą gitarową, wreszcie bystrym finałem w postaci kilku smagnięć batem po perkusyjnych talerzach. W trzeciej części rock mocno miesza się z jazzem, chwilami brzmiąc jak wczesne tria Jima Blacka. Bez trudu, w trakcie rozbiegu, zaczyna pachnąć dobrą psychodelią. W czwartej opowieści - zmysłowe psycho slow motion, aż palce lizać!

W drugiej części płyty wyżej zarysowane wątki umiejętnie się przeplatają. Piąta część przypomina open jazzową balladę, którą tłamsi sznyt cierpienia, a która zwinnie nabiera dynamiki i serwuje nam równie ciekawe solo saksofonu. Szczególnie udany zdaje się być szósty odcinek, gdy muzycy stawiają na szeleszczące dźwięki wyłącznie udanych preparacji, z gitarą, jaką tą, która najbardziej przypada do gustu. Siódma opowieść znów powraca do spokojnej zabawy w stylowy jazz. Wreszcie efektowny finał, rodzaj post-aylerowskiego hymnu, zagranego z taneczną dynamiką, zębem free jazzu, i jak zawsze, rockowymi emocjami. W roli wisienki na torcie, świetne solo gitary.

 


Bill Orcutt  Warszawa (Endless Happiness, Kaseta 2020)

Po eksplozji młodości, czas na skupienie i siłę estradowego doświadczenia – Bill Orcutt na gitarze elektrycznej, wprost z ubiegłorocznego koncertu na krajowym Avant Art Festiwal (tytuł płyty zasadny!). Dwie, niedługie strony kasety, łącznie mniej niż 34 minuty.

W koncert wchodzimy przy odgłosach brzęczącego amplifikatora gitarowego. Muzyk proponuje kilka łagodnych, serfujących fraz gitarowych, z dużym echem, wonią przestrzeni i niczym nieograniczonej swobody. Całość upstrzona zdaje się być sznytem rockowego rozchełstania, nie bez posmaku i chytrych post-bluesowych zdobień. Choć wiele wątków za niczym tu nie goni, mamy wrażenie, że pod warstwą dźwięków aż kipi od emocji. Brzmienie jest nieczyste, a w trakcie koncertu muzyk zdaje się jeszcze dorzucać piasku w szprychy gitary. Narracja zagęszcza strukturę, pachnie zdrową, rockową psychodelią lat 60. ubiegłego stulecia. Czasami przypomina wieczorny, chill-outowy epizod na kolejnym, nieodbytym festiwalu w Woodstock. Na finał części powraca blues, kojący nerwy, dający upust cierpieniu.

Druga strona zaczyna się jakby odrobinę bardziej filigranowo. Szczypta nostalgii, definitywnie jednak nierelaksującej, trochę repetycji, dużo dobrego smaku. Z czasem narracja łyka z powietrza kilka zadziorów, pętli się i wpada w post-punkowy dryl o dużej dynamice. Muzyk dociera do punktu ciszy i zaczyna nowy wątek, który dobrze jest opisać językiem Szekspira - kind of post-psycho-blues or dirty post-americana. Narracja toczy się dość spokojnie, ale pełna jest udanych zdarzeń dźwiękowych. Na sam finał nabiera jednak tempa, znów nie stroni od post-punkowych fraz z dużą dawką temperatury wewnętrznej, wreszcie gaśnie w nad wyraz stylowy sposób, aż po samo dno ciszy.

 


Staraya Derevnya  Inwards Opened The Floor (Staraya Derevnya, CD 2020) & Staraya Derevnya with Hans Grusel's Krankenkabinet  ‎Still Life With Apples (Steep Gloss, Kaseta 2020)

Zapraszamy do świata psychodelicznego post- rocka, zatopionego w gęstym sosie elektroakustyki, pełnego improwizatorskiego rozwichrzenia i istotnych naleciałości całej historii krautrocka! Oto, zapowiadana w preambule tekstu, porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku! Formacja nazywa się Stara Wieś, a na jej czele stoi Gosha Hniu, odpowiedzialny za instrumenty perkusyjne, głosy (określane tu, jako krzyki i szepty), a także całą armię zabawek i przedmiotów elektroakustycznych. Na obu dziś prezentowanych albumach występują także: Ran Nahmias (wiolonczela, theremin), Amos Ungar (cymbały i sampler), Maya Pik (syntezator, melodica, flet i … kołyszące się krzesło) oraz Grundik Kasyansky (syntezator i obiekty). Na pierwszej z omawianych płyt (nagranej w londyńskim Cafe Oto, ale bez oklasków, z dogrywkami w kilku innych miejscach; 7 utworów, 47 minut) lista gości jest następująca: Yoni Silver (klarnet basowy – utwór 1), Tom Wheatley (kontrabas - 1, 2, 6, 7), Lior Lerman (krzyki i szepty - 1, 5, 6), Andrea Serafino (perkusja – 1) oraz Jonathan Shohet i Matthias Moos (radiowe interferencje – 7), a na drugiej (koncertowej; 2 utwory, 35 minut): Gretel Grusel i Hans Grusel (elektronika – wszystkie utwory) oraz Liz Allbee (trąbka, elektronika – 2).

Inwards Opened The Floor. Od pierwszej sekundy nagrania wchodzimy w gęstą magmę dźwięków, tonących w poświacie post-elektroniki, rodzącego się drummingu i sampli tańczących w post-rockowej scenerii. Obok repetytywna melorecytacja, skupiona na przekazie werbalnym (słuchamy poematu Artura Molewa). Rockowa powtarzalność, elektroakustyczny flow i fermentująca w każdym rogu sali improwizacja. Gościnnie występujące tu akustyczne instrumenty … żyją, ale tłumią oddech, miażdżone bezceremonialnością głównego nurtu narracji, który płynie swoim rytmem, ale niepodawanym na wprost, raczej zaszytym w dramaturgicznym nieładzie (perkusista jak najbardziej dokłada tu swoje, ale improwizuje, nie dba zaś o dynamikę). Druga improwizacja zdecydowanie stawia na podawany syntetycznym drummingiem rytm, mocno pracuje także kontrabas, a akcenty krautrocka rozbłyskują się w całej fakturze narracji. Piękne, repetytywne puzzle, garść psychodelii i kwasu tak dobrego, że palce lizać. Trzecią opowieść możemy ulokować w stylistyce post-techno, bystrze wybarwionego akcentami mrocznego ambientu i upstrzonego czymś na kształt ekstrawaganckiego post hip-hopu (armia głosicieli tekstu robi swoje!). W kolejnej części powraca prawdziwie rockowy drive, budowany jednak niezwykle syntetycznymi elementami. Oto krautrock, który szuka okazji do hałasowania. Zaraz potem znów sporo rytmu, basowych pochodów i improwizowanych zdobień, tym razem ze strony wiolonczeli, piana i syntezatorów. Szósta część przybiera na moment postać electro-popu (muzycy śpiewają!), ale zaraz wszystko ginie w zalewie elektroakustycznych improwizacji i kolejnej zmysłowej porcji krautrockowego hałasu. Wreszcie finał, który budzi się w oparach usterkowego ambientu. Muzycy szybko odnajdują rytm, ale nie gubią onirycznego mroku. Kilka dźwięków strunowych, szczególnie udanych ze strony kontrabasu, który repetuje meta rytm i cello, które swobodnie improwizuje.



Still Life With Apples. Klimat post-rockowej elektroniki sprzed dwóch dekad staje nam przed oczyma. Dubowa poświata przywołuje wspomnienie … Nu-Dub Players Friedmanna. Akcenty rocka plamią scenę, a syntetyczna struga dźwięków płynie po opuszczonym kosmodromie. Bas proponuje prosty, rockowy rytm, reszta instrumentarium robi jednak swoje i fermentuje w swobodnej improwizacji. Sample, loopy, repety i impro inkrustacje. Muzyka snuje się po podłodze i inteligentnie kasą zdrową psychodelią. Armia elektronicznych narzędzi zdaje się tu być w przewadze liczebnej, ale całość narracji zachowuje przyjemną równowagę elektroakustyczną. W połowie pierwszej strony kasety istotne spowolnienie i śmiały krok ku post-ambientowym plamom. Intrygujące percussion na pogłosie i rytm, który nie zanika, choć jego podstawowe narzędzia pracy (drums & bass) milczą. Swoje dokłada wataha syntezatorów, które płyną niezobowiązująco każdą wolną przestrzenią spektaklu. Po drugiej stronie kasety znajdujemy się bardzo płynnie (bo słuchamy plików!) – witają nas mgławice syntetycznego poranka. Pierwsza pętla basu pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty (zdaje się, że słyszymy kilka kapel nowofalowych z lat 80. ubiegłego stulecia jednocześnie!). Zmutowane głosy i poświata dark ambient nie dają jednak za wygraną. Opowieść cudownie wije się między nogami i nie ma zamiaru przyspieszać. Znów chwila spowolnienia, małe rozdroże dramaturgiczne (improwizacja tak już ma…), ale już sam finał koncertu ocieka zmysłowym, syntetycznym, ale także żywym krautrockiem – słyszymy mocny drumming i … gitarę rozgrzaną do czerwoności (z sampla?). Bardzo stylowa opowieść, która śmiało mogłaby jeszcze trwać, dobija do brzegu.

 



Udo Schindler & Irene Kepl  Fabulierblättchen, Udo Schindler & Masako Ohta  ‎Music In Space  (Creative Sources, CD 2020)

Każdej zbiorówce recenzji dobrze robi … radykalna zmiana nastroju. Uciekamy zatem z gęstwiny psychodelicznych dźwięków w opary wyważonej emocjonalnie impro kameralistyki. O właściwy poziom emocji zadba niemiecki saksofonista i klarnecista (po prawdzie every reed man!) Udo Schindler. W zalewie swoich licznych produkcji muzyk dostarczył nam w ostatnich miesiącach dwa niezwykle smakowite kąski. Czas, by je poznać! Najpierw pochylimy się nad duetem ze skrzypaczką Irene Kepl (nagranie koncertowe z lipca ubiegłego roku: 7 części, niespełna 44 minuty), potem zaś nad duetem z pianistką Masako Ohta (także koncert, grudzień ubiegłego roku; 2 części, 43 minuty z sekundami).

Fabulierblättchen. Suche struny na szorstkim gryfie i delikatne pulsacje instrumentu dętego budują akustyczny ambient, który od pierwszego dźwięku emanuje urodą i dramaturgiczną zwiewnością. Skupiony, jakże filigrany impro chamber, czuły na niuanse brzmieniowe, tyczony szlakiem pozbawionym zakrętów i jakże zbędnych znaków zapytania. Skrzypce zdają się być zwinne niczym tygrysica, szukają zaczepki ostrymi pazurami, dęciak miałczy zalotnie jak kot. W kolejnym epizodzie pojawia się klarnet basowy, pełen chropowatości i intrygujących fraz. Skrzypce nie oddają pola i już w trzeciej części muzycy definitywnie wkraczają do krainy pięknych, niczym nieskrępowanych, dźwiękowych preparacji. Szepty i małe lamenty, piski i złowrogie pomruki. Narracja toczy się jednak bardzo spokojnie, z pewną kobiecą delikatnością. Trochę mechaniki przedmiotów, zgrzytania zębami, ale też wiele fraz na granicy ciszy, niezwykle molekularnych. Choćby w piątej części, gdy odpowiedzią na rwane frazy skrzypiec są klarnetowe mikro skrzeczenia. A już po chwili oba instrumenty imitacyjnie gwiżdżą! Tuż po tym epizodzie, muzycy zdają się wchodzić do krypty. Skrzypią i lamentują w mrocznych podrygach obumierającej kameralistyki. Schindler sięga po kornet dodając całości improwizacji dodatkowego smaczku. Ostatnia część podkreśla doskonałą komunikację w obrębie duetu – frazy call & responce (zapoczątkowane już wcześniej), zmysłowe pomruki (klarnet basowy!) i strunowe westchnienia. Brawo!



Music In Space. Drugi duet Schindlera stawia na dłuższe improwizacje, intrygująco rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Pianistka (używa także pleyel piano) prezentuje szerokie spektrum gatunkowe. Równie bystra jest w klawiszowych pasażach, pełnych jazzowego posmaku, jak i abstrakcyjnych potokach contemporary, potrafi być także skuteczna w wyważonych, minimalistycznych frazach post-chamber. Udo jest zawsze z nią, czasami niezwykle śpiewny (także na klarnecie basowym), ulotny, zwinny, ale jednocześnie zaczepny. W pierwszej, prawie półgodzinnej improwizacji szczególnie ciekawie robi się po upływie dwudziestej minuty, gdy muzycy stawiają za dramaturgiczny zgrzyt i przez moment szukają prawdziwie brudnych dźwięków. Druga improwizacja, trwająca niespełna kwadrans, co chwila zaskakuje. Najpierw pianistka ucieka w niemal klasyczny romantyzm, a jej partner buduje ciekawy dysonans, stawiając na preparowanie dźwięków. Napotykamy też na fazę post-ragtime'owych rytmów, upstrzonych dętym burczeniem, a nawet gwizdaniem samym ustnikiem. Na ostatniej prostej improwizacja przebiera postać wręcz taneczną. Udo cedzi dźwięki przez zęby, a Masoko śle kilka stylowych fraz wprost z fortepianowych strun.

 


Horace Tapscott With The Pan-Afrikan Peoples Arkestra  ‎Ancestral Echoes, The Covina Sessions, 1976  (Dark Tree, CD 2020)

Zapraszamy na podróż do prawdziwych, afrykańskich korzeni jazzu! W tym celu przenosimy się do … Kalifornii, a na osi czasu cofamy się do stycznia roku 1976. W studyjnych okolicznościach pewnego domu (sic!) spotykamy ponad 20 muzyków, którzy tworzyli wówczas The Pan-Afrikan Peoples Arkestra, kierowaną przez legendarnego pianistę jazzowego Horace’a Tapscotta (tu także w roli dyrygenta). Oto jego podopieczni: Gary Bias, Dadisi Komolafe, Michael Session (as), Amos Delone (bs), David Bryant, Marcus McLaurine (b), Moises Obligacion (cg), Ishmael Balaka, Ricky Simmons (dr), Adele Sebastian, Aubrey Hart (fl), Wendell C. Williams, Robert Watt (fh), Charles Chandler, James Andrews (ts), Fuasi Abdul-Khaliq (bcl, ts), Herbert Callies (acl), Lester Robertson (tb), Linda Hill (p), Jesse Sharps (ss), Steven Smith (tp), Red Callender (t) oraz Kamau Daáood (voc). Cztery kompozycje Tapscotta, 70 i pół minuty muzyki.

Ceremonia otwarcia sesji nagraniowej przypada w udziale oczywiście pianiście, któremu towarzyszy głos, który recytuje tekst poetycki (poniekąd jednak społeczno-polityczny), coś na kształt afroamerykańskiego roots statements. Po pewnym czasie narracja piana nabiera bluesowego posmaku, a nawet odrobinę gospel. W piątej minucie rusza do gry już cała orkiestra, która buduje gęsty, bogato zaaranżowany flow. Temat pełen żarliwej melodyki podaje wielka armia instrumentów dętych. Wraz z upływem czasu opowieść z jednej strony nabiera mocy, z drugiej pięknie się rozpływa w coraz szersze koryto. Temat wszakże pozostaje z nami, a na jego tle zaczynają pojawiać się pierwsze ekspozycje solowe, pełne swobodnego jazzu, czynione w artystycznej wolności. Najpierw trąbka, potem saksofon sopranowy niesieni są siłą i emocjami wielkiej orkiestry. Kolejna kompozycja bardziej nastawiona jest na klimat, mniej dynamiczna, osadzona w stylistyce main-streamu jazzowego. Tonacja wydaje się być odrobinę molowa, a temat podaje masywne piano i rozbudowana sekcja rytmiczna. Krwi do obiegu dźwięków dolewa jako pierwszy solista, którym bystrym saksofonem altowym podnosi ciśnienie spektaklu o poziom wyżej. Oto pełnowymiarowy jazz, który z czasem przyjmuje także barwy bluesowe.

Trzecia kompozycja, bystrym rytmem budowanym przede wszystkim intensywnymi bongosami, zdecydowanie przenosi już nas do Afryki. Kolejne udane solo na saksofonie, a potem także na puzonie (świetne, matowe brzmienie blaszka). Sporo miejsca kompozycja pozostawia także na solowy pasus szefa przedsięwzięcia. Ostatni utwór na płycie (niemal 30 minut) znów powraca do spirytualnej, niemal freejazzowej estetyki pierwszej części. Zaczyna się leniwie – spokojnym fortepianem i smyczkiem na kontrabasie. Potem dużo do powiedzenia mają flet i trąbka. African Roots’ Rhythm and Soul toczy się nieprzerwaną strugą. Wreszcie do głosu dochodzi saksofon tenorowy (doskonały Fuasi Abdul-Khaliq!), który wynosi muzykę na wyżyny emocji i sprawia, iż ostatnie kilka minut płyty jest jej zdecydowanie najlepszym momentem.