Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teun Verbruggen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teun Verbruggen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 grudnia 2023

Impetus Group and Density Dots!


Brytyjski saksofonista Colin Webster i obywatele Królestwa Belgii – pianistka Martina Verhoeven oraz gitarzysta Dirk Serries, to artyści na tych łamach przeczytani od deski do deski. Wiemy zatem doskonale, iż we trójkę stanowią - poza wszelkimi innymi swoimi aktywnościami muzycznymi - wyjątkowo zgrany kolektyw muzyków improwizujących.

Nie będziemy tu wyliczać wszystkich przedsięwzięć zrealizowanych przez tę trójkę, świetnie przecież pamiętamy choćby kameralne, minimalistyczne akcje pod szyldem Tonus. Colin, Martina i Dirk współtworzą także większe składy osobowe, takie jak kwintet Impetus Group, który fonograficznie debiutował kilka lat temu. To z kolei formacja, którą śmiało zaliczyć możemy do free jazzowych emanacji mocy. Tu naszych bohaterów wspierają klarnecista Tom Jackson oraz perkusista Teun Verbruggen, improwizatorzy także świetne rozpoznawalni na tych łamach. Śmiało zatem i bez zbędnej zwłoki zaglądamy na najnowszy krążek kwintetu!



 

Muzycy Impetusa znają się jak łyse konie, zatem bez zbędnych ceregieli, plejadą małych zagrywek, w pełni kolektywnie ruszają na free jazzową przebieżkę, niesieni szczególnie temperamentem i aktywnością drummera. Klarnet i saksofon posadowione na flankach, w środkowym kotle emocji piano, gitara i perkusja. Stuprocentowa demokracja w dostępie do ekspresji sprzyja interakcjom i budowaniu ściany dźwięku. Druga historia także nie sili się na zadumane introdukcje. Sygnał wymarszu dają dęciaki. Para w gwizdek, koła w ruch! W połowie trzeciej minuty parowóz free jazzu wyhamowuje, wprost w dęte drony i mikro pasaże piana. Odrobina mroku i deep drums budują nad wyraz urokliwy nastrój. Oto, jak post-chamber spotyka free jazz w dużym rozkroku. Improwizacja szybko wspina się tu na szczyt, po czym efektownie gaśnie pod batutą precyzyjnej gitary. Trzecią improwizację otwierają drobne frazy dęte, perkusyjne i strunowe. To z kolei opowieść o tym, jak ze zmysłowej kołysanki lepi się strumień bystrych, niekiedy agresywnych interakcji. Emocje rosną tu do poziomu godnego ekspresji epokowego Machine Gun!

Czwarta opowieść jest najdłuższa, trwa ponad jedenaście minut. Introdukuje ją saksofon, a chwilę potem zawieszone w próżni piano i perkusja. Piękne trio prowadzi orszak spokoju do momentu podłączenia się pozostałych instrumentów. Klarnet sprawia, że emocje sięgają incydentalnie prawdziwego piekła, z kolei gitara w rytmie… rockabilly gasi emocje i ustanawia nowe prawa. Po pełnym wyhamowaniu dźwiękowych atrakcji jeszcze przybywa. Najpierw to plejada subtelności, potem zaś skromna, finałowa eksplozja. Piąta i szósta improwizacja startują z poziomu szumów i szmerów. W pierwszej z nich konkluzją zmysłowych interakcji jest ogień free jazzu szyty serią kolektywnych spazmów, w drugiej sytuacja dramaturgiczna jest odrobinę bardziej zagmatwana. Tu po raz kolejny świetną robotę odstawia drummer. Improwizacja napina mięśnie, ale potem pracuje na dużym wydechu. Wieńczące całość tango mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Ostatnią improwizację otwiera gitara. Po niedługim czasie nad kształtem narracji pracuje już kwartet, ale wszystko czyni tym razem na wdechu. Piano wprost z klawiatury daje jednak sygnał do ataku. Perkusyjne adhd także sprzyja budowaniu kolejnych warstw emocji. No rest for all!

 

Impetus Group Density Dots (Klanggalerie, CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Colin Webster – saksofon altowy, Martina Verhoeven – fortepian, Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Teun Verbruggen – perkusja. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, luty 2022. Siedem improwizacji, 50:08.



piątek, 11 maja 2018

Nate Wooley lives in Europe!


Nate Wooley, absolutny faworyt redakcji, jeśli chodzi o improwizującą trąbkę po drugiej stronie Atlantyku, zdaje się, że zamieszkał już w Europie.

Tak się bowiem składa, iż dwie jego najnowsze i bodaj jedyne w tym roku wydawnictwa, nie dość, że zostały nagrane w Europie i z muzykami europejskimi, to jeszcze upublicznione zostały przez wydawców z tej strony Wielkiej Wody. Baa, jedna nawet ukazała się w Polsce!

Niezwłocznie zajrzyjmy do środka, bo zdecydowanie warto!




Nate Wooley & Torben Snekkestad ‎ Of Echoing Bronze (CD, Fundacja Słuchaj!, 2018)‎

Lipiec 2015 roku, jesteśmy w Kopenhadze, w ramach inicjatywy estradowej Koncert Kirken – Blågårds Plads. Na scenie dwóch muzyków: Nate Wooley na trąbce i Torben Snekkestad na saksofonie sopranowym i na trąbce. Panowie na okładce płyty sugerują, iż będą grać własne kompozycje. Przy bliższym jednak zapoznaniu się z muzyką, szczęśliwie okazuje się, iż... będą całkowicie swobodnie improwizować. Trzy fragmenty, 47 i pół minuty.

Of Echoing Bronze. Muzycy zaczynają swoją podróż z samego dna ciszy. Spokojne potoki szumiących meta dronów. Torben płynie po falach, Nate ślizga się po szkle. Macają się, jak ssaki w trakcie rui. Uroda sonorystyki współczesnej w pełnym rozkwicie. Sopran brzmi zupełnie nieziemsko, niemal jak połączenie saksofonu i trąbki. 4 minuta, to pierwsze narastanie, pierwsza błyskotliwa konfrontacja na niebotycznie wysokim poziomie. Tuż potem dialog urywanych fraz, toczony w absolutnie genialnych akustycznie okolicznościach koncertowych. Misternie tkana, mistrzowska narracja. Precyzja, dokładność, dosadność. W 11 minucie Nate ponownie popada w błyskotliwy dron. Torben na moment aż milknie z wrażenia. Wybitna muzyka do użytku słuchawkowego. Ileż piękna kryje się za zasłoną ciszy. 15 minuta, to z kolei rozmowa dwóch trąbek, pełna wyszukanych zdarzeń niemal elektroakustycznych, która trąci wręcz geniuszem. Cuda gonią cuda! I jakie wybrzmienie!?!

Breath Droplets. Kolejny krok w głąb ciszy. Stroszymy uszy, by jakakolwiek fonia docierała do nas. Kolejna porcja niebywałych dźwięków! Znów Torben jakby bardziej kanciasty, Nate bardziej płynny, kropelkowy. Kolejny krok w kierunku sonorystycznego absolutu. Gdy dobrze się wsłuchasz, usłyszysz rzeczy niemożliwe! Kawalkada wielobarwnych szumów, post elektronika, meta akustyka. Elementy kreatywnego field recordings? Ktoś coś upuścił? Na scenie, czy na widowni? Wszystko to wspiera genialnych improwizatorów. Ferria barw, ferria najprzeróżniejszych płaszczyzn sonoryzmu. 11 minuta – coś na kształt eskalacji, doskonale skonstruowanej, jeszcze lepiej wytłumionej. 14 minuta… cisza. Jakby start nowej, wyjątkowo urokliwej, śpiewnej opowieści sopranu. Krótki epizod solowy. Trąbka powraca i także ma na końcu języka szczyptę melodii i nostalgii. Dialog szekspirowskich kochanków w Weronie, o poranku. Klimat przesiąknięty wysokimi rejestrami, pełny przepięć akustycznych. 18 minuta, to brudna, piękna ekspozycja na dwie separatywne trąbki. Jakże brzmienie tego instrumentu może być złożone i różnorakie…

Luster. Głośniej, dynamiczniej! Ekspresja finału drugiej części nie poszła na marne! Kolejna odsłona sonorystycznej nieskończoności. Torben błyskotliwie szuka oniryzmu w tubie sopranu, poszukuje rytmu pomiędzy dyszami. Dron Wooleya (what a game!) w drodze w głąb ciszy, ku ukojeniu na sam finał koncertu. Muzycy eksplodują urodą swych dźwięków, wciąż są nieprzewidywalni, precyzyjni, kosmicznie niepowtarzalni. Na ostatniej prostej pocałunki z ciszą! Doskonała płyta!




Teun Verbruggen/ Jozef Dumoulin/ Nate Wooley/ Ingebrigt Håker Flaten ‎ KaPSalon (LP, Rat Records/ Werkplaats Walter/ Off, 2018)

Nagranie koncertowe z Jazz Middelheim, z roku 2014. Kwartet w składzie: Teun Verbruggen – perkusja i obiekty, Jozef Dumoulin – piano Fendera, Nate Wooley – trąbka, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas. Trzy fragmenty, 27 i pół minuty. (Od red. – płytę tytułujemy czterema nazwiskami, na okładce wszakże nie ma jakichkolwiek napisów, a na stronie wydawcy płyta jest firmowana jedynie nazwiskiem belgijskiego perkusisty). Brak znamion komponowanego materiału.

First. Dynamiczny, interaktywny free jazz na kwartet z trąbką i pełną sekcją rytmiczną. Kolektywnie, gęsto, nad wyraz intensywnie. Demokratyczny artystycznie status kwartetu nie pozwala wskazać muzyka, czy muzyków dominujących w narracji. Wszakże Wooley nie może nie zostać uznany za postać tu jednak dominującą. Tak w dostępie do przestrzeni fonicznej, jak w zakresie wkładu w efekt finalny (choćby jazzowe, wykwintne, niemal mainstreamowe solo, 5-6 minuta). Świetny pianista, choć bez preparacji. 11 minuta wyznacza gęstą eskalację. Na koniec nawet szczyptę swingującą. Posmak jazzu jest jednak zmyślnie łamany przez trąbkę i kontrabas.

Second. Ciąg dalszy free jazzowego flow, które silnie eksponuje trębacza. Kolejne solo, pozbawione jednak atrybutów sonorystycznych, na tle gęstej jak olej gry sekcji.

Third. Znacznie spokojniejsze frazowanie. Kontrabas na smyku, trąbka w dronie, błyskotliwie expose piana. Ze wszechmiar urokliwe. Wytrawny, precyzyjny jazz z podwieszonym sonorystycznie Wooleyem (zdecydowanie najlepszy moment tej bardzo krótkiej płyty). Oklaski!



czwartek, 22 marca 2018

Dirk Serries! Kind of Sustained Pieces Deconstructed by Improvisation! *)


Najnowsze dokonania belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa na polu muzyki improwizowanej mamy dogłębnie przeanalizowane. Artykuły o serii New Wave Of Jazz, także recenzje licznych płyt w ramach angielskich labeli Raw Tonk i Tombed Visions dostępne są online (skróty na końcu tekstu).

W ramach pierwszego z przywołanych tekstów, a także w osobnym bloku recenzji, Czytelnicy Trybuny mogli także zaznajomić się z dokonaniami formacji Yodok III, która żmudny proces improwizacji wynosi wprost z estetyki post-rockowej i gitarowego dark ambient.

Dziś pociągniemy ostatni z wątków, prezentując bardzo świeże i dość świeże płyty z udziałem Serriesa, które mieszczą się w wyżej nakreślonej estetyce. Niewątpliwie słuchać będziemy muzyki improwizowanej, aczkolwiek słowem, które padnie tu najczęściej będzie określenie dron, a muzyka na ogół płynąć będzie do naszych uszu nieprzerwanymi, wielominutowymi strumieniami silnie amplifikowanych dźwięków.

Sam proces recenzowania tego rodzaju muzyki stanowi, przy okazji, spore wyzwanie dla Pana Redaktora, który przywykły do permanentnej, stałej zmiany w procesie swobodnej improwizacji, czekać musi niekiedy całymi godzinami na niuanse, które zmieniają bieg critically sustained pieces. Recenzent wnika w strukturę narracji i szuka szczegółów, które stanowią różnicę, które tyczą szlak wielowątkowych ekspozycji. A celem tych ostatnich jest, jak zawsze, dotarcie do końca ostatniej ścieżki nagrania.

Przed nami pięć niezwykłych płyt, których uroda kąsa, ale których bezdyskusyjne walory artystyczne bywają czasami głęboko zaszyte w paśmie wzajemnie mutujących się … dronów!




Eirik Havnes/ Tomas Järmyr/ Dirk Serries  Distant Curving Horizon. The Primal Broken Passage.
Beneath the Scorching Sun (Midira Records, CD + kaseta, 2018)

Zaczynamy od absolutnej nowości, od płyty, którą swą premierę edytorską będzie miała w dniu jutrzejszym. Improwizowane spotkanie dwóch zanurzonych w czarnym ambiencie gitar i rozpędzonej maszyny perkusyjnej, której nic, co rockowe, nie jest obce! Przy okazji, jakże współczesna wariacja na temat wspomnianej przed momentem formacji Yodok III, albowiem trio, o którym teraz opowiemy, personalnie różni się od niej jednym nazwiskiem (z instrumentalnego punktu widzenia - zamiast amplifikowanej tuby, druga gitara elektryczna).

Jesteśmy w norweskim Trondheim, w maju 2015 roku. Na gitarach elektrycznych: Eirik Havnes i Dirk Serries (ile mają wokół siebie metrów kabli i powierzchni bieżącej na gitarowe przetworniki, nie wiemy dokładnie), na perkusji Tomas Järmyr. Panowie będą emanować dźwiękami przez prawie 55 minut, łącząc w jeden ciąg foniczny trzy opowieści z tytułami, które zsumowane stanowią tytuł całej płyty.




Distant Curving Horizon. Odległe zakrzywienie horyzontu. Spokojny drumming, rodzaj niezobowiązującej rozbiegówki, bazy, na której stawiane są selektywne dźwięki dwóch gitar, szeroko rozstawionych na przeciwległych flankach. Z jednej strony plama na plamie (Dirk?), z drugiej igraszki na strunach, które przy odrobinie naszej wyobraźni, przypominać mogą dźwięki … rosyjskiej bałałajki (Eirik?). Balladowa introdukcja, podczas której oba wiosła rozgrzewają się, nie wychylając się poza granicę ciszy. Small dark ambient w opozycji do robótek ręcznych na strunach. Dopiero 8 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku bardziej żwawego budowania narracji. Niemal mistrzowskie kreowanie procesu … narastania dźwięku! Tuż potem, Tomas delikatnie sugeruje rytm, zaczyna bębnić w sposób, który nie pozostawia złudzeń, co do dalszego przebiegu nagrania. Gitara Eirika brnie w nieco bardziej plamistą ekspozycję, choć struny pozostają w użyciu! Flow and rise, flow and down! Perkusja w stanie delikatnego wygaszenia, snuje post-rockowe synkopy, pląta się zwinnie pomiędzy gitarowymi dronami. Te ostatnie świetnie uzupełniają się, prowadząc niemrawy dialog o bladym świcie. Po 15 minucie, gitary wędrują już jakby wyższym pasmem. Czasami ich brzmienie przypomina lekko upalone skrzypce, traktowane wyjątkową grubym smyczkiem. Potencjometry mocy w żółwim tempie przesuwają się ku górze. Perkusja też szyje marszrutę jakby gęstszym ściegiem. 22 minuta - możemy ogłosić już skromny stan wrzenia na gryfach! Szczególnie u Dirka. Muzycy śmiało dryfują ku ambientowej ścianie dźwięku, mając finał pierwszej części w nieodległej perspektywie. Odrobina psychodelii po stronie Eirika. 26 minuta, to ostry zjazd narracji, przy gorejących amplifikatorach. Jakże błyskotliwe hamowanie! Brawo! A tuż obok, bardzo płynnie rodzi się już nowa opowieść, która nazwiemy The Primal Broken Passage. Pierwotnie złamany korytarz. Wokół pobłyskuje cisza. Gitarowe piece skwierczą u podnóża kolejnej góry. Skromny drumming ledwie plami teren. Wszyscy gotowi jednak do skoku w nieznane. Tym razem instrumenty Dirka i Eirika mają zbliżone parametry foniczne. Płynne, znów jakby wiolinowe ekspozycje. W 34 minucie pot pojawia się na czole Tomasa, a jego perkusyjny flow zdecydowanie gęstnieje. Gitary także dokładają do ognia. Psycho dance until unknown death! Blackmetalowy temperament perkusisty znajduje szybkie ujście. Jurnym bębnem basowym wbija oba drony głęboko w ziemię. Ale te nie milkną choćby o ułamek decybela. 40 minuta, a tempo stopy drummerskiej wciąż na krzywej wznoszącej! Po kolejnych dwóch minutach gwałtowne wytłumienie. Krok w meta otchłań ciszy, rodzaj skromnego interludium, które wyznaczy start trzeciej opowieści… Beneath The Scorching Sun. Pod palącym słońcem. Znów stukot bębna, brzęk talerza, a w tle skomlące półdronami wiosła gitarzystów. Wiolinowe ekspozycje skrzą się w … słońcu, rośnie temperatura na membranach werbli i tomów. Rodzaj prawdziwie rockowej eskalacji obu gitarzystów. Progresywny drumming nie pozostawia im specjalnego wyboru (49 minuta). Finał całej płyty jest jednak istotnie błyskotliwy. Ucieczka w psychodelię (o, tak!), rodzaj kolejnej ściany dźwięku, która smakuje nieziemsko i uwalnia lawinę endorfin u recenzenta! Kulminacja godna najwyższych ocen w ważnych periodykach muzycznych. Szybkie, drastyczne wybrzmiewanie, zapewne przy wsparciu post-produkcyjnym. Po ostatnim dźwięku, cisza grzmi i bulgocze.




Steven R. Smith & Dirk Serries ‎ Hymnal (Kaseta, Cassauna, 2016; Dirk Serries’ bandcamp 2018)

Spotkanie dwóch gitar elektrycznych i kilku innych przedmiotów, także instrumentów (kolczaste skrzypce, organy, piano Fendera, struny etc.), w celu zrealizowania czterech hymnów w różnych, z góry zadanych… tonacjach. Steven R. Smith i Dirk Serries, rok 2013, okoliczności prawdopodobnie studyjne. Analogowo dostępne od dwóch lat, obecnie także cyfrowo.

Hymn in A. Dwa true ambient gitarowe drony, kojące zszargane nerwy recenzenta, w bardzo spokojnych, leniwych ekspozycjach. Swawolne strumienie onirycznej mocy. Analogowy klimat akustyki tego spektaklu dobrze służy ponowoczesnej improwizacji, realizowanej przez obu artystów. W 4 minucie, pierwszy drobny akcent w niższym paśmie, jakby dźwięk klawisza nadpsutego Fendera. Rytm, tonacja (A?), zmysłowe muzykowanie. Fonia zdaje się być silnie rozmyta, rozpływa się, rozplenia na nieboskłonie, a klawisz płynie do nas z coraz odleglejszej galaktyki. Flow in! Pióro recenzenta w bezruchu, szczęśliwie jednak uroda tego sustained piece aż kłuje w oczy! Trochę więcej typowej gitary na wybrzmieniu. Hymn in C. Brudny dron z bliżej nieokreślonego źródła. Dziwny posmak etno na dużym pogłosie, silnie zawieszony dron basowy. Bogate tło, gęstsza narracja – recenzent notuje zmianę zaobserwowaną w stosunku do hymnu startowego. Niskie i wysokie pasaże (in C!). Lawa leje się z krateru wulkanu spokojnym strumieniem, a wyobraźnia recenzenta nie ma ograniczeń. Dosłyszenie symptomów pęcznienia tej narracji, to jakby dostrzeżenie nieistniejących kształtów w całkowitej ciemności. Ale to się dzieje! Cierpliwość muzyków, cierpliwość słuchacza. Po 15 minucie jeden z tysiąca elementów dronowej konstelacji delikatnie się eskaluje, a recenzent, niczym Królewna na ziarnu grochu, czuje (słyszy) tę różnicę. 18 minuta, ledwie odczuwalne wybrzmiewanie, istotnie realizuje się, a ten długi i żmudny proces zajmie muzykom około 120 sekund. Hymn in F. Pętlące się dźwięki gitary na modulowanym giga pogłosie w opozycji do drona budowanego agresywnie, płynącego środkowym pasmem. Ten ostatni drży, grzmi, maltretuje przestrzeń, rodzaj zmutowanego dźwięku organowego. Stoi i czeka. A gitara jakby snuła swoją prywatną opowieść – płynie, tańczy, śpiewa. Stars Wars – the begining. Napisy płyną powoli, statek przesuwa się majestatycznie w trakcie czołówki pierwszej części sagi. Zanurz się po samą szyję w tym potoku i już po Tobie! Od 10 minuty szczypta nowych mikroelementów w tej kosmicznie wielkiej układance. Kind of violin? Rozgrzane do czerwoności struny. Hałas, czy oniryczna pulsacja? Co jeszcze wyobraźnia, i dość lekkie pióro, zdołają podpowiedzieć recenzentowi? Hymn trzeci zdaje się być najbardziej jednorodny na całym wydawnictwie. Jego uroda aż boli, wierci dziurę w głowie i wlewa w nią nektar życia wiecznego. Finał huczy i urywa się nagle, drze się jak cienka skarpeta na ogorzałej stopie. Hymn in C#. Prawdziwie gitarowy pasaż w ramach introdukcji. W tle ambientowa, syntetyczna mikstura niskich częstotliwości. Drobiny wysokich, klawiszowych ekspozycji. Wszystkie zatopione w pogłosie. Narracja jest jakby spokojniejsza, rodzaj repryzy pierwszej części (patrz: tytuł). Od 5 minuty potoki dźwięków leją się bardziej wartko. Nie głośniej, ale intensywniej. Sporo dzieje się w dalekim tle, a pióro recenzenta aż skacze po kartkach kajetu. 9 minuta, to start basowych pulsacji, rodzaj tygrysiego pazura ery techno, który kąsa nadgryzioną ofiarę. Ten hymn zaczynaliśmy od gitarowego brzmienia, kończymy w estetyce zaawansowanej strong electronics. Na finał goła ekspozycja niemal w klimatach electro… Ta świetna płyta zasługiwałaby na lepsze zakończenie.




Art Of Cosmic Musings/ Dirk Serries & Teun Verbruggen ‎ Transmission (LP Tonefloat 2014, Dirk Serries’ bandcamp 2017)

Czas na kolejną reedycję. Najpierw był winyl, teraz pliki dostępne na bandcampie gitarzysty. Duet Serriesa (opis płyty wskazuje, że tylko na gitarze elektrycznej) z dobrze już rozpoznawalnym drummerem sceny Beneluxu – Teunem Verbruggenem (tu, wyposażonym także w arsenał różnorakich przedmiotów powszechnej elektroniki). Muzycy występują pod nazwą własną Art Of Cosmic Musings. Nagrane na żywo… w studiu Sunny Side w brukselskim Anderlechcie. Rejestracja z 2013 roku, podzielona na cztery części z tytułami, trwa ponad 65 minut.

One. Z dalekiej ciszy, pojedyncze dotknięcia strun, chrobot nierozgrzanego wzmacniacza, skromne percussion, wszystko w minimalistycznej konwencji. 4 minuta, szum pieca i gitara, która skłonna jest wygenerować pierwszy dron. Pulsacja na razie spokojna, ale składnik basowy incydentalnie potrafi być fonicznie dotkliwy i zaczyna ustawiać narrację. Intrygujący, free improve drumming, oszczędny w dźwięki i niosący sporo treści. Pojedyncze sprzężenia na gryfie, trochę na zasadzie dysonansu wobec dronowej fali down and up. Od 10 minuty pęczniej gitarowa meta przestrzeń, rośnie aktywność Teuna. A drony, raz puszczone w ruch, nie pozwolą nam zasnąć aż do bladego świtu! Quite noisy! More dirty sounds! Robota perkusisty zdaje się mieć mniej rockowej ekspresji, niż ta, z którą mieliśmy do czynienia w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt, więcej w niej wyzwolonego myślenia o swobodnej improwizacji. Nie przeszkadza to wszakże muzykowi, na koniec pierwszej części, istotnie zdynamizować swoje poczynania i wręcz zapanować na potokami siarczystych dronów gitarowych. W ramach wspomagania, odrobina elektroakustyki z niewiadomego źródła (syntetyczny drumming, szczypta live processing). Two. Start tego odcinka, to po części, kontynuacja poprzedniego. Synthetic drums, gitarowe mikroprzestery, w tle odradzające się drony, na razie spokojne, mocno wycofane. Mała orkiestra, bez dwóch zdań! A pytanie who is who w przestrzeni fonicznej ma już rację bytu! Rośnie ilość elektroakustycznych incydentów na flance, którą zwykł się do tej pory opiekować Teun. Serries – mimochodem – zbudował tuż obok błyskotliwy background! Totally ambient! Od 6 minuty bardziej aktywna zdaje się być żywa perkusja. Ale juz w okolicach 10 minuty, tonie w pęczniejących dronach. Sprawcą zajścia - wyobraźnia gitarzysty, może także gałka jego potencjometru. Przykład wyjątkowo uroczej eskalacji. Teun bije w dzwony, grzmi i dyskutuje! Dirk ma uśmiech na twarzy! Brawo! Finałowy zjazd w dół, z kocią zwinnością, przy wtórze zgrzytów i sprzężeń. Three. Spokojna, rezonująca gitara, moc sprawcza echa, muśnięcia krawędzi talerzy, trochę repryzy początku płyty. Dubowa wręcz przestrzeń za głowami muzyków. Strunowe multiplikacje. W 6 minucie Teun delikatnie dolewa go ognia, ale wciąż pozostajemy w stylistyce silent & slow. Wibrujące stada dźwięków stymulują foniczny progres. Mglista eskalacji gitary, orkiestrowy szum, drumming na przedzie. Szybki stopping. Urokliwe schodzenie blue ambientowym zboczem! Four. Pogłos, oddech pustyni, dźwiękowe igraszki wprost z kabli. Elektroniczny dron, który rodzi się z popiołu. Odrobina rytmicznej syntetyki, która kojarzy się z Blue Monday New Order, tylko w meta wydaniu, prawdziwie ponowoczesnym. Pasmo Dirka zdaje się przyjmować szaty niegitarowe. Drumming Teuna rośnie w siłę i eskaluje swoją urodę. Dron narasta, perkusyjna demolka w tle. Kind of Noise? Tak upływa 10 minuta ostatniej części. Pulsacja, gęstość, mnemoniczna dotkliwość. Po 14 minucie dron nieokreślonej akustyki przejmuje ster i prowadzi nas na finał części, która istotnie rożni się od pozostałych. Jest też końcem całej płyty. Powraca delikatny, blue monday’owy rytm i ostatecznie wbija nas w twardy fotel! Brawo!




Dirk Serries/ Rutger Zuydervelt ‎ Buoyant Live (LP Tonefloat, 2016)

Systematycznie, krok po kroku, zanurzamy się w dzisiejszej opowieści w dźwiękach, o których trudno powiedzieć, iż mają walor akustyczny, innymi słowy – nieamplifikowany. Koncertowa edycja kooperacji Dirka Serriesa z Rutgerem Zuyderveltem, odpowiedzialnym za bardzo szeroką rozumianą elektronikę. Panowie przyjęli nazwę Buoyant i debiutowali kilka lat temu krążkiem z rejestracją studyjną o takim właśnie tytule (Consouling Sounds, 2015). Po pewnym czasie odegrali ten projekt w okolicznościach koncertowych. Efekt możemy poznać odsłuchując czarny krążek Buoyant Live.

Dirk, obok gitary, odpowiedzialny jest tu za tzw. efekty, zaś Rutger za wszelkie pozostałe dźwięki, w tym także procesowanie na żywo tego, co generuje gitarzysta. Co więcej, dźwięki produkowane przez obu muzyków, były także na żywo miksowane przez człowieka za konsoletą. Uff, prawdziwa dżungla foniczna! Dwie strony winyla trwają łącznie 48 minut. Koncert miał miejsce we wrześniu 2015 roku, w klubie Paradox w Tilburgu, w trakcie festiwalu Incubate.

Side A/ Part One. Ambientowy dron wynurza się z morza szeleszczącej ciszy. Szmery, tarcia, stukot, chrobotanie. Kind of small percussion. Dron w dronie. Żywy processing martwych, żylastych syntetyków. Ochłapy post-akustycznej plądrofonii, wszak na kablach może wydarzyć się wszystko. Siarczysty przekaz drobin fonii narasta, w międzyczasie gitarowy dron śle pocztówki na poste-restante. Emocje stoją w miejscu. Moc ciekawych akustycznie efektów perkusyjnych, przefiltrowanych przez gęstą elektronikę procesowania w czasie rzeczywistym. Dwie fale dźwiękowe przeplatają się wzajemnie. Pulsacja, pulsacja, pulsacja. Dużo swobodnej przestrzeni do zagospodarowania. Trudno mówić o dwóch muzykach, trudno szacować ich wkład w efekt końcowy. Tu przedmiotem recenzenckich egzegez może być jedynie efekt pracy zbiorowej. Przy okazji, asumpt do niemal filozoficznej rozprawki o tym, jak przebiega proces powstawania dźwięku. Frapujące! 14-15 minuta, to czas pierwszej, ledwie zauważalnej eskalacji, śmiały krok powyżej poziomu ciszy, zdecydowanie w kierunku hałasu. Silnie zmutowane dźwięki zlewają się w gęsty potok. W ogóle nie słyszymy dźwięków na ogół kojarzonych z gitarą. Po sprawnym wytłumieniu, szczypta metaliczno-fallicznych ekspozycji nieznanego pochodzenia. Narracja, choć stabilna, ciągle ulega drobnym dekonstrukcjom. Nowe przychodzi, bo stare zanika. Nie sposób nad tym przysnąć nawet w samym środku nocy….

Side B/ Part Two… Po odwróceniu strony winyla wracamy dokładnie w to samo miejsce jednolitej narracji. Po paru głośniejszych momentach, w okolicy 5 minuty muzycy zdecydowanie schodzą o kilka decybeli niżej i całują się z ciszą. Brną po kolana w skwierczącej mazi lepkich dźwięków. Od 8 minuty nowy dron (z gitary?), nisko zawieszony, zdaje się niepostrzeżenie narastać. Jest czysty, wyzbyty z procesowanych naleciałości. W 13 minucie coś na kształt spirytualnej ekspozycji. Kilka nowych wątków, które rodzą się jeden po drugim. Gęsty od dźwięków dron jeszcze pęcznieje, dodatkowo nadyma się. Elektroakustyczny nalot dywanowy, jeśli tylko pozwolimy potencjometrom naszych odtwarzaczy na odrobinę szaleńczej swobody. Krzyk, wrzask, kable w płomieniach! Electronic noise! Po paru chwilach wrzenia, soczyste wytłumienie, wyciszenie i spowolnienie. Pulsuje coś na kształt meta rytmu. Bez kształtu, bez woni, drwi z naszych oczekiwań. Brawo! Na finał tylko on sam, ów rytm, a odbiorcy pozostaje jedynie wątpliwość, czy słucha muzyki Dirka i Rutgera, czy też jego gramofon przejął już panowanie nad akustyką pokoju odsłuchowego. Smak plądrofonii, zacięta płyta, gaszenie pogorzeliska, wypalonego przez złe dźwięki. Piękne, finałowe vibrato! Burza oklasków!




Dirk Serries ‎ Unseen Descending And Lamentations (CD/ LP Consouling Sounds, 2015)

Jeśli jesteśmy już całkowicie zanurzeni w dźwiękach, które płyną do nas szerokim strumieniem, tłocząc szerokie koleiny wyobraźni, na koniec tej opowieści, sięgnijmy po solową płytę Dirka Serriesa Unseen Descending And Lamentations. Nagrania powstawały w trakcie października 2014 roku. Informacje, gdzie dokładnie, w jakich okolicznościach, przy użyciu jakich instrumentów (poza gitarą, oczywiście), póki co, niech pozostaną tajemnicą muzyka. Dwa fragmenty bez tytułów trwają łącznie 44 minuty i jedną sekundę.

First. Play loud! To ważna informacja zapisana w wewnętrznej części okładki płyty. Recenzent, bez chwili zawahania, stosuje się do dyrektywy muzyka. Pierwszy dron przybywa z daleka. Post-elektronika z amplifikatora gitarowego. Struny pod dużym napięciem. Generują kolejne drony, które wzajemnie przenikają się, plączą i swawolą. Dotykają się gołymi stopami, rezonują w nieograniczonej przestrzeni. Fale wznoszące, fale opadające - improwizowany bajkonur. Klimat noir, nie koniecznie dark, ale na pewno ambient – słowo klucz dla tej narracji. W 5 minucie pojawia się silny dron basowy, zmysłowo kołtuniąc wszystko wokół siebie. Stawia stempel, a potem plami przestrzeń tuż nad podłogą. Recenzent odbiera trzy ośrodki foniczne, które ślą drony, wykorzystując nie do końca rozpoznawalne instrumentarium. Sam proces narastania dźwięku jest niemal niezauważalny, ale definitywnie ma miejsce. Dron basowy zdaje się być mniej modyfikowany, bardziej trwa niż płynie. Te wyżej posadowione, podlegają ciągłej zmianie, są aktywne, taneczne i nieprzewidywalne. Od 14 minuty ich faktura gęstnieje, staje się bardziej siarczysta. Basowy także pęcznieje, bez utraty wszakże charakterystyki sustained. Pod koniec tej części zaczyna dominować, całkowicie zawłaszcza teren działań artystycznych. Te wyższe, zmysłowo odpływają w akustyczny niebyt. Drobiny winylowych inkrustacji na bokach, choć ewidentnie w odtwarzaczu recenzenta kręci się srebrny kompakt. Muzyka stoi w miejscu i boleśnie skwierczy. Rodzaj pulsacji. Jakby winyl zaciął się na ostatniej ścieżce. Odpływa wraz z opadaniem potencjometru.

Second. Szum radiowy, pojedynczy, wysoki, czysty akord gitary, który długo wybrzmiewa. Tuż potem, cichy dron z oddali płynie do nas nad wyraz dynamicznie. 4 minuta, to powrót drona basowego. Ma bardziej syntetyczne brzmienie. Drony wysokie są jakby bardziej ulotne, lekkie, nieco metaforyczne, bez wysiłku skutecznie narastają. Więcej tu niepokoju, pokrętnego oniryzmu. Jakby upalone skrzypce plotły liryczną opowieść, zdecydowanie w tonacji molowej. Trochę, jak brutalny tren żałobny. W międzyczasie (10 min.) narracja silnie zgęstniała – faluje, wznosi się i opada. Wokół smugi zwinnej psychodelii (meta skrzypce w tle!), ciągłe down & up, pętla za pętlą. Dużo emocji, potu i determinacji. Dron basowy rządzi, ale te wyższe nie oddają pola, chwilami wręcz krzyczą, mając usta pełne psychotropów. Gdy basowy dusi na gaz, zagłusza pozostałe dźwięki. To mocarne siłowanie się z materią foniczną determinuje styl końcowego fragmentu tej płyty. Pulsacja w rytmie serca. Może bardziej … arytmii serca! Nie sposób nie zachwycać się tą szaloną ekspozycją! Brawo! Pętla, repetycja, krzyk i stopa na pedale gazu! You know why play loud! Ostatnie sekundy, to dość gwałtowne wybrzmiewanie i niemal 45 sekund zupełnej ciszy. Bezwonnej, trupio bladej.


*) ang. rodzaj trwających dźwięków, dekonstruowanych przez improwizację – tytuł nawiązuje do koncepcji Sustained Pieces, jednej z wielu metod uprawiania swobodnej improwizacji, zdefiniowanych przez ojca gatunku, Johna Stevensa. Wszystko, co ów genialny muzyk dokonał w swym zbyt krótkim życiu, jest szczegółowo opisane na tej stronie.










czwartek, 31 sierpnia 2017

A New Wave Of Jazz Serries! Yes, indeed, this is Dirk Serries’ Series!


Jeśli określenie jazz ma dziś jakąkolwiek innowacyjną wartość na europejskiej scenie muzycznej, to trop wyjątkowo żmudnych poszukiwań winien kierować nas do Holandii i Belgii!

Tam bowiem, całkiem niedawno, powołana została do życia seria wydawnicza, której tytuł kusi i prowokuje – Nowa Fala Jazzu.

Za to niecne zdarzenie odpowiada holenderski label Tonefloat, który specjalizuje się w muzyce elektronicznej, drone & dark-ambient i wszelkich awangardowych koligacjach w/w stylistyk. Tamże zresztą od lat publikuje swoje nagrania w podobnej stylistyce, belgijski gitarzysta Dirk Serries. To drugi odpowiedzialny za Nową Falę. To on artystycznie zarządza sublabelem, który pragnie – ciągle prowokując – odświeżać pojęcie jazz. Koniecznie dodać należy, iż jest także podmiotem wykonawczym na każdym wydawnictwie serii.




Katalog A New Wave Of Jazz od jutra oficjalnie liczyć będzie 14 pozycji. Dziś skrzętnie wszystkie je omówimy. Zaczniemy od dwóch najnowszych wydawnictw (po raz pierwszy w historii serii - na płytach kompaktowych!). Potem omówimy kilka płyt, głównie winylowych, z muzyką improwizowaną, w której śmiało doszukać się można jazzowych inspiracji. Zakończymy zaś na omówieniu kilku… kaset magnetofonowych (także winyli!), zawierających muzykę improwizowaną bazującą na rockowej i dark-ambient estetyce, realizowaną przy użyciu wyłącznie żywego instrumentarium.

Nasza dzisiejsza opowieść będzie miała – jak to często na Trybunie bywa – zaburzoną chronologię. Innymi słowy – delektując się kolejnymi płytami z katalogu A New Wave Of Jazz, będziemy na ogół cofać się w czasie!


Quartet, Quintet & … Duo!                                                          

Jeśli ta akurat Fala Jazzu ma być istotnie nowa, jej przybliżenie winniśmy zacząć od pure jazzowej petardy. I tak będzie w istocie – baa, owa petarda będzie pure freejazzowa!

Jest początek lutego bieżącego roku, jesteśmy w Londynie. Jeśli chcemy posłuchać konkretnego free, adres może być tylko jeden – Vortex Club! Na scenie kwartet w składzie: John Dikeman – saksofon tenorowy, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna i Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Session One potrwa 36 minut z sekundami. Po krótkiej przerwie na scenę, na Session Two, wkroczy kwintet, który personalnie składać się będzie z kwartetu już zaprezentowanego i elementu uzupełniającego, w osobie Alana Wilkinsona, na saksofonie altowym i barytonowym. Ten epizod potrwa 45 minut z sekundami. Od jutra muzyka z obu setów dostępna będzie w sprzedaży jako Quartet & Quintet Double Vortex (2 CD; anwoj0013, 2017).




Session One.  Armaty na start! Saksofony salutują i ruszają do wysokiego lotu! Towarzyszą im gitarowe sprzężenia i stosunkowo subtelny drumming. Dęciaki nie czekają na zaproszenie, jadą ostro i bez wysiłku wchodzą w bardzo konkretną eskalację... Noise for ever! – krzyczy recenzent, mimo, iż dopiero, co zdążył zasiąść w wygodnym fotelu. Ta muzyka jest krwiście bolesna, ma gwałcić, tarmosić i nie dawać nawet chwili wytchnienia. Raczej nie należy dziś liczyć na brzmieniowe subtelności, których doświadczyć mogliśmy na wcześniejszych płytach tego kwartetu (patrz: dalsza część opowieści). Saksofony rządzą niepodzielnie, choć Serries nie zamierza być mniej dosadny, podobnie Lisle. Free jazzowa erupcja godna każdego skrawka niewielkiego Vortexu. Wybrzmienie pierwszego szczytu zostawia nas w towarzystwie barytonu i perkusji. Ten pierwszy delikatnie zawodzi i skowycze. Powrót Dikemana jest bystry i agresywny. Dirka, równie spektakularny i żywiołowy. Drummer zdaje się być nadmiernie rockowy i nieco ubogi w środki wyrazu, ale w tych okolicznościach nie stanowi to jakiegokolwiek problemu poznawczego. Ekspresyjnie nadąża bowiem za wyczynami kolegów. Serries frazuje nieco w poprzek narracji, rwie struny i nie ma najmniejszego zamiaru ograniczać się do kreowania dołów dla szalejących saksofonistów. To wprowadza intrygujący dysonans w gorejącym tyglu free eskalacji. Saksofony zwinnie reagują i wchodzą w obszar wzajemnych, konwulsyjnych imitacji. Pioruny od prawej do lewej! What a game! – krzyczy recenzent, ale i tak nikt go nie słyszy. Wyciszenie staje się zatem dziejową koniecznością – spore poluzowanie tempa, któremu towarzyszy rozbrajająco skuteczne call & response, zwłaszcza na linii Serries – Webster. Tuż potem, solowa erupcja tego drugiego, przy delikatnym wsparciu perkusji. Wytrawne! Ach ten Webster! – notuje upocony recenzent. Powrót do akcji Dikemana, niczym dobrze dobrana przyprawa. Kolejne wybrzmienie generuje duże pole do popisu dla Serriesa i jego przyczajonej gitary, która śmiało wykorzystuje proambientowe inklinacje. Prawdziwe cudo! Finałowa, pasażowa sekwencja stawia całą płytę o stopień wyżej na skali oceny. Saksofony ruszają na końcową eskalację. Muzycy kompetentni do bólu. Śmiercionośny duet! Cały kwartet jest już całkowicie wybudzony i w zwartym szeregu biegnie ku ostatniej ścieżce tego dysku.

Session Two. Aż trzy armaty na start! W tym dwa barytony! No i ostra gitara, która nie akceptuje drugiego planu. Rozgrzewający się drummer i cztery głowy jadowitego potwora w stanie erupcji. Idiom free jazzu wraca do swoich korzeni i puszcza je z dymem! Eksplozja! Machine Gun – pięćdziesiąt lat później! W okolicach 9 minuty Dikeman wypuszcza się solo. Powrót do kwintetu jest konwulsyjny i zieje ogniem. Serries tym razem posłusznie robi za bas, bo nie ma szans na przebitkę. 12 minuta – pierwsze próby wyhamowania. Dirk rytmizuje swój przekaz i narzuca ów punkt widzenia pozostałym muzykom. Wszyscy są wyjątkowo karni i podłączają się do narracji gitarzysty. Krzyczą, wrzeszczą, wierzgają nogami. Rodzaj silnie upalonego free bluesa, w okolicznościach ciężkiego poranka the day after. Po chwili Dikeman i Lisle zostają sami. Zaskakujące, ale jakże potrzebne katharsis. W tle szumy z gitary. Wejście obu barytonów – depresyjnie piękne! Perkusja drży. Kwintet, niczym ogromny walec drogowy, wdeptuje w ziemię wszelkie ambiwalencje gatunkowe. Soczysty baryton w solowej eskalacji podkreśla emocje na scenie (Alan?). Drugi baryton ma się równie wspaniale. Wyborne pętle Serriesa, lekko cuchnące zdrowym bluesem. Doskonały moment! – zdarte gardło recenzenta ledwie jęczy pod nosem. 27 minuta – gitarzysta ponownie narzuca swoje zdanie, rysując zgrabny rytm. Sytuacja na scenie wydaje się być uporządkowana. Powtórka duetu Dikeman – Lisle nieco przeczy tej tezie. Świetny komentarz barytonu! Dłuższe frazy dęciaków, jako kolejna próba konstruktywnego wyciszenia (jak na ten stan rzeczy). 33 minuta – Serries restartuje swoje ambientowe opowieści. Oniryczność sytuacji podkreślana jest gardłem przez jednego z muzyków. Saksofony znów kleją się do siebie - to najlepsze, co mogą teraz uczynić. Sonore, pojękiwania, palcówki na sucho. Ten stan pozornego wyciszenia nawet lekko … swinguje. Eskalacja saksofonów, to właściwa odpowiedź! Perkusista budzi się do życia. Gitarzysta także jakby gorętszy na gryfie. Urocza ucieczka na finałowy szczyt. Wybrzmienie jest nagłe i zaskakujące.

Po krótkiej, higienicznej przerwie na research uszu, wracamy do nowości Nowej Fali Jazzu wprost z Holandii i Belgii. Także jutro premierę będzie miała płyta Innocent As Virgin Wood (CD; anwoj0014, 2017). Tytuł zagadkowy, nieco kuszący. Podmiotem zaś wykonawczym … małżeństwo – Martina Verhoeven i Dirk Serries. Dziewictwo w tytule nie dotyczy jednak ich stanów miłosnych, a jedynie instrumentów, jakich użyli w trakcie nagrania. Martina po raz pierwszy publicznie zagrała na fortepianie, zaś Dirk na gitarze… akustycznej. Dzieło jednotrakowe (choć w pięciu częściach) potrwa 37 minut. Jesteśmy w Anderlechcie, Sunny Side Studios. Jest kwiecień bieżącego roku.




Akordy piana w pogłosie i pętle na suchym gryfie akustycznego wiosła. Minimalizm jako zasada, konstytucja artystyczna, zwłaszcza po stronie Martiny. Dirk jest nieco baileyowski w reakcjach, ale skrupulatnie zaangażowany, bez nonszalancji, która bywała udziałem jego wielkiego poprzednika. Muzycy brną w spokojnej narracji i tracą dziewictwo bez wychodzenia z łóżka. Cisza – niezwykle ważny aspekt dramaturgiczny tej opowieści. Lepiej mniej, niż więcej, zdają się mówić sobie prosto w oczy. Sporo wyczekiwania, wyczulenia na wzajemnie reakcje małżeńskie. Mnogość powtórzeń i powrotów do zdań raz już wypowiadanych. Czy minimalizm jest tu wyborem artystycznym, czy jedynie obawą przed nieznanym instrumentarium? - pyta skulony w sobie recenzent. Doszukiwać się wpływów Mortona Feldmana, czy po prostu słuchać? Recenzent chętnie zaprowadziłby muzyków na skraj przepaści i przekonał do skoku w nieznane. Narracja trochę w typie Flower, jak u Johna Stevensa i Trevora Wattsa, 45 lat temu. Specyficzne call & response. Martina inspiruje Dirka, Dirk repetuje i przetwarza. Próżno tu szukać zwrotów dramaturgicznych, czy emocji eskalacji. Pozostaje współczesna zaduma nad światem zastanym. Pod koniec tej niedługiej rejestracji muzycy zdają się być odrobinę bardziej rozmowni. Dotąd bowiem sprawiali wrażenie małżeństwa z długoletnim stażem, które nie jest się w stanie niczym siebie zaskakiwać. Teraz kilka udanych imitacji, wspólnych, trafnych decyzji. Gdy Dirk gra swoje i nie czeka na sugestie Martiny, robi się znacznie ciekawiej. Jest wyrazisty, pełnowymiarowy, a recenzent ma wreszcie na czym ucho zawiesić. Uznajmy wspólnie finał tej płyty za jego najlepszy fragment. Mimo ambiwalencji – akustyczna gra Serriesa budzi nadzieję na mnóstwo doskonałej muzyki w przyszłości. Next step? Maybe solo acoustic!


Free improvised, not out of jazz!

Przejdźmy do świata improwizujących winyli! Na początek Kodian Trio i ich debiutancki krążek *) o oczywistym tytule I  (tf168, 2016), zarejestrowany (wykonany) w Soundsdavers’ Studio (Londyn) w październiku 2015 roku. Personalnie przed nami: Andrew Lisle - perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Pięć odcinków muzycznych, 47 minut.




Pierwszy. Od startu trafia się nam precyzyjna, jazzowa narracja. Stanowczy tembr barytonu, zwinna, błyskotliwa perkusja i gęste, gitarowe frazowanie, które z kocią zręcznością wkleja się w pasaże kreowane przez pozostałe instrumenty. Lisle nie stroni od sonorystycznych eskapad, Serries lubi się pętlić na gryfie (recenzentowi przypomina wręcz … Jamesa Blood Ulmera!), a Webster - w chwilach wyciszenia - świetnie odnajduje się w dźwiękach pozbawionych faktury melodycznej i rytmicznej. Pod koniec tej opowieści, gitarzysta sięga po smyczek (tak to przynajmniej brzmi). Drugi. Ostry, hałaśliwy odcinek. Rockowy, czupurny zgiełk. Emocje bez patosu. Trzeci. Gitara koi nerwy, choć saksofon ma zdanie odrębne. Ponownie improwizacja osadzona w jazzowym idiomie. Serries gra akordami (powykręcanymi, oczywiście). Webster jest szorstki w obyciu, a Lisle ponownie diabelnie błyskotliwy. Gdy numer ma się ku końcowi, świetny saksofon eskaluje się przy drobnej podcierce perkusji. Czwarty. Jakby ciąg dalszy – duo sax-drums w oczekiwaniu na krotochwilną, płynną gitarę. This is noise jazz! - pilnie notuje, ciągle czymś zaskakiwany recenzent. Gęsto, dynamicznie, bez przecinków. Kompatybilne trio! Szemrząca gitara w tle na finał fragmentu. Piąty. Serries i Webster suną powolnymi dronami, każdy dość separatywnie. Po kilku minutach, rezonującym talerzem, przypomina o sobie Lisle. Narracja snuje się po kątach i nie zadaje pytań egzystencjalnych. Muzycy mają się jednak ku końcowej eskalacji, co czynią błyskotliwie, bez zwyczajowej nostalgii i wybrzmiewania na ostatni dźwięk. Z kajetu recenzenta: dużo free jazzowych fraz, mniej ambientu, a Serries nie zawsze w roli głównej.

Jeśli do w/w wspomnianego tria dodamy drugi saksofon, który w dłoniach dzierżył będzie John Dikeman, otrzymamy kwartet, który odpowiedzialny jest za powstanie kolejnej płyty w katalogu serii. Myślę o podwójnym winylu Apparitions (tf166, 2016). Nagranie ponownie wykonano w studiu Soundsavers w Londynie, pół roku wcześniej, w kwietniu 2015 roku. Podmiot wykonawczy zwie się Dikeman/ Lisle/ Serries/ Webster Quartet **) i zupełnie nieprzypadkowo jego najnowsze nagranie otwiera dzisiejszą opowieść, paręnaście akapitów wyżej. Dodajmy, że Dikeman grać będzie na saksofonie tenorowym, zaś Webster na barytonowym (pozostała dwójka, jak wyżej). Cztery strony dwóch czarnych krążków, godzina zegarowa z okładem.




A. Cicha narracja, spokojne pomruki dwóch czujnych dęciaków, talerze w stanie drżenia, gitara szukająca częstotliwości swojego wzmacniacza. Pocałunki w alkowie! Szmer goni szmer, a tajemnica tajemnicę. Delikatna psychodelia na drugim planie, ale rozbrajająco i uczciwie piękna. Saksofony dmą i nie szukają zwady. Narracja ekscytująco narasta. Hałas, jako pozytywny skutek wyjątkowo udanej eskalacji. B. Muzycy znów za punkt wyjścia obierają ciszę. Saksofony tym razem separatywnie – dron w opozycji do melodycznego zaśpiewu. Eskalacja narracji przychodzi szybciej. Psychodeliczny trans dopada nas już w piątej minucie tej strony. Agresywne saksofony, progresywny drumming, more than dark ambient w tle (recenzent w ekstazie!). Konwulsyjne free, który wybrzmiewa w okolicach 9 minuty. Rozpoczyna się panowanie gitarowych dronów, na tle których sam Serries plecie zwinną improwizację na strunach, lekko szarpiąc się z dźwiękiem. Saksofon tenorowy i perkusja mogą już tylko komentować z podziwem. Tu eskalacja jest trochę inna, bardziej soczysta, zdecydowanie pod dyktando Serriesa. Drugi saksofon powraca dopiero po 15 minucie. Emocje w zenicie! Baryton ocieka spermą! Nie on jeden zresztą! C. Solo perkusyjne. Tenor wchodzi hard-bopowo! Baryton na trzeciego. Łapiemy konwulsyjne free. Serries sprzęga się, a kable płoną. Free noise for ever! Dynamika, tempo, krwawe stemple – what ever you want! Heavy dark jazz! – recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. D. Mikrodzwonki na gryfie, miniflażolety. Solowy, oniryczny, prawdziwie łabędzi taniec gitarzysty. Saksofony wchodzą dużo później i kwilą na boku smutne historie. Jakby rodziło się nowe życie dla tej rejestracji (dodajmy – doskonałe!). Lisle wrzuca trzeci bieg, lewy saksofon buduje wspaniałe tło, prawy dyskutuje, a gitara zakręcona, jak pozytywka, brnie swoim najdoskonalszym tembrem. Zagęszczenie tej narracji smakuje geniuszem twórców. Wyjątkowa płyta! Multigatunkowa improwizacja z Serriesem w roli kluczowego czynnika inspirującego. Na finał znów zostaje sam i czyni cuda!

Nie mamy chwili na odpoczynek, albowiem przed nami kolejna perła w katalogu Nowej Fali Jazzu – trio Dirka Serriesa (gitara elektryczna), Martiny Verhoeven (kontrabas) i Colina Webstera (tym razem saksofon tenorowy). Czarny krążek zwie się Cinepalace (tf156, 2015), a zawiera nagranie koncertowe z … Cinépalace, Kortrijk (Belgia), z maja 2015 roku - jeden trak o długości 45 minut.




Introdukcja jest płynna, ale niezwykle spokojna. Kontrabas podaje dźwięki z samego dołu, przy użyciu smyczka. Saksofon intensywnie szumi, a gitara plumka strunami i lekko się sprzęga. Minimalizm wysokich lotów. Tendencje transowe widoczne gołym okiem! Serries ucieka w oniryzm godny wczesnego Sonic Youth i pieści kostką chłodne jeszcze struny. Rezonuje.Verhoeven silnie znaczy swą obecność i przypomina najlepszy sound Benjamina Duboca. W okolicach 10 minuty zaczyna się prawdziwy spektakl. Saksofon sonoryzuje na potęgę, gitara wierci dziurę w skale (doskonałe! – krzyczy recenzent). Muzycy zaplątani w pajęczynie pomysłów, trzech nieco separatywnych, a jednak niezwykle kompatybilnych narracji. Z akustycznego punktu widzenia – zjawiskowo! Po 18 minucie muzycy eskalują swoje poczynania na scenie. Konwencja minimalistyczna doskonałe służy Websterowi. Serries ma ją w genach, a Verhoeven na pewno na smyku! Hałas po 22 minucie dramaturgicznie uzasadniony. Kosmiczna synergia i niepoliczalne pokłady muzycznej empatii determinują muzykę tria. Po 27 minucie wybrzmienie… Martina znów rządzi, ma piękne, niemal barokowe, głębokie brzmienie. Zostaje prawie sama na scenie. Panowie ledwie akcentują swoją obecność. Od 32 minuty saksofon brnie sonorystycznie, kontrabas repetuje, a gitara onirycznie pętli się wokół siebie, jak tylko ona w rękach Dirka potrafi (a potem hałasuje na rockowy wręcz sposób). Komentarze Colina i Martiny zwalają z nóg recenzenta. Sugestia finalizacji koncertu tylko wzmaga zaangażowanie muzyków. Martina zrywa podłogę, a partnerzy potulnie kleją się do kontrabasowej kontrybucji. Jej solowe wykończenie doskonałego koncertu warte jest kilku wysokobudżetowych nobli z dowolnej dziedziny. Być może najlepsza płyta w katalogu!

Na osi czasu cofamy się o pół roku z okładem. Grudzień 2014 roku, jesteśmy w White Noise Studio (co za nazwa!), w holenderskim Winterswijk. Małżeństwo Verhoeven - Serries wciąż jest z nami. Dołącza para muzyków, wspólnie uprawiających mocne granie w formacji Dead Neanderthals (co za nazwa!) - René Aquarius na perkusji i Otto Kokke na saksofonach. Podmiot wykonawczy określają jako Fantoom, zaś 38 minutową, jednotrakową rejestrację, dystrybuowaną oczywiście na czarnym krążku, postanawiają nazwać Sluimer (tf155, 2015).




Od pierwszej sekundy tego niezwykłego spektaklu dźwiękowego kontrabas Martiny dokonuje cudów! Dźwięki dobywane smyczkiem wprost z piekielnych otchłani, brzmią mięsiście i barokowo. Są delikatnie zabrudzone, dzięki czemu smakują jeszcze lepiej. W ten ultra tembr kontrabasu wplata się dronowa, wielowymiarowa ekspozycja gitarowa, tuż za nią piskliwy saksofon w bardzo wysokim rejestrze i perkusja, która znaczy teren i wbija słupy graniczne. Talerze rezonują. Pachnie ponadgatunkowym majstersztykiem! Post-industrial, post-ambient, post-minimal acoustic drone! Recenzent mnoży skojarzenia, a głowa płonie mu z nadmiaru emocji (choć narracja wije się, jak upasiony wąż po kilku posiłkach). Martina nieustannie zdziera skórę ze strun. Wciąż gra nieodkrytą sonatę Bacha i krwawi obficie, choć ma zdecydowanie płodny dzień. Dirk w głębokiej rzece, po samą szyję, bez możliwości powrotu. Ta pozornie spokojna improwizacja systematycznie eskaluje się (z kajetu recenzenta: kolejna najlepsza płyta w katalogu, jeśli to semantycznie ma ręce i nogi). Rene od czasu do czasu sugeruje proste, rockowe rozwiązania perkusyjne, ale w tym niebywałym tyglu wrażeń, to doskonały dramaturgicznie zabieg! Kolejny być może dowód na to, że we współczesnej improwizacji multigatunkowe doświadczenia muzyków są niezbywalnym atutem i potrafią wykreować wartość dodaną.

W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!

Ufff….. w ramach studzenia emocji posłuchamy duetu, który jednak… wcale nie będzie ich pozbawiony. Baa! Znów się zagotujemy! W lipcu 2014 roku, w studio Sunny Side w Anderlechcie (Bruksela), spotkali się dwaj przyjaciele – John Dikeman na saksofonach i Dirk Serries na gitarze elektrycznej (plus efekty!). Ich 48 minutowa opowieść w czterech częściach zyskała tytuł Cult Exposure (tf143, 2015) i pomieściła się na dwóch stronach czarnego krążka.




Jeden. Saksofonista zaczyna bardzo jazzowo, niebanalnie i stosunkowo agresywnie. Pikantnie, altowo z silnym przydechem. Gitara, szeroką płaszczyzną dźwięku, podłącza się po około 150 sekundach. Drąży skałę, sprzęga się i brnie do przodu w dość majestatycznym tempie, w nieco rockowej estetyce. John robi swoje i skupia się na snuciu dobrej opowieści. Popada w rozliczne autoeskalacje, które nie trwają jednak długo. Dirk skwierczy, chętny jest do wycieczek w kierunku krwistej psychodelii. Lubi dronizować, nawarstwiać się sound by sound. Urocze! Drugi. Mikrodźwięki, spokojne, separatywne ekspozycje obu muzyków. Serries onirycznie mutuje dźwięki, zwinnie repetując. Saksofon - dość słodki i aluzyjny. Zagęszczenie narracji odbywa się poprzez intensyfikowanie zjawisk fonicznych. Gitara multiplikuje się, a saksofon dmie w coraz wyższych rejestrach. W zakresie tempa, ten drugi gra dwa razy więcej dźwięków w jednostce czasu niż ten pierwszy, ale jako duet idą zwartym, równym krokiem. Spowolnienie jest wyjątkowo trafione. Ambient uroczych popaprańców! Trzeci. Szczypta sonore na tle ledwie sugerowanego dark ambient, wprost z gryfu ognistej gitary. Improwizacja narasta niezwykle powoli. Ale już od 6 minuty panowanie muzyków nad emocjami słuchacza jest 100%-owe. Muzyka lepi się i dronizuje. Po 13 minucie saksofon, jak mucha, wpada w plastry miodu, które rozpływają się po strunach gitary. Ballada nadmiernie potępionych układa nas do snu, który nigdy nie nadejdzie. Wonderful! Czwarty. Powrót pierwszego tematu (przynajmniej jeśli chodzi o tytuł). Gitara rzeźbi na dużym pogłosie, ale bardzo strzeliście. Saksofon plecie pikantne historie o niewierności. Emocje finału tego nagrania mają intensywność wrzasku strącanych do lochu. Sprawiedliwość triumfuje, równie wyraziście, jak wyjątkowe są dźwięki Cult Exposure.

Trzy miesiące później, w październiku 2014 roku, duet Dikeman & Serries koncertuje w belgijskim Charleroi. Biorą sobie na trzeciego perkusistę Teuna Verbruggena. Rejestrują koncert Live At Le Vecteur. Ukazuje się on na kasecie magnetofonowej (tf147, 2015). Trzy tytuły, dwa traki i niewiele ponad 32 minuty muzyki.




Pierwszy/drugi. Pikantny free jazz na saksofon tenorowy i bystry zestaw perkusyjny. Serries wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie i uspokaja emocje chłopaków nobliwym i precyzyjnym ambientem. Baa, nawet ich ucisza! Wracają ukorzeni i pięknie wklejają się w gitarowe pasaże o bardzo repetytywnym charakterze. Saksofon po chwili zaczyna stawiać ostre stemple i atrakcyjnie dynamizuje sytuację na scenie. Perkusista nie zamierza pozostawać w tle i także dokłada do ognia. Pętle gitarzysty zaczynają zataczać coraz szersze kręgi. Wybrzmienie jest perfekcyjnie zwinne! Trzeci. Drobne, elektroakustyczne macanki całej trójki, tylko, że gitara ma tu rozmiary słonia. Zostaje sama i drży złowieszczo. Drummer wchodzi na bezczelnego i radzi sobie celująco. Nieco onieśmielony saksofonista też ma konkretny plan na przetrwanie w rodzącej się eskalacji (urocza ekspozycja! – krzyczy recenzent wbity w podłogę). Konstruktywny, progresywny, ustrukturyzowany hałas godny prawdziwych mistrzów! Finalizacja płyty realizuje się na tle dobrego drummingu, zaś ostatni dźwięk jest udziałem Dikemana.


Let’s rock and go dark!

Na początku był Yodok. A dokładnie duet norwesko-szwedzki w składzie: tubista Kristoffer Lo i perkusista Tomas Järmyr. Na przełomie lat zerowych i pierwszych tego stulecia poczynili oni kilka wydawnictw płytowych w estetyce dalece multigatunkowej, z odpowiednią wszakże dawką improwizacji. Po pewnym czasie do muzyków dołączył Dirk Serries, co stało się elementem konstytuującym powstanie formacji Yodok III.

Historia tego wątku w twórczości belgijskiego gitarzysty miała swój edytorski początek dokładnie pięć lat temu. Kończyły się właśnie letnie wakacje, gdy w norweskim Athletic Sound Studio w Halden, trzej w/w muzycy spotkali się, by zarejestrować swój pierwszy album. Ukazał się on w winylowej edycji A New Wave of Jazz, bez tytułu, czyli jako Yodok III (tf138, 2014). Zawiera dwie rozbudowane ekspozycje dźwiękowe, trwające 47 minut.




Nim nasze uszy zatopią się w niebywałej muzyce Yodok III, odrobina komentarza w zakresie instrumentarium, wykorzystywanego przez muzyków. Trzy absolutnie żywe instrumenty: gitara elektryczna, tuba (zamiennie lub razem z flugabone – specyficznym dęciakiem, będącym czymś pomiędzy tubą, a trąbką) i perkusja. Muzycy w procesie generowania dźwięków korzystają z licznych amplifikacji, natomiast nie używają jakiejkolwiek elektroniki.

Dźwięki, jakie docierają do nas w trakcie każdej płyty Yodok III, zaczynają się w plastycznej ciszy, z której niezwykle powoli wyłaniają się barwy, struktury i trwające pasaże foniczne. Na ogół, efekty działań gitarzysty oraz tubisty docierają do nas środkowym pasmem, tworząc spójny, nierzadko zupełnie nierozłączny wielodźwięk. Wokół niego pracuje drummer z pełnym zestawem perkusyjnym. Jego gra często podlega eskalacji, ma rockowy posmak i wrzuca do yodokowego tygla prawdziwie emocjonalny ferment. Bardzo często wchodzi do gry nawet po kilkunastu minutach i wkleja się w kosmiczny dron, wygenerowany wcześniej przez partnerów. Muzyka płynie wolno, bardzo szerokim korytem, z nieodwracalną mocy. Stałym elementem dramaturgicznym jest tu repetycja, ciągłe powracanie do fraz zagranych już wcześniej. Plama na plamie, dźwięk na dźwięku. Muzyka, która rozkwita z minuty na minutę, w bardzo nieśpiesznym tempie. Stanowi swoisty fenomen brzmieniowy żywych, amplifikowanych dźwięków i tajemniczych efektów. Ilustracyjna, post-rockowa perkusja nadaje je odpowiedni drive i niezbywalną moc. Ta opowieść foniczna trwa, a paradoks muzyki angielskiego AMM, choć w dalece odmiennej stylistyce, ma tu niespodziewanie rację bytu. Improwizacja odbywa się poprzez zmieniającą się barwę brzmienia i modulowanie natężenia dźwięku.

Tu, w trakcie debiutanckiego nagrania, drummer na dobre wchodzi do gry dopiero w 15 minucie i wtłacza się energicznie w background Serriesa i Lo, prawdziwie ambientowy, post-elektroniczny, post-rockowy. Ta niebywała plama dźwiękowa, od czasu do czasu, pokazuje nowy kolor, nową barwę, a cała zatopiona jest w mutującym się pogłosie. Jeśli skupiony słuchacz zanurzy głowę w niezaprzeczalnej urodzie tej muzyki (trans! mantra!), to straci już wszelkie szanse, a także ochotę, na jakąkolwiek drogę powrotną.

Każda kolejna pieśń Yodok III jest jakby wchodzeniem ciągle do tej samej rzeki, ale wszyscy świetnie wiemy, że żadna rzeka nigdy nie jest taka sama. Baa, jest zupełnie inna niż chwilę temu, inna, niż rzeki w okolicy. Ta prosta, piękna muzyka pełna jest paradoksów. Nie stroni od melodii i harmonii, kipi rockowymi emocjami i ma niebywałą, oniryczną i plastyczną głębię. Moc oczyszczającej psychodelii i niejednoznaczności. Każde powtórzenie w procesie żmudnej narracji jest jakby napoczynaniem innej historii. Tu, w trakcie drugiego fragmentu, drummer dla odmiany jest z nami od pierwszej sekundy. Gra marsza, podczas gdy gitara i tuba, tudzież flugabone, płynną wytrawnymi pasażami, delikatnie, ale systematycznie eskalując się. Ta muzyka w każdej swej edycji zawiera długą introdukcję, istotne rozwinięcie, które ma dramaturgiczny szczyt i wielominutowe wybrzmiewanie, aż do stanu całkowitej ciszy. Repetytywny minimalizm Yodok III ma niezwykle bogatą fakturę, niczym Wielka Orkiestra Londyńskich Improwizatorów w trakcie koncertu jubileuszowego.




Gdy sięgniemy po kolejne studyjne nagranie Yodok III (podwójny winyl The Sky Flashes The Great Sea Yearns; tf144, 2015) ***), zarejestrowane w Anderlechcie, w czerwcu 2014 roku, natrafimy dla bliźniaczą muzykę, ale delikatnie rozwarstwioną w czasie. Dziewięćdziesiąt minut, cztery strony winyla, daje ciekawą, dodatkową porcję czasoprzestrzeni, która sprawia, iż muzyka jest jakby bardziej monumentalna i delikatnie spowolniona (orkiestracja godna Mahlera, chciałoby się rzec). Długa płyta, z długimi introdukcjami, pełna brzmieniowych i aranżacyjnych niuansów. Tu drummer, na pierwszej stronie, wchodzi po 11 minucie, gdy partnerzy są już soczyście upaleni i brną w nieskończoność dźwiękowej tekstury. Armia nuworyszy współczesnej elektroniki nie byłaby w stanie stworzyć tak onirycznej ściany dźwięków, jak czynią to Serries i Lo. Narracja na stronie pierwszej, na finał galopuje już wprost z piekła do nieba! Na stronie drugiej spotkamy przykład absolutnie zwartej i jednowymiarowej struktury muzyki, granej przez gitarzystę i tubistę – prawdziwie symfoniczny dron. Cześć trzecia dostarcza moc subtelnych, mgławych i niejednoznacznych ekspozycji perkusyjnych. To Järmyr jest tu prowodyrem i kreatorem. Muzyka jest pozornie senna, potrafi przywoływać w pamięci nawet This Mortal Coil sprzed 35 lat, choć podszytą niepokojem godnym każdego odcinka Twin Peaks! Elektroakustyczny szelest drummera tworzy bazę, na której budowany jest improwizowany ambient gitary i tuby. To kolejny przykład na to, że muzyka Yodok III zaczyna się repetytywną melodią, a kończy egzystencjalnym krzykiem. Czwarta strona ponownie zaczyna się w rękach perkusisty. Barwna, wielowymiarowa opowieść, którą bierze w swoje ręce gitarzysta i niczym król Midas czyni nieśmiertelną. Im więcej razy słuchasz tej muzyki, tym więcej odnajdujesz różnic i zaskakujących odmienności. Jeśli masz dużo czasu, by zakochać się w niej, jeśli lubisz poznawać nowe dźwięki step by step, to jest płyta właśnie dla Ciebie!




Uzupełnieniem dyskografii Yodok III, w ramach serii Nowej Fali Jazzu, są dwie kasety, zawierające muzykę koncertową. Pierwsza z nich zarejestrowana została w Norwegii (październik 2013) i jest dostępna pod tytułem Live At Dokkhuset, Trondheim (tf148, 2015; dwa traki, 60 min). Druga zaś powstała w Belgii (czerwiec 2014) i nosi tytuł Live At De Singer Rijkevorsel (tf149, 2015; dwa traki, 63 min). Gdybym miał opisać jej zawartość, nie angażując na dłużej Czytelnika, zaproponowałbym opcję kopiuj wklej opisu nagrań studyjnych. Wejdź do tej rzeki, a poznasz prawdę! ****).




W ramach uzupełnienia opowieści o Yodok III, winniśmy – na sam już koniec tej opowieści – pochylić się nad dwoma wydawnictwami formacji The Void Of Expansion, które dopełniają czternaście pozycji katalogi serii. To duet Dirka Serriesa i Kristoffera Lo, czyli dwie-trzecie Yodok III. Zarejestrowane i wydane zostały do tej pory dwa spotkania, które miały miejsce dzień po dniu, w lutym 2014 roku. Najpierw muzycy koncertowali, potem zaś odbyli przemiłe spotkanie w studiu.




Efekt foniczny tej drugiej okoliczności dostępny jest na winylu Ashes and Blues (tf139, 2014; trzy fragmenty, 40 min). Gitara Serriesa gra tu pełniejszym soundem i nieco ostrzej niż ma to miejsce na płytach Yodok III. Także inaczej zachowuje się perkusista, który jest w grze od pierwszej sekundy rejestracji. Struktura samej muzyki jest bardzo podobna, ale zdarzenia akustyczne następują tu jakby szybciej. Narracja jest gęsta, dotkliwa, pełna brudu i zgiełku na gryfie gitary. Jakby Yodok III podniesiony do drugiej, a chwilami nawet trzeciej potęgi. Od ciszy do wrzasku, od muskania strun i membran po ogniste eskalacje. Gitara wciąż w estetyce trwającego dark-ambient. Rockowa psychodelia, to z kolei dobry kierunek myślenia dla zagubionego recenzenta. Trzy kilkunastominutowe perełki improwizacji, podobne do siebie, jak krople wody, ale niebywałej urody, pełne repetycji i ciągłych powrotów. Utrwalanie, niezapominanie, wieczność.

Koncert Live At De Singer Rijkevorsel z 2014 roku (kaseta, tf150, 2015; trzy tytuły, 53 min) przynosi trochę niespodziewanie, bardziej spokojną muzykę. Więcej tu nostalgii, zadumy i wyczekiwania na ruchy współpartnera. Nie brakuje skromnych ekscesów sonorystycznych perkusisty. Klimatycznie, transowo, bez przecinków i znaków zapytania. Emocje ubrane w improwizacyjne czarne płaszcze do samej ziemi.




Wszystkie wydawnictwa A New Wave Of Jazz ukazują się w limitowanych nakładach: CD – 300 sztuk, winyl – 240 sztuk, kaseta zaś 120 sztuk. Wszystkie są one dostępne do odsłuchu i zakupu na stronie bandcamp.


*) Kodian Trio – już po opisywanym tu krążku – wydał także Live At Paradox (cd-r) i Volt/ Pletterij (kaseta). Obie pozycji są dostępne w katalogu Raw Tonk Records.

**) Dokładnie w tym samym miesiącu, tenże sam kwartet zarejestrował nagranie dostępne na cd-r Live At Cafe Oto (Raw Tonk Records).

***) Oba wydawnictwa winylowe Yodok III mają, jako jedyne w katalogu serii, status out of print. Szczęśliwie są one obecnie dostępne na CD w ramach reedycji. Box zawiera trzy dyski. Wydał Tonefloat Records, ale już poza serią (tf178, 2016).


****) Najnowsze nagrania Yodok III ukazały się już poza serią NWOJ. Koncert z roku 2015, możemy poznać biorąc do ręki CD Legion of Radiance – Live At Dokkhuset (Consouling Sounds, 2016). Ubiegłoroczny zaś koncert grupy posłuchać możemy na CD/LP The Mountain Of Void – Live At Roadburn 2016 (Tonefloat Records, 2016). Z pewnością przyjdzie czas, by także nad nimi recenzencko się pochylić.