Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias Bauer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias Bauer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 stycznia 2025

The Evil Rabbit and two-year output: Temporal Driftness! Synomilies! Monk on Viola! Live at Pariser Platz!


Charakterystyczne ciemno-brązowe, kartonowe opakowania, owalny otwór, w którym odczytujemy tytuł wykonawczy i nazwę albumu, na rozkładówce insert z albumowym credits i grafiką (tę upubliczniamy poniżej) oraz krążek CD z numerem katalogowym, wreszcie na back coverze powtórzone nazwiska muzyków i tenże numer z charakterystycznym królikiem, Złym Królikiem.

Tak, definitywnie kojarzymy albumy holenderskiego labelu Evil Rabbit, prowadzonego przez niemieckiego kontrabasistę Meinrada Kneera! Jak dotąd świat ujrzał 38 woluminów, ostatnio dostarczanych na ogół w cyklu dwa tytuły na rok. Dziś zaglądamy na fonograficzny efekt działań labelu z lat 2023 i 2024, czyli cztery płyty z jak zawsze wyśmienitą muzyką improwizowaną. Odczytujemy je w odwrotnej kolejności, zatem zaczynamy od tej najnowszej, z numerem katalogowym 38. Welcome!



 

Floridis/ Bauer/ Hertenstein Temporal Driftness

Zentrifuge, Berlin, luty 2023: Floros Floridis – klarnet, klarnet basowy i saksofon altowy, Matthias Bauer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedenaście utworów, 46 minut.

Temporal Driftness, to swobodna, kolektywna improwizacja trzech znamienitych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, zakorzeniona równie silnie w post-jazzie, jak i współczesnej kameralistyce. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście zwartych, pięknie udramatyzowanych opowieści, trwających od dwóch do siedmiu minut, najczęściej trzy-czterominutowych. Uznanie ich za mistrzów krótkiej formy wydaje się zatem oczywistością. A mistrzami są nie tylko w tej dziedzinie.

Muzycy wchodzą w nagranie twardą, post-jazzową stopą - rozśpiewanym klarnetem basowym, gęstym, kontrabasowym pizzicato i trzymającym dynamikę, precyzyjnym drummingiem. Począwszy od drugiej odsłony w rękach kontrabasisty pojawia się smyczek, który niejako definiuje dalsze plany artystów. Kameralny tembr nie stanowi tu jednak jakiejkolwiek przeszkody w budowaniu gęstych i trzymających tempo improwizacji. Oczywiście muzycy chętnie też płyną w wolnych, wręcz leniwych rejestrach, sączą tłuste, na poły martwe bluesy (w trzeciej opowieści), czy mroczne post-ballady (w ósmej), tudzież śpiewają nostalgiczne pieśni zdeformowanego post-baroku, unerwione strzępami jazzu (w piątej). Tuż przedtem, w odsłonie czwartej łapią bakcyla tańca, popadają w jego objęcia, jakby nic innego nie zamierzali już robić w życiu. W szóstej części zdają się być zabawnie rozkołysani i skorzy do figli - stają na palcach i znoszą się pod nieboskłon. W części siódmej, po minimalistycznej introdukcji kontrabasu, po raz pierwszy na czoło pochodu foruje się lekki klarnet, z którym bezceremonialnie zrasta się strumień smyczkowej melodii, współtworząc arię wygłodzonych kojotów na prerii. Opowieść dziewiąta (jedna z dwóch siedmiominutówek) dorzuca do palety najpiękniejszych kolorów świata także barwy preparacji, efektowne strumienie matowych dźwięków. Intrygujące interludium w samym środku utworu wypełnia krótkie solo perkusji, a potem muzycy wyruszają w podróż na sporej dynamice. Końcowe dwie improwizacje bazują na nostalgicznie rozśpiewanym smyczku, rezonujących talerzach i świszczącej tubie saksofonu altowego. Ten ostatni dociera tu na sam koniec, ale ma dość czasu, by także pozostawić po sobie oszałamiające wrażenie.



 

Van Huffel/ Kneer/ Dimitriadis Synomilies

Berlinaudio, Berlin, styczeń 2022: Peter van Huffel – saksofon altowy i barytonowy, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Yorgos Dimitriadis – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 50 minut.

Przed nami trio w podobnym zestawie instrumentalnym, znów spore porcje kameralnych konotacji (za sterami kontrabasu kolejny doskonały muzyk zza naszej zachodniej granicy!), ale też znacząca kontrybucja swobodnego jazzu, który incydentalnie śmiało sięga po atrybuty free. Osiem opowieści trwa tu niewiele ponad trzy kwadranse, zatem domniemanie, iż ta trójka muzyków także świetnie panuje nad formą bliskie jest pewności.

Początek tej historii jest dalece kameralny – rezonujące talerze, mroczny dron barytonu i post-perkusjonalne akcje smyczka na gryfie kontrabasu. Kolejna ekspozycja stawia na dynamikę, budowaną zarówno soczystymi frazami saksofonu, jak i temperamentnym, rozzuchwalonym smyczkiem i koherentnym, niemasywnym drummingiem. Trzecia odsłona zdaje się być kolejnym krokiem tu estetyce free, a zasadza się na duecie dęciaka i perkusji, który utwór otwiera i kończy, w tak zwanym międzyczasie pozostawiając dużo przestrzeni dla popisów smyczkowych. Czwórka wydaje się tu być repryzą jedynki, z kolei piątka śmiało stawia znak równości pomiędzy tym, co do tej pory, a zapowiadanym, ognistym free jazzem. Świetne chwile odnotowuje tu krwisty baryton. Szósta opowieść, to lekka niczym pawie pióro miniaturka, szyta wysoko, z ujmująco taneczną rytmiką. Ostatnie dwie improwizacje chętniej sięgają po rozwiązania kameralne. Nie brakuje efektownych partii preparowanych, szczególnie perkusisty i kontrabasisty, krótkich wdechów i długich wydechów saksofonisty, ale też bardziej dynamicznych interwałów, stanów emocjonalnego rozdygotania. Końcowa narracja w fazie początkowej zdaje się być pożegnalną meta balladą, nasyconą smutkiem smyczka i trwogą barytonu. Znów wszakże w umysłach artystów kiełkuje rytm, który wpycha puentę albumu w jazzowe rozkołysane, a potem zaprasza na żmudną wspinaczkę na finałowe wzniesienie. Także tu, niemal u kresu podróży, garść akcji kontrabasisty znamionuje prawdziwe mistrzostwo kreacji.




George Dumitriu Monk on Viola

Bimhuis, Amsterdam, czerwiec 2022: George Dumitriu – viola. Dziewięć utworów, 44 minuty.

Tytuł nie jest tu jakąkolwiek metaforą. To album, na którym altówka całkiem swobodnie … improwizuje mając za punkt wyjścia kompozycje słynnego pianisty. Nie są to jakieś trzymane w szufladkach, nikomu nieznane rarytasy, ale same theloniousowe hity! Oczywiście muzyka Monka jest dla Dumitriu pretekstem, punktem dramaturgicznego zaczepienia, a znanych i lubianych melodii mistrza trzeba tu szukać nadstawiając dodatkową parę uszu. Nagranie wszakże jest wyśmienite, zawiera brzmienia od soczystego post-baroku do preparowanych eksperymentów i cieszy każdą sekundą swojego trwania.

Na początek niepowtarzalny Evidence! To rytmiczna kołysanka podana szorstkim tembrem, zmyślnie przepoczwarzona w post-barokową balladę. Po niej kolejny nieśmiertelnik Round Midnight – od suchych preparacji po zgrzebną, połamaną melodykę. W kolejnych utworach altowiolinista dostarcza zgrabne post-barokowe riffy uformowane w marszowym szyku, minimalistyczne frazy nasączone echem muzyki dawnej i śpiewne, post-folkowe podrygi, które zdają się być jedynie pretekstem do klecenia bolesnych, umierających fraz. Dezynwoltura estetyczna i stylistyczna dopada nas na każdym kroku i tylko wzmaga poziom zadowolenia z odsłuchu Monk on Viola. Altówka nieustannie łapie tu bakcyla melodii, ale kreatywność wykonawcy sprawia, iż zawsze znajdzie się pretekst do zduszenia brzmienia, złamania rytmu, rozebrania strumienia dźwiękowego na pojedyncze elementy, czy wywrócenia pozornej melodyki do góry nogami. Kolejny evergreen Trinkle Tinkle, grany w wysokim rejestrze z post-klasycznym sznytem, zdaje się pętlić melodię w nieskończoność i szukać ukojenia w pokrętnej, post-monkowskiej dynamice. Album wieńczy pożegnalna pieśń wytargana z samego dna głębokiej krypty. Smutne rozkołysanie, nerwowe szarpanie za struny, gorzki smak czasu, który już nie powróci.

 


Aoa Impro Group Live at Pariser Platz

Der Künste Akademie, Pariser Platz, Berlin: październik 2020: Almut Kühne – głos, Elena Kakaliagou – rożek francuski, Antonio Borghini – kontrabas, Dag Magnus Narvesen – perkusja oraz Floros Floridis – saksofon sopranowy, klarnet basowy. Cztery utwory, 38 minut.

Przed nami międzynarodowy kwintet, która stara się żenić ze sobą tak wiele pod względem estetycznym i stylistycznym, iż w trackie niedługiej ekspozycji zdarzają mu się momenty dramaturgicznego zawahania. Dodatkowo sama rejestracja sprawia niekiedy wrażenie, jakby dźwięki ze sceny chwytane były jednym mikrofonem posadowionym w pewnym oddaleniu od piątki wyjątkowych artystów. Ten album, mimo drobnych ambiwalencji, także zasługuje na miano wyjątkowego. Decyduje o tym choćby wokalistka o tysiącu twarzy, którą znamy z … doskonałego koncertu w Dragonie w towarzystwie zupełnie innych muzyków. Reasumując, cieszymy się tym, co mamy i czekamy na tak zwany ciąg dalszy.

Koncert składa się z ponad dwudziestominutowej części głównej oraz trzech kilkuminutowych, bardziej zwartych dramaturgicznie opowieści. Początek szyty jest niemal klasycznym ściegiem – wysoko posadowionym saksofonem sopranowym i kontrapunktującym go rożkiem. Reszta wchodzi do gry trzymając emocje pod pełną kontrolą. Kameralny songbook z gracją przepoczwarza się tu w rozbudowane, fantazyjne improwizacje, stylowo zagęszczane, a potem gaszone w mrocznych szuwarach. Puentą utworu jest powolny blues posadowiony na intrygująco rozchwianej harmonii. Drugą historię najpierw buduje dysonans nerwowego chamber i łagodnego śpiewu wokalistki, a potem roztańczone pizzicato kontrabasu, który inspiruje kwintet – tu z klarnetem basowym - do efektownego lotu wznoszącego. Kolejna odsłona albumu bazuje na frazach drżących i skowyczących, zdobionych krzykiem wokalistki, dętymi post-melodiami i emocjami nisko posadowionego smyczka. Finałowa część startuje z pozycji wystudzonej kameralistyki, a na etapie rozwinięcia zyskuje zaskakująco silny posmak jazzu, nie bez swingu i synkopy. Ekspresyjna narracja gaśnie na rozmarzonym smyczku, w oparach zalotnej wokalizy.

 

 

piątek, 4 października 2024

Nowe albumy Spontaneous Live Series dokumentujące spontaniczny festiwal roku 2023


(informacja prasowa)

 

Cykl płytowy „Spontaneous Live Series”, który dokumentuje koncerty kolejnych edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival, dostarcza albumy w charakterystycznych szarych kopertach już szósty rok. Tradycyjnie przy okazji nowej edycji festiwalu, która rozpoczyna się 3 października, swoje światowe premiery mają kolejne woluminy serii na nośniku fizycznym, tu jak zawsze, na poręcznej płycie kompaktowej.

Albumy z numerami katalogowymi 014 i 015 przynoszą nagrania zarejestrowane rok wcześniej, w trakcie Silence/Noise 7.Spontaneous Music Festival. „Czternastka”, to specjalność zakładu, czyli formacja „ad hoc” - pierwsze spotkanie artystów w zadanej konfiguracji personalnej. W tym wypadku ślepy los (czytaj: intuitywna kreatywność organizatorów) połączył nas scenie Dragon Social Club polską pianistkę Martę Warelis, szwajcarskiego gitarzystę Floriana Stoffnera i austriackiego perkusistę Rudi Fischerlehnera. Z kolei „Piętnastka” przynosi nagranie formacji, która swe życie artystyczne rozpoczęła kilka lat wcześniej, a koncertowy album z Poznania jest jej drugim wydawnictwem. Berliński Der Dritte Stand, to puzon Matthiasa Müllera, kontrabas Matthiasa Bauera oraz perkusja przed momentem wspominanego Rudi Fischerlehnera.

Kompaktowa seria, która od teraz ma już piętnaście pozycji, sukcesywnie uzupełniana jest albumami podserii digitalnej – tu do dziś światło dziennie ujrzało sześć albumów. Wszystkie dwadzieścia jeden płyt można odsłuchać i wejść w posiadanie nagrań wykorzystując poniższy link:

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/



 

By przypomnieć sobie klimat koncertów ubiegłorocznego festiwalu, jakie pomieszczono na albumach Spontaneous Live Series 014 i 015, sięgnijmy po relację z imprezy, jaka – jak zwykle symultanicznie – ukazała się rok temu na łamach Jazzarium.pl i Trybuny Muzyki Spontanicznej.

(…) W pierwszej kolejności Marta Warelis na fortepianie, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej oraz nowy gość festiwalowy, Rudi Fischerlehner na perkusji. Na szczególnie ten set wielu ostrzyło sobie apetyty i zdaje się, że wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione w dwójnasób. Najpierw minimalistyczny wstęp pianistki, w który doskonale wklejały się równie enigmatyczne frazy gitary i perkusjonalnych błyskotek. Potem wielowymiarowa zabawa w połamany rytm, który płynął z klawiatury i strun gitary, a osadzał się na dynamicznej ekspozycji austriackiego perkusisty. Taka podróż mogłaby trwać w nieskończoność, ale zakończyła się bodaj po 35 minutach, oczywiście burzą braw. Nie śmieliśmy jednak prosić artystów o bis, albowiem ich improwizacja była tak intensywna i ekspresyjna, że bezwzględnie zasłużyli na chwilę oddechu.

Spontaneous Live Series 014: Marta Warelis/ Florian Stoffner/ Rudi Fischerlehner „Live at 7th Spontaneous Music Festival” (Spontaneous Music Tribune, CD 2024). Marta Warelis – fortepian, Florian Stoffner – gitara, Rudi Fischerlehner – perkusja. Nagrane 7 października 2023, Dragon Social Club, Poznań. Trzy improwizacje, 35 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-014



 

Finał festiwalu zwykł przypadać w udziale artystom wyjątkowym, ale w kontekście siedmiu poprzednich setów tegorocznej edycji takie określenie byłoby z pewnością niesprawiedliwe. A jednak Der Dritte Stand, czyli Matthias Müller na puzonie, Matthias Bauer na kontrabasie i Rudi Fischerlehner na perkusji zdemolowali nas całkowicie. Płynna, prawie czterdziestominutowa ekspozycja, w której każdy dźwięk był zasadny dramaturgicznie, ale i żadna fraza nieprzegadana, skrzyła się mocą puzonowej dynamiki i brzmieniowych subtelności, pięknymi, ekspresyjnymi frazami arco kontrabasisty i jakże zadumanymi opowieściami pizzicato, a obrazu całości dopełniał ekspresyjny drumming. Ten ostatni płynął z rzadko spotykaną swobodą, niemal zwierzęcą naturalnością, ale także umiejętnością wyznaczenia przystanku, budowania przestrzeni dla chwili refleksji i inspiracji dla partnerów (…).

Spontaneous Live Series 015: Der Dritte Stand „Live at 7th Spontaneous Music Festival” (Spontaneous Music Tribune, CD 2024). Matthias Müller - puzon, Matthias Bauer - kontrabas, Rudi Fischerlehner – perkusja. Nagrane 7 października 2023, Dragon Social Club, Poznań. Jedna improwizacja, 40 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-015



 

wtorek, 10 października 2023

Silence/Noise 7th Spontaneous Music Festival – raport z wydarzenia!


Siódma edycja poznańskiego, spontanicznego festiwalu za nami. Dwa koncertowe dni, osiem wyjątkowo intensywnych setów w wykonaniu dziesięciorga artystek i artystów, w końcu niezliczone pokłady emocji po obu stronach sceny. Publiczność dopisała, choć intrygującym wydaje się być fakt, iż widzowie przyjezdni (z Londynu, czy też Berlina, a także innych polskich miast) byli chyba w przewadze liczebnej w stosunku do widzów lokalnych. Ot, taka socjologiczna ciekawostka, pokazująca być może, że miasto Poznań nie jest aż tak złaknione pięknej, improwizowanej muzyki, jak reszta świata.

Zgodnie z tradycją imprezę otworzył set solowy. Tym razem do pełnienia roli festiwalowego introduktora zaproszona została Marta Warelis. Polska pianistka z Amsterdamu zaproponowała nam prawdziwie hitchcockowskie otwarcie. Na owo wspaniałe, wielobarwne trzęsienie ziemi złożyły się zarówno stonowane, minimalistyczne frazy, niemal taylorowskie, free jazzowe skoki po klawiaturze, jak i niebywała sekwencja dźwięków preparowanych. W trakcie tych ostatnich artystka za pomocą sznurka, którym pocierała o struny fortepianu uzyskała niezwykłe, orientalne, niemalże śpiewne brzmienie. Jeśli dodamy do tego ekspresję Marty, jej temperament i umiejętność budowania dramaturgii, to otrzymujemy set otwarcia, który nie mógł być chyba bardziej imponujący.



Festiwalowi goście, co zdaje się było regułą tej edycji, nie pozostawiali publiczności chwili wytchnienia. Po trzęsieniu ziemi było jeszcze lepiej! Za klawiaturą fortepianu (i w wielu innych miejscach) zasiadła kolejna polska pianistka Aleksandra Chciuk, a jej partnerem (pierwsze spotkanie muzyków!) był Katalończyk Don Malfon na saksofonie altowym. Tuż przed występem artyści w skupieniu wymienili kilka organizacyjnych (jak sądzimy) uwag, a potem zabrali nas w podróż po oceanie dźwięków preparowanych. Nie brakowało akcentów performatywnych – Ola grała na fortepianie z zamkniętą klawiaturą, z kolei Malfon za pomocą zestawu czarnych puszek wprawiał wydobywane z tuby dźwięki w wielostrumieniowe, rezonujące podmuchy powietrza. Sam finał prawie 45 minutowego setu skrzył się prawdziwymi niespodziankami. Najpierw saksofonista zaintonował melodyjne, wręcz taneczne frazy, potem pianistka zamknęła improwizację płynną, ambientową ekspozycją.

Kolejny set piątku, to także formuła ad-hoc, choć tylko po części. Do stałego składu Dirty Laundry (Marta Warelis – syntezator, piano i Miguel Petruccelli – gitara elektryczna) dołączył Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej. Ten set był być może najbardziej dynamicznym i ekspresyjnym momentem festiwalu, niekiedy post-psychodelicznym, innym razem na swój sposób tanecznym. Była syntezatorowa galopada i niebywałe gitarowe dialogi, zarówno eksplozywne, ale i zadumane, czerpiące inspiracje z całej historii improwizowanego rocka. Tu koncert składał się z kilku separatywnych części. Jeden z etapów miał bardzo spokojne otwarcie, w trakcie którego Warelis urokliwe preparowała fortepian.

Zakończenie pierwszego dnia przypadło w udziale triu A Tiny Bell - Don Malfon na saksofonie altowym, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej i Vasco Trilla na perkusji. Improwizacja Katalończyków i Szwajcara była nadspodziewanie energetyczna. W stosunku do materiału studyjnego z debiutanckiego albumu „A Tiny Bell and Its Restless Friends” koncert był bardziej dynamiczny, mniej mroczny, choć i tak nasączony gęstymi, dronowymi ekspozycjami. Niespełna 40 minutowy występ (w tym zabawny bis, w trakcie którego artyści nie zagrali ani jednego dźwięku) spełnił zapewne oczekiwania wszystkich widzów. Z jednej strony niósł moc swobodnie preparowanych fraz, z drugiej ogień niemal freejazzowych eksplozji.

Sobotę otworzył kolejny set solowy. Tym razem w rolę samotnego podróżnika po bezkresie swobodnej improwizacji wcielił się Don Malfon. Artysta zaprezentował nam wszystkie techniki preparowania dźwięków saksofonu altowego, jakie poznaliśmy w trakcie jego dwóch piątkowych występów - blokowanie dysz, wibrowanie dźwiękami, jakie wydobywają się z tuby, czy też zamykanie tejże tuby metalowymi przedmiotami lub dłonią. Muzyk z Barcelony nadał swojej improwizacji niebywałą dramaturgię, a ponad trzydzieści minut skupionej, żywej, ale także minimalistycznej i po części performatywnej ekspozycji, zostało podsumowane piękną, dronową narracją, opartą na długim, cyrkulacyjnym oddechu.



Na zestaw sobotnich składów ad hoc złożyły się występy tria i kwartetu. W pierwszej kolejności  Marta Warelis na fortepianie, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej oraz nowy gość festiwalowy, Rudi Fischerlehner na perkusji. Na szczególnie ten set wielu ostrzyło sobie apetyty i zdaje się, że wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione w dwójnasób. Najpierw minimalistyczny wstęp pianistki, w który doskonale wklejały się równie enigmatyczne frazy gitary i perkusjonalnych błyskotek. Potem wielowymiarowa zabawa w połamany rytm, który płynął z klawiatury i strun gitary, a osadzał się na dynamicznej ekspozycji austriackiego perkusisty. Taka podróż mogłaby trwać w nieskończoność, ale zakończyła się bodaj po 35 minutach, oczywiście burzą braw. Nie śmieliśmy jednak prosić artystów o bis, albowiem ich improwizacja była tak intensywna i ekspresyjna, że bezwzględnie zasłużyli na chwilę oddechu.

Po dwudziestu kilku minutach przerwy, koniecznej nie tylko dla muzyków, wystąpił kwartet ad hoc w składzie: Aleksandra Chciuk – piano, Vasco Trilla – perkusja, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa oraz Miguel Petruccelli – gitara elektryczna. Ta trzykwadransowa opowieść przyniosła nam wrażenia w każdym wymiarze fonicznym i wizualnym. Pianistka rozpoczęła ekspozycję kładąc ekspresyjnie głowę na klawiaturze. Perkusista budował narrację kreując kilka wątków jednocześnie. Gitarzysta koncentrował się na warstwie melodycznej, urokliwie preparował i świetnie dopowiadał frazy grane przez basistę. Ten ostatni często wyczekiwał na przebieg zdarzeń i włączał się w wir improwizacji z wyjątkowo nieoczywistymi pomysłami. Świetnie ów wielokolorowy koncert podsumował bis. Pianistka zaintonowała głosem semicką, rozkołysaną, ale mruczaną melodię, której dramaturgiczną wagę docenili pozostali i zbudowali jej niesamowity akompaniament.



Finał festiwalu zwykł przypadać w udziale artystom wyjątkowym, ale w kontekście siedmiu poprzednich setów tegorocznej edycji takie określenie byłoby z pewnością niesprawiedliwe. A jednak Der Dritte Stand, czyli Matthias Müller na puzonie, Matthias Bauer na kontrabasie i Rudi Fischerlehner na perkusji zdemolowali nas całkowicie. Płynna, prawie czterdziestominutowa ekspozycja, w której każdy dźwięk był zasadny dramaturgicznie, ale i żadna fraza nieprzegadana, skrzyła się mocą puzonowej dynamiki i brzmieniowych subtelności, pięknymi, ekspresyjnymi frazami arco kontrabasisty i jakże zadumanymi opowieściami pizzicato, a obrazu całości dopełniał ekspresyjny drumming. Ten ostatni płynął z rzadko spotykaną swobodą, niemal zwierzęcą naturalnością, ale także umiejętnością wyznaczenia przystanku, budowania przestrzeni dla chwili refleksji i inspiracji dla partnerów. Spokojny, na poły melodyjny bis rozkołysał nas i zwieńczył ów wybitny koncert.

Zapraszamy za rok, w pierwszy weekend października 2024!

 

Zdjęcia własne, bez ochrony praw autorskich

(1) Florian, Vasco, Malfon

(2) Marta, Rudi, Florian

(3) Matthias B., Matthias M., Rudi

 

 

niedziela, 27 sierpnia 2023

Silence/Noise 7. Spontaneous Music Festival startuje w pierwszy weekend października!


(informacja pre-prasowa)


W ramach siódmej edycji imprezy prezentujemy poznańskiej publiczności – zgodnie z tradycją tego wyjątkowego wydarzenia – kolejnych znaczących i uznanych na scenie międzynarodowej artystek i artystów muzyki improwizowanej.

W tym roku stawiamy na bezwzględną świeżość naszej oferty. W programie rozbudowane, w tym także solowe, prezentacje dwóch „rising stars” sceny free impro w Europie – rezydującej w Amsterdamie, polskiej pianistyki Marty Warelis i katalońskiego saksofonisty Dona Malfona. Ich ostatnie dokonania zarówno solowe, jak i zespołowe wzbudziły respekt nie tylko po naszej stronie Atlantyku. Wystąpią również dwa ekscytujące składy trzyosobowe, których debiutanckie płyty stały się w roku ubiegłym jednymi z najważniejszych wydarzeń fonograficznych Starego Kontynentu – Der Dritte Stand i A Tiny Bell. W drugim z nich zobaczymy wspomnianego przed momentem Dona Malfona!

Poza autorskimi występami nasi goście festiwalowi będą łączeni w tzw. składy „ad hoc”, czyli spotkania muzyków, którzy nigdy ze sobą jeszcze nie grali. Do udziału w tych zestawieniach personalnych zaprosiliśmy krajowych artystów – pianistkę Aleksandrę Chciuk i basistę Marcina Bożka.

Każdego dnia czekają nas cztery koncerty, na początek występ solowy, potem dwa składy „ad hoc”, wreszcie finał w wykonaniu tria. Pośród ogromu swobodnie improwizowanych dźwięków usłyszymy dużo ciszy, ale i nie mało hałasu.




Pierwszą z zapowiadanych formacji trzyosobowych będzie A Tiny Bell. To efekt spotkania artystów z Katalonii i Szwajcarii, prawdziwych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonisty Dona Malfona, gitarzysty Floriana Stoffnera i perkusisty Vasco Trilli. Muzycy ci nagrali w ubiegłym roku album uznany za jeden z najciekawszych w gatunku, zatytułowany „A Tiny Bell and Its Restless Friend”. Wydawcą płyty jest lokalna, poznańska kooperatywa Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, która już od 2017 roku promuje najciekawszą muzykę swobodnie improwizowaną z Półwyspu Iberyjskiego.

Drugim ważnym triem, które zagości na deskach poznańskiego Dragona, będzie Der Dritte Stand. Tworzą go wybitni niemieccy improwizatorzy – puzonista Matthias Müller i kontrabasista Matthias Bauer oraz austriacki perkusista Rudi Fischerlehner. Ich debiutancka płyta „Der Dritte Stand” to, wedle najważniejszych mediów związanych z muzyką improwizowaną, jedno z najlepszych wydawnictw roku 2022.

Kolejni muzycy, którzy wezmą udział w tegorocznej edycji Festiwalu, to persony związane z Amsterdamem i tamtejszą sceną muzyki improwizowanej – wspomniana już wcześniej Marta Warelis oraz urugwajski basista i gitarzysta Miguel Petruccelli. Warelis nagrała w poprzednim roku wspaniale przyjęty album solowy „A Grain Of Earth”, którego wydawcą jest renomowany amerykański label The Relative Pitch Records. Z kolei basista jest ważnym uczestnikiem multikulturowej i multigatunkowej sceny stolicy Holandii, współtwórcą wielu intrygujących, międzynarodowych przedsięwzięć artystycznych. Razem Marta i Miguel tworzą także dalece ponadgatunkowy duet Dirty Laundry.

 

Dragon Social Club, Poznań, Polska, Europa, Świat

06.10. Piątek - start 18:00

Set 1 Marta Warelis – piano solo

Set 2 Ad hoc: Aleksandra Chciuk – piano, Don Malfon – saksofony

Set 3 Ad hoc: Dirty Laundry Plus: Marta Warelis – syntezator, Miguel Petruccelli – gitara basowa, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

Set 4 A Tiny Bell: Don Malfon – saksofony, Florian Stoffner – gitara, Vasco Trilla – perkusja

 

07.10. Sobota - start 18:00

Set 1 Don Malfon – saksofon solo

Set 2 Ad hoc: Marta Warelis – piano, Florian Stoffner – gitara, Rudi Fischerlehner – perkusja

Set 3 Ad hoc: Aleksandra Chciuk – piano, Vasco Trilla – perkusja, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa, Miguel Petruccelli – gitara

Set 4 Der Dritte Stand: Matthias Müller – puzon, Matthias Bauer – kontrabas, Rudi Fischerlehner – perkusja

 

Bilety i karnety:

Bilet I dzień 06.10. - 70 zł

Bilet II dzień 07.10. - 70 zł

Karnet na oba dni 06/07.10. - 120 zł

Bilety dostępne pod tym linkiem: https://tiny.pl/cwnn4

 

Organizatorzy:

Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club / Fundacja Mały Dom Kultury

Patron Festiwalu:

Maciej Lewenstein

Patroni medialni:

Radio Afera

Radio Kapitał

Glissando

Jazzarium.pl

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznań. #poznanwspiera



 

czwartek, 6 kwietnia 2023

The Rodrigues’ Family and their next story: Acoustic Reverb! Chaos! Kompositionen!


W pogoni za nowościami noga z gazu! Dziś sięgamy do przepastnego wora z nagraniami rodziny Rodrigues i zasłuchujemy się w trzech albumach, które zostały upublicznione wieki temu, czyli … minionej jesieni.

Najpierw rzecz niebywała – pięćdziesiąt osiem kompozycji na wiolonczelę solo, nagranych w obiektach sakralnych. Potem dwa kwartety - pierwszy portugalski, swobodnie improwizujący, drugi niemiecki, pichcący z mozołem cztery kompozycje własne artystów, które w realu brzmią oczywiście jak swobodne improwizacje nieskażone notacją graficzną. Ale szczegóły poniżej!



 

Acoustic Reverb

Wiosną, latem i wczesną jesienią ubiegłego roku Guilherme Rodrigues spacerował ze swoją wiolonczelą po berlińskich obiektach sakralnych, raz też … przycupnął w rzecznej barce. Rejestrował tam krótkie lub bardzo krótkie formy muzyczne, sycił się ich przestrzennym brzmieniem, transcendencją napotykanych miejsc i dźwięków, jakie generował. Na album wystrugał aż 58 takich miniatur. W ich trakcie zaprezentował wszelkie dostępne techniki gry na wiolonczeli, ale nade wszystko dbał o klimat, nastrój chwili, urodę pojedynczej frazy. Jego ponadgatunkowe inklinacje muzyczne są nam świetne znane, tu w wersji terenowej zdają się jeszcze uwypuklać artystyczną różnorodność Portugalczyka. Płyta jest stosunkowo długa i składa się niemal wyłącznie z narracji, które trwają mniej niż dwie minuty (tych niewiele dłuższych jest raptem dziewięć). Czasami bywają one urywane w pół słowa, ale koncepcja całości zdecydowanie wygrywa. Bo to nie zwyczajny koncert w obiekcie sakralnym, ale podróż, spacer, namysł na istotą piękna akustycznego brzmienia wiolonczeli.

Nie sposób pochylić recenzenckie pióro na każdym utworem tego albumu. Wskażmy zatem te najbardziej spektakularne. Już sam początek stawia nasze uszy do pionu – post-barokowe melodie, zgrzytające pulsacje arco & pizzicato, polerowanie pudła rezonansowego na połysk, a wszystko w żywej, niemal śpiewnej interakcji z echem. Muzyk pracuje na ogół medytacyjnie, ale nie brakuje mu rockowej pasji (utwór 4), w obrębie krótkiej konwencji potrafi budować zgrabną narrację ze strzępów dźwięku nadając im ciekawą formę (5), nie stroni od wyjątkowo smakowitych klimatów muzyki dawnej, ale filtrowanej współczesnymi technikami i indywidualną kreatywnością. Równie chętnie sięga po dźwięki preparowane, które zdają się przypominać otwieranie wielkich drzwi kościelnych (9). Czasami gwiżdże na wietrze (10), innym razem nuci melodie z domowego śpiewnika (11), łyka renesansowe frazy (14), czy też dyskutuje z przelatującymi ptakami (20). Gdy na moment przesiada się na barkę, brzmienie cello gubi przestrzeń, staje się matowe, mroczne, intrygująco niemelodyjne (28-31). W kolejnym kościele instrument znów zaskakuje swoim tembrem – zabrudzonym, surowym, jakby zakurzonym upływem czasu (32 i dalsze). W następnych miniaturach muzyk znów obdarza nas wyjątkowo urokliwymi foniami – jego smyczek tańczy i śpiewa (41), gubi drogę w mrokach muzyki dawnej (45), pnie się do samego nieba (47), tudzież zdaje się gwizdać na palcach i dociskanych do gryfu strunach (51). Swoją niebywałą podróż kończy wystudzonym strumieniem minimalistycznych, dogorywających dźwięków.



Chaos

W pierwszej dziś ekspozycji kwartowej znajdujemy rodzinę Rodrigues w Lizbonie, w towarzystwie kontrabasu i perkusjonalii. Spotkanie wydaje się nad wyraz ciekawe, nie pierwszy raz bowiem altowiolinista Ernesto i wiolonczelista Guilherme zdają się toczyć zaciekłe spory dramaturgiczne, sięgając po elementy, które łączą swobodną kameralistykę i post-jazz, zwłaszcza ten, który zgłasza inklinacje ku eskapadom free jazzowym. Naszym bohaterom w dziele kreacji na styku dwóch estetyk bardzo pomaga doskonały kontrabasista, Joao Madeira, który nieustanie stawia pytania o gatunkowe granice.

Pierwsze kilka improwizacji skonstruowanych jest w formie 4-5 minutowych opowieści. Muzycy budują tu narracje zarówno z zadziornych, preparowanych dźwięków, jak i cierpliwie cedzą czyste, bardziej delikatne frazy. Mamy zatem na scenie trzy kreatywne smyczki, które liczyć mogą w każdym momencie na wsparcie delikatnych perkusjonalii, niepozbawionych warstwy rytmicznej, ale nade wszystko ilustracyjnych. Muzycy nie silą się tu na żadne przystawki, od razu kreują umiarkowanie dynamiczną sytuację, są też w stanie w krótkim czasie uzyskać niemal post-industrialne brzmienie, które puentują potem sporą porcją melodii. W drugiej części improwizacja nabiera pewnej intrygującej taneczności, a frazy niebanalnej śpiewności. Kameralistyka buduje tu emocje, a akcenty post-jazzu udanie ją przyozdabiają. W trzeciej odsłonie dostajemy jeszcze elementy post-barokowe, upstrzone wieloma nerwowymi akcjami. Zaraz potem artyści biorą głęboki oddech i bawią się dźwiękami w okolicach ciszy. Preparowane i rezonujące frazy dość szybko dostają się we władanie dynamiki, choć całości bliżej do free chamber niż do jazzu. Piąta historia kontynuuje wątki, stawia też na działania w trybie call & responce. W szóstej części każdy ze smyczków zdaje się frazować w swoim indywidualnym stylu, a zwinne perkusjonalia kleją zwartą narrację w całość. Garść coraz większych emocji udanie podprowadza nas pod dwie ostanie improwizacje, które trwają na albumie zdecydowanie najdłużej. Pierwsza z nich budowana jest wieloma akcjami perkusjonalnymi, zarówno na werblu i talerzach, jak i gryfach instrumentów strunowych. Dobre tempa, oceany emocji, to prawdziwy hard-core chamber, także dzięki mnogości ostrych, zgrzytliwych zagrań ze strony każdego z muzyków! Ostatnia opowieść, to niemal trzecia część płyty i zdaje się reasumować wszelkie plany artystyczne, jakie mieli muzycy przystępując do nagrania. Nerwowe preparacje na starcie, wsparte na deep drummingu. Dynamika tym razem ściele się wedle reguły up & down. Mamy efektowne, post-jazzowe spowolnienie, potem festiwal kameralnych didaskalii. Równie urokliwa zdaje się być faza dronowego slow-motion. Na finał artyści puszczają wodze fantazji i szyją nam niemal free jazzową intrygę.  



 

Kompositionen

Drugi z dzisiejszych kwartetów ma zdecydowanie berliński wymiar. Familia Rodrigues zwiera tu szyki z muzykami niemieckimi - skrzypkiem Dietrichem Petzoldem i kontrabasistą Matthiasem Baurem. Tym razem na improwizowane spotkanie artyści zabrali ze sobą specjalnie przygotowane notacje graficzne, które w przypadku Niemców miały charakter dość precyzyjnie zaplanowanych kompozycji (szczególnie skrzypka), w przypadku zaś Portugalczyków raczej stanowiły scenariusz dla definitywnie kolektywnych improwizacji.

W notacji niemieckiego skrzypka mamy prawdziwy ład i porządek, który wszakże nie przeszkadza stymulowaniu wielu ekspresyjnych i emocjonalnych momentów. String Chamber Quartet in Dance! Post-barokowe śpiewy, stylowe preparacje, drobiazgi i niuanse, tak brzmieniowe, jak i dramaturgiczne, ale także masywne fale bystrych, kolektywnych pasaży. W dużej opozycji do pierwszego utworu zdaje się stać notacja portugalskiego altowiolinisty. Ma ona kilka faz, a zaczyna się plejadą nerwowych short-cuts, pełną akustycznych perełek. Potem artyści płyną długimi strumieniami dźwięków i podziwiają urodę głębokiej, górskiej doliny. Powrót do krótkich, urywanych fraz zdaje się mieć wymiar niemal taneczny. Kolejna, jakże subtelna faza utworu, to mikro dźwięki przypominające field recordings, które spuentowane zostają dynamicznym zakończeniem. Notacja wiolonczelisty z kolei stawia na urodę mrocznych, nisko osadzonych konfiguracji dźwiękowych. Posadowione blisko ciszy drobne zgrzyty, tudzież eksplozywne jęki i lamenty. Opowieść Guilherme ma też piękną, ekspresyjną kulminację, a jej zakończenie, to niemal post-romantyczna mantra tłumionych emocji. Finał albumu, to notacja kontrabasisty, która sprawia wrażenie konsumującej pomysły narracyjne wszystkich poprzednich części. Dobrze zaplanowana, dająca wszakże dużo przestrzeni na swobodną improwizację, zarówno kwartetową, jak i czynioną w podgrupach. Na starcie nerwowy zgiełk oczekiwania, potem kolektywny flow kontrapunktowany rozhuśtanymi frazami, dużo melodii i kilka precyzyjnie zadekretowanych restartów. Szczególnie urokliwy wydaje się moment głębokiego, kontrabasowego arco, jako zaczyn jednego z nich. Samo zakończenie tonie w emocjach, efektownie podsumowując ową notyfikowaną improwizację.

 

Guilherme Rodrigues Acoustic Reverb. 58 Compositions for Cello. Sound Investigation Process (Creative Sources, CD 2022). Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w Berlinie, pomiędzy majem, a październikiem 2022 roku. Łączny czas: 70 minut.

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, João Madeira & José Oliveira Chaos (Creative Sources, CD 2022). Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, João Madeira – kontrabas oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Lizbonie, wrzesień 2022 roku. Osiem improwizacji, 54 minuty.

Dietrich Petzold, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Matthias Bauer Kompositionen (Creative Sources, CD 2022). Kwartet dis/ con/ sent: Dietrich Petzold – skrzypce, altówka, głos, klawikord, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Bauer – kontrabas. Nagrane w Berlinie, prawdopodobnie w roku 2022. Cztery kompozycje (graphic score) autorstwa każdego z muzyków, 46 minut.



 

piątek, 27 maja 2022

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter! *)


Idea swobodnej improwizacji zasadza się na założeniu, iż muzycy spotykają się na scenie i bez wstępnych ustaleń grają, co im dusza dyktuje, czego wyobraźnia nie ogranicza, a uważne słuchanie partnera podpowiada. Historia gatunku zna wiele tradycji swobodnego muzykowania, zarówno kleconego ad hoc, jak i w formie dalece zorganizowanej (ta druga opcja, to choćby Company Dereka Baileya, czy Mopomoso Johna Russella, by daleko nie szukać). A rzeczywistość świata improwizacji tu i teraz potwierdza każdym swoim ujawnieniem celowość podobnego kształtowania procesu wspólnego muzykowania. Muzycy zbierają się na scenie w większej lub mniejszej liczbie, dobierają w pary, tria i czy większe formacje, a także improwizują pełnym składem, gdy najdzie ich taka ochota lub/i gdy poczują, iż są do tego mentalnie i artystycznie przygotowani.

Dokładnie na takiej zasadzie skonstruowana została impreza pod nazwą Sound Scape. Inicjatorem tego przedsięwzięcia jest fiński saksofonista (berliński rezydent) Harri Sjöström. Pierwsze spotkanie pod tym szyldem miało miejsce w Berlinie w roku 2013, kolejne w Helsinkach w latach 2016 i 2018 (te drugie usłyszeć można na podwójnym krążku Balderin Sali Variations, Leo Records 2020). Ostatnie jak dotąd spotkanie Dźwiękowego Krajobrazu miało miejsce w październiku roku ubiegłego, a dwupłytowy album, który właśnie omawiamy jest fonograficzną dokumentacją dwudniowego spotkania w Monachium.

Na scenie spotykamy czternastu muzyków, wyposażonych w cztery instrumenty dęte, dwa kontrabasy, dwa zestawy perkusyjne, skrzypce (z elektroniką), fortepian, gitarę, ćwierćtonowy akordeon, wibrafon i w ramach kreatywnego uzupełnienia tzw. live processing. Zasady organizacyjne w ramach tego festiwalu są stale i rygorystycznie przestrzegane – festiwal otwierają wszyscy muzycy, potem dzielą się na mniejsze grupy, by na koniec drugiego dnia znów zagrać pełnym składem. Uwaga! Każda improwizacja ma swoje ograniczenie – może trwać maksymalnie 15 minut. Na albumie dostajemy czternaście takich improwizacji, przy czym niektóre z nich być może zostały skrócone, tak by pomieściły się na dwóch kompaktowych dyskach. Tak, czy inaczej, przed nami ponad dwie i pół godziny efektownych improwizacji. Zapraszamy!

 


Zgodnie z regułami serii płytę otwiera nagranie 14-osobowej orkiestry. Pierwsze dźwięki płyną z cichych westchnień małych instrumentów, z mroku kameralnej, niemal neoklasycznej dyscypliny scenicznej. Armia akustycznych źródeł dźwięku osnuta jest poświatą elektroakustyki, będącej efektem pracy na kablach. Emocje na ogół głęboko jeszcze skrywane, incydentalnie znajdują światło dziennie i definitywnie zdobią początkową fazę improwizacji. Całość z czasem nadyma się i nabiera pewnej nierównomiernej dynamiki, ale skupienie i kreatywne zaniechanie także stanowią tu atrybuty aktywności muzyków. Rozbudowana sekcja rytmu, jeśli w tym wypadku można użyć takiego określenia, stwarza udaną bazę dla swobodnych dialogów w podgrupach. Szczególne aktywne wydają się być oba puzony, które chętnie wchodzą w dyskurs poznawczy z instrumentami strunowymi. Swoje czynią tu także dwie aktywne perkusje. Oto chamber, które po zrzuceniu gatunkowej skorupy zdaje się pięknieć z każdą sekundą. W środkowej części improwizacja tętni dynamicznym życiem, w dalszej skupia się raczej na drobiazgach, szyje narrację w podgrupach, nie stroni od zachowań typu call & responce. Na finał w rolę free jazzowego wichrzyciela wciela się pianista.

Zabawę w swobodną improwizację w mniejszych składach zaczynamy od tria gitary, fortepianu i perkusjonalii. Ciekawa opowieść, która w wartkie strumienie dźwiękowe wplata tłumione emocje. Piano w formie preparowanej i klawiszowej, leniwa jazzowa gitara i nerwowy pre-drumming osiągają tu po niedługim czasie poziom dalece ekspresyjny, zdobiony salwami niemal rockowych wydechów gitarzysty. Zaraz potem dostajemy się w wir działań dźwiękowych zgrabnego kwartetu – wibrafon, skrzypce, kontrabas i puzon. Drobne, preparowane frazy, garść czystych westchnień, trochę kameralnych pisków i dętych zaśpiewów, a wszystko skontrapunktowane aktywnym wibrafonem. Narracja nabiera pokrętnej dynamiki głównie za sprawą gęstego pizzicato kontrabasu. Gdy zbliży się do ciszy, moc krnąbrnych subtelności podsyła nam skrzypek, delikatnie umoczony w poświacie niezbyt jeszcze rozbudzonej elektroniki.

Kolejne dwa epizody, to duety. Pierwszy z nich, to jedna z najsmakowitszych improwizacji w całym zestawie! Akordeon i lekki saksofon! Ten drugi rozśpiewany, ten pierwszy wypuszczający drony niczym wielkogabarytowa tuba! Utuleni pięknym brzmieniem muzycy ruszają w tango i nie stronią od wyszukanej melodyki. Saksofon stawia na zadziorne frazy, akordeon puszcza oko i śmieje się od ucha do ucha. Doskonała improwizacja jeszcze zyskuje na jakości, gdy muzycy osiągają naprawdę ekspresyjny poziom dynamiki. Kolejny duet ma chyba za zadanie ukoić nasze rozhuśtane emocje. To klarnet i puzon w fazie ptasiego gaworzenia, w imitacyjnym marszu, realizowanym nie tylko na wdechu. Kameralna intryga dwóch samców nie stroniąca od akustycznych niespodzianek.

Po sporej dawce czystej akustyki czas na kwartet z procesorem dźwięku. I jeszcze dwie perkusje, i wibrafon. Prawdziwie elektroakustyczna przygoda. Najpierw garść subtelności, które lepią się w zgrabną pajęczynę powiązań - trochę rezonujących fraz i wibrafonowych preparacji. W drugiej fazie improwizacji muzycy skupiają się na post-perkusyjnych spiętrzeniach, tworząc nieoczywistą, oniryczną chmurę hałasu. Na finał pierwszego dysku znów duet, tym razem puzonu i skrzypiec, no i kolejne westchnienie zadowolenia recenzenta! Na początek imitacyjne półśpiewy z kameralnym rynsztunkiem, w duchu dość minimalistycznym, pięknie skąpane w elektronicznym backgroundzie, który delikatnie osiada na akustycznych frazach. A potem już same popisowe role, najpierw puzonu, potem skrzypiec. Na zakończenie mała eksplozja ekspresji – śpiew, krzyk i desperacja! Brawo!

Z radością przeskakujemy tymczasem na drugi dysk koncertowej dokumentacji z Monachium! Na początek większe gabaryty - dwa kwintety i jeden kwartet! Zaczynamy zmysłowym rozwinięciem duetu, który kończył dysk pierwszy – zatem puzon i skrzypce, a na dokładkę perkusja, kontrabas i saksofon. Zadziorne, niemal free jazzowe combo, które lubi kameralne emocje. Sporo ostrych wymian dźwięków, dęte strzały i strunowe riposty, a wszystko skąpane w nerwowym strumieniu całkiem dynamicznych fraz. Kolejnym kwintetem zjeżdżamy na samo dno! Dwa kontrabasy, klarnet basowy i dwa zagubione puzony w roli czerstwej wisienki na torcie. Drony i zamaszyste strugi pizzicato w chocholim tańcu bez uśmiechów. Z kolei zapowiadany kwartet, to efektowny powrót procesora, fortepian, skrzypce i saksofon. Początkowo dość filigranowo, potem zdecydowanie bardziej masywnie - preparowane frazy i rytmiczne podrygi. Najpierw emocje skaczą ku górze, potem toną w elektroakustycznym ambiencie. Finał zaś odtańczony zostaje z niemal filharmonicznym rozmachem.

Czas na chwilę oddechu? Zdecydowanie tak, w czym pomagają wibrafon i puzon. Garść preparacji tego pierwszego i dość minimalistyczna postawa tego drugiego. Emocje mamy tym razem wystudzone, ale dynamiczny wibrafon stara się ów stan rzeczy zmienić. Nie bez skutku! Dobrze zatem przygotowani wchodzimy w dynamiczny, niemal free jazzowy kwartet – kontrabas, perkusja, klarnet basowy i fortepian. Rozgrzane pizzicato, agresywne piano, dużo perkusjonalnych szczegółów i dęte podmuchy! Spory lądunek emocji zwinnie ugaszony tu zostaje spokojnymi preparacjami.

Szósta improwizacja drugiego dysku, to kolejna perełka w koronie! Gitara, akordeon i procesor - intrygujący zestaw, jeszcze lepsza muzyka! Opowieść zaczyna się w elektroakustycznym mroku, budowana dronami i drżeniem gitarowego gryfu. Zmiana goni tu zmianę - gitara od onirycznego ambientu po rockowe emocje, świetna robota live processing i akordeon, który zdaje się tu mieć nieskończoną ilość twarzy. A wszystko delikatnie podlane psychodelicznym sosem. Czas zatem na finał! Orkiestra tutti! Zaczynają nisko nad podłogą, basowymi dronami. W górze śpiewają dęciaki. Nerwowa atmosfera potrzebuje tu ekspresji i dynamiki! Obie charakterystyki pojawiają się w ułamku sekundy, ku powszechnej radości ogółu. Basy ryją strugę pizzicato, puzony lamentują, a reszta też nie trwoni czasu na zbędne frazy. Narracja przypomina tu wielkie, free jazzowe crescendo, które wspina się mozolnie na szczyt. Finałowe zejście w ciszę chyba jeszcze piękniejsze, zdobione tłumionymi, strunowymi frazami.

 

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2022). Matthias Bauer – kontrabas, Lawrence Casserley – signal processing instrument, Floros Floridis – klarnet i klarnet basowy, Emilio Gordoa – wibrafon, Steve Heather – perkusja, instrumenty perkusyjne, Wilbert De Joode – kontrabas, Kalle Kalima – gitara, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Libero Mureddu – fortepian, Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne, Giancarlo Schiaffini – puzon, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, altowy i sopranino, Sebastiano Tramontana – puzon oraz Philipp Wachsmann – skrzypce i elektronika. Nagrane 1 i 2 października 2021 roku, Bayerische Rundfunk, Schwere Reiter, Monachium. Czternaście swobodnych improwizacji, łącznie 152 minuty i kilkanaście sekund.

 

*) Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

wtorek, 29 marca 2022

Müller, Bauer and Fischerlehner! Der Dritte Stand means The Third Estate!


Tytuł płyty, którą za moment będziemy się bez cienia skrępowania zachwycać, a który jest także wedle naszej wiedzy nazwą własną tria, można tłumaczyć jak Trzeci Stan i jedynie wyobraźnia winna nas ograniczać w zakresie interpretacji tego tytułu. Dalecy jesteśmy od skojarzeń z tzw. trzecim nurtem w muzyce, ale każdy inny trop warty tu jest rozważenia.

Z dużym wszakże prawdopodobieństwem, tu graniczącym niemal z pewnością, możemy stwierdzić już na wstępie dzisiejszej opowieści, iż stan kreatywności, w jaki muzycy wprawili się w trakcie realizacji nagrania zasługuje na miano niezwykłego, podobnie zresztą, jak samo nagranie. Trzy instrumenty akustyczne – puzon, kontrabas, tu często pozostający pod jurysdykcją smyczka, i perkusja – pracujące bez jakichkolwiek kombinacji i udziwnień, po prostu czysta, żywa, kolektywna improwizacja. Jeśli na tych łamach nie ogłaszaliśmy jeszcze żadnych pewniaków na roczne podsumowanie 2022, to Der Dritte Stand zdaje się być pewniakiem na pozycję numer jeden! What a game!

 


Artyści budują pierwszą improwizację z drobnych, urywanych fraz. To zresztą będzie ich często stosowana metoda pracy twórczej, zwłaszcza w początkowych fazach utworów. Lubią w improwizacji otwarcia stosować też repetycję. Perkusja i kontrabasowy smyczek delikatnie preparują dźwięki, puzon zaś burczy nie bez znamion melodii. Wszystko przypomina kocie śpiewy leniwego, słonecznego poranka. Z czasem opowieść gęstnieje, pojawiają się dłuższe frazy, a całość nabiera pewnej pokracznej taneczności. Dynamizacja działań, to kolejna faza rozwoju improwizacji. Mamy już coś na kształt drummingu, post-barokowe inkrustacje smyczka i kłębowisko zdrożnych myśli w głowie puzonisty. Przez moment ten ostatni zostaje sam i stosując oddech cyrkulacyjny zdaje się stawiać poprzeczkę jakości jeszcze wyżej. W komentarzu perkusyjna stopa, dźwięk werbla i szybki powrót smyczka. Zakończenie pierwszej opowieści wydaje się być uroczo rozhuśtane, pełne emocji powstających w efekcie lepienia się post-barokowych smug smyczka z improwizacją perkusji i puzonu. Wszystko generowane jest tu nielimitowaną kreatywnością muzyków.

Początek kolejnej części, to oczywiście plejada short-cuts, tym razem zdobiona akcentami percussion samego smyczka, a prowadzona dobrze znaną techniką call & responce. Muzycy serwują nam kolejny taniec-połamaniec, budowany aurą doskonałej komunikacji, przy wykorzystaniu zarówno czystych fraz, jak i efektownie preparowanych. Z jednej strony, to melodyjne zaśpiewy smyczka, z drugiej efekt ugniatania gorącego powietrza mechaniką puzonu. Wokół kontrabasu i blaszaka krąży perkusja, która oplata ich niczym macki ośmiornicy. Narracja nie ma tu jednorodnej dynamiki, każdy z muzyków tyczy tu swój szlak podróży.

W trzeciej opowieści kontrabasista zmienia tryb pracy i od startu buduje melodyjny, rytmiczny strumień pizzicato. Brzmi niczym William Parker w swoich najlepszych wcieleniach! Mały drumming szybko zyskuje tu na dynamice i gęstości, a rozśpiewany, przygotowany na wszystko puzon dopełnia obrazu niesamowitego opowiadania. Całość ma zmysłowy groove, syci się ekspresją na każdym zakręcie. No border post-jazz do tańca i rytualnego śpiewania! Ale, i w tym wypadku muzycy nie idą na skróty. Gdy kontrabas kręci coraz gęstsze pętle, puzon postanawia nostalgicznie powzdychać.

Czwarta improwizacja rodzi się w pobliżu ciszy. Ocean pięknych, preparowanych brzmień – rezonujące talerze, jęczące pod dyktatem smyczka struny i puzon, który prycha odłamkami dźwięków. Improwizację budują tu także powtórzenia, czym opowieść ta zdaje się przypominać pierwszą historię na płycie. Wraz ze wzrostem intensywności, niebywałych dźwięków niespodziewanie przybywa! Prawdziwe cuda szyje tu kontrabasista – gra jednocześnie arco i pizzicato, kreśli rytm, ale buduje też serce improwizacji, a struny jego instrumentu cierpią niebywałe katusze. Nie mniej efektowne są tu prace puzonisty – preparuje, wzdycha, ale i dynamicznie prycha niczym wysokoobrotowa wiertarka. Perkusista też nie odpuszcza i stara się niemal imitacyjnymi frazami kleić do szaleństw puzonisty. W fazie pełnego rozkwitu improwizacja zyskuje jeszcze na dynamice i intensywności, śmiało w tym momencie zasługując na miano fire music! W tym tyglu emocji muzycy zdolni są wyhamować i perfekcyjnie osiągnąć stan końcowej ciszy.

Pierwsze cztery części wyniosły już nas na wyjątkowo wysokie wzgórze, ale muzycy idą dalej! Piąta część znów startuje z poziomu drobnych, urywanych fraz. Niektóre dźwięki są powtarzane, inne lepią się w kłębowiska szumów. Post-barok smyczka płynie tu razem z post-jazzowymi westchnieniami puzonu, a pozostająca w tle perkusja koncentruje się na meta rytmicznych ornamentach. Z czasem, muzycy kreują dłuższe, pod koniec repetytywne, na poły dronowe frazy.

Wreszcie finał tej szalonej podróży! Potencjometr masy znów pnie się ku górze! Dynamiczne riffowanie smyczka, energiczna, nerwowa perkusja i puzon, który najpierw pozostaje w stanie martwego drona, a potem wpada w oddech cyrkulacyjny. Muzycy kreują tu niesamowity suspens. Trudno jest przewidzieć kolejne kroki, ale całość nie traci pierwotnej dynamiki. Na werblu ugniatane są tajemnicze przedmioty, narracja zaś niepostrzeżenie osiąga stadium kipiącej emocjami mantry. Formując się w wielkie crescendo brnie do przodu, sprawiając jednak wrażenie lekko tłumionej. Pojawiają się perkusjonalne dzwonki, które zdają się zwiastować zakończenie, ale muzycy wciąż trzymają nas w napięciu. Gdy już przyjdzie odpowiedni moment, gaszą bogaty flow niemal do pojedynczego dźwięku. What a game!

 

Matthias Müller/ Matthias Bauer/ Rudi Fischerlehner Der Dritte Stand (Not-Aplicable Records, CD 2022). Matthias Müller – puzon, Matthias Bauer – kontrabas oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w roku 2021 (miejsce nieznane), sześć improwizacji, łączny czas: 47 minut.

 


piątek, 24 września 2021

Guilherme Rodrigues in two quartets as introduction to Spontaneous Music Festival 2021!


Portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues będzie kolejnym znaczącym gościem piątej edycji Spontaneous Music Festival, która pod prowokacyjną nazwą własną Are You Spontaneous? rozpocznie się w Poznaniu dokładnie za siedem dni!

Z nagraniami tego muzyka jesteśmy w zasadzie na bieżąco, dziś zatem kilka słów jedynie o dwóch ostatnich płytach z udziałem wiolonczelisty. Obie są definitywnie demokratycznymi kwartetami, rzec można – niemalże klasycznie smyczkowymi, albowiem ich instrumentarium, to skrzypce, altówka, wiolonczela i … ten jedyny, którego udział sugeruje, iż swobodna improwizacja może tu być podstawową metodą pracy, czyli kontrabas. Bez zbędnych wstępów zapraszamy na dwie niedługie płyty, które bez cienia wątpliwości przeniosą nas do krainy free chamber, ale też – od razu zaznaczmy – nie będą ckliwymi melodramatami, tudzież melancholijnymi komediami obyczajowymi, ale definitywnie filmami akcji! Będzie się działo, zapewniam!

 


Dietrich Petzold, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Matthias Bauer  Ulrichsberg (Creative Sources, CD 2021)

Tytuł płyty słusznie sugeruje, iż muzyków spotykamy na corocznym festiwalu muzyki improwizowanej, który odbywa się w mieście o takiej właśnie nazwie. Jesteśmy na edycji tegorocznej, dokładnie w pierwszy dzień maja. Na scenie: Dietrich Petzold - skrzypce, klawikord i metalowy smyczek (sic!), Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Bauer – kontrabas. Niemiecko-portugalski kwartet zagra dla nas trzy improwizacje, trwające łącznie niemal pełne 40 minut.

Zapowiadany film akcji, to nade wszystko dwie pierwsze improwizacje, podczas których muzycy stawiają na ogół na dość czyste brzmienie i całe mnóstwo zmysłowych, chwilami dynamicznych interakcji. Pierwsze dźwięki, to oczywiście leniwe badanie sytuacji scenicznej, wdechy i wydechy, strunowe piski i pojękiwania. Małe, rwane frazy z rzadka przeplatane są tu dłuższymi pociągnięciami smyczków. Niektóre z tych ostatnich tańczą, inne skaczą pod strunach, jeszcze inne czynią szybkie przebieżki po zroszonych porannym deszczem gryfach. Całość zdaje się być ulotna, ale podszyta nerwem niepokoju. Artyści po niedługim czasie świetnie odnajdują się w komnacie mroku i ciszy. Po szybkiej reanimacji opowieść skrzy się zaś całą paletą bardziej zadziornych fraz, ale nie stroni też od delikatnych smagnięć smyczkiem. Pierwsza, jakże kameralna odsłona wieńczy swój żywot pięknym post-barokowym rozkołysaniem, ubarwionym śpiewnymi frazami każdego instrumentu. Druga odsłona startuje kilkoma preparowanymi frazami, a także swobodnym trybem pizzicato na kontrabasie i wiolonczeli. Pojawia się subtelny rytm i niebanalny suspens dramaturgiczny. Taniec short-cuts kreują teraz już cztery smyczki, z których każdy równocześnie łka i pośpiewuje pod nosem. Kolejne zejście w ciszę jest jeszcze bardziej efektowne, czynione na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Nieuchronny powrót do świata żywych skutkuje natomiast dalece gęstym zakończeniem.

Trzecia improwizacja, zdecydowanie najdłuższa, z miejsca przenosi nas z sali filharmonicznej do małego zakładu szlifierskiego. Szorowanie, ostrzenie i piłowanie strun, coś na kształt semi-pizzicato, szmery, tajemnicze plejady fake sounds. Tu nawet kontrabas zdaje się brzmieć niczym skrzypce! Dynamika pojawia się w tej narracji jakby znienacka, budowana niemal rockowymi riffami, czyniona w tempie godnym punkowych eksplozji! Po chwili na scenie zjawia się nowy instrument, to zapewne anonsowany klawikord. Przez moment sam prowadzi narrację suchym, matowym brzmieniem udręczonych strun. Pozostałe instrumenty powracają w dużym skupieniu, szukają rezonansu i bardziej mrocznych fraz. Prawdopodobnie słyszymy kolejny nowy instrument, to metalowy smyczek, który kreuje całkiem zaskakujący, post-barokowy industrial. Ten wątek, jakże intrygujący, kończy swój żywot w ciszy. Tym, który wybudza kwartet z letargu okazuje się kontrabasista. Reszta wtóruje mu powtórzeniami i kreuje dość nerwowy flow, skupiając się głównie na szarpaniu strun. Skrzypce i altówka zaczynają śpiewać, po chwili to samo czynią pozostali uczestnicy spektaklu. Ów mały, finałowy harmider dobrze robi naszym emocjom – cztery smyczki w dramaturgicznych spazmach prowadza nas na skraj koncertu, wybrzmiewając kolektywnie i dronowo.

 


Julia Brüssel, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Klaus Kürvers  Fantasy Eight (Creative Sources, CD 2021)

O nagraniu kolejnego kwartetu wiemy jedynie tyle, iż powstało w Berlinie (prawdopodobnie w okolicznościach studyjnych) dokładnie 16 maja bieżącego roku. Tu skład kwartetu jest następujący: Julia Brüssel – skrzypce, Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Klaus Kürvers – kontrabas. Tym razem muzycy proponują nam aż osiem improwizacji, których łączny czas trwania nie przekracza 32 minut.

Kwartet Fantazyjnej Ósemki, choć mieści się w gatunku filmu akcji, w przeciwieństwie do uprzednio omawianej płyty, częściej stawia na subtelne, bardzo zmysłowe rozgrywki, szuka brzmieniowych niuansów i co do zasady jest zwolennikiem krótszych form. Świetnie obrazuje to dźwiękiem improwizacja otwarcia. Ptasie świegotania smyczków – jedne brzmią bardzo matowo, inne zdają się być jakby naoliwione. Jedne drą frazy na drobne strzępy, inne produkują niekończące się westchnienia. Skaczą z samego dołu do błękitnego nieba, nie szczędząc sobie kolektywnych pokrzykiwań. Moc niskich fraz idzie wprost z gryfów wiolonczeli i kontrabasu, zwiewność i ulotność nadlatuje na skrzydłach altówki i skrzypiec. W kolejnych utworach pojawiają się brzmienia godne muzyki dawnej, wytłumione, bardzo precyzyjne i takież piękne. Każdy z instrumentów frazuje zarówno czystym tembrem, jak i brudzi swe brzmieniem szukając bystrych preparacji. Ten ostatnie zjawiska szczególnie dobrze funkcjonują w części trzeciej. Choć większość muzyków pracuje tu w trybie arco, akcenty pizzicato zdają się być równie zmysłowe, czego doświadczyć możemy choćby w części czwartej.

Piąta opowieść wydaje się być tkana doprawdy z nanodźwięków. Struny pracują mechanicznie, ich życie wewnętrzne nie ma dla nas tajemnic. Lamentują, wzdrygają się złymi emocjami, przypominają stukot pociągu pędzącego po ołowianych szynach. W szóstej części stają w szranki zawodów tanecznych, nerwowo śpiewają, ale w poszukiwaniu łagodności docierają jedynie do sfery delikatności. Przedostatnia improwizacja tonie w mroku matowych, preparowanych fraz. Wszystko zdaje się tu jęczeć i skrzypieć. Szczęśliwie finałowa część przynosi strunom dużo ukojenia. Rozkołysane, pozostające w niemal wiecznej repryzie, mruczą z zadowolenia, chroboczą niczym skorupiaki na kamienistej plaży, pełne obłych kantów, poddawane smolistym ruchom smyczków. Kończą zaś ową piękną podróż w oparach post-barokowych westchnień i leniwych pociągnięć pędzlem.