Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Roebke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Roebke. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2016

Gjerstad, Roebke, Vicente, Dikeman, Almeida, Santos Silva, Previte, Rasmussen, Leandre, Cortex, Goldberg, Brötzmann, Knuffke, Lonberg-Holm - zbiorówka letnia, edycja druga


Czas goni nieubłaganie, kalendarzowa jesień za pasem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak sklecić drugą odsłonę letniej zbiorówki najświeższych recenzji, werbalnie poniewierających pachnące nowością, wydawnictwa muzyki improwizowanej.

Przypominam niewtajemniczonym w ten karkołomny proces, iż płyty po tak zwanym odsłuchu premierowym dostają na Trybunie wstępną, kolorową rekomendację (czerwone, żółte, zielone – patrz: prawy bok strony), a następnie trafiają na niniejszą zbiorówkę, gdzie wyrokiem nieznoszącym sprzeciwu, otrzymują ostateczną cenzurkę.


Luis Conde/ Fabiana Galante/ Frode Gjerstad  Give and Take (FMR Records, 2016)

Norweski weteran, Frode Gjerstad, nie zwalnia tempa. Ciągle w podróży, bywa, że koczuje na lotniskach, a jak opóźnienie samolotu jest kilkugodzinne, nie marnuje czasu i nagrywa płyty. Przykładem - recenzowana już na tych łamach płyta Mirrors Edges - poczyniona w Buenos Aires z klarnecistą Luisem Conte, pewnego jesiennego dnia, w godzinach przedpołudniowych. Dziś wraca ów parter (z lekko zmienionym nazwiskiem – przez „d”, ale to ten sam muzyk), a do roli trzeciego, na incydent studyjny zapisała się pianistka, Fabiana Galante (zapewne muzyk lokalny, ale nie daję stuprocentowej gwarancji). Przy okazji - jesteśmy ponownie w Buenos Aires.




Osiem umiarkowanie dynamicznych fragmentów na delikatnie preparowane piano i dwa zestawy dęciaków. Część utworów nosi tytuł Give, część zaś Take, dając przy okazji tytuł całej płycie. Interesująco prezentuje się Fabiana, przy czym mam na myśli zarówno jej nieco szorstką, acz precyzyjną pianistykę, jak i … wygląd zewnętrzny (by jednak skonfrontować moją opinię z rzeczywistością, musicie zajrzeć na discogs.com, gdyż okładka CD takich wrażeń nie dostarczy). Saksofony i klarnety wchodzą w delikatne zwarcia, korzystając ze stonowanego tła fortepianowego. Typowa dla południowców nieśpieszność i brak determinacji, by cokolwiek działa się na już i nie było odpowiednio przemyślane.

Daleki jestem od wskazania tego krążka, jako przykładu doskonałego free improv, ale z odsłuchu czerpię sporo radości i przyjemnych doznań sonorystycznych (Frode trzyma formę!). Rekomendacja zielona nie podlega zatem dyskusji – high!


Jason Roebke Octet  Cinema Spiral (NoBusiness Records, 2016)

Opuśćmy Amerykę Południową na rzecz jej północnej siostry, by wysłuchać Oktetu amerykańskiego kontrabasisty Jasona Roebke. Z tym Panem znamy się nie od dziś, z kompanami jego Ósemki także. Pięć różnych blaszano-drewnianych dęciaków (Berman, Bishop, Stein, Ward i Jackson) i trzyosobowa sekcja z wibrafonem (Adasiewicz) i perkusją (Reed). Tak, tak, jesteśmy zdecydowanie w Chicago i wyłącznie wśród znajomych. Co ciekawe, w zasadzie ten sam skład muzyków grał na tegorocznym, doskonałym koncercie poznańskiego festiwalu Made In Chicago, jednakże pod szyldem Mike Reed’s Flesh And Bone .




Kinowa Spirala to przy okazji druga edycja tego składu. Siedem kompozycji autorstwa lidera, rozpisanych nutkami na osiem instrumentów, prowadzi nas w bardzo zróżnicowany świat nieoczywistych, acz bardzo jazzowych doznań. Mamy skupienie, konstruktywną ciszę, czy też udane kooperacje, będące skutkiem wzajemnej wrażliwości i wyczulenia na wyczyny współpartnerów. Nie brakuje bardziej dynamicznych i po części spontanicznych eskalacji dźwięków, choć przyznaję, że w proporcjach, które nie do końca stawiają mnie na baczność. Dużo grafiki na etapie przygotowań być może nieco temperuje zapędy tych doskonałych improwizatorów, ale podobnie jak w maju, w trakcie koncertu Flesh And Bone, kupuję ten pomysł na muzykę, bez względu na cenę i zdecydowanie pozostaję przy zielonej rekomendacji - high!


Twenty One 4tet (Luís Vicente/ John Dikeman/ Wilbert De Joode/ Onno Govaer)  Live At Zaal 100 (Clean Feed Records, 2016)

Zwartym podsumowaniem dokonania Kwartetu 21, rozpoczynamy bardzo rozbudowany blok recenzji ze znaczącym wątkiem portugalskim!

Ale najpierw rzeczony kwartet. Koncert z holenderskiego klubu Zaal 100 (miejsce, które co raz częściej pojawia się na mapie dobrych europejskich miejsc do grania), to zderzenie konstruktywnej trąbki Luisa Vicente z lokalnym zaciągiem jakże kompetentnych improwizatorów. Johna Dikemana na saksofonie gościliśmy już na łamach Trybuny niejednokrotnie, podobnie kontrabasistę Wilberta De Joode. Stosunkowo mniejszym doświadczeniem może się jedynie wykazać drummer Onno Govaer.




Trzy kwadranse niezwykle rzetelnego i energetycznego free jazzu, podane w czterech odcinkach. Muzycy specjalnie niczym nas nie zaskakują, ale ich warsztat, wyobraźnia, temperament i umiejętność wzajemnego słuchania sprawiają, iż kompulsywna ekspozycja koncertowa mija nam w atmosferze dzikiej przyjemności. Vicente znów na szkolną szóstkę, sprawna sekcja, może jedynie po stronie saksofonisty odrobina dziegciu… To już moja kolejna płyta z jego udziałem, a wciąż mam wrażenie, że słucham tego samego… Ekspresja i hałas, to nie jedyne dostępne środki wyrazu dla saksofonisty z aspiracjami. Także umiejętność, czy też chęć (?) wchodzenia w trwały dialog z gotowym na wszystko trębaczem, nie jest współmierna z moimi oczekiwania w ramach formuły kwartetu free.

Te drobne ambiwalencje nie zmieniają oczywiście oglądu całości. Koncert z Setki na zielono (high!).


John Dikeman/ Fred Lonberg-Holm/ Gonçalo Almeida/ George Hadow  Dikeman, Lonberg - Holm, Almeida, Hadow (Cylinder Recordings, 2015)

O Cylidrowym netlabelu portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy pisałem już w osobnej opowieści. Teraz kolejna pozycja z katalogu wytwórni. Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (uwagi personalne, patrz: w recenzji powyżej), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).




Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza, ale rekomenduję ledwie na middle. Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


Roji  The Hundred Headed Women (Shhpuma Records, 2016)

Doprawdy nie wiem, czy Gonçalo Almeida przeszedł jakieś poważne załamanie nerwowe po rozstaniu z kobietą swojego życia, czy dopadł go kryzys wieku średniego, ale nagrał niezwykle… koszmarną płytę!




Gra tu na gitarze basowej, ostro sfuzowanej i nieziemsko przesterowanej (nota bene, podjąłem wiele prób, by tę muzykę odtworzyć w przyswajalnej akustycznie formie, niestety bez efektu). Towarzyszy mu drummer o ewidentnie … deathmetalowych umiejętnościach. W trzech numerach przez gigantyczną ścianę hałasu próbuje się przebić … też sfuzowana, trąbka Susany Santos Silvy, a gdy ona nie daje rady, do dzieła przestępuje cokolwiek głośny saksofonista, Colin Webster. Efekt jest w sumie dość smutny. Gdyby jeszcze tę muzykę (jaki koszmarny tytuł, przy okazji, no ale to chyba ten miłosny zawód) dało się posłuchać bez zgrzytów, rzężenia i dzikich pisków, to być może obroniłaby się w estetyce ekstremalnego, acz mocno psychodelicznego fussion. A tak, chcąc nie chcąc, pozostaje nam skwitować wysiłki czterech muzyków mało konstruktywnym epitetem - spora katastrofa!

Szkoda, bo w spokojniejszych momentach ta koślawa estetycznie muzyka trochę się broni. Pierwotna rekomendacja zamknęła się trzema znakami zapytania, ostateczna tapla się w powodzi, czerwonej jak krew, rzeki rozczarowania (low!).


Susana Santos Silva/ Christine Wodrascka/ Christian Meaas Svendsen/ Håkon Berre  Rasengan! (Barefoot Records, 2016)

Po Setce koślawych kobiet musimy koniecznie odreagować! Zostawmy na scenie nieco umęczoną, acz tym razem bezwzględnie czystą akustycznie, Susanę Santos Silvę i zaprośmy do zabawy trzy inne akustyczne (dzięki!!!!) instrumenty. Francuska pianistka raczej starszej generacji, potrafiąca przepięknie improwizować z wnętrza swego instrumentu i dwóch młodzieniaszków ze Skandynawii (Norwegii?), niebywale kompetentnych w zakresie operowania kontrabasem i skromnym zestawem perkusyjnym, czego dowodzi Rasengan! – niedługa, ale bardzo frapująca opowieść w estetyce free improv.




Bywają płyty przegadane, bywają nagrania urywane w pół słowa. Tu – w sierpniu ubiegłego roku w Cafe Mir, w Oslo – wszystko przebiegło w sposób właściwy i niebudzący wątpliwości nawet stetryczałego recenzenta takiego Jazz Forum (wyobraźcie sobie, że to dziwne pismo ciągle się ukazuje…). Nagranie trwa mniej niż 40 minut i generuje ogromną pazerność na coś jeszcze, ale w tym konglomeracie szeptów, krzyków, dysonansów i delikatnych przepięć energetycznych zachowano modelowe wręcz proporcje. Dlatego wydawnictwo duńskiej oficyny Barefoot dostaje ode mnie high!, tak zielone, jak lasy spowijające uroczą Maderę. Piękna płyta!


RCJ (Luiz Rocha/ Diego Caicedo/ Marko Jelača)  Adeptus Exemptus (Discordian Records, 2016)

Kończąc wątek portugalski, najnowsza pozycja katalogowa… barcelońskiego netlabelu DR – trio RCJ. Odszyfrujmy ten skrót: Rocha - klarnecista z Brazylii (mieszka w Barcelonie), Caicedo - gitarzysta z Portugalii (?) i serbski po ojcu, acz kataloński z rezydencji, perkusista Jelaca.




Trzynaście uroczych opowieści w estetyce bardzo swobodnej improwizacji, z delikatnymi, jak na gatunek, pasażami klarnetu, nieco rozwichrzoną i maczaną w psychodelii gitarą elektryczną (ale bez rockowych sznytów) i kompetentną, stylową robotą perkusyjną. To drugi krążek tria (poprzedni dostępny też elektronicznie z DR). Nazwanie tej muzyki relaksacyjnym free improv, byłoby pewnie grzechem, ale osobiście dobrze mi się przy tej muzyce… odpoczywa. Nic na siłę, bez krzty pretensjonalności, choć także ze świadomością, iż rewolucja nie jest jeszcze naszym udziałem. Przyszłość pokaże, czy trop jest właściwy. High!


Bobby Previte & The Visitors  Gone (ForTune Records, 2016)

Jeśli dwie dekady temu lubiliście słuchać wytrawnego jazz-rocka/ nowoczesnego fussion, wprost z Nowego Jorku, jeśli w odtwarzaczach biegały krążki takich zespołów jak Lost Tribe, czy Weather Clear, Truck Fast, to kupujcie Gone bez straty czasy na lekturę tego omówienia.




Relacja z ubiegłorocznego, warszawskiego koncertu kwartetu doskonałego perkusisty, kompozytora i pełną gębą band lidera, Bobby Previte’a (to on kierował drugim z przywołanych wyżej zespołów), przynosi właśnie tę oczekiwaną porcję radości. Zgrabne tematy, udane harmonie, kompetentne improwizacje, nieprzegadane choćby na moment, wreszcie duża dyscyplina w kreowaniu muzycznego spektaklu. Dodajmy, że składu Gości dopełniają: Michael Kammers (saksofon tenorowy, organy, piano), Michael Gamble (gitara elektryczna) i Kurt Kotheimer (gitara basowa).

Dla mnie to oczywiście jedynie middle, ale dam podpórkę high, choćby w podziękowaniu za przyjemność i relaks, jaki daje odsłuch tego koncertu. Smakowite, jakkolwiek.


Silva/ Rasmussen/ Solberg  Free Electric Band (ForTune Records, 2016)

No i kolejna krajowa produkcja (intensywność, z jaką oficyna ForTune zalewa rynek muzyczny godna jest pochwały), ponownie relacja z incydentu koncertowego popełnionego z tej strony Odry (tym razem Wrocław), dwa lata temu i trio jednak dość szczególne.




Absolutny weteran free jazzu, Alan Silva, w czasach pionierskich gatunku głównie kontrabasista, od trzech dekad raczej sięgający po instrumenty klawiszowe i realizujący się także jako kompozytor dużych formacji muzycznych. Na okoliczność koncertu, który wypełnia ten krążek, zwarł szeregi ze skandynawskim zaciągiem młodzieży - Mette Rasmussen na altowym saksofonie i dobrze już nam znany (choćby z występów z Johnem Russellem) Ståle Liavik Solberg na perkusji. Sam Silva instrumentalnie produkuje się na syntezatorze. Ta trójka postanowiła przyjąć nazwę Free Electric Band. Odważna i w sumie trafna decyzja.

W trakcie trzech kwadransów koncertu, dzieje się naprawdę wiele. Jest atak, jest obrona, są chwile grozy i nostalgiczne momenty wyciszenia. Mette na szybkim alcie, wiele daje obrazowi całości, choć do zachwytów nad jej warsztatem i pomyślunkiem, z którym stykam się, czytając recenzje innych, na razie daleko. Silva bywa tu – jak ma w zwyczaju – dość barokowy (innymi słowy, sto pomysłów na minutę), ale dobrze kontrolowany kompetentnym drummingiem Solberga, nie broi zanadto.

Mimo początkowych wątpliwości, ta muzyka przy kolejnych odsłuchach zdecydowanie się broni, zwłaszcza po trzydziestej minucie, zatem rekomenduję na zielono (high!).


Joëlle Léandre/ Théo Ceccaldi  Elastic (Cipsela Records, 2016)

Portugalska inicjatywa wydawnicza i francuski duet damsko-męski na kontrabas i skrzypce. Skrzyżowanie dwóch pokoleń improwizatorów, w ramach domowego występu w roku ubiegłym, u niejakiego Albana Causse. Limitowana edycja, specyficzna szata edytorska i muzyka, która z jednej strony jest… absolutnie wspaniała (barokowe brzmienie i rezolutna improwizacja!), z drugiej zaś po jej odsłuchu w całości, czegoś mi brakuje. Sam nie wiem, czy chodzi o fragmenty niedopowiedzianej improwizacji, niczym zdania urywane w pół słowa, czy ewentualne zabiegi postprodukcyjne (ktoś ciął ten materiał?).




Z uwagi wszakże na oczywiste piękno tej muzyki, rekomenduję na zielono (high!) i zdecydowanie proszę o więcej muzyki tego niezwykłego duetu


Cortex  Live In New York (Clean Feed Records, 2016)

Czas zdynamizować nasz dzisiejszy odsłuch! Na scenie brooklyńskiego IBeam kompetentny i modelowy, jeśli chodzi o instrumentarium, kwartet freejazzowy - Thomas Johansson na trąbce, Kristoffer Alberts na saksofonach, Ola Hryer na kontrabasie, Gard Nilssen na perkusji. Zwarty, intensywny, chwilami stosownie zaczepny i lubiący nieprzegadane eksploracje sonorystyczne, dokument koncertowy, kończący się zdecydowanie przed czterdziestą minutą.




Mimo, iż w muzyce młodych Skandynawów nie ma specjalnych zaskoczeń, a kierunki improwizacji biegną wedle dawno wyznaczonych reguł gatunku, to tego koncertu słucha się naprawdę bardzo dobrze, zwłaszcza w tych codziennych chwilach, gdy nasze oczekiwania wobec rzeczywistości, nie tylko muzycznej, są odrobinę wygaszone.

Rekomendacja? Niech będzie high!, ale z delikatną podpórką middle, z uwagi na zasygnalizowany wyżej, niższy niż zwykłem oczekiwać, poziom nowatorstwa tej muzycznej propozycji.


The Out Louds (Ben Goldberg/ Mary Halvorson/ Tomas Fujiwara) The Out Louds (Relative Pitch Records, 2016)

Blok udanych i naprawdę frapujących pozycji naszej późnoletniej zbiorówki, zakończy urocze międzypokoleniowe spotkanie nowojorskie. Klarnecista Ben Goldberg, gitarzystka Mary Halvorson i perkusista Tomas Fujiwara – to muzycy, których zaprawionym słuchaczom muzyki improwizowanej przedstawiać chyba nie trzeba. Z Benem zetknąłem się dwie dekady temu, gdy z lubością eksplorowałem muzykę powstającą wokół postaci Johna Zorna. Ten klarnet zawsze brzmiał indywidualnie, a dzierżący go w rękach muzyk sprawiał wrażenie, że na wszystko ma czas.




Dziś, w ramach spotkania, które opatrzono podmiotową epitetem The Out Louds (bardzo trafnie zresztą), jeśli chodzi o Goldberga nic się nie zmieniło. Nadal jego grę wspaniale się słucha, a że i partnerów ma pierwszorzędnych, to w sumie po co szukać dodatkowego uzasadnienia dla oczywistego podsumowania tego krążka w estetyce zielonej (high!). Dodam jedynie, że studyjne spotkanie tej trójki na Brooklynie sprzed dwóch lat, zaowocowało aż jedenastoma fragmentami swobodnej improwizacji, dobrze wypalonymi na krążku Relative Pitch (a to ciekawa oficyna i onegdaj zapewne warto będzie poświęcić jej kilka słów).


Defibrillator & Peter Brötzmann  Conversations About Not Eating Meat (Border Of Silence Production, 2016)

Whit Dickey/ Kirk Knuffke  Fierce Silence (Clean Feed Records, 2016)

Michael Bisio/ Kirk Knuffke  Row For William O. (Relative Pitch Records, 2016)

Stirrup (Fred Lonberg-Holm/ Nick Macri/ Charles Rumback)  Cut (Clean Feed Records, 2016)


Słowo się rzekło, zatem przed nami już tylko krążki, które – każdy z trochę innych powodów – wrzucam u progu degresywnej jesieni, do dużego wora o skromnym tytule Szkoda Waszego Czasu.

Defibrillator? Elektroniczny puzon, kable i metalowy drumming plus dęta ściana dźwięku w wykonaniu Petera Brotzmanna. Za głośno i w sumie nie wiadomo, ku czemu ta inicjatywa artystycznie zmierza…I homeryckie iście pytanie, skąd w doskonałych muzykach improwizujących ta destruktywna potrzeba taplania się w hałasie?

Knuffke w dwóch duetach? Muzyk nagrywa wiele płyt, ciągle go pełno. Może zbyt wiele… Dickey i Bisio to świetni muzycy, ale w konfrontacji z czystym jak łza brzmieniem trąbki Kirka, nie wnoszą nic do naszej wiedzy o świecie współczesnym. Myślę, że monachijski ECM winien niezwłocznie wykonać telefon, a Knuffke natychmiast go odebrać. Jeśli ktoś gustuje w oczywistym jazzie, to jest to właściwy trop.

Stirrup? Melodia, rockowe frazy, beznamiętna sekcja. Rozumiem, że nawet tak wyśmienity muzyk jak FLH ma prawo nagrywać, co tylko chce. Ja – też mam prawo – nie lubić takiej muzyki.


czwartek, 8 września 2016

Nate Wooley – Dancing with Strings


W czasach nadprodukcji dźwięków na scenie muzyki improwizowanej, w okolicznościach, które sprawiają, iż każdy koncert jest okazją do wydania płyty, uniknięcie kompulsywnego pędu do gonienia za nowościami jest prawie niemożliwe.

Sam tej galopadzie ulegam na każdym kroku, a dowodem, że nie kłamię, comiesięczne, wielostronicowe zbiorówki recenzji z nowości wydawniczych, które upubliczniam na tej stronie. Już dziś do kolejnej zbiorówki (drugiej części letniej) na krótkie omówienie czeka blisko… 20 nowych płyt.

U progu nowego miesiąca postanowiłem zaprotestować przeciwko temu procesowi i do samochodowego odtwarzacza wrzuciłem krążek jednego z moich ulubionych artystów, który światło dzienne ujrzał dwie epoki lodowcowe temu, czyli w roku 2010. Zachwycony muzyką na powrót odkrywaną, czynność tę kolejnego dnia powtórzyłem. W sumie sięgnąłem po cztery takie stare płyty i powstała mi z tego całkiem nowa opowieść. A było mi tym łatwiej, że wszystkie one zdruzgotały moje narządy słuchu swoją w oczywisty sposób fantastyczną muzyką. Niby pamiętałem o tym z poprzednich odsłuchów, ale ta prawda dnia, prawda ekranu uświadomiła mi całą absurdalność owej pogoni za nowym i niepoznanym, refleksją nad którą zacząłem dzisiejszego posta.

Cztery poniżej zaprezentowane krążki, nagrane przez wspaniałego, nowojorskiego trębacza Nate’a Wooleya w latach 2006-2011, łączy wspólna cecha. Wszystkie one powstały wyłącznie w towarzystwie instrumentów strunowych! A zatem niechybnie - swobodne Tańce ze Strunowcami!


Mary Halvorson/ Reuben Radding/ Nate Wooley  Crackleknob (hatOLOGY, 2009)

Cofnijmy się o pełną dekadę. Jest listopad 2006 roku, jesteśmy w Nowym Jorku, na Brooklynie, dokładnym będąc. Troje przyjaciół (jeden 40 letni, dwoje pozostałych tuż po trzydziestce) czas jakiś wspólnie koncertuje po lokalnych klubach. Wszyscy są zadowoleni z chemii, jak się wytworzyła w tej trzyosobowej grupie społecznej, zatem nie dziwi decyzja, by spotkać się w studiu nagraniowym (STATS) i udokumentować fonicznie kilka fajnych dźwięków.




Otóż i rzeczona trójka - kontrabasista Radding, muzyk o sporym już dorobku muzycznym, od kilkunastu lat wzięty muzyk na scenie downtownowej (ci z Was, którzy dwadzieścia lat temu upychali na półkach płyty z Knitting Factory, z pewnością zetknęli się z tym świetnym muzykiem), gitarzystka Halvorson, wtedy raczej na dorobku, znana głównie z kompetentnego partnerowania samemu Anthony’emu Braxtonowi, no i trębacz Wooley, podobnie jak Mary, jeszcze bez istotnego, autorskiego portfolio.

Muzycy rejestrują 50 minutowy materiał w dziesięciu odcinkach, o ciekawych, bardzo literackich tytułach (źródło inspiracji do odczytu wewnątrz opakowania). Nagranie rozpoczyna się w oparach niepokoju, generowanych przez dziki dźwięk kontrabasu, którego dobrze naoliwione struny zdziera kosmaty smyczek. Obok szumi lekko przegrzany wzmacniacz. Przez tą gęstą pajęczynę dźwięków nieśmiało przebija się Mary, używając gitary o delikatnie wzmocnionym soundzie. Zmyślnie improwizuje, trochę na uboczu i jakby w oczekiwaniu na jakąkolwiek podpowiedź rytmiczną ze strony kolegów. Ale nie w tym gronie, nie w tej okoliczności… Nate zawieszony po środku, wysokim i stosunkowo czystym tonem ochoczo wchodzi do gry. Trochę robi tu za porządkowego i szuka przestrzeni. Improwizacja biegnie nieśpiesznie, w formie krótkich, przemyślanych interwałów muzycznych, częściej w wymiarze kolektywnym niż solowym. Okazuje się, że Wooley lubi atakować znienacka. Daje się towarzystwu wyszumieć, często czeka aż Reuben i Mary powiedzą, co mają do powiedzenia, nieco się posprzeczają, a potem … nie bierze już jeńców. Sposób narracji na ogół wychodzi od strunowców (chwilami ich walking jest odrobinę natarczywy). Gdyby częściej oddawali prym pełnemu emocji i pomyślunku trębaczowi, całość byłaby dalece doskonalsza. A tak jest tylko świetna!


Nate Wooley/ Fred Lonberg-Holm/ Jason Roebke  Throw Down Your Hammer And Sing (Porter Records, 2009)

Tym razem nasz nowojorczyk w delegacji! Dociera do Wiecznego Miasta i z dwoma ekstremalnie kompetentnymi klientami, w okolicznościach studyjnych, popełnia… genialną płytę! Freda Lonberg-Holma na wiolonczeli (i elektronice!) nie trzeba w tym gronie specjalnie rekomendować. Myślę, że podobnie rzecz się ma z Jasonem Roebke, wyśmienitym kontrabasistą (dziś także band liderem i kompozytorem – niebawem coś Wam o tym opowiem!). Tu mamy rok 2007, rzucamy młotem, a zaraz potem śpiewamy. Dokładnie – to trzy instrumenty, wspierane zmyślną elektroniką, śpiewają.




Wooley, ordynarnie wciśnięty pomiędzy ostro preparujące wiolonczelę i kontrabas, niczym między biodra deflorowanej nastolatki, stara się łapać oddech i nanosekundę na twórcze określenie swojej roli w syntetycznie swobodnej improwizacji, rozpoczętej z dalece wysokiego ! Elektronika Freda wprowadza do tej muskularnej przepychanki dodatkowy dysonans poznawczy. To trio stać na naprawdę wiele. Hałas? Czemu nie… Kameralistycznie? Tym bardziej… Industrialnie? Damy radę… Introwertyczny trębacz znów cierpliwie czeka na swój moment i genialnie podejmuje wątek improwizacji, na tle skomlących strunowców. Piękne preparacje! Wyjątkowa flora akustyczna! Pięć kilkunastominutowych opowieści zapierających dech w piersi. A i serce słuchacza… samoistnie rwie się do lotu. Fred sampluje jakieś humoreski. What a game!

Jakże bardzo chcielibyśmy więcej. Po godzinie tego nagrania, niestety musimy iść do domu. To niesamowite trio jeszcze tylko raz pojawia się na wydawnictwie płytowym. To splitowy winyl wydany z innym triem Shaldon Siegel (nieznani muzycy belgijscy), a wydany w roku 2013 przez Smeraldina-Rima/ Croxhapox (ktokolwiek to jest). Dwie, łącznie 18 minutowe improwizacje, których… jeszcze nie słyszałem. Świat jest okrutny.


Joe Morris/ Nate Wooley  Tooth and Nail (Clean Feed, 2010)

Na osi czasu lądujemy w roku 2008. Przestrzeń studyjna w nowojorskiej Roulette. Spotkanie być może z inspiracji gitarzysty Joe Morrisa, starszego kolegi Nate’a z niejednej nowojorskiej ulicy (w każdym razie, to on pisze rozbudowane liner notes, sytuujące nagranie duetu na tle… dwustu lat muzyki improwizowanej, sic!).

Z Morrisem zetknęliśmy się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad jakieś sto tysięcy razy. Bywały kwartały, że jakakolwiek nowojorska płyta z muzyką improwizowaną nie mogła się odbyć z udziału jego gitary, okazjonalnie także kontrabasu, czy gitary basowej. Do dziś jego aktywność muzyczna bywa imponująca. Ostatnimi czasy lubi głośno pohałasować, na modłę rockową, czym zresztą nie przysparza sobie sympatyków, przynajmniej na Trybunie.




Na szczęście, na sesję z Wooleyem dotargał jedynie gitarę akustyczną, zatem wybrał formę artystycznego wyrazu najbardziej mi odpowiadającą. Panowie popełnili ponad godzinę swobodnie improwizowanej muzyki, która podzielona na osiem fragmentów opisanych tytułami, trafia do naszych odtwarzaczy, dzięki portugalskiemu pośrednikowi.

Ząb i Gwóźdź – molekularna, kompulsywna, skrajnie indywidualna bitwa na zaskakujące interakcje, ewidentnie w skali mikro. Swoiście minimalistyczna perła free improv. Sonorystyka, ekwilibrystyka, galaktyka. Wybitna, improwizowana opowieść bez jakichkolwiek rytmicznych aspiracji. Ona jest, ona się toczy, ona wypełnia nam zwoje mózgowe pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. Dźwięk, czasami pojedynczy, interakcja, dźwięk. Niczym Trevor Watts i John Stevens w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble, Nate i Joe generują pajęczynę mikrozdarzeń, brzmiąc przy tym czysto, niczym para barokowych skrzypków. Porozumienie iście paranormalne, bo chyba z kosmosu. Co za muzyka!!!

Być może najwybitniejsza płyta w dorobku Joe Morrisa, z pewnością jedną z najlepszych w kilkunastoletniej – jak dotąd - muzycznej gehennie Nate’a Wooleya.


Joe Morris/ Agusti Fernandez/ Nate Wooley  From The DiscreteTo The Particular (Relative Pitch Records, 2012)

Pozostajemy w otchłani wschodnioamerykańskiej dżungli. Do pary geniuszy, którzy trzy lata wcześniej nagrali Tooth and Nail, dołącza via. Ocean Atlantycki, zapewne rejsowym samolotem, wyśmienity kataloński pianista Agusti Fernandez. Na okazjonalną kolację muzycy rezerwują scenę klubu Firehouse w New Haven, Connecticut. Nie wiemy, czy z drugiej strony sceny ktoś zasiadł, bo w nagraniu nie słyszymy oklasków. Jest połowa lipca, pięć lat temu, za oknem pewnie skwar.




Ponad pięćdziesięciominutowa opowieść w siedmiu częściach. Agusti gra pełnym dźwiękiem, początkowo nie sięgając po arsenał zmyślnych preparacji (choć pamiętamy, że fortepian to także instrument… strunowy!). Morris, zupełnie niepotrzebnie, słysząc spokojne pasaże wprost z klawiatury, poczuwa się do obowiązku trzymania rytmu. Akordami smaga czoła interlokutorów, z których jeden prawdopodobnie grzebie przy ustnikach, bo na razie nic nie gra. Być może, jak to ma w zwyczaju, czai się do skoku…. Atmosfera fermentującego oczekiwania trwa do kluczowego, środkowego fragmentu Hieratic. Agusti zgrabnym podskokiem ląduje we wnętrzu swojego fortepianu, Joe porzuca zgubną myśl o szukaniu rytmu, a Nate odpala torbę z tłumikami własnej roboty. Zaczyna się prawdziwa jazda. Drżą okna w naszych domach, gotuje woda w czajniku, mimo, iż wcale nie mamy teraz ochoty na ciepłe napoje. Taka gęsta, konstruktywna pogadanka na trzy dobrze zestrojone instrumenty trwa już do końca tego nagrania, szczytując niechybnie w trakcie genialnego finału Chums Of Chance. Morris chwyta wtedy w dłoń dobrze zaostrzony smyczek i zaczyna poszerzać przestrzeń akustyczną studia po sam dach (a może nawet wskakuje na niego). Wooley już dawna atakuje nas z pozycji podniebnej, Fernandez zaś, w poszukiwaniu ostatniej struny fortepianu, osiąga wieczną ekstazę. Po ostatnim gwizdku czujemy dziwną pustkę. Być może to efekt obcowania z wyjątkową muzyką, choć, po prawdzie, dopiero od hieratycznego pasusa.


Przestańmy gonić uciekającą rzeczywistość. Nie dajmy się zwieść powabowi nowego, pozornie świeżego, acz zapewne zupełnie zbytecznego. Nie odpalajmy co kwadrans fejsbuka. Przecież nikt do nas nie pisze! Nie zmieniajmy komputera, ani telefonu na nowy. Na starym przyklejmy sobie oldskulowy emblemat. Sięgnijmy po płytę, która od dekady zalega na najwyższej półce i tapla się w kurzu, a my zapomnieliśmy, jak bardzo wzruszyła nas epokę temu, gdy wydaliśmy na nią skromne 60 złotych z okładem.


Przeżyjmy ekstazę! Muzyka wszak jest wieczna!


poniedziałek, 23 maja 2016

SwitchbackI Chancey! Reed! – chicagowskie dożynki 2016, wersja udana


Trybuna z radością donosi, iż jej Autor nareszcie miał okazje uczestniczyć w koncertach muzyki improwizowanej w swym matczynym Poznaniu!

Okazja chwalebna, albowiem właśnie w miniony weekend odbyła się XI edycja festiwalu Made In Chicago. Impreza to specyficzna i poniekąd wyjątkowa, choć po prawdzie jej idea, a także atrakcyjność przeszła już raczej do historii, zapewne wraz ze śmiercią jej twórcy i animatora dobrej kultury, Wojtka Juszczaka. Choć miasto Chicago należy do bardzo dużych aglomeracji świata współczesnego, trudno wypełniać program festiwalu wyłącznie jej muzykami, przez drugą już dekadę.

Zresztą moja obecność na kolejnych edycjach, już po roku 2010, bywała raczej śladowa. W pamięci tego okresu migoczą mi jedynie dwa genialne koncerty - Henry Threadgilla (2011) i duetu Roscoe Mitchell/ Mike Reed (2013).

Tegoroczne chicagowskie muzykowanie – pomimo powyższych ambiwalencji – pozostawiło wszakże w mojej głowie wyłącznie pozytywne konotacje. Uległ zmianie termin festiwalu (z listopada, który co roku w naszym zacnym kraju obfituje w mnogość podobnych spędów, takich jak Krakowska Jesień Jazzowa, czy wrocławski Jazztopad), trochę zmieniła się formuła (kilka nowych miejsc do grania i słuchania), wreszcie na okoliczność imprezy w programie pojawiły się nazwiska nie tylko muzyków z Chicago.




Pierwszy dzień, nazwany pokrętnie Club Tour, obfitował w cztery koncerty, w czterech różnych miejscach, odbywające się godzina po godzinie. Pomysł na pewno nowatorski, choć w praktyce, po stronie publiczności, praktycznie niemożliwy do realizacji (czyli niech rękę podniesie ten, kto zdołał zobaczyć wszystkie koncerty w całości!). Nie wspomnę już, że na tych, którzy zdecydowali się zobaczyć je wszystkie, grosza nie zarobili lokalni barmani (czas pomiędzy koncertami przyjmował wartości ujemne).

Najpierw solo piano w sklepie z fortepianami (Jeremy Khan był tu tytułem wykonawczym), ale bez udziału Waszego Autora. Zacząłem w Scenie na Piętrze, do niedawna arenie głównej dożynek chicagowskich. Na scenie dwóch stałych uczestników tej zabawy (Harrison Bankhead i Avreeyal Ra), pianista nierozpoznawalnej nacji i korpulentna starsza Pani na tenorze - Julie Wood. W repertuarze evergreeny chicagowskiej historii. Pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia. Hmm…. Chociaż śpiewający przez moment Harrison był na swój sposób uroczy.



Potem już szybki sprint do Dragona (na szczęście jakieś 66 metrów w linii prostej) i bardzo smakowity kwartecik, powołany do życia właśnie na tę okoliczność koncertową. Weteran wielu bojów, jeszcze u boku wspaniałego Sun Ra i jego Arkestry, doskonały waltornista Vincent Chancey zabrał ze sobą na małą klubową scenę trójkę równie kompetentnych graczy – klarnecistę basowego Josha Steina (lat temu dziesięć męczył się w pewnym zupełnie niedanym projekcie Kena Vandermarka, Bridge 61), kontrabasistę Jasona Roebke (znamy się świetnie!) i naszego rodzimego drummera Kubę Suchara (kiedyś wyjątkowy Robotobibok, teraz Mikrokolektyw chociażby). Choć Panowie grali ze sobą pewnie pierwszy i być może ostatni raz, efekt końcowy był bardziej niż wyśmienity. Grająca bardzo melodyjnie waltornia pięknie kreowała przestrzeń dla improwizacji całej czwórki. Doskonale radził sobie Stein (chyba jednak ma na rozkładzie wspólne granie z Chanceyem, bo rozumieli się jak bracia syjamscy), piekielnie precyzyjnie pracowała sekcja. Roebke, wiadomo – klasa światowa, Suchar – nie chciał być gorszy i choć nie miał wiele okazji, by pograć na swój ulubiony drum’n’basowy sposób, to ani na moment nie pozostawał w tyle za amerykańskimi przyjaciółmi. Godzina minęła w mgnieniu oka i znów trzeba było uciekać na inny koncert!



Tym razem już na stojąco (inni byli szybsi!), w sporym tłumie, w pewnej odległości od sceny (szczęśliwie wzrost mam ponadprzeciętny i coś widziałem). Na scenie klubu Las (kompleks Off Garbary!) kwartet, który miłośnicy rasowego free jazzu znają z jednej płyty wydanej w tutejszym Multikulti, czyli Switchback. Międzynarodowe towarzystwo, mieszanka krwi niemieckiej, wschodnio i środkowoamerykańskiej, a także polskiej. Sekcja Klaus Kugel – Hilliard Greene zabiła nas swoimi kompetencjami na niejednej już płycie absolutnie modelowego free. Mars Williams – torpeda o wzroście siedzącego psa *) – to postać niewymagająca referencji, przy okazji pierwszy saksofonowy współpartner Kena Vandemarka w jego epokowym The Vandermark 5. Muzyk, który fonograficznie nie ujawnia się światu zbyt często, nad czym winniśmy nieustannie ubolewać. Wreszcie Wacław Zimpel, mimo wciąż młodego wieku, po prawdzie już ikona polskiej muzyki improwizowanej. Płyta wydana dwa lata temu, nagrana została w okolicznościach koncertowych i muzyka na niej zawarta już wtedy kipiała nieprawdopodobną energią. Spotkanie piątkowe, energetyczność tą zmultiplikowało po wielokroć. Ogromna chemia na linii Williams – Zimpel niesie ten kwartet naprawdę wysoko, czemu bardzo sprzyja dosadność i korpulentność sekcji. Doskonały koncert. I ciekawa refleksja osobista: w wielu ujawnieniach muzycznych Zimpela, brakuje mi nieco energii i ekstrawertyki. Tu, w switchbackowej konwencji, czuję jej tyle, że wszelkie ambiwalencje rozpływają się w obłokach ich absurdalności. Prawdziwy wulkan klarnetu!



Festiwalowa sobota, to dwa koncerty w Sali Wielkiej lokalnego CK Zamek. Osobiście pofatygowałem się na pierwszy z nich. W zapowiedziach wyglądało to dość groźnie - Flesh and Bone. Po pierwsze będzie to projekt (uff), po drugie na temat konfliktów rasowych ze słowem mówionym (matko, ratuj!), po trzecie w sumie aż oktet muzyków, zatem pewnie dużo nutek na pulpitach i ogrom bezczelnej zadumy. Rzeczywistość okazała się zdecydowanie bardziej przyjazna. Ośmiu muzyków – fakt, w tym dwóch operujących jedynie głosem, po części mówionym – fakt, pięciolinie na pulpitach – fakt, ale efekt całości… naprawdę zaskakujący. Cztery dęciaki, w tym wczorajszy bohater Josh Stein i inny, znamy nam z tego festiwalu, świetny alcista Greg Ward, na kontrabasie znów Jason Roebke, a na perkusji lider i pomysłodawca całego zamieszania, Mike Reed. Plus dwóch spokenwordowców - pierwszy z nich, czarnoskóry, w niedbale zapiętej koszuli, także śpiewający, drugi recytujący tekst w tempie karabinu maszynowego, biały gangsta rapper z trudniejszej dzielnicy. Dynamiczna, jazzowa, rzekłbym nawet freejazzowa propozycja, poparta świetnymi improwizacjami, częściej w podgrupach niż solowymi. Słowo mówione nienachalne i świetnie (aktorsko) podane, doskonale skorelowane z bardzo konkretnym, świetnie zagranym materiałem muzycznym. Choć mnóstwo elementów tej niebywałej układanki było zaplanowane, czy zaaranżowane, cały koncert aż kipiał energią. Muzyka była tak dobra, że… po prawdzie darowałem sobie odbiór werbalny dzieła (dodam jedynie, że ani przez moment nie zdał mi się pretensjonalny). Po godzinie i paru minutach pozostało tylko wstać i ostro bić brawo. Co też uczynili wszyscy.

Niedziela, to koncerty plenerowe w mieście. Myślę, że było interesująco.

Podziękowania dla Piotra za piątkowe współuczestnictwo i czujną opiekę!


*) Niech mi Mars wybaczy ten drobny epitet. Zaciągnąłem go z określenia, jakim obdarowany został kiedyś przez Hirka Wronę w radiu publicznym, niedawno zmarły Prince. Panowie mają/ mieli podobny wzrost.
**) fotografie ubarwiające relacje z festiwalu ze strony wydawcy płyty Switchback