Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Suchar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Suchar. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Wschód! Rodrigo Pinheiro, Zbigniew Kozera & Kuba Suchar!


Recenzja napisana na potrzeby portalu polish-jazz.blogspot.com i tamże pierwotnie opublikowana.


Szara okładka, czarna grafika, w prawym dolnym rogu samotny napis Wschód, centralnie umieszczone zaś trzy dłonie, ułożone w sposób, który sugeruje współpracę. Jedna z tegorocznych nowości wydawniczych portugalskiego Clean Feed Records. Nie pierwsza i zapewne nie ostatnia, improwizowana kooperacja portugalsko-polska. Płyta, która winna przykuć Was do odtwarzaczy zdecydowanie na dłużej. Zaglądamy do środka!




Głębokie dźwięki z samego dna fortepianu, sprytne, małe preparacje na wybranych elementach zestawu perkusyjnego, wreszcie delikatnie głaskanie strun kontrabasu – oto uroczy wstęp do historii, którą śmiało nazwać możemy niemal modelową dla gatunku zwanego swobodną improwizacją, tu istotnie osadzonego korzeniami w idiomie free jazzu.

Narracja toczy się w skupieniu, bogata jest w najprzeróżniejsze, filigranowe dźwięki. Z czasem narasta i piętrzy się, wciąż wszakże tonąc w zmysłowych preparacjach na każdym z instrumentów. Gdy muzycy postanawiają opuścić tę fazę improwizacji i przejść na bardziej typowe, jazzowe frazowanie, czynią to z gracją baletnicy. Piano płynie wprost z klawiatury, struny kontrabasu szarpane są zwinnym rytmem, zaś odpowiednią dynamikę nadaje całości skupiony drumming. W 6 minucie odnotowujemy pierwszą, free jazzową kipiel. Po szybkim wytłumieniu, muzycy z mozołem budować będą kolejną ekspozycję, znów posiłkując się jazzową stylistyką. Co okaże się charakterystyczne dla całego nagrania, proces dochodzenia do szczytu zajmować im będzie sporo czasu, sama zaś eksplozja emocji, zwinne spiętrzenie, ledwie kilkanaście sekund, nie więcej niż pół minuty. Każda opowieść skrzy się tu pomysłami, każdy z muzyków dokłada do efektu końcowego wiele elementów składowych.

Drugą opowieść rozpoczyna dynamiczne intro Kuby Suchara. Perkusja rodzi się w ogniu, a po podłączeniu się pozostałych instrumentów, nabiera stylu i zamaszyście brnie w otchłań kolektywnej improwizacji. Free jazz z akcentami zadumy - silne pizzicato kontrabasu, piano z nutą post-klasycyzmu, progresywny drumming. Udana ekspozycja pianisty na tle dramaturgicznie zawieszonego smyczka. Po 7 minucie całość opowieści zdaje się płynąć bardzo szerokim strumieniem, brzmieć niczym para-jazzowy ambient. Trzecia opowieść, na zasadzie kontrastu, budowana jest od samego startu pikantnymi preparacjami, także szczyptą sonorystyki, co jakże udanie nawiązuje do początku nagrania.  Intrygujący niepokój dramaturgiczny - zadziorny smyczek, szkliste preparacje pianisty, drobiny perkusjonalii, jakże piękny moment! Zaraz potem płynne, skupione wytłumienie, zawieszone na łkającym kontrabasie. Tylko krok, a muzycy znów budują nowy wątek swojej wschodniej opowieści – bardziej dynamiczny, z brzmieniem fortepianu lekkim jak puch i perkusją, która zdaje się napędzać narrację. Kontrabas wchodzi na trzeciego, dodaje do ognia i finalizuje opowieść.

Czwarta historia zdaje się być pełna fonicznych abstrakcji. Początkowo przypomina ciszę przed burzą, rodzaj spokoju pełnego intensywnego … niepokoju. Gdy muzycy wchodzą w zasadniczą część tej opowieści, zdecydowanie frazują już na jazzowo, świetnie ze sobą kooperują, a dramaturgia spektaklu nie stawia jakichkolwiek znaków zapytania. Piano zdaje się stawać na wysokiej górze, dołem płynie gęsty smyczek, po środku zaś werbel trzeszczy rytmicznie. Po wytłumieniu, w nowym wątku piano buduje bardzo melodyjny passus, aż chce się zatańczyć ze swingiem na ustach. Kolejna kulminacja eksploduje fajerwerkami!

Początek finałowej pieśni Wschodu ma klimat końcowej rozbiegówki i szkli się niewyraźnym konturem napisów końcowych. Rezonujące talerze, drżące struny, dudniące werble i tomy, pulsujący kontrabas - piękna, jakże filigranowa ekspozycja. Po niedługim czasie, muzycy budzą się ze snu na repetującym smyku, przestrzeń wokół zdaje się żyć własnym życiem, a sama narracja bardzo swobodnie i z niewątpliwym wdziękiem gęstnieje. Ostatnia prosta nie jest bynajmniej balladą po dobrze spełnionym obowiązku – silny tembr kontrabasu, stanowcze piano i perkusja, która niczym klasyk drum’n’bass, gna w poszukiwaniu ostatniego dźwięku. Z płytą żegnamy się na strunach cichnącego kontrabasu.


Rodrigo Pinheiro – fortepian, Zbigniew Kozera – kontrabas, Kuba Suchar – perkusja. Nagrane we Wrocławiu, koniec maja 2017 roku. Wydane przez Clean Feed Records (CD, 2019)




poniedziałek, 23 maja 2016

SwitchbackI Chancey! Reed! – chicagowskie dożynki 2016, wersja udana


Trybuna z radością donosi, iż jej Autor nareszcie miał okazje uczestniczyć w koncertach muzyki improwizowanej w swym matczynym Poznaniu!

Okazja chwalebna, albowiem właśnie w miniony weekend odbyła się XI edycja festiwalu Made In Chicago. Impreza to specyficzna i poniekąd wyjątkowa, choć po prawdzie jej idea, a także atrakcyjność przeszła już raczej do historii, zapewne wraz ze śmiercią jej twórcy i animatora dobrej kultury, Wojtka Juszczaka. Choć miasto Chicago należy do bardzo dużych aglomeracji świata współczesnego, trudno wypełniać program festiwalu wyłącznie jej muzykami, przez drugą już dekadę.

Zresztą moja obecność na kolejnych edycjach, już po roku 2010, bywała raczej śladowa. W pamięci tego okresu migoczą mi jedynie dwa genialne koncerty - Henry Threadgilla (2011) i duetu Roscoe Mitchell/ Mike Reed (2013).

Tegoroczne chicagowskie muzykowanie – pomimo powyższych ambiwalencji – pozostawiło wszakże w mojej głowie wyłącznie pozytywne konotacje. Uległ zmianie termin festiwalu (z listopada, który co roku w naszym zacnym kraju obfituje w mnogość podobnych spędów, takich jak Krakowska Jesień Jazzowa, czy wrocławski Jazztopad), trochę zmieniła się formuła (kilka nowych miejsc do grania i słuchania), wreszcie na okoliczność imprezy w programie pojawiły się nazwiska nie tylko muzyków z Chicago.




Pierwszy dzień, nazwany pokrętnie Club Tour, obfitował w cztery koncerty, w czterech różnych miejscach, odbywające się godzina po godzinie. Pomysł na pewno nowatorski, choć w praktyce, po stronie publiczności, praktycznie niemożliwy do realizacji (czyli niech rękę podniesie ten, kto zdołał zobaczyć wszystkie koncerty w całości!). Nie wspomnę już, że na tych, którzy zdecydowali się zobaczyć je wszystkie, grosza nie zarobili lokalni barmani (czas pomiędzy koncertami przyjmował wartości ujemne).

Najpierw solo piano w sklepie z fortepianami (Jeremy Khan był tu tytułem wykonawczym), ale bez udziału Waszego Autora. Zacząłem w Scenie na Piętrze, do niedawna arenie głównej dożynek chicagowskich. Na scenie dwóch stałych uczestników tej zabawy (Harrison Bankhead i Avreeyal Ra), pianista nierozpoznawalnej nacji i korpulentna starsza Pani na tenorze - Julie Wood. W repertuarze evergreeny chicagowskiej historii. Pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia. Hmm…. Chociaż śpiewający przez moment Harrison był na swój sposób uroczy.



Potem już szybki sprint do Dragona (na szczęście jakieś 66 metrów w linii prostej) i bardzo smakowity kwartecik, powołany do życia właśnie na tę okoliczność koncertową. Weteran wielu bojów, jeszcze u boku wspaniałego Sun Ra i jego Arkestry, doskonały waltornista Vincent Chancey zabrał ze sobą na małą klubową scenę trójkę równie kompetentnych graczy – klarnecistę basowego Josha Steina (lat temu dziesięć męczył się w pewnym zupełnie niedanym projekcie Kena Vandermarka, Bridge 61), kontrabasistę Jasona Roebke (znamy się świetnie!) i naszego rodzimego drummera Kubę Suchara (kiedyś wyjątkowy Robotobibok, teraz Mikrokolektyw chociażby). Choć Panowie grali ze sobą pewnie pierwszy i być może ostatni raz, efekt końcowy był bardziej niż wyśmienity. Grająca bardzo melodyjnie waltornia pięknie kreowała przestrzeń dla improwizacji całej czwórki. Doskonale radził sobie Stein (chyba jednak ma na rozkładzie wspólne granie z Chanceyem, bo rozumieli się jak bracia syjamscy), piekielnie precyzyjnie pracowała sekcja. Roebke, wiadomo – klasa światowa, Suchar – nie chciał być gorszy i choć nie miał wiele okazji, by pograć na swój ulubiony drum’n’basowy sposób, to ani na moment nie pozostawał w tyle za amerykańskimi przyjaciółmi. Godzina minęła w mgnieniu oka i znów trzeba było uciekać na inny koncert!



Tym razem już na stojąco (inni byli szybsi!), w sporym tłumie, w pewnej odległości od sceny (szczęśliwie wzrost mam ponadprzeciętny i coś widziałem). Na scenie klubu Las (kompleks Off Garbary!) kwartet, który miłośnicy rasowego free jazzu znają z jednej płyty wydanej w tutejszym Multikulti, czyli Switchback. Międzynarodowe towarzystwo, mieszanka krwi niemieckiej, wschodnio i środkowoamerykańskiej, a także polskiej. Sekcja Klaus Kugel – Hilliard Greene zabiła nas swoimi kompetencjami na niejednej już płycie absolutnie modelowego free. Mars Williams – torpeda o wzroście siedzącego psa *) – to postać niewymagająca referencji, przy okazji pierwszy saksofonowy współpartner Kena Vandemarka w jego epokowym The Vandermark 5. Muzyk, który fonograficznie nie ujawnia się światu zbyt często, nad czym winniśmy nieustannie ubolewać. Wreszcie Wacław Zimpel, mimo wciąż młodego wieku, po prawdzie już ikona polskiej muzyki improwizowanej. Płyta wydana dwa lata temu, nagrana została w okolicznościach koncertowych i muzyka na niej zawarta już wtedy kipiała nieprawdopodobną energią. Spotkanie piątkowe, energetyczność tą zmultiplikowało po wielokroć. Ogromna chemia na linii Williams – Zimpel niesie ten kwartet naprawdę wysoko, czemu bardzo sprzyja dosadność i korpulentność sekcji. Doskonały koncert. I ciekawa refleksja osobista: w wielu ujawnieniach muzycznych Zimpela, brakuje mi nieco energii i ekstrawertyki. Tu, w switchbackowej konwencji, czuję jej tyle, że wszelkie ambiwalencje rozpływają się w obłokach ich absurdalności. Prawdziwy wulkan klarnetu!



Festiwalowa sobota, to dwa koncerty w Sali Wielkiej lokalnego CK Zamek. Osobiście pofatygowałem się na pierwszy z nich. W zapowiedziach wyglądało to dość groźnie - Flesh and Bone. Po pierwsze będzie to projekt (uff), po drugie na temat konfliktów rasowych ze słowem mówionym (matko, ratuj!), po trzecie w sumie aż oktet muzyków, zatem pewnie dużo nutek na pulpitach i ogrom bezczelnej zadumy. Rzeczywistość okazała się zdecydowanie bardziej przyjazna. Ośmiu muzyków – fakt, w tym dwóch operujących jedynie głosem, po części mówionym – fakt, pięciolinie na pulpitach – fakt, ale efekt całości… naprawdę zaskakujący. Cztery dęciaki, w tym wczorajszy bohater Josh Stein i inny, znamy nam z tego festiwalu, świetny alcista Greg Ward, na kontrabasie znów Jason Roebke, a na perkusji lider i pomysłodawca całego zamieszania, Mike Reed. Plus dwóch spokenwordowców - pierwszy z nich, czarnoskóry, w niedbale zapiętej koszuli, także śpiewający, drugi recytujący tekst w tempie karabinu maszynowego, biały gangsta rapper z trudniejszej dzielnicy. Dynamiczna, jazzowa, rzekłbym nawet freejazzowa propozycja, poparta świetnymi improwizacjami, częściej w podgrupach niż solowymi. Słowo mówione nienachalne i świetnie (aktorsko) podane, doskonale skorelowane z bardzo konkretnym, świetnie zagranym materiałem muzycznym. Choć mnóstwo elementów tej niebywałej układanki było zaplanowane, czy zaaranżowane, cały koncert aż kipiał energią. Muzyka była tak dobra, że… po prawdzie darowałem sobie odbiór werbalny dzieła (dodam jedynie, że ani przez moment nie zdał mi się pretensjonalny). Po godzinie i paru minutach pozostało tylko wstać i ostro bić brawo. Co też uczynili wszyscy.

Niedziela, to koncerty plenerowe w mieście. Myślę, że było interesująco.

Podziękowania dla Piotra za piątkowe współuczestnictwo i czujną opiekę!


*) Niech mi Mars wybaczy ten drobny epitet. Zaciągnąłem go z określenia, jakim obdarowany został kiedyś przez Hirka Wronę w radiu publicznym, niedawno zmarły Prince. Panowie mają/ mieli podobny wzrost.
**) fotografie ubarwiające relacje z festiwalu ze strony wydawcy płyty Switchback